Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 445 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbyt wiele szczęścia - Alice Munro

Najwspanialsza autorka opowiadań wśród żyjących pisarzy anglosaskich.

Bonnie Brody, "Fairbank Reader”

Styl Alice Munro jest żwawy, zmysł obserwacji niezmordowany, ciekawość zachłanna, a zdania — zaczerpnięte z najczystszego źródła.

Jonathan Penner, „The Washington Post"

Dziesięć najnowszych opowiadań znakomitej kanadyjskiej pisarki od lat wymienianej w gronie kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Dziesięcioro głównych bohaterów (przeważnie bohaterek) i dziesięć historii rozgrywających się w dwudziestowiecznej Kanadzie i dziewiętnastowiecznej Europie.

Niezależnie od tego, czy centralnym wydarzeniem w opowiadaniu jest napad z bronią w ręku czy rywalizacja o względy mężczyzny, wyuzdany rytuał czy potrójne morderstwo, intymna i wyciszona proza Alice Munro sprawia, że czytelnik czuje się, jakby dopuszczano go do najgłębiej skrywanych rodzinnych tajemnic.

W 2009 roku autorkę nagrodzono prestiżową Man Booker Prize za całokształt twórczości.

Ta nagroda daje nadzieję, że Alice Munro również poza obszarem anglojęzycznym wzbudzi wreszcie zainteresowanie, na jakie od dawna zasługuje.

Michael Gorra, „The Times”

Opinie o ebooku Zbyt wiele szczęścia - Alice Munro

Fragment ebooka Zbyt wiele szczęścia - Alice Munro

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Tytuł oryginału: TOO MUCH HAPPINESS
Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, WERONIKA KOSIŃSKA, MAŁGORZATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych: ROBERT KLEEMANN
Skład i łamanie: Infomarket
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
Copyright © 2009 by Alice Munro All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Agnieszka Kuc
ISBN 978-83-08-05311-9
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.
Inny wymiar

Doree musiała jechać do Londynu aż trzema autobusami – najpierw do Kincardine, tam łapała kolejny, a potem przesiadała się na miejski, który zawoził ją do celu. Wyruszyła w niedzielę o dziewiątej rano. Z powodu przesiadek na miejsce dotarła dopiero o drugiej, mimo że do pokonania miała jakieś sto mil. Czas, który spędziła, siedząc w autobusach lub na przystankach, wcale jej się nie dłużył. W pracy rzadko mogła sobie posiedzieć.

Była pokojówką w motelu Komfort. Szorowała posadzki w łazienkach, zmieniała pościel, odkurzała dywany i przecierała lustra. Lubiła swoją pracę, bo przynajmniej częściowo zajmowała jej myśli i była na tyle męcząca, że ułatwiała wieczorne zasypianie. Doree rzadko musiała się mierzyć z naprawdę wielkim bałaganem, za to niektóre starsze koleżanki potrafiły opowiadać historie, od których włos jeżył się na głowie. Kobiety te uważały, że powinna mieć większe ambicje i znaleźć pracę w biurze, póki jest młoda i ładna. Ale jej w zupełności odpowiadało sprzątanie i nie szukała innego zajęcia. Nie chciała się zmuszać do rozmów z ludźmi.

Nikt w pracy nie znał jej historii. A jeśli nawet – i tak zachowywał tę wiedzę dla siebie. Jej zdjęcie ukazało się w gazecie – zamieścili to, na którym on uwiecznił ją wraz z trójką dzieci: na rękach malutki Dymitr, a po bokach Barbara Anna oraz Sasza, oboje wpatrzeni w obiektyw. Jej długie, falujące, brązowe włosy miały wtedy naturalny skręt i kolor; takie właśnie lubił. Łagodny, z lekka nieśmiały wyraz twarzy – fotografia nie do końca wiernie oddawała rzeczywistość, to raczej on ją w ten sposób postrzegał.

Potem obcięła włosy na krótko, nastroszyła i utleniła. Bardzo też schudła. Zaczęła używać drugiego imienia: Fleur. Również praca, którą jej znaleziono, była w mieście oddalonym szmat drogi od dawnego miejsca zamieszkania.

Już trzeci raz odbywała tę podróż. W czasie poprzednich dwóch wizyt nie zechciał się z nią spotkać. Jeżeli teraz znowu by odmówił, nie podejmowałaby już dalszych starań. A gdyby nawet wyraził zgodę, możliwe, że przez pewien czas i tak przestałaby go odwiedzać. Nie chciała przeciągnąć struny. Nie miała pojęcia, co powinna zrobić.

Początek podróży był niezbyt męczący. Jechała autobusem i podziwiała krajobraz. Wychowała się nad morzem, gdzie po zimie nastaje wiosna, ale tu niemal zaraz przychodziło lato. Miesiąc wcześniej leżał jeszcze śnieg, a teraz można już było spacerować z odsłoniętymi ramionami. Na polach połyskiwały kałuże, a przez nagie gałęzie przelewały się potoki światła.

Po przesiadce ogarnął ją lekki niepokój i zaczęła się zastanawiać, która ze współpasażerek zmierza tam, gdzie ona. Obok siedziały wyłącznie kobiety, na ogół starannie ubrane, jakby chciały sprawić wrażenie, że jadą do kościoła. Starsze nosiły się bardziej tradycyjnie. Można było pomyśleć, że w ich parafii obowiązują sztywne i surowe reguły – kobietom wypada chodzić w spódnicy i pończochach, a głowę nakrywać kapeluszem. Młodsze wyglądały jak członkinie mniej rygorystycznej wspólnoty – zamiast spódnic zakładały spodnie, nosiły kolorowe apaszki, kolczyki i miały tapirowane fryzury. Wystarczyło jednak dokładniej im się przyjrzeć, by zauważyć, że przynajmniej niektóre – wcale nie były młodsze.

Doree nie pasowała do żadnej z tych grup. Mimo że pracowała od półtora roku, przez cały ten czas nie kupiła sobie żadnych ubrań. Ani jednej rzeczy. Do sprzątania zakładała strój roboczy, a po pracy dżinsy. Dawno już przestała się malować, ponieważ on był temu przeciwny, a teraz, gdy mogła to robić bez przeszkód, nie miała ochoty. Sterczące sztywno pszeniczne włosy nie pasowały do jej wychudłej surowej twarzy, ale wcale się tym nie przejmowała.

Gdy wsiadła do trzeciego autobusu, znalazła sobie miejsce przy oknie i dla uspokojenia skupiła całą uwagę na reklamach i znakach drogowych. Chcąc zająć czymś myśli, podjęła prostą zabawę. Ze słów, które czytała, tworzyła anagramy, na przykład z wyrazu „kawiarnia” powstawały: „wiara”, „wara”, „kawa”, „kara” oraz „rak”, a „sklep” krył w sobie: „lek”, „lep” i jeszcze... chwileczkę – słówko „eks”. Przy drodze prowadzącej z miasta słowa wyłaniały się zewsząd – były na billboardach, na porażających brzydotą marketach, parkingach, nawet na przywiązanych do dachów balonach reklamujących wyprzedaże.

Doree nie powiedziała pani Sands o dwóch poprzednich próbach, i o tej kolejnej pewnie też jej nie powie. Widywała się z nią w poniedziałki po południu. Pani Sands mawiała, że należy iść do przodu, choć zaraz potem dodawała, iż potrzeba czasu i niczego nie można na siłę przyspieszać. Powiedziała Doree, że właśnie tak powinna postępować, a przy okazji odkryć, jak wielka drzemie w niej siła.

– Wiem, że te stare prawdy brzmią banalnie i pewnie zanudzam cię na śmierć, ale pamiętaj – one wciąż są aktualne.

Pani Sands oblała się rumieńcem, gdy sobie nagle uświadomiła, że nieopatrznie przywołała słowo  ś m i e r ć,  ale nie chciała przepraszać, by nie pogarszać sytuacji.

Jako szesnastolatka, czyli przed siedmioma laty, Doree codziennie po lekcjach jeździła do szpitala w odwiedziny do matki, która wracała do zdrowia po operacji kręgosłupa. Zabieg ten określono jako poważny, lecz nie zagrażający życiu. Lloyd był sanitariuszem. Z matką Doree łączył go pewien epizod życiowy – oboje byli kiedyś zdeklarowanymi hipisami, chociaż Lloyd tak naprawdę liczył sobie kilka lat mniej. Gdy tylko miał wolną chwilę, wpadał pogadać o różnych starych sprawach, marszach protestacyjnych, w których brali udział, o rozmaitych ekscentrykach, odlotowych transach narkotycznych i innych tego typu rzeczach.

Lloyd cieszył się sympatią pacjentów, bo lubił żarty; biły od niego pewność i siła. Był krępy, szeroki w ramionach i na tyle autorytatywny, że niekiedy brano go za doktora (co wcale nie oznacza, że się tym szczycił – uważał bowiem, że wiele leków wcale nie pomaga, a większość lekarzy to zwyczajni idioci). Miał wrażliwą, z lekka zaczerwienioną skórę, jasne włosy i oczy o śmiałym wejrzeniu.

Kiedyś pocałował Doree w windzie i powiedział jej, że przypomina kwiat rosnący na pustyni. Potem zaśmiał się z własnych słów i dodał:

– Ale jestem oryginalny, co?

– Masz duszę poety, tylko o tym nie wiesz – odparła, bo chciała być dla niego miła.

Którejś nocy jej matka nagle zmarła z powodu zatoru. Miała wiele bliskich przyjaciółek, które chętnie zgodziły się przygarnąć Doree – i na krótko rzeczywiście u jednej z nich zamieszkała, lecz zdecydowanie bardziej wolała nowego przyjaciela, Lloyda. Jeszcze przed swoimi urodzinami zdążyła zajść w ciążę, a zaraz potem wyszła za mąż. Lloyd nigdy wcześniej nie był żonaty, chociaż przypuszczał, że może być ojcem co najmniej dwójki dzieci, których losów nie znał. W każdym razie, nawet jeśli była to prawda, owe dzieci i tak już dawno dorosły. Wraz z upływem lat filozofia życiowa Lloyda ewoluowała – nieoczekiwanie zaczął sobie cenić małżeństwo i stałość w uczuciach, za to nabrał dystansu do regulacji urodzin. Doszedł również do wniosku, że półwysep Scheldt, gdzie mieszkał wraz z Doree, przestał mu odpowiadać; jakby nagle zrobiło się tam zbyt tłoczno – za dużo znajomych, kochanek i wspomnień z dawnych lat. Dlatego już wkrótce on i Doree postanowili przenieść się do Mildmay – miejscowości, którą znaleźli na mapie. Nie zamieszkali jednak w samym miasteczku, lecz wynajęli domek na wsi. Lloyd dostał pracę w wytwórni lodów. Założyli ogród. Lloyd znał się na ogrodnictwie, a także na stolarce. Potrafił uruchomić opalany drewnem piec i stary samochód.

Urodził się Sasza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki