Zdarzyło się wczoraj - Maura Ellen Stokes - ebook

Zdarzyło się wczoraj ebook

Maura Ellen Stokes

0,0
26,90 zł

lub
Opis

Poruszająca i trafiająca prosto w serce, szczera opowieść o młodej dziewczynie, która musi zmierzyć się z utratą najbliższej przyjaciółki

Czternastoletnia Sam kocha koszykówkę. Swoją pasję dzieli z Reagan, która jest jej bratnią duszą. Wie, że może zwierzyć jej się ze wszystkiego i ich przyjaźń przetrwa każdą próbę. Jednak to, co Zdarzyło się wczoraj, sprawiło, że świat Sam legł w gruzach.

Przyszła niespodziewanie. Zmieniła wszystko. Nagła śmierć Reagan na boisku obudziła w Sam bolesne uczucia samotności i bezradności. Jak ma dalej żyć bez osoby, którą tak bardzo kochała?

Z pomocą przychodzi sama Reagan. Czy słysząc w swojej głowie jej głos Sam znajdzie w sobie siłę, aby pogodzić się ze stratą i odnaleźć w nowej rzeczywistości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 245




Pamięci Helen Prendergast Stokes

Odejście

Kiedy Reagan otworzyła drzwi i wparadowała do pokoju, udawałam, że jej nie dostrzegam. Nie obróciłam się na krześle, nadal wpatrywałam się w listę lektur na lato, przyczepioną nad biurkiem. Reagan opadła na moje niepościelone łóżko.

– Ciebie też miło widzieć – rzuciła.

Nie odpowiedziałam.

– Co? – zapytała.

Nie poruszyłam się.

– Nie słyszałam pukania, więc najwyraźniej jestem tu sama.

– Co proszę?

– No wiesz, pukanie – takie jakby pytanie, czy można wejść.

– Po co miałabym pukać, przecież ja tu niemal mieszkam.

Miała trochę racji. Byłyśmy niemalże zrośnięte ze sobą od pierwszej chwili, gdy sięgnęłyśmy po tę samą piłkę w przedszkolu. Reagan spojrzała mi przez ramię.

– Nikt nigdy nie czyta podstawowych lektur, Sam.

– Ty pewnie nawet jeszcze nie zaczęłaś, prawda? – odparłam. – Wiesz, że już jest sierpień?

Wzruszyła ramionami.

– Ej, nadal je masz. – Wskazała na zdjęcie naszej pierwszej drużyny koszykarskiej, przypięte obok listy lektur. Ośmioletnia Reagan stała za mną, z dłońmi na moich ramionach, ubrana w żółtą koszulkę Królowej Kozłowania, którą wygrała tamtego dnia.

– A, tak, mama znalazła je wczoraj w szufladzie.

– Super – powiedziała. – Byłam wtedy wyższa od ciebie.

– To już zamierzchła historia. – Obecnie byłyśmy równego wzrostu.

– Ja jeszcze rosnę.

– Ja też.

Reagan wyciągnęła ramiona nad głowę.

– Gotowa zagrać, póki jeszcze jesteś w stanie mnie zablokować?

– Planowałam dziś odpuścić – odrzekłam. – Nadgonić zaległości w lekturach.

Zarechotała.

– Tak, jasne.

Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.

– Chodźmy. – Podniosłam piłkę z podłogi i ruszyłyśmy do klubu Grant na popołudniową rozgrywkę amatorską.

* * *

Po wyborze stron zaczęła się gra. Reagan i ja zawsze grałyśmy na pozycji rozgrywającego w przeciwnych drużynach. Ona była lepsza w rozgrywaniu, a ja w rzutach, ale nikt poza nami nie potrafił tego stwierdzić.

Matt Diggers wyłapał długie odbicie od tablicy i podał mi piłkę. Popędziliśmy na drugą stronę boiska. Spojrzałam w lewo na Maddie Smith, ale pomyślałam, że to Reagan będzie bronić kosza. Wyciągnęła ramię w górę za późno i uderzyła mnie w szyję. Spudłowałam i obie przewróciłyśmy się na parkiet. Podczas gdy Jonesy Sawyer udała się po piłkę, ja wróciłam na czoło formacji. Reagan podążyła za mną, by mnie kryć.

– Czy to było konieczne? – zapytałam.

– Ups. – Wzruszyła ramionami.

Jonesy rzuciła mi piłkę.

– Ups?

– No już, dziewczyny, pogaduszki zostawcie na potem.

– Bawmy się jak grzeczne dzieci – powiedziałam do Reagan.

Graliśmy, dając z siebie wszystko. Gdy kompletnie opadliśmy z sił, ustawiliśmy się w kolejce do dystrybutora z wodą.

Do sali wkroczył nadzorca Andrew Walters.

– Hej, dzieciaki, nie możecie tu grać bez mojego nadzoru – oświadczył.

– Drzwi były otwarte – odpowiedział mu Diggers. – A pan się spóźnił.

– Dobra, dobra. Po prostu więcej tego nie róbcie. – Wyciągnął magazyn sportowy z plecaka i usiadł na trybunach. Był w reprezentacji uczelni razem z moim bratem Lukiem, który również pracował jako nadzorca.

– No dalej – wykrzyknęła Reagan. – Gramy!

Graliśmy jeszcze dobrą godzinę. Dołączyło do nas kilka osób, więc mieliśmy rezerwowych. Ja jednak nie robiłam przerw i pod koniec gry ledwo powłóczyłam nogami. Na linii bocznej czekała grupa starszych chłopaków, więc z ulgą ustąpiliśmy im miejsca na boisku.

– Potrzebujemy jeszcze jednego gracza – rzucił ich lider, John Rayfield, również grający w drużynie z Lukiem.

– Andrew, grasz?

– Nie mogę – odparł Andrew. – Zasady.

– Chłopaki? – Rayfield spojrzał w kierunku chłopców opuszczających boisko, ale nie znalazł chętnych.

– Ja zagram – zgłosiła się Reagan.

– Chyba zwariowałaś – zwróciłam się do niej. – Czas na fajrant.

– Przyda mi się trening.

– Nie dość ci na dziś?

– Zostaję – zdecydowała Reagan, kozłując piłkę w miejscu.

– Super – rzucił Rayfield. – Dzięki.

– To zły pomysł – przekonywałam ją.

– Do zobaczenia – odparła.

– Okej. – Poddałam się.

Odchodząc, słyszałam, jak kozłuje w swoim charakterystycznym, cierpliwym stylu: odbicie, dwa, trzy; odbicie, dwa, trzy. Kiedy Reagan stała w miejscu, odbijała piłkę od ziemi, jakby czas się dla niej nie liczył.

W drodze do domu wpadłam do sklepu na rogu po piwo korzenne i paczkę czipsów. Przechodząc przez Elliot Park, minęłam basen i zatrzymałam się przy płocie. Jasnowłosy ratownik właśnie krzyczał na grupkę chłopaków, aby przestali skakać na bombę. Sączyłam napój, wdychając zapach chloru. Nagle jeden z chłopców skoczył na główkę i ochlapał mnie całą. Zupełnie mi to nie przeszkadzało – wprawdzie dzień nie należał do zbyt gorących, ale nadal byłam rozgrzana po grze.

Kolejny chłopak poszedł w jego ślady, zalewając taras basenu. Ratownik wściekle zagwizdał gwizdkiem. Natychmiast zrobiło się cicho. Nawet małe dzieci w brodziku zamilkły. W oddali zawyła syrena.

– Ty i ty, obaj na ławkę! – krzyknął ratownik na chłopców.

Uśmiechnęłam się. Reagan i ja kiedyś też zostałyśmy za karę posadzone na ławkę za przyniesienie na basen piłki do kosza. Przyglądałam się dzieciakom w basenie, dopóki nie skończyłam napoju.

Gdy zbliżałam się do domu, nie czułam już zmęczenia. Na dworze było zbyt ładnie, by wejść do środka, więc postanowiłam porzucać do kosza nad garażem. Wtedy zdałam sobie sprawę, że zostawiłam piłkę na sali. Napisałam esemesa do Reagan, żeby ją wzięła, po czym wyciągnęłam starą piłkę z garażu. Kiedy mama wróciła z pracy, nadal ćwiczyłam rzuty. W pewnym momencie usłyszałam, jak woła mnie z kuchni. Stanęłam w tylnych drzwiach, z piłką pod pachą. Twarz mamy była blada. W jednej dłoni trzymała komórkę, drugą ściskała blat kuchenny tak mocno, że zbielały jej kłykcie.

– Mamo? – odezwałam się zaniepokojona.

– Właśnie umarła…

Poczułam, jak włosy na karku stają mi dęba.

– Babcia? – spytałam.

Mama pokręciła głową. Potem podeszła do mnie i odgarnęła mi z czoła kosmyk włosów, który wymknął się spod opaski. Jej dłoń drżała.

– Mamo, straszysz mnie.

Przyglądała mi się, jakby próbowała zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.

– Mamo, kto umarł? – dopytywałam się drżącym głosem.

Westchnęła rozdzierająco.

– Reagan.

Poczułam, jak ściska mi się gardło. Upuściłam piłkę, która odbiła się kilka razy i zatrzymała pod lodówką.

Złamane serce

Siedziałyśmy przy stole kuchennym.

– Opowiedz mi to jeszcze raz.

Mama położyła dłoń na mojej ręce. Opowiedziała mi już wszystko dwa razy.

– Serce Reagan po prostu się zatrzymało – rzekła cichym głosem. – Lekarze sądzą, że to była wada wrodzona. Nie będą wiedzieli nic na pewno, dopóki… – zawahała się.

– …dopóki nie zrobią autopsji – dokończyłam za nią. Mama zamknęła oczy. – Dopóki nie zobaczą, co stało się z jej sercem.

– Sam… – Oczy mamy znów zaszły łzami.

– Jak to możliwe w jej wieku?

– Wady wrodzone nie są zależne od wieku, to mogło się zdarzyć w każdej chwili.

– Próbowałam ją powstrzymać, prosiłam, żeby wróciła ze mną. To moja wina.

– Co ty mówisz, dziecko! Nie możesz tak myśleć.

– Ale gdyby wróciła ze mną…

– To mogło się zdarzyć w drodze do domu – odrzekła mama. – Albo podczas następnej gry.

– Powinnam była ją zmusić, by wróciła ze mną.

Do domu wpadł Luke. Miał czerwoną twarz.

– Sam! – zawołał. – Nie mogę w to uwierzyć. – Zaczerpnął głęboko powietrza. – Byłem w domu kultury, kiedy Andrew zadzwonił do pana Wheelera.

Usiadł obok mnie.

– Co się stało? – spytałam.

Potrząsnął głową.

– Reagan skoczyła po piłkę odbitą od tablicy, a potem przewróciła się i już nie wstała.

– Andrew się spóźnił – powiedziałam. – I zostawił otwarte drzwi.

– Nie wyczuł pulsu.

– O Boże – wtrąciła mama.

– Zadzwonił na pogotowie i pobiegł po defibrylator, ten w holu, wiesz który?

Kuratorium oświaty zainstalowało defibrylator tuż przy wejściu do sali.

– Zaaplikował Reagan jeden wstrząs. Goście z pogotowia powiedzieli, że ma słaby puls, i zabrali ją do szpitala.

Przypomniałam sobie syrenę, którą słyszałam przy basenie. O Boże…

Luke pokręcił głową.

– Zadzwoniłem do pani Murphy. Mam jej numer od czasu, gdy coś dla niej robiłem na jej podwórzu. Pamiętasz, mamo? Powiedziałem jej, że Reagan trafiła do szpitala. – Przygryzł wargę. – Zapytała, czy chodzi o jej kolano. Odparłem, że nie wydaje mi się. Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Spojrzał na mamę.

Mama złapała go za rękę.

– Dobrze zrobiłeś, Luke.

– Reagan zwichnęła sobie staw kolanowy na obozie – powiedziałam, przypomniawszy sobie to zdarzenie. – Obłożyli jej kolano lodem i kazali odpoczywać następnego dnia.

– Pan Wheeler i ja podjechaliśmy po Andrew i udaliśmy się do szpitala – kontynuował Luke.

– Na obozie był lekarz rezydent – ciągnęłam. Reagan kłóciła się z trenerem, że nic jej nie jest, ale i tak musiała się poddać badaniu.

Jeśli naprawdę uszkodziłaby sobie kolano, byłabym u niej w domu. Opowiadałabym jej o meczu i oglądałybyśmy telewizję, jedząc popcorn przygotowany przez jej mamę. Reagan twierdziła, że nawet podczas kontuzji należy trenować psychikę i ducha rywalizacji, więc często oglądałyśmy filmy sportowe albo nagrane mecze. Potrafiła recytować niektóre dialogi z pamięci.

