Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona, i inne diaboliczne insekty ebook

Amy Stewart

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona, i inne diaboliczne insekty - Amy Stewart

Owady mają nad ludźmi przewagę liczebną. Co więcej, gdyby nie różnica wielkości, nie mielibyśmy z nimi żadnych szans. Jednak niektórych powinniśmy się obawiać nawet pomimo ich niewielkich rozmiarów! Istnieją owady, które potrafią wyssać z człowieka krew do ostatniej kropli, takie, które są w stanie uśmiercić całą rodzinę, a nawet pokonać armię. A to wszystko nic w porównaniu z tym, co robią innym insektom... O takich właśnie okropnościach opowiada Amy Stewart w swojej najnowszej książce Zbrodnie robali, kontynuacji bestsellerowych Zbrodni roślin. Stewart tworzy coś w rodzaju atlasu grozy, opisując w sposób zajmujący i daleki od naukowego żargonu wszystkich najstraszliwszych przedstawicieli świata owadów - insekty, które powodują ból czy śmierć, i takie, które po prostu przerażają. Jeśli kiedykolwiek dręczyły was lęki związane z owadami, po lekturze tej książki mogą wydać się one uzasadnione.

 

To nie jest obszerny przewodnik, ale zaledwie garść informacji o robalach - informacji strasznych, bolesnych i na wszelkie inne sposoby nieprzyjemnych. Stewart pisze prosto i konkretnie, pozwala, żeby okropieństwa mówiły same za siebie.

„Kirkus Reviews"

 

Pouczająca, pogodnie napisana kontynuacja bestsellera o roślinach. Panią Stewart, która hoduje w ogródku trujące rośliny, zdecydowanie pociąga ciemna strona mocy.

„The New York Times"

Opinie o ebooku Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona, i inne diaboliczne insekty - Amy Stewart

Fragment ebooka Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona, i inne diaboliczne insekty - Amy Stewart

Tytuł oryginału: Wicked Bugs: The Louse That Conquered Napoleon’s Army & Other Diabolical Insects. © 2011 by Amy Stewart. All rights reserved.

Published by arrangement with Algonquin Books of Chapel Hill, a division of Workman Publishing Company, Inc., New York.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Dla PSB

Uwaga: Ich przewaga liczebna jest miażdżąca

W roku 1909 „Chicago Daily Tribune” zamieściła artykuł pod tytułem Gdyby insekty były wielkości człowieka rozpoczynający się od złowieszczego zdania: „Wszelkie stworzone przez człowieka narzędzia destrukcji są niczym dziecinne zabawki wobec tych, w jakie natura wyposażyła owady”. Dziennikarz zapytywał następnie, co by się stało, „[…] gdyby jutro jakiś potężny czarnoksiężnik pomachał nad światem swoją różdżką i zredukował ludzkość do owadzich rozmiarów, a tym malutkim stworzeniom nadał gabaryty dorosłego człowieka”.

Z niemałą zapewne trwogą mieszkańcy Chicago czytali o kataklizmach, jakie spadłyby na nich, gdyby proporcje wielkości człowieka i owada zostały odwrócone: rohatyniec herkules nie tylko budziłby respekt swoimi potężnymi rozmiarami, ale i zgorszenie skłonnością do bitki i do wypitki; korniki znosiłyby z powierzchni ziemi potężne fortece;ludzkie armie byłyby bezsilne wobec artyleryjskiego ostrzału chrząszczy-kanonierów w rodzaju strzela bombardiera; pająk miałby dość sił, by „[…] powalić słonia. […] Jedynym ratunkiem dla człowieka byłyby jego mikre rozmiary, które czynią go niewartym zachodu drobiazgiem”. Nawet lwy drżałyby ze strachu przed atakiem tych nowych, skrzydlatych i wielonogich przeciwników.

Zamiarem dziennikarza było niewątpliwie zwrócić uwagę na fakt, że owady są na swój sposób potężne i jedynie niewielkie rozmiary powstrzymują je od zawojowania świata.

Ale czy rzeczywiście coś je powstrzymuje? Owady nieraz zmieniały bieg historii. Utrudniały przemarsz wojsk. Przepędzały rolników z ich ziemi. Pożerały lasy i miasta. Setkom milionów przyniosły ból, cierpienie i śmierć.

Nie znaczy to bynajmniej, że nie bywają dla nas pożyteczne. Zapylają kwiaty uprawianych i spożywanych przez nas roślin, same są pokarmem dla innych stworzeń na różnych odcinkach łańcucha pokarmowego. Wykonują bardzo ważną pracę przy rozkładzie szczątków organicznych, przerabiając na glebę dosłownie wszystko – od opadłych z drzew liści po upadłych bohaterów. Niektóre, takie jak choćby mucha plujka czy pryszczel lekarski, okazały się przydatne w medycynie. Poza tym, żerując na innych stworzeniach, insekty ograniczają rozprzestrzenianie się szkodników. Nie potrafilibyśmy bez nich żyć. Używając nieselektywnych pestycydów i niszcząc naturalne środowisko owadów, szkodzimy sobie o wiele bardziej, niż gdybyśmy nauczyli się z nimi współistnieć i doceniać ich pozytywne cechy.

Ale publikacja ta nie ma na celu wychwalać zalet robali. Podobnie jak w Zbrodniach roślin skupiłam się tu wyłącznie na ciemnej stronie relacji człowieka z naturą. Ktoś mógłby powiedzieć, że mając już wystarczająco mocno zakorzenioną niechęć do insektów, nie potrzebujemy dodatkowej zachęty. U tych, którzy niezłomnie stoją po stronie owadów, delikatnie usuwają je ze swoich mieszkań, nie szczędząc przy tym kilku ciepłych słów, i nie pozwalają spryskiwać swych ogrodów środkami chemicznymi, by nie przeszkadzać insektom w spożywaniu obiadu, eksplorowanie owadzich zbrodni i wykroczeń może nawet wzbudzić niechęć.

Jednakowoż nasze umiłowanie stawonogów bywa równie fatalne w skutkach, jak związane z nimi fobie. Przyczajony na parapecie twojego okna pająk domowy zasługuje na poklask za swe dobre uczynki, ale krwiopijcę nazywanego całującym pluskwiakiem, na którego możesz się natknąć podczas wakacji w Ameryce Południowej, lepiej omijać szerokim łukiem. By nauczyć się takiego rozróżniania, nie potrzebujesz naukowego stopnia w dziedzinie entomologii. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku i pozbawiona uprzedzeń ciekawość, którą – mam nadzieję – moja książka pobudzi, dostarczając przy okazji dreszczyku emocji.

Nie jestem lekarką ani uczoną. Jestem pisarką zafascynowaną światem przyrody. W każdym z rozdziałów tej publikacji podejmuję się opowiedzieć cudownie przerażającą historię i zaoferować czytelnikowi dość informacji o zwyczajach i stylu życia omawianego stworzenia, by uczynić je łatwym do rozpoznania. W żadnym razie nie jest to wyczerpujący przewodnik do oznaczania gatunków ani podręcznik lekarski; proszę nie opierać się na tym tekście, próbując zidentyfikować jakiegoś robala albo zdiagnozować wywołaną przez niego dolegliwość. W tym celu na końcu książki zamieściłam listę zalecanych lektur i przydatnych źródeł informacji.

Spośród tysięcy gatunków, jakie mogłam uwzględnić, wybrałam te, które zaintrygowały mnie najbardziej. Użyte w tytule słowo „zbrodnie” należy rozumieć bardzo szeroko: bo zbrodniarzami będą tu zarówno robale sprawiające największy ból, choćby mrówka z gatunku Paraponera clavata, której angielska nazwa bullet ant (mrówka pocisk) przypomina, że ukąszenie tego insekta boli jak rana postrzałowa; najbardziej niszczycielskie owady na świecie, na przykład termit Coptotermes formosanus, po cichutku zżerający spoiwa murów przeciwpowodziowych wokół Nowego Orleanu; jak i sprawcy chorób, a wśród nich pchła szczurza, która przyniosła do Europy czarną śmierć. Robale potrafiące niszczyć płody rolne, wypędzać ludzi z domów albo po prostu doprowadzać ich do obłędu, także zostały opisane na tych stronicach. Niektóre historie są groteskowe, niektóre tragiczne, ale w każdym przypadku siła i zmyślność tych maleńkich stworzeń budzi podziw.

Entomologowie wnet podniosą larum, że użyty w tytule termin „robal” jest mylący, że wprowadza w błąd – i będą mieli całkowitą rację. Większość z nas używa słowa „robak” na określenie dowolnej liczby niewielkich biegających, wijących się lub pełzających stworzeń; posługujemy się nim jeszcze mniej precyzyjnie, gdy mamy na myśli pokrewne wirusowi złośliwe oprogramowanie komputerowe albo duchową rozterkę, topioną w sporej ilości napojów wyskokowych. Z naukowego punktu widzenia żadne z tych określeń nie jest trafne. Ściśle rzecz ujmując, owad to stworzenie o sześciu nogach, o korpusie zbudowanym z trzech segmentów, pyszniący się zwykle dwiema parami skrzydeł. Natomiast prawdziwe robaki to pozbawione odnóży bezkręgowce o obłym ciele (choć i ta definicja uchodzi dziś za przestarzałą). Za tak pojętego robaka nigdy nie uznalibyśmy żadnego owada, na przykład mrówki. Z kolei pająki, dżdżownice, stonogi, ślimaki czy skorpiony w ogóle nie są owadami, lecz należą do innych klas zwierząt, na przykład do pajęczaków, które są zaledwie daleko z tamtymi spokrewnione. Nie mogłam jednak nie uwzględnić kilku z nich w tej książce i proszę uczonych, by wybaczyli mi, iż postępując całkiem nieuczenie, wrzuciłam te wszystkie stworzenia do jednego wielkiego worka opatrzonego etykietą „robale”.

Do dzisiejszego dnia opisano ponad milion gatunków owadów na całym świecie. Szacuje się, że w chwili obecnej na naszej planecie żyje ponad kwadrylion osobników, co oznacza, że na każdego człowieka przypada ich po dwieście milionów. Gdyby ułożyć piramidę ze wszystkich żyjących na ziemi stworzeń, prawie cała zbudowana byłaby z owadów, pajęczaków i tym podobnych maleństw. Inne zwierzęta – łącznie z ludźmi – zajęłyby zaledwie niewielki fragment w rogu budowli. Przewaga liczebna bezkręgowców jest rzeczywiście olbrzymia.

Owady, a także ich wijących się, pełzających i biegających dalszych i bliższych krewniaków, darzę niepozbawionym przezorności szacunkiem i niezmąconym podziwem. Po tym wszystkim, czego się o nich dowiedziałam, nadal nie potrafię się zmusić, by rozgnieść robala. Ale patrzę na nie z większym zadziwieniem – i niepokojem – niż kiedykolwiek wcześniej.

Zbrodnie robali

Afrykańska pluskwa nietoperzowa1

AFROCIMEX CONSTRICTUS

ROZMIAR:

5 mm

RODZINA:

pluskwowate (Cimicidae)

SIEDLISKO:

w pobliżu kolonii nietoperzy, zwykle na drzewach lub w jaskiniach, czasami na poddaszach i strychach domów

WYSTĘPOWANIE:

Afrocimex constrictus pochodzi ze wschodniej Afryki, ale spokrewnione z nim gatunki spotykane są na całym świecie, wszędzie tam, gdzie żyją dość liczne populacje nietoperzy, także na amerykańskim Środkowym Zachodzie

Gdy pewna rodzina z Karoliny Północnej odkryła u siebie w domu niewielkie, żywiące się krwią pasożyty, podobne do pluskwy domowej, nie miała pojęcia, że najgorsze dopiero przed nimi. Obecność insektów była oznaką, że na strychu zagnieździły się nietoperze

Niektórzy przedstawiciele rodziny pluskwowatych preferują krew nietoperzy, ale gdy bardzo zgłodnieją, rozglądają się też za innymi ciepłokrwistymi organizmami. Owady te nie jadają zresztą nazbyt często – dorosłemu osobnikowi wystarcza do przeżycia jeden krwisty posiłek rocznie – ale żeby uzyskać dość energii do reprodukcji, muszą kilkakrotnie uraczyć się krwią żywych nietoperzy. Nie zasiedlają ciał żywicieli, lecz trzymają się blisko nich w ciepłych i suchych zakamarkach strychów lub w dziuplach drzew i wychodzą na żer, gdy nietoperze powrócą nad ranem do swych kryjówek i zapadną w sen.

Wspomniana wyżej amerykańska rodzina, zaalarmowana obecnością pluskiew i nietoperzy w swoim domu, skontaktowała się z tępicielem szkodników. Specjalista poradził im, by poczekali do jesieni, kiedy młode nietoperze dorosną i zaczną wylatywać na zewnątrz. Wówczas będzie można pod ich nieobecność pozatykać pęknięcia i szczeliny wokół dachu. Stosując się do tych wskazówek, rodzina pozbyła się z domu nietoperzy – niestety, pluskiew nie dało się tak łatwo wyeliminować.

Gdy zniknęli ich naturalni żywiciele, insekty zaczęły wędrować po całym domu i żerować na ludziach. Dowodem na ich obecność są swędzące zaczerwienienia na skórze mieszkańców, często po dwa lub trzy obok siebie. Ukąszenia są na ogół nieszkodliwe, jednak zbyt intensywne drapanie może doprowadzić do stanu zapalnego lub zakażenia. Rzadko widuje się same owady, ponieważ zwykle wychodzą na żer podczas snu żywiciela. Przy swoich trzech milimetrach długości, owalnym kształcie, ciemnoczerwonym kolorze, żywiące się krwią nietoperzy pluskwowate są niemal nie do odróżnienia od pluskwy domowej, blisko zresztą z nimi spokrewnionej.

W laboratoriach kolonie tych pluskwiaków szybko wymierają, ponieważ samice – by wyleczyć rany i bezpiecznie wydać na świat potomstwo – nie mają się gdzie schronić przed bolesnym i wyniszczającym zainteresowaniem samców.

Sąsiedztwo tych owadów może być nieprzyjemne dla ludzi, ale nasz dyskomfort to nic w porównaniu z tym, co przechodzi samica pluskwiaka, gdy zaangażuje się w najbardziej intymny akt z przedstawicielem płci przeciwnej. Wszystkie żerujące na nietoperzach pluskwy charakteryzuje niezwykle brutalny sposób uprawiania miłości: samiec podczas aktu omija waginę samicy i swoim przerażająco ostrym penisem przebija jej odwłok. Jego nasienie dostaje się bezpośrednio do krwiobiegu partnerki – część dociera do narządów rozrodczych, a reszta zostaje wchłonięta przez organizm.

Nie jest to bynajmniej przyjemne dla samicy. W laboratoriach kolonie tych pluskwiaków szybko wymierają, ponieważ samice – by wyleczyć rany i bezpiecznie wydać na świat potomstwo – nie mają się gdzie schronić przed bolesnym i wyniszczającym zainteresowaniem samców. Samice żyjącego w Afryce gatunku Afrocimex constrictus obeszły problem, rozwijając całkiem nowy organ, którego zadaniem jest ograniczyć ukłucia samca do jednego konkretnego obszaru na odwłoku, gdzie rany szybciej się goją i wyrządzają mniejsze szkody.

