Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 226 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbudź się. Żywot Buddy - Jack Kerouac

Wybitny amerykański powieściopisarz o życiu i religii Buddy.

Przenikliwa analiza życia Buddy i zajmująca lekcja podstaw religii buddyjskiej.

W połowie lat pięćdziesiątych Jack Kerouac, katolik, przeżył fascynację buddyzmem. Zainteresowanie to wyraźnie wpłynęło na jego duchowość i znalazło odzwierciedlenie w późniejszej twórczości.

Opinie o ebooku Zbudź się. Żywot Buddy - Jack Kerouac

Fragment ebooka Zbudź się. Żywot Buddy - Jack Kerouac

Jack Ke­ro­uac

ZBUDŹ SIĘ. ŻYWOT BUD­DY

Wstęp: Ro­bert A.F. Thur­manPrzekład: Ma­ciej Świer­koc­ki

Tytuł ory­gi­nału: Wake Up. A Life of the Bud­dha

Co­py­ri­ght © John Sam­pas, Li­te­ra­ry Re­pre­sen­ta­ti­ve, the Es­ta­te of Stel­la Ke­ro­uac · 2008

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ma­ciej Świer­koc­ki, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

WSTĘP

Cóż za nie­spo­dzian­ka! Do­pie­ro pisząc ten wstęp, zro­zu­miałem, że daw­no temu, w la­tach pięćdzie­siątych dwu­dzie­ste­go wie­ku, Jack Ke­ro­uac był naj­ważniej­szym bo­dhi­sattwą wśród wszyst­kich na­szych ame­ry­kańskich pre­kur­sorów bud­dy­zmu. Pre­zen­tując poglądy Ke­ro­uaca, który z ko­lei przed­sta­wia czy­tel­ni­ko­wi życie Bud­dy Śakja­mu­nie­go, będę wy­po­wia­dać się jed­nak z po­zy­cji oso­bi­stych, nie je­stem bo­wiem ba­da­czem bit­ników i ich li­te­ra­tu­ry, choć Ke­ro­uac od razu ujął mnie swoją in­ter­pre­tacją słowa „beat”, gdy stwier­dził, że ozna­cza ono nie „beat up”, lecz „be­ati­fic”1 (a ja zwy­kle właśnie tak tłumaczę na an­giel­ski słowo „sam­bho­ga”, będące częścią rze­czow­ni­ka złożone­go „sam­bho­gakaja”, ozna­czającego „ciało radości” Bud­dy, czy­li jego nie­biańską, uni­wer­salną po­stać). Określe­nie „beat up” miałoby po­dob­no od­no­sić się do lu­dzi, którzy nie po­tra­fią pro­wa­dzić życia in­du­strial­nych nie­wol­ników i nie są w sta­nie ścier­pieć związa­nej z nim wytwórczości, banków i wo­jen. Oczy­wiście Ke­ro­uac zdo­był moją sym­pa­tię swoją in­ter­pre­tacją już daw­no temu, ale przy­po­mniałem so­bie o tym do­pie­ro te­raz.

Cieszę się, że mam możliwość na­pi­sać to wpro­wa­dze­nie. Nie­mal pięćdzie­siąt lat temu czy­tałem Włóczęgów Dhar­my. Dziś, kie­dy moja miłość do Bud­da­dhar­my – do „rze­czy­wi­stości Oświe­co­ne­go” albo do „na­uki Bu­dzi­cie­la” (by użyć za Ke­ro­uakiem jego całkiem zgrab­nych określeń Bud­dy) – stała się po­niekąd ta­jem­nicą po­li­szy­ne­la, niektórzy lu­dzie py­tają mnie cza­sa­mi, jak to się stało, że w ogóle za­in­te­re­so­wałem się tym te­ma­tem. Za­zwy­czaj od­po­wia­da im to, co pod­po­wia­da mi pamięć – że ziar­no zo­stało za­sia­ne, kie­dy czy­tałem Tako rze­cze Za­ra­tu­stra Frie­dri­cha Nie­tz­sche­go, a także dzieła Ar­thu­ra Scho­pen­hau­era, Im­ma­nu­ela Kan­ta, Lu­dwi­ga Wit­t­gen­ste­ina, Hen­ry’ego Mil­le­ra, Her­ma­na Hes­se­go, Sig­mun­da Freu­da, Car­la Gu­sta­va Jun­ga, Wil­hel­ma Re­icha, Lamy Go­win­dy, D.T. Su­zu­kie­go, Wal­te­ra Evan­sa-Wen­t­za i wie­lu in­nych au­torów. Ke­ro­uaca wśród nich naj­wy­raźniej nie pamiętałem. Dziś jed­nak wiem, że czy­tając pod ko­niec lat pięćdzie­siątych, jako młody chłopak, Włóczęgów Dhar­my, spo­tkałem się z być może naj­traf­niej­szym, naj­bar­dziej po­etyc­kim i naj­bar­dziej eks­pan­syw­nym po­dejściem do isto­ty bud­dy­zmu, z ja­kim można było się ze­tknąć w tam­tych cza­sach. Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że było to po­dejście do­sko­nałe, albo uda­wać, że miałbym od­po­wied­nie kom­pe­ten­cje, by coś ta­kie­go stwier­dzić – cho­dzi mi tyl­ko o to, że do mo­ich rąk tra­fiła wówczas niesłycha­nie in­spi­rująca książka, która po pro­stu mu­siała znacząco od­działać na sie­dem­na­sto­lat­ka. Wy­da­no ją po raz pierw­szy w 1958 roku, kie­dy po­rzu­ciłem naukę w Phil­lips Exe­ter Aca­de­my i wy­ru­szyłem na po­szu­ki­wa­nie ja­kiejś re­wo­lu­cji.

A za­tem w 1958, cho­ciaż może i wcześniej, już w 1058 roku, pre­fe­ro­wa­na przez Ke­ro­uaca wie­lo­aspek­to­wa, bo­ga­ta, in­dyj­ska orien­ta­cja bud­dy­zmu wróciła do nas z Ty­be­tu po tysiącu lat nie­obec­ności poza gra­ni­ca­mi Azji Cen­tral­nej. Uni­wer­sal­ne Narzędzie In­dyj­skie, bud­dyzm ma­ha­ja­na i jego in­sty­tu­cje mo­na­stycz­no-uni­wer­sy­tec­kie – tętniące życiem społecz­ności mnichów, kie­ro­wa­ne przez uczo­nych mędrców, wśród których znaj­do­wa­li się doświad­cze­ni ba­da­cze wewnętrznych wszechświatów, ko­lek­cjo­ne­rzy oraz właści­cie­le całych Hi­ma­lajów tekstów, prze­cho­wy­wa­nych w ogrom­nych, wie­lo­piętro­wych „bi­blio­te­kach alek­san­dryj­skich” – zo­stały znisz­czo­ne w na­jaz­dach muzułmańskich Persów i Turków oraz wsku­tek oku­pa­cji sub­kon­ty­nen­tu in­dyj­skie­go. Później Wielką Matkę Cy­wi­li­za­cji, czy­li In­die, jesz­cze głębiej usunęła w cień fala in­wa­zji, oku­pa­cji i wy­zy­sku z ręki chrześcijańskich Eu­ro­pej­czyków.

Wy­da­je mi się, że sięgnąłem po W dro­dze i prze­czy­tałem tę książkę do­pie­ro te­raz, czy­li przy­go­to­wując się do na­pi­sa­nia ni­niej­szej przed­mo­wy. Sądzę zresztą, że Dean Mo­riar­ty jako krętacz i oszust nie przy­padłby mi kie­dyś do gu­stu, choć moje cha­otycz­ne włóczęgi au­to­sto­po­we między No­wym Jor­kiem i Ka­li­for­nią, które zaczęły się w 1958 i trwały z prze­rwa­mi do 1961 roku, były po­niekąd po­dob­ne do wy­praw bo­ha­terów tej po­wieści. Nig­dy jed­nak nie udało mi się wsko­czyć w bie­gu do pociągu to­wa­ro­we­go, po­dzi­wiam więc Ke­ro­uaca za od­wagę i za to, że wie­dział, jak należy to zro­bić.

Ist­nieją ponoć pew­ne wątpli­wości co do tego, czy Ke­ro­uac na­prawdę do­brze ro­zu­miał Dharmę – jak gdy­by jego ro­zu­mie­nie oświe­ce­nia czy in­nych tego ro­dza­ju zja­wisk albo bytów nie było au­ten­tycz­ne. Po­dob­no Alan Watts po­wie­dział kie­dyś, że Ke­ro­uac „może i miał trochę ciała zen, brakło mu jed­nak kośćca”, czy­niąc przy tej oka­zji aluzję do tytułu pew­nego dzieła na te­mat bud­dy­zmu zen pióra in­ne­go au­to­ra, czci­god­ne­go Pau­la Rep­sa. Z ko­lei Gary Sny­der, który spędził wie­le lat w klasz­to­rach bud­dyj­skich i jest dzi­siaj zarówno kimś w ro­dza­ju ro­szi, to zna­czy mi­strza zen, jak i poetą, rze­czy­wiście uważał chy­ba, że Ke­ro­uac nie w pełni poj­mu­je bud­dyzm, do końca po­zo­stał jed­nak jego ko­chającym przy­ja­cie­lem. Nie ma na­to­miast wątpli­wości, że tra­gicz­ny w skut­kach al­ko­ho­lizm, który prze­ciął nić życia i twórczości Ke­ro­uaca przed­wcześnie, kie­dy au­tor li­czył za­le­d­wie czter­dzieści sie­dem lat, sta­no­wi dowód, że bez względu na ro­dzaj oświe­ce­nia, ja­kie­go dostąpił twórca Big Sur, nie zdołał on osiągnąć bud­dyj­skiej do­sko­nałości, Bud­do­wie zwy­kle bo­wiem nie za­pi­jają się na śmierć za młodu – nie mo­gli­by w ten sposób ni­ko­mu pomóc, a Bud­da z na­tu­ry rze­czy po pro­stu nic więcej nie czy­ni, tyl­ko po­ma­ga in­nym. Któż jed­nak może na­prawdę po­chwa­lić się taką trans­cen­dentną, sub­stan­cjalną i umysłową trans­mu­tacją ko­smiczną? W ogrom­nej psy­cho­lo­gicz­nej li­te­ra­tu­rze bud­dyj­skiej znaj­dzie­my licz­ne ana­li­zy roz­ma­itych etapów oświe­ce­nia, do­wodzące, że można na­wet dostąpić go częścio­wo, a mimo to ule­gać ludz­kim słabościom. Ściśle rzecz biorąc, można zo­stać „bo­dhi­sattwą” – czy­li „bo­ha­te­rem umysłu oświe­ce­nia” – już składając śluby i szcze­rze po­sta­na­wiając, że zo­stanie się do­sko­nale oświe­co­nym w jed­nym z przyszłych – bliższych lub dal­szych – wcie­leń, aby po­sze­rzyć swoją wiedzę i powiększyć zdol­ność uwal­nia­nia wszyst­kich ob­da­rzo­nych wrażliwością istot od cier­pie­nia. Co zna­czy, że nie wszy­scy bo­dhi­sattwowie są isto­ta­mi nad­przy­ro­dzo­ny­mi albo bo­ski­mi. W większości są oni ludz­cy – na­zbyt ludz­cy.