– Próbowali ją ratować przez długi czas, ale było już za późno – mówił dalej Luke. – Jak to możliwe, żeby dzieciak dostał ataku serca? – Przygryzł wargę i szybko zamrugał.

Kiedy byłyśmy w piątej klasie, Reagan zadeklarowała, że jeśli do trzydziestki nie spotka nikogo lepszego, wyjdzie za Luke’a.

– Poza tym, czy w dzisiejszych czasach nie ma możliwości naprawy serca? – spytał Luke.

– Było już za późno – odpowiedziała mama. – Lekarze uważają, że z jej sercem było coś nie tak od urodzenia.

– Tak mi przykro, Sam – dodał Luke.

– Opowiedz mi jeszcze raz – poprosiłam.

Spojrzał na mnie, jakbym zwariowała.

– Proszę – nalegałam.

Pokręcił głową.

– Jej serce było po prostu za duże – stwierdziła mama.

Wcale nie było. Ujęłam w palce mój srebrny naszyjnik z wisiorkiem w kształcie połówki serca. Reagan miała drugą połówkę.

– Czemu do mnie nie zadzwoniłeś? – zapytałam Luke’a.

– Zadzwoniłem.

– Nie, nie dzwoniłeś.

Poczułam, jakby świat wokół mnie zakręcił się w odwrotną stronę. Nagle drzwi znów się otworzyły i do kuchni wpadł ojciec. Podszedł prosto do mnie i przytulił mnie mocno.

Poczułam, że jest mi niedobrze. Wyrwałam się z jego objęć i pobiegłam do łazienki, gdzie zwymiotowałam piwem korzennym i czipsami.

– Kochanie, dobrze się czujesz? – zapytała mama zza drzwi.

– NIE! – odkrzyknęłam. Już nigdy nie będę się dobrze czuła.

Opadłam na podłogę i oparłam się o ścianę. Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego nie odebrałam żadnego połączenia od Luke’a.

Cholera, zostawiłam mój telefon w garażu.

Wypadłam z łazienki i pobiegłam do garażu, niemal przewracając mamę po drodze. Znalazłam komórkę na blacie złożonego stołu do ping-ponga. Oczywiście natychmiast zauważyłam, że Luke dzwonił i pisał do mnie: „Zadzwoń natychmiast”.

A kiedy przeszłam do mojej konwersacji z Reagan, zobaczyłam tylko prośbę: „Weź moją piłkę”. I tyle. Skasowałam wszystkie inne rozmowy z nią, gdy w zeszłym tygodniu nakryłam Bradleya na ich czytaniu. Jedyna moja wiadomość do Reagan, jaką jeszcze miałam w komórce, to: „Weź moją piłkę”. I już nigdy się nie dowiem, czy ją odczytała.

Pierwsze łzy

Kiedy obudziłam się następnego ranka i sprawdziłam telefon, nie mogłam uwierzyć, że jest dziesiąta rano. Zwykle do godziny ósmej komórka już spadłaby z szafki od wibracji wywołanych wiadomościami od Reagan. Ona była jedyną znaną mi osobą, która niemal nie potrzebowała snu. Powodowało to, że piżamowe party z nią były wykańczające.

Jednak dziś nie było żadnych wiadomości. Żadnych telefonów z pobudką. Nie było już Reagan.

Zamknęłam oczy, jakby dzięki temu to wszystko miało się okazać nieprawdą. Wcisnęłam głowę w poduszkę i naciągnęłam na nią kołdrę, jak w czasach gdy byłam mała i nie chciałam, aby skończył się dobry sen.

Nic jednak nie pomagało. To było jak ciężka czarna chmura, która wpłynęła do pokoju przez otwarte okno. Każda molekuła wszechświata wydawała się mieć jedną misję – uświadomić mi, że Reagan już nie ma.

Nie mogłam już dłużej tego znieść. Wygrzebałam się z pościeli i zeszłam na dół.

– O, wstałaś – odezwała się mama z kuchni.

– O, jesteś w domu – odparłam. Zwykle w wakacje mama wychodziła do pracy, zanim się obudziłam. Wcześniej podrzucała Bradleya na dzienne półkolonie.

