Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 691 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodniarz - Karin Slaughter

Atlantą wstrząsa okropna zbrodnia. Na parkingu w jednej z dzielnic miasta zostaje znalezione zmasakrowane ciało młodej dziewczyny, studentki Georgia Tech. Ta sprawa okazuje się zdumiewająco podobna do morderstw popełnionych trzydzieści lat wcześniej przez pewnego szaleńca, opętanego misją zbawiania upadłych kobiet. Śledztwem kieruje wiceszefowa Biura Śledczego Georgii, Amanda Wagner, której kariera w policji rozpoczęła się właśnie od rozwikłania tajemnicy tamtych zbrodni. Z sobie tylko znanych powodów odsuwa ona od tej sprawy młodego, obiecującego policjanta o nazwisku Will Trent, który po nieszczęśliwym życiu nareszcie spotkał prawdziwą miłość, lekarkę Sarę Linton. Trent spędził dzieciństwo w domu dziecka i dopiero jako dorosły dowiedział się, że jest synem prostytutki, Lucy Bennett, oraz człowieka, który przez ponad rok trzymał ją w niewoli i w końcu zamordował. Jego ojciec spędził za kratkami ostatnie trzydzieści lat i właśnie niedawno opuścił więzienie. Will Trent i Amanda Wagner przypadkiem spotykają się w budynku dawnego sierocińca, choć obydwoje przyszli tam z całkiem innych powodów. Okazuje się, że morderca sprzed trzydziestu lat nie działał sam.

 

Opinie o ebooku Zbrodniarz - Karin Slaughter

Fragment ebooka Zbrodniarz - Karin Slaughter

ZBROD­NIARZ

KA­RIN SLAU­GH­TER

prze­ło­ży­ła Agniesz­ka Lip­ska-Na­ko­niecz­nik

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Cri­mi­nal

Prze­kład Agniesz­ka Lip­ska-Na­ko­niecz­nik

Pro­jekt okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Re­dak­cja Mag­da­le­na Goł­da­now­ska

Ko­rek­ta Ma­rze­na Kłos

Skład i ła­ma­nie TYPO

Co­py­ri­ght © 2012 by Ka­rin Slau­gh­ter

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

ISBN 978-83-7881-055-1

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

Tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Ver­no­no­wi – za to, że jest moim na­tchnie­niem

15 sierpnia 1974 rokuROZDZIAŁ 1LUCY BENNETT

Cy­na­mo­no­wo­brą­zo­wy old­smo­bi­le cu­tlass z opusz­czo­ną szy­bą wlókł się wzdłuż Ed­ge­wo­od Ave­nue. We­wnątrz ma­ja­czy­ła syl­wet­ka sku­lo­ne­go na fo­te­lu kie­row­cy. Blask z de­ski roz­dziel­czej wy­do­by­wał z mro­ku jego zmru­żo­ne, błysz­czą­ce jak pa­cior­ki oczy, któ­re bacz­nie śle­dzi­ły rząd dziew­czyn sto­ją­cych pod ta­bli­cą z na­zwą uli­cy. Jane. Mary. Ly­dia. Sa­mo­chód za­trzy­mał się. Tak jak na­le­ża­ło się spo­dzie­wać, męż­czy­zna wska­zał pod­bród­kiem na Kit­ty. Pod­bie­gła truch­tem w jego stro­nę, po­pra­wia­jąc po dro­dze swo­ją kusą spód­nicz­kę i ostroż­nie ma­new­ru­jąc po nie­rów­nym as­fal­cie szpil­ka­mi ostry­mi jak igły. Przed dwo­ma ty­go­dnia­mi, kie­dy Ju­ice po raz pierw­szy przy­pro­wa­dził Kit­ty na róg uli­cy, oznaj­mił po­zo­sta­łym, że dziew­czy­na ma szes­na­ście lat, co za­pew­ne ozna­cza­ło, że nie­daw­no ob­cho­dzi­ła pięt­na­ste uro­dzi­ny, cho­ciaż nie wy­glą­da­ła na wię­cej niż dwa­na­ście.

Od razu znie­na­wi­dzi­ły ją za ten wy­gląd.

Kit­ty na­chy­li­ła się do otwar­te­go okna, a jej sztyw­na, wi­ny­lo­wa spód­nicz­ka roz­klo­szo­wa­ła się sze­ro­ko jak pod­sta­wa dzwo­nu. Za­wsze to ją wy­bie­ra­no jako pierw­szą, co po­wo­li sta­wa­ło się pro­ble­mem, któ­ry do­strze­gał każ­dy, tyl­ko nie Ju­ice. Kit­ty cie­szy­ła się spe­cjal­ny­mi wzglę­da­mi. Mo­gła na­mó­wić męż­czyzn na każ­de sza­leń­stwo. Była mło­dziut­ką, świe­żą pa­nien­ką o dzie­cin­nej buzi, choć tak samo jak po­zo­sta­łe dziew­czę­ta no­si­ła w to­reb­ce nóż i do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak się z nim ob­cho­dzić. Żad­na z nich nie chcia­ła ro­bić tego, co ro­bi­ła, lecz przy­glą­da­nie się, jak inna dziew­czy­na – w do­dat­ku cał­kiem nowa – ma cią­gle pierw­szeń­stwo, bo­la­ło do­kład­nie tak samo, jak gdy­by wszyst­kie pod­pie­ra­ły ścia­ny na balu de­biu­tan­tek.

W środ­ku old­smo­bi­le’a szyb­ko usta­lo­no wa­run­ki trans­ak­cji – bez tar­go­wa­nia, po­nie­waż to­war wciąż wart był swo­jej ceny. Kit­ty ski­nę­ła w stro­nę Ju­ice’a, po­cze­ka­ła na jego od­po­wiedź, a na­stęp­nie wsia­dła do auta. Tłu­mik za­sa­pał z wy­sił­kiem; olds za­to­czył sze­ro­ki łuk, skrę­ca­jąc w wą­ską, bocz­ną ulicz­kę, a na­stęp­nie za­trząsł się, gdy drą­żek zmia­ny bie­gów zo­stał we­pchnię­ty na luz. Ręka kie­row­cy po­szy­bo­wa­ła w górę, przy­war­ła do po­ty­li­cy Kit­ty i po chwi­li dziew­czy­na znik­nę­ła im z oczu.

Lucy Ben­nett od­wró­ci­ła wzrok, prze­no­sząc spoj­rze­nie w głąb mrocz­nej, opu­sto­sza­łej alei. Nig­dzie żad­nych re­flek­to­rów. Ani śla­du sa­mo­cho­du. Zero ru­chu w in­te­re­sie. Atlan­ta z pew­no­ścią nie na­le­ża­ła do miast, w któ­rych tęt­ni­ło ży­cie noc­ne. Ten, kto ostat­ni wy­cho­dził z gma­chu Equ­ita­ble, zwy­kle ga­sił świa­tło, lecz Lucy mo­gła do­strzec ża­rów­ki w lam­pach na Fla­ti­ron, prze­bi­ja­ją­ce ja­sno przez ciem­ny ob­szar Cen­tral City Park. Je­śli wy­star­cza­ją­co moc­no zmru­ży­ła oczy, mo­gła na­wet zo­ba­czyć zna­jo­mą zie­leń zna­ku C&S, któ­ry sta­no­wił gra­ni­cę dziel­ni­cy biz­ne­so­wej. Sym­bol No­we­go Po­łu­dnia. Po­stęp po­przez han­del. Mia­sto Zbyt Za­ję­te, Żeby Nie­na­wi­dzić.

Je­śli no­ca­mi na te uli­ce wy­cho­dzi­li ja­cyś męż­czyź­ni, z pew­no­ścią po ich gło­wach nie krą­ży­ły żad­ne do­bre my­śli.

Jane za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa i szyb­ko we­pchnę­ła na­po­czę­tą pacz­kę z po­wro­tem do to­reb­ki. Nie na­le­ża­ła do ga­tun­ku osób, któ­re dzie­lą się z in­ny­mi, lecz z pew­no­ścią do tych, co nie mają nic prze­ciw­ko, żeby coś so­bie za­brać. Jej oczy na­po­tka­ły wzrok Lucy. Kry­ją­ca się w nich pust­ka była nie do znie­sie­nia. Jane mu­sia­ła po­czuć się tak samo, bo szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok.

Lucy za­drża­ła, cho­ciaż była po­ło­wa sierp­nia, a upał uno­sił się nad roz­grza­ny­mi chod­ni­ka­mi ni­czym dym nad pa­le­ni­skiem. Sto­py pie­kły nie­mi­ło­sier­nie, ple­cy pę­ka­ły z bólu, a w gło­wie co chwi­la roz­le­ga­ły się ryt­micz­ne ude­rze­nia, po­dob­ne do stu­ka­nia me­tro­no­mu. W głę­bi brzu­cha czu­ła okrop­ny cię­żar, zu­peł­nie jak­by po­łknę­ła cię­ża­rów­kę be­to­nu, zaś w gar­dle uwiązł jej kłąb waty. Ręce cier­pły od nie­usta­ją­cych ukłuć drob­nych igie­łek i szpi­lek. Dziś rano wy­ję­ła z umy­wal­ki garść swo­ich blond wło­sów. Za­le­d­wie przed dwo­ma dnia­mi skoń­czy­ła dzie­więt­na­ście lat, a już czu­ła się jak znisz­czo­na ży­ciem sta­rusz­ka.

Za­par­ko­wa­ny w głę­bi bocz­nej uli­cy old­smo­bi­le znów się za­trząsł i gło­wa Kit­ty z po­wro­tem po­ja­wi­ła się w polu wi­dze­nia. Wy­sia­da­jąc z auta, z roz­ma­chem wy­tar­ła usta. Żad­ne­go ma­ru­dze­nia. Żad­nej zwło­ki, żeby dać ko­le­sio­wi czas, by po­now­nie się za­sta­no­wił, czy to­war był wart swo­jej ceny. Sa­mo­chód ru­szył z miej­sca, za­nim zdą­ży­ła za­trza­snąć drzwi i Kit­ty przez mo­ment za­chwia­ła się na swo­ich wy­so­kich ob­ca­sach jak mała, za­gu­bio­na dziew­czyn­ka. Ale wkrót­ce jej zmar­twie­nie za­mie­ni­ło się we wście­kłość. Każ­da z dziew­czyn po­dzie­la­ła to uczu­cie. Wście­kłość była ich uciecz­ką, ich po­cie­chą. Była je­dy­ną rze­czą, któ­rą rze­czy­wi­ście po­sia­da­ły na wła­sność.

Lucy przy­glą­da­ła się, jak Kit­ty wra­ca na róg uli­cy. Pręd­ko wrę­czy­ła Ju­ice’owi pie­nią­dze, sta­ra­jąc się prze­mknąć da­lej, ale on zła­pał ją za ra­mię i zmu­sił, żeby się za­trzy­ma­ła. Splu­nę­ła na chod­nik z taką miną, jak­by jego gest wca­le jej nie prze­ra­ził, pod­czas gdy Ju­ice roz­wi­jał zwi­tek bank­no­tów, żeby sta­ran­nie prze­li­czyć go­tów­kę. Kit­ty sta­ła cier­pli­wie i cze­ka­ła. Wszyst­kie dziew­czy­ny cze­ka­ły.

Wresz­cie Ju­ice pod­niósł pod­bró­dek. To ozna­cza­ło, że uzy­ska­na suma była za­do­wa­la­ją­ca. Kit­ty za­ję­ła swo­je miej­sce w rzę­dzie, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na po­zo­sta­łe dziew­czę­ta. Po pro­stu ga­pi­ła się na pu­stą uli­cę, cze­ka­jąc aż po­ja­wi się na­stęp­ny sa­mo­chód i ko­lej­ny męż­czy­zna ski­nie w jej kie­run­ku albo prze­je­dzie da­lej. Wy­star­czy­ły dwa dni – za­le­d­wie dwa dni – żeby jej oczy na­bra­ły ta­kie­go sa­me­go mar­twe­go wy­ra­zu jak oczy po­zo­sta­łych dziew­czyn. Cie­ka­we, ja­kie my­śli snu­ły się jej po gło­wie? Pew­nie te same, co po gło­wie Lucy – zna­jo­ma pio­sen­ka, któ­ra co noc ko­ły­sa­ła ją do snu. Kie­dy – to – się – wresz­cie – skoń­czy? Kie­dy – to – się – wresz­cie – skoń­czy? Kie­dy – to – się – wresz­cie – skoń­czy?

Lucy też kie­dyś mia­ła pięt­na­ście lat. Te­raz le­d­wie przy­po­mi­na­ła tam­tą dziew­czy­nę. Dziew­czy­nę, któ­ra prze­sy­ła­ła w kla­sie li­ści­ki, chi­cho­ta­ła do chłop­ców, co­dzien­nie po szko­le pę­dzi­ła do domu, żeby obej­rzeć ko­lej­ny od­ci­nek ulu­bio­nej my­dla­nej ope­ry… Któ­ra ra­zem z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Jill Hen­der­son, tań­czy­ła w swo­im po­ko­ju przy mu­zy­ce Jack­son Five. Lucy mia­ła pięt­na­ście lat, gdy jej ży­cie otwo­rzy­ło się jak ot­chłań po­zba­wio­na dna i ma­leń­ka Lucy wpa­dła w nie­ubła­ga­ną, bez­li­to­sną ciem­ność.

Nad­zwy­czaj­nie szyb­ko za­czę­ła tra­cić na wa­dze. Z po­cząt­ku tyl­ko przez pi­guł­ki. Bra­ła ben­ze­dry­nę, któ­rą jej przy­ja­ciół­ka Jill zna­la­zła w ap­tecz­ce swo­jej mat­ki. Za­ży­wa­ły ją ostroż­nie, wstrze­mięź­li­wie, aż do cza­su, gdy wła­dze fe­de­ral­ne zwa­rio­wa­ły i pi­guł­ki zo­sta­ły za­ka­za­ne. Pew­ne­go dnia ap­tecz­ka oka­za­ła się pu­sta, a już na­stęp­ne­go – albo przy­najm­niej tak się jej wy­da­wa­ło – waga Lucy z po­wro­tem sko­czy­ła do spo­ro po­nad sie­dem­dzie­się­ciu ki­lo­gra­mów. W ca­łej szko­le była je­dy­nym dzie­cia­kiem z nad­wa­gą, nie li­cząc Tłu­ste­go Geo­r­ge’a – chło­pa­ka, któ­ry za­dzie­rał nosa i pod­czas lun­chu sie­dział sam przy swo­im sto­li­ku. Lucy nie­na­wi­dzi­ła go do­kład­nie tak samo jak sie­bie sa­mej, jak swo­je­go od­bi­cia w lu­strze.

To mat­ka Jill na­uczy­ła Lucy, jak da­wać so­bie w żyłę. Pani Hen­der­son nie była głu­pia; zwró­ci­ła uwa­gę na zni­ka­ją­ce pi­guł­ki i była za­do­wo­lo­na, wi­dząc, że Lucy wresz­cie po­sta­no­wi­ła po­zbyć się swo­je­go dzie­cię­ce­go tłusz­czy­ku. Ta ko­bie­ta w tym sa­mym celu uży­wa­ła nar­ko­ty­ków. Była pie­lę­gniar­ką w Clay­ton Ge­ne­ral Ho­spi­tal. Pew­ne­go dnia wy­szła z izby przy­jęć z bu­te­lecz­ką wy­peł­nio­ną ta­blet­ka­mi me­te­dry­ny, któ­re ni­czym szczę­ka­ją­ce zęby grze­cho­ta­ły w kie­sze­ni jej bia­łe­go, służ­bo­we­go far­tu­cha. To am­fe­ta­mi­na do po­da­wa­nia w za­strzy­kach, wy­ja­śni­ła Lucy. Dzia­ła tak samo jak pi­guł­ki, tyl­ko szyb­ciej.

Lucy mia­ła pięt­na­ście lat, kie­dy po raz pierw­szy się­gnę­ła po igłę.

Po­ma­lut­ku, za każ­dym ra­zem tyl­ko tro­szecz­kę – po­ucza­ła pani Hen­der­son, wcią­ga­jąc do strzy­kaw­ki odro­bi­nę krwi, żeby za­raz po­wo­li wci­snąć tłok. – Trzy­maj to pod kon­tro­lą. Nie po­zwól, żeby mia­ło nad tobą wła­dzę.

Po­tem nie było żad­ne­go unie­sie­nia, je­dy­nie lek­ki za­wrót gło­wy, a w nie­dłu­gim cza­sie oczy­wi­ście upra­gnio­na utra­ta wagi. Pani Hen­der­son mia­ła ra­cję. Płyn­na po­stać leku dzia­ła­ła szyb­ciej, ła­twiej. Dwa ki­lo­gra­my. Czte­ry. Pięć. Sześć. Sie­dem. Osiem. Po­tem nic. Więc Lucy po­sta­no­wi­ła na nowo zde­fi­nio­wać okre­śle­nie „za każ­dym ra­zem tyl­ko tro­szecz­kę”, aż wstrzy­ki­wa­ła nie pięć mi­li­li­trów, lecz dzie­sięć… Póź­niej dzie­sięć zmie­ni­ło się w pięt­na­ście, a po­tem jej gło­wa eks­plo­do­wa­ła i Lucy po­czu­ła, że pło­nie.

Czy póź­niej coś jesz­cze ją ob­cho­dzi­ło?

Zu­peł­nie nic.

Chłop­cy? Za głu­pi. Jill Hen­der­son? Kula u nogi. Nad­wa­ga? Nig­dy wię­cej.

W wie­ku szes­na­stu lat Lucy wa­ży­ła tyl­ko nie­ca­łe czter­dzie­ści pięć kilo. Jej że­bra, jej bio­dra i łok­cie wy­sta­wa­ły jak wy­po­le­ro­wa­ny mar­mur. Pierw­szy raz w ży­ciu prze­ko­na­ła się, że ma ko­ści po­licz­ko­we. Jak Kle­opa­tra ma­lo­wa­ła oczy ciem­nym ey­eli­ne­rem i nie­bie­skim cie­niem, a dłu­gie blond wło­sy roz­cze­sy­wa­ła tak, żeby obi­ja­ły się sztyw­no o jej nie­wia­ry­god­nie szczu­płe po­ślad­ki. Mała dziew­czyn­ka, któ­rą na­uczy­ciel gim­na­sty­ki w pią­tej kla­sie ku ucie­sze resz­ty ko­le­gów na­zy­wał „pa­ro­stat­kiem”, była te­raz chu­da jak mo­del­ka, bez­tro­ska i – nie­ocze­ki­wa­nie – po­pu­lar­na.

No, może nie po­śród swo­ich daw­nych ko­le­ża­nek – tych, któ­re zna­ła od przed­szko­la. One od­trą­ci­ły ją jak śmie­cia, jak od­szcze­pień­ca, jak ofia­rę ży­cio­wą. Ale po raz pierw­szy w ży­ciu Lucy wca­le się tym nie przej­mo­wa­ła. No bo komu po­trzeb­ni są lu­dzie, któ­rzy pa­trzą na czło­wie­ka z góry, żeby za­ba­wić się jego kosz­tem? Zresz­tą i tak dla nich Lucy była je­dy­nie czymś w ro­dza­ju tła – była gru­bą dzie­wu­chą, z któ­rą trzy­ma się szta­mę wy­łącz­nie dla­te­go, żeby przy niej po­czuć się kimś pięk­niej­szym, bar­dziej uro­czym i przy­cią­ga­ją­cym za­in­te­re­so­wa­nie chłop­ców.

Nowi przy­ja­cie­le uwa­ża­li, że Lucy jest do­sko­na­ła. Ba­wi­ło ich, kie­dy po­zwa­la­ła so­bie na cię­te dow­ci­py na te­mat daw­nych zna­jo­mych, a jej dzi­wac­twa przyj­mo­wa­li z uzna­niem. Dziew­czę­ta chcia­ły, żeby przy­cho­dzi­ła na ich przy­ję­cia. Chłop­cy za­pra­sza­li ją na rand­ki. Wszy­scy trak­to­wa­li ją jak rów­ne­go so­bie. Na­resz­cie zdo­ła­ła do­pa­so­wać się do ja­kie­goś to­wa­rzy­stwa i nie od­sta­wa­ła pod żad­nym wzglę­dem. Była po pro­stu jed­ną z wie­lu. Była po pro­stu Lucy.

A co z jej daw­nym ży­ciem? Lucy nie czu­ła nic poza po­gar­dą dla wszyst­kich, któ­rzy byli czę­ścią jej daw­ne­go ży­cia, zwłasz­cza dla pani Hen­der­son, któ­ra nie­ocze­ki­wa­nie ze­rwa­ła z nią kon­tak­ty i oświad­czy­ła, że te­raz Lucy musi sama już pil­no­wać swo­ich spraw. Tyle, że we­dług Lucy spra­wy ukła­da­ły się le­piej niż kie­dy­kol­wiek do­tąd i nie mia­ła naj­mniej­sze­go za­mia­ru re­zy­gno­wać ze swo­je­go no­we­go ży­cia.

Jej daw­ne przy­ja­ciół­ki były sta­ry­mi nu­dzia­ra­mi, ma­ją­cy­mi ob­se­sję na punk­cie od­ra­bia­nia lek­cji, a ich dys­ku­sje spro­wa­dza­ły się do de­ba­to­wa­nia, do któ­re­go koła stu­denc­kie­go za­pi­szą się za­raz po roz­po­czę­ciu stu­diów. Naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne z ich gro­na, miesz­ka­ją­ce w re­zy­den­cjach w sty­lu wik­to­riań­skim albo neo­kla­sy­cy­stycz­nym, cią­gną­cych się wzdłuż Mil­led­ge Ave­nue i So­uth Lump­kin Stre­et przy Uni­wer­sy­te­cie Geo­r­gii, sta­no­wi­ły na­tu­ral­ne śro­do­wi­sko Lucy od­kąd skoń­czy­ła dzie­sięć lat, lecz wa­bik w po­sta­ci am­fe­ta­mi­ny spra­wił, że jej zna­jo­mość gre­ki po­szła w za­po­mnie­nie. Te­raz Lucy nie po­trze­bo­wa­ła peł­nych dez­apro­ba­ty spoj­rzeń swo­ich daw­nych ko­le­ża­nek. Nie po­trze­bo­wa­ła na­wet pani Hen­der­son. Do­oko­ła krę­ci­ło się mnó­stwo no­wych zna­jo­mych, któ­rzy mo­gli przy­jąć ją do swe­go gro­na, zaś ro­dzi­ce Lucy byli bar­dzo hoj­ni, je­śli cho­dzi­ło o kie­szon­ko­we. Zresz­tą je­śli zda­rza­ły się ty­go­dnie, kie­dy bra­ko­wa­ło jej go­tów­ki, mo­gła spo­koj­nie wziąć pie­nią­dze z port­mo­net­ki mat­ki, któ­ra nig­dy nie zwra­ca­ła uwa­gi na ta­kie dro­bia­zgi.

Te­raz wi­dzia­ła to jak na dło­ni, ale w tam­tym cza­sie wy­da­wa­ło się, że spi­ral­na jaz­da w głąb prze­pa­ści trwa­ła za­le­d­wie parę se­kund, nie zaś peł­ne dwa lata, któ­re w rze­czy­wi­sto­ści za­brał Lucy upa­dek. W domu by­wa­ła po­nu­ra i nie­przy­stęp­na. Za­czę­ła wie­czo­ra­mi wy­kra­dać się z domu i opo­wia­dać ro­dzi­com ja­kieś głu­po­ty, któ­re mia­ły sta­no­wić uspra­wie­dli­wie­nie. Wy­my­śla­ła nie­stwo­rzo­ne buj­dy – rze­czy, któ­re ła­two moż­na było oba­lić. W szko­le za­wa­la­ła ćwi­cze­nia za ćwi­cze­nia­mi, aż w koń­cu wy­lą­do­wa­ła na za­ję­ciach z pod­sta­wo­we­go an­giel­skie­go, na któ­rych Tłu­sty Geo­r­ge sie­dział z przo­du, a Lucy i jej nowi kum­ple w ostat­nim rzę­dzie, głów­nie prze­sy­pia­jąc okres, kie­dy stę­że­nie nar­ko­ty­ku opa­da­ło, i za­bi­ja­jąc czas aż do chwi­li, gdy będą mo­gli z po­wro­tem po­wró­cić do swo­jej praw­dzi­wej na­mięt­no­ści.

Do igły.

Ten pre­cy­zyj­nie na­ostrzo­ny ka­wa­łek chi­rur­gicz­nej sta­li, z po­zo­ru nie­win­ne urzą­dze­nie do po­da­wa­nia leku, rzą­dził te­raz ży­ciem Lucy. Śni­ła o chwi­li, w któ­rej za­apli­ku­je so­bie ko­lej­ną daw­kę. Ma­rzy­ła o wkłu­ciu się w cia­ło. O szczyp­nię­ciu, któ­re to­wa­rzy­szy prze­bi­ciu ścian­ki żyły. O ża­rze, któ­ry po­wo­li na­ra­stał, kie­dy wstrzy­ki­wa­ła so­bie płyn. O ogar­nia­ją­cej ją na­tych­miast eu­fo­rii, gdy nar­ko­tyk prze­ni­kał do krwio­obie­gu. To było war­te wszyst­kie­go. War­te każ­de­go po­świę­ce­nia. War­te każ­dej stra­ty. War­te każ­dej rze­czy, któ­rą mu­sia­ła zro­bić, żeby do­znać tego uczu­cia. Rze­czy, o któ­rych za­po­mi­na­ła w tej sa­mej se­kun­dzie, w któ­rej nar­ko­tyk roz­cho­dził się po jej cie­le.

A po­tem nie­ocze­ki­wa­nie do­tar­ła na ostat­nie wznie­sie­nie – na sam szczyt, z któ­re­go ni­czym gór­ska ko­lej­ka ru­szy­ła pę­dem w dół.

Fa­cet na­zy­wał się Bob­by Fields i był star­szy od Lucy o całe dwa­dzie­ścia lat. Mą­drzej­szy. Sil­niej­szy. Pra­co­wał jako me­cha­nik na jed­nej ze sta­cji ben­zy­no­wych na­le­żą­cych do jej ojca. Wcze­śniej nie zwra­cał na nią uwa­gi. Zwy­czaj­nie Lucy dla nie­go nie ist­nia­ła – pu­co­ło­wa­ta mała dziew­czyn­ka z wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w dwa mi­zer­ne ku­cy­ki. Ale wszyst­ko się zmie­ni­ło, od­kąd igła wkro­czy­ła w jej ży­cie. Pew­ne­go dnia we­szła na sta­cję, ubra­na w dżin­sy, któ­re le­d­wie trzy­ma­ły się na jej wy­chu­dzo­nych po­ślad­kach, a sze­ro­kie jak dzwo­ny no­gaw­ki spodni były wy­strzę­pio­ne od szo­ro­wa­nia o pod­ło­gę. Wte­dy Bob­by po­wie­dział, żeby za­trzy­ma­ła się na chwi­lę i za­mie­ni­ła z nim parę słów.

Słu­chał tego, co mó­wi­ła, i Lucy na­gle zda­ła so­bie spra­wę, że nig­dy do­tąd nikt nie słu­chał jej na­praw­dę. Wte­dy Bob­by wy­cią­gnął rękę i po­pla­mio­ny­mi sma­rem pal­ca­mi od­gar­nął z jej twa­rzy nie­sfor­ny ko­smyk wło­sów. A póź­niej w dziw­ny spo­sób zna­leź­li się na za­ple­czu i on trzy­mał dłoń na jej pier­si, ona zaś roz­kwi­ta­ła w bla­sku jego nie­po­dziel­nej uwa­gi.

Lucy nig­dy wcze­śniej nie była z męż­czy­zną. Po­mi­mo eu­fo­rii, któ­ra szy­bo­wa­ła jak la­ta­wiec, wie­dzia­ła, że po­win­na po­wie­dzieć „nie”. Wie­dzia­ła, że musi się chro­nić, po­nie­waż nikt nie chce to­wa­ru dru­giej świe­żo­ści. Choć te­raz wy­da­je się to cał­kiem nie­praw­do­po­dob­ne, wów­czas ja­kaś część jej „ja” na­praw­dę uwa­ża­ła, że po­mi­mo iż zbo­czy­ła lek­ko z wła­ści­wej dro­gi, pew­ne­go dnia skoń­czy wy­dział pra­wa na Uni­wer­sy­tet­cie Geo­r­gii, znaj­dzie do­brą pra­cę, i po­ślu­bi ja­kie­goś po­waż­ne­go mło­de­go czło­wie­ka, któ­re­go świe­tla­na przy­szłość spo­tka się z apro­ba­tą jej ojca.

Lucy za­wsze wie­dzia­ła, że bę­dzie mieć dzie­ci. Przy­stą­pi do Sto­wa­rzy­sze­nia Ro­dzi­ców i Na­uczy­cie­li. Bę­dzie pie­kła cia­stecz­ka, od­wo­zi­ła du­żym kom­bi swo­je ma­lu­chy do szko­ły, a po­tem prze­sia­dy­wa­ła w kuch­ni w to­wa­rzy­stwie in­nych ma­tek, żeby przy dym­ku z pa­pie­ro­sa ża­lić się na swo­je nud­ne ży­cie. Lecz może kie­dy inne ko­bie­ty za­czną dys­ku­to­wać o swo­ich pro­ble­mach mał­żeń­skich albo kol­kach dzie­ci, ona się uśmiech­nie, mile wspo­mi­na­jąc cza­sy bez­tro­skiej mło­do­ści i swo­ją sza­lo­ną, he­do­ni­stycz­ną przy­go­dę z igłą.

Pod­czas gdy szes­na­sto­let­nia Lucy nie mia­ła żad­nych do­świad­czeń, je­śli cho­dzi o męż­czyzn, Bob­by Fields za­li­czył mnó­stwo przy­gód z ko­bie­ta­mi. Z mło­dy­mi ko­bie­ta­mi. Do­sko­na­le wie­dział, jak z nimi roz­ma­wiać. Wie­dział, co mó­wić, żeby po­czu­ły się kimś wy­jąt­ko­wym. I, co naj­waż­niej­sze, wie­dział, jak prze­su­nąć rękę z pier­si na udo, z uda na kro­cze, a po­tem da­lej, w głę­biej po­ło­żo­ne re­jo­ny, przez co Lucy sap­nę­ła tak gło­śno, że aż jej oj­ciec za­wo­łał z biu­ra, py­ta­jąc, czy u niej wszyst­ko w po­rząd­ku.

Nic mi nie jest, ta­tu­siu! – za­wo­ła­ła, po­nie­waż ręka Bob­by’ego spra­wia­ła jej taką roz­kosz, że Lucy skła­ma­ła­by sa­me­mu Panu Bogu.

Z po­cząt­ku ich zwią­zek po­zo­sta­wał ta­jem­ni­cą, co oczy­wi­ście tyl­ko czy­ni­ło go bar­dziej eks­cy­tu­ją­cym. Utrzy­my­wa­li in­tym­ne sto­sun­ki. Ist­nia­ło mię­dzy nimi coś, co było su­ro­wo za­ka­za­ne. Przez cały rok pro­wa­dzi­li swój skry­ty ro­mans. Lucy uni­ka­ła spoj­rze­nia Bob­by’ego, kie­dy co ty­dzień wpa­da­ła na sta­cję, żeby po­móc ojcu w ra­chun­kach. Uda­wa­ła, że Bob­by nie ist­nie­je – aż do chwi­li, gdy dłu­żej już nie mo­gła uda­wać. Wte­dy bie­gła do brud­nej ła­zien­ki z tyłu bu­dyn­ku, gdzie on tak moc­no za­ci­skał swo­je uma­za­ne sma­rem łapy na jej tył­ku, że sia­da­jąc z po­wro­tem obok ojca, czu­ła ból.

Po­żą­da­ła Bob­by’ego tak samo in­ten­syw­nie jak po­żą­da­ła igły. W koń­cu za­czę­ła zwie­wać ze szko­ły. Pod­ję­ła pra­cę w nie­peł­nym wy­mia­rze go­dzin i kła­ma­ła, że no­cu­je u przy­ja­ciół­ki, cze­go jej ro­dzi­ce nig­dy nie po­fa­ty­go­wa­li się spraw­dzić. Bob­by miał wła­sne miesz­ka­nie i jeź­dził mu­stan­giem fa­st­bac­kiem, ta­kim sa­mym jak Ste­ve McQu­een. Pił piwo, pa­lił tra­wę i za­ła­twiał Lucy do­pa­la­cze, ona zaś na­uczy­ła się, jak ro­bić mu loda, żeby się przy tym nie udła­wić.

Wszyst­ko dzia­ła­ło bez za­rzu­tu aż do dnia, gdy Lucy do­szła do wnio­sku, że już dłu­żej nie może pro­wa­dzić po­dwój­ne­go ży­cia. Albo że zwy­czaj­nie nie chce tego ro­bić. Rzu­ci­ła szko­łę śred­nią na dwa mie­sią­ce przed jej ukoń­cze­niem. Kro­plą prze­peł­nia­ją­cą kie­lich stał się pe­wien week­end, kie­dy jej ro­dzi­ce po­je­cha­li w od­wie­dzi­ny do stu­diu­ją­ce­go w col­le­ge’u bra­ta. Lucy cały ten czas spę­dzi­ła w miesz­ka­niu Bob­by’ego. Go­to­wa­ła mu je­dze­nie. Sprzą­ta­ła. Ko­cha­ła się z nim przez całą noc, a za dnia ga­pi­ła się na ze­gar, od­li­cza­jąc mi­nu­ty dzie­lą­ce ją od chwi­li, kie­dy znów bę­dzie mo­gła mu po­wie­dzieć, że go ko­cha. Bo Lucy na­praw­dę go ko­cha­ła – zwłasz­cza wte­dy, gdy wra­cał wie­czo­rem z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy i małą, cza­ro­dziej­ską fiol­ką w kie­sze­ni.

Bo gdy cho­dzi­ło o igłę, Bob­by był bar­dzo ła­ska­wy. Może na­wet zbyt ła­ska­wy. Ła­do­wał w Lucy taką daw­kę nar­ko­ty­ku, że za­czy­na­ła szczę­kać zę­ba­mi. Wciąż była na­ćpa­na, kie­dy na­stęp­ne­go ran­ka wto­czy­ła się z po­wro­tem do domu.

To była nie­dzie­la.

Jej ro­dzi­ce przed po­wro­tem do domu po­win­ni byli pójść z bra­tem do ko­ścio­ła, ale tego nie zro­bi­li. Sie­dzie­li przy ku­chen­nym sto­le, wciąż w tych sa­mych ubra­niach, któ­re mie­li na so­bie pod­czas po­dró­ży. Mat­ka Lucy na­wet nie zdję­ła ka­pe­lu­sza. Cze­ka­li na nią przez całą noc. Za­dzwo­ni­li do jej przy­ja­ciół­ki – tej, któ­ra mia­ła dać jej ali­bi, i któ­ra po­win­na była po­wie­dzieć, że Lucy u niej no­co­wa­ła. Dziew­czy­na z po­cząt­ku usi­ło­wa­ła kła­mać, ale przy naj­mniej­szym na­ci­sku pę­kła, opo­wia­da­jąc ze szcze­gó­ła­mi ro­dzi­com Lucy, gdzie do­kład­nie prze­by­wa ich cór­ka i co wy­ra­bia od ład­nych kil­ku mie­się­cy.

Lucy mia­ła wów­czas sie­dem­na­ście lat, więc w świe­tle pra­wa wciąż była dziec­kiem. Ro­dzi­ce pró­bo­wa­li od­dać ją do szpi­ta­la na le­cze­nie. Sta­ra­li się tak po­kie­ro­wać spra­wą, żeby Bob­by zo­stał aresz­to­wa­ny. Chcie­li za­ła­twić wszyst­ko tak, żeby ża­den warsz­tat sa­mo­cho­do­wy w oko­li­cy nie dał mu za­trud­nie­nia, więc Bob­by po pro­stu prze­pro­wa­dził się do Atlan­ty, gdzie lu­dzi gu­zik ob­cho­dzi­ło, kto re­pe­ru­je ich sa­mo­cho­dy, byle tyl­ko było ta­nio.

Dwa mie­sią­ce tego pie­kła mi­nę­ły jak z bi­cza strze­lił i na­gle Lucy skoń­czy­ła osiem­na­ście lat. Te­raz jej ży­cie sta­ło się zu­peł­nie inne. Albo inne pod pew­nym wzglę­dem. Była wy­star­cza­ją­co do­ro­sła, żeby móc rzu­cić szko­łę. Wy­star­cza­ją­co do­ro­sła, żeby pić al­ko­hol. Wy­star­cza­ją­co do­ro­sła, żeby wy­pro­wa­dzić się z domu bez obaw, że te świ­nie będą chcia­ły za­cią­gnąć ją tam z po­wro­tem. Z có­recz­ki ta­tu­sia za­mie­ni­ła się w dziew­czyn­kę Bob­by’ego, któ­ra miesz­ka w apar­ta­men­cie na koń­cu Ste­wart Ave­nue, śpi przez cały dzień i cze­ka, aż wie­czo­rem Bob­by wró­ci do niej, żeby dać jej w żyłę, prze­le­cieć ją, a po­tem znów po­zwo­lić jej spać.

Je­dy­ne, cze­go w owym cza­sie Lucy ża­ło­wa­ła, to ze­rwa­nych kon­tak­tów z bra­tem. Hen­ry stu­dio­wał na wy­dzia­le pra­wa na Uni­wer­sy­te­te­cie Geo­r­gii. Był star­szy od niej o sześć lat i za­wsze trak­to­wał ją jak przy­ja­cie­la niż małą sio­strzycz­kę. W oso­bi­stych kon­tak­tach zda­rza­ły im się dłu­gie okre­sy mil­cze­nia, lecz od­kąd Hen­ry wy­je­chał do szko­ły, pi­sy­wa­li do sie­bie re­gu­lar­nie dwa albo trzy razy w mie­sią­cu.

Lucy uwiel­bia­ła pi­sać li­sty do Hen­ry’ego. W ca­łej ko­re­spon­den­cji sta­ra­ła się być daw­ną sobą: zwa­rio­wa­ną na punk­cie chło­pa­ków, peł­ną obaw przed koń­co­wy­mi eg­za­mi­na­mi, chęt­ną, żeby na­uczyć się pro­wa­dzić auto. W li­stach nig­dy nie wspo­mi­na­ła o igle. Nie pi­sa­ła o swo­ich no­wych przy­ja­cio­łach, tak da­le­ce róż­nią­cych się od to­wa­rzy­stwa, w któ­rym się do­tąd ob­ra­ca­ła, że wo­la­ła nie za­pra­szać ich do domu w oba­wie, że ukrad­ną sre­bra mat­ki. Oczy­wi­ście o ile jej mat­ka w ogó­le wpu­ści­ła­by ich za próg.

Od­po­wie­dzi Hen­ry’ego były za­wsze zwię­złe, ale na­wet wów­czas, gdy był po uszy za­wa­lo­ny eg­za­mi­na­mi, za każ­dym ra­zem zna­lazł czas, żeby na­pi­sać do sio­stry li­nij­kę albo dwie, i po­in­for­mo­wać ją, co u nie­go sły­chać. Był bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny per­spek­ty­wą, że nie­ba­wem Lucy do­łą­czy do nie­go na cam­pu­sie. Że bę­dzie mógł za­pre­zen­to­wać ma­leń­ką sio­strzycz­kę swo­im kum­plom. Był pod­eks­cy­to­wa­ny wie­lo­ma spra­wa­mi, aż na­gle cała ta eks­cy­ta­cja mi­nę­ła, po­nie­waż ro­dzi­ce po­wia­do­mi­li go, że jego naj­droż­sza sio­strzycz­ka prze­pro­wa­dzi­ła się do Atlan­ty, żeby tam zo­stać dziw­ką trzy­dzie­sto­ośmio­let­nie­go hi­pi­sa, uza­leż­nio­ne­go od nar­ko­ty­ków me­cha­ni­ka. Po tym fak­cie li­sty Lucy po­wra­ca­ły nie­prze­czy­ta­ne. Na ko­per­tach Hen­ry gry­zmo­lił krót­ko: „zwrot do nadaw­cy”. W ten spo­sób on tak­że po­zbył się sio­stry ze swo­je­go ży­cia, jak­by była śmie­ciem, któ­re­go wy­rzu­ca się na uli­cę.

Zresz­tą może fak­tycz­nie była śmie­ciem. Może za­słu­gi­wa­ła na to, żeby wszy­scy się jej wy­rze­kli. Po­nie­waż kie­dy go­rącz­ka opa­dła, eu­fo­ria po na­ćpa­niu sta­ła się mniej in­ten­syw­na, za to głód nie­mal nie do znie­sie­nia, cóż in­ne­go po­zo­sta­ło Lucy Ben­nett niż ży­cie na uli­cy?

Bob­by wy­rzu­cił Lucy z domu za­le­d­wie dwa mie­sią­ce po tym, jak na­mó­wił ją na prze­pro­wadz­kę do Atlan­ty. Kto mógł­by go za to wi­nić? Jego na­pa­lo­na, mło­da ko­chan­ka za­mie­ni­ła się prze­cież w zwy­kłą ćpun­kę, któ­ra co wie­czór cze­ka­ła przy drzwiach, żeby bła­gać go o dział­kę. A kie­dy Bob­by prze­stał speł­niać jej żą­da­nia, zna­la­zła so­bie na osie­dlu in­ne­go fa­ce­ta, któ­ry da­wał jej wszyst­ko, cze­go chcia­ła. I co z tego, je­śli w za­mian mu­sia­ła trzy­mać nogi sze­ro­ko roz­war­te? Osta­tecz­nie do­sta­wa­ła od nie­go to, cze­go Bob­by jej od­ma­wiał. Te­rez ten nowy za­spo­ka­jał jej po­trze­by.

Na­zy­wał się Fred i pra­co­wał na lot­ni­sku, sprzą­ta­jąc wnę­trza sa­mo­lo­tów. Lu­bił ro­bić rze­czy, któ­re do­pro­wa­dza­ły Lucy do pła­czu, ale po­tem da­wał jej strzy­kaw­kę i zno­wu wszyst­ko było w po­rząd­ku. Fred uwa­żał, że jest kimś wy­jąt­ko­wym, o wie­le lep­szym niż Bob­by. Kie­dy jed­nak od­krył, że żar w oczach Lucy po­ja­wia się wy­łącz­nie na myśl o nar­ko­ty­ku, nie zaś na myśl o upra­wia­niu z nim sek­su, za­czął ją tłuc. I nie prze­sta­wał aż do mo­men­tu, gdy w koń­cu wy­lą­do­wa­ła w szpi­ta­lu. Kie­dy wzię­ła tak­sów­kę, żeby wró­cić ze szpi­ta­la do domu, kie­row­nik osie­dla po­in­for­mo­wał ją, że Fred się wy­pro­wa­dził, nie po­zo­sta­wia­jąc no­we­go ad­re­su. I za­raz do­dał, że je­śli Lucy ma ocho­tę, to może za­miesz­kać z nim.

Więk­szość z tego, co na­stą­pi­ło po­tem, wy­da­wa­ło się jed­ną ciem­ną pla­mą – albo może było tak ja­sne, że nie umia­ła tego do­strzec, po­dob­nie jak ktoś, kto usi­łu­je pa­trzeć na świat przez cu­dze oku­la­ry. Przez pra­wie rok Lucy prze­cho­dzi­ła od jed­ne­go męż­czy­zny do dru­gie­go, krą­żąc od do­staw­cy do do­staw­cy. Ro­bi­ła pew­ne rze­czy – okrop­ne rze­czy – byle tyl­ko do­stać strzy­kaw­kę. Je­śli w świe­cie spe­edu ist­nia­ło coś w ro­dza­ju to­te­mo­we­go pala, to Lucy za­czę­ła przy­go­dę z nar­ko­ty­ka­mi u góry, żeby bły­ska­wicz­nie zna­leźć się na sa­mym dole. Dzień po dniu do­sta­wa­ła za­wro­tu gło­wy na myśl, że jej ży­cie osu­wa się do rynsz­to­ka, a mimo to czu­ła się zu­peł­nie bez­rad­na i nie po­tra­fi­ła temu za­po­biec. Ból ob­ra­cał wni­wecz wszyst­kie jej po­sta­no­wie­nia. Po­trze­ba. Tę­sk­no­ta. Pra­gnie­nie, któ­re pa­li­ło jej trze­wia.

Aż w koń­cu Lucy się­gnę­ła dna. Za­wsze bała się di­le­rów, któ­rzy za kasę roz­pro­wa­dza­li nar­ko­ty­ki, ale wresz­cie jej mi­łość do dra­gów zwy­cię­ży­ła wszel­kie uprze­dze­nia. Rzu­ca­li ją mię­dzy sobą jak pi­łecz­kę do ba­se­bal­la, żeby każ­dy mógł ją puk­nąć. Każ­dy z nich wal­czył w Wiet­na­mie, więc byli wście­kli na cały świat, na sys­tem, w któ­rym przy­szło im żyć. Byli tak­że wście­kli na Lucy. Nig­dy do­tąd nie przedaw­ko­wa­ła, przy­najm­niej nie na tyle, żeby tra­fić do szpi­ta­la. Raz, dru­gi i trze­ci zda­rzy­ło się, że ktoś pod­rzu­cił ją har­ley­em pod izbę przy­jęć w Gra­dy Ho­spi­tal. Di­le­rzy nie lu­bi­li ta­kich roz­wią­zań. Szpi­ta­le spro­wa­dza­ły im na kark gli­nia­rzy, a gli­nia­rze byli dość kosz­tow­ni, je­śli cho­dzi­ło o ła­pów­ki. Któ­re­goś wie­czo­ra Lucy prze­ho­lo­wa­ła, więc któ­ryś z di­le­rów po­mógł jej się uspo­ko­ić, po­da­jąc daw­kę he­ro­iny – to był trik, któ­re­go na­uczył się, wal­cząc z Char­lim.

W przy­pad­ku Lucy he­ro­ina oka­za­ła się ostat­nim gwoź­dziem do trum­ny. Po­dob­nie jak z do­pa­la­cza­mi, szyb­ko sta­ła się gor­li­wą neo­fit­ką. Uwiel­bia­ła to uczu­cie otę­pie­nia. Nie­opi­sa­ną bło­gość. Utra­tę upły­wu cza­su. Prze­strze­ni. Przy­tom­no­ści.

Lucy nig­dy nie bra­ła pie­nię­dzy za seks. Do tej pory wszyst­kie trans­ak­cje mia­ły cha­rak­ter wy­mia­ny bar­te­ro­wej. Seks za do­pa­la­cze. Seks za he­ro­inę. Nig­dy seks za pie­nią­dze.

Jed­nak te­raz Lucy roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­ła pie­nię­dzy.

Di­le­rzy sprze­da­wa­li mięk­kie nar­ko­ty­ki, nig­dy he­ro­inę. He­ro­ina na­le­ża­ła do ko­lo­ro­wych. Na­wet ma­fia umy­wa­ła ręce. He­ro­inę uwa­ża­no za nar­ko­tyk dla get­ta. Była zbyt po­tęż­na, zbyt uza­leż­nia­ją­ca, zbyt nie­bez­piecz­na dla bia­łych. Szcze­gól­nie dla bia­łych ko­biet.

W ten oto spo­sób Lucy dała się omo­tać pew­ne­mu czar­nu­cho­wi, któ­ry no­sił na pier­si ta­tu­aż z po­do­bi­zną Je­zu­sa Chry­stu­sa.

Łyż­ka. Pło­mień. Smród pa­lą­cej się gumy. Opa­ska za­ci­ska­ją­ca. Filtr z roz­ła­ma­ne­go pa­pie­ro­sa. Cała spra­wa wy­ma­ga­ła ro­man­tycz­nej opra­wy; sta­no­wi­ła prze­dłu­ża­ją­cy się pro­ces, przy któ­rym wcze­śniej­sze za­ba­wy Lucy z igłą wy­da­wa­ły się mało wy­ra­fi­no­wa­ne. Na­wet te­raz Lucy czu­ła, jak na myśl o łyż­ce ogar­nia ją pod­eks­cy­to­wa­nie. Za­mknę­ła oczy, wy­obra­ża­jąc so­bie wy­gię­ty ka­wa­łek sre­bra, któ­re­go kształt nie­co przy­po­mi­nał ła­bę­dzia z prze­trą­co­ną szy­ją… Czar­ny ła­będź. Czar­na owca. Dziw­ka czar­nu­cha.

Na­gle Ju­ice zna­lazł się tuż obok niej. Po­zo­sta­łe dziew­czy­ny na wszel­ki wy­pa­dek od­su­nę­ły się da­lej. Ju­ice po­tra­fił wy­wo­ły­wać w nich po­czu­cie bra­ku sil­nej woli. Wła­śnie w ten spo­sób zdo­łał je so­bie pod­po­rząd­ko­wać.

– O co cho­dzi, la­lecz­ko?

– O nic – wy­mam­ro­ta­ła. – Wszyst­ko jest su­per.

Wy­jął z ust wy­ka­łacz­kę.

– Nie pró­buj mnie na­bie­rać, złot­ko.

Lucy wbi­ła wzrok w zie­mię. Pa­trzy­ła na jego pan­to­fle z bia­łej, la­kie­ro­wa­nej skó­ry, na roz­klo­szo­wa­ne jak dzwo­ny no­gaw­ki zie­lo­nych, szy­tych na mia­rę spodni, któ­re zgrab­nie ukła­da­ły się na no­skach. Ilu ob­cym fa­ce­tom mu­sia­ła po­zwo­lić się ze­rżnąć, żeby on mógł no­sić ta­kie błysz­czą­ce buty? Po ilu tyl­nych sie­dze­niach/ka­na­pach sa­mo­cho­dów mu­sia­ła się ta­rzać, żeby on mógł pójść do kraw­ca na Five Po­ints i za­mó­wić szy­cie/ciu­chy na mia­rę?

– Prze­pra­szam. – Od­wa­ży­ła się zer­k­nąć na jego twarz, sta­ra­jąc się osza­co­wać, jak bar­dzo jest wście­kły.

Ju­ice wy­jął z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę i wy­tarł pot z czo­ła. No­sił dłu­gie bacz­ki, któ­re sty­ka­ły się z wą­sa­mi i ko­zią bród­ką. Na po­licz­ku miał zna­mię, na któ­re Lucy ga­pi­ła się cza­sa­mi, gdy usi­ło­wa­ła skon­cen­tro­wać się na in­nych spra­wach.

– No da­lej, la­lecz­ko – ode­zwał się. – Je­śli mi nie po­wiesz, co ci leży na ser­dusz­ku, nie będę mógł w ni­czym ci po­móc.

Po­trzą­snął ją za ra­mio­na. Kie­dy nie ode­zwa­ła się, zro­bił to jesz­cze raz, tyl­ko znacz­nie moc­niej. Nie miał za­mia­ru od­pu­ścić. Nie­na­wi­dził, kie­dy dziew­czy­ny usi­ło­wa­ły coś przed nim ukry­wać.

– My­śla­łam o swo­jej ma­mie – od­po­wie­dzia­ła.

Po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su po­wie­dzia­ła ja­kie­muś fa­ce­to­wi szcze­rą praw­dę.

Ju­ice ro­ze­śmiał się per­li­ście, kie­ru­jąc wy­ka­łacz­kę w stro­nę po­zo­sta­łych dziew­czyn.

– No co, czyż to nie jest słod­kie? Ona po pro­stu my­śla­ła o swo­jej ko­cha­nej ma­mu­ś­ce… No, któ­ra z was jesz­cze tę­sk­ni za swo­ją ma­muś­ką?

Od­po­wie­dział mu ner­wo­wy chi­chot. Pierw­sza ode­zwa­ła się Kit­ty – wiecz­na li­zu­ska.

– Ju­ice, wiesz prze­cież, że my po­trze­bu­je­my tyl­ko cie­bie. Wy­łącz­nie cie­bie.

– Lucy… – wy­szep­ta­ła Mary, ale to sło­wo nie­mal uwię­zło jej w gar­dle.

Je­śli Ju­ice się wku­rzy, żad­na z nich nie do­sta­nie tego, cze­go pra­gnie. Tym zaś, cze­go wszyst­kie po­żą­da­ły i co wy­da­wa­ło się ab­so­lut­nie nie­zbęd­ne do szczę­ścia, była łyż­ka i he­ro­ina. Ju­ice trzy­mał obie te rze­czy w kie­sze­ni.

– Nie, w po­rząd­ku. – Ju­ice mach­nię­ciem ręki od­go­nił Mary. – Niech gada. No da­lej, dziew­czy­no! Mów!

Może sta­ło się tak dla­te­go, że użył tego sa­me­go tonu, któ­rym czło­wiek zwra­ca się do psa: „Mów!”, jak­by za­mie­rzał dać jej sma­ko­łyk, je­śli za­szcze­ka na ko­men­dę – albo może po pro­stu Lucy była przy­zwy­cza­jo­na ro­bić do­kład­nie to, cze­go Ju­ice za­żą­dał – ale wbrew woli za­czę­ła po­ru­szać usta­mi.

– Przy­po­mniał mi się pe­wien dzień, kie­dy mama za­bra­ła mnie do mia­sta – po­wie­dzia­ła, przy­my­ka­jąc oczy.

Czu­ła, jak opie­ra się o za­głó­wek na tyl­nym sie­dze­niu auta. Wi­dzia­ła, jak me­ta­lo­wa ta­bli­ca roz­dziel­cza na­le­żą­ce­go do mat­ki chry­sle­ra lśni w pro­mie­niach słoń­ca. Był go­rą­cy, par­ny sier­pień, z ro­dza­ju tych, pod­czas któ­rych ma­rzysz, żeby twój wóz był wy­po­sa­żo­ny w kli­ma­ty­za­cję.

– Mama mia­ła za­miar pod­rzu­cić mnie do bi­blio­te­ki, a po­tem za­ła­twić coś na mie­ście.

Ju­ice za­chi­cho­tał, jak­by te wspo­mnie­nia go roz­ba­wi­ły.

– Ach, ja­kie to słod­kie, skar­bie! Więc ma­mu­sia za­wio­zła swo­ją małą dziew­czyn­kę do bi­blio­te­ki, żeby dziec­ko so­bie po­czy­ta­ło, tak?

– Nie. Nie uda­ło jej się tam do­je­chać. – Lucy otwo­rzy­ła oczy, spo­glą­da­jąc pro­sto w twarz Ju­ice’a, cze­go nig­dy do­tąd nie ośmie­li­ła się zro­bić. – Klan urzą­dził so­bie na­jazd.

Ju­ice chrząk­nął zna­czą­co. Szyb­ko prze­su­nął spoj­rze­niem po resz­cie dziew­czyn, a po­tem jego wzrok z po­wro­tem spo­czął na Lucy.

– Mów da­lej – roz­ka­zał ni­skim, głę­bo­kim to­nem, aż Lucy po­czu­ła, jak zim­no spły­wa jej wzdłuż krę­go­słu­pa.

Uli­ce były za­blo­ko­wa­ne. Oni wstrzy­ma­li ruch i spraw­dza­li sa­mo­chód po sa­mo­cho­dzie.

– Prze­stań – wy­szep­ta­ła zno­wu Mary, bła­ga­jąc, żeby Lucy prze­sta­ła.

Ale Lucy nie mo­gła prze­stać. To było sil­niej­sze od niej.

– Pa­mię­tam, że to była so­bo­ta. Mama za­bie­ra­ła mnie do bi­blio­te­ki w so­bo­ty.

– Tak? – spy­tał Ju­ice.

– Tak.

Na­wet z otwar­ty­mi oczy­ma Lucy wi­dzia­ła sce­nę, któ­ra roz­gry­wa­ła się w jej gło­wie. Sie­dzia­ła w sa­mo­cho­dzie mat­ki. Bez­piecz­na. Bez­tro­ska. Jesz­cze przed prosz­ka­mi. Przed igłą. Przed he­ro­iną i przed Ju­icem. Jesz­cze za­nim bez­pow­rot­nie utra­ci­ła tę małą Lucy, któ­ra tak cier­pli­wie cze­ka­ła w sa­mo­cho­dzie mat­ki, cho­ciaż zże­rał ją nie­po­kój, że nie zdą­ży na czas do­trzeć do bi­blio­te­ki i spóź­ni się na za­ję­cia koła mło­dych czy­tel­ni­ków.

Mała Lucy na­le­ża­ła do nie­na­sy­co­nych czy­tel­ni­czek. Ści­ska­jąc spo­czy­wa­ją­cy na ko­la­nach stos ksią­żek, ga­pi­ła się przez okno na męż­czyzn, któ­rzy blo­ko­wa­li uli­ce. Wszy­scy mie­li na so­bie swo­je bia­łe sza­ty, ale z po­wo­du upa­łu więk­szość nie na­cią­gnę­ła kap­tu­ra na gło­wę. Lucy zna­ła nie­któ­rych z ko­ścio­ła, kil­ku ze szko­ły. Mach­nę­ła na po­wi­ta­nie do pana Shef­fiel­da, któ­ry był wła­ści­cie­lem skle­pu z to­wa­ra­mi że­la­zny­mi. W od­po­wie­dzi mru­gnął do niej i tak­że po­ma­chał ręką.

– By­ły­śmy na wzgó­rzu bli­sko gma­chu sądu – opo­wia­da­ła Lucy, zwra­ca­jąc się do Ju­ice’a. – Przed nami je­chał ja­kiś czar­ny ko­leś, któ­re­go za­trzy­ma­li przy zna­ku stop. Przy­po­mi­nam so­bie, że sie­dział w ta­kim ma­łym, za­gra­nicz­nym sa­mo­cho­dzie… Pan Pe­ter­son ru­szył pro­sto do nie­go, a pan La­ra­mie pod­szedł z dru­giej stro­ny.

– Tak? – po­wtó­rzył Ju­ice.

– Tak, do­kład­nie tak. Ten gość był prze­ra­żo­ny jak dia­bli. Jego au­tko cią­gle sta­cza­ło się do tyłu. Prze­cież mu­siał na­ci­skać sprzę­gło, ale pew­nie był tak spa­ni­ko­wa­ny, że noga wciąż ze­śli­zgi­wa­ła mu się z pe­da­łu. Pa­mię­tam, jak mama przy­glą­da­ła mu się tak, jak­by to był ja­kiś film w ro­dza­ju Wild King­dom, albo coś w tym sty­lu. Za­śmie­wa­ła się do roz­pu­ku i cią­gle mó­wi­ła: „Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha”.

– Jezu! – syk­nę­ła Mary.

Lucy uśmiech­nę­ła się do Ju­ice’a.

– „Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha”.

Ju­ice wy­jął wy­ka­łacz­kę spo­mię­dzy zę­bów.

– Le­piej uwa­żaj, co mó­wisz, pie­przo­na dziw­ko.

– „Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha” – wy­mam­ro­ta­ła Lucy. – „Spójrz, jak na­stra­szy­li…”.

Jej głos po­wo­li za­mie­rał – po­dob­nie jak sil­nik, któ­ry pra­cu­je na ja­ło­wym bie­gu, za­nim wej­dzie na peł­ne ob­ro­ty. Na­gle cała ta hi­sto­ria wy­da­ła się jej nie­sa­mo­wi­cie śmiesz­na. Ro­ze­śmia­ła się pi­skli­wie, a dźwięk jej gło­su od­bi­jał się od ścian bu­dyn­ków.

– „Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha! Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha!”.

Ju­ice wy­mie­rzył jej po­li­czek – otwar­tą dło­nią, ale tak moc­no, że ob­ró­ci­ła się do­oko­ła. Chwi­lę po­tem po­czu­ła w gar­dle smak krwi.

Nie po raz pierw­szy ktoś pod­niósł na nią rękę. Na pew­no też nie po raz ostat­ni. To z pew­no­ścią jej nie po­wstrzy­ma. Nic nie jest w sta­nie jej po­wstrzy­mać.

– „Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha! Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha!”.

– Za­mknij się! – Ju­ice wal­nął ją pię­ścią w twarz.

Usły­sza­ła trzask ła­ma­nych zę­bów. Szczę­ka wy­krę­ci­ła się jej ni­czym hula-hoop, ale