Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Zbudzone furie ebook

Richard Morgan  

4.34615384615385 (52)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 786 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbudzone furie - Richard Morgan

Takeshi Kovacs wrócił do domu.

Na Świat Harlana. Oceaniczną planetę, gdzie tylko pięć procent powierzchni wystaje nad niebezpieczne i nieprzewidywalne morza. I gdzie próba wzbicia się nad chmury czymś bardziej zaawansowanym technicznie od śmigłowca kończy się zestrzeleniem przez platformy orbitalne Marsjan.

Jednakże śmierć nie czyha tylko w morzach i na niebie. Na ziemi, od tropikalnych plaż i bagien Kossutha do lodowatych, rojących się od maszyn pustkowi Nowego Hokkaido utracone zostały z trudem wywalczone zdobycze quellistowskiej rewolucji. Wszystko kontrolują Pierwsze Rodziny, korporacje i yakuza.

Wiedziony pragnieniem zemsty za utraconą miłość Kovacs trafia w wir intryg politycznych i technologicznych tajemnic, które niosą ze sobą zbudzone duchy Świata Harlana i jego własnej, brutalnej przeszłości. Krążą pogłoski, że Quellcrista Falconer powstała z martwych, a na zlecenie Pierwszych Rodzin poluje na nią bezlitosny młody Emisariusz Kovacs, który spędził w przechowalni dwieście lat i nie zamierza dzielić się życiem z wypalonym, podstarzałym i zbrukanym przestępstwami sobą.

Wokół jest pełno gangsterów, łowców nagród, sekt religijnych i rewolucjonistów, z których każdy chce uszczknąć coś dla siebie - z czego? Tego właśnie próbuje dojść Kovacs. Wśród narastającego chaosu tylko jedno jest jasne - w którymś momencie ktoś, kto nazywa się Takeshi Kovacs, będzie musiał zginąć. Na dobre.

Opinie

Opinie o ebooku Zbudzone furie - Richard Morgan

Fragment ebooka Zbudzone furie - Richard Morgan

TTytuł oryginału: Woken Furies

Copyright © 2005 by Richard Morgan Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Iwona Sośnicka Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Cieśliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie II ISBN 978-83-66065-85-7

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

Tę książkę dedykuję mojej żonie,Virginii Cottinelli,

Furia (rz):

1a dzika, niekontrolowana i często niszczycielska wściekłość

2 dzika, nieopanowana siła lub działalność

3a jedna z trzech mściwych bogiń, które w greckiej mitologii karały zbrodnie

3b zła lub mściwa kobieta

The New English Penguin Dictionary 2001

Prolog

Miejsce, w którym mnie obudzili, musiało być starannie przygotowane.

To samo dotyczyło sali recepcyjnej, gdzie wprowadzili mnie w temat. Rodzina Harlana niczego nie robi połowicznie i, jak może potwierdzić każdy Przyjęty, lubią robić dobre wrażenie. Podkreślone złotem czarne dekoracje pasowały do rodzinnych herbów na ścianach. W tle ledwie słyszalne dźwięki miały wzbudzić głębokie przejęcie obecnością szlachectwa. Jakiś stojący w rogu marsjański artefakt milcząco sugerował przekazanie opieki nad światem przez naszych dawno nieistniejących, nieludzkich dobroczyńców wprost na twarde, nowoczesne ręce oligarchii Pierwszych Rodzin. Poza tym obowiązkowa holorzeźba starego Konrada Harlana w pozie triumfalnego planetarnego odkrywcy. Jedna ręka uniesiona w górę, druga zasłania twarz przed promieniami obcego słońca. Takie tam pretensjonalne bzdety.

W tej właśnie rzeczywistości Takeshi Kovacs, charcząc, wynurzył się ze zbiornika pełnego żelu, upowłokowiony w zupełnie nieznane, nowe ciało. Skromne dworskie sługi w kusych strojach kąpielowych pomogły mu wstać. Dostał ręczniki o niezgłębionej puszystości do starcia większości żelu i szlafrok z podobnego materiału do przykrycia się podczas krótkiego spaceru do następnego pokoju. Prysznic, lustro – lepiej przyzwyczaj się do tej twarzy, żołnierzu – i nowy zestaw ubrań dla nowej powłoki, a później do sali audiencyjnej na rozmowę z członkiem Rodziny. Oczywiście, była to kobieta. Znając moje akta, absolutnie nie mogli zaangażować do tego mężczyzny.

Porzucony w wieku dziesięciu lat przez ojca alkoholika, wychowywany razem z dwoma młodszymi siostrami, w kontakcie z patriarchalnymi przedstawicielami władzy – przejawia sporadyczne reakcje psychotyczne. Nie, to była kobieta. Jakaś wytworna ciotka, zajmująca się tajnymi służbami dla mniej publicznych spraw rodziny Harlana. Subtelna piękność w indywidualnie hodowanej powłoce, prawdopodobnie zaraz po czterdziestce według standardowego przelicznika.

– Witamy z powrotem na Świecie Harlana, Kovacs-san. Wygodnie panu?

– Tak. A pani?

Gładka bezczelność. Szkolenie Emisariusza umożliwia wchłanianie szczegółów z otoczenia z prędkościami nieosiągalnymi dla zwykłych ludzi. Rozglądając się, Emisariusz Takeshi Kovacs w ułamku sekundy zorientował się, wiedział od chwili wyjścia z wanny, że go potrzebują.

– Ja? Może mnie pan nazywać Aiura. – Mówiła w amangielskim, nie po japońsku, ale pięknie skonstruowane niezrozumienie pytania, eleganckie uniknięcie obrażania się bez odwoływania się do oburzenia, jasno wskazywało na kulturalne korzenie Pierwszych Rodzin. Kobieta wykonała równie elegancki gest. – Choć w tej sprawie nie jest istotne, kim jestem. Zapewne nie ma pan wątpliwości, kogo reprezentuję.

– Tak, to jasne. – Może to dźwiękowe tło, może po prostu trzeźwa reakcja kobiety na moją beztroskę, ale stłumiłem arogancję w głosie. Emisariusze wchłaniają to, co ich otacza, i do pewnego stopnia ten proces powoduje skażenie. Człowiek często odkrywa, że instynktownie przejmuje obserwowane zachowanie, zwłaszcza jeśli intuicja Emisariusza uznaje takie zachowanie za dające przewagę w aktualnym otoczeniu. – A więc zostałem oddelegowany.

Aiura delikatnie odkasłała.

– Można tak to ująć.

– Misja solowa?

Samo w sobie nic niezwykłego, ale też rzadko jest to przyjemność. Bycie elementem zespołu Emisariuszy daje poczucie zaufania, na które nie ma szans podczas pracy ze zwykłymi ludźmi.

– Tak. To znaczy, będzie pan jedynym Emisariuszem. Bardziej konwencjonalnymi zasobami może pan dysponować w znacznych ilościach.

– Brzmi nieźle.

– Mamy nadzieję.

– To co takiego mam zrobić?

Kolejne delikatne odchrząknięcie.

– W swoim czasie. Chciałabym ponownie zapytać, czy powłoka jest wygodna?

– Sprawia bardzo dobre wrażenie. – Nagle to sobie uświadomiłem. Bardzo gładkie, reakcje na imponującym poziomie, nawet dla kogoś przyzwyczajonego do powłok bojowych Korpusu. Piękne ciało, przynajmniej od wewnątrz. – To coś nowego z Nakamury?

– Nie. – Czy spojrzenie kobiety umknęło w górę i w lewo? Jest szefową ochrony, pewnie ma wbudowany wyświetlacz siatkówkowy. – Harkany Neurosystems, hodowane na pozaplanetarnej licencji KhumaloCape.

Emisariusze powinni umieć ukryć zaskoczenie. Wszelkie marszczenie brwi powinno pozostać wewnątrz.

– Khumalo? Nigdy o nich nie słyszałem.

– Tak, raczej nie mógł pan.

– Słucham?

– Powiem tylko, że wyposażyliśmy pana w najlepszą dostępną biotechnologię. Wątpię, żebym musiała wyliczać możliwości powłoki komuś z pańskim przygotowaniem. Jeśli chciałby pan poznać więcej szczegółów, przez wyświetlacz w lewej części pola widzenia ma pan dostęp do podręcznika. – Uśmiechnęła się lekko, może ze śladem znużenia. – Harkany nie zostały wyhodowane specjalnie na potrzeby Emisariuszy, ale nie było czasu na przygotowanie niczego indywidualizowanego.

– Macie tu jakiś kryzys?

– Bardzo przenikliwe, Kovacs-san. Tak, sytuację można uznać za krytyczną. Chcielibyśmy, żeby natychmiast podjął pan pracę.

– Cóż, za to właśnie mi płacą.

– Tak.

Czy poruszy teraz kwestię tego, kto właściwie płaci? Raczej nie.

– Jak niewątpliwie już pan zgadł, będzie to tajna misja. Bardzo odmienna od Sharyi. Choć, jak rozumiem, pod koniec kampanii miał pan do czynienia z terrorystami.

– Owszem. Po tym jak zniszczyliśmy ich międzyplanetarną flotę, zagłuszyliśmy systemy transmisji danych, rozbiliśmy ich ekonomię i zasadniczo wyeliminowaliśmy możliwość globalnego nieposłuszeństwa, wciąż pozostali tam twardogłowi, którzy nie zrozumieli wiadomości Protektoratu. Więc ich wyłapaliśmy. Infiltracja, zaprzyjaźnienie się, korupcja, zdrada. Ciche morderstwa. Trochę się tym zajmowałem.

– Dobrze. Ta praca nie będzie się bardzo różnić od tego, co pan robił.

– Macie problem z terrorystami? Znów pojawili się quelliści?

Lekceważąco machnęła ręką. Nikt już nie traktuje poważnie quellizmu. Co najmniej od kilku stuleci. Tych paru wciąż żyjących prawdziwych quellistów przehandlowało swoje rewolucyjne zasady na dochodową, zorganizowaną przestępczość. Podobne ryzyko, a lepsze wynagrodzenie. Nie stanową zagrożenia dla tej kobiety czy reprezentowanej przez nią oligarchii. To pierwsza wskazówka, że sytuacja wcale nie jest tak oczywista.

– Misja ma raczej formę polowania na człowieka, Kovacs-san. Konkretną osobę, bez podtekstów politycznych.

– I chcecie wsparcia Emisariuszy. – Zdziwienie przebiło się nawet przez maskę kontroli i poczułem, że unoszę brwi. Mój głos też mnie pewnie trochę zdradził. – Musi to być ktoś wyjątkowy.

– Tak. Jest. Prawdę mówiąc, to były Emisariusz. Kovacs-san, zanim przejdziemy do szczegółów, myślę, że musimy wyjaśnić jedną sprawę, która...

– Coś z pewnością musi zostać wyjaśnione z moim oficerem dowodzącym. Ponieważ wygląda mi to na marnowanie czasu Korpusu Emisariuszy. Nie robimy tego rodzaju rzeczy.

– ...może być dla pana szokiem. Bez wątpienia wierzy pan, że został upowłokowiony krótko po kampanii na Sharyi. Może zaledwie kilka dni po transferze strunowym.

Wzruszyłem ramionami. Opanowanie Emisariusza.

– Dni czy miesiące, nie robi mi to dużej róż...

– Dwa wieki.

– Co?

– Jak powiedziałam. Był pan w przechowalni prawie dwieście lat. W czasie rzeczywistym...

Opanowanie Emisariusza uleciało przez okno.

– Co, do kurwy nędzy, stało się...

– Proszę, Kovacs-san. Wysłuchaj mnie. – Przerwała mi ostrym tonem rozkazu. A potem, gdy warunkowanie znów mnie wyłączyło, zmuszając do słuchania i uczenia się, powiedziała trochę ciszej: – Później przekażę panu wszystkie szczegóły, jakie zechce pan poznać. W tej chwili niech wystarczy panu fakt, że nie stanowi pan już części Korpusu Emisariuszy jako takiego. Może się pan uznać za osobę pozostającą na utrzymaniu rodziny Harlana.

Odległy o stulecia od ostatnich zapamiętanych na żywo doświadczeń. Upowłokowiony poza czasem. O pokolenia od znanych sobie ludzi i przedmiotów. Jak jakiś pieprzony przestępca. Cóż, technika asymilacyjna Emisariuszy powinna to już opanować, ale...

– W jaki sposób...

– Plik pańskiej osobowości został nabyty przez rodzinę jakiś czas temu. Jak powiedziałam, później mogę podać więcej szczegółów. Nie musi pan się tym zbytnio przejmować. Kontrakt, który chcę panu zaproponować, jest naszym zdaniem wyjątkowo atrakcyjny finansowo. Ważne jest jednak, by zrozumiał pan stopień, do jakiego będzie konieczne wykorzystanie pańskich umiejętności Emisariusza. Nie jest to Świat Harlana, jaki pan znał.

– Z tym sobie poradzę – rzuciłem niecierpliwie. – Tym się zajmuję.

– Dobrze. Teraz, oczywiście, będzie pan chciał wiedzieć...

Właśnie. Stłumić szok, jak opaska uciskowa na krwawiącej kończynie. Jeszcze raz zebrać kompetencję i butną beztroskę. Trzymać się tego, co oczywiste, kluczowego faktu.

– Więc kim, do cholery, jest ten były Emisariusz, którego tak bardzo chcecie złapać?

Może tak to wyglądało.

Z drugiej strony, może nie. Wnioskuję na podstawie podejrzeń i fragmentarycznej wiedzy z później. Budując z tego, co mogę zgadnąć, wykorzystując intuicję Emisariusza do wypełnienia luk. Ale mogę się kompletnie mylić.

Nie wiem.

Nie było mnie tam.

I nie widziałem jego twarzy, kiedy powiedzieli mu, gdzie jestem. Że to ja. I co musi z tym zrobić.

Część 1  

Weź to do siebie...

Quellcrista Falconer,

Rozdział pierwszy

Zniszczenie.

Rana piekła jak diabli, ale odnosiłem już gorsze. Ładunek blastera uderzył mnie w żebra, na szczęście osłabiony pancernymi drzwiami, przez które musiał się przebić, by dobrać się do mnie. Kapłani, zebrani za zatrzaśniętymi drzwiami, strzelali w bebechy. Pieprzona noc amatorów.

Sami pewnie oberwali równie mocno odbiciem z przystawionej do blachy broni. Za drzwiami już wykręcałem się w bok. To, co zostało z ładunku, wypaliło długą, płytką bruzdę przez moją klatkę piersiową i poleciało w świat, dymiąc w fałdach mojego płaszcza. Nagłe zimno wzdłuż tej strony ciała i ostry smród spalonych czujników w skórze. Ten dziwny syk pękających kości w miejscu, gdzie ładunek przedarł się przez biologiczną osłonę żeber, miał prawie własny smak.

Osiemnaście minut później, według delikatnie świecących cyfr wyświetlacza w lewym górnym polu widzenia, gdy pędziłem oświetloną latarniami ulicą, próbując ignorować ranę, ten syk wciąż mnie nie opuszczał. Spod płaszcza dyskretnie wyciekały płyny. Niewiele krwi. Syntetyczne powłoki mają swoje zalety.

– Chcesz się zabawić, sam?

– Już to zrobiłem – odpowiedziałem, odwracając się od drzwi.

Mrugnął wytatuowanymi powiekami w lekceważący sposób, który miał mi powiedzieć, że to moja strata, i schował swe gibkie, muskularne ciało z powrotem w mrok. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i skręciłem za róg, przeciskając się między parą dziwek: kobietą i osobą o nieokreślonej płci. Kobieta wysunęła z przerośniętych ust rozcięty na końcu smoczy język, może smakując w nocnym powietrzu zapach mojej rany. Jej oczy przesunęły się po mnie, potem odpłynęły. Stojący po drugiej stronie obojnak zmienił lekko postawę i rzucił mi pytające spojrzenie, ale nic nie powiedział.

Żadne z nich nie było zainteresowane. Ulice były puste i śliskie od deszczu, a oni mieli więcej czasu na przyjrzenie mi się niż ten gość pracujący w drzwiach. Ogarnąłem się po wyjściu z cytadeli, ale coś we mnie musiało zdradzać brak okazji do zarobku.

Usłyszałem, jak rozmawiają o mnie za plecami w japskim. Wyłapałem słowo spłukany.

Mogli sobie pozwolić na wybredność. Interesy kwitły w związku z rozwojem Inicjatywy Mecsek. Tej zimy Tekitomura tętniła życiem, pełno tu było handlarzy odzyskanym sprzętem i ekip likwidacyjnych, miasto przyciągało ich tak, jak trawlery przyciągają darłoskrzydły. Bezpieczne Nowe Hokkaido dla Nowego Stulecia, głosiły reklamy. Od świeżo zbudowanego doku poduszkowców przy Kompocho do Nowego Hokkaido było niecałe tysiąc kilometrów w linii prostej, a transportowce latały tam dzień i noc. Poza zrzutem lotniczym nie ma szybszego sposobu na przebycie Morza Andrassy. A na Świecie Harlana nie ma zwyczaju wzbijania się w powietrze, jeśli tylko można tego uniknąć. Wszelkie ekipy z ciężkim sprzętem – a wszystkie go miały – latały na Nowe Hokkaido poduszkowcami z Tekitomury. Ci, którzy przeżyli, wracali tą samą drogą.

Miasto prosperity. Nowiutkie nadzieje i kipiący entuzjazm rozdmuchiwany pieniędzmi Mecsek. Kuśtykałem ulicami zaśmieconymi resztkami po imprezach. W kieszeni stukały o siebie, niczym kostki, świeżo wycięte stosy korowe.

Na skrzyżowaniu ulicy Pencheva i alei Muko toczyła się bójka. Właśnie zamknięto palarnie na Muko i ich klienci z przepalonymi synapsami trafili na spóźnionych robotników dokowych wracających przez cichą dzielnicę magazynów. Więcej niż dostateczny powód do przemocy. Teraz na ulicy kilkanaście postaci o kiepskiej koordynacji biło się niezdarnie i drapało, podczas gdy zgromadzony tłumek jeszcze podburzał walczących. Jakieś ciało leżało już bezwładnie na chodniku z topionego szkła, a ktoś inny, krwawiąc, próbował się odczołgać z pola walki. Błękitne iskry z przeładowanego elektrycznego kastetu, gdzie indziej błysk światła na klindze. Ale ci, którzy wciąż utrzymywali się na nogach, zdawali się dobrze bawić. Policja jeszcze się nie pojawiła.

Jasne, zadrwiła część mnie. Pewnie są teraz zbyt zajęci na wzgórzu.

Ominąłem pole walki szerokim łukiem, osłaniając zranioną stronę. Pod płaszczem zacisnąłem dłonie na gładkich krzywiznach ostatniego granatu halucynogennego i trochę lepkiej rękojeści noża Tebbita.

Nigdy nie wdawaj się wbójkę, jeśli nie możesz szybko zabić izniknąć.

Virginia Vidaura – była instruktorka w Korpusie Emisariuszy, później kryminalistka i aktywistka polityczna. Ktoś w rodzaju przewodnika dla mnie, choć od naszego ostatniego spotkania minęło kilkadziesiąt lat. Na kilkunastu różnych planetach nieproszona wciskała się w moje myśli i wiele razy uratowała mi tyłek. Tym razem nie potrzebowałem ani jej, ani noża. Przeszedłem obok pola walki, nie nawiązując z nikim kontaktu wzrokowego, dotarłem do rogu Pencheva i skryłem się w cieniach zasłaniających ujście alei od strony morza. Zegarek w oku mówił mi, że jestem spóźniony.

Pośpiesz się, Kovacs. Według mojego kontaktu w Millsport – na Pleksie nie można było zbytnio polegać nawet w najlepszej sytuacji, a ja nie zapłaciłem mu dość, by czekał za długo.

Przeszedłem pięćset metrów dalej, a potem skręciłem w lewo, w ciasne zaułki dzielnicy pięknobawełny Kohei, nazwanej tak stulecia temu z uwagi na jej zwyczajową zawartość i pierwotnego właściciela, którego rodzinne magazyny stały na obrzeżach labiryntu krzywych uliczek. Na skutek Niepokojów i utraty Nowego Hokkaido jako rynku zbytu lokalny handel pięknobawełną praktycznie całkowicie przestał istnieć i Kohei błyskawicznie zbankrutowali. Teraz brudne okna na górnych poziomach fasad patrzyły na siebie smutno, osadzone nad paszczami bram załadunkowych, których żaluzje blokujące utkwiły gdzieś w pół drogi między „zamknięte” a „otwarte”.

Oczywiście, mówiło się o ich odnowieniu, wyremontowaniu i przerobieniu na laboratoria likwidacyjne, centra szkoleniowe i magazyny sprzętu.

Przeważnie były to jednak tylko czcze gadki – entuzjazm rozpalał się na nabrzeżach naprzeciw ramp poduszkowców, bardziej na zachód, ale jak dotąd nie rozprzestrzenił się dalej. Tak daleko od nabrzeża i na wschód wciąż nie docierał brzęk pieniędzy Mecseka.

Radości spływających bogactw.

Kryjówkę znajdującą się pod adresem Pięknobawełna Kohei dziewięć koma dwadzieścia sześć zdradzał słaby poblask w jednym z górnych okien i długie, ruchome języki cienia w świetle przesączającym się spod na wpół opuszczonej żaluzji bramy załadunkowej, która nadawała budynkowi wygląd jednookiego, zaślinionego wariata. Przytuliłem się do ściany i podkręciłem obwody słuchowe syntetycznej powłoki na tyle, na ile było to możliwe w tym modelu. Na ulicę wyciekły głosy chwiejne jak cienie u moich stóp.

– ...mówię ci, nie zamierzam tu siedzieć dla czegoś takiego.

Akcent z Millsport, samogłoski z nosowym brzmieniem amangielskiego ze Świata Harlana, rozciągnięte do irytującego zgrzytu. Głos Pleksa, mamroczącego poniżej zrozumiałego zakresu, brzmiał miękkim, prowincjonalnym kontrapunktem. Chyba zadał pytanie.

– Skąd, do cholery, miałbym wiedzieć? Wierz, w co chcesz. – Towarzysz Pleksa chodził, czymś się zajmował. Jego głos zagubił się w echach magazynu. Wyłapałem słowa kaikyo, sprawa, urwany śmiech. Potem znów, gdy zbliżył się do wyjścia, powiedział: – Liczy się to, w co wierzy rodzina, a oni wierzą w to, co mówi im technika. Technika zaś, przyjacielu, zostawia ślad. – Ostro zakasłał i wydobył z siebie dźwięk przypominający wciąganie rozrywkowych prochów. – Facet się spóźnia.

Zmarszczyłem brwi. Kaikyo ma sporo znaczeń, ale wszystkie zależą od wieku mówiącego. Geograficznie to cieśnina lub kanał. Tak używano tego słowa w trakcie Lat Osiedlenia albo w przesadnie wyedukowanej bazgraninie kanji, aspirującej do języka, jakim posługiwały się Pierwsze Rodziny.

Ten facet nie brzmiał na kogoś z nich, ale nie było powodu, żeby nie mógł się kręcić, gdy Konrad Harlan i jego kumple z koneksjami zmieniali Glimmer VI we własne podwórko.

W przechowalniach wciąż jest pełno osobowości PMC z tamtych lat, czekających tylko na przelanie w powłokę. Skoro o tym mowa, i tak nie musiałby zmieniać powłok więcej niż kilka razy, żeby przeżyć całą historię Świata Harlana. Świat ma niewiele ponad cztery stulecia według ziemskiej rachuby, od kiedy na planecie wylądowały barki kolonizacyjne.

Intuicja Emisariusza nakazała mi ostrożność. Coś tu nie pasowało. Spotykałem już ludzi mających za sobą stulecia ciągłego życia i nie mówili jak ten facet. To nie była mądrość wieków, wypływająca w noc Tekitomury nad dymem z fajki.

Na ulicy kilkaset lat później kaikyo (przejęty przez żargon japskiego) oznacza kontakt, który może przemieścić skradziony towar. Kogoś, kto kieruje potajemną dystrybucją. To powszechne użycie w niektórych częściach archipelagu Millsport. W innych miejscach znaczenie zmieniło się, odnosząc się do uczciwych konsultantów finansowych.

Tak, abardziej na południe oznacza świętego we władaniu duchów albo wylot ścieku.Dość tych detektywistycznych bzdur.Słyszałeś go– spóźniłeś się.

Wsunąłem dłoń pod krawędź żaluzji i pociągnąłem ją w górę, blokując potężną falę bólu w boku na tyle, na ile pozwolił mi układ nerwowy sztucznego ciała. Żaluzja głośno podjechała pod sufit. Światło wypadło na ulicę i oślepiło mnie na chwilę.

– Dobry wieczór.

– Jezu! – Ten z akcentem z Millsport odskoczył do tyłu. Był zaledwie parę metrów od żaluzji.

– Takeshi.

– Cześć, Plex. – Moje spojrzenie spoczęło na nowo przybyłym. – A ten tani to kto?

Ale już wiedziałem. Blady, w szytym na miarę dobrym ubraniu prosto z taniej sensorii, gdzieś między Mickym Nozawą i Ryu Bartokiem.

Ciało wojownika o dobrych proporcjach, masywne ramiona i klatka, długie kończyny. Włosy ułożone tak, jak robią to ostatnio na pokazach biosprzętu – z tym wykręconym w górę statycznym czymś, co ma sugerować, że powłokę ledwie wyciągnięto ze zbiornika do klonowania. Garnitur powypychany w sposób sugerujący ukrytą broń i postawa jasno zdradzająca, że nie miał żadnej gotowej do użycia. Postawa bojowa będąca raczej szczekaniem niż gotowością gryzienia. W dłoni wciąż trzymał zużytą mikrofajkę, a jego źrenice były rozszerzone do granic możliwości. Ustępstwo na rzecz antycznej tradycji kazało mu wytatuować z boku czoła iluminiowe zakrętasy.

Praktykant yakuzy z Millsport. Uliczny zbir.

– Nie nazywaj mnie tani – wysyczał. – Ty tu jesteś obcy, Kovacs. Ty jesteś intruzem.

Zostawiłem go na skraju pola widzenia i spojrzałem w stronę Pleksa, który stał przy warsztacie z plątaniną taśm w rękach. Próbował się uśmiechać, ale uśmiech nie bardzo chciał mu się utrzymać na twarzy.

– Słuchaj, Takeshi...

– To ściśle prywatna impreza, Plex. Nie prosiłem cię o wynajęcie błazna.

Yakuza szarpnął się do przodu, ledwie się opanowując. Z jego gardła dobyło się warczenie. Plex wyglądał na spanikowanego.

– Czekaj, ja... – Z widocznym wysiłkiem odłożył taśmy. – Tak, on tu przyszedł w innej sprawie.

– Jest tu w moim czasie – powiedziałem łagodnie.

– Słuchaj, Kovacs. Ty pieprzony...

– Nie. – Mówiąc to, odwróciłem się z powrotem do niego w nadziei, że właściwie odczyta siłę mojego głosu. – Wiesz, kim jestem, więc nie wchodź mi w drogę. Przyszedłem tu do Pleksa, nie do ciebie. A teraz zjeżdżaj.

Nie wiem, co go zatrzymało, reputacja Emisariusza, najnowsze wiadomości z cytadeli – bo teraz już wszędzie otym mówią przy bałaganie, jaki tam zostawiłeś – czy rozsądek, którego było może więcej, niż sugerował wygląd taniego zbira w garniaku.

Przez chwilę stał w drzwiach własnej wściekłości, a potem cofnął się i przelał ją w spojrzenie na paznokcie prawej ręki i uśmiech.

– Jasne. Proszę bardzo, zajmij się interesem z Pleksem. Poczekam na zewnątrz. Nie potrwa to długo.

Zrobił nawet pierwszy krok w stronę ulicy. Spojrzałem na Pleksa.

– O czym on, do cholery, mówi?

Plex się skrzywił.

– My, yyy, musimy zmienić plany, Takeshi. Nie możemy...

Rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyłem rozmazane ślady spiral kurzu w miejscach, gdzie ktoś używał podnośnika grawitacyjnego.

– Nie nie, powiedziałeś mi...

– Ja... ja wiem, Takeshi, ale...

– Zapłaciłem ci.

– Oddam ci pieniądze...

– Nie chcę pieprzonej forsy, Plex. – Wbiłem w niego wzrok, walcząc z chęcią rozszarpania mu gardła. Bez Plexa nie będzie przelania. Bez przelania... – Chcę odzyskać moje cholerne ciało.

– Spokojnie, spokojnie. Dostaniesz je. Po prostu w tej chwili...

– W tej chwili, Kovacs, używamy sprzętu. – Yakuza pojawił się z powrotem w moim polu widzenia, wciąż się uśmiechając. – Bo, prawdę mówiąc, od początku należał do nas. Choć pewnie Plex ci tego nie powiedział, co?

Przerzuciłem spojrzenie między nimi. Plex wyglądał na zakłopotanego.

Aż szkoda faceta. Isa, mój pośrednik kontaktowy z Millsport, raptem piętnaście lat, postawione na sztywno fioletowe włosy i rzucające się w oczy archaiczne gniazda infoszczura – skomentowała sytuację Pleksa ze światowym znużeniem i refleksją podczas opisu szczegółów kontraktu i kosztów. Spójrz na historię.Wypieprzyła go na dobre.

Historia faktycznie zdawała się nie faworyzować Pleksa. Urodzony trzy stulecia wcześniej jako Kohei byłby zepsutym, głupim młodszym synem bez potrzeby zajmowania się czymś więcej niż ćwiczenie ewidentnej inteligencji studiami nad czymś tak egzotycznym jak astrofizyka czy archeologia. Tak się jednak złożyło, że rodzina Kohei nie zostawiła swoim potomkom z czasów po Niepokojach nic oprócz kluczy do dziesięciu ulic pustych magazynów i zanikającego arystokratycznego wdzięku, który wedle słów samego Pleksa zwiększał szanse u kobiet przy braku gotówki. Naćpany fajką w niecałe trzy dni znajomości opowiedział mi całą swoją historię. Zdawał się odczuwać potrzebę zwierzenia się komuś, a Emisariusze to dobrzy słuchacze. Słucha się, zapisuje w pliku z lokalnym folklorem i wchłania. Przyswojony szczegół może później uratować życie.

Kierowani strachem przed pojedynczym życiem i brakiem możliwości ponownego upowłokowienia, zubożali nagle przodkowie Pleksa nauczyli się zarabiać na życie, ale większość z nich nie była w tym dobra. Nawarstwiały się długi, zebrały się sępy. Do czasu, gdy na świecie pojawił się Plex, jego rodzina tak głęboko siedziała w kieszeni yakuzy, że drobna przestępczość była po prostu na porządku dziennym. Pewnie dorastał razem z takimi agresywnymi garniakami jak ten. A zrezygnowanego i zakłopotanego uśmiechu nauczył się na kolanach ojca.

Ostatnia rzecz, jakiej chciał, to zdenerwowanie swoich patronów.

Ostatnia rzecz, jakiej chciałem, to jazda poduszkowcem do Millsport w tej powłoce.

– Plex, mam zarezerwowany bilet na Saffron Queen. Wyrusza stąd za cztery godziny. Zwrócisz mi forsę za bilet?

– Przebukujemy go, Takeshi. – Zaczął błagalnym tonem. – Jutro wieczorem z MP wypływa inny poduszkowiec. Mam sprzęt, to znaczy ludzie Yukio...

– ...używaj mojego nazwiska, śmieciu – wrzasnął yakuza.

– Mogą cię przenieść na wieczorny prom, nikt się nawet nie dowie. – Spojrzał prosząco na Yukio. – Prawda? Zrobisz to, nie?

Dorzuciłem własne spojrzenie.

– Prawda? Biorąc pod uwagę, jak psujesz mi w tej chwili plany wyjazdu?

– Sam je sobie już spieprzyłeś, Kovacs. – Yakuza zmarszczył brwi i pokręcił głową. Pogrywając sempai z manieryzmami i sztuczną powagą, którą pewnie skopiował żywcem z własnego sempai nie tak dawno temu. – Masz pojęcie, jak bardzo cię tam teraz szukają? Policja wysłała niuchaczy na całe miasto i moim zdaniem najpóźniej za godzinę dotrą do doków. Wciągnąłeś do zabawy cały wydział policji. Nie wspominając o brodatych szturmowcach z cytadeli. Cholera, człowieku, myślisz, że mogłeś tam zostawić więcej krwi?

– Zadałem ci pytanie. Nie prosiłem o komentarz. Przeniesiesz mnie na następny transport czy nie?

– Dobra dobra. – Zbył mnie machnięciem ręki. – Uznaj to za załatwione. Nie dociera do ciebie, Kovacs, że niektórzy ludzie mają do przeprowadzenia poważne interesy. Przychodzisz tu i kopiesz lokalną policję swoją bezmyślną przemocą, a oni w szale robią się zbyt aktywni i wyłapują ludzi, których my potrzebujemy.

– Do czego ich potrzebujecie?

– Nie twój pieprzony interes. – Wrażenie sempai znikło, został tylko zbir z Millsport. – Po prostu schowaj się na najbliższe pięć czy sześć godzin i spróbuj nikogo nie zabić.

– A co potem?

– A potem do ciebie zadzwonimy.

Pokręciłem głową.

– Będziesz się musiał bardziej postarać.

– Bardziej. – Podniósł głos. – Ty myślisz, do cholery, że z kim rozmawiasz, Kovacs?

Oceniłem odległość, a potem czas potrzebny na dosięgnięcie go. Ból, który z tego wyniknie. Pozwoliłem sobie na odpowiedź, która musiała go sprowokować.

– Z kim rozmawiam? Z naćpanym chimpira, pieprzonym ulicznym zbirem z Millsport, spuszczonym ze smyczy przez swojego sempai, a robi się późno, Yukio. Daj mi swój telefon – chcę porozmawiać z kimś poważnym.

Wściekłość eksplodowała. Błyskające bielą oczy, ręka sięgająca pod marynarkę. Dużo za późno.

Uderzyłem go przez oddzielającą nas przestrzeń, wyprowadzając atak z nieuszkodzonej strony.

Z boku – w gardło i w kolano. Padł charcząc. Chwyciłem go za ramię, wykręciłem i przyłożyłem do dłoni nóż Tebbita tak, żeby go widział.

– To ostrze z biobronią – powiedziałem ostro. – Gorączka krwotoczna z Adoracion. Natnę cię tym, a każde naczynie krwionośne w twoim ciele pęknie przed upływem trzech minut. Tego właśnie chcesz?

Zawisł ciężko w moim uchwycie i z wysiłkiem złapał oddech. Mocniej przycisnąłem ostrze i zobaczyłem panikę w jego oczach.

– To nie jest dobry sposób na śmierć, Yukio. Telefon.

Sięgnął do marynarki, z której wyleciał telefon, stukając o wiecznobeton. Nachyliłem się dość blisko, by upewnić się, że to nie broń, a potem przysunąłem go butem do jego wolnej ręki. Złapał go, wciąż dysząc w krótkich, ostrych oddechach.

– Dobrze. A teraz wystukaj numer kogoś, kto może mi pomóc, i daj mi go.

Kilka razy stuknął w wyświetlacz i podał mi telefon z błagalną miną, jak Plex kilka minut wcześniej. Przez dłuższą chwilę wbijałem w niego wzrok, pamiętając o typowym braku wyrazu tanich sztucznych twarzy, a potem puściłem jego rękę, wziąłem telefon i cofnąłem się poza jego zasięg. Odturlał się ode mnie, wciąż trzymając się za gardło. Przystawiłem telefon do ucha.

– Kto mówi? – zapytał po japońsku uprzejmy męski głos.

– Nazywam się Kovacs. – Automatycznie przełączyłem się na jego język. – Mamy z twoim chimpira Yukio konflikt interesów i pomyślałem, że mógłbyś go rozwiązać.

Lodowata cisza.

– Chciałbym, żebyś go rozwiązał jeszcze tej nocy – dodałem spokojnie.

Z drugiego końca linii dobiegł mnie syk wciąganego oddechu.

– Kovacs-san, popełnia pan błąd.

– Serio?

– Niemądrze byłoby mieszać nas w pańskie sprawy.

– To nie ja zacząłem mieszanie. W tej chwili stoję w magazynie i patrzę na puste miejsce po sprzęcie, którego miałem właśnie użyć. Dano mi do zrozumienia, że to ty go zabrałeś.

Znowu cisza. Rozmowy z yakuzą nieodmiennie przerywane są długimi pauzami, w trakcie których należy rozmyślać i starannie wsłuchiwać się w to, co nie zostało powiedziane.

Nie miałem na to nastroju. Bolała mnie rana.

– Powiedziano mi, że skończycie za jakieś sześć godzin. Mogę z tym żyć. Ale chcę twojego słowa, że po tym czasie sprzęt wróci tu sprawny i że będę mógł z niego skorzystać. Chcę twojego słowa.

– Hirayasu Yukio jest osobą...

– Yukio to chimp. Bądźmy szczerzy. Jego jedynym zadaniem tutaj jest dopilnowanie, bym nie zaszlachtował naszego wspólnego podwykonawcy. Z czym, swoją drogą, nie radzi sobie najlepiej. Kiedy tu przyszedłem, już brakowało mi cierpliwości i nie spodziewam się, że szybko uzupełnię jej zapasy. Nie jestem zainteresowany Yukio. Chcę twojego słowa.

– A jeśli go nie dam?

– To parę waszych biur zacznie wyglądać jak wnętrze cytadeli dzisiejszego wieczoru. To mogę obiecać.

Cisza.

– Nie negocjujemy z terrorystami.

– Och, proszę. Co to, na przemowy ci się zebrało? Myślałem, że rozmawiam na poziomie dyrektorskim. Mam tu narobić trochę zniszczeń, żebyś zaczął mnie traktować poważnie?

Inny rodzaj ciszy. Głos po drugiej stronie słuchawki zdawał się pomyśleć o czymś innym.

– Czy Hirayasu Yukio został skrzywdzony?

– Nie zauważyłbyś. – Spojrzałem lodowato na yakuzę. Opanował wreszcie oddech i zaczynał się podnosić. Na brzegu tatuażu błyszczały krople potu. – Ale to się może zmienić. Wszystko zależy od ciebie.

– No dobrze – potwierdził ledwie kilka sekund później. Na standardy yakuzy zdawało się to wręcz pośpieszne. – Nazywam się Tanaseda. Ma pan moje słowo, Kovacs-san, że potrzebny panu sprzęt będzie na miejscu i dostępny w podanym przez pana terminie. Dodatkowo wypłacimy panu rekompensatę.

– Dziękuję. To...

– Nie skończyłem. Ma pan też moje słowo, że jeśli dokona pan jakichkolwiek aktów przemocy wobec moich ludzi, wyślę globalny nakaz schwytania pana i egzekucji. Mówię tu o bardzo nieprzyjemnej prawdziwej śmierci. Zrozumiano?

– Brzmi w porządku. Ale myślę, że lepiej będzie, jeśli sam pan powie swojemu chimp, żeby się zachowywał. Zdaje się mieć złudzenia dotyczące własnych kompetencji.

– Proszę mu dać telefon.

Yukio Hirayasu zdołał już usiąść przygarbiony na wiecznobetonie, oddychał chrapliwie. Syknąłem na niego i rzuciłem mu telefon. Złapał go niezdarnie jedną ręką, drugą wciąż masując sobie gardło.

– Twój sempai na słówko.

Posłał mi spojrzenie załzawionych, pełnych nienawiści oczu, ale przystawił telefon do ucha. Wyleciały z niego skompresowane japońskie sylaby, jakby ktoś pogrywał na przebitym zbiorniku z gazem. Yukio zesztywniał, opuszczając głowę. Odpowiadał stłumionymi monosylabami. Często powtarzało się słowo „tak”. Jedno trzeba yakuzie przyznać – są mistrzami świata w zaprowadzaniu porządku w szeregach.

Jednostronna rozmowa skończyła się i Yukio wyciągnął telefon w moim kierunku, nie patrząc mi w oczy. Wziąłem go.

– Sytuacja została rozwiązana – powiedział mi do ucha Tanaseda. – Proszę przenieść się gdzieś indziej na resztę nocy. Może pan wrócić za sześć godzin, a sprzęt i rekompensata będą już na pana czekały. Nie będziemy więcej rozmawiać. To. Zamieszanie. Było niewybaczalne.

Wcale nie brzmiał na tak przejętego.

– Zna pan jakieś dobre miejsce na śniadanie? – zapytałem.

Cisza. Uprzejmy szum w tle. Przez chwilę ważyłem telefon w dłoni, a potem odrzuciłem go do Yukio.

– No dobrze. – Przeniosłem wzrok z yakuzy na Pleksa i z powrotem. – Któryś z was może polecić mi dobre miejsce na śniadanie?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Większość historii w tej książce po prostu wymyśliłem, Tam, gdzie nie było to możliwe, wspomogło mnie swoją wiedzą kilka osób, za co jestem im wdzięczny:

Dave Clare dostarczył mi bezcennych rad dotyczących wspinaczki i podzielił się swoją wiedzą zarówno na papierze, jak i podczas ćwiczeń bezpośrednio na ścianie. Doskonała powieść Kema Nunna Tapping the source i e-maile Jaya Caselberga umożliwiły mi wgląd w kulturę surferów. A Bernard w Diving Fornells nauczył mnie, jak bezpiecznie przetrwać pod wodą. Jeśli to, co mi przekazali, opisałem źle, winę ponoszę ja, nie oni.

Szczególne podziękowania należą się Simonowi Spantonowi i Carolyn Whitaker, która czekała z niewyczerpaną cierpliwością i nigdy nie przypominała o terminach.