Zbyt blisko - Natalie Daniels - ebook
Opis

Connie i Ness poznały się w parku, w którym bawiły się ich dzieci. Okazało się, że są sąsiadkami, i wkrótce stały się nierozłączne.

Kiedy rozpadło się małżeństwo Ness, Connie wspierała ją w trudnych chwilach, lecz to, co było zażyłą przyjaźnią, niepostrzeżenie przemieniło się w rodzaj obsesji. Przyjaciółka staje się obecna zawsze i wszędzie, a Connie nie ma nawet skrawka prywatnej przestrzeni ani czasu dla męża i dzieci. To staje się nie do zniesienia…

Gdy w szpitalu psychiatrycznym Connie odzyskuje świadomość, dowiaduje się, że popełniła straszliwą zbrodnię. Ale ona nic nie pamięta - cierpi na amnezję dysocjacyjną. Jednak z pomocą psychiatry mozolnie dociera do prawdy…

Ta pełna napięcia i szalonych zwrotów akcji opowieść o przyjaźni i zdradzie zachwyci czytelniczki "Sióstr" Claire Douglas i "Tej dziewczyny" Michelle Frances.

Mrożąca krew w żyłach. Nie mogłam jej odłożyć.

Rosanna Ley - autorka "Zatoki tajemnic"

Natalie Daniels to pseudonim literacki znanej scenarzystki i aktorki Clary Salaman. Autorka mieszka w Londynie, ale ma też dom w Hiszpanii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

TOO CLOSE

 

Copyright © Clara Salaman, 2018

All rights reserved

 

Projekt okładki

Jo Thomson/TW

 

Opracowanie wersji polskiej okładki

Ewa Wójcik

 

Ilustracje na okładce

© Martin Holtkamp/Getty Images;

Leiana/Shutterstock.com;

Garth Helm/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

 

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

 

ISBN 978-83-8169-702-6

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Chusa, z całą moją miłością

 

Któż zdoła powstrzymać lawinę żalu, gdy ta już zacznie się staczać?

Eurypides, Medea

 

 

To dziwne, ale wszyscy zawsze mówią, że jest piękna. Tyle już o tym gadano, że jej uroda stała się faktem, nie budzi żadnych wątpliwości. Jednak muszę przyznać, że kiedy przed laty ujrzałam ją po raz pierwszy, w parku, zrazu jej uroda wcale mnie nie powaliła, stało się tak dopiero po pewnym czasie. Była drobną blondynką o cienkich rozwichrzonych włosach, na jej skroniach widniały blade niebieskawe żyłki. Miała ciemne wory pod oczami – wiem, że to oznaka rodzicielstwa – a gdy się spojrzało na nią pod pewnym kątem, piegowaty nos wyglądał, jakby zaliczył cios pięścią. Patrzyła na ludzi tymi swoimi ciemnobrązowymi oczyskami w bardzo szczególny sposób, jakby z ukosa. I za dużo mrugała. Ogólnie rzecz biorąc, zrobiła na mnie wrażenie osoby pełnej niepokoju.

Spóźniłam się po Annie do przedszkola i zastałam córeczkę, jak siedziała samotnie na ławeczce pod pustym wieszakiem na ubrania. Oparta o ścianę, dzierżyła z dumą patyk z przyczepionym doń kawałkiem zmiętej czerwonej bibułki.

– Kochanie, przepraszam za spóźnienie – powiedziałam, siadając obok niej, zadowolona, że mogę wreszcie złapać oddech. – Co zrobiłaś? – spytałam, patrząc na patyk w jej ręce.

Karl był lepszy w te klocki; zachwycał się każdym szajsem przywleczonym z przedszkola i szkoły, jakby dzieci były małymi Leonardami. Gdyby to puścić na żywioł, nasz dom wyglądałby jak nora jednego z tych patologicznych zbieraczy, których pokazują w telewizji, pełna badziewia z gliny i zmiętych kartek papieru z kleksami farby.

– To mak.

O rany, no jasne. Zbliżał się Dzień Pamięci, a przedszkole nie przepuszczało żadnej szansy na wyzwolenie w dzieciach kreatywności.

– Śliczny! Wiesz, dlaczego go zrobiłaś? Dla kogo? – Może i często się spóźniam, zapominam o kolędowaniu i grillach szkolnych, ale przy każdej nadarzającej się okazji staram się edukować dzieciaki.

Córeczka spojrzała na mnie i wręczyła mi patyk.

– Dla ciebie?

– Nie – powiedziałam. – Chodzi mi o to, czy wiesz, dlaczego go zrobiłaś? Po co?

– Ku pamięci.

– Zgadza się. – Moje dziecko to po prostu geniusz. – Żeby kogo upamiętnić?

Nie miała pojęcia. Pokręciła głową, jej anielskie loczki podskakiwały przy tym w różne strony. Nie po raz pierwszy nie mogłam się nadziwić, że wydałam z siebie takiego słodziaka.

– Żołnierzy, którzy zginęli na wojnie – powiedziałam osobliwie radosnym tonem jak na tę informację. – Oraz zawieszenie broni.

Podniosła na mnie wzrok, szeroko otwierając oczy i zaokrąglając usta ze zdziwienia, podczas gdy małe trybiki w jej głowie szybko się obracały. Zmarszczyła brwi i zrobiła powolny obrót w tył, by przyjrzeć się wieszakowi, który miała za sobą, ostrożnie sięgając pulchnymi paluszkami do haczyków.

– A zawieszali ją tutaj? – spytała.

Czasem była taka urocza, że mogłabym ją zjeść.