Jakby tego wszystkiego było mało, kochliwe samce przebijają swoimi penisami także ciała innych samców, które – jeszcze bardziej niechętne takim amorom niż samice – wytworzyły wytrzymalszą wersję żeńskiego narządu w nadziei uchronienia się przed awansami swych oszalałych na punkcie seksu pobratymców. Rozwiązanie okazało się tak skuteczne, że zwróciło uwagę samic. Zaczynają więc naśladować samców, kopiując ich solidniejszą wersję żeńskiego organu rozrodczego. Ten niezwykły przypadek naśladowania przez samice samców naśladujących samice pewien uczony, zdezorientowany zawiłościami romantycznego życia pluskwiaków, nazwał „miłosnym łożem oszustów”.

Poznaj krewnych: Afrocimex constrictus i pozostałe żerujące na nietoperzach pluskwy są blisko spokrewnione z pluskwą domową i kilkoma innymi hematofagami, czyli owadami żywiącymi się krwią ciepłokrwistych zwierząt.

Mężczyźni pragną bardziej

Afrocimex constrictus nie jest jedynym stworzeniem, które cierpi w imię miłości. Agresywne i przepojone wrogością praktyki seksualne są zaskakująco częste; randki potrafią być naprawdę koszmarne. Oto garść budzących grozę opowieści z pierwszej linii frontu tej wojny płci.

ŚLIMAK BANANOWY (Ariolimax californicus)

Pozbawione muszli ślimaki z gatunku Ariolimax californicus stanowią zadziwiający widok na ściółce leśnej: są jasnożółte, a ściślej bananowego koloru, i nieco dłuższe od palca. Spotyka się je wzdłuż całego Wybrzeża Zachodniego, zwłaszcza w Kalifornii, gdzie są cenione jako coś w rodzaju osobliwego lokalnego skarbu. Na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz ślimak ów stał się nawet uczelnianą maskotką.

Te wyjątkowo, jak by się mogło wydawać, spokojne stworzenia uprawiają bardzo gwałtowny seks. Są obojnakami – posiadają zarówno męskie, jak i żeńskie organy płciowe – i kiedy są gotowe do współżycia, zostawiają za sobą smużkę śluzu jako znak dla potencjalnych partnerów. W ramach specyficznej gry wstępnej dwa ślimaki zjadają sobie nawzajem ową wydzielinę. Następnie porównują rozmiary swoich organów – dosłownie. Ponieważ oba osobniki dokonują penetracji jednocześnie, każdy szuka partnera mniej więcej tej samej wielkości, by uniknąć zakleszczenia. Gdy już dojdzie do zbliżenia, ślimaki dla ułatwienia kopulacji owijają się wokół siebie na kształt litery S, często przy tym nawzajem się kąsając. To normalne zachowanie przedkopulacyjne u tych zwierząt, pozostawia jednak rany i ubytki ciała.

Ślimaki mogą pozostawać w splocie przez kilka godzin. Kiedy w końcu zaczynają się rozdzielać, często okazuje się, że są ze sobą sczepione. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest odgryzienie penisa partnera. Takie zachowanie może się wydawać ewolucyjnym ślepym zaułkiem, ale okaleczony ślimak żyje dalej i jest w stanie współżyć, odgrywając wyłącznie rolę samicy.

ŚWIETLIK Z RODZAJU (Photuris versicolor)

Czarujące pokazy świateł służą świetlikom z rodzaju Photuris do wymiany sygnałów podczas letnich rytuałów godowych. Samce latają nocą dookoła, błyskając światełkami w nadziei zwabienia samiczki. Każdy gatunek komunikuje się za pomocą sobie właściwej, niepowtarzalnej sekwencji długich i krótkich błysków, po to, by przypadkiem nie zwabić niewłaściwej samicy. Samice odpowiadają błyskami własnych światełek i ich odpowiedź też jest charakterystyczna dla danego gatunku: czas, jaki mija pomiędzy sygnałem samca a odpowiedzią samicy, jest różny u poszczególnych świetlików, i to właśnie te niewielkie różnice w sygnalizacji pozwalają odnaleźć się podczas godów osobnikom tego samego gatunku.

System działa w miarę niezawodnie, dopóki nie pojawi się femme fatale robaczków świętojańskich – samiczka świetlika Photuris versicolor. Wysyła ona sygnały świetlne wedle jednego wzorca, by przywabić partnera własnego gatunku, ale równocześnie emituje zwodnicze błyski, by przyciągnąć samca z gatunku Photinus ignitus. Jeśli sztuczka się uda i obcy samiec się zbliży, zostaje przez podstępną samicę zaatakowany i zjedzony. Ale Photinus ignitus to dla niej coś więcej niż obiad – zjadając go, przyswaja sobie pewne związki chemiczne, które tamtemu służą do odstraszania drapieżników. Wchłonięte substancje ochronią teraz nie tylko samicę, ale także jej młode.

MODLISZKA CHIŃSKA (Tenodera aridifolia sinensis)

Samica modliszki nie zawsze zjada partnera, ale zdarza się to wystarczająco często, by samiec czuł się zagrożony w jej towarzystwie. W związku z tym samiec z dużą ostrożnością podchodzi do partnerki, próbując wpierw ustalić, czy ukochana ostatnio coś jadła. Jeśli wygląda na nieźle odżywioną, zalotnik może mieć nadzieję, że wyjdzie z tej próby bez szwanku. Jeśli natomiast jest głodna, wówczas samiec albo zaryzykuje skok na nią z większej odległości, by nie była w stanie go pochwycić, albo poszuka innej partnerki.

Samiec z dużą ostrożnością podchodzi do partnerki, próbując wpierw ustalić, czy ukochana ostatnio coś jadła. Jeśli wygląda na nieźle odżywioną, zalotnik może mieć nadzieję, że wyjdzie z tej próby bez szwanku.

Te środki ostrożności czasami nie wystarczają, jako że samica również w trakcie kopulacji może odwrócić się za siebie i odgryźć samcowi głowę. Gdy tak się stanie, samiec bynajmniej nie przerywa miłosnego aktu, lecz kontynuuje współżycie praktycznie aż do chwili, gdy jego partnerka skończy jeść obiad. Po takiej randce nie zostaje z amanta nic oprócz skrzydeł.

Często można zaobserwować, że samiec, któremu szczęśliwie udało się przeżyć intymne spotkanie z samicą, siedzi na niej jeszcze przez kilka chwil po zakończonym akcie płciowym. Nie jest to oznaka uczucia – raczej przejaw strachu. Samce, które przetrwały aż do tego momentu, wiedzą doskonale, że nie należy wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Schodzą z partnerki z wielką ostrożnością, w nadziei, że uda się im bezpiecznie i dyskretnie czmychnąć.

PAJĄK TYGRYSI (Nephila plumipes)

Wyjątkowo wredny kanibal z tego australijskiego pająka. W przybliżeniu sześćdziesiąt na sto intymnych spotkań kończy się pożarciem samca przez samicę i w gruncie rzeczy to właśnie seksualni partnerzy stanowią istotny składnik jej pożywienia. Co gorsza, samce często nie są w stanie rozłączyć się z partnerką, nie tracąc przy tym części swojego organu płciowego.

Można to uznać za zachowanie korzystne z punktu widzenia genetyki – w świecie owadów często samce pozostawiają za sobą tego rodzaju „zatyczkę” w genitaliach samicy, co uniemożliwia innym samcom współżycie z ich wybranką – w przypadku Nephila plumipes tak jednak nie jest. Inne samce są całkiem zdolne do kopulacji z samicą – po prostu omijają tę specyficzną pamiątkę po jej poprzedniej randce.

Naukowcy zauważyli, że okaleczone „[…] samce mogą liczyć jedynie na ograniczony sukces rozrodczy, nawet jeśli przetrwają sam akt płciowy. […] Przeto koszty postkoitalnego kanibalizmu są w istocie niewielkie”. Innymi słowy, samiec – pozbawiony widoków na jakiekolwiek miłosne schadzki w przyszłości – może równie dobrze dać się zjeść – w ten sposób, popisując się najwyższym ojcowskim poświęceniem, zapewnia matce swych dzieci przynajmniej jeden godziwy posiłek.

BOKOCHÓD (Xysticus cristatus I INNE)

Gdy weźmiemy pod uwagę ryzyko, jakie w świecie pajęczaków i owadów wiąże się z uprawianiem miłości, nie powinniśmy się dziwić, że niektóre gatunki pająków z rodziny ukośnicowatych, na przykład bokochody, wypracowały odmienny wzorzec zachowań. Jak zaobserwowano, samiec z niebywałą ostrożnością zbliża się do samicy, najpierw delikatnie ją trąca, sprawdzając jej gotowość do zalotów, by następnie szybko owinąć wokół jej odnóży kilka jedwabistych nici i unieruchomić ją tym sposobem na czas kopulacji. Obserwujący rytuał naukowcy znaleźli dla tej formy erotycznego zniewolenia bardzo grzeczną nazwę: „welon panny młodej”.

Chrząszcz kanonier

STENAPTINUS INSIGNIS

ROZMIAR:

do 20 mm

RODZINA:

biegaczowate (Carabidae)

SIEDLISKO:

poszczególni przedstawiciele chrząszczy kanonierów zamieszkują różnorodne środowiska od pustyń po lasy

WYSTĘPOWANIE:

Ameryka Północna i Południowa, Europa, Australia, Bliski Wschód, Afryka, Azja, Nowa Zelandia

W roku 1828 Karol Darwin był młodym studentem uniwersytetu w Cambridge, lecz swoją prawdziwą pasję odkrył nie na sali wykładowej, lecz w plenerze. Jak wielu Anglików w tamtych czasach został zapalonym kolekcjonerem chrząszczy. Ganianie za owadami po angielskiej wsi wydawać by się mogło raczej mało ryzykownym zajęciem, ale nie dla Darwina, który podczas jednej z wypraw na łąkę sam napytał sobie biedy – dokonując równocześnie ciekawego odkrycia.

„Pewnego dnia – pisał później – odrywając kawałek starej kory, zobaczyłem dwa rzadkie chrząszcze i wziąłem każdego z nich do jednej ręki. Wkrótce dostrzegłem jeszcze innego – trzeciego. Nie chcąc go utracić, włożyłem chrząszcza z prawej ręki do ust. Lecz wtedy wytrysnął on niezwykle ostrą ciecz, która tak piekła mnie w język, że musiałem go wypluć; w ten sposób straciłem i tego chrząszcza, i trzeciego”2.

Stworzeniem, które znalazło się w ustach Darwina, był niemal na pewno przedstawiciel jednego z gatunków chrząszczy kanonierów, należących do rodziny biegaczowatych. Jeśli ktoś złapie takiego insekta, usłyszy zaskakująco głośny trzask i ujrzy, jak z przypominającej armatę struktury na końcu odwłoka wytryskuje gorący, parzący płyn.

Nie licząc podekscytowanych kolekcjonerów, którzy przechowują żywe owady w ustach, chrząszcz ten nie stwarza zagrożenia dla człowieka. Ale jego naturalni wrogowie – mrówki, większe chrząszcze, pająki, a nawet żaby i ptaki – uciekają w popłochu, gdy wyceluje w nich swoją armatę.

Jeśli ktoś złapie takiego insekta, usłyszy głośny trzask i ujrzy, jak z przypominającej armatę struktury na końcu odwłoka wytryskuje gorący, parzący płyn.

Mechanizm wykorzystywany przez chrząszcza do obrony przed napastnikami zafascynowałby każdego producenta broni. W jednym z gruczołów chrząszcz kanonier przechowuje hydrochinon, z którego w wyniku utleniania powstaje wysoce drażniący związek chemiczny 1,4-benzochinon – to właśnie nim owad opryskuje swoich wrogów. W tym samym gruczole znajduje się także nadtlenek wodoru. Oba związki nie wchodzą ze sobą w reakcję, dopóki nie zadziała katalizator – a tak się właśnie dzieje, gdy chrząszcz zostanie zaatakowany. Zawartość zbiornika przedostaje się wówczas do komory reakcyjnej, gdzie wchodzi w kontakt z katalizatorem, skutkiem czego związki reagują ze sobą, osiągając temperaturę wrzenia. Reakcja wytwarza ciśnienie dość wysokie, by z głośnym trzas-kiem rozpylić powstałą ciecz na zewnątrz komory reakcyjnej. Precyzyjne opisy tego zjawiska wskazują, że owad strzela ogniem ciągłym, jak broń automatyczna, wyrzucając w stronę napastnika od pięciuset do tysiąca ładunków na sekundę.

Jak na ironię, chrząszcza, który zaatakował Darwina, używa się do atakowania jego teorii doboru naturalnego. Kreacjoniści i zwolennicy inteligentnego projektu utrzymują, że mechanizm obronny tego owada jest zbyt skomplikowany, by mógł powstać stopniowo w drodze ewolucji. Przeciwnie, system komór jest, jak twierdzą, przykładem nieredukowalnej złożoności, co oznacza, że poszczególne jego elementy nie mogły wyewoluować niezależnie od siebie na drodze mutacji genetycznych, by w końcu zacząć współdziałać w tak niezwykle wyszukany sposób. Często – by dowieść, że komory nie mogły ukształtować się stopniowo – niesłusznie przyjmuje się, że nadtlenek wodoru i hydrochinon przechowywane są w ciele chrząszcza oddzielnie i że insekt eksplodowałby, gdyby uległy zmieszaniu. Entomolodzy wykazali, że taki opis anatomii owada jest błędny; w rzeczywistości oba związki magazynowane są razem i dopiero przed wystrzeleniem zostają poddane działaniu katalizatora. Udowodniono też, że różne elementy systemu obronnego tego chrząszcza obecne są u wielu innych gatunków, a zatem jest bardziej prawdopodobne, niż mogłoby się wydawać, że ta potężna broń powstała w drodze ewolucji.

Na całym świecie można spotkać około pięciuset gatunków chrząszczy kanonierów, wyposażonych w podobny mechanizm obronny. Kryją się pod deskami, korą drzew lub kamieniami, a nocą biegają na otwartych, najchętniej wilgotnych terenach. Dzięki swojej pomysłowej artylerii niektóre dożywają nawet kilku lat.

Afrykański gatunek Stenaptinus insignis zasługuje na szczególną uwagę nie tylko ze względu na efektowne jaskrawożółte i czarne wzory na ciele, ale także przez zdolność obracania tylnej części ciała o dwieście siedemdziesiąt stopni, co pozwala mu na rozpylanie palącej cieczy w prawie każdym kierunku, a nawet na obronę przed napastnikiem siedzącym mu na grzbiecie.

Poznaj krewnych: Na całym świecie żyje ponad trzy tysiące gatunków z tej rodziny.

Cuchnący pluskwiak

HALYOMORPHA HALYS

ROZMIAR:

17 mm

RODZINA:

tarczówkowate (Pentatomidae)

SIEDLISKO:

sady, pola uprawne, łąki

WYSTĘPOWANIE:

Chiny, Japonia, Tajwan, Korea i niektóre regiony Stanów Zjednoczonych

Niektórzy mieszkańcy stanów New Jersey i Pensylwania obawiają się nadejścia jesieni; wiedzą, że ta pora roku oznacza dla nich początek inwazji płaskich, szarobrązowych insektów rodem z Chin. Owe stworzenia potrafią wpełznąć w każdą najmniejszą nawet dziurkę i są w stanie przedostać się do wnętrz mieszkalnych przez szczelinę pomiędzy murem a framugą drzwi lub okna, przez szparę na strychu albo przez rurkę z kablem elektrycznym. Gdy już są w środku, czują się jak u siebie w domu, szczęśliwe, że mogą schronić się przed zimowymi chłodami, i gotowe korzystać z uroków domowego zacisza przez następne kilka miesięcy.

Pewna rodzina z okręgu miejskiego Lower Allen w Pensylwanii skarżyła się, że otwierając szafki kuchenne, na półmiskach znajduje owady. Były w szufladach i pod łóżkami; po strychu łaziły ich setki. W czasie świąt Bożego Narodzenia wspięły się na choinkę, znajdując dla siebie miejsce pośród choinkowych dekoracji.

Ojciec rodziny, cierpiący na nerwicę natręctw, nie mógł znieść widoku tych robali. Okleił okna taśmą izolacyjną, ale insekty nadal przedostawały się do mieszkania. Nawet wychodząc do pracy, nie mógł się od nich uwolnić: będąc listonoszem, przez cały dzień narażony był na znajdywanie ich w skrzynkach na listy.

Tym, co naprawdę czyni tych intruzów tak nieznośnymi, jest ich zapach. Trudno opisać tę woń; niektórzy porównywali ją do zapachu gnijących owoców, do mieszanki wiśni i trawy albo do piżmowego zapachu zjełczałych migdałów. Większość ludzi nazywa ją po prostu ohydnym smrodem, o którym nie sposób zapomnieć. Wszelkie formy niepokojenia robali, rozdeptywanie ich lub wciąganie rurą odkurzacza – a więc zalecane przez ekspertów metody ich likwidacji – wyzwalają ów fetor, który z kolei jest sygnałem przyciągającym jeszcze więcej osobników. Niektóre gatunki, występując w olbrzymich ilościach, powodowały nawet zagrożenie dla ruchu drogowego: w 1905 roku światło nowo zainstalowanych lamp elektrycznych na skrzyżowaniach w Phoenix przyciągnęło ich tak wiele, że samochody nie były w stanie przebić się przez zalegające na drodze góry insektów.

W czasie świąt Bożego Narodzenia wspięły się na choinkę, znajdując dla siebie miejsce pośród choinkowych dekoracji.

Halyomorpha halys został sprowadzony do Pensylwanii pod koniec XX wieku, najprawdopodobniej przez przypadek. Tak jak i inne gatunki z rodziny tarczówkowatych, te szerokie, płaskie owady widziane z góry kształtem przypominają tarcze. Ich wydzielina obronna zawiera cyjanek – stąd ten migdałowy zapach. I chociaż robale te są na ogół niegroźne, powodując jedynie minimalne szkody u roślin, azjatycki najeźdźca jest bacznie obserwowany jako potencjalne zagrożenie dla drzew owocowych, upraw soi i innych zbóż. Po osiedleniu się w Pensylwanii opanował stan New Jersey, a potem niespodziewanie odległy zakątek kraju – Oregon. Dotychczas jego obecność odnotowano w dwudziestu siedmiu stanach.

Szkody wyrządzane przez ten gatunek roślinom są jak na razie nieznaczne. Halyomorpha halys jest natomiast powszechnie znienawidzoną plagą ludzkich domostw. Gromadzi się w szafach, przez co przed założeniem ubrań trzeba je porządnie otrzepać. Kobiety wyczesują owady ze swoich włosów. Ponieważ insekty wpełzają do zamontowanych w oknach urządzeń klimatyzacyjnych, mieszkańcy zmuszeni są je wymontowywać lub uszczelniać na zimę. Jesienne rozpylanie owadobójczych pyretroidów wokół domu może powstrzymać napływ nowych osobników, ale na niewiele się to przydaje w walce z już zadomowionymi, gdyż używanie pestycydów we wnętrzach stanowi dla mieszkańców większe ryzyko uszczerbku na zdrowiu niż same robale. Dobre efekty przynosi tępienie insektów za pomocą odkurzacza, ale smród jest wówczas tak silny, że większość ludzi kupuje oddzielne odkurzacze do usuwania tych nieproszonych gości.

Jedyną, choć niewielką pociechą jest fakt, że Halyomorpha halys nie rozmnażają się zimą, a zatem nie zakładają rodzin w naszych domach. Z nastaniem wiosny z własnej woli opuszczają ludzkie siedziby i powracają do ogrodów i na pola, gdzie łączą się w pary i składają jajeczka. Późnym latem z jaj wyklują się nimfy, które przejdą pięć stadiów rozwoju, zanim osiągną pełną dorosłość. Ta nowa generacja wyruszy następnie na poszukiwanie miejsc, w których spędzi zimę, i jeszcze przed początkiem października osiedli się w domach, tak jak ich rodzice uczynili to rok wcześniej.

Poznaj krewnych: Tarczówkowate są liczną i zróżnicowaną rodziną, której przedstawicieli można spotkać w Australii, Ameryce Północnej i Południowej, Europie, Azji i Afryce.

Spokrewnionym gatunkiem jest Leptoglossus phyllopus, żerujący na różnych gatunkach roślin.

Czarna pluskwa pampasów

TRIATOMA INFESTANS

ROZMIAR:

15–25 mm

RODZINA:

zajadkowate (Reduviidae)

SIEDLISKO:

na ogół spotykane w pobliżu miejsc, w których żerują, a zatem w ludzkich domach, stodołach, ptasich gniazdach, jaskiniach i pozostałych kryjówkach ptaków, gryzoni oraz innych zwierząt

WYSTĘPOWANIE:

Ameryka Północna i Południowa; niektóre gatunki występują w Indiach i południowo-wschodniej Azji

W roku 1835 młody Karol Darwin odnotował dziwne spotkanie z pew-nym pluskwiakiem, do którego doszło w Argentynie pod koniec podróży uczonego na pokładzie HMS „Beagle” – brytyjskiego okrętu wojennego, którego zadaniem było zbadanie Ameryki Południowej. Do udziału w wyprawie Darwin został powołany w charakterze okrętowego przyrodnika i doradcy kapitana od spraw naukowych. Dotychczasowa podróż najeżona była niebezpieczeństwami: kapitan okazał się niezrównoważony i kłótliwy, załoga została zaatakowana i okradziona przez tubylców, a ponadto niemal każdego z członków ekspedycji w pewnym momencie dopadła jakaś choroba lub głód. W końcu, dwudziestego piątego marca, Darwin sam stał się pożywieniem dla jednego z lokalnych krwiopijnych insektów. W swoim dzienniku zanotował: „W nocy zostałem zaatakowany (nie można tego łagodniej określić) przez benchuca, gatunek rodzaju Reduvius, wielką, czarną pluskwę pampasów. Niewymowne obrzydzenie ogarnia człowieka, gdy czuje, jak te czarne, bezskrzydłe owady, długości cala, pełzają po skórze”3.

Zdał również relację z eksperymentu, w ramach którego kilku jego towarzyszy dobrowolnie oddało się tym krwiożerczym bestiom: „Gdy umieściło się go na stole i podsunęło mu palec, zuchwały owad, choć otoczony był ludźmi, natychmiast wysuwał swoją ssawkę, rzucał się i jeżeli mu się pozwoliło, kłuł do krwi. […] Taka uczta, którą benchuca miała do zawdzięczenia jednemu z oficerów, wystarczyła jej na całe [cztery] miesiące. Jednak po pierwszych dwu tygodniach miała ochotę znów się nassać”4.

Darwin nie wiedział jednak – nikt wówczas nie zdawał sobie z tego sprawy – że ukąszenia tych pluskwiaków mogą wywołać śmiertelną chorobę, zwaną trypanosomozą amerykańską lub chorobą Chagasa. Te duże owady o owalnym ciele należą do rodziny zajadkowatych (Reduviidae), która obejmuje w skali całego świata około stu trzydziestu ośmiu krwiopijnych gatunków z rodzaju Triatoma, z czego połowa, jak wiadomo, przenosi choroby. Większość z nich spotykana jest w Ameryce Północnej i Południowej, chociaż kilka gatunków występuje w Indiach i południowo-wschodniej Azji. Żyją w dość komfortowych warunkach: w sąsiedztwie swoich żywicieli – małych gryzoni i nietoperzy – kryjąc się w ich norach i gniazdach. Nie mają też nic przeciwko wprowadzaniu się do ludzkich domów i stodół. W niektórych częściach Ameryki Łacińskiej mieszkańcy sami nieumyślnie wprowadzają je do swoich gospodarstw podczas krycia dachów liśćmi palmowymi, do których przyczepione są jaja tych pluskwiaków.

Triatoma infestans na swojej drodze ku dorosłości przechodzi przez pięć stadiów nimfy, a podczas jednego posiłku wypija krew w ilościach dziewięciokrotnie przewyższających wagę własnego ciała. Dorosła samica dożywa sześciu miesięcy i w tym czasie znosi od stu do sześciuset jaj – dokładna liczba zależy od tego, ile krwi zdoła skonsumować.

W większości przypadków ukąszenie tego pluskwiaka nie sprawia bólu. Pasożyt może karmić się przez kilka minut albo i przez pół godziny, a gdy pije, jego ciało pęcznieje od krwi. W domu dotkniętym plagą przebywa do kilkuset osobników – w takich wypadkach nie jest niczym niezwyk-łym, gdy aż dwadzieścia osobników żeruje na jednej osobie, pozbawiając ją od jednego do trzech mililitrów krwi w ciągu nocy. Pracownicy opieki zdrowotnej, wizytując domy pacjentów, rozpoznają szczególnie groźną plagę tych insektów po czarno-białych odchodach, znaczących ściany pionowymi smużkami.