Zdążę cię zabić - James Patterson, Marshall Karp - ebook
lub
Opis

RED to wyjątkowy oddział policji stworzony przez burmistrza Nowego Jorku. Wybrani detektywi prowadzą śledztwa, w które są zamieszani ludzie z pierwszych stron gazet – politycy, aktorzy i sportowcy. Elita chroni elitę. Ciało Evelyn Parker-Steele znaleziono w Central Parku. To już czwarta ofiara mordercy, który zabija bogatych i wpływowych. Detektywi Zach Jordan i Kylie MacDonald odkrywają, że każdy z zamordowanych popełnił przestępstwo, ale nigdy nie poniósł za to kary. Morderca wymierza sprawiedliwość na własną rękę i dba, by zwłoki znaleziono jak najszybciej. To wiadomość dla tych, którzy do tej pory uważali się za bezkarnych. To też groźba – uważaj, możesz być następny. Jordanowi i MacDonald uda się znaleźć mordercę, jeżeli prawidłowo wytypują kolejną ofiarę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 359


James Patterson, Marshall Karp

Zdążę cię zabić

Tłumaczenie:

Autorzy bardzo dziękują zastępcy szeryfa Frankowi Faluotico, sierżantowi Alanowi Rowe’owi z biura szeryfa Ulster County w stanie Nowy Jork, detektywowi NYPD Salowi Catapano, dr. Lawrence’owi Dresdale’owi, Bobowi Beatty’emu, Mel Berger oraz Jasonowi Woodowi za pomoc, dzięki której ta powieść nabrała nieco wiarygodności.

PROLOG

GIDEON I DAVE

I

31 października 2001

– Mówiłeś poważnie o tym Hitlerze? – zapytał Dave, nasączając dżinsy i sweter Meredith benzyną do zapalniczek.

– Ostrożnie z tym paliwem rakietowym, piromanie – mruknął Gideon. – Mamy spalić tylko ciuchy, a nie cały dom.

– Próbowałem ją powstrzymać. – Dave dorzucił na stertę biustonosz i majtki. Widać było, że nie przywiązuje do nich żadnego znaczenia, po prostu pozbywa się bielizny starszej siostry. Dla niego były to tylko szmaty, które trzeba spalić. Jednak dla jego kumpla Gideona koronkowy czarny komplet złożony z fikuśnego biustonosza i skąpych majteczek był paliwem napędzającym fantazje szesnastolatka.

Meredith, rudowłosa, zielonooka i z jasną kremową cerą, miała dwadzieścia jeden lat i chodziła do college’u. Gideon był dla niej tylko jednym z dziwnych kolegów młodszego brata i nigdy nawet nie przyszło jej do głowy, jakich śmiałych obszarów sięga jego wyobraźnia.

Dave hojnie popryskał stertę ubrań rozpałką.

– Sam widziałeś – powiedział, szukając u Gideona potwierdzenia. – Przecież próbowałem ją powstrzymać.

– Zawsze próbujesz ją powstrzymać przed robieniem głupot – odrzekł Gideon. – Ale ona jest o pięć lat starsza od ciebie i pięćdziesiąt razy bardziej uparta. Odsuń się.

Dave cofnął się od starego i dawno nieczyszczonego grilla.

– No tak – powiedział Gideon, zapalając zapałkę. – O tym Hitlerze mówiłem zupełnie poważnie. – Podpalił porwany sweter Meredith, a gdy błękitno-pomarańczowe płomienie wystrzeliły wysoko, jeszcze raz przypomniał sobie wszystko, co się zdarzyło tego wieczoru.

W Halloween rodzina Salvich urządziła imprezę na plaży. Dave ze wszystkich sił próbował przekonać Meredith, żeby tam nie szła.

– Co cię tam ciągnie? – pytał. – Małże, włoskie rurki z kremem czy towarzystwo podpitych makaroniarzy?

– Nie, Davidzie. – Zawsze go tak nazywała, gdy chciała wskazać mu jego miejsce w szeregu. – Idę tam, bo mają odjazdową kapelę i fajerwerki jak w chiński Nowy Rok, a poza tym po czterech godzinach siedzenia nad książką do makroekonomii mózg mi się lasuje. Może ty i Gideon też pójdziecie?

– Na imprezę mafii? Jeszcze czego. Wiesz, że tata nienawidził Salvich.

– Nikt ich nie lubi, ale wszyscy i tak chodzą. Nawet jeśli należą do mafii, to co z tego? Piwo jest za darmo i nie będą cię legitymować. – Otworzyła drzwi. – O której mama kończy pracę?

– Dzisiaj w barze będą tłumy, więc pewnie nie wróci przed trzecią.

– W takim razie ja wrócę za minutę trzecia. – Przesłała im pocałunek, roześmiała się i wyszła.

Po dwóch godzinach wróciła w podartym swetrze i dżinsach, z twarzą wymazaną zaschłą krwią, z mokrym piaskiem we włosach.

– Enzo – powiedziała, z trudem powstrzymując łzy. – Enzo Salvi.

– Uderzył cię? – zapytał Dave.

Otoczyła go ramionami i rozszlochała się z twarzą przy jego piersi.

– Gorzej.

– Nie bierz prysznica – zarządził Gideon. – Policja musi zebrać ślady.

– Żadnej policji! – Oderwała się od Dave’a, pobiegła do łazienki i pół godziny spędziła pod prysznicem, próbując zmyć z siebie brud, zapach, upokorzenie i wstyd.

Przyszła do kuchni w workowatym szarym dresie i czapeczce bejsbolowej Metsów, która zakrywała połowę twarzy.

– Zrobiliśmy ci kakao – powiedział Dave.

– Chcesz pianki? – Gideon wyciągnął w jej stronę torebkę.

– To nie jest dzień na piankę. – Wylała połowę kakao do zlewu, wyciągnęła z szafki butelkę Jameson Irish Whiskey i dopełniła kubek. – Mówię serio, żadnych glin. I nic nie wspominajcie mamie.

– No nie wiem, Mer. – Dave powoli pokręcił głową. – Nie uważasz, że mama powinna…

– Nie! – wykrzyknęła Meredith. – Nie, nie, nie! – Łzy znów zaczęły płynąć, więc otarła je rękawem. – Zagroził, że jeśli jej powiem… – Wzmocniła się łykiem kakao. – Zagroził, że jeśli jej powiem, to ona będzie następna.

Po dwóch kolejnych porcjach whiskey Meredith uznała, że się położy.

– Dzięki. – Spojrzała na Dave’a i Gideona. – Nie wiem, co bym bez was zrobiła. – Uścisnęła ich i pocałowała w policzki. To był siostrzany pocałunek, zupełnie niepodobny do tego, o jakim Gideon marzył od lat. – Zróbcie dla mnie coś jeszcze. – Rzuciła na podłogę stertę ubrań. – Spalcie to.

Dżinsy ze stretchu paliły się najwolniej.

– Szkoda, że to nie są jaja Enza Salviego – powiedział Dave, wykańczając trzecie piwo. Płomienie zaczynały właśnie pochłaniać dżinsowy krok.

Od ponad roku Hitler służył Gideonowi za ulubiony argument.

– Myślisz, że Hitler był porządnym dzieciakiem, kiedy matka posłała go do szkoły? – pytał Dave’a i nie czekając na odpowiedź, ciągnął: – Nie, urodził się popieprzonym świrem, a potem było tylko gorzej i gorzej. Nie wydaje ci się, że świat byłby lepszy, gdyby ktoś załatwił Hitlera, zanim jeszcze skończył szkołę? Bo Howard Beach na pewno byłoby lepsze, gdyby ktoś zabił Enza Salviego.

– Zwariowałeś – odpowiadał zwykle Dave, ale tego dnia, gdy patrzył, jak ubrania jego siostry zmieniają się w popiół, nie był już tego taki pewien. – To moja wina – mruknął niewyraźnie. – Zalegam mu trzy raty.

– Głupoty gadasz – odparł Gideon. – Nikt normalny nie gwałci czyjejś siostry za sześćdziesiąt dolców. Enzo Salvi to psychol.

Dave otworzył kolejnego bud lighta i w końcu zadał pytanie, na które Gideon czekał:

– Więc jak to zrobimy?

II

Następnego popołudnia Gideon poszedł do sklepu z komiksami i sprzedał za bezcen swoją kolekcję miesięcznika Spawn.

– Dzięki – powiedział Dave. Wiedział, że był to jedyny sposób na zdobycie pieniędzy dla Enza.

– Zabicie tego kutasa drogo wychodzi – skomentował Gideon. – Ale warto.

Przez następne trzy tygodnie obmyślali, poprawiali i na nowo obmyślali plan morderstwa. Obejrzeli wszystkie odcinki CSI i wypożyczyli wszystkie filmy z Jackiem Chanem, Jetem Li i Jeanem-Claudem Van Damme’em, jakie tylko udało im się znaleźć. Biegali po plaży, podnosili ciężary i pakowali w siebie odżywki dla kulturystów, by nabrać masy.

– Enzo jedzie na sterydach od pierwszej klasy liceum – powiedział Dave nad koktajlem proteinowym, jednym z trzech, które stanowiły dzienną dawkę.

– To znaczy, że jaja już mu się kurczą – skomentował Gideon.

– Nie, to znaczy, że możemy pić to czekoladowe gówno do końca życia, a on i tak będzie miał dwa razy większe mięśnie niż my obaj razem wzięci.

– A kogo to obchodzi? – Gideon w geście toastu uniósł szklankę. – I tak mamy większe jaja niż on.

Wszystko wydawało się nierealne, dopóki nie przyszło do wyboru broni. Sporządzili listę i przy każdej pozycji wypisali plusy i minusy. Najwięcej plusów postawili przy broni palnej, bo była najskuteczniejsza, ale zebrała też najwięcej minusów. Pistolet trudno zdobyć i łatwo wytropić. W końcu zdecydowali się na najstarszą broń na świecie, którą również najłatwiej było pozyskać, to znaczy na maczugę, czyli drewnianą pałkę.

– Jaskiniowcy jakoś dawali sobie z tym radę – powiedział Dave.

Pojechali metrem do sklepu sportowego na Brooklynie i zapłacili sześćdziesiąt dwa dolary za czarną pałkę firmy Brett Bros długą na osiemdziesiąt pięć centymetrów. Następnie pojechali do sklepu motoryzacyjnego i kupili pudełko lateksowych rękawiczek.

A potem czekali.

To musiał być piątkowy wieczór. Większość uczniów liceum Johna Adamsa płaciła Enzowi w gotówce, natomiast Gideon, który pracował na zapleczu sklepu monopolowego Tonellego, co tydzień kradł butelkę wódki. W każdy piątek po pracy szedł na wydmy za domem Salvich przy Sto Sześćdziesiątej Piątej Alei i oddawał butelkę Enzowi.