Re­cep­cji Ke­ro­uaca wśród pierw­szych ka­li­for­nij­skich bud­dystów, do których można za­li­czyć Gary’ego Sny­de­ra, Ala­na Wat­t­sa i in­nych, mogło nie­co za­szko­dzić to, że nie był on urze­czo­ny przez cz’an/zen jak oni, cho­ciaż uwiel­biał pi­sma Han-sza­na i Wier­sze z Zim­nej Góry, właści­wie me­dy­ta­cje po­etyc­kie, których zwo­len­ni­kiem i pro­pa­ga­to­rem był Sny­der. Au­to­ra W dro­dze bar­dziej po­ru­szała in­dyj­ska ma­ha­ja­na, po­ja­wiająca się zarówno w Zbudź się, sen­ty­men­tal­nej opo­wieści o Bud­dzie i jego życiu, porówna­nej przez pi­sa­rza do „je­zio­ra światłości”, jak i w książce Some of the Dhar­ma, za­wie­rającej no­tat­ki sporządzo­ne dla przy­ja­cie­la au­to­ra, uko­cha­ne­go Al­le­na Gins­ber­ga, a obej­mujące dzie­je bud­dyj­skich stu­diów Jac­ka.

Ke­ro­uaco­wi ewi­dent­nie naj­bar­dziej przy­padła do gu­stu na­uka o współczu­ciu, coś, co Ty­be­tańczy­cy na­zy­wają „ro­dziną wspa­niałych uczynków”, a co bie­rze swój początek od Ma­itrei i Asan­gi. Pi­sarz z wza­jem­nością ko­chał także psy. Tra­dy­cja ty­be­tańska, wy­wodząca się może ze słyn­nej hi­sto­rii spo­tka­nia Ma­itrei – pod po­sta­cią psa – z Asangą, głosi, że przyszły Bud­da Ma­itre­ja często po­ja­wia się właśnie jako pies, jak gdy­by za­po­wia­dając swo­je bud­dyj­skie wcie­le­nie w od­ległej przyszłości, a opo­wieść ta zachęca przygnębio­nych i za­trwożonych lu­dzi, aby wzno­si­li się po­nad swo­je lęki i roz­wi­ja­li w du­chu za­ufa­nie oraz miłość do in­nych czujących istot.

W tym kon­tekście istot­na oka­zu­je się pew­na kar­tecz­ka, którą Ke­ro­uac wręczył w pre­zen­cie Gary’emu Sny­de­ro­wi, gdy ten wyjeżdżał do Ja­po­nii, aby przez kil­ka lat prak­ty­ko­wać tam zen – kar­tecz­ka wspo­mnia­na w na poły fik­cyj­nych Włóczęgach Dhar­my: „Posłuż się dia­men­to­wym ostrzem miłosier­dzia”2. (Oczy­wiście po­nie­waż Włóczędzy Dhar­my są po­wieścią, trud­no po­wiedzieć, czy Jack rze­czy­wiście udzie­lił Gary’emu ta­kiej rady, czy tyl­ko chciał jej udzie­lić, co jed­nak nie zmie­nia sen­su mo­je­go wy­wo­du). Dia­men­to­we Ostrze albo Su­tra dia­men­to­wa należy doSutr praj­na­pa­ra­mi­ta, naj­ważniej­szych w ma­ha­ja­nie Sutr trans­cen­dent­nej mądrości (alboSutr do­sko­nałości mądrości), a to właśnie litość i współczu­cie były tymi aspek­ta­mi mądrości oświe­ce­nia, które naj­bar­dziej prze­ma­wiały do chrześcijańsko-bud­dyj­skie­go ser­ca Ke­ro­uaca. Jack naj­wy­raźniej nie chciał, żeby Gary, sku­pio­ny na „męskiej”, sa­mu­raj­skiej od­mia­nie zen, stra­cił z oczu war­tości ma­ha­ja­ny. Bar­dzo po­do­ba mi się stwier­dze­nie Ke­ro­uaca, które pada da­lej we Włóczęgach Dhar­my, gdy au­tor spędza lato jako strażnik prze­ciw­pożaro­wy w dom­ku na De­so­la­tion Peak w Ska­git, w Górach Ka­ska­do­wych w sta­nie Wa­szyng­ton: „Za każdym ra­zem, gdy w górach prze­ta­czał się grzmot, przy­cho­dziło mi na myśl, że oto pęka ko­lej­ne ciężkie ogni­wo miłości, którą da­rzyła mnie mat­ka”. Jack na­zy­wał Buddę „Je­zu­sem Azji”, na­wet „słod­szym od Je­zu­sa”, a w Zbudź się często sięga do an­to­lo­gii Dwi­gh­ta God­dar­da za­ty­tułowa­nej A Bud­dhist Bi­ble (God­dard jako chrześci­ja­nin chętnie pod­kreślał zwłasz­cza te ce­chy bud­dy­zmu, które przy­po­mi­nały mu jego wiarę). Swo­je Zbudź się Ke­ro­uac opa­tru­je na­wet mot­tem z God­dar­da: „Chwała Je­zu­so­wi Chry­stu­so­wi, Me­sja­szo­wi Świa­ta Chrześcijańskie­go; Chwała Gau­ta­mie Śakja­mu­nie­mu, Ciału Ema­na­cji Bud­dy. Bud­dyjska mo­dli­twa z Klasz­to­ru San­ta Bar­ba­ra, na­pi­sa­na przez Dwi­gh­ta God­dar­da”. Jak widać, au­tor otwar­cie do­pusz­cza tu ad­o­rację obu „zba­wi­cie­li”.

Tra­dy­cja zen roz­wi­jała się w Ja­po­nii na tle trwających w tym kra­ju przez długie stu­le­cia prób po­skro­mie­nia gwałtow­ności sa­mu­rajów, japońskich wo­jow­ników, toteż stwier­dze­nie, że Ke­ro­uaco­wi bra­ko­wało „kośćca zen”, wy­da­je się od­no­sić właśnie do jego de­li­kat­ności, po­chwały do­bro­ci i łagod­ności oraz do od­wza­jem­nia­nej miłości do psów. Jack spra­wiał wrażenie także nie­co mniej roz­wiązłego niż niektórzy inni bit­ni­cy, wy­da­wał się trochę nieśmiały i był chy­ba bar­dziej opie­kuńczy wo­bec ko­biet, wśród których ob­ra­cało się jego to­wa­rzy­stwo. Na pew­no miał po­wo­dze­nie, w młodości był bo­wiem le­gen­dar­nym spor­tow­cem, na­prawdę przy­stoj­nym i ele­ganc­kim mężczyzną, a po­tem także pi­sa­rzem ce­le­brytą, ważną oso­bi­stością w la­tach pięćdzie­siątych i na początku następnej de­ka­dy. Dzi­siaj miałby nie­mal dzie­więćdzie­siąt lat i bar­dzo by się cie­szył „wschodzącym słońcem Dhar­my” nad współczesną Ame­ryką – słońcem, którego wschód prze­po­wie­dział mi mój sta­ry du­cho­wy mon­gol­ski przy­ja­ciel, Ge­she Wan­gy­al, pew­ne­go ran­ka w 1964 roku, kie­dy kończy­liśmy mon­to­wać wiel­kie mosiężne koła mo­dli­tew­ne – „om mani pad­me hum” – na gan­ku Lab­sum She­drub Ling (La­ma­istycz­ne­go Klasz­to­ru Bud­dyj­skie­go) we Fre­ewod Acres, w sta­nie New Jer­sey.

Ke­ro­uac ode­brał grun­tow­ne wy­cho­wa­nie ka­to­lic­kie. Jego ro­dzi­na była głęboko wierząca i można przy­pusz­czać, że po­dejrz­li­wie od­no­siła się do ro­man­su Jac­ka z Buddą i bud­dy­zmem. Wie­lu kry­tyków i ba­da­czy twórczości Ke­ro­uaca naj­wy­raźniej jest zda­nia, że końca życia po­zo­stał on ka­to­li­kiem. Bez wątpie­nia był bar­dzo przy­wiązany do Je­zu­sa i Najświętszej Ma­rii Pan­ny, z pew­nością ko­chał jed­nak również Buddę. Większość znawców przed­mio­tu po­wia­da, że Ke­ro­uac „w rze­czy­wi­stości” był na wskroś chrześci­ja­ni­nem, bud­dy­zmem zaś in­te­re­so­wał się je­dy­nie po­bocz­nie. Jako pro­te­stanc­ki apo­sta­ta widzę, że ame­ry­kańscy in­te­lek­tu­aliści wciąż czują się nie­swo­jo w ob­li­czu bud­dy­zmu – są nim zakłopo­ta­ni – i na­wet ci artyści, którzy zaciągnęli znacz­ny dług w bud­dy­zmie albo „na Wscho­dzie”, niechętnie się do tego przy­znają. A jeśli już, to zwy­kle do­pie­ro w później­szym okre­sie swo­jej ka­rie­ry.

W świe­tle powyższych uwag po­win­niśmy więc zadać py­ta­nie, dla­cze­go uważa się, że miłość Ke­ro­uaca do Je­zu­sa oraz du­cho­we­go chrześcijaństwa (cho­ciaż nie w jego kościel­nym wy­da­niu, tak moc­no skom­pro­mi­to­wa­nym przez do­gma­ty) miałaby im­pli­ko­wać, że nie ro­zu­miał on i nie do­ce­niał bud­dy­zmu (gdy­by le­piej znał jego różne zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ne for­my, na pew­no ob­sta­wałby przy bud­dy­zmie du­cho­wym, nie­zdo­mi­no­wa­nym przez Kościół). Czy nie po­win­niśmy za­tem do­ko­nać w tym miej­scu nie­ja­kie­go prze­war­tościo­wa­nia związków między bud­dy­zmem i chrześcijaństwem?

Bud­dyści ma­ha­ja­na skwa­pli­wie ak­cep­tują chrześcijaństwo jako w pełni współgrające z ich najgłębszy­mi in­ten­cja­mi, chrześci­ja­nie na­to­miast często niechętnie od­noszą się do tego ro­dza­ju eku­me­nicz­nych gestów: pod­kreślają, że są inni i – ma się ro­zu­mieć – wyjątko­wi. Nie może być wątpli­wości, że żaden wy­kształcony bud­dy­sta nie jest w sta­nie uwie­rzyć w Ab­so­lut­ne­go, Wszech­mogącego, a za­ra­zem Miłosier­ne­go Boga Stwo­rzy­cie­la, z dru­giej stro­ny jed­nak bli­scy Mu, od­po­wied­nio potężni i ob­da­rze­ni mocą kre­acyjną inni bo­go­wie są dla bud­dy­sty całko­wi­cie do przyjęcia i sta­no­wią bar­dzo ważny ele­ment opo­wieści o Bud­dzie, cho­ciaż wca­le nie trze­ba tych bóstw uważać za bar­dziej oświe­co­ne od większości lu­dzi. Wszy­scy bo­go­wie licz­nych nie­biańskich po­ziomów i do­men występujący w ko­smo­lo­giach bud­dyj­skich są nad­zwy­czaj­nie potężni i mądrzy, lecz pogrążają się przy tym w niesłycha­nie długo­tr­wałych, nie­wy­obrażal­nych ak­tach ogrom­nej roz­ko­szy – dla­te­go za­graża im nie­bez­piecz­na myśl, ja­ko­by w ta­kim ego­cen­trycz­nym cy­klu życio­wym nie kryło się nic złego i że to oni w isto­cie sta­no­wią cen­trum wszechświa­ta. Ta­kie sta­no­wisko byłoby jed­nak nie­omal de­fi­nicją ko­smicz­nej igno­ran­cji czy też złej wie­dzy bogów, leżącej u pod­staw nie­ustan­ne­go cier­pie­nia nieoświe­co­nych form życia.

Nie licząc me­ta­fi­zycz­nej różnicy poglądów co do sta­tu­su Boga albo bogów, bud­dyzm ma­ha­ja­na i chrześcijaństwo po­wstały i roz­wi­jały się w tej sa­mej epo­ce dziejów Eu­ra­zji, roz­dzie­lo­ne tyl­ko jed­nym, a w do­dat­ku często już prze­mie­rza­nym w obie stro­ny oce­anem. Krzepnące wte­dy na świe­cie uni­wer­sa­li­stycz­ne im­pe­ria dawały początek no­wym, bar­dziej opie­kuńczym i pa­ter­na­li­stycz­nym for­mom królew­skich rządów, a bóstwa zy­ski­wały nowe ob­li­cza jako isto­ty łączące atry­bu­ty prze­rażające z pełną miłości troską o jed­nostkę, co tak do­brze wi­dzi­my na przykładzie bo­dhi­sattwów zba­wi­cie­li, jak Awa­lo­ki­teśwara i Tara, lub na przykładzie zba­wi­cie­li me­sja­ni­stycz­nych, ta­kich jak Je­zus Chry­stus czy Najświętsza Ma­ria Pan­na.

Życie Je­zu­sa i Jego główne na­uki, cho­ciaż za­ko­rze­nio­ne w me­ta­fi­zy­ce i przed­sta­wio­ne w kul­tu­rze budzącego strach Wszech­moc­ne­go Stwo­rzy­cie­la, mogłyby być udziałem „Wiel­kie­go Mi­strza” bud­dyj­skie­go, wędrow­ne­go ma­ha­sid­dhy. Jego na­czel­ne przesłanie brzmiało tak jak przesłanie ma­ha­ja­ny: że bo­ska miłość i litość to naj­ważniej­sza i naj­potężniej­sza ener­gia we wszechświe­cie. Ma­ha­sid­dha rzu­cał wy­zwa­nie wie­lu sro­gim wład­com i pro­wo­ko­wał ich, aby ze wszyst­kich sił sta­ra­li się go uśmier­cić, po­nie­waż właśnie w ten sposób za­mie­rzał wy­ka­zać, że im się to nie uda, i do­wieść su­pre­ma­cji bo­skiej miłości. Udo­wad­niał to ku sa­tys­fak­cji swo­ich zwo­len­ników przez tysiące lat, de­mon­strując zdol­ność prze­zwy­ciężania śmier­ci i prze­mo­cy, a także wy­ka­zując, że jego „ciało miłości” na­wet po naj­okrut­niej­szym ukrzyżowa­niu zdol­ne jest po­wstać z mar­twych jako fon­tan­na wiecz­ne­go żywo­ta, żyjąca w światłości, poza ja­kim­kol­wiek kon­kret­nym wcie­le­niem. Re­in­kar­na­cyj­ne na­ucza­nie o „trans­mi­gra­cji dusz”, po­wszech­ne w owych cza­sach i w tam­tej kul­tu­rze (a za­ka­za­ne za­le­d­wie dwieście pięćdzie­siąt lat później przez ce­sa­rza Kon­stan­ty­na), czy­niło tego ro­dza­ju nie­zwykłe wy­czy­ny wia­ry­god­ny­mi w oczach jego wy­znawców i ich następców – z nie­licz­ny­mi wyjątka­mi.

Ist­nie­je wie­le po­dob­nych opo­wieści o Wiel­kich Na­uczy­cie­lach sta­rożyt­nych In­dii. Bud­da oso­biście uspo­koił kie­dyś samą swoją łagod­nością rozwście­czo­ne­go, dzi­kie­go słonia, wysłane­go, aby go zabić, przez króla Ma­ga­dhy –na­wia­sem mówiąc, oj­cobójcę. Młody mnich, który nawrócił ce­sa­rza Asiokę, naj­pierw ty­po­we­go okrut­ne­go sa­trapę, a po­tem pa­tro­na tak zwa­nej Szla­chet­nej Wspólno­ty (San­ghy, którą Ke­ro­uac na­zy­wał „Kościołem”), zwrócił na sie­bie uwagę władcy, le­wi­tując w czymś w ro­dza­ju kuli chłod­nej ener­gii po­nad bu­chającym spod kotła z wrzącym ole­jem ogniem. Oświe­co­ny al­che­mik Na­gardźuna po­siadł ponoć ta­jem­nicę nieśmier­tel­ności i dożył sześciu­set lat. Mi­strza Na­ropę i jego małżonkę pa­lo­no na sto­sie, ale płomie­nie nie wyrządziły im żad­nej krzyw­dy. W In­diach krążyło wie­le opo­wieści (współcze­sny człowiek pomyśli, że cho­dzi o „le­gen­dy”, i pozwólmy mu trwać w tym prze­ko­na­niu) o świętych mędrcach, którzy de­mon­stro­wa­li, jak miłość zwy­cięża śmierć.

Po­zo­sta­je jesz­cze do roz­ważenia treść nauk: błogosławieństwa Je­zu­sa i jego nad­zwy­czaj­ne uwa­gi o uni­ka­niu prze­mo­cy, o tym, że na ude­rze­nie wro­ga człowiek po­wi­nien nad­sta­wić dru­gi po­li­czek, że trze­ba oddać bliźnie­mu płaszcz, gdy żąda od cie­bie ko­szu­li, że należy wyjść poza miłość do przy­ja­ciół oraz ro­dzi­ny i na­uczyć się miłować również wrogów, a także – co było głównym przy­ka­za­niem Chry­stu­so­wym – miłować bliźnie­go swe­go jak sie­bie sa­me­go. Otóż na­uki te po­zo­stają w całko­wi­tej zgo­dzie z bud­dyjską etyką uni­ka­nia prze­mo­cy i do­sko­na­le współgrają z me­sja­ni­stycz­nym na­ci­skiem ma­ha­ja­ny na bez­in­te­re­sow­ność, he­ro­iczną to­le­rancję, miłość i współczu­cie. Jeśli cho­dzi o mądrość, to stwier­dze­nie Je­zu­sa, że króle­stwo Boże znaj­du­je się w każdym człowie­ku, zga­dza się w zupełności z bud­dyjską wizją Bud­dy jako na­tu­ry obec­nej we wszyst­kich or­ga­ni­zmach żywych, a także ze słyn­nym „nie­du­ali­stycz­nym” twier­dze­niem Na­gardźuny, że najgłębsza rze­czy­wi­stość to osta­tecz­na pust­ka, pojęta jako łono wza­jem­ne­go współczu­cia (siun­ja­ta­ka­ru­na­gar­bham). Z ko­lei moc­ne oświad­cze­nie Je­zu­sa, który stojąc przed kapłana­mi le­ga­li­sta­mi, po­wie­dział: „Jam jest drogą, prawdą i życiem”, można zro­zu­mieć nie jako wy­raz dyk­ta­tor­skie­go eks­klu­zy­wi­zmu re­li­gij­ne­go, ogra­ni­czo­ne­go do po­je­dyn­cze­go Kościoła czy wy­zna­nia i ozna­czającego wściekłą nieto­le­rancję wo­bec in­nych, lecz ra­czej jako pro­ste wska­za­nie na au­to­ra owych słów, będącego żywym przykładem, że bo­skość i zba­wie­nie człowie­ka kryją się w nim sa­mym, nie są na­to­miast dostępne je­dy­nie przez przy­na­leżność do ja­kiej­kol­wiek sek­ty czy or­ga­ni­za­cji.

Cuda św. To­ma­sza w in­dyj­skim sta­nie Ke­ra­la do złudze­nia przy­po­mi­nają wy­czy­ny wędrow­nych mnichów i ka­zno­dziejów bud­dyj­skich. Re­dak­cja No­we­go Te­sta­men­tu, do­ko­na­na na So­bo­rze Ni­cej­skim, a zwłasz­cza usu­nięcie z ka­no­nu kil­ku ewan­ge­lii, między in­ny­mi właśnie au­tor­stwa To­ma­sza, za­ka­za­nie bud­dyj­skiej czy też in­dyj­skiej dok­try­ny o wędrówce dusz, wy­zna­wa­nej przez Ory­ge­ne­sa, który zy­skał nie­mal sta­tus męczen­ni­ka, a także uczy­nie­nie z chrześcijaństwa przez Kon­stan­ty­na po­li­tycz­ne­go narzędzia państwa rzym­skie­go – wszyst­ko to za­ma­zu­je związki między Buddą i Chry­stu­sem, które zo­stały jed­nak do­strzeżone przez Ma­nie­go i in­nych, jesz­cze wcześniej­szych myśli­cie­li. Pro­fe­sor Tho­mas McE­vil­ley wy­mie­nia na przykład kil­ku „wcze­snych pi­sa­rzy chrześcijańskich z III i IV wie­ku, ta­kich jak Hi­po­lit i Epi­fa­niusz” – wspo­mi­nają oni o pew­nym człowie­ku, zwa­nym Scy­tia­nu­sem, który około 50 roku n.e. przy­wiózł z In­dii do Alek­san­drii tak zwaną dok­trynę Dwóch Za­sad. Hi­po­lit i Epi­fa­niusz twierdzą, że uczeń Scy­tia­nu­sa, Te­re­bin­tus, który przed­sta­wiał się jako „Bud­da”, zawędro­wał do Pa­le­sty­ny i Ju­dei, gdzie po­znał apo­stołów, którzy naj­wy­raźniej potępili jego poglądy. Po­tem za­miesz­kał w Ba­bi­lo­nii i tam prze­ka­zał swo­je na­uki Ma­nie­mu. Ten z ko­lei założył re­li­gię, którą można na­zwać per­skim syn­kre­ty­zmem bud­dyj­sko-chrześcijańskim, znaną jako ma­ni­che­izm. Była to zresztą re­li­gia młode­go Au­gu­sty­na z Hip­po­ny, który później od­rzu­cił swoją dawną wiarę.

