Zbuntowana kochanka - Diane Gaston - ebook
Opis

Anglia, XIX wiek.

Marian chce być świadkiem oczekiwanej przez wszystkich bitwy pod Waterloo. W przebraniu chłopca potajemnie opuszcza Brukselę, aby znaleźć się blisko miejsca wyznaczonego na ostateczną potyczkę sił sprzymierzonych z Napoleonem. Buntownicza z natury dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z podejmowanego przez siebie ryzyka. Dociera do celu już po bitwie, lecz nadal grozi jej niebezpieczeństwo. Z opresji ratuje ją Allan Landon, kapitan brytyjskiej armii, i odwozi do Brukseli. Zachwycony odważną, złotowłosą pięknością pragnie zacieśnienia znajomości, mimo że obawia się kłopotów. Marian jest podopieczną lorda Cecila Tranville`a, wyniosłego arystokraty, traktującego z pogardą ludzi spoza jego sfery.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tłumaczyła Barbara Ert-Eberdt

Tytuł oryginału: Chivalrous Captain, Rebel Mistress

Pierwsze wydanie: Harlequin Historicals, 2010

Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska

Opracowanie redakcyjne: Zofia Tomza

Korekta: Marianna Chałupczak

© 2010 by Diane Perkins

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin 

Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequini znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o.

00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8240-4

ROMANS HISTORYCZNY – 329

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Prolog

1812, Badajoz, Hiszpania

Stukot ciężkich wojskowych butów słychać było całkiem blisko. Porucznik Allan Landon czuł odór przepoconych i zaplamionych krwią mundurów. On i jego dowódca, kapitan Gabriel Deane, czekali w ukryciu, aż ogarnięty żądzą zniszczenia motłoch oddali się, by gdzie indziej plądrować i zabijać bezbronnych cywili.

Czy jest coś gorszego niż opanowana szałem mordu i destrukcji hałastra?

Za plecami maruderów, z podpalonego wysokiego kamiennego budynku tryskały fontanny ognia. W blasku płomieni migotały bagnety i pałki, którymi dobijano rannych. Allan patrzył oniemiały ze zgrozy. To nie był nieprzyjaciel, lecz jego rodacy, brytyjscy żołnierze, pozbawieni wszelkich ludzkich uczuć, wszelkich hamulców moralnych.

Po krwawym oblężeniu Badajoz, po utracie tysięcy towarzyszy, bez zastanowienia podchwycili plotkę, że Wellington zezwolił na trzy godziny bezkarnego plądrowania. Iskra wywołała pożar.

Maruderzy znikli, Allan i Gabriel Deane wyszli z ukrycia.

– Wellington powinien kazać ich powiesić – stwierdził Allan.

– Za wielu ich. Są potrzebni na wojnie z Francuzami – odparł Gabe.

Zaalarmował ich wystrzał z pistoletu, na szczęście zbyt odległy, by był groźny.

– Jeszcze nas pozabijają przez tego przeklętego Tranville'a – mruknął Gabe.

Chodziło o Edwina Tranville'a.

Do tego piekła wysłał ich ojciec Edwina, generał Lionel Tranville, albowiem syn, będący również jego adiutantem, gdzieś się zawieruszył. Allan i Deane mieli go znaleźć i bezpiecznie dostarczyć do obozu.

– Mamy rozkaz.

Allan wiedział, że brzmi to fatalistycznie, nawet w jego własnych uszach, ale czy mu się to podobało, czy nie, jego obowiązkiem było posłuszeństwo wobec zwierzchności. Niestety, ta rozpasana hałastra zapomniała, co to obowiązek.

Z bocznej uliczki wybiegli dwaj mężczyźni, ich buty głośno stukały o kamienny bruk. Z głębi sąsiedniej posesji dał się słyszeć krzyk kobiety: Nie!

Wołania przerażonych kobiet dochodziły zewsząd przez całą noc, Allan i Gabe byli jednak bezradni. Na ogół znajdowali się zbyt daleko, by interweniować. Tym razem krzyk dobiegał z bliska. Pobiegli w stronę zabudowań. Na wewnętrznym dziedzińcu spodziewali się ujrzeć ofiarę napaści.

Zamiast tego zobaczyli kobietę z nożem w ręku wymierzonym w plecy skomlącego o litość żołnierza w czerwonym brytyjskim mundurze.

Gabe rzucił się do przodu i wyrwał kobiecie nóż.

– Proszę tego nie robić, señora.

Żołnierz osłaniający zakrwawionymi dłońmi twarz próbował się podnieść.

– Chciała mnie zabić! – zawył i zwalił się ciężko na kupę kamieni.

Allan zauważył leżące obok w kałuży krwi ciało francuskiego żołnierza.

– Señora pójdzie z nami. – Deane chwycił kobietę za ramiona.

– Kapitanie. – Allan wskazał gestem leżące ciało.

– Zaczekajcie. – Z głębokiego cienia wyłonił się inny brytyjski żołnierz.

Allan odwrócił się gwałtownie z wymierzonym w niego pistoletem.

Przybyły uniósł w górę obie ręce.

– Jestem chorąży Vernon z pułku East Essex. On – wskazał leżącego twarzą do ziemi Brytyjczyka – chciał zabić chłopca i zgwałcić tę kobietę. Widziałem to. On i dwóch innych, którzy zbiegli.

– Jakiego chłopca? – Gabe rozejrzał się po dziedzińcu.

Coś poruszyło się w ciemnościach. Allan odruchowo znów gotów był wystrzelić.

– Nie strzelaj – powstrzymał go Vernon. – To właśnie ten chłopiec.

Deane, trzymając kobietę, zbliżył się do leżącego Brytyjczyka, którego nie zdążyła zadźgać. Nogą obrócił go twarzą do góry.

– Jezu, Landon, widzisz, kto to jest?

– Edwin Tranville – powiedział chorąży. – Syn generała Tranville'a.

Allan aż zagotował się ze złości. Znaleźli Edwina Tranville'a, ale nie był on ofiarą, lecz niedoszłym gwałcicielem i prawdopodobnie zabójcą. W oczach chorążego dostrzegł taką samą odrazę, jaka przepełniała i jego.

– Co tu się, u diabła, dzieje?

– Chciał udusić chłopaka, a ona stanęła w jego obronie z nożem w ręku. Jest pijany.

– Tatusiu! – Chłopiec, nie więcej niż dwunastoletni, padł na ciało zabitego Francuza.

– Nie dotykaj go, Claude! – krzyknęła po francusku kobieta.

– Do licha, to Francuzi. – Deane uklęknął obok zabitego, sprawdził puls. – On nie żyje.

Rodzina francuska uciekała z pogromu, domyślił się Allan. Zabity próbował wyprowadzić żonę i syna w bezpieczne miejsce. Czy Tranville zabił Francuza na oczach chłopca i jego matki?

– Mon mari – powiedziała kobieta. Potwierdziła domysł Allana.

Gabe podszedł do Tranville'a, chciał go kopnąć, ale tego nie zrobił.

– On zabił Francuza? – zapytał chorążego.

– Tego nie widziałem. – Vernon potrząsnął głową.

– Cholera, co z nią zrobić? – Gabe spojrzał na kobietę. Jeszcze parę minut temu był gotów ją aresztować.

W pobliżu dały się słyszeć czyjeś kroki i krzyki.

– Musimy ich stąd wyprowadzić – stwierdził Gabe. – Landon, zabieraj Tranville'a do obozu. Chorąży, będę potrzebował waszej pomocy.

– Chyba nie zamierzasz jej oddawać w ręce sprawiedliwości – odezwał się Allan. – To Edwina należałoby postawić pod sąd.

– Jasne, że nie – rzucił Deane. – Mam zamiar znaleźć jej bezpieczną kryjówkę. Może w kościele. Albo jeszcze gdzie indziej. – Spojrzał na Allana i chorążego znacząco. – A o tym wszystkim cicho sza. Zrozumieliście?

Cicho sza? Allan nie mógł tego znieść.

– On powinien za to zawisnąć.

– Jest synem generała. Jeśli zameldujemy o jego zbrodni, generał sprawi, że to nam spadną głowy z karku, nie jemu. A jego zemsta prawdopodobnie dosięgnie również kobiety i chłopaka. Ten łotr – Gabe spojrzał na skulonego na ziemi, jak dziecko, Tranville'a – jest pijany, może nawet nie uświadamia sobie, co zrobił.

– Stan upojenia alkoholowego go nie tłumaczy. – Allan nie mógł uwierzyć, że Gabe pozwoli Edwinowi ujść bez kary.

Nauczył się patrzeć przez palce, jak żołnierze z jego pododdziału opróżniają kieszenie zabitym Francuzom, przegrywają w kości ostatnie grosze ze skromnego żołdu i piją na umór. To londyńscy ulicznicy, dzikusy z odległych szkockich gór i nędzarze z Irlandii. Oficer, człowiek wykształcony i uprzywilejowany z racji pochodzenia, nie powinien uniknąć kary za to, czego dopuścił się tej nocy Edwin. Należało o tym zameldować i sprawić, by zawisł na szubienicy. Bez względu na okoliczności.

Kobieta pocieszała syna. Jego ramionami wstrząsał szloch. Allan bez wahania nadstawiłby własny kark, byle sprawiedliwości stało się zadość, ale nie miał prawa karać dodatkowo tych dwoje.

– W porządku. Nie puścimy pary z gęby.

– Chorąży, wy też obiecujecie? – zapytał Gabe.

Przy akompaniamencie trzasku tłuczonego szkła zapadł się dach płonącego budynku. W niebo wzbił się wysoko gejzer iskier.

Allan posadził Edwina, potem zarzucił go sobie na ramię.

– Trzymaj się – rzekł do niego Gabe.

Skinąwszy głową, Allan podążył w kierunku obozu. Niemal miał nadzieję, że natkną się na wałęsających się maruderów, co mogłoby oznaczać koniec Edwina Tranville'a, ale ta część miasta była już gruntownie splądrowana i zdemoralizowane bandy przeniosły się dalej. Allan zaniósł Edwina do miejsca, gdzie biwakował pułk Królewskiej Piechoty Szkockiej. Odnalazł kwaterę generała, zapukał. Otworzył ordynans. Z wnętrza buchnął zapach pieczonego mięsa.

– Mam go.

Generał wstał z fotela. Spod brody zwisała mu serwetka.

– Co to ma znaczyć? Co mu się stało?

Allan zacisnął zęby, zanim odpowiedział:

– W takim stanie go znaleźliśmy.

Rzucił Edwina na posłanie w rogu. Dopiero wtedy zauważył, że jego policzek jest rozcięty od ucha aż po kącik ust.

– On jest ranny! – zawołał przejęty generał. – Szybko! Chirurga! – Pochylił się nad pijanym synem. – Nie wiedziałem, że został ranny w bitwie.

Rana była świeża, nie mogła pochodzić z bitwy. Allan mógł się założyć, że generał również doskonale o tym wie.

Edwin Tranville będzie miał widoczną pamiątkę po tej nocy. Przynajmniej nie ominie go choć taka kara za jego zbrodnię. Teraz jęczał i kulił się. Bardziej przypominał dziecko niż mordercę i gwałciciela.

Generał chodził tam i z powrotem po kwaterze. Allan miał nadzieję, że usłyszy rozkaz do odejścia i że nie będzie musiał tłumaczyć się i podawać szczegółów.

Wydawało się, że generał jest pogrążony w rozmyślaniach. Nagle zatrzymał się tuż przed Allanem.

– Został ranny podczas oblężenia. Jestem tego pewien. Właściwie nie powinien uczestniczyć w walkach. Przypuszczam, że nie mógł się powstrzymać. – Znowu zaczął krążyć po pokoju.

Stara się sam siebie przekonać, pomyślał Allan.

– Został ranny podczas oblężenia. – Generał spojrzał wymownie na Allana. – Zrozumiano?

Allan zrozumiał. Generał spodziewał się, że taką wersję będzie rozpowszechniał.

– Tak jest, zrozumiałem.

Przypomniała mu się łacińska sentencja, której uczył się w szkole. Kto to powiedział, Tacyt? A może ktoś inny? Cel uświęca środki.

Zadrżał. Ukrywanie łotra, jakim był Edwin Tranville, nie mogło być niczym chwalebnym, był tego pewien, ale dał słowo kapitanowi. Na dodatek od dotrzymania danego słowa zależał los kilkorga ludzi. To ważniejsze niż zdemaskowanie Edwina Tranville'a.

Rozdział pierwszy

18 lipca 1815 roku, Waterloo

Brakowało jej tchu, nie czuła nóg. Marian Pallant uciekała, jakby gonił ją sam diabeł.

Może tak i było, jeśli diabeł nazywa się Napoleon Bonaparte. Napoleon zbiegł z Elby i forsownym marszem zmierzał prosto pod Waterloo, gdzie czekał na niego Wellington. Marian znalazła się pomiędzy dwiema wrogimi potęgami.

Za plecami słyszała strzały karabinowe, szuranie tysięcy butów na grząskim gruncie i francuskie werble rytmicznie wybijające marszowy rytm. Gdzieś z przodu znajdowali się Brytyjczycy.

Taką przynajmniej miała nadzieję.

Grzęzła w ziemi rozmiękłej po całonocnym ulewnym deszczu. Dojrzałe żyto siekło jej ręce i nogi. W oddali rysowały się jakieś zabudowania, tam się kierowała. W najgorszym razie tam się ukryje.

Zaledwie trzy dni temu ona i Domina tańczyły na balu księżnej Richmond. Wellington przyniósł wówczas wiadomość o podchodzącej pod Brukselę armii Napoleona. Oficerowie zaczęli pospiesznie opuszczać salę balową. Żegnając się z ukochanym, porucznikiem Harrym Oliverem, Domina dowiedziała się, że jeśli sprzymierzonym nie uda się zatrzymać nieprzyjaciela w miejscu zwanym Quatre Bras, książę Wellington zamierza postawić ostatnią tamę przed zajęciem przez Francuzów Brukseli w pobliżu Waterloo. Przyjaciółka dwa dni prosiła Marian, by pojechała z nią szukać pułku Olliego, ponieważ bardzo chciała zobaczyć bitwę i być w pobliżu na wypadek, gdyby ukochany jej potrzebował.

Marian ustąpiła wreszcie, ale tylko dlatego, żeby Domina nie wybrała się na tę eskapadę sama. To ona wymyśliła, żeby przebrać się w ubranie jej brata. Wzięły też jego konia. Przez wiele godzin kluczyły w ciemnościach i siąpiącym deszczu, aż kompletnie się pogubiły. W końcu usłyszały ludzkie głosy.

Ci ludzie rozmawiali po francusku.

Domina spanikowała. Gwałtownie kopnęła konia do galopu. Zaskoczona Marian spadła na ziemię. Uderzyła się boleśnie, ale bała się krzyczeć, żeby Francuzi jej nie usłyszeli. Bezradnie patrzyła, jak Domina i koń znikają w ciemnościach i strugach deszczu. Schroniła się pod najbliższym drzewem i pocieszała się, że przyjaciółka po nią wróci.

Nie wróciła.

Marian doczekała do rana, przerażona, że Domina mogła wpaść w ręce Francuzów. Jak Francuzi obejdą się z angielską dziewczyną? Gdy nastał dzień, przestała się martwić o Dominę, musiała bowiem zatroszczyć się o siebie. Francuzi maszerowali prosto w jej stronę.

Położona niedaleko posiadłość dawała jedyną nadzieję na bezpieczne schronienie.

Zabudowania stały na częściowo zadrzewionym terenie, żeby jednak do nich dotrzeć, trzeba było pokonać otwarte pole porośnięte żytem. Po przejściu żołnierzy prawie dojrzałe zboże będzie stratowane, ale teraz wysokie pędy skutecznie kryły Marian przed Francuzami.

Byli coraz bliżej.

Potknęła się o zagłębienie w gruncie i upadła. Leżała z policzkiem na chłodnej, wilgotnej ziemi, zbyt zmęczona, by wstać. Nagle obudziła się jej czujność. Nie było wątpliwości: to, co słyszała, to był tętent kopyt końskich.

Domina?

Próbowała poderwać się na nogi.

Za późno. Parskający rumak, o wiele większy od konia Dominy, najeżdżał prosto na nią. Chciała odskoczyć, ale się poślizgnęła. Przerażona, zasłoniła twarz dłońmi. Zaraz zostanie stratowana.

Silna ręka chwyciła ją za kołnierz i uniosła na siodło, jakby była piórkiem.

– Hej, chłopcze, co porabiasz na tym polu?

Zapytał po angielsku. Chwała Bogu!

Marian otworzyła oczy. Błysnął czerwony mundur.

– Chcę się dostać tam. – Wskazała otoczone murem zabudowania.

– Jesteś Anglikiem? Ja też tam zmierzam – wyjaśnił jeździec. – To Hougoumont.

Tak nazywała się ta posiadłość? Marian było wszystko jedno. Była szczęśliwa, że nie musi już iść i że spotkała żołnierza brytyjskiego, a nie francuskiego.

Koń szybko dotarł do kępy drzew. Z ich liści ściekały krople nagromadzonej w czasie deszczu wilgoci. Jakaś niższa gałąź zerwała czapkę z głowy Marian i ukryte pod nią długie blond włosy rozsypały się na plecy.

– Jesteś kobietą! – Żołnierz ściągnął wodze, osadził konia w miejscu. – Do diabła, co tu robisz?

Marian odwróciła się, żeby mu się przyjrzeć. Przeraziła się. Już go kiedyś spotkała. Obie z Dominą żartowały sobie z tego wysokiego i przystojnego oficera, którego szpiegowały na spacerze w parku miejskim w Brukseli. Miał wyrazistą twarz, zdecydowanie zarysowany łuk ust, przenikliwe orzechowe oczy.

– Zgubiłam się – powiedziała.

– Nie widzisz, że tu za chwilę dojdzie do bitwy?

Nie miała zamiaru podejmować tematu.

– Szukałam bezpiecznej kryjówki.

– Tu nigdzie nie jest bezpiecznie.

Zamiast kierować się w stronę zabudowań, zawrócił po wiszącą na gałęzi, jakby powieszoną na kołku na drzwiach do szopy w ogrodzie czapkę. Zerwał ją i podał Marian.

– Wkładaj – polecił. – Lepiej, żeby nikt nie zobaczył, że jesteś kobietą.

Miał ją za głupią? Upięła włosy najstaranniej, jak potrafiła, i naciągnęła czapkę na uszy. Tymczasem zagajnik zaczęli zajmować francuscy żołnierze. Obok ucha Marian świsnęła kula z karabinu.

Oficer puścił konia galopem. Mijane drzewa tworzyły brązowozieloną masę.

– Kapitan Landon z meldunkiem dla pułkownika MacDonnella – oznajmił na posterunku w bramie Hougoumont.

Nazywa się kapitan Landon, czujnie odnotowała w pamięci Marian.

Otwarto bramę.

– Francuzi są już w zagajniku – poinformował kapitan posterunkowych.

– Widzimy – odparł dowódca posterunku, wskazując na żołnierzy zajmujących pozycje strzeleckie przy furtkach. W bramie wyminął ich oddział, który miał najwidoczniej odbyć potyczkę z Francuzami w zagajniku.

Pułkownik krążył po podwórzu, doglądając ludzi i wydając ostatnie rozkazy podkomendnym. Część z nich była w czerwonych, brytyjskich mundurach, część – w zielonych, obcych.

– Trzymaj się mnie – nakazał Marian kapitan.

Zeskoczył z konia, pomógł jej zsiąść, po czym złapał ją za rękę. Nie puszczał jej, jakby się bał, że mu ucieknie. Nawet wtedy gdy wręczał meldunek pułkownikowi i czekał, aż ten skończy go czytać.

– Zobaczymy, co zamierzają te żabojady – rzekł pułkownik, składając przeczytany meldunek. – Potem poślę was z odpowiedzią. Co to za jeden? – Wskazał na Marian.

– Mały Anglik, który zgubił drogę.

– Jesteś w wojsku, chłopcze? – MacDonnell spojrzał podejrzliwie na Marian.

– Nie, panie pułkowniku – odpowiedziała jak najgrubszym głosem. – Jestem z Brukseli. Chciałem zobaczyć bitwę.

Pułkownik roześmiał się.

– No to ją zobaczysz. Jak się nazywasz?

Marian wpadła w panikę. Jakie podać nazwisko i je zapamiętać, żeby w przyszłości nie dać się zaskoczyć.

– Fenton – odezwała się w końcu. – Marian Fenton.

Marian mogło być imieniem zarówno żeńskim, jak i męskim, a Fenton było nazwiskiem Dominy. Gdyby, nie daj Boże, spotkało ją coś złego, ktoś mógłby powiadomić o tym rodzinę Dominy. Nikt inny nie wiedział o pobycie Marian w Brukseli.

– Po bitwie wrócę po niego i dopilnuję, żeby dotarł do bliskich – odezwał się kapitan Landon. – Gdzie mógłbym go tymczasem zostawić?

Pułkownik wskazał głową wielki budynek z czerwonej cegły.

– Proszę spróbować w château. Może tam znajdzie się jakiś kąt.

Kapitan odprowadził Marian do zamku. W wielkim holu i przylegających salach pełno było żołnierzy w zielonych mundurach.

– Dlaczego oni są ubrani na zielono? – zapytała szeptem.

– To Niemcy. Z Nassau.

Marian odniosła wrażenie, że żołnierze są wystraszeni. Byli bardzo młodzi, na pewno młodsi od niej, a ona miała prawie dwadzieścia lat.

– Anglik – powiedział kapitan do żołnierzy, wskazując na Marian. – Anglik – powtórzył.

– Mówię po angielsku. – Podszedł do nich niemiecki oficer.

– Ten młodzieniec się zgubił. Musi przeczekać bitwę – poinformował go kapitan Landon.

– Niech tu zostanie, byle trzymał się z dala od okna – odpowiedział oficer. Mówił z silnym niemieckim akcentem.

Kapitan Landon poprowadził Marian w głąb domu. Szuka pokoju bez okien, pomyślała.

– Dam sobie radę, kapitanie – powiedziała. – Niech pan wraca do swoich obowiązków.

– Musimy porozmawiać – odparł cicho.

Przeszli do sali, która musiała być reprezentacyjnym salonem. Meble były osłonięte białymi pokrowcami. Kapitan wyniósł jeden z foteli do holu.

– Tu będzie, jak sądzę, najbezpieczniej. – Nakazał jej gestem, by usiadła.

Uczyniła to z ulgą. Stopy piekły ją niemiłosiernie, musiała w mokrych butach poobcierać skórę.

Patrzył na nią z góry, wsparł ręce pod boki.

– Teraz mów prawdę. Kim jesteś i co, u licha, robisz na polu bitwy?

Zdjęła czapkę, uwolniła włosy.

– Nazywam się Marian Pallant.

– Nie Fenton?

Plotła włosy w warkocz. Obserwował ją, jak to robi.

– Podałam to nazwisko na wszelki wypadek, gdyby coś mi się przytrafiło. Byłyśmy we dwie z przyjaciółką, Dominą Fenton, ale zgubiłyśmy się w ciemnościach.

– Byłyście we dwie? Co wam strzeliło do głowy?

Upięła warkocz na czubku głowy.

– Domina jest córką sir Rogera Fentona. Zaręczyła się sekretnie z pewnym oficerem i chciała być blisko niego podczas bitwy. – Marian zdawała sobie teraz sprawę z tego, jak głupio to brzmi. – Nie chciałam jej puścić samej.

– Jesteście pannami z dobrych domów?

– Oczywiście, że tak. – Marian nie podobał się ton powątpiewania w głosie kapitana.

– Porządne panny nie włóczą się po nocy w męskim przebraniu.

Ponownie nakryła głowę czapką.

– Chyba lepiej w takim przebraniu niż w sukniach.

– Przyznam, że w tej materii ma pani rację.

– Martwię się o Dominę. Zgadzam się z panem, że to był głupi pomysł – przyznała ze skruchą. – Zabłądziłyśmy i nasz koń nieomal doprowadził nas do francuskiego obozu. Spadłam z siodła, gdy stamtąd uciekałyśmy. Nie mam pojęcia, co się stało z Dominą.

Słuchał, przeszywając ją tymi swoimi przenikliwymi, orzechowymi oczami.

– Na pewno pani rodzice i rodzice Dominy martwią się o was.

– Moi rodzice od dawna nie żyją. – Uśmiechnęła się blado.

Allan Landon ciężko westchnął. Marian Pallant wcale nie przypominała w tej chwili chłopaka. Miał przed sobą delikatną i piękną istotę. Chociaż włosy skrywała czapka, nie mógł zapomnieć chwili, kiedy jasne loki otuliły jej twarz jak złota aureola.

– Pani rodzice nie żyją? – powtórzył machinalnie.

– Zmarli w Indiach, gdy miałam dziewięć lat.

Zauważył lekkie drżenie w jej głosie, mimo że starała się nie ujawniać emocji. To znowu mu przypomniało, że była piękną, młodą kobietą, próbującą robić dobrą minę do złej gry.

– Sir Roger Fenton jest pani prawnym opiekunem?

– Nie. – Uciekła wzrokiem. – Mój opiekun nie interesuje się mną. Troskę o mnie pozostawił swojemu plenipotentowi, który wie, że jestem gościem Fentonów. Wychodzi na to, że jestem niejako pod opieką ojca Dominy. Powinnam wyperswadować Dominie tę eskapadę, zamiast wyprawiać się z nią. Bardzo się o nią boję.

Bardziej się martwi o przyjaciółkę niż o siebie, zauważył Landon. Niestety, nie mógł powiedzieć jej niczego pocieszającego. Francuzi nie cackali się z jeńcami, zwłaszcza z kobietami. Allan również dobrze pamiętał przypadek podobnej brutalności ze strony Brytyjczyków.

– Mam nadzieję, że Fentonowie martwią się o was obie.

Pokiwała głową. Wydawała się skruszona.

Poczuł do niej przypływ sympatii, choć nie zapominał, że obecną sytuację zawdzięczała własnej lekkomyślności.

– Czy jest ktoś, kto martwi się o pana, kapitanie? – Utkwiła w nim spojrzenie niebieskich oczu.

Jego myśli przeskoczyły od matki do starszego brata, gospodarującego w rodzinnym majątku w Nottinghamshire, i pobiegły prosto do ojca. Ojciec był taki dumny, że ma syna w mundurze, cieszyłby się z jego awansu z porucznika na kapitana i jego dokonań na polu bitwy.

Ojciec Allana nie żył od czterech lat. Zginął w tragicznych okolicznościach. Nie dane mu było ani cieszyć się ze zwycięstw bitewnych syna, ani drżeć o jego życie, gdy wisiało na włosku.

– Tak trudno panu wymienić kogoś, kto się o pana martwi? – Uniosła wysoko brwi.

– Na pewno martwią się o mnie matka i brat.

Spojrzała pytająco, co sprawiło, że zaczął się bać, czy nie odkrył się zanadto. Nie chciał okazywać, jak boleśnie odczuwał śmierć ojca.

– Musi być im ciężko – stwierdziła.

Czy istotnie było im ciężko? Zawsze myślał, że przywykli do jego nieobecności w domu. Nie było go dłużej niż ojca.

Usłyszeli jakieś komendy po niemiecku, szuranie butami, kakofonię męskich głosów. Allan domyślił się, że Francuzi podeszli blisko.

– Co to znaczy? – spytała niemal bezgłośnie.

– Podejrzewam, że Niemcy dostali rozkaz opuszczenia château. To wszystko.

Spojrzała jak lis zapędzony do pułapki.

– To nie wróży nic dobrego. Żałuję, że nie zostałam w Brukseli. Moja skrucha przychodzi chyba poniewczasie, prawda?

– Mój ojciec miał zwyczaj powiadać, że lepiej późno niż wcale.

Zorientował się, że sam przywołał temat, którego chciał uniknąć.

– Mądry człowiek, ten pański ojciec.

– Był mądry.

– Nie żyje?

– Został zabity. – Odchrząknął. – Słyszała pani chyba o zamieszkach wywołanych kilka lat temu w Nottinghamshire przez luddystów.

Przytaknęła.

– Ojciec był sędzią. Buntownicy włamali się do naszego domu i zabili go.

– Straszne.

Szczęknęły karabiny, rozległy się krzyki żołnierzy. Rozpoczęło się oblężenie.

– Francuzi atakują? – Marian pobladła.

– Tak. A ja muszę iść. – Opuszczał ją niechętnie. – Proszę tu zostać. Tu będzie bezpiecznie. Wrócę po bitwie. Jeśli dopisze nam szczęście, znajdzie się pani z powrotem w Brukseli. Może nikt nie dowie się o tej eskapadzie i pani reputacja nie ucierpi.

– Moja reputacja! – Zaśmiała się. – Jakże niewiele znaczy w tej chwili. – Spojrzała na niego z troską. – Będzie pan na siebie uważał, kapitanie?

Allan pomyślał, że te błyszczące, niebieskie oczy będą mu towarzyszyły przez całą bitwę.

– Proszę się o mnie nie martwić. Muszę już iść.

– Tak, to prawda.

– Wrócę po panią. – Obiecywał to nie tyle jej, co sobie.

Wyciągnęła do niego dłoń. Przytrzymał ją w swojej.

– Z Bogiem – szepnęła.

Allan zostawił Marian w holu. Wracał tą samą drogą, którą tu razem przyszli, zły na nią, że tak lekkomyślnie wystawiła się na niebezpieczeństwo, a jeszcze bardziej zły na siebie, że nie może wyciągnąć jej z opresji.

Miał swoje obowiązki i rozkazy, które musiał wypełniać.

Jego zadaniem było utrzymanie podczas bitwy łączności między generałami Tranville'em a Pictonem. Mieli działać w parze z Edwinem Tranville'em, synem generała, nosić te same meldunki, żeby zwiększyć szansę doręczenia ich adresatowi. Gdyby jeden z nich został zabity, pozostawał drugi. Niestety, zaraz po otrzymaniu do ręki pierwszego meldunku Edwin zaginął, prawdopodobnie ukrył się gdzieś bezpiecznie.

Edwin wielokrotnie dekował się podczas bitew na Półwyspie Pirenejskim. Potem odnajdywał się, podając jakieś absurdalne wyjaśnienia swojego zaginięcia. Również tym razem jego tchórzostwo oznaczało, że tylko na Allanie spoczywała odpowiedzialność za utrzymanie łączności między obu dowódcami.

Od tego mógł zależeć wynik bitwy.

Nie miał wyboru. Musiał zostawić pannę Pallant w Hougoumont, które mogło okazać się najbardziej niebezpiecznym miejscem w trakcie całej bitwy. Francuzi będą atakowali, żeby przebić się na prawą flankę Wellingtona, a Wellington wydał rozkaz utrzymania Hougoumont bez względu na cenę.

Wciąż prześladowało go spojrzenie jasnych, niebieskich oczu panny Pallant. Był pod urokiem jej delikatności i odwagi. Jakże chętnie zostałby, żeby jej bronić.

Jego żołnierska natura nie pozwalała na to.

Byłoby inaczej, gdyby nie Edwin. Gdyby ten drań miał choć połowę odwagi panny Pallant, gdyby można mu było zaufać, że nie zawiedzie jako łącznik, Allan mógłby prosić o zwolnienie z obowiązków i odwieźć ją do Brukseli.

Pod zamkiem zatrzymał brytyjskiego gwardzistę z pułku broniącego Hougoumont.

– Jak wygląda sytuacja?

– Nasi zostali zmuszeni do wycofania się z zagajnika. Nieprzyjaciel jest blisko.

Allan podbiegł do muru, wyjrzał przez furtkę. Rozstawiona na murze piechota ładowała broń.

Zagajnik roił się od niebieskich mundurów Francuzów, ich kremowe spodnie były poplamione błotem. Gdy wyszli na otwartą przestrzeń, Brytyjczycy ogniem z muru odrzucili ich z powrotem między drzewa. Ciała zabitych i rannych zaścieliły trawę.

Allan odszukał pułkownika MacDonnella. Dowódca stał w oknie na piętrze budynku mieszkalnego, skąd miał doskonały widok na to, co działo się niżej.

Liczba atakujących i padających żołnierzy francuskich była zdumiewająca. Nieprzyjacielskim pułkiem dowodził książę Hieronim, brat Napoleona. Mury dawały jednak obrońcom doskonałą osłonę, Francuzi zaś walczyli na otwartym polu.

– Jak mogę się przydać, pułkowniku? – zwrócił się Allan do MacDonnella.

– Moi ludzie radzą sobie. Dziękuję.

Allanowi nie wypadało siedzieć i patrzeć. Wrócił na podwórze i rozejrzał się, gdzie obrona została nadwątlona. Jakiś żołnierz dostał właśnie kulę w czoło i spadł z muru. W tym miejscu pojawiła się drabina, a na niej Francuzi.

Allan chwycił karabin, woreczek z prochem i amunicją poległego i zajął jego miejsce.

– Patrzcie! – krzyknął najbliżej stojący gwardzista. – Kapitan umie ładować broń i strzelać.

Jego towarzysze złośliwie zarechotali. Wkrótce jednak zapomnieli o nim, gdyż pod murem pojawiła się nowa fala atakujących niebieskich mundurów.

– Wycofują się – zauważył wreszcie ktoś.

Rzeczywiście, Francuzi odstępowali od muru, jak odpływ morski od brzegu.

Allan odłożył muszkiet i zszedł z muru. Przy stajniach spotkał MacDonnella.

– Proszę zanieść meldunek Wellingtonowi, że odparliśmy atak, ale jeśli zaatakują ponownie, będziemy potrzebowali uzupełnienia amunicji – powiedział pułkownik.

Żołnierz przyprowadził Allanowi konia.

– Zatem jadę z meldunkiem. – Nie wiedział, jak wyrazić to, na czym mu najbardziej zależało, dodał więc: – Chłopak jest w château, niech pan z łaski swojej przydzieli kogoś do jego pilnowania.

MacDonnell skinął głową, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, bo nagle wezwał go inny oficer.

Allan musiał odjechać, nie mając żadnej gwarancji, że pułkownik będzie pamiętał o obecności chłopaka, w którego ubraniu kryła się piękna Marian Pallant.

Rozdział drugi

Krzyki żołnierzy i wystrzały z karabinów sygnalizowały początek nowego ataku. Marian otworzyła oczy, otrząsnęła się ze snu. W czasie względnej ciszy zmęczenie wzięło górę i nie oparła się ogarniającej ją senności.

Było jasne, że Francuzi znowu szturmują. Wydawało się, że jest chyba groźniej niż poprzednio. Zewsząd dobiegały jęki rannych i kwiczenie koni.

Czy kapitanowi udało się przedrzeć przez okrążenie? Podczas pierwszego szturmu każdy strzał wywoływał strach o jego życie, teraz te obawy ożyły. Nie było go. Albo dotarł do linii brytyjskich, albo…

On musi przeżyć! Myśl, że mógłby zginąć, doprowadzała ją do rozpaczy.

Poczuła się nagle jak w więzieniu. Hol dawał względnie bezpieczne schronienie, ale każdy strzał, każdy krzyk trafionego żołnierza był jak cios nożem w serce. Nie mogła znieść zamknięcia. Nie mogła siedzieć bezużytecznie, gdy na zewnątrz umierali ludzie.

Na pewno mogłaby się jakoś przydać. Obiecała co prawda kapitanowi Landonowi, że nie opuści holu, ale przecież nie było go, żeby jej tego zakazać.

Przeszła do przylegającej sali. Zielone mundury znikły. Obok niej przebiegło kilku gwardzistów. Odgłosy bitwy były tu intensywniejsze niż w jej dotychczasowym schronieniu.

Drzwi wejściowe rozwarły się i ukazali się w nich dwaj żołnierze niosący trzeciego, rannego. Z rany na brzuchu spływała krew.

– Pomogę wam. Powiedzcie, co robić.

– Temu już nic nie pomoże – odrzekł jeden z silnym szkockim akcentem.

Zostawili rannego w kącie, wybiegli.

Marian rozejrzała się. Pod ścianami leżało więcej rannych. Marmurowa posadzka była zaplamiona krwią. Zemdliło ją, ale wzięła się w garść.

– Muszę coś zrobić – powiedziała głośno.

– Przynieś bandaże, chłopcze – usłyszała głos jakiegoś żołnierza. Tamował dłonią krew wypływającą z ramienia.

Bandaże. Skąd wziąć bandaże?

Pobiegła do salonu, z którego kapitan przyniósł dla niej fotel. Zerwała płócienne pokrowce z mebli. Z wielkim naręczem, tak wielkim, jakie tylko zdołała unieść, wróciła do rannych. Zwaliła tłumok obok rannego w ramię.

– Potrzebuję noża.

Nie miał noża. Jego sąsiad z twarzą umazaną krwią zaczął grzebać w kieszeni.

– Masz. – Wyciągnął w jej stronę scyzoryk.

Wzięła lepki od krwi scyzoryk, ponacinała płótno, żeby je porwać na pasy. Spieszyła się, bo przyniesiony ostatnio ranny jęczał głośno i kasłał. Inni cierpieli raczej w milczeniu.

Nie miała pojęcia o opatrywaniu ran, rozumiała jednak, że chodzi o powstrzymanie krwawienia.

– Zajmę się najpierw tamtym, a potem panem – powiedziała do rannego w ramię. – I panem – rzuciła do tego, który podał jej scyzoryk.

– Dobrze, chłopcze. Ja jeszcze wytrzymam.

Kiedy podeszła do umierającego, opuściła ją odwaga. Nigdy nie widziała takiego widoku. Uklękła.

Był taki młody! Jego brzuch tonął we krwi. Trzęsącymi się rękoma zaczęła usuwać krew z rany. Ujrzała ciemnoróżowe wnętrzności i zrobiło się jej niedobrze.

– Mamo! – Złapał ją za rękę. – Mamo! – Szklące się oczy patrzyły na Marian z trwogą. Oddychając, wydawał dźwięki podobne do skrzypienia zardzewiałej bramy. – Mamo!

– Mama będzie z ciebie dumna. – Jak go pocieszyć w chwili śmierci? Przecież on już nigdy nie zobaczy swojej matki.

Żołnierz uniósł się, wciąż trzymając ją kurczowo za rękę, i nagle opadł bezwładnie na posadzkę. Przestał oddychać, oczy mu znieruchomiały.

– Nie! – krzyknęła Marian. Przypomniał się jej widok własnych rodziców na marach. – Nie! – Pociemniało jej w oczach, była bliska omdlenia. Zmarły wciąż trzymał ją za rękę.

Do sali wniesiono nowych rannych. Więcej krwi, więcej ludzi w potrzebie. Uwolniła dłoń. Zamknęła oczy zmarłemu.

– Śpij w spokoju – szepnęła.

Porwała stos bandaży i wróciła do rannego w ramię.

– Teraz zajmę się tobą – oznajmiła odważnie, choć w głębi duszy wcale nie czuła odwagi.

– Nie, zajmij się najpierw nim. – Wskazał kolegę, który dał jej scyzoryk.

Uklękła przy nim, oczyściła mu głowę z krwi, żeby zobaczyć ranę. Miał rozciętą skórę nad czołem. Przełykając z wysiłkiem ślinę, zabandażowała głowę rannego. Wróciła do pierwszego żołnierza. Założyła mu opatrunek na ramię. Opatrzyła pozostałych.

– Przynieś nam wody, chłopcze – poprosił któryś nich.

Woda. Pewnie, że chcą wody. Muszą być bardzo spragnieni. Jej też chciało się pić. Poszła poszukać kuchni, ale tam krany były suche. Przypomniała sobie, że na podwórzu, obok stajni, widziała studnię. Znalazła względnie czyste wiadro i czerpak i wróciła do rannych.

– Przyniosę wam wody.

Dziedziniec był pełen żołnierzy. Jedni ładowali karabiny, inni zajmowali pozycje strzeleckie na murze. Francuzi byli tuż za bramą. Marian słyszała ich. Nieprzyjacielska kula mogła w każdej chwili dosięgnąć kogoś na dziedzińcu.

Zebrała całą odwagę, na jaką ją było stać, i pobiegła do studni. Zaalarmowały ją okrzyki:

– Forsują bramę!

W otwartej bramie ukazał się rosły francuski żołnierz z siekierą, za nim wdzierali się na dziedziniec inni. Drogę ku zamkowi usiłowała im zastawić garstka brytyjskich gwardzistów. Wielki Francuz padł na ziemię, jakiś gwardzista zatopił ostrze bagnetu w jego plecach.

– Zamykajcie bramę!

Anglicy naparli na wrota, Francuzi próbowali się im przeciwstawić. Niewiele myśląc, Marian rzuciła wiadro i przyłączyła się do tych, którzy chcieli zamknąć bramę. Wreszcie się to udało. Na podwórzu dogasało starcie z nielicznymi Francuzami, którzy wdarli się do środka.

Marian pobiegła do studni. Pompowała wodę przerażona rzezią. Miała już napełnione wiadro, gdy jakiś gwardzista przyprowadził małego francuskiego dobosza. Werbel wciąż wisiał na paskach umocowanych na jego klatce piersiowej.

– Zajmij się nim. Zabierz go stąd.

Podała chłopcu rękę i zaprowadziła go do zamku.

– Restez ici – nakazała mu. Zostań tutaj. Dobosz skulił się na podłodze, miał oczy wielkie jak spodki.

Marian napoiła rannych i opowiedziała im o szturmie na bramę. Tymczasem przyniesiono kolejnych wymagających opatrzenia żołnierzy.

Strzelanina zaczęła cichnąć.

– Wycofują się.

– To nie koniec, mój chłopcze. – Jeden z rannych zgasił radość Marian. – Słyszysz artylerię? – Dudnienie dział trwało już mniej więcej od godziny. – Założę się, że na górze jest okno, z którego można zobaczyć pole bitwy. Idź, rozejrzyj się. Ja przypilnuję tego małego.

Marian nie mogła oprzeć się pokusie. Pobiegła na najwyższe piętro. Okna były obsadzone przez gwardzistów.

– A ty tu skąd? – zapytał jeden z nich.

– Z Brukseli. Chciałem zobaczyć bitwę – odpowiedziała, starając się możliwie najbardziej obniżyć głos.

– No to sobie popatrz. – Zaśmiał się.

Widok był przerażający. Po jednej stronie maszerowała zwarta i zdyscyplinowana kolumna francuska. Rytmiczne uderzenia werbla dochodziły do najwyższych okien. Po stronie sprzymierzonych panował zamęt wywołany ucieczką pułku belgijskiego. Pomiędzy tymi dwiema grupami, na oczach Francuzów, galopował w poprzek niewielkiego wzniesienia jeździec w czerwonym mundurze. Kapitan Landon?

Boże, spraw, by nic mu się nie stało, pomyślała Marian.

– Gdzie Anglicy?

Nigdzie nie mogła dostrzec Anglików, oprócz tego jednego jeźdźca, który w jej wyobrażeniu był kapitanem Landonem.

– Wellington ich ukrył. – Gwardzista wyciągnął rękę w kierunku wyraźnie widocznych zarośli. – Tam muszą być nasi chłopcy.

Jego domysły potwierdziły się. Gdy francuska kolumna znalazła się na wysokości zarośli, posypały się na nią kule z karabinów. Kolumna zdeformowała się, odsuwając się z linii ostrzału. W tym momencie z zarośli wyłonili się angielscy strzelcy. Francuzi padali jak kręgle, niektórzy zdołali jednak przebić się przez ostrzał i doszło do starć wręcz.

Marian odwróciła się od okna.

– Napoleon ma chyba za dużo ludzi.

– Uważaj, atakują kirasjerzy.

Kirasjerzy to była ciężka kawaleria francuska. Marian, choć bliska płaczu, nie mogła się oprzeć, by nie popatrzeć na masywne konie szarżujące na Anglików, podczas gdy francuskie werble biły i biły bez wytchnienia.

Zamknęła oczy. W bitwie nie było żadnego romantyzmu, tylko śmierć i ludzkie cierpienie. Nie tak sobie to wyobrażały z Dominą.

– Nasza linia się łamie! – krzyknął żołnierz.

Marian nie mogła znieść, że jej rodacy cofają się, tak jak niedawno Francuzi spod Hougoumont. Trzęsła się jej broda, w gardle więzły łzy.

– Niech mnie szlag trafi, jeśli na to nie warto popatrzeć! – znowu krzyknął żołnierz.

Marian otworzyła oczy. W rozsypce byli Francuzi, nie Anglicy.

– Nie rozumiem, dlaczego uciekają?

– Któż to wie? Dziękujmy Bogu, że tak jest.

Dziękowała i nauczona doświadczeniem, nie pytała, czy już po bitwie. Francuzi na pewno zaatakują ponownie, a Napoleon znany był z tego, że potrafił w ostatniej chwili przekształcić bliską porażkę w zwycięstwo.

Allan kłusował szczytem pagórka. Po dowiezieniu meldunku MacDonnella do Wellingtona szukał Pictona, ale nigdzie nie mógł go znaleźć. Postanowił więc udać się do Tranville'a po nowe rozkazy. Z daleka widział drugi atak na Hougoumont i ucieszył się, że Francuzi znowu zostali odparci.

Do swojego pułku Królewskiej Kawalerii Szkockiej dotarł właśnie w chwili, gdy ruszyło nań natarcie francuskie. Artyleria dziesiątkowała francuskie kolumny, ale te parły nieugięcie do przodu i wkrótce doszło do gwałtownego i krwawego starcia wręcz. Allan z dobytą szpadą rzucił się w gąszcz bitewny. Zwrócił na siebie uwagę. Nieprzyjacielscy żołnierze próbowali ściągnąć go z konia, ale rozdając śmiertelne cięcia na lewo i prawo, zdołał utrzymać się w siodle i bez szwanku wyprowadzić siebie i swojego wierzchowca z opresji.

Gdy francuskie natarcie załamało się, był śmiertelnie zmęczony, a mundur miał umazany krwią i błotem. Cieszył się jednak, że żyje, i nie zamierzał odpoczywać. Natychmiast podjął poszukiwanie Pictona albo Tranville'a. Zamiast któregoś z generałów, znalazł Gabriela Deane'a. Gabe także uczestniczył w starciu i Allan podziękował Bogu, że widzi przyjaciela całego i zdrowego. Generał Tranville był zawsze niesprawiedliwy wobec Gabe'a, odmawiał mu awansu, bo mu się nie podobało, że jego ojciec trudni się handlem.

– Gabe! Widziałeś Pictona?

– Picton nie żyje. Padł od kuli. Zdążył dać rozkaz do ataku.

Allan pochylił w milczeniu głowę. Stary ekscentryk miał przenieść się w stan spoczynku zaraz po tej kampanii.

– A gdzie Tranville?

– Też został trafiony.

– Nie żyje? – Po Tranville'u Allan rozpaczałby o wiele mniej niż po Pictonie.

– Nie wiem. Widziałem, jak spadał z konia, potem straciłem go z oczu.

Kawaleria otrzymała rozkaz ścigania wycofujących się Francuzów. Gabe i Allan zamilkli i patrzyli, jak Szkoci wyjeżdżają do boju na swoich wielkich, szarych koniach.

– Może w końcu wyjdziemy z tego zwycięsko – powiedział Gabe.

Muszą zwyciężyć. Allan śledził kawalerię ścigającą Francuzów aż po linię ostrzału francuskiej artylerii. Napoleon złamał pokój. Zbyt wielu ludzi zapłaciło życiem, żeby nakarmić jego próżność.

Gabe stuknął go w ramię i wskazał stronę, z której zbliżali się francuscy lansjerzy.

– To nie wróży nic dobrego.

– Trąbić do odwrotu! – padł rozkaz.

Trębacz zagrał staccato, ale było za późno. Kawaleria znajdowała się za daleko, żeby usłyszeć, i była zbyt podniecona pościgiem za piechotą francuską.

Allan i Gabe oniemiali patrzyli, jak lansjerzy na swoich wypoczętych koniach ścierają się ze zmęczoną kawalerią brytyjską.

– Najwyraźniej przedwcześnie ucieszyłem się ze zwycięstwa – rzekł na odjezdnym Gabe. Miał zamiar dołączyć do swoich ludzi, gdyż bitwa wciąż trwała.

Allan zaczął wypytywać żołnierzy o Tranville'a. Nikt nie potrafił potwierdzić ani wiadomości o jego śmierci, ani o ocaleniu. Dotarł do oficera, który przejął obowiązki po Pictonie.

– Nie potrzebuję dodatkowych adiutantów, Landon – usłyszał. – Rób to, co uważasz za słuszne.

Allan spojrzał w stronę Hougoumont. W tej chwili posiadłość była gwałtownie ostrzeliwana przez artylerię. Czy ośmieli się tam przedostać? Czy przedłoży bezpieczeństwo jednej szalonej kobiety nad potrzeby wielu innych? Zachmurzył się. Miejsce było niebezpieczne, ale jeśli ta pannica pozostanie tam, gdzie on jej nakazał, być może nic jej nie grozi.

Nieprzyjacielska artyleria strzelała również w stronę brytyjskiej piechoty, więc Wellington nakazał oddziałom skryć się za szczytem pagórka. Allan zauważył, że cały pułk wojsk belgijskich opuszcza pole bitwy.

Tchórze. Nie widzą? Bitwa jest wciąż nierozstrzygnięta. Zwycięstwo jeszcze jest możliwe. Brytyjczycy wzięli już do niewoli tysiące francuskich żołnierzy i prowadzili ich do Brukseli.

Ponownie obejrzał się w stronę Hougoumont. Działa francuskie waliły w zamek bezlitośnie. Przedostanie się tam było niepodobieństwem.

– Formować czworoboki! – przebiegł okrzyk przez szeregi piechoty.

Żołnierze pośpiesznie utworzyli podwójne czworoboki, najeżone wystawionymi na zewnątrz bagnetami. Kawaleria nie ośmieli się szarżować na bagnety, więc o ile czworobok się nie zachwieje, będzie bezsilna.

Allan podjechał na szczyt pagórka, aby zobaczyć, dlaczego wydano taki rozkaz. Ku nim zbliżały się zwarte szyki francuskich jeźdźców, koń przy koniu, nabierające rozpędu w miarę pokonywania dystansu.

Jaki mógł być zamysł Napoleona? Nie widać było piechoty maszerującej dla udzielenia wsparcia kawalerii. To było czyste szaleństwo.

Ale to szaleństwo działo się naprawdę. Szarża Francuzów była tak potężna, że aż drżała ziemia. Widok tysięcy rwących do ataku koni i ludzi był równie przerażający, co głupi. Allan patrzył jak urzeczony. Zagapił się do tego stopnia, że omal nie zdążył pogalopować do najbliższego czworoboku.

Czworobok otworzył się jak drzwi na zawiasach i Allan schronił się w jego wnętrzu.

– Kapitanie Landon, cieszę się, że widzę pana w jednym kawałku.