Wybrali piątek po Święcie Dziękczynienia. Tego dnia nie było szkoły, więc przy odrobinie szczęścia Enzo do wieczora mógł być już pijany.

Jak zwykle o tej porze roku wydmy były wilgotne i zimne, ale Gideon ubrał się odpowiednio, to znaczy w nieprzemakalny kombinezon, czapkę narciarską i traperki. Enzo spóźniał się jak zwykle. Pięć minut. Dziesięć. Po piętnastu minutach zaczęły pojawiać się wątpliwości. On wie, myślał Gideon. Nie przyjdzie. Chce, żebym tu zamarzł, a kiedy całkiem zamienię się w sopel, zabije mnie, panikował w duchu.

– Gdzie jest ta ciota z moją wódką? – wrzasnął Enzo, idąc przez wysoką trawę.

Księżyc był w pierwszej kwadrze, więc Gideon dostrzegał we mgle mroczną postać z masywnym sterydowym karkiem, ramionami i klatą.

– Tu! – zawołał.

– Po cholerę wlazłeś tak daleko w wydmy? – narzekał Enzo. – Przyszedłem po flaszkę wódki, a nie po to, żebyś mi zrobił laskę.

Gideon uniósł litrową butelkę wódki Absolut.

– Tu jest.

To był umówiony sygnał, a ciąg dalszy miał się rozegrać jak w scenie z filmu Klan Białego Lotosu. Dave, przycupnięty w mokrej trawie, wyskoczył zza pleców Enza i z całej siły uderzył go klonowo-jesionową pałką.

Ale w prawdziwym życiu rzadko cokolwiek dzieje się tak jak w filmach kung-fu, szczególnie gdy ofiarą był przebiegły syn mafiosa, a atakujący, który wprawdzie bardzo dużo ćwiczył, jednak w chwili próby był jak wypalony.

Dave celował w tył głowy Enza, ale trafił go tylko w prawy bark.

Enzo eksplodował. Ruchem szybkim jak błyskawica obrócił się i pochwycił Dave’a za ramię. Pałka poleciała w powietrze. W ułamek sekundy później Enzo wyciągnął z kieszeni nóż smith & wesson extreme ops, otworzył go jednym pstryknięciem, rzucił się na Dave’a i pchnął go na ziemię.

– Ty irlandzka cioto! – krzyknął wściekle. – Wyrżnę ci serce i wepchnę w śmierdzącą irlandzką cipę twojej siostry! – Usiadł na nim okrakiem i zamachnął się, ale zanim ząbkowane ostrze wbiło się w pierś Dave’a, Gideon uderzył Enza butelką w głowę.

Nóż wypadł z ręki, Enzo Salvi osunął się na piasek twarzą w dół.

– Przepraszam, przepraszam! – Dave płakał po raz pierwszy od pogrzebu ojca. Miał wtedy dwanaście lat. – Wszystko spieprzyłem. Dzięki, Gid, dzięki. Omal mnie nie zabił. Czy on jest martwy? Żyje czy nie?

Odpowiedź była jasna. Enzo szamotał się w trawie, plując piaskiem, śliną i stekiem bełkotliwych przekleństw. Wyraźnie brakowało mu koordynacji ruchowej i nie mógł do kupy poskładać myśli.

Tego nie mieli w planach.

– Co teraz? Co teraz? – gorączkował się Dave.

– Złap go z drugiej strony! – wykrzyknął Gideon, z całej siły szarpiąc uszkodzone prawe ramię Enza.

– Co zrobimy? Gdzie go zabierzemy?

– Zamknij się i rób, co ci każę!

Dave uczepił się lewej ręki wyjącego z bólu Enza, a potem pociągnęli go przez wydmy na brzeg morza. Gideon wszedł do wody do wysokości ud i pod powierzchnię wepchnął głowę Enza, który miotał się jak szaleniec.

– Złap go za nogi! Nie może nam się wyrwać! – krzyknął Gideon.

Dave z trudem przytrzymał jego nogi.

– Podnieś jak najwyżej – dyrygował Gideon. – Wtedy głowa pójdzie jeszcze niżej.

Dave posłuchał i po niecałej minucie Enzo zwiotczał.

– Nie możemy ryzykować – powiedział Gideon. – Chodź tu!

Dave puścił nogi i razem przez jakiś czas przytrzymywali głowę Enza pod wodą.

– To za moją siostrę, ty popierdoleńcu! – wykrzyknął Dave, waląc pięścią nieruchomego Enza. – A to za te wszystkie pieniądze, które mi zabrałeś, i za te wszystkie lata, kiedy się nade mną znęcałeś, i za to, jak wrzuciłeś moje książki i wszystkie rzeczy do zatoki, i za to, jak… – Jeszcze przez chwilę krzyczał, uderzając pięścią w wodę.

– Wystarczy – powiedział w końcu Gideon.

– Czy on jest martwy? – zapytał Dave, wymierzając ostatni cios w zanurzoną w wodzie postać.

– Jest martwy od jakichś dwóch minut.

– Zabiliśmy Hitlera – powiedział Dave, ciężko dysząc, płacząc i śmiejąc się jednocześnie. – Zabiliśmy Hitlera.

Wyciągnęli przemoczone ciało na brzeg i wrócili do pierwotnego planu. Gideon zerwał z szyi Enza złote łańcuchy, zabrał zegarek i pieniądze z portfela. Dave splunął mu na twarz.

– Spadajmy stąd – powiedział gotów do ucieczki.

– Nie tak szybko – odrzekł Gideon. – Jeszcze notes. Tam są nasze nazwiska.

Enzo Salvi prowadził drobiazgowy rejestr swej rozkwitającej kariery kryminalnej i robił to w najbardziej zdumiewający sposób. Po prostu zapisywał wszystko w notesie oprawionym w ciemnoczerwoną wytłaczaną skórę ze złoceniami na krawędziach i zamykanym na klapkę z magnesem.

Gideon wyciągnął notes z kieszeni kurtki topielca. Kolejne dziesięć minut zabrało im znalezienie pałki, noża i butelki z wódką, która, o dziwo, wciąż była cała.

– Gnij w piekle – powiedział Dave i po raz ostatni splunął na zwłoki Enza.

Nikogo nie było w pobliżu, gdy wyszli z wydm na Sto Sześćdziesiątą Piątą Aleję i cicho przemknęli przez zimną listopadową noc między domami klasy średniej, popijając wódkę ze śmiercionośnej maczugi.

III

Mafijny pogrzeb – oto marzenie każdego kwiaciarza.

Los zrządził, że rodzice Gideona byli właścicielami kwiaciarni, więc to oni najwięcej zyskali na kondolencjach, które szeroką strugą spływały od przyjaciół, krewnych i partnerów w interesach rodziny Salvich.

– Zupełnie jakby znaleźli w kieszeni wygrywający los na loterię – powiedział Gideon do Dave’a. – I nie mają pojęcia, że to ja go tam włożyłem.

Wraz z Meredith, przybierając stosowne do charakteru ceremonii miny, przeszli wzdłuż rzędu trzydziestu dwóch samochodów wyładowanych kwiatami i wspięli się po schodach prowadzących do kościoła Świętej Agnieszki. Przed świątynią stał biały karawan, a za nim ciągnący się przez trzy przecznice rząd czarnych limuzyn. Po drugiej stronie ulicy tłoczyły się samochody z dziennikarzami. Tłum fotoreporterów napierał na policyjne barykady. Wszyscy polowali na złoty strzał, ujęcie, które pojawi się na pierwszej stronie jutrzejszego Daily News.

I policja. Po prostu była wszędzie. Zwykli posterunkowi z ulicznych patroli zwani krawężnikami, sierżanci, młodsi oficerowie i wyższe szarże, aż do zastępcy komendanta. Federalni też tu się zjawili i pracowicie filmowali każdy ruch, każdy szczegół, każdą twarz. Do diabła z rozpaczą i prywatnością. Nie ma lepszego miejsca niż pogrzeb mafijny, by zdobyć cenne ujęcia wspólników, które trafią do archiwów FBI.

Gideon, Dave i jego siostra wsunęli się do ławki.

Meredith natychmiast uklękła do modlitwy.

– Jak możesz się za niego modlić? – szepnął Gideon, gdy już usiadła.

– Nie modliłam się za niego. Modliłam się o wybaczenie.

– Za co?

– Modliłam się do Matki Boskiej, żeby go ukarała, a teraz czuję się winna.

Gideon żałował, że nie może powiedzieć jej prawdy.

– Nie przypisuj sobie całej zasługi – skomentował cicho. – Mnóstwo ludzi odmawiało błagalne litanie za śmierć Enza.

O jedenastej kościół całkowicie się zapełnił. Wszyscy wstali, gdy otworzyły się boczne drzwi, i ojciec Spinelli wprowadził do kaplicy rodzinę. Pierwsza szła Teresa, matka Enza, w eleganckim kostiumie z czarnego jedwabiu i z prostym złotym krzyżykiem na szyi. Zamiast żałobnego welonu skamieniałą z bólu twarz osłaniały wielkie ciemne okulary. Jojo, drugi syn, poprowadził ją do ławki na przedzie.

Meredith uścisnęła dłoń brata w oczekiwaniu tego, co zdarzy się za chwilę. Joe Salvi, który wyglądał jak starsza, siwowłosa kopia nieżyjącego syna, wprowadził do kościoła osiemdziesięciopięcioletnią matkę Annunziatę w czarnej żałobnej sukni, którą nosiła od kilkudziesięciu lat, od dnia śmierci męża. Gdy jej wzrok padł na trumnę, z ust wydobyło się zawodzenie.

– Od ponad osiemdziesięciu lat Howard Beach było domem rodziny Salvich – rozpoczął ksiądz.

Nie domem, pomyślał Gideon, ale miał ochotę wykrzyczeć to na głos. Nie domem, a terytorium.

– I miłość, która płynie teraz z tej społeczności…

Przyszli tu tylko dlatego, że bali się nie przyjść, albo po to, żeby cieszyć się nieszczęściem tej rodziny, skomentował w duchu Gideon.

– …jasno świadczy o tym, że hojność Joego i Teresy Salvich przeszła do legendy. Kosze z jedzeniem dla ubogich na Święto Dziękczynienia, zabawki dla dzieci na Boże Narodzenie…

Cała piwniczka win dla parafii, złośliwie dodał Gideon.

– A także doroczna impreza na plaży w Halloween, która odbyła się zaledwie w zeszłym miesiącu. Ten rok jest szczególnie istotny, bo wielu z was pozwoliło sobie na zabawę po raz pierwszy od września, kiedy runęły wieże.

Enzo miał zabawę. Meredith nie, podsumował Gideon.

– Wiem, że departament policji Nowego Jorku robi, co może, by wymierzyć sprawiedliwość tej osobie czy osobom, które odebrały życie Enzowi.

Annunziata Salvi nagle podniosła się i podeszła do trumny.

– No polizia. La famiglia fornirà giustizia. La famiglia fornirà giustizia! – wykrzyknęła i rzuciła się na trumnę wnuka.

To był rytuał pogrzebowy ze starego kraju. Joe Salvi pozwolił matce krzyczeć jakiś czas. Dopiero gdy ze szlochem osunęła się na kolana, podszedł i odprowadził ją z powrotem na miejsce, a sam stanął twarzą do zgromadzonych.

Tysiąc dwieście osób wstrzymało oddech, gdy mafijny boss powiódł zimnym, mrocznym spojrzeniem po kościele, pokazując wszystkim razem i każdemu z osobna, że strata nie osłabiła rodziny.

Gideon i Dave odważyli się oddać mu spojrzenie z mocno bijącymi sercami i zaciśniętymi ustami. Wiedzieli, kogo szuka Joe Salvi – ich. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że nie przestanie ich szukać do końca życia.

– La famiglia fornirà giustizia – powiedziała seniorka rodu.

Rodzina wymierzy sprawiedliwość.

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZYŚCICIEL

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To się działo na rogu Piątej Alei i Siedemdziesiątej Piątej Ulicy.

Dwaj bezdomni, którzy siedzieli przed pomnikiem poległych w pierwszej wojnie światowej, podnieśli się na mój widok.

– Zach Jordan, NYPD Red – przedstawiłem się.

– Znaleźliśmy martwą kobietę na diabelskim młynie – powiedział pierwszy z nich.

– Na karuzeli – poprawił go drugi. Włosy miał matowe, twarz nieogoloną i brudną, a szmaty, w które był ubrany, śmierdziały starym moczem. Odwróciłem głowę, gdy doleciał mnie jego zapach.

– Aż tak źle? – Cofnął się o krok. – Ja już tego nie czuję. Detektyw Bell, a to mój partner, detektyw Casey, z wydziału przeciwdziałania przestępczości. Banda nieletnich napadała na bezdomnych w parku, tak dla sportu. Robimy za przynętę. Przepraszam za ten zapach, ale musimy nie tylko odpowiednio wyglądać, ale i śmierdzieć.

– Pełen sukces – powiedziałem. – Opiszcie mi ofiarę.

– Biała, w średnim wieku, ubrana w kombinezon ochronny z tyveku. Wygląda na kolejną ofiarę Czyściciela.

Tego mi tylko brakowało.

– Tożsamość?

– Nie możemy się tam dostać. Karuzela jest zamknięta, a ona jest w środku. Znaleźliśmy ją tylko dlatego, że o wpół do siódmej rano usłyszeliśmy muzykę.

– Prowadź.

Karuzela znajduje się w samym środku Central Parku, o kilkaset metrów od Piątej Alei, i jeśli pod ręką nie ma parkowego strażnika z wózkiem akumulatorowym, najszybciej można się tam dostać piechotą.

– Trawa jest mokra – stwierdził Bell, jakbym sam tego nie widział. – Myślałem, że NYPD Red zajmuje się tylko celebrytami i ważnymi szyszkami.

– W piątek wieczorem zgłoszono zaginięcie jednej z tych ważnych szyszek. Szukam jej z moją partnerką. Zawiadomiono mnie zaraz po tym, jak zgłosiliście prawdopodobne morderstwo. Mamy bazę w Dziewiętnastym Komisariacie, więc dotarłem tu w kilka minut. Ale jeśli to nie jest moja poszukiwana, to znikam, a zajmie się tym ktoś inny.

– Casey i ja zgłaszamy się na ochotnika – powiedział Bell. – Umyjemy się porządnie, a gdyby pan nalegał, to możemy nawet dołączyć do Red. Naprawdę tak tam fajnie, jak mówią?

Fajnie? A czy fajnie jest być obrońcą New York Yankees? Dla każdego gliny praca w NYPD Red to praca marzeń.

W Nowym Jorku mieszka osiem milionów ludzi. Nasz departament ma chronić ich wszystkich i wszystkim służyć, ale niektórzy otrzymują lepszą ochronę i lepsze usługi niż pozostali. Może to nie brzmi szczególnie demokratycznie, ale zarządzanie miastem przypomina zarządzanie firmą. Po prostu trzeba dbać o najlepszych klientów. W naszym przypadku to ci, którzy generują największy dochód i przyciągają turystów, innymi słowy, sławni i bogaci. Gdy ktoś z nich padnie ofiarą przestępstwa, oferujemy mu naszą pełną uwagę, umiejętności, sprzęt i co tylko tam trzeba. A wierzcie mi, ci ludzie przywykli do tego, że się o nich dba. Są jak gwiazdy rocka w świecie finansów, mody i mediów. A niektórzy są gwiazdami rocka w świecie rocka.

Odpowiedziałem na pytanie Bella:

– Jest całkiem fajnie z wyjątkiem chwil, kiedy niszczę sobie dobre buty, łażąc po mokrej trawie.

– A gdzie pańska partnerka?

Nie miałem pojęcia, ale skłamałem:

– Już tu jedzie.

Na wysokości Center Drive zaatakował nasze uszy irytujący gwizd organów parowych.

– Z bliska wkurza jeszcze bardziej – stwierdził Bell.

Zatrzymaliśmy się przed zamkniętą mosiężną bramą harmonijkową wysoką na cztery metry. W pobliżu znajdowała się zabytkowa karuzela, która każdego roku przyciągała do parku kilkaset tysięcy dzieci i rodziców. Do pory otwarcia pozostało jeszcze kilka godzin, ale karuzela kręciła się, koniki podskakiwały w górę i w dół, a cyrkowa muzyka grała na cały regulator.

– Nie da się wejść do środka. Zamknięte – powiedział Casey.

– A ona jak weszła?

– Ten, kto ją tam wsadził, rozwalił zamek, a potem założył u-locka kryptonite. Ciężko go otworzyć.

– Widocznie nie chciał, żeby ktoś zepsuł jego dzieło – powiedziałem.

– Też tak myślimy. Mają przysłać techników, żeby to przecięli.

– Najpierw ekipa śledcza musi sprawdzić odciski palców. Wątpię, żebyśmy coś znaleźli, ale nie chcę, żeby je zakurzył jakiś kowboj ze szlifierką.

– Detektywie Jordan – powiedział Bell – stąd może pan zobaczyć ciało.

Podszedłem do niego i zajrzałem przez szparę w bramie.

– Już tu jedzie – oznajmił Bell, jakbym mógł przeoczyć martwą kobietę w białym kombinezonie ochronnym przypiętą do czerwono-niebiesko-zielono-żółtego konia.

– Cholera – powiedziałem, kiedy przejeżdżała obok nas.

– Czy to jest pańska poszukiwana?

– Tak. Nazywa się Evelyn Parker-Steele.

Detektywi popatrzyli na mnie wzrokiem świadczącym o tym, że słyszą to nazwisko pierwszy raz w życiu.

– Jej ojciec to Leonard Parker – wyjaśniłem. – Właściciel około tysiąca kin na terenie całego kraju. A jej brat nazywa się Damon Parker.

– Ten od wiadomości telewizyjnych? – zapytał Casey.

– W biogramie, który dostałem, nazwali go światowej sławy dziennikarzem telewizyjnym, ale na to samo wychodzi. A jej mąż to Jason Steele III, ten od hoteli i kasyn Steele.

– Jasny gwint – powiedział Casey do Bella. – Zdaje się, że to była pierwsza dama pośród wszystkich bogatych kobitek.

– To jeszcze nie wszystko. Była też wysoko opłacaną organizatorką kampanii politycznych. Ostatnio prowadziła kampanię Muriel Sykes, kandydatki na stanowisko burmistrza, konkurentki naszego ukochanego burmistrza Spellmana.

– Bogata, sławna, ustosunkowana – podsumował Bell. – Od początku do końca to sprawa dla Red. Lepiej stąd spadajmy, zanim ktoś przejrzy nasz kamuflaż. Powodzenia, detektywie.

– Zaczekaj – powiedziałem. – Moja partnerka się spóźnia. Przyda mi się wasza pomoc przy obserwacji tłumu. – Casey odruchowo obejrzał się przez ramię i powiódł wzrokiem po pustym parku, a ja dodałem: – Jeszcze ich nie ma, ale wkrótce się pojawią. Media, gapie, ludzie, którym śpieszy się do pracy, ale zawsze wystarcza im czasu, żeby się zatrzymać i popatrzeć na katastrofę kolejową. Jeśli będziemy mieli szczęście, to morderca też się pokaże. Czasami lubią wracać na miejsce przestępstwa, żeby sprawdzić, jak nam się podoba ich robótka. Zechcecie mi pomóc?

Detektywi popatrzyli na siebie, uśmiechając się jak dzieci, które właśnie się dowiedziały, że szkoła będzie zamknięta z powodu opadów śniegu.

– Czy zechcemy pomóc gliniarzowi z Red przy ważnym zabójstwie? – powtórzył Bell. – Mówi pan poważnie? Co mamy robić?

– Wrzućcie na siebie czyste ciuchy i pozbądźcie się tego zapachu, a potem pokręćcie się tutaj i miejcie oczy i uszy otwarte.

– Za dziesięć minut będziemy umyci – obiecał Bell, po czym obaj zniknęli.

Muzyka z karuzeli doprowadzała mnie do szału. Odszedłem kawałek, żeby usłyszeć własne myśli, a potem zadzwoniłem do mojej partnerki, Kylie MacDonald. Po raz trzeci tego ranka połączyłem się ze skrzynką głosową.

– Cholera jasna, Kylie – powiedziałem. – Jest szósta czterdzieści siedem, poniedziałek rano. Od siedemnastu minut mam bardzo zły tydzień. Może ci tego jeszcze nie mówiłem, ale nie ma lepszego towarzystwa na zły tydzień niż ty.

ROZDZIAŁ DRUGI

W końcu nadeszła wiadomość od Kylie:

Spóźnię się. Postaram się przyjechać jak najszybciej.

Za mało się starała, bo wciąż jej nie było, gdy Chuck Dryden, nasz technik kryminalistyki, a także patolog, zasygnalizował, że może mi już przekazać wstępne wnioski.

Nazywają go Milcz-Dryden, bo nie lubi pogaduszek o niczym, ale jest najdokładniejszym, najcierpliwszym i najbardziej upierdliwym specem od badania miejsca zbrodni, jakiego znam, i bardzo się ucieszyłem, że przydzielono mi właśnie jego.

– Przyczyna śmierci: wygląda na uduszenie. Czas między pierwszą a trzecią w nocy – oznajmił bez żadnych wstępów. – Ofiara miała usta zaklejone srebrną taśmą. Zostały ślady. Są też ślady na nadgarstkach. Była skuta kajdankami albo czymś podobnym.

– Co myślisz o kombinezonie? – zapytałem.

Dryden popatrzył na mnie z potępieniem znad okularów bez oprawek. To miało znaczyć, że wychodzę przed szereg, bo nie nadszedł jeszcze czas na pytania i odpowiedzi. Odchrząknął i mówił dalej:

– Ofiara ma poranione wnętrze jamy ustnej, zasinione podniebienie i język, kilka zębów świeżo wyszczerbionych lub połamanych, świeże skaleczenia na wargach i wybitą szczękę. Wygląda na to, że była torturowana przez kilka dni przed śmiercią. Niektóre ślady wskazują na to, że śmierć nastąpiła w jakimś innym miejscu i przetransportowano ją tutaj już martwą. – Urwał na chwilę. – Chciałeś o coś zapytać?

– Tak. Podoba mi się to jej białe wdzianko. Od którego to projektanta?

– Kombinezon z tyveku – odrzekł bez cienia uśmiechu. – Produkcji DuPonta.

– To znaczy, że mamy do czynienia z Czyścicielem.

Dryden przewrócił oczami. I nastąpiła kolejna reprymenda:

– Co za bezsensowna nazwa dla mordercy tego kalibru.

– To nie moja wina. Tabloidy tak go nazwały.

– Kompletny brak wyobraźni. – Z dezaprobatą potrząsnął głową. – To już czwarta ofiara. Wszystkie zostały uprowadzone, wszystkie znaleziono w podobnych kombinezonach i z podobnymi obrażeniami twarzy. Kilka godzin po znalezieniu ciała w internecie pojawia się film, na którym ofiara przyznaje się do popełnienia ohydnej zbrodni, a cała prasa w Nowym Jorku nie potrafi wymyślić lepszej nazwy niż Czyściciel?

– To dosyć obrazowe. – Wzruszyłem ramionami.

– I zupełnie nietrafne – odparował. – Technicznie rzecz biorąc, to nie jest nawet profesjonalny kombinezon ochronny odpowiadający określonym normom, tylko zwykłe ubranie ochronne z tyveku za sto dolarów, więc co z niego za czyściciel. Bardziej intrygujące jest to, że w trzech poprzednich przypadkach ciała zostały wyszorowane amoniakiem, co praktycznie uniemożliwiło uzyskanie śladów DNA zabójcy, a kombinezon zapobiegł powstaniu innych śladów. W laboratorium nazywamy go Szopem Praczem.

Na jego twarzy pojawił się pełen zadowolenia uśmiech. Byłem pewny, że to on wymyślił ten przydomek, ale tak czy inaczej pozostanie Czyściciel, bo media już podjęły decyzję.

– Pracowałeś przy trzech pierwszych przypadkach?

– Tak. – Dryden skinął głową. – Sprawę prowadzą Donovan i Boyle z piątki.

– Z piątki? – powtórzyłem. – Chinatown?

– Pierwszą ofiarą był Azjata, członek gangu. Drugie ciało pojawiło się w rejonie czternastki, a trzecie, handlarza narkotyków, podrzucono w Harlemie. Donovan i Boyle byli pierwsi, więc zostali przy tej sprawie. Ale wydaje mi się, że Evelyn Parker-Steele ze swoją błękitną krwią wskoczy na sam szczyt łańcucha pokarmowego i zostanie przekazana do Red.

– Krew może miała błękitną – skomentowałem – ale jej brat jest sławny, mąż to miliarder, a ojciec tryliarder, więc dominującym kolorem jest zielony. Evelyn Parker-Steele po śmierci z pewnością dostanie taką samą pięciogwiazdkową obsługę jak za życia.

– W takim razie będę pracował z tobą i twoją partnerką… – Urwał, udając, że próbuje sobie przypomnieć jej nazwisko. To był idiotyczny blef. Umysł Chucka Drydena działał jak najdoskonalszy mikrochip. Podczas oględzin ciała analizował każdy szczegół, a gdy obok tego ciała znajdowały się błyszczące zielone oczy Kylie, długie jasne włosy i uśmiech, od którego topniało serce, wszystkie dane już na zawsze pozostawały w jego rozbudowanym banku pamięci. Znał jej nazwisko i zapewne, jak większość mężczyzn, którzy poznali Kylie, obsadzał ją w głównej roli w swoich fantazjach. Mnie też się to zdarzyło przed jedenastu laty, tyle że Kylie i ja wyszliśmy dość daleko poza etap fantazji. No, bardzo daleko.

Ale teraz Kylie jest żoną Spence’a Harringtona, producenta telewizyjnego programu o policjantach filmowanego w Nowym Jorku. Spence jest przyzwoitym facetem i dobrze się dogadujemy, ale wkurza mnie to, że ja spędzam w towarzystwie Kylie czternaście godzin dziennie, ścigając bandytów, a jemu przypada nocna zmiana.

– Ona się nazywa Kylie MacDonald – podjąłem gierkę Drydena.

– A tak, rzeczywiście. Więc ta sprawa pewnie spadnie jej na kolana. To znaczy jej i tobie.

Na kolana? Co ci chodzi po głowie, Chuck?

– Tak. Jestem pewny, że detektyw MacDonald i ja zostaniemy przydzieleni do tej sprawy.

O ile detektyw MacDonald w ogóle pojawi się w pracy.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Zdejmijcie ją – polecił Dryden, gdy ekipa zrobiła już Evelyn Parker-Steele kilkaset zdjęć in situ, czyli na miejscu zdarzenia. Widok był makabryczny, chociaż ze względu na migające światełka i jaskrawe konie zdjęcia ze sceny zbrodni tym razem powinny być weselsze niż zwykle.