– Kupmy coś słodkiego i chodźmy do parku! – powiedziałam.

Tak więc Annie pędziła przede mną, policzki miała wypchane smarties. Była dzieckiem typu kamikadze. Nim zdążyłam ją dogonić, stała na szczycie zjeżdżalni, z wysuniętą dolną wargą, twarzą purpurową z udręki, patrząc na kolorowy strumień smarties, które w podskokach spadały z drabiny wprost na miękkie podłoże placu zabaw. Druga mała dziewczynka stała u dołu drabiny, zbierała cukiereczki i pakowała je sobie błyskawicznie do buzi.

– Nie! Nie! Nie! – wołała Annie do wstrętnej spryciuli na dole.

Matka była nieświadoma całego zajścia; siedziała na ławce, robiła coś ze starszą dziewczynką. Gdy zaczęłam zbierać smarties, wkrótce do mnie dołączyła. Spojrzała z naganą na swoje dziecko, które miało policzki wypchane jak u chomika i wydawało pomruki protestu.

– Nieładnie, Polly. Nie są twoje.

Wyznam coś dziwnego: pamiętam, że brzmienie głosu tej kobiety mnie zaniepokoiło; nie chodziło o ton, bo mówiła cicho i spokojnie, ani o to, co powiedziała, czyli zwyczajną rzecz. Wrażenie było nieuchwytne, „prosto z brzucha”: ten głos podziałał na mnie zarówno kojąco, jak i denerwująco. Tak samo reaguję na dzwony kościelne. Chyba mówię trochę bez ładu i składu, prawda?

Na wiele lat miałam zapamiętać ten dzień jako dowód na to, że nie należy ufać pierwszym wrażeniom, bo są zwodnicze. Gdyż tak naprawdę, na samym początku, poczułam niewyjaśnioną, lecz silną awersję do tej kobiety, jak szarpnięcie zza kulis, sygnał ostrzegawczy od wielkiego mistrza marionetek.

Odbyłyśmy uprzejmą pojednawczą rozmowę o dzieciach, a później byłyśmy zmuszone zasiąść razem na ławce, gdyż trzy dziewczynki zawarły natychmiastowy sojusz i wyruszyły na poszukiwanie ślimaków, porzucając swoje żale z tą godną pozazdroszczenia dziecięcą łatwością.

– Mieszkasz w pobliżu? – spytałam.

– Zaraz za basenem – odparła, skinąwszy lekko głową w tamtą stronę. – Właśnie się wprowadziliśmy.

– O! Na jakiej ulicy mieszkacie?

– Buxton Road.

– Naprawdę? Na którym końcu?

I tak odkryłyśmy, że jesteśmy sąsiadkami. Mieszkała dosłownie za rogiem, tylko cztery domy od nas. Zresztą z okien na tyłach naszego domu widziałam tamten budynek. Nasza rozmowa nabrała rumieńców, skoro stało się jasne, że będziemy żyć po sąsiedzku: wrzaski dzieci, kłótnie w ogrodzie, może hałaśliwe uprawianie seksu, od wielkiego dzwonu, w gorącą letnią noc. Dlaczego my, kobiety, czujemy przymus spoufalania się? Dwaj mężczyźni na naszym miejscu prawdopodobnie w ogóle nie nawiązaliby rozmowy.

Otworzyłam pudełko Annie, przeznaczone na przekąski, i wybierałam rozmiękłe truskawki, gdy tymczasem w rozmowie przeszłyśmy gładko od otoczenia i naszych pociech do nas samych.

– Czym się zajmujesz? – spytała.

– Piszę – odpowiedziałam.

A ona bez pauzy czy dalszych pytań rzuciła: „Ja też!”. Sposób, w jaki to powiedziała, tak nagły, wywołał wrażenie rywalizacji – znów poczułam ostrzegawcze szarpnięcie.

– A co piszesz? – spytałam, częstując ją nieapetyczną truskawką, której nie przyjęła.

– Poezję. – Spojrzałam na nią świeżym okiem. To było interesujące; nikt nie przyznaje się do pisania wierszy. – Jak mam natchnienie – dodała.

No cóż, proszę wybaczyć snobizm, ale pisarka tak nie mówi. To amatorszczyzna. (Pisarka nie może sobie pozwolić na luksus oczekiwania na natchnienie, lecz tak czy siak, podejmuje trud, wyzwanie, żyje w nędzy, oddaje wszystko, by zostać niewolnicą swej sztuki). Nie pokazałam po sobie, że tak myślę, ale chyba na swój sposób uderzyłam w najczulszy punkt:

– Tak zarabiasz na życie?

– O nie.

Otóż to: wcale nie była pisarką. (My, pisarze, musimy pisać, co się da, by stać nas było na pisanie tego, co chcemy – ja odwalałam teksty za inne osoby, robiłam wywiady, redagowałam, aby zdobyć czas na pisanie książek, których nikt nie chce publikować).

– Prowadzę… a raczej prowadziłam różne galerie. Masz trochę. – Gestem wskazała, że mam trochę soku truskawkowego na brodzie. Otarłam ją. Pokręciła głową i jeszcze raz wykonała ten gest, a ja znów otarłam brodę.

A wtedy – można się ze mną nie zgodzić, uznać, że tak się zachowuje każda matka – zrobiła coś, co wydało mi się dziwnie intymne: polizała palec i zaczęła delikatnie pocierać nim moją brodę. A kiedy to robiła – plama była dość oporna – mimowolnie się jej przyglądałam. Zauważyłam piegi, kontrast blond włosów z ciemnymi oczami. Już miałam ją spytać o te galerie, kiedy powiedziała:

– Bardzo ładnie pachniesz. Jakich perfum używasz?

I znów ta dziwna poufałość, prawda? Mówić dopiero co poznanej osobie o jej zapachu? Jednak jestem łasa na komplementy i zapewne wyraźnie się rozpromieniłam.

– Dziękuję! To Jo Malone: Lime Basil and Mandarin.

Uśmiechnęła się. Miała ładne zęby, równe i białe, jak z reklamy.

– Są cudowne.

Też tak sądziłam, ale bardzo miło, jak ktoś coś takiego zauważy. Dlaczego my, kobiety, wciąż schlebiamy sobie? Patrząc wstecz, muszę przyznać, że chyba właśnie komplementy tak mnie zaślepiły, że nie dostrzegłam wyraźnych znaków ostrzegawczych. Czyż to nie jest żałosne?

– Co robi twój partner? – spytała.

– Jest konsultantem w mediach – odparłam. Zazwyczaj zamyka to usta większości osób, teraz też tak było.

– A co z twoim mężem?

– Właściwie żoną. Pracuje w telewizji.

No cóż, to z kolei mnie zamknęło usta. A więc lesbijka. Jak fajnie. W tej okolicy przyda się jakaś odmiana. Szkoła z każdym rokiem stawała się coraz bielsza i bardziej blond, rodzice coraz bardziej do siebie podobni – było coraz więcej mężczyzn w łososiowych sztruksach i kobiet z cieniowanymi lśniącymi włosami. Natychmiast miałam ochotę spytać ją o dziewczynki: kim była biologiczna matka? Kim był ojciec? Jak cię nazywają? Wszystkie te narzucające się od razu pytania, których nikt nie lubi zadawać, ale każdy chciałby znać odpowiedzi. No i były jeszcze nieoczywiste pytania, które chciałam zadać, na przykład skąd wiedziała, że jest lesbijką. Byłam zaintrygowana. Mnie od zawsze ciągnęło wyłącznie do facetów. Myśl o kochaniu się z kobietą nigdy nie wydawała mi się kusząca. Kochałam mężczyzn. Uwielbiałam ich ciała. Uwielbiałam różnice: kochałam męskość. Jednak o nic oczywiście nie spytałam; starałam się sprawiać wrażenie wyluzowanej.

– Podoba mi się twoja fryzura… ta grzywka – stwierdziła. – Musisz mi powiedzieć, gdzie znajdę dobrego fryzjera… W ogóle nie znam tej okolicy. – Poklepała swoje rozwichrzone włosy, zerkając na mnie z ukosa w ten specyficzny dla siebie sposób. Muszę przyznać, że tego dnia byłam szczególnie łasa na komplementy, a włosy miałam świeżo ścięte i trochę się wstydziłam tej swojej fryzury. Potencjalnie wyglądałam trochę, jakbym się urwała z roku 1974 – ale nie w sensie pozytywnym. Fryzjer miał skłonność do przesady i wychodząc z salonu, pochwyciłam swoje odbicie w lustrze z boku – wyglądałam, jakby na moim czole przycupnęła wypielęgnowana świnka morska.

– Jasne! Jest niezły salon obok biblioteki – powiedziałam, nachylając się, by mieć lepszy widok na Annie, która podejrzanie się kręciła; była znana z tego, że lubi przykucnąć w krzakach na kupę. To moje dziecko jest dzikusem.

– A tak w ogóle to jestem Ness – powiedziała kobieta, wyciągając do mnie rękę.

– A ja Connie – odpowiedziałam i uścisnęłam jej dłoń.

A więc więź została nawiązana.

Teraz wydaje mi się, że było to bardzo dawno temu. Sześć długich lat temu; jakby w innym życiu, w czasach, kiedy mijając bezdomnych, skulonych w cuchnących moczem zaułkach, myślałam niedbale: Jak doszło do tego, że życie tak się wam potoczyło? No cóż, teraz znam odpowiedź: całkiem łatwo, jak się okazuje. Można by pomyśleć, że proces obniżania poziomu życia następuje powoli, ale prawda jest taka, że wszystko może się zmienić w jednej chwili, choćby za sprawą kaprysu jakiejś obcej osoby, która na przykład postanowi zamieszkać w domu przy Buxton Road.

 

Rozdział 1

Wyglądam przez okno, patrzę na nagie jęczące drzewo i po raz kolejny zadziwia mnie stan, w którym się znajduję. Jest tak, jakbym się zgubiła; nie mam pojęcia, dokąd zawędrowałam. Nawet moje ciało zmieniło się nie do poznania; mam głębokie otwarte rany na lewym nadgarstku pod kremowym bandażem. Od czasu do czasu mrugają do mnie, mokre, różowoczerwone. Moja prawa ręka, tors i prawe udo są wściekłą, nierówną masą czerwieni, gdzieniegdzie usianą strupami, udo jest cynobrowoczerwone, w kształcie wielkiej gruszki, łydka lśniąca i napięta, stopa swędzi, łuszczy się. A jednak otaczające mnie ściany stają się coraz bardziej znajome. Wiem, że jest jedenasta, ponieważ słyszę, że Skrzypicha nadchodzi korytarzem, a ja jestem w ostatnim pokoju. Ona jest bardzo punktualna. Myślę, że nie przebywam tu długo, ale mogę się mylić. Pewnie około tygodnia, ale dni niewiele się różnią od siebie, więc trudno powiedzieć. To miejsce jest jeszcze gorsze niż poprzednie. Tutaj są kraty w oknach. Skrzypicha uważa, że rankiem nic nie robię, tymczasem ja się koncentruję. Dziś jest bardzo wietrznie, pogoda nie może się skupić, wciąż zmienia zdanie. Jednak moja uwaga jest silnie skoncentrowana. Studiuję pewien szczególny liść i robię to, odkąd tu trafiłam. Przycupnął na samym czubku drzewa, więc znajduje się na linii mojego wzroku. Park schodzi w dół, ku strumieniowi, tak mi przynajmniej powiedziano. Mówię strumień – ale to pewnie jakiś zaśmiecony ściek, bądź co bądź jesteśmy w Londynie. Samotny listek trzepocze z wściekłością; z jakichś powodów czepia się życia, choć widać wyraźnie, że nadaremnie. Żywię ogromny podziw dla jego brawury.

Skrzyp, skrzyp, brzdęk, brzdęk, oto nadchodzi. Nie mogę oderwać oczu od listka. Martwię się, że czeka, aż to zrobię, a potem da za wygraną. Czasem w nocy trapię się tak bardzo, że potrafię wstać z łóżka i unieść roletę, by w pomarańczowym blasku latarni po drugiej stronie muru zobaczyć, co się z nim dzieje.

Skrzypicha otwiera drzwi, niby to puka, ale właściwie od razu wchodzi. Wszystko mi jedno. Nie ma czegoś takiego, czego bym przy niej nie zrobiła. Nasłuchuję, kiedy przechodzi przez pokój. Buty ma praktyczne, na podeszwie z kauczuku, dawno temu poświęciła styl dla wygody. To jej wózek na kółkach tak skrzypi. Przystaje przede mną i muszę oderwać oczy od mojego listka. Skrzypicha wygląda dziś wyjątkowo nieatrakcyjnie, na czole ma guzki i wypryski, a na ustach z opadającymi kącikami opryszczkę.

– Dzień dobry – mówi ponuro, wręczając mi lekarstwo, po czym nalewa wody ze szpitalnego plastikowego dzbanka, który kiedyś był przezroczysty, ale zrobił się zamglony, szary. Woda jest letnia i ma posmak dzbanka. Przełykam pigułki.

– Boli mnie, jak przełykam – mówię. Nawet nie rozpoznaję własnego głosu. Jest całkiem zachrypnięty.

– No cóż, trudno, żeby nie bolało, prawda, Connie? – odpowiada.

Ona stoi, a ja siedzę, więc sięgam jej głową do ramion. Ma ciemne kręgi pod pachami, widoczne na bladoniebieskim fartuchu. Sama trochę za bardzo się pocę, więc udzielam jej rady.

– Perspirex. To pomaga. Na pocenie się – mówię. – Powinnaś spróbować. Możesz kupić w Bootsie.

Jest impregnowana na wszelkie moje uwagi, zresztą podczytuje „Daily Mail”, które leży na wózku. Nie powinna pozwolić mi na oglądanie gazet.

– A niby czemu miałabym słuchać twoich rad, Constance?

To suka.

– Nie powinnaś tak się odzywać do gości – ganię ją.

– Nie jesteś żadnym gościem – odpowiada, nie tak całkiem nieuprzejmie, podając mi kolejne dwie niebieskie tabletki, ale jej uwagę pochłania gazeta. Czyta artykuł na pierwszej stronie, któremu towarzyszy zdjęcie brodatego zamachowca. A może to jakiś celebryta. O dziwo wygląd à la fundamentalista bardzo się przyjął. Od kiedy to jest modnie wysadzać ludzi w powietrze? Teraz brzmię zupełnie jak moja matka.

– Czy ktoś przyprowadzi moją matkę na wizytę?

Przerywa lekturę, odrywa wzrok od gazety i gapi się na mnie.

– Kiedy zamierzasz przestać strugać wariatkę? – pyta, co najwyraźniej o czymś jej przypomina, ponieważ pochyla się, a jej obfite uda napinają maksymalnie spodnie z poliestru, po czym wydobywa z dolnej półki wózka sfatygowanego laptopa.

– Doktor Robinson chciała, bym ci to dała – mówi, wzdychając z dezaprobatą. Kładzie laptopa na stoliku obok mnie. – Bateria jest naładowana.

Patrzę na laptopa i zastanawiam się, czy da się wejść do internetu.

– Nie możesz wejść do internetu – informuje. Lubi zabierać lekkie podmuszki wiatru ze strzępów żagli.

– A więc nici z pornosów z osiołkami. – Widzę, że humor całkiem mi dopisuje.

Skrzypicha szczerzy do mnie zęby. To nie jest uśmiech, raczej warknięcie. Nie po raz pierwszy zauważam, że ma dość dobre zęby. Trochę zakrzywione do środka, jak u rekina. Potem przypominam sobie, że jej podpadłam.

Wczoraj, a może przedwczoraj czy kiedyś tam, Szurnięta Sita i ja oglądałyśmy telewizję w świetlicy. W świetlicy jest tylko telewizor, przykręcony do ściany, oraz kanapa i plastikowe krzesło, te z kolei przymocowane do podłogi. Szurnięta Sita buja się w tym blondasku, lekarzu z Wstydliwych chorób, których powtórki nam puszczają. Ma obsesję na jego punkcie. Pragnie przebywać z nim w zamkniętym białym pomieszczeniu w centrum jakiegoś miasta i sugestywnie wyłuszczać mu, jak to jest z tą jej łuszczycą. Obie uwielbiamy ten serial i prosimy, by bez końca go nam puszczali; bądź co bądź nic tak nie cieszy jak żenujące problemy innych ludzi. To sprawdzona formuła.