– Oczywiście – odrzekła.

Usiadłam ciężko przy stole.

– Chcesz płatki z mlekiem?

– Nie jestem głodna.

– To może sok pomarańczowy?

– Mamo…

– Ano tak, przecież go nie lubisz. – Potrząsnęła głową. – Nie jestem w stanie dziś zebrać myśli. – Wyciągnęła do mnie ramiona i przytulała mnie długą chwilę. Potem usiadła. – Sam, msza żałobna jest jutro wieczorem, ale nie musisz iść, jeśli to dla ciebie zbyt wiele. Pogrzeb będzie w sobotę.

– Wygodnie – odparłam.

Mama spojrzała na mnie dziwnie. Wzruszyłam ramionami.

– Sam… W szkole Grant jest psycholog dla dzieci potrzebujących wsparcia. Przyjmuje nie tylko dzieciaki stamtąd, może się do niego zgłosić każdy, kto znał Reagan z YMCA*, z drużyny albo ze szkoły.

– To miło.

– Myślę, że powinnaś się z nim spotkać.

Miało to dla mnie tyle samo sensu, co jedzenie.

– Ale po co? Przecież to nie przywróci życia Reagan.

– Oczywiście, że nie, kochanie. – Mama wzięła głęboki oddech. – Po prostu twój tata i ja martwimy się o ciebie i uważamy, że nie zaszkodzi, abyś porozmawiała z psychologiem.

– Ale ja nie chcę z nikim rozmawiać – zaprotestowałam. – To nic nie da.

– Możliwe, że nie. Sprawi jednak że będę nieco spokojniejsza. – Zawahała się. – Chyba nie jestem teraz w najlepszej formie. – Zaczęła płakać. – Ale kocham cię i chcę ci pomóc najlepiej, jak umiem.

To uderzyło w czułą strunę. Mama czasem dziękowała na głos Bogu za Reagan, bo mogła udawać, że ma dwie córki, które równoważyły posiadanie dwóch synów.

– Dobrze – zgodziłam się. – Pójdę.

Stanęłam przed szafą z ubraniami. Reagan i ja już niemal skompletowałyśmy garderobę na nowy rok szkolny, robiąc dwa razy w tygodniu wypady do centrum handlowego i sklepu z używaną odzieżą vintage na Main Street. Reagan zdecydowała, że tematem przewodnim powinny być przedmioty szkolne, więc miałam ubrania związane z biologią, geometrią i historią świata. „Biologia” składała się z zieleni i pasteli, „geometria” obejmowała minimalistyczne stroje w kwadraty i koła, a „historia świata” – spódnicę i wyszywaną bluzkę. W gimnazjum nie nosiłam sukienek ani spódnic, ale w szkole średniej postanowiłam nieco ulepszyć mój styl.

Nie byłam pewna, w co powinnam się ubrać na wizytę u psychologa. Czułam się tą perspektywą tak przygnieciona, że zostałam w szortach, w których spałam, włożyłam stare buty do koszykówki i chwyciłam bluzę leżącą na podłodze. Mama nie powiedziała ani słowa na mój strój i nieuczesane włosy.

– Chodź, jedziemy – rzuciła.

Nie chciałam nigdzie jechać, ale nie miałam siły się z nią spierać. Poruszałam się jak na autopilocie. Zdałam sobie sprawę, że jesteśmy w Grant dopiero, gdy mama zaparkowała i weszłyśmy do budynku. A więc psycholog przyjmował w miejscu, w którym Reagan umarła. Co za idiotyzm. Mama chyba pomyślała to samo, kiedy szłyśmy korytarzem, z którego drzwi prowadziły na salę. Stanęłam jak wryta.

– Sam… – odezwała się mama.

Pociągnęłam za klamkę. Drzwi były otwarte.

Sala była pusta. W dni, kiedy przyjmował psycholog, nie odbywały się letnie zajęcia. Przez wysoko umieszczone wąskie okna wpadało do środka światło porannego słońca. Przeszłam na środek boiska i wyobrażając sobie, co mogło się stać, poczułam, jak puls mi przyspiesza. Spojrzałam na kosz bliżej wejścia. A potem na kosz po drugiej stronie sali. W myślach widziałam, jak Reagan biegnie po piłkę odbitą od tablicy i upada. Jak Andrew pędzi po defibrylator. Jak na salę wpadają sanitariusze i zabierają ją na noszach. Przynajmniej ostatnie bicia serca przeżywała na boisku. Reagan byłaby naprawdę wkurzona, gdyby to zdarzyło się na lekcji.

I wtedy zobaczyłam moją piłkę – leżała w rogu sali, na niebieskiej bluzie z kapturem Nike należącej do Reagan. Podeszłam do niej i stałam chwilę w bezruchu, zastanawiając się, czy powinnam odmówić modlitwę. Zamiast tego wzięłam bluzę i piłkę na środek boiska i usiadłam. W kieszeni bluzy wyczułam telefon Reagan. Wokół niego był owinięty łańcuszek z jej połową serduszka.

Telefon nadal był naładowany.

Używałyśmy tego samego hasła, więc trzęsącymi się rękami odblokowałam ekran. Wyświetlacz ożył. Reagan odebrała moją wiadomość. Odpisała: „Dobrze, że masz mnie!”, ale tego nie wysłała.

Wcisnęłam „wyślij”.

I wtedy po raz pierwszy się popłakałam. Usłyszałam obcasy mamy na parkiecie. Kiedy otoczyła mnie ramionami, zaczęłam płakać mocniej. A w każdym razie moje ciało płakało. Jakby mówiło mi, że może mój umysł nie przyswoił jeszcze informacji o śmierci Reagan, ale ono już tak. I miało zamiar wylewać łzy przez dłuższy czas.

Tego dnia nie dotarłyśmy do gabinetu psychologa.

* Chrześcijańska organizacja młodzieżowa (przyp. red.).

Pogrzeb

Wydaje mi się, że poszłam na mszę żałobną. Rodzice chyba powiedzieli, że nie muszę iść, a ja odparłam, że owszem, muszę – i poszłam, ale sama myśl o tym była tak okropna, że nie pamiętam, czy zdarzyło się to naprawdę, czy był to tylko koszmar, który budził mnie tamtej nocy wiele razy.

Na pogrzebie wyglądałam jak zombie. Nie umiałabym odpowiedzieć na pytania: kim jestem, gdzie się znajduję. Byłam jedynie lokatorem we własnym ciele. Siedziałam tak, dopóki Bradley nie puścił bąka. Odgłos, który z siebie wydał, brzmiał jak wybuch bomby atomowej. Aż dziwne, że sprawcą czegoś takiego mógł być dziewięcioletni chłopiec. Spojrzałam na mojego młodszego brata, którego twarz wyrażała absolutny zachwyt.

Wybuchłam śmiechem. A potem zaczęłam się śmiać z tego, że śmieję się na pogrzebie Reagan, po czym uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę się śmiać razem z nią.

A później zaczęłam płakać. Całą sobą. Trzęsłam się, biorąc paniczne oddechy, bo czułam, że nie mam w sobie ani trochę powietrza. Płakałam, wyłam i łkałam, i nie obchodziło mnie, co ktokolwiek o mnie pomyśli, bo to był pogrzeb Reagan.

Reagan odeszła i nie było możliwości, że wróci.

Z pogrzebu mojej najlepszej przyjaciółki pamiętam jeszcze tylko, że tata i mama nieśli mnie przez główną nawę kościoła. Tato powtarzał raz za razem, żebym oddychała.

O, bracie!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Odejście
Złamane serce
Pierwsze łzy
Pogrzeb
O, bracie!
Zagubienie
Nie dziś
Powrót do szkoły
Sobotni ranek
Witaj ponownie
Ja i mój cień
Znowu w drodze
Dziś jesteś, jutro cię nie ma
Pół serca w stogu siana
Dobitne wyjaśnienie
Nieuniknione
Wszyscy znają Reagan
Poniedziałek, ech, poniedziałek
Gwiaździste popołudnie
Byle się prześliznąć
Starania
Znowu sama
Damy radę
Futbolowa fontanna
Na dachu
Doradca z tylnego siedzenia
Twoje zdradliwe serce
Znać wszystkie kąty
A kuku!
Następstwa

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Fadeaway

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Joanna Armatowska

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Anna Ismagilova (Shutterstock.com)

Copyright © 2018 by Maura Ellen Stokes

Copyright © 2020 for the Polish edition by Young

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Grzegorz Gołębski, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66520-78-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek