Wydawca: Ole Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnie Kościoła - Giuseppe Staffa

Fanatyzm, rozwiązłość, zbrodnie!

W tysiącletnich dziejach Kościoła fanatyzm nieraz graniczył z bestialstwem i straszliwymi zbrodniami. Zbrodni pełne były krucjaty, podbój kolonialny Ameryki, panowanie bezbożnych papieży, działalność Świętej Inkwizycji.

W tej książce historia Kościoła zderza się z analizą mrocznych właściwości ludzkiej natury.

Opinie o ebooku Zbrodnie Kościoła - Giuseppe Staffa

Fragment ebooka Zbrodnie Kościoła - Giuseppe Staffa

Giuseppe Staffa

Zbrodnie Kościoła

Złoczyńcy ze znakiem krzyża

Tłumaczenie: Anna Horeczy, Maciej Durkiewicz

Tytuł oryginału: I personaggi più malvagi della Chiesa

Autor: Giuseppe Staffa

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Opracowanie wersji polskiej Quendi Language Services (www.quendi.pl) w składzie:

Tłumaczenie: Anna Horeczy, Maciej Durkiewicz

Redakcja: Anna Stawińska

Korekta: Anna Marecka

Skład: Wioletta Kowalska/Violet Design

Copyright © 2013 Newton Compton editori s.r.l. Roma, Casella postale 6214

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2014

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

e-mail:biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-7881-412-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Krzysztof Talarek / Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Czy okrucieństwo jest nierozerwalnie związane z naturą człowieka? Jeśli sięgniemy do roczników oraz kronik i będziemy śledzić dzieje ludzkości, to zauważymy w nich ciągłe pasmo wojen, ucisku i przemocy. Za ich pomocą jednostka albo zbiorowość za wszelką cenę usiłuje podporządkować sobie innych.

Oczywiście na tle złożonych stosunków międzyludzkich ta tendencja jest ciągle równoważona przez okresy, w których poczucie wspólnoty i jedności oraz świadomość dążenia do wspólnego celu stymulowały moralne odrodzenie. Jednak jest również prawdą, że zawsze kiedy postęp przyspieszał, jego siłą napędową było okrucieństwo. Taka hipoteza może wydawać się słuszna, jeśli opowiemy się za umiarkowanie optymistyczną interpretacją, w której ciąg historii będzie pojmowany jako dążenie do pewnego celu, a człowiek jest zmuszony do nieustannego samodoskonalenia.

Jeśli zaś porzucimy założenie, że światem rządzi celowość, musimy stwierdzić, że większość zachowań ludzkich – tych najszlachetniejszych oraz tych najpodlejszych – wymyka się jakiejkolwiek optymistycznej interpretacji. W tym sensie okrucieństwo jawi się jako najprymitywniejszy przejaw ludzkiej natury.

Ten, kto zamierza opowiedzieć o tej właściwości ludzkiej natury, niezależnie od tego, czy byłaby ona związana z dewiacją jednostki, czy też z polityką opartą na sile, nie może uniknąć analizy historii Kościoła. Instytucja ta, dzięki swojej bardzo długiej tradycji, jest idealnym obiektem badań behawioralnych.

Istnieje duża pokusa, aby rozważaniami objąć jednolitą grupę następców świętego Piotra, spośród których wielu wybijało się ze względu na swoje niegodziwe uczynki. W ten sposób jednak nie przedstawimy różnorodnych aspektów rozwoju tej „świętej” instytucji.

W ciągu dwóch tysięcy lat znalazło się wielu jej przedstawicieli, którzy w okrucieństwie odsłaniali swoją najbardziej pierwotną i niekontrolowaną naturę. Ukazywała się w ten sposób siła, która jest od zarania zakorzeniona w człowieku i trwale wpisana w historię ludzkości.

Okrucieństwo towarzyszyło dziejom Kościoła od samego początku. Już pierwsi chrześcijanie raz jednoczyli się przeciwko wspólnemu wrogowi, a innym razem walczyli ze sobą w imię wierności prawdziwej wierze.

Kościół narodził się zatem na gruncie przemocy i z niej czerpał siły do własnego rozwoju. Jednocześnie potrafił ukazać się światu jako głosiciel pokoju, miłości i nadziei. Prawdziwą ludzką naturę skrywał za atrakcyjną maską.

Celem tej książki jest naszkicowanie kilkunastu sylwetek, które pomogą stworzyć swoistą mapę okrucieństwa ukrytego w tysiącletnich dziejach opisywanej instytucji. W ten sposób Czytelnik dowie się, że za gorliwością ojców Kościoła kryły się makabryczne historie. Fanatyzm nieraz graniczył z bestialstwem i straszliwymi zbrodniami – wystarczy przyjrzeć się opisom krucjat. W czasie ich trwania mniej lub bardziej szlachetni rycerze prześcigali się w morderstwach i okrucieństwie.

Do tego trzeba doliczyć horror związany z podbojem kolonialnym Ameryki. Siła niszczycielska konkwistadorów często uzyskiwała błogosławieństwo ze strony Kościoła. W cieniu krzyża i miecza kryły się mordy i ludobójstwa.

Analizując te przykłady, nie można pominąć bezbożnych papieży, którzy swoimi zbrodniami wzbudzali zgorszenie wśród współczesnych i potomnych. Należy również wspomnieć o przedstawicielach tej mrocznej instytucji, jaką była święta inkwizycja, często słusznie uznawana za przykład organizacji stosującej najbardziej niegodziwe metody, do których uciekali się ludzie w swoim szaleństwie.

Historie przedstawione w Zbrodniach Kościoła są tylko fragmentami obrazów ilustrujących najbardziej ponurą kartę w jego dziejach. Dochodzimy w ten sposób aż do naszych czasów, w których niektórzy duchowni wyrazili kontrowersyjną aprobatę również wobec horroru nazizmu i Holokaustu oraz innych mniej znanych, a równie mrocznych konfliktów.

Może badanie dziejów okrucieństwa jest śledzeniem sztucznie wymyślonej kategorii, do której można przypisać zachowania ludzkie uznawane za odbiegające od normy. Zajęcie to należy postrzegać jako swoisty egzorcyzm, za pomocą którego chcemy wykorzenić z ludzkiej natury tę skłonność do przemocy.

Czytelnik będzie musiał sam wyciągnąć wnioski – a my postaramy się być wiernymi kronikarzami.

OJCOWIE KOŚCIOŁAJaki poranek, taki dzień

Atanazy

Był niskiej postury, o czym z nieskrywaną satysfakcją informują nas źródła. Być może oglądanie świata „z dołu” nieuchronnie powoduje, że człowiek staje się zły? Życie Atanazego, biskupa Aleksandrii, za sprawą którego rozgorzały spory religijne u schyłku IV wieku n.e., wpisało się niewątpliwie w dzieje okrucieństwa – przynajmniej w tym duchu opisał go poeta, w którego tekście biskup został porównany do karła.

Chcąc zrekompensować tę ułomność, nasz bohater starał się wyróżniać w swoim życiu do tego stopnia, że przez szerokie grono entuzjastycznych wielbicieli został upamiętniony jako „największy w historii Kościoła”. Dostrzegli oni w czynach Atanazego tak wiele cnót, że postawili go w jednym rzędzie z ojcami Kościoła – najwybitniejszymi postaciami początków chrześcijaństwa. Aby jednak w pełni zrozumieć czyny i występki tego człowieka, należy wczuć się w jego epokę, zrozumieć głębsze prawa, którymi się rządziła, dostrzec jej niespokojny rytm.

Należy zacząć od Aleksandrii, sceny, na której Atanazy stawiał pierwsze kroki swojego szaleńczego tańca.

Miasto to, założone przez Aleksandra Wielkiego w roku 332 p.n.e., w swojej wielowiekowej historii dowiodło własnej świetności. W jego murach rozwinął się zmysł kaligraficzny poety Kallimacha, bystrość geografa Eratostenesa, dokładność analityczna gramatyków Arystarcha z Samotraki i Arystofanesa z Bizancjum, nie wspominając już o teoriach filozoficznych Plotyna i Hypatii, których dzieje zasługują na osobną książkę.

Za czasów Atanazego Aleksandria była największą metropolią na Wschodzie. Liczyła prawie milion obywateli. Jej mieszkańcy zajmowali się handlem, połowem ryb, produkcją i sprzedażą papirusu, dzięki czemu miasto mogło konkurować z samym Rzymem. Aby w pełni zrozumieć wielkość tego miejsca, wystarczy dodać, że była ona siedzibą największej biblioteki w starożytności.

Tutaj po raz pierwszy przełożono Stary Testament na język grecki. Przekład ten nazwany został Biblią Siedemdziesięciu albo po łacinie Septuagintą ze względu na liczbę tłumaczy. Ci zhellenizowani Żydzi, bardziej przywykli do języka Homera niż do języka oryginału, dokonali tego dzieła za czasów dynastii Ptolemeuszy, 250 lat przed narodzeniem Chrystusa.

Tutaj narodził się najważniejszy i najsilniejszy patriarchat zarówno w Kościele Zachodnim, jak i we Wschodnim. Zgodnie z tradycją miał go założyć sam ewangelista Marek.

Siedzibie biskupiej w Aleksandrii podlegały Górny i Dolny Egipt, Tebaida, Pentapolis i Libia, czyli prawie całe południowe wybrzeże Morza Śródziemnego.

Nie bez powodu biskupi aleksandryjscy byli określani mianem papa, zapożyczonym z języka greckiego od pappas, oznaczającego zdrobniale ojca. Zwyczaj ten został zapoczątkowany za czasów biskupa Herakliusza około 231 r. p.n.e. i był utrzymywany aż do IX–X wieku, kiedy to wspomniane określenie zostało przypisane biskupowi Rzymu. Słowo papa ma głębokie znaczenie symboliczne, ujęte w formule Petri Apostoli Potestam Accipiens1.

Tutaj wreszcie po śmierci Jezusa z Nazaretu w obrębie społeczności chrześcijańskiej powstały liczne fakcje religijne. W poszukiwaniu Prawdy walczyły one ze sobą zaciekle przez 300 lat.

W tym właśnie otoczeniu Atanazy przyszedł na świat, prawdopodobnie około roku 295 n.e. Opisując tę postać, należy koniecznie używać trybu przypuszczającego, ponieważ wszystko w jej życiu wydaje się kontrowersyjne, począwszy od wiadomości związanych z jej biografią, która jest przedmiotem zażartych dyskusji.

Zgodnie z oficjalną wersją rodzice Atanazego byli chrześcijanami i to oni zapewnili mu klasyczne wychowanie. Być może temu dziedzictwu zawdzięczał chorobliwe gadulstwo, którym odznaczał się jego ogromny dorobek literacki. Ta stylistyczna wybujałość służyła jako przeciwwaga dla jego niepozornej postury.

Atanazy był w istocie mały i chorowity. Wygląd miał tak brzydki, że cesarz Julian nadał mu przezwisko homunculus2 i określał go mianem „karła o grubym głosie”. Oczywiście złośliwi mogą twierdzić, że taka ocena wynikała z wrogości, która zatruwała relacje biskupa z cesarzem. Ten ostatni ze względu na swoje poglądy przeszedł do historii jako „Apostata”.

Tradycja chrześcijańska starała się jednak z uporem głosić wielkość naszego bohatera. Hagiografowie podejmowali wysiłki, by zasłonić niepozorny wzrost Atanazego wielkością jego bohaterskich czynów.

O jego dzieciństwie nie wiemy prawie nic. Wiadomo, że był uczniem Antoniego, założyciela wspólnoty pustelniczej. Elokwentny chłopiec opisał później słynny żywot swojego mistrza.

W czasie swojej edukacji Atanazy nabył cech, z których był potem powszechnie znany. Dzięki swojemu magnetyzmowi i charyzmie umiał porywać tłumy. Z żelazną konsekwencją dążył do osiągnięcia swoich celów. Był także osobą pozbawioną skrupułów. Według Kryminalnej historii chrześcijaństwa historyka Karlheinza Deschnera, wyróżniał się jako zwolennik „brutalnej przemocy wobec swoich wrogów, znęcaniem się, pobiciami, podpalaniem kościołów i zabójstwami”.

Współcześni opisywali go jako człowieka, który nie wahał się przed fizycznym eliminowaniem przeciwników. Była to jednak praktyka dość rozpowszechniona w owych czasach. Powstawaniu każdego nowego odłamu religijnego towarzyszyły krwawe zamieszki.

Na długiej liście „cnót” świętego męża nie brakowało korupcji i fałszerstwa, sztuki, w której, jak będziemy mogli przeczytać, nasz bohater przejawiał szczególny talent.

Wszystkie te umiejętności w zupełności wystarczały, aby młody Atanazy mógł zostać przyjęty do zgromadzenia, które definitywnie zmieniło jego życie i następnych siedemnaście wieków historii chrześcijaństwa.

Dnia 20 maja 325 roku, zaledwie 30-letni Atanazy towarzyszył jako diakon swojemu biskupowi Aleksandrowi na soborze w Nicei, który okazał się przełomem na drodze uzyskania władzy przez katolicyzm.

To, co przeszło do historii jako punkt zwrotny, służący utrwaleniu ortodoksji chrześcijańskiej, w rzeczywistości stanowiło moment, w którym zrezygnowano z rewolucyjnych dążeń i żywotności Kościoła pierwotnego na rzecz władzy doczesnej.

Chrześcijanie wstydliwie ustąpili przed Konstantynem, który był prawdziwym mózgiem i sercem soboru.

Czy wszyscy chrześcijanie? Oczywiście, że nie. Sobór przecież został zwołany, aby położyć kres sporowi wewnątrz Kościoła. Dotyczył on współistotnej natury Boga.

To zwycięstwo słono kosztowało, a jego głównym twórcą był właśnie Atanazy.

Pod koniec IV wieku spory religijne były bardzo naturalnym zjawiskiem. Grzegorz z Nyssy, pisząc w owych latach swoje dzieło O boskości Syna i Ducha Świętego, stwierdzał ironicznie: „To miasto jest pełne rzemieślników i niewolników, którzy wyglądają jak wytrawni teologowie i zaczynają modlitwy w sklepach i na ulicach. Jeśli poprosisz kogoś o rozmienienie pieniędzy, ten najpierw ci wyjaśni, na czym polega różnica między Bogiem Ojcem a Bogiem Synem. Jeśli zapytasz o cenę bochenka chleba, usłyszysz, że Syn podlega Ojcu. Jeśli potem będziesz chciał się dowiedzieć, czy twoja kąpiel jest gotowa, usłyszysz, że Syn został stworzony z nicości (…)”.

W rzeczywistości nasz sarkastyczny świadek miał na myśli Konstantynopol, ale możemy spokojnie wyobrazić sobie podobne zachowania we wszystkich zakątkach cesarstwa, a zwłaszcza na Wschodzie i w Afryce. Kwestie wiary interesowały zamieszkujący metropolię lud, który tłumnie gromadził się w kościele państwowym stworzonym przez Konstantyna po jego błogosławionej wizji na Moście Mulwijskim.

W owej chwili aktualna była kwestia natury Boga. Nie ma do niej żadnego bezpośredniego odniesienia w słowach Chrystusa ani u żadnego z ewangelistów, którzy weszli do kanonu. Praktycznie nie ma nic poza lakonicznym wersetem u św. Mateusza, który pod koniec swojej Ewangelii przytacza słowa zmartwychwstałego Chrystusa do uczniów, aby szli i udzielali chrztu wszystkim „w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”. W ten sposób przedstawiona została Trójca Święta, która wcześniej nie pojawiała się w rozważaniach uczonych.

Od tamtej pory przez cztery wieki trwały zażarte spory, aby ustalić, jaka jest „rzeczywista” natura relacji między trzema oddzielnymi Osobami. Spierano się, czy są rozłączne, czy też są potrójną emanacją jednego Bytu.

W rzeczywistości skupiono się na relacji między Ojcem a Synem, tak jakby Duch Święty, obdarzony szczególnie niematerialną substancją, zniknął w wirze sporów i bójek.

Kluczowa kwestia dotyczyła ustalenia, czy Syn, zrodzony przez Ojca, posiada tę samą istotę (współistotny – omoousios), czy tylko podobną (ómoios) i w pewien sposób podporządkowaną.

I tak dotarliśmy do wyznaczonego przez los dnia w roku 318, kiedy ksiądz aleksandryjski o imieniu Ariusz przekazał swojemu biskupowi własną interpretację tej dysputy.

Wychodząc od koncepcji jedności i prostoty Boga, utrzymywał, że skoro Syn został zrodzony przez Ojca, to nie mógł istnieć ab aeterno3 ani być Bogiem na równi z Ojcem. Co najwyżej, zdaniem Ariusza, Syna można było uznać za mniejszego boga, za rodzaj niedoskonałego demiurga. Stwierdzenie to opierało się na słowach samego Jezusa, który w Ewangelii św. Jana mówił o sobie jako o „mniejszym od Ojca”.

Wspomniany biskup Aleksander, zdeklarowany zwolennik koncepcji współistotności, bardzo źle przyjął tezy Ariusza. Uznał go za heretyka i zaczął ostro zwalczać. Wspierał go w tym gorliwie jego diakon Atanazy, dla którego starcie z Ariuszem stało się sukcesem w walce prowadzonej nie tylko z czysto religijnych pobudek i pomogło w uzyskaniu rozgłosu.

Ariusz był proboszczem kościoła w Baukalis, jednego z najbardziej uczęszczanych w Aleksandrii. Kontrolowanie tej świątyni w znacznym stopniu dawało wpływy w całym mieście. Z kolei przejęcie kontroli nad Aleksandrią oznaczało, rozciągnięcie władzy nad wszystkimi diecezjami afrykańskimi. Dlatego konfrontacja szybko osiągnęła gigantyczną skalę.

Zwołano kilka synodów, które potępiły teorie ariańskie jako heretyckie. Sam Ariusz został ekskomunikowany i skazany na wygnanie. Schronił się u wpływowego biskupa Euzebiusza z Nikomedii. Zwolennikom Ariusza szybko zaczął się palić grunt pod nogami.

Była to bardziej „noc długich noży” niż dysputa teologiczna. Biskup Aleksandrii próbował załatwić własne porachunki z duchowieństwem lokalnym, ograniczając ich przywileje.

Restrykcje te często z łatwością przechodziły w eliminację fizyczną, do której podżegał w dużej mierze Atanazy.

W swoich pamfletach, szczególnie w zjadliwej Apologii przeciw arianom, określił swoich przeciwników jako: „głupi i bezmyślny motłoch”, pogrążony w „otchłani ignorancji i bezbożności”, „heretyckie szumowiny”, których „doktryna przyprawia o mdłości”; „noszą ją w swoich torbach jak śmiecie, a potem rozsiewają tak, jak wąż truciznę”.

Jego zacietrzewienie nie słabło. Wzmacniając zarzuty, zaczął porównywać arian do Żydów, którzy: „kręcąc się jak insekty (…) szukają pretekstu, aby czynić niegodziwości”. Trudno było o bardziej obraźliwe porównanie arian niż do tych, którzy ukrzyżowali Chrystusa.

Dzieło Atanazego, mimo jego gorliwości i pedanterii, nie zdołało powstrzymać szerzenia się arianizmu. Dlatego każdego dnia z coraz większym zapałem stawał z nim do walki.

Konstantyn nie przejmował się zbytnio kwestiami teologicznymi. Nie mógł jednak pozwolić na zamieszki, które zagrażały jedności politycznej i społecznej państwa. Zwołał zatem sobór, żeby ostatecznie zakończyć spór.

Jego wynik jest dobrze znany. Tezy ariańskie zostały potępione, ich autor został wyklęty i wysłany do Galii, jego księgi spalono. Ogłoszone zostało Credo, zawierające formułę o współistotności.

Mniej znany jest fakt, że w rzeczywistości postanowienie soboru nicejskiego było odważnym przedsięwzięciem cesarza. Zdołał on narzucić swoje Credo, zgodne z ideą władzy autokratycznej. Mógł jako wzór wskazywać Boga posiadającego absolutną i niepodważalną władzę. Wszystko to odbyło się przy współpracy duchowieństwa, które podporządkowało się woli Konstantyna, byle tylko pozbyć się wrogów.

A zatem obrońcy ortodoksji, Aleksander i Atanazy, wygrali dzięki politycznemu wyrachowaniu. Poświęcili szczytną dysputę chrystologiczną dla przyziemnych dążeń i własnej korzyści politycznej.

Można jednak przekonać się, jak słabo Atanazy był przekonany do tego wyboru. W pismach powstałych bezpośrednio po soborze nie użył ani razu formuły nicejskiej jako podstawy swoich poglądów teologicznych. Potrzeba było aż 25 lat, aby ją przyjął. Nigdy nie wyjaśnił dostatecznie swojego wyboru religijnego.

Po odniesionym zwycięstwie w kwestiach doktrynalnych i uzyskaniu poparcia Konstantyna Atanazy wrócił do Aleksandrii. Trzy lata później, po śmierci Aleksandra, został tam biskupem.

Szkoda, że niewiele wiadomo o elekcji Atanazego na biskupa. Podawano, że chciał jej rozwścieczony lud. Nikt nie zgłosił zastrzeżeń do jej wyniku ze względu na wcześniejszą działalność obrotnego diakona.

Wydaje się jednak, że wypadki potoczyły się inaczej, niż to opisał Sozomen w swojej Historii Kościoła. Odmalował on wstydliwość, z jaką Atanazy wstępował na tron biskupi. Uwierzył w nią jego poprzednik, który widział w nim swojego następcę. Umierając, strofował go następującymi słowami: „Atanazy, myślisz, że będziesz mógł się uchronić, ale nie uciekniesz od tego”.

Niezłomny obrońca ortodoksji chciał w ten sposób za wszelką cenę uzyskać godność, do której, jego zdaniem, miał prawo. Osiągnął ją za sprawą niegodnych machinacji wyborczych. Spośród 54 biskupów głosowało na niego tylko 7, na dodatek byli to krzywoprzysięzcy. O tych szczegółach Atanazy nigdy już nie wspominał.

W tym czasie na placach i ulicach miasta trwały zamieszki. Najwyraźniej mieszkańcy Aleksandrii wiedzieli, jaka jest natura ich przyszłego biskupa i w ten sposób komentowali tę elekcję.

Myślano nawet o wyborze antybiskupa. Towarzyszyły temu gwałtowne starcia. Cesarz Konstantyn, który prawdopodobnie żałował takiego obrotu spraw na soborze w Nicei, napisał list do Atanazego, wzywając go do stosowania bardziej łagodnych środków.

W odpowiedzi na tę prośbę „Karzełek” kontynuował swoją szczególną działalność polityczną, która polegała na pobiciach, wsadzaniu do więzień i wypędzeniach. Jego wysłannik, prezbiter Makary, zdewastował należącą do przeciwnej fakcji katedrę biskupią w Marei. Poprzewracał ołtarze i rozbił kielich zawierający hostie.

Zaczęto wręcz oskarżać Atanazego, że kazał przywiązać do kolumny i spalić żywcem biskupa ariańskiego Arseniusza. Wiadomość ta okazała się nieprawdziwa. Znamienny jest jednak pośpiech, z jakim oskarżony podążył na synod do Tyru w lecie 335 roku, aby oczyścić się z zarzutów.

Na synodzie został obwiniony o wiele innych wykroczeń, między innymi o nadmierne wykorzystywanie bogactw czerpanych ze swojej ogromnej diecezji. Aby uniknąć odwetu, dał się przekonać do potajemnego opuszczenia miasta.

Nie uchroniło to wybitnego biskupa przed wyrokiem skazującym. W ten sposób zapoczątkowano praktykę, która w ciągu siedemnastu i pół roku jego patriarchatu powtórzyła się 5 razy i dowodziła, jakimi uczuciami darzono Atanazego.

Dnia 17 lutego tego samego roku został wygnany do Trewiru. Miasto to, znajdujące się na drugim krańcu cesarstwa, stało się refugium peccatorum4 nieprawomyślnego duchowieństwa.

Konstantyn do synodu w Tyrze skierował list, w którym nakazał pozbawienie Atanazego katedry biskupiej. Później list ten został w niecny sposób poddany manipulacji przez Atanazego, który przekazał jego dwie różne wersje. W ten sposób próbował złagodzić wyrok skazujący, który musiał być dla niego niezmywalną plamą.

Zachowanie biskupa poirytowało cesarza. A przecież w czasie soboru w Nicei tytułował Atanazego „czcigodnym ojcem”, którego obecność przynosiła „niewypowiedzianą radość”. Nadawał mu wtedy bogate beneficja i wiele przywilejów.

Wygnanie świętego patriarchy pomogło odzyskać siły stronnictwu arian, którzy zaczęli dysponować bogactwami Aleksandrii i jej diecezji według własnego uznania.

Można się tylko domyślać, jak bardzo musiała złościć ta sytuacja „nieprzekupnego” Doktora Kościoła.

Z pewnością dołożył wszelkich starań, aby zdyskredytować na odległość swoich śmiertelnych wrogów. Udało mu się nawet zmanipulować sąd wyrażony przez Konstantyna na temat arian. Sfałszował słynny list znany jako List Konstantyna do Ariusza i do arian, w którym cesarz zdawał się występować przeciwko herezjarsze, obrzucając go masą inwektyw. Za pomocą biegłości graficznej i kwiecistych, choć bezowocnych listów, Atanazy próbował skłonić cesarza do odwołania biskupa z przymusowych wakacji.

Atanazy, aby wreszcie móc wrócić z wygnania, musiał poczekać na śmierć Konstantyna. Do Aleksandrii przybył 23 listopada 337 roku. Znamienne jest to, że cesarz w momencie śmierci przyjął chrzest z ręki arianina.

Patriarcha, zanim na dobre się rozgościł w mieście, myślał już o zniszczeniu przeciwników. Zakazał wydawania zboża przeznaczonego dla biednych należących do zwolenników Ariusza, chcąc w ten sposób zyskać sobie poklask ludu. Wezwał z pustyni niezrównanego Antoniego, żeby mógł dokonać cudów, które poruszyłyby mieszkańców Aleksandrii i zjednały ich dla ortodoksji.

Arianie nie czekali z założonymi rękoma. Po obaleniu własnego przywódcy, biskupa Pistusa, ich zdaniem zbyt słabego, wezwali Grzegorza. Była to postać całkiem innego pokroju. Jego wykształcenie zrobiło wrażenie na takim znawcy, jak Julian Apostata. Grzegorz nie tylko oddawał się kontemplacjom, ale był też człowiekiem bardzo silnej woli. Wkraczając na czele sił zbrojnych do miasta, przemienił je w prawdziwe pole bitwy. Pozostawił zniszczone kościoły, rozbite chrzcielnice i wiele trupów.

Nie trzeba mówić, że Atanazy skorzystał z okazji, aby rozpalić serca swoich zwolenników gromkimi przemowami. Postarał się przy tym, aby pozostawić ich w centrum konfliktu. Sam po kryjomu udał się do Rzymu, gdyż po raz pierwszy wstydził się korzystać z usług poczty cesarskiej.

W Rzymie zyskał siłę dzięki poparciu biskupa Juliusza I, opowiadającego się za nicejskim wyznaniem wiary podobnie jak prawie cały Kościół Zachodni. Atanazy tak długo prowadził knowania, aż dokonał niebywałego osiągnięcia. Chcąc bronić własnych interesów, zmienił walkę o tron biskupi w Aleksandrii w starcie o supremację między dwiema częściami cesarstwa, stawiając uzbrojony Wschód przeciw Zachodowi.

Rok wcześniej w tajemniczych okolicznościach zmarł Ariusz. W ten sposób wysłuchane zostały modlitwy Atanazego, który życzył mu śmierci poprzez „rozkład jelit, wątroby i serca, zmianę w ściek i utonięcie w kloace”. Niepohamowana furia patriarchy potrzebowała nowych celów. Rozpoczął tak ostrą walkę z duchowieństwem wschodnim, że położył podwaliny pod późniejszą schizmę 1054 roku.

Jego intrygi były tak skuteczne, że po niespełna 8 latach, 21 października 346 roku, Aleksandria powitała go w swoich progach.

Jeśli sądzicie, że ten powrót uspokoił umysł Atanazego, to jesteście w błędzie.

Patriarcha nie zdążył nawet udzielić błogosławieństwa Konstantynowi II. Cesarz ten nie szczędził sił, aby doprowadzić do powrotu Atanazego, wstawiając się u swojego brata Konstansa. Atanazy zdążył już zacząć knowania z Magnencjuszem – charyzmatycznym dowódcą wojskowym oraz uzurpatorem władzy cesarskiej, przyszłym zabójcą Konstansa. Wysyłał do niego pochlebne listy, aby go zwieść i przeciągnąć na swoją stronę.

Nasz bohater zaprzeczył jednak kategorycznie istnieniu tych listów w momencie, kiedy Magnencjusz zniknął szybko i definitywnie ze sceny walk wokół tronu cesarskiego.

Tymczasem sytuacja znów dojrzała do trzeciej ucieczki Atanazego, który był mistrzem rejterady przed niebezpieczeństwami.

W nocy z ósmego na dziewiątego lutego 356 roku 5000 uzbrojonych żołnierzy otoczyło katedrę patriarchy. Na ich czele stał Sylen, generał Konstancjusza. Cesarz, którego kłuło w oczy objęcie biskupstwa przez Atanazego, mógł się z nim wreszcie rozprawić. Jego starszy brat Konstantyn już nie żył i nie mógł wstawić się za patriarchą.

Konstancjusz – zaprzysięgły arianin pozostał jedynym arbitrem. Mógł odczuwać satysfakcję, traktując przywódcę przeciwnego obozu tak, jak na to zasługiwał.

Jednak Atanazy, który nigdy jeszcze nie znalazł się w takich opałach, wykazał się niebywałym „męstwem”. W czasie, gdy jego stronnicy byli mordowani przez wojska Sylena, on zdołał zdobyć bramy miejskie, a następnie znaleźć schronienie u mnichów na pustyni.

I tu otwiera się jedna z najbardziej groteskowych kart w historii naszego bohatera. W czasie, gdy wokół niego mordowano ludzi w imię ortodoksji, schronił się on w objęciach pięknej dziewicy.

Informacja ta nie była tylko wymysłem wrogiej propagandy. Dostarczył jej przekaz Palladiusza, mnicha i biskupa Helenopolis w Bitynii. Był on autorem Opowiadań dla Lausosa, które przez wiele lat stanowiły podstawowę i jedno z bardziej wiarygodnych źródeł dotyczących dziejów pierwotnego monastycyzmu.

Zgodnie ze wspomnianym przekazem Atanazy znalazł schronienie u 20-letniej dziewicy obdarzonej tak niezwykłą urodą, że wszyscy duchowni owych czasów omijali ją, aby uniknąć okazji do zgorszenia albo wręcz skandalu.

Wszyscy oprócz Atanazego, którego cnota miała być tak silna, że mogła się oprzeć pokusom roztaczanym przez nadobną pannę.

Czyż to nie on bowiem umiał się oprzeć miłosnym propozycjom lubieżnych syren, które jego potwarcy uparcie co noc wciskali mu do łóżka, aby w ten sposób wypróbować jego cnotę? Czyż nie on umiał poradzić sobie z tymi diabelskimi istotami, wypędzając je pełną miłosierdzia łagodnością poprzez uderzanie kijem we własne legowisko?

Nie ulega wątpliwości, że Atanazy, który odznaczał się tak doskonałą wstrzemięźliwością, w podobny sposób zachowywał się w czasie pobytu u pięknej niewiasty. Postępował zgodnie z tradycją obowiązującą w III i IV wieku. Zgodnie z nią wspólne życie duchownego i dziewicy poświęconej Bogu było nie tylko dobrze widziane, ale wręcz godne pochwały, zwłaszcza jeśli było uwieńczone dzieleniem łoża.

W ten sposób Atanazy nie tylko nie był krytykowany za to, że gościł u wspomnianej piękności, ale jego wizerunek został nawet wzmocniony. Mógł się później chwalić, że jego postępowanie pomogło mu ocalić duszę i własną reputację.

Chociaż duch Atanazego pokrzepił się poprzez zbawienny kontakt z nieskalaną dziewicą, to jego stronnicy dramatycznie tracili grunt pod nogami. Działo się tak mimo ich nadludzkich wysiłków, aby przesunąć spór na płaszczyznę teologiczną, tak aby na drugi plan mogły zejść niskie postępki ich przywódcy.

Niestrudzony biskup ukrywał się 6 lat. W tym czasie arianie i obrońcy ortodoksji walczyli ze sobą zażarcie we wszystkich zakątkach cesarstwa. Losy obydwu tych fakcji zasługiwałyby na osobną rozprawę.

Wystarczy wspomnieć, że następcą Atanazego na tronie biskupim został Jerzy z Kapadocji, zdeklarowany arianin, który umiał łączyć swoją godność duchowną z niezwykłym talentem do interesów.

Jego metody był tak bestialskie, że zyskał przydomek „wilk”. Sprawił, że zaczęto opłakiwać rządy Atanazego, które bynajmniej nie były łagodne.

Nasz niezłomny bohater, który przyczynił się do wypędzenia przeciwnika, zdołał wrócić do umęczonej Aleksandrii 2 lutego 362 roku.

Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami tym razem świątobliwy patriarcha zwołał natychmiast synod pokojowy.

Obiecał biskupom ariańskim, że będą mogli zachować swoją godność biskupią po wyrzeczeniu się własnych przekonań. Oczywiście, sceptycy mogliby rzec, że takie postępowanie oznacza przyznanie się do niższości przez zwolenników ortodoksji, niezdolnych do osłabienia przeciwników w bardziej wyszukany sposób.

Należy sądzić, że nie byli oni dalecy od prawdy, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia z ostatnich lat życia naszego pobożnego bohatera.

Biskup został wygnany przez Juliana w tym samym roku, w którym powrócił do Aleksandrii. Nowy cesarz, miłośnik kultury antycznej (kształcony przez najlepszych nauczycieli i bardzo oczytany), nie chciał pozwolić na szerzenie się wpływów chrześcijańskich, zwłaszcza tak szkodliwych jak w przypadku Atanazego.

Duchowny nie zdążył obmyślić zemsty, ponieważ już w następnym roku cesarz filozof przeniósł się do lepszego życia. Umożliwiło to kolejny powrót dzielnego biskupa do ojczyzny. Wezwał go cesarz Jowian, urzeczony słowami i cnotami niestrudzonego obrońcy wiary.

To jeszcze nie koniec. Prawie 70-letni biskup musiał jeszcze raz udać się na wygnanie, gdy władzę objął ariański cesarz Walens.

Atanazy był już wtedy symbolem władzy zwolenników ortodoksji. Wystarczyło sprawdzić, czy zasiadał na stolicy biskupiej w Aleksandrii, aby stwierdzić, które stronnictwo miało przewagę.

Wreszcie ten niestrudzony mąż po raz piąty powrócił do Aleksandrii i 2 maja 373 roku oddał ducha Bogu.

Odszedł jeden z głównych bohaterów i symboli pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Jego postępowanie to prawdziwa deklaracja tego, jak nowe wyznanie wiary ma się rozwijać w przeciągu dziejów. Okrucieństwo stanowiło konieczny element tego rozwoju. Można się zastanawiać, na ile było ono właściwe Atanazemu, a na ile był on tylko wyrazicielem tej dziejowej dynamiki.

Zapewne w tych rozważaniach można odwołać się do opinii, jaką miał na temat Atanazego cesarz Konstancjusz w 355 roku. Określił go jako „krwiożerczego męża, który śmieje się szyderczo światu w twarz”. Można też powołać się na jego własnych wielbicieli, którzy ustąpili przed określeniem go jako winnego zdrady stanu, nawykłego do użycia oszczerstwa i wszelkich środków zarówno uczciwych, jak i nieuczciwych.

Podsumowaniem tej niesłychanej historii niech będzie epitafium, które miało być wyryte na jego grobie. Głosiło ono dosłownie: Athanasium contra mundum5.

Teofil

Czy zburzenie jednej z najważniejszych świątyń pogańskich świata starożytnego nie jest wystarczającym powodem, aby wpisać sprawcę tego czynu na naszą wyjątkową listę?

Czy gorliwość prześladowcza i upór podczas niszczenia kultury uważanej za obcą nie były wystarczającymi zbrodniami, aby zaliczyć kogoś do plejady okrutnych postaci?

Dzieje Teofila wydają się w tym sensie modelowe. Dokonane przez niego słynne zniszczenie Serapejonu w Aleksandrii przez długi czas powszechnie uważano za triumf chrześcijaństwa nad zabobonami kultury pogańskiej.

Wielbiciele okrutnych widowisk mogą być zadowoleni: nasz dobry patriarcha nie miał oporów przed skalaniem sobie rąk. W ten sposób pokazywał, że nauczanie Atanazego nie pozostało wyłącznie pustym zapisem.

Źródła przekazują bardzo skąpe informacje o narodzinach naszego bohatera. Wiadomo, że pojawił się na scenie politycznej i religijnej w roku 384, kiedy objął tron biskupi w Aleksandrii.

Zgodnie z tradycją swoich poprzedników otoczył się osobistą gwardią, złożoną głównie z uzbrojonych grup marynarzy i mnichów. Razem z nimi pełnił swoją „pobożną” posługę obejmującą napadanie na świątynie i synagogi, rabowanie oraz wypędzanie Żydów i – ogólnie rzecz biorąc – prześladowania wszystkich niewygodnych osób.

Nie powinna dziwić obecność mnichów w tej jednostce paramilitarnej. W IV wieku cały Wschód, a szczególnie Egipt, był zamieszkany przez tysiące gorliwych sług Bożych. Ich tłumy, wywodzące się z pustynnych terenów Synaju, Palestyny i Syrii, jak również z zachodnich pustkowi, zapełniały żyzne doliny Nilu. Pragnęli oni naśladować czyny świętego Antoniego, pierwszego pustelnika.

Można się zastanawiać, ile wkładali wysiłku w swoje uduchowione życie. Faktem jest, że cesarz Walens w 370 roku został zmuszony do wydania dekretu skierowanego przeciw „miłośnikom lenistwa ze wspólnot monastycznych”. Nakazał, aby „wypędzić ich z kryjówek i przewieźć do miast, z których pochodzili, aby tam wykonywali swoje obowiązki”.

Zaczynała się zatem tworzyć klasa obiboków, którzy przez swoje włóczęgostwo przynosili gminom szkody, jak skarżył się Teodozjusz I kilka lat później. Zakazał zatem tego mnichom, szczególnie w miastach.

Nakaz ten pozostał martwą literą, w sytuacji gdy na samym tylko obszarze od Aleksandrii do Achetaton znajdowało się ponad 600 klasztorów pełnych mnichów i mniszek. Członkowie tych wspólnot często wychodzili na ulice, wszczynając zamieszki i włączając się w spory dogmatyczne albo w wewnętrzną politykę Kościoła. Nierzadko buntowali się przeciwko własnym opatom.

Tak przedstawiała się sytuacja w wielu miejscach w metropolii, zgodnie z przekazami autorytetów, takich jak Paweł z Tarsu czy Grzegorz z Nazjanzu. Ta istna plaga zmusiła Jana Chryzostoma do drwiącej uwagi, że: „jeśli w mieście nie byłoby klasztorów, to panowałby taki pokój, że nikt nie musiałby chronić się na pustyni”.

Jednak prawdą jest także to, że owi „bojownicy Chrystusa” byli podziwiani za swoją niezwykłość. Czczono ich prawie jak istoty pozaziemskie. Ten fakt w połączeniu z ich liczebnością sprawiał, że mnisi mogli wywierać znaczny wpływ na społeczeństwo, na lud i na rządzących. Ten, kto umiał zapewnić sobie ich poparcie, cieszył się znaczną władzą.

Szczegół ten nie umknął uwadze bystrego Teofila. Był świadomy, że potrzebuje tych charyzmatycznych ludzi, aby zapewnić sobie władzę. Dlatego jego chciwe oczy zwróciły się w kierunku kamienistych obszarów Nitry, gdzie mieszkali idealni kandydaci na pomocników w spełnianiu jego celów. Mowa o Czterech Braciach Długich, nazywanych tak ze względu na swój wzrost, a którzy dobrze prezentowaliby się w filmie gangsterskim.

Ammoniusz, Dioskur, Euzebiusz i Eutymiusz prowadzili ascetyczny tryb życia zgodnie z naukami Orygenesa, filozofa chrześcijańskiego z II wieku. Jego poglądy wywierały ogromny wpływ na chrześcijaństwo do czasu, aż zostały uznane za heretyckie na synodzie zwołanym przez Justyniana w 543 roku. Stanowisko to potwierdził zwołany 10 lat później sobór powszechny w Konstantynopolu.

Dzieje myśli orygenesowskiej zasługują na osobną rozprawę. Wystarczy wspomnieć, że jego spekulacje dotyczące pojęcia Logos, wieczności Stworzenia, wcześniejszego istnienia dusz albo apokatastazy, „powrotu do stanu pierwotnego”, były przedmiotem zaciekłych dysput, szczególnie u schyłku IV wieku.

Bracia Dłudzy byli niekwestionowanymi przywódcami stronnictwa orygenesowskiego. Sława ich świętości i ogromnej wiedzy przyciągała niezliczone tłumy adeptów.

Teofil im schlebiał, towarzyszył w modłach i w efekcie udało mu się uzyskać poparcie trzech z nich. Wyjątkiem był Ammoniusz, dla którego skutecznym antidotum na pokusy czarującego Teofila były stosowane przez siebie surowe umartwienia.

Po zwiększeniu swojej władzy i prestiżu zuchwały biskup zamierzał wykonać następny krok na drodze do sukcesu. Jak pokazały wypadki z roku 397, okazał się on jednak sromotną klęską. W tym roku zmarł biskup Konstantynopola Nektariusz. Zanim go pochowano, wokół jego katafalku zaroiło się od duchownych płonących żądzą, aby zasiąść na tronie biskupim „Nowego Rzymu”. Taką przynajmniej opinię przekazał historyk Palladiusz. W swoim Dialogu o życiu św. Jana Chryzostoma zredagowanym w V wieku, określał ich jako „ludzi, którzy nie byli ludźmi, którzy byli prezbiterami ze względu na swoją godność, ale nie byli godni kapłaństwa”. Podkreślał, że „niektórzy z nich byli gotowi dzwonić do bram pretorium, inni wyciągać ręce gotowe do korupcji; inni wreszcie klękać na kolana, aby błagać ludzi”.

Teofil dobrze pasował do takiego towarzystwa, nie tylko dlatego że przeczuwał rosnące znaczenie nowej stolicy cesarstwa. Wiedział również, że zdobycie wpływu nad tym Kościołem w połączeniu z władzą nad Kościołem w Aleksandrii pozwoli mu uzyskać zwierzchnictwo duchowe nad całym Wschodem.

Dlatego właśnie starał się, aby wybrano na stolicę w Konstantynopolu przychylnego mu biskupa, Izydora. Był to długoterminowy plan, a jego celem stało się posadzenie na tronie biskupim Konstantynopola własnego pupila i bratanka – Cyryla.

Bóg nie pozwolił mu zrealizować tych marzeń. Wszystkie jego działania poszły na marne. Musiał nawet zaakceptować na upragnionym tronie Jana Chryzostoma. Był on kimś w rodzaju prekursora Savonaroli. Sponsorował go w dużym stopniu dworski eunuch oraz wpływowy polityk – Eutropiusz.

To on podszepnął cesarzowi Arkadiuszowi imię świętego męża z Antiochii. Talenty oratorskie zapewniły Janowi jego przydomek (Chryzostom, co po grecku znaczy „złote usta”). Najwyraźniej również pozytywnie działały na tę niewielką część cesarskiej duszy, która nie była jeszcze zepsuta długim sprawowaniem władzy. Arkadiusz opowiedział się za Janem Chryzostomem. Teofilowi nie pozostało nic innego, jak zrobić dobrą minę do złej gry. Widać więc, że od czasów Konstantyna ingerencja cesarzy w sprawy duchowe odzwierciedlała nową interpretację słynnej formuły Chrystusa o władzy, która wtedy zaczęła brzmieć: „oddajcie Cezarowi, co należy do Boga”.

Zagarnięcie Teofilowi sprzed nosa upragnionej zdobyczy było dla niego bardzo upokarzające. Dowodzi tego nienawiść, jaką żywił przez większość życia wobec Chryzostoma, z którym prowadził bezlitosną walkę – aż do jego zniszczenia.

Zanim jednak to nastąpiło, Teofil wrócił do ojczyzny, aby się pozbierać po klęsce i szykować broń.

W tym czasie zdołał znaleźć obiekt, na którym mógł wyładować swoją frustrację. W jednej ze wspólnot monastycznych znajdujących się wokół Aleksandrii znalazł doskonałą ofiarę do złożenia na ołtarzu swojego gniewu. Chodziło o ludzi, do których zwrócił się początkowo, aby uzyskać większą władzę w mieście. W ten sposób ukazał zatem nie tylko nieograniczoną żądzę, ale również dwulicowość, która cechowała jego obłudną naturę.

Przyczyną diametralnej zmiany nastawienia były pieniądze. Fakt, że jednym z nieszczęsnych bohaterów był sam Izydor, kilka lat wcześniej popierany przez patriarchę w walce o tron biskupi w Konstantynopolu, czyni sytuację bardziej groteskową.

Był on przełożonym Szpitala, czyli instytucji pełniącej funkcje przytułku dla biednych. Musiał się cieszyć poważaniem mimo złego towarzystwa, w jakim się obracał, gdyż pewna bogata wdowa powierzyła mu znaczną sumę na rzecz ubogich kobiet w mieście.

Teofil, usłyszawszy o tym zdarzeniu, chciał przejąć zdobycz. Uważał, że pieniądze te bardziej należą się jemu niż nędzarkom.

Tak mocno naciskał, że Izydor, który nie chciał ustąpić przed chciwością patriarchy, musiał opuścić Aleksandrię i szukać schronienia u ojców pustyni. To zachowanie spowodowało wrogość Teofila, którego ogarnęła żądza zemsty i prześladowania.

Taka reakcja mogła być również po prostu wyrównaniem porachunków między przeciwnymi fakcjami monastycznymi.

Gwałtowne posunięcie Teofila mogło wynikać nie tylko z pragnienia pieniędzy. Przede wszystkim mógł on wyczuć zbliżające się zmiany. Zwolennicy Orygenesa zaczynali przegrywać, na ich miejsce wkraczała inna grupa walecznych duchownych. Nazywani byli antropomorfitami, ponieważ interpretowali dosłownie ustępy biblijne, w których była mowa o ludzkich cechach Boga.

Jeszcze w 339 roku Teofil, jako zdeklarowany zwolennik Orygenesa, występował przeciwko nim w zwyczajowym Liście Paschalnym. Określił ich pogardliwie jako nieokrzesanych heretyków. Zdążył jednak błyskawicznie się opamiętać, gdy ci rozwścieczeni ciągłymi inwektywami opuścili swoje kryjówki na pustyni scytyjskiej i wkroczyli do miast. Tam wszczęli zamieszki i zaczęli grozić śmiercią samemu patriarsze.

Wtedy Teofil odkrył, że sam jest antropomorfitą. Mimo że wcześniej dawał dowody okrucieństwa, teraz umiał dobrze zwodzić słodkimi słowami nowych popleczników. W ich rysach miał dostrzegać „oblicze Chrystusa”.

Nie wiemy, czy u Teofila silniejsza była chciwość, czy strach o własną skórę. Wiadomo tylko, że po przyjęciu nowych poglądów wystąpił przeciw starym sojusznikom z taką wściekłością, że rozpoczął prawdziwą czystkę na miarę krucjaty.

Już w 400 roku zaczął rzucać gromy na Braci Długich. Obłożył ich ekskomuniką za ich szalone bluźnierstwa związane z wyznawaniem błędnych poglądów Orygenesa.

Następnie sam stanął na czele wojska, którego jedynym celem były przemoc i rabunki. Zapuścił się na Pustynię Nitryjską, aby dopełnić swojej „świętej” misji wykorzenienia herezji.

Po przybyciu do wspomnianego Ammoniusza Teofil zagroził, że udusi go jego własnym płaszczem. Następnie zaczął nim tak potrząsać, że ów zaczął krwawić. Prawdą jest, że w stosunku do umartwień, które stary mnich sobie nakładał, takie tortury wydawały się mało bolesne.

Później próbował zmusić Izydora do złożenia fałszywego zeznania na temat wspomnianej już kwoty pieniężnej. Gdy ten nie zachował się po jego myśli, wypędził go ze schronienia. Nie omieszkał też go zniesławić. Oskarżył publicznie starego prezbitera o stosunki homoseksualne, których ten miał się dopuścić 20 lat wcześniej z jakimś młodzieńcem.

Pewnej nocy, gdy Teofil był pod wpływem alkoholu, napadł na klasztor w towarzystwie wspólników – głównie etiopskich niewolników. Nie dość usatysfakcjonowany dokonanym rabunkiem spalił bibliotekę. Podobnie miał zachować się później, w nieco innych okolicznościach. Tym razem przyczynił się do śmierci młodego mnicha benedyktyńskiego, który zginął w płomieniach.

Siepacze Teofila nie byli tak delikatni. Ich najazdy na pustynię siejące śmierć i przemoc spowodowały masową migrację. Setki zwolenników Orygenesa musiało szukać schronienia właśnie w Konstantynopolu, gdzie rezydował Jan Chryzostom, zaprzysięgły wróg Teofila.

Choć kroniki przedstawiały Jana Chryzostoma jako świętego męża o wypróbowanej cnocie, to odpowiadał on za śmierć wielu osób. Wystarczy policzyć Żydów zabitych w czasie jego kampanii antysemickiej, a także tysiące osób należących do mniejszości gockiej zamieszkującej Konstantynopol. Zostali oni zamordowani w nocy 12 lutego 400 roku przez rozwścieczony tłum, bezlitosny wobec tych heretyków ariańskich, którzy w stolicy domagali się miejsca dla swojego kultu. W tym wypadku wystarczyło rozpalenie ognistymi słowami patriarchy ksenofobicznych i rasistowskich instynktów ludu konstantynopolitańskiego, żeby doprowadzić do prawdziwej rzezi.

Teofil wprawdzie spotkał się z poklaskiem tak wpływowej osoby jak święty Hieronim, który wręcz radował się z triumfalnych „żniw” i odrzucenia plew herezji orygenesowskiej. Zalała go jednak żółć, gdy dowiedział się, że Jan Chryzostom przyjmuje tych, których on z takim trudem ścigał. Fakt ten interpretował jako próbę podważenia własnej władzy przez tego, który zabrał mu upragniony tron biskupi w Konstantynopolu.

Jan Chryzostom ze swojej strony musiał przeklinać tłum biedaków w orszaku Braci Długich, którzy uniknęli prześladowań. Dobrze wiedział, ile nieszczęść spowodowałby konflikt z niebezpiecznym Teofilem.

Aby zatem tego uniknąć, młody Jan Chryzostom próbował najpierw uciec się do dyplomacji. Teofil pogardził jednak pokojowymi środkami. Wysłał list, w którym wzywał Jana, aby ten zajął się własnymi sprawami.

W tym czasie wypędzeni mnisi, którzy być może nie wierzyli całkowicie w pomoc patriarchy Konstantynopola, wysłali list do cesarzowej Eudoksji. Wymienili w nim nadużycia, które musieli znosić. Udało im się doprowadzić do tego, że Teofil został wezwany na dwór w celu osądzenia.

Teofil jednak, jako przebiegły gracz, ociągał się z przyjazdem. Czuł, że przewrót polityczny, który byłby śmiertelnym ciosem dla Jana Chryzostoma, mógłby rozwiązać sytuację.

Wiedział, że zawiść i złość są potężną bronią. Jan Chryzostom miał ich pod dostatkiem, jeśli wziąć pod uwagę jego pozycję, a zwłaszcza jego kazania moralizatorskie, które nie podobały się elitom dworskim. Wystarczyło jeszcze uruchomić mechanizm korupcji, w czym Teofil nie miał sobie równych.

Podróż do Konstantynopola przekształciła się w kampanię przeciwko Chryzostomowi. Na jej koniec cesarzowa Eudoksja opowiedziała się całkowicie po stronie Teofila. Nie mogły jej przypaść do gustu pogłoski, rozpuszczone przez Teofila, jakoby kazania Jana były wymierzone w jej nie dość obyczajne życie.

W ciągu 3 kolejnych tygodni Teofil uzbrojony w pieniądze i w łaskę cesarzowej, dzięki mądremu rozdawaniu bogatych podarków na dworze, zdołał przeprowadzić wiele intryg i dokonać namaszczeń nie do końca sakralnych. Stanął na czele osób, dla których z różnych powodów patriarcha Konstantynopola był niewygodny. Udało mu się wreszcie wywołać prawdziwy skandal publiczny, dzięki któremu z oskarżonego stał się oskarżycielem.

Wszystkie te zdarzenia przygotowały grunt pod zwołanie zgromadzenia, które miało przejść do historii jako synod w Dębie (od nazwy pałacu cesarskiego w Chalcedonie).

Było lato 403 roku. Dla biednego Chryzostoma musiało być ono tak gorące, że nie chciał się pokazać na zgromadzeniu, które miało się zmienić w proces przeciwko niemu. Jego przeczucia były słuszne, zwłaszcza że biskupi wysłani w jego zastępstwie zostali dotkliwie pobici.

Takie postępowanie zostało odebrane przez potwarców jako wyraźny dowód jego winy. Wszystkie oskarżenia, dotąd oparte na mglistych pomówieniach, teraz skupiły się wokół tematu niestawienia się na zgromadzeniu.

Po 30 posiedzeniach jednomyślnie postanowiono usunąć Jana z urzędu. Tej samej nocy, której wydano wyrok, Jan został zabrany siłą i wsadzony na statek płynący do Bitynii. Tam w małej miejscowości Prenetos spędził resztę swoich dni.

Teofil nie zdążył jeszcze się tym nacieszyć, gdy nagle sytuację odmieniły dwa wydarzenia, których nawet jego sprytny umysł nie mógł przewidzieć. Pierwszym z nich była wściekłość ludu z powodu wygnania ich biskupa za sprawą patriarchy aleksandryjskiego. Drugim, o wiele bardziej niepokojącym, było poronienie przez cesarzową Eudoksję. Wszyscy odczytali to jako karę boską pokazującą, że machinacje Teofila nie podobały się Bogu.

Uwolniono zatem Jana. Teofil, który o włos uniknął linczu z ręki rozjuszonego tłumu, musiał powrócić do ojczyzny.

Z pewnością Konstantynopol mu nie służył. Nasz bohater nie mógł już działać na szkodę Jana Chryzostoma. Przestroga, aby nie szargać świętości, sprawdziła się również w przypadku wojowniczego biskupa Aleksandrii.

O wiele lepsze rezultaty przyniosło jego zaangażowanie w zwalczanie pozostałości kultów pogańskich. Zwieńczeniem wielu sukcesów w tej mierze było zburzenie Serapejonu w Aleksandrii. Biskup miasta odpowiadał za walkę z nieprzyjaciółmi prawdziwej wiary od czasu, gdy cesarz Teodozjusz wydał w 380 roku słynny edykt, w którym ogłosił chrześcijaństwo jedyną religią w państwie. Kolejne dekrety wydane w latach 391––392, na które miał wpływ święty Ambroży, zakładały zniszczenie kultów pogańskich.

Wzmocniony cesarskim poparciem Teofil zaczął wcielać w czyn te nakazy. Najpierw w łagodny sposób, zadowalając się oczyszczeniem świątyni Mitry, zgodnie ze świadectwem Sokratesa Scholastyka w Historii Kościoła zredagowanej w V wieku. Później stał się bardziej zuchwały. Zgodnie z opisanymi już mechanizmami zwerbował spośród mnichów zbrojne oddziały i rozpoczął kampanię przeciwko pogańskim świątyniom. Jego celem było łupienie i przejmowanie zysków. Uwieńczeniem tej działalności stało się przekształcenie świątyni Dionizosa w kościół. Teofil wystawił na pośmiewisko przechowywane w niej figurki fallusów. Wyszydził także pozostałe przedmioty sakralne znalezione w sanktuarium.

Wywołał tym gniew pogan, którzy byli już rozjątrzeni atmosferą nietolerancji i coraz surowszymi restrykcjami. Wszczęli bunt i zabarykadowali się w Serapejonie. Świątynia ta w owych czasach była największym, najbardziej okazałym i kosztownym budynkiem po rzymskim Kapitolu. Tak przynajmniej pisał o niej Ammianus Marcellinus, rzymski historyk, spadkobierca wielkiego Tacyta.

Teofil przypuścił na nich gwałtowny atak, podając jako pretekst wyrządzane przez nich gwałty. Owego ponurego dnia 391 roku stanął na czele oddziału szturmującego, w którym odznaki wojskowe mieszały się z oznakami przynależności do stanu duchownego. Po przybyciu do dzielnicy Rakotis, w której na niewielkim wzgórzu stał Serapejon, Teofil pokonał szybko zebranych tam pogan. Morderstwa, wygnania i prześladowania zmusiły ich do migracji w rejony bardziej tolerancyjne.

Świątynię zburzono. Najpierw wojska zniszczyły znajdującą się od zachodniej strony wspaniałą figurę Serapisa, aby wyszydzić legendę mówiącą o tym, że zniszczenie tej figury spowoduje katastrofę na skalę kosmiczną.

Teofila wychwalano wręcz jako tego, który zwyciężył mroki pogańskiego zabobonu, opartego na sztuczkach oszukujących prosty lud.

Zdarzenie to opisuje Eunapios z Sardes następującymi słowami: „Bez żadnej wiarygodnej przyczyny, bez wojennego zgiełku zniszczono świątynię Serapisa. Zrabowano posągi i dary wotywne. Nie zabrano jedynie posadzki świątynnej, ponieważ kamienie były zbyt ciężkie. A wszystko to uczynili, choć chwalili się, że zwyciężyli bogów”.

Owego dnia zwycięstwo odniosły jedynie barbarzyństwo i fanatyzm. Być może było trochę racji w starożytnej legendzie: rzeczywiście nastąpiła katastrofa na skalę kosmiczną.

Cyryl

Prześledziwszy czyny Cyryla, zwolennika ortodoksji, który zasiadał na katedrze biskupiej w Aleksandrii w latach 412–444, można by pomyśleć, że okrucieństwo jest czymś w rodzaju dziedzicznej choroby. Ów żarliwy obrońca wiary, którego czyny stanowiły wierną kopię dokonań poprzedników, był bratankiem Teofila.

Częste przebywanie w towarzystwie krewniaka musiało wywrzeć wpływ na całe dalsze życie Cyryla, które upłynęło pod znakiem nietolerancji, fanatyzmu i bezkompromisowości. Udało mu się w ten sposób zyskać honorowe miejsce wśród najbardziej mrocznych postaci Kościoła.

Nazywany był „faraonem chrześcijańskim” ze względu na gorączkową żądzę władzy. Nieprzypadkowo tradycja wskazywała go jako zleceniodawcę zabójstwa Hypatii. Była to jedna z najbardziej bestialskich zbrodni starożytności. Nie tylko ze względu na sposób, w jaki jej dokonano (makabryczne szczegóły zostaną opisane dalej), ale także ze względu na znaczenie symboliczne. Hypatia była symbolem wolnej myśli i krzewicielką antycznej wiedzy. Została zniszczona przez mizoginiczną i zacofaną władzę, opierającą się na przemocy i niszczącą wszelkie przeszkody na swojej drodze.

To haniebne morderstwo było jedną z najgłośniejszych zbrodni, których nasz bohater miał wiele na swoim koncie. Tak przynajmniej utrzymywali jego oskarżyciele.

Przyszły Doktor Kościoła objął władzę 15 października 412 roku w podobnych okolicznościach co jego poprzednicy. Jego konsekracji towarzyszyły tumult i przemoc. Być może pomogły one Cyrylowi pokonać swojego rywala Tymoteusza.

Każdy z tych wysokich rangą duchownych utrzymywał gromadę zabijaków w habitach, dlatego nie dziwi łatwość, z jaką przechodzono do rękoczynów, ani praktykowanie tej sztuki w czasie elekcji.

Niektórzy insynuowali, że bezmyślny tłum, który dostrzegł u Cyryla niezwykłą skłonność do przemocy i autorytaryzmu, wyrażał w ten sposób swój „entuzjazm”. Jednocześnie próbował przeszkodzić ab ovo6, aby nie przewyższył on w okrucieństwie swojego stryja Teofila. Należy uznać to za pomówienia rozpuszczone przez oszczerców, którym przeszkadzała działalność świętego męża.

Tak przynajmniej uważają jego niezliczeni wielbiciele, którzy nadal wychwalają wojny w obronie doktryny prowadzone przez niezłomnego Cyryla. Jego niezwykłe pragnienie prawdy doprowadziło wkrótce do konfliktu z patriarchą Konstantynopola Nestoriuszem.

Kolejni patriarchowie aleksandryjscy nie grzeszyli oryginalnością, ale trzeba zrozumieć, że mieli do czynienia z takimi samymi problemami – wzrostem znaczenia stolicy w Konstantynopolu i zagrożeniem dla własnego prymatu.

Cyryl, podobnie jak jego ukochany stryj, przeniósł spór o naturze politycznej albo wręcz personalnej na płaszczyznę teologiczną. W odróżnieniu od swojego poprzednika posunął się o krok dalej. Był na tyle zuchwały, że podporządkował własnym celom samą istotę religii, wymyślając dogmat boskiego macierzyństwa Maryi.

Żeby zrozumieć, w jaki sposób to nastąpiło, należy poznać kontrowersje religijne, które u schyłku V wieku rozpalały umysły tak jak obecnie mecze piłki nożnej.

Po zakończeniu sporu o naturę trzech Osób Boskich przedmiotem dyskusji stała się postać Chrystusa. Kontrowersje te przeszły do historii jako „kwestia chrystologiczna”.

Rozważano, w jaki sposób Chrystus łączy dwie natury – ludzką i boską, oraz która z nich jest ważniejsza.

W Aleksandrii inaczej wyjaśniano tę kwestię niż w Konstantynopolu. Szkoła aleksandryjska, odwołując się do interpretacji platońskiej, dawała całkowite pierwszeństwo boskiej naturze Chrystusa. Twierdziła, że Logos7 był jedynym sprawcą czynów i od niego pochodziła ludzka natura wcielonego Chrystusa.

Druga szkoła, opierająca się na naukach Arystotelesa, przeniknięta naukami z Antiochii, podkreślała ludzką naturę Syna Bożego i w konsekwencji współistnienie w nim dwóch natur zjednoczonych w jednej osobie.

W konsekwencji tych dysput wyrządzano społeczeństwom i państwom takie szkody, jakich nie przyniosły nawet najazdy barbarzyńców.

Wykorzystując opisany spór, Cyryl zaczął knuć swoje intrygi, aby pozbyć się niebezpiecznego rywala. W ten sposób pokazał, że spekulacje teologiczne stanowiły tylko zasłonę dymną dla bardziej prozaicznych lub wręcz pragmatycznych pobudek.

Gorliwość Nestoriusza w zwalczaniu herezji doprowadziła do rzezi Żydów, dysydentów chrześcijańskich, schizmatyków, nowacjan, apolinarystów i każdej innej sekty, która miała nieszczęście pojawić się w jego okolicach. Docenił to cesarz Teodozjusz II, który pod względem zapału religijnego przewyższał wielokrotnie samego Konstantyna.

Nestoriusz był cierniem w oku Cyryla, który sam chciał zostać zwierzchnikiem Kościoła Wschodniego i dlatego musiał obalić patriarchę Konstantynopola.

Czyż można wykorzystać bardziej wysublimowaną strategię od zamiany prześladowcy heretyków w heretyka?

W tym momencie pojawiła się kwestia macierzyństwa Maryi w tradycji chrześcijańskiej. Nestoriusz, zgodnie ze swoją interpretacją ludzkiej natury człowieka, nie mógł uznać Maryi za Matkę Bożą, Theotokos8, ale najwyżej za Matkę Chrystusa, Christotokos9.

Uczynił tak nie tylko ze względów teologicznych, ale przede wszystkim po to, aby uniknąć niebezpiecznego zbliżenia do pogaństwa. „Jeśli Bóg miałby matkę” – twierdził – „to również poganin, który mówi o matce bogów nie zasługuje na naganę”. Nie można potępiać tak wielkiego wyczulenia u osoby żyjącej na terenie, na którym kult matek bogów, począwszy od frygijskiej Kybele, był jeszcze silnie zakorzeniony.

Jak mało obchodziły Cyryla kontrowersje dogmatyczne, dowodzi to, że minimalizując skrupuły ontologiczne swojego przeciwnika, przedstawił jego myśl jako nową herezję.

Jeszcze lepiej pokazuje to fakt, że jego koncepcja chrystologiczna zamykała się w formule mia physis tou Theou logou sesarkomenee10. Przypisywał ją błędnie Atanazemu, ale w rzeczywistości jej autorem był Apolinary, biskup Laodycei. Jego doktryny zostały potępione jako heretyckie na soborze w Konstantynopolu w 381 roku.

Jakie miało to jednak znaczenie? Liczyło się tylko to, aby koncepcję Matki Bożej przedstawić jako prawdę wiary. Z założenia, że Dziewica porodziła Boga zespolonego z ciałem, wynikało, że jest Bożą Rodzicielką. Innymi słowy, mogło to przypominać odwieczny spór, co było wcześniej – jajko czy kura.