A za­tem cho­ciaż chrześci­ja­nie upie­rają się, że ich na­uki są sui ge­ne­ris, po­chodzą wyłącznie od Boga i nie mają naj­mniej­sze­go związku z ja­kim­kol­wiek in­nym ru­chem re­li­gij­nym na Zie­mi, bud­dyzm ma­ha­ja­na oraz chrześcijaństwo zdra­dzają bar­dzo da­le­ko idące „po­do­bieństwo ro­dzin­ne”. Możliwe, że Ke­ro­uac le­piej ro­zu­miał głębszy, szer­szy wy­miar bud­dyzmu ma­ha­ja­na niż jego rówieśnicy – tacy jak ja, którzy mie­li silną mo­ty­wację, aby ode­rwać się od swo­ich chrześcijańskich ko­rze­ni, bądź tacy, którzy czer­pa­li wiedzę na te­mat bud­dyzmu przez pry­zmat kul­tu­ry wschod­nio­azja­tyc­kiej, chińskiej i japońskiej, a zwłasz­cza za pośred­nic­twem cz’an/zen, w którym kładzie się na­cisk na bez­względny sa­mu­raj­ski na­kaz „nie myśl”.

Naj­ważniejszą kwe­stią, ja­kiej po­win­niśmy się przyj­rzeć, jest spe­cy­ficz­ny sposób ro­zu­mie­nia pojęcia „oświe­ce­nia” przez Ke­ro­uaca, który wy­da­je się uważać je za bez­pośred­nie doświad­cze­nie jed­ności wszyst­kie­go, cho­ciaż do­pusz­cza też stałe za­an­gażowa­nie w świat w inny sposób. Wpraw­dzie często wspo­mi­na ni-cość, a na­wet nic, od­ma­wia jed­nak re­ifi­ka­cji ja­kie­go­kol­wiek „rozpłynięcia się” i najczęściej mówi o „świętej pu­st­ce”, a nie o nicości, pod­kreślając, że „pust­ka jest formą” w ta­kim sa­mym stop­niu, w ja­kim „for­ma jest pustką”. Kie­dy wspo­mniał o „Łonie Ta­tha­ga­ty”, od­je­chałem kom­plet­nie, bo chy­ba Ke­ro­uac jed­nak do­brze czu­je się na tym wy­ma­gającym dogłębnych stu­diów ob­sza­rze, który Na­gardźuna na­zy­wa, jak wspo­mniałem wyżej, „siun­ja­ta­ka­ru­na­gar­bham”, czy­li „pustką łona współczu­cia”. Pod ko­niec Some of the Dhar­ma au­tor przy­ta­cza wie­le opo­wieści ze swo­ich oso­bi­stych doświad­czeń me­dy­ta­cyj­nych (zna wszyst­kie ory­gi­nal­ne ter­mi­ny, jak dhja­na, sa­ma­dhi albo sa­ma­pat­ti), wolałby pew­nie jed­nak, bym za­cy­to­wał w tym miej­scu następujący frag­ment z Włóczęgów Dhar­my:

Czy zna­czył coś jesz­cze dla mnie pi­skli­wy skrzek mo­je­go małego ego, które mio­ta się bez celu? Po­zwa­lałem na to, ażeby pro­wa­dziło mnie do sa­mo­znisz­cze­nia, do uciecz­ki w sa­mot­ność, zmu­szało do gorączko­wej po­go­ni za fan­ta­stycz­ny­mi oka­zja­mi, bo nic dwa razy się nie zda­rza, kusiło zbi­ja­niem bąków, uga­nia­niem się za spódnicz­ka­mi, pożąda­niem żony, do­mo­we­go ogni­ska zga­szo­ne­go ogni­wa, nir – trzask! Trzask! – waną – trzask!

„Z pyłu mo­ich myśli skle­pił się glob – pomyślałem – w sa­mot­ni bez­cza­su”. I na­prawdę uśmiechnąłem się, gdyż wresz­cie wi­działem wszędzie białe światło.

Pew­nej nocy, kie­dy doświad­czyłem sa­ma­pat­ti, co w san­skry­cie ozna­cza trans­cen­den­tal­ne od­wie­dzi­ny, usłyszałem roz­mowę so­sen, którą wywołał ciepły wiatr. Po­czułem, że mój umysł za­pa­da jak­by w sen, a za­ra­zem fi­zycz­nie byłem bar­dzo rześki, choć usiadłem do me­dy­ta­cji już dość daw­no temu. Wtem uj­rzałem mi­ria­dy kwiatów, różowe świa­ty zbu­do­wa­ne z kwie­cia bar­wy łoso­sio­we­go różu. W ci­chym po­szu­mie lasu (dostąpić nir­wa­ny to tak jak­by umiej­sco­wić ciszę) uj­rzałem sta­rożytny wi­ze­ru­nek Bud­dy Di­pan­ka­ry, Bud­dy, który nig­dy nie wy­rzekł ani słowa. Oto zja­wił się przede mną Di­pan­ka­ra w po­sta­ci ol­brzy­mie­go śnieżnego Bud­dy z krza­cza­sty­mi czar­ny­mi brwia­mi, po­dob­ne ma John L. Le­wis, i wybałuszo­ny­mi oczy­ma, patrzącymi bez­myślnie gdzieś w prze­strzeń. Jego posąg wy­rzeźbio­no w pra­sta­rym świętym miej­scu, na od­wiecz­nym polu śnieżnym, białym jak or­nat („Nowe pole!” – wy­krzy­ki­wała sta­ra Mu­rzyn­ka pod­czas ka­za­nia w par­ku). Wi­zja ta wy­warła na mnie tak ogrom­ne wrażenie, iż włosy stanęły mi dęba. Za­pa­miętałem dziw­ny okrzyk, który wy­darł mi się z głębi du­szy, kie­dy wi­dze­nie minęło: „Si­kor­ko­ral!”. W trak­cie wi­zji nie od­czu­wałem żad­ne­go przy­wiąza­nia do swo­je­go „ja”. Od­niosłem wrażenie, że uwol­niłem się zupełnie od ego i doświad­czam sta­nu pier­wot­nej, nie­ziem­skiej żywot­ności, całko­wi­cie po­zba­wio­nej ja­kich­kol­wiek złych prze­czuć… wol­nej od wysiłku, wol­nej od błędu.

„Wszyst­ko się zga­dza – pomyślałem. – For­ma jest pustką, a pust­ka jest formą. Wszyst­ko ist­nie­je w tej czy in­nej for­mie, która w rze­czy sa­mej jest pustką. Który zmarły osiągnął ten głęboki spokój, jaki pa­nu­je w Czy­stej Kra­inie Prze­bu­dze­nia?”. Czułem się tak, jak­bym głosił wszem, po­nad la­sa­mi i da­cha­mi Ka­ro­li­ny Północ­nej, wspa­niałą i prostą prawdę. Po­tem po­wie­działem:

– Na­deszła wio­sna, spa­ko­wałem ple­cak, by udać się na południo­wy zachód, gdzie zie­mia jest su­cha, do sa­mot­nej kra­iny, która roz­ciąga się od Tek­sa­su do Chi­hu­ahua i Mek­sy­ku. Tam, gdzie nocą uli­ce wypełnia wesoła mu­zy­ka, tańczą dziewczęta, wino roz­grze­wa krew, a roz­ba­wie­ni Mek­sy­ka­nie pod­rzu­cają ka­pe­lu­sze w górę, viva! Co to zna­czy? Po­dob­nie jak mrówki, które przez cały dzień nie mają nic in­ne­go do ro­bo­ty, tyl­ko drążą ko­ry­ta­rze w zie­mi, tak i ja nie mam nic in­ne­go do ro­bo­ty oprócz jed­ne­go. Chcę po pro­stu robić to, co lubię, i być miły dla lu­dzi. Chcę być wol­ny od sądów, które na­rzu­ca wy­obraźnia, i mo­dlić się do światła.

Siedząc pod swo­im drze­wem Bud­dy, zarówno w „si­kor­ko­ra­lo­wych” świa­tach, zbu­do­wa­nych z różowe­go, czer­wo­ne­go i białego kwie­cia, jak i pośród kla­tek pełnych ma­gicz­nych, trans­cen­dent­nych ptaków, roz­po­znających prze­bu­dze­nie mo­je­go umysłu słod­ki­mi, nie­sa­mo­wi­ty­mi tre­la­mi (skow­ro­nek bez­droży), czując nie­ziemską woń, ta­jem­niczą i od­wieczną, błogosławio­ny za­pach bud­dyj­skich pól, zro­zu­miałem, że moje życie jest pro­mienną i nie­objętą pustą stro­nicą, którą mogę wypełnić zgod­nie z własną wolą.

„Si­kor­ko­ral” to z pew­nością za­gad­ka – mnie ta na­zwa przy­po­mi­na Ku­ru­kullę, imię ru­bi­no­wo­okiej bo­gi­ni bo­dhi­sat­twy, będącej ar­che­ty­pem żar­li­we­go współczu­cia. Ku­ru­kulla stoi w ta­necz­nej po­zie zupełnie naga, jeśli nie li­czyć kwiet­nych gir­land, trzy­ma w rękach sporządzo­ny z kwiatów łuk z cięciwą z pszczół i mio­ta z nie­go kwia­ty strzały w ser­ca ob­da­rzo­nych wrażliwością stwo­rzeń. Nie upie­ram się jed­nak, że to zdu­mie­wające słowo, użyte przez Jac­ka, miało ozna­czać właśnie tę bo­gi­nię. Być może jest to określe­nie „pola Bud­dy”, które Jack wy­two­rzy wokół sie­bie, kie­dy pew­ne­go dnia udo­sko­na­li swoją „zdol­ność do prze­bu­dze­nia się”.

D.T. Su­zu­ki miał po­czu­cie hu­mo­ru. Po­dob­no kie­dy Ke­ro­uac za­py­tał go przy ja­kiejś oka­zji, czy może z nim zo­stać na za­wsze, Su­zu­ki od­parł: „Cza­sa­mi”. Słuchając, jak lu­dzie tłumaczą oświe­ce­nie Bud­dy i jego pod­sta­wo­we na­uki, za­wsze można po­znać ich poglądy. Je­dy­nym zgrzy­tem w bud­dyj­skim doświad­cze­niu Jac­ka jest jego de­kla­ra­cja „[…] nie mam nic in­ne­go do ro­bo­ty oprócz jed­ne­go. Chcę po pro­stu robić to, co lubię […]”, w czym kry­je się przy­najm­niej ślad prze­ko­na­nia, że „osta­tecz­nie wszyst­ko jest nie­ważne”, echo cze­goś w ro­dza­ju ni­hi­li­stycz­ne­go, niewłaści­we­go ro­zu­mie­nia pust­ki, a może także za­sad­ni­czy powód, dla którego pi­sarz nie po­tra­fił trak­to­wać swo­je­go al­ko­ho­li­zmu na tyle poważnie, aby uwol­nić się od nie­go ku pożyt­ko­wi nas wszyst­kich, ura­to­wać sie­bie oraz swój ta­lent i nie umrzeć zbyt młodo już w 1969 roku. Na szczęście Ke­ro­uac mówi da­lej: „[…] i być miły dla lu­dzi. Chcę być wol­ny od sądów, które na­rzu­ca wy­obraźnia, i mo­dlić się do światła” – co wska­zu­je, że w głębi du­szy jego zda­niem nie­ro­ze­rwal­ność pust­ki i for­my oraz nir­wa­ny i sam­sa­ry spra­wia, że człowiek wol­ny pozo­staje kau­zal­nie zo­bo­wiązany do po­lep­sza­nia wa­runków życia in­nych w złudnym, nie­re­al­nym i re­la­ty­wi­stycz­nym świe­cie.