Ułożyli ciało na noszach u podstawy karuzeli. Przyklęknąłem obok, żeby przyjrzeć się lepiej, i usłyszałem znajomy głos:

– No to znalazłeś swoją poszukiwaną.

– Masz na myśli ją czy siebie? – warknąłem, za bardzo wkurzony na Kylie, żeby podnieść głowę.

Kylie MacDonald nie ma zwyczaju przepraszać, a to dlatego, że ze swojego punktu widzenia nigdy nie robi nic złego.

– Dotarłam najszybciej, jak mogłam – powiedziała takim tonem, że brzmiało to bardziej jak „daj mi spokój” niż jak przeprosiny.

A ja tym bardziej nie miałem zamiaru podnosić głowy.

– Może dziwnym trafem dostałaś wiadomość, że mamy morderstwo? – mruknąłem, wpatrując się w ciało.

– Dostałam. Wysłałeś ją jakieś dwadzieścia siedem razy.

– To znaczy, że twój telefon działa. A zatem masz jakiś problem z palcem wskazującym.

– Zach, zza tej żółtej taśmy patrzy na nas ponad setka gapiów. Czy naprawdę myślisz, że to najlepszy moment, żebym ci wyjaśniała, dlaczego się spóźniłam? Lepiej opowiedz, co mnie ominęło.

– Mała aktualizacja bieżących wiadomości. Teraz mamy już cztery morderstwa. – Gdy przyklękła obok mnie, dodałem: – To jest zaginiona Evelyn Parker-Steele. Evelyn, to jest moja partnerka, zaginiona Kylie MacDonald.

Zerknąłem przez ramię, żeby sprawdzić jej reakcję. Kylie właściwie nie potrafi wyglądać inaczej niż pięknie, ale tego ranka było widać, że coś jest nie w porządku. Błysk w oczach i seksowny przemądrzały uśmiech zniknęły. Oczy miała zapuchnięte, a usta zaciśnięte w grymasie. Emanująca z niej magia, która sprawiała, że wszystkie głowy obracały się w jej stronę, zniknęła pod ponurą maską. Powód jej spóźnienia musiał być bardzo nieprzyjemny.

Poczułem się głupio, że potraktowałem ją tak ostro.

– Wybacz, że się wkurzyłem. – No tak, doszło do tego, że to ja ją przepraszałem. – Dobrze się czujesz?

– Lepiej niż ona – mruknęła, oglądając połamane zęby i wybitą szczękę denatki. – Paskudnie to wygląda. Żyła jeszcze, kiedy jej to zrobiono. Poważnie mamy cztery morderstwa? Gdzie są pozostałe trzy ciała?

– Na cmentarzu. Poprzednie ofiary Czyściciela.

Miała już na rękach lateksowe rękawiczki. Dotknęła palcem kombinezonu.

– Coś takiego można kupić wszędzie. Skąd wiadomo, że to nie jakiś naśladowca?

– Chuck Dryden zajmował się poprzednimi i mówi, że wszystko wygląda tak samo.

– Pewnie ma rację. Karuzela też pasuje do wzorca. Czyściciel zostawia ciała w miejscach, które mają jakieś znaczenie, jakby chciał podkreślić, że wymierza sprawiedliwość.

– Więc jaką tu widzisz metaforę? Że życie Parker-Steele było jak karuzela?

– Nie, raczej nie. Myślę, że chodzi o konie. Evelyn wychowała się na koniach. Skoki przez przeszkody, ujeżdżanie, cały ten jeździecki szajs dla bogatych panienek. Razem z mężem prowadziła wielką stadninę w Westchester County.

– W takim razie może chciał powiedzieć: „Pieprzę cię i tego konia, na którym jeździłaś”.

– Jak go znajdziemy, to zapytamy. Nie ma żadnych wątpliwości, że ta sprawa będzie nasza. Parker-Steele pasuje do profilu Red jak nikt inny. Myślisz, że Cates zechce, żebyśmy przejęli tamte trzy sprawy?

– A przychodzi ci do głowy jakiś inny powód, dla którego zadzwoniła i powiedziała, że burmistrz chce się z nami spotkać w Gracie Mansion?

– Burmistrz chce się z nami spotkać? – Kylie uśmiechnęła się po raz pierwszy. – O której?

Popatrzyłem na zegarek.

– Dwadzieścia minut temu. Ale wiesz, on nie będzie miał nam za złe spóźnienia. Na niego ludzie czekają przez cały czas.

– Cholera. Dlaczego nie pojechałeś beze mnie?

– Cates już tam jest. Jeżeli się spóźnimy, to powie, że nie mogliśmy się wyrwać z miejsca zbrodni, i jakoś się wyłgamy, ale gdybym przyjechał sam i powiedział, że ty gdzieś zginęłaś, to natychmiast przekazałaby sprawę komuś innemu.

Kylie przez kilka sekund zastanawiała się nad tym, co powiedziałem, aż w końcu dostrzegłem w jej oczach znajomy wyraz wdzięczności.

– Dzięki – wymamrotała.

Znałem ją i wiedziałem, że nie doczekam się bardziej wylewnych przeprosin.

Tytuł oryginału: NYPD RED 2

Pierwsze wydanie: Little, Brown and Company, Hachette Book Group, Inc., Nowy Jork, 2014

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2014 by James Patterson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Opublikowano za zgodą Little, Brown and Company, Nowy Jork.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC.

Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1766-8

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.