W tym konkretnym odcinku Blondasek gmerał w fałdach skórnych Sharon z Hartlepool, na próżno próbując wydobyć na światło dzienne kłykciny kończyste pokrywające jej waginę. Sama Sharon miała trudności z sięgnięciem do dolnych partii ciała, a co dopiero z ich obejrzeniem. Jednak my mogłyśmy to zrobić. I uznać za fascynujące z różnych powodów. Sharon była mocno owłosioną panią, naturalną blondynką. Jej wagina przypominała mi jakieś małe śpiące zwierzątko, na przykład orzesznicę, zwinięte w kłębuszek w stogu siana. Jednak opuszczenie i samotność, które z niej biły, nieco mnie zasmucały. Czego nie można powiedzieć o Szurniętej Sicie; ta leżała rozgogolona na niebieskiej sofie i leniwie się masturbowała, ujrzawszy doktorka w pobliżu jakiejś waginy. Siedziałam przycupnięta na plastikowym krześle. Od chwili, gdy Sharon wypełniła sobą ekran w trakcie zwiastuna, strasznie chciało mi się siku, ale byłam pochłonięta tym, co znajdowało się między tymi zdolnymi do skruszenia czaszki udami, i zadziwiona zwinnymi dłońmi Blond Doktorka, które tam gmerały, a w dodatku rytmiczne działania palców Szurniętej Sity wprowadziły mnie w swego rodzaju stupor, więc nie byłam w stanie podnieść się z krzesła. A tak naprawdę, biorąc przykład z bezprzykładnej Szurniętej Sity, uświadomiłam sobie, że już nie muszę wstawać i iść do toalety, już w ogóle nie muszę zachowywać się w jakiś szczególny sposób. Poczułam się przez to tak głęboko zrelaksowana – próbuję chwytać się pozytywów, gdzie tylko się da (moja matka jest wielką orędowniczką takiego podejścia, i starałam się zaszczepić je własnym dzieciom) – że tam na plastikowym krześle rozluźniłam mięśnie dna miednicy.

Natychmiast przeniosłam się w czasy dzieciństwa, do miłych wspomnień związanych z moczeniem łóżka. Uderzyło mnie, jak bardzo tęsknię za tymi wszystkimi rzeczami, które trzeba porzucić jako dziecko: choćby takie napady złości i cielesne rozpasanie. Może nadeszła pora, by to odzyskać. Cudowne jest to, że gdy traci się wszystko, gdy nic już nie budzi przerażenia, a lęk i rzeczywistość zleją się ze sobą, dalej jest tylko wyzwolenie. Kiedy zdejmą ci z grzbietu gorset konwencji, natychmiast pojawia się ulga.

W każdym razie właśnie wtedy Skrzypicha weszła do świetlicy i odkryła dwa na pozór niezwiązane ze sobą zdarzenia: z mojego krzesła skapywał na podłogę mocz, a Szurnięta Sita, spuściwszy spodnie, robiła sobie dobrze. Szurnięta Sita jest naprawdę szurnięta, Skrzypicha ledwie rzuciła na nią okiem. Co do mnie, ma wątpliwości. Uważa, że udaję. Inni robią się przy mnie nerwowi. Sądzą, że jestem niebezpieczna, że powinnam być pod obserwacją. No, może oprócz policjanta, który mnie aresztował. Słyszałam, jak rozmawiał z kolegą, kiedy umieszczano mnie w celi. Zawsze potrafi „je odróżnić – oświadczył. – Winni, uwolnieni wreszcie od ciężaru swoich zbrodni, kładą się i śpią jak dzieci”.

Ja nie zmrużyłam oka przez całą noc.

Skrzypicha podaje mi ostatnie pigułki. Naprawdę cierpię katusze przy przełykaniu.

– Matka będzie się bardzo o mnie martwić. Czy ktoś zamierza ją przyprowadzić na wizytę?

Skrzypicha zamyka gazetę, po czym ją składa.

– Nic mi nie wiadomo o twojej matce – odpowiada znudzonym tonem.

– Nie pamiętam, na kiedy zapowiedziała wizytę…

– Całkiem sporo umknęło twojej pamięci – mówi, klepiąc laptopa jedną ręką, a drugą porządkując uporządkowany wózek.

Tutejszy personel potrafi być bardzo nieuprzejmy, ale ja się tym nie przejmuję. Poza tym Skrzypicha ma trochę racji: nie pamiętam, jak doszło do tego, że mój nadgarstek wygląda, jak wygląda, ale przypuszczam, że to moja sprawka; mało prawdopodobne, że ktoś dźgał mnie na oślep w nadgarstek, tworząc pionowe cięcia.

Wracam do listka, który przestał drżeć, bo wiatr ucichł. Myślę o tym, jaka byłam kiedyś. Czasami ta dawna ja mnie bawi. Kiedy sobie przypominam, ile energii wkładałam w to, by zostać zraniona albo obrażona. Te wszystkie lata, które strawiłam w wyścigu szczurów, goniąc własny szczurzy ogon, stosując się do szczurzych zasad, będąc dobrą matką, żoną, córką, żywicielką rodziny, należycie dbając o dom, nosząc właściwe ubrania, wyznając słuszne poglądy, pijąc zacne wino, jedząc odpowiednie jedzenie, wyznając zdrową dawkę cynizmu. Po co? To wszystko wydaje się całkiem bez sensu. Czy o tym mam pisać, jak chce doktor Robinson? O ciemności? O nocach, kiedy budziłam się spanikowana i zlana potem, z mocno bijącym sercem, bólem rozdzierającym ciało, jakbym pękała? Nie chcę myśleć o bólu. Teraz jestem bezpieczna. To dawna ja czuła za dużo.

Jestem wolna.

Zerkam na komputer. To stary dell bez wtyczki, pewnie zabranej, na wypadek gdybym chciała się nią zadźgać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś pisałam.

– Co mam napisać? – pytam.

Skrzypicha wyciera odrobinę wody z tacy i wkłada serwetkę do kieszeni. Przed odejściem nachyla się i patrzy mi w oczy.

– Może po prostu wyświadczysz wszystkim przysługę i napiszesz, co się, kurwa, wydarzyło? – mówi.

Skrzypicha potrafi zrobić wrażenie. Wali prosto z mostu. Wracam do obserwacji mojego dzielnego listka, podczas gdy ona zabiera z pokoju swoje tłuste dupsko.

Nie dam jej się zdołować. Wstaję i idę do łazienki. Szczerze mówiąc, wcale nie jest fajnie zeszczać się w spodnie. Sądzę, że po prostu eksperymentuję z różnymi zachowaniami. Po skorzystaniu z toalety myję swoje nieznajome dłonie w maleńkiej umywalce. Nad umywalką biegnie pas lśniącego metalu i znów widzę siebie. Na szczęście obraz jest zamazany, ale widać, że nie jestem w najlepszej formie. Moje włosy nie są już piękne. Rosną w dziwnych rudych kępach jak kępy szorstkiej trawy, prześwituje goła czaszka. Co się, do diabła, stało? Klepię się po głowie. Przypominam ukochaną, mocno sfatygowaną, pluszową zabawkę, chociaż nie odczuwam miłości, jestem tylko sfatygowana. Oczy mam nabiegłe krwią. Twarz pokrywają popękane naczynka, szyja mieni się kolorami: fiolety i czerwienie, zielenie i żółcie. Sięgam ręką do gardła, by sprawdzić, czy nie jestem okutana jakimś ohydnym szalikiem, który mogłam dostać od matki. Tu nie trzeba zważać na wymogi mody. Rozcieram mydło po metalowej płytce, aż wreszcie zaczynam znikać.

*

Doktor Robinson słyszę z daleka. Nosi buty stepującej tancerki. Jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania na jej temat. Widziałam ją tylko raz. Doktor Cipa przedstawił mi ją i z uszanowaniem zamilkł, więc przypuszczam, że Robinson jest gwiazdą wśród tych konowałów. Nie jestem pewna, czy podoba mi się sam pomysł badania mnie przez eksperta medycyny sądowej. Ona ma taki tytuł: Psychiatra Medycyny Sądowej, co brzmi przerażająco zarozumiale – ale ona na pewno taka nie jest. Właściwie sprawia niepozorne wrażenie. Mówiąc, doktor Robinson przybiera uspokajający, znaczący, profesjonalny ton głosu, który prawdopodobnie doskonaliła latami; w ogóle sama sprawia zbyt doskonałe wrażenie. Jest wymuskana i schludna, jej ubrania są kosztowne, ale śmiertelnie nudne, by nie przyciągać niczyjej uwagi. Tylko buty mają pewien charakter; powiadamiają o jej nadejściu. Kiedy wchodzi dziś do pokoju, dostrzegam odrobinę ptasich odchodów albo owsianki na czubku prawego buta.

Jest tutaj, „by mi pomóc”, jak twierdziła ostatnim razem, by „dotrzeć do korzeni tego wszystkiego”. Sama poczyniłam pewne fachowe obserwacje, rzucając okiem na jej kartę miejską: mieszka w północnym Londynie, a plotka głosi, że jest tu więcej terapeutów niż wariatów. Tak więc, jeśli spojrzeć z tej perspektywy, to ja wyświadczam jej cholerną przysługę, mimo że ma żaluzje z listewek, islandzką kuchnię, a w jej lodówce chłodzi się winko Pouilly-Fumé.

Uśmiecha się do mnie. To nie jest prawdziwy uśmiech, tylko zawodowy. Podczas szkolenia nauczyła się też chętnie nawiązywać kontakt wzrokowy. Myśli, że jest w tym dobra, ale doprawdy nikt nie przechytrzy wariata. Poza tym czasu mam pod dostatkiem.

U doktor Robinson wszystko jest zarówno intensywne, jak i wyważone. Jest poważną osobą. Nie wyczynia żadnych fikołków z zaskoczenia. Doceniam to, bo sama byłam kiedyś akrobatką. Ma ciemne lśniące włosy, obcięte równo poniżej ucha, zza którego się często wymykają. Gest, którym doktor Robinson zakłada włosy za ucho, pełni funkcję interpunkcji w jej metodycznym myśleniu. „Rozumiem…” Włosy wracają na miejsce. „A co według ciebie...” Włosy wracają na miejsce. „…miała na myśli?” Włosy wracają na miejsce.

Kiedy zdejmuje żakiet, w typowy dla siebie niespieszny sposób, chwytam zapach mentolowego papierosa, a może tylko mięty, która ma na celu zamaskowanie zapachu zwykłego papierosa.

Palenie to oznaka słabości.

Wolałabym, aby mój psychiatra sądowy był wolny od tak oczywistej słabości.

Obserwuję, jak wiesza żakiet na oparciu krzesła, które następnie ostrożnie i cicho wysuwa, zanim usiądzie na nim i poprawi włosy. Z górnej kieszonki żakietu dobiega bipnięcie telefonu. Wygląda na niezadowoloną, wysuwa telefon z kieszeni, nachyla się i zerka na ekran. Mogę odczytać to, co na nim widać, z miejsca, w którym siedzę, ponieważ czcionka jest ustawiona na dużą. Tak, doktor Robinson jest dobrze po czterdziestce, tak jak ja. Dobry wiek, oczy może już trochę szwankują, ale nabiera się coraz więcej mocy. To wiadomość na WhatsAppie od Mężusia. Kolejny grymas irytacji przebiega przez twarz doktor Robinson, kiedy odczytuje wiadomość, przechyliwszy telefon pod takim kątem, że już nie mogę jej dojrzeć. Wyłącza telefon i znów patrzy na mnie z wymuszonym zawodowym uśmiechem.

– Bardzo przepraszam – mówi, choć wcale nie wydaje się skruszona, i odstawia torebkę na podłogę.

Doktor Robinson nadal przebywa całą sobą w krainie zasad i etykiety i lubi udawać, że ja goszczę tam wraz z nią. Jest bardzo wymagająca; nieusatysfakcjonowana położeniem torebki, przekłada ją na drugą stronę krzesła. Następnie obdarza mnie pełną uwagą, przechyliwszy głowę pod tym szczególnym kątem, z lekko zaniepokojonym wyrazem twarzy, jakby pochwyciła uchem odległe wycie wilków. Wbiła we mnie spojrzenie świdrujących oczu. Fascynuję ją. Jestem jak wagina Sharon, przyciągająca wzrok, choć nade wszystko odrażająca.

– No dobrze, Connie. Miło cię znów widzieć. Czy zadomowiłaś się już trochę w Tatchwell?

Nie podoba mi się jej podejście. Tak cholernie się wywyższa. No cóż, w tę grę można grać we dwie. Powoli zdejmuję włos ze spodni od dresu.

– Pamiętasz, o czym postanowiłyśmy dziś porozmawiać? – pyta. – Miałyśmy pomówić o Ness…?

Ziewam. Patrzę na skromny pierścionek na jej palcu serdecznym, obok złotej obrączki. Wszystko, co mówi, jest opatrzone pytajnikiem, co jest dość męczące. Wciąż usiłuje mnie na czymś przyłapać. Dziś zamierzam spróbować odpowiadać na wszystkie pytania pytaniami.

– Ness?

– Tak. O Vanessie Jones.

– Czy wybiera się do mnie w odwiedziny? – pytam.

Przez chwilę milczy i kręci głową.

– Nie, Connie. Nie wybiera się.

Przez chwilę czuję się urażona tą wiadomością. I doktor Robinson to widzi; dostrzegam błysk w jej oku. Tłum idiotów w jej głowie wiwatuje.

– A jak myślisz, dlaczego Ness nie wybiera się do ciebie z wizytą? – pyta, sądząc po mojej minie, że zaraz coś chlapnę. Przygląda mi się przez dłuższą chwilę, a potem bierze głęboki, zmieniający podejście oddech oraz zakłada za ucho niesforne jedwabiste włosy. – Pomyślałam, że mogłybyśmy zacząć od początku – oznajmia, jakby to był niezwykle oryginalny pomysł.

– Chyba chciałabym, żeby poczęstowała mnie pani papierosem. – Nie palę, ale miło jest mieć tu jakieś rzeczy. Zaczęłam kolekcjonować, co tylko się da.

– Tu nie wolno palić.

Gapię się na nią. Jest tak pochłonięta tym, co powinna robić, że może się stać nużąca. Odchyla się zdecydowanie w tył, po czym wstaje. Przeciąga się i lekko krzywi. Podchodzi do okna, staje plecami do mnie, by pokazać, że się mnie nie obawia, że możemy być przyjaciółkami, które popijają razem kawę. Stoi i wygląda przez okno. Nie chcę, by zauważyła mój dzielny mały listek, który maniakalnie do niej macha; jestem dość zaborcza względem niego. Przechodzi wolno wzdłuż nietłukącej się szyby okiennej. Przyglądam się jej. Podoba mi się jej ciało: jest silne i mocne, wysportowane, ciało gotowe do silnej pracy fizycznej; krzepkie, choć ospałe – niezwykłe połączenie. Próbuje otworzyć okno, ale oczywiście jest zamknięte. Tutaj wszystko, co może być otwarte, jest zawsze zamknięte na klucz: szafki, okna, drzwi, umysły. To dość rozczulające, że wygląda na rozdrażnioną. Próbuje z drugim oknem. Może wyobraża sobie, że jest osobą niezwykłą, wielką otwieraczką okien.

Powoli wraca do krzesła i znów siada.

– Zamierzasz skorzystać z tego komputera, który od nas dostałaś? – pyta.

– Wolałabym macbook aira.

Uśmiecha się. Po raz pierwszy myślę, że gdyby nie sto innych rzeczy, mogłabym ją polubić.

– Jesteś człowiekiem pióra, nie brakuje ci pisania?

Ona nic nie rozumie. Uwolniłam się od tego całego gówna.

– Czasami okazuje się, że pisanie działa jak wyzwalacz pamięci. Może odblokować amnezję.

Ona naprawdę nic nie kuma.

– Mogłabyś spróbować. Zobaczysz, co ci się przypomni.

– W jakim wieku są pani dzieci? – pytam.

Zakłada nogę na nogę i wygładza spódnicę.

– Czy mam rację, sądząc, że to wszystko zaczęło się przed sześciu laty?

– A pani i Mężuś od kiedy się znacie?

Zaczynam jej działać na nerwy.

– Tu nie chodzi o mnie, Connie.

– Ale jednostronna relacja nie prowadzi do zażyłości.

Uśmiecham się do niej. To autentyczny uśmiech. Dobrze się bawię.

– No dalej – mówię. – Proszę mi powiedzieć, gdzie się poznaliście.

Mruży niebieskie oczy, przechyla głowę i nasłuchuje wycia tego wilka. To poważna poza. Może zacząć przypominać dyrektorkę szkoły, powinna z tym uważać.

– Wiesz, Connie, wszyscy musimy przyjmować odpowiedzialność za swoje wybory i swoje czyny. – Zdaje się, że ta głęboka uwaga robi na niej spore wrażenie: – Nie będziesz mogła stosować wiecznie taktyki uników.

Myślę o tym, kiedy przenosi uwagę na widok za oknem. Myślę, że dostrzegła listek. Odwraca się do mnie zdecydowanie.

– Jestem tu po to, by ci pomóc – zapewnia. – Możemy zajmować się tym tak, jak sobie życzysz, Connie, możemy odgrywać różne role, jeżeli to będzie bardziej pomocne…?

Pozwala, by ten pomysł dobitnie wybrzmiał. Mam nadzieję, że odczytuje wyraz mojej twarzy: może sobie wsadzić swoje teatralne gierki tam, gdzie słońce nie dochodzi. A skoro mowa o słońcu, to właśnie przestało świecić i pokój nagle wydaje się ciemny. Ona nadal się na mnie gapi. Ma brązowe plamki na tych dziwnych niebieskich tęczówkach.

– Czy powiedziałaby pani, że całkiem dobrze jej się żyje? – pytam, krzyżując ramiona i przechylając głowę, nasłuchując tego jej wilka. – Ma pani taką ciekawą pracę, zarabia przyzwoite pieniądze. Ma pani uroczego Mężusia… Jest takim dobrym, wiernym mężem, prawda? Może już położy dzieci do łóżka, zanim wróci pani dziś wieczór do domu po ciężkim dniu bycia użyteczną. Wróci pani do domu, pogadacie sobie w kuchni, otworzycie butelkę wina, przejdziecie do salonu, może zjecie kolację, obejrzycie parę odcinków najnowszego skandynawskiego serialu kryminalnego. Potem wreszcie pójdziecie na górę do łóżka.

I w tym tkwi cały szkopuł – dodaję półgłosem, by zmaksymalizować efekt. – Może się okazać, że to jest ta noc, ta, której subtelnie pani unika: obowiązkowe comiesięczne dymanko. A może jednak znów uda się pani go uniknąć, zamarudzi pani trochę na dole albo pójdzie na górę przed nim i będzie udawać, że zasnęła. Proszę mnie źle nie zrozumieć – jest pani dobrą żoną, kocha go i w ogóle, oraz wie, że seks jest ważny w związku, bla, bla, bla, wszystkie kolorowe magazyny to mówią, zresztą prawdopodobnie pani też mówi to ludziom, gdy miesza im w głowach. W każdym razie będzie pani przeciągać czas w łazience, na wypadek gdyby, no, wie pani, czegoś próbował. Jest pani taka zmęczona, bo ratuje tych wszystkich ludzi, to taka wycieńczająca praca. A poza tym seks wymaga wiele wysiłku. Ale realnie rzecz biorąc, jak długo może pani go unikać, skoro jest częścią umowy, niepisanego kontraktu między dwojgiem ludzi?

Kładzie się pani do łóżka z nadzieją, że on nie będzie… ale, ojej, on to robi, wykonuje drobny gest, to zaledwie dotknięcie, nerwowy ruch wyciągniętej ręki, nic więcej, lecz pani wie, do czego prowadzi, czego on chce, chociaż ostatnio już prawie odpuścił. Tak. Tej nocy naprawdę powinnam zdobyć się na wysiłek, mówi pani sobie. Więc odwraca się pani, by dać znać, że on może kontynuować, i pozwala mu to zrobić. I jak już pani zacznie, wcale nie jest tak źle. Powinnam robić to częściej, myśli pani, kiedy czuje go w sobie, to nawet całkiem przyjemne, chociaż już się pani szykuje na to, że zaraz będzie po wszystkim…

Przerywam. Ona gapi się na mnie; wygląda na to, że mięśnie jej twarzy nieco się rozluźniły. Nachylam się tak blisko, że mogłabym jej dotknąć, szepcząc moim dziwnym nowym zachrypniętym głosem, który zaczynam lubić.

– Pieprzenie jest łatwe, prawda, pani doktor? Ale pocałunku nie da się udawać, całowanie to prawdziwa bliskość. Właśnie całowania nie sposób znieść. Kiedy ostatnio całowała się pani z Mężusiem? Nie mówię o cmoknięciu w policzek, lecz o prawdziwym rozpuszczeniu się w ustach. Proszę pomyśleć o jego ustach. Och, te usta, wstrętny sposób, w jaki jedzą, głupie rzeczy, które wygadują, idiotyczne miny, które robią… te usta, z którymi utkwi pani na kolejnych czterdzieści lat. Ale próbuje pani nie myśleć o tym w ten sposób, ponieważ… no cóż, całe życie bez namiętności?

Rozsiadam się wygodnie i patrzę w te baczne, nieruchome, przenikliwe oczy; a potem zaczynam się śmiać – naprawdę śmiać. Nie jest już taka pewna siebie jak pół godziny temu.

– Sądzę, że wszyscy stosujemy taktykę uników, prawda, doktor Robinson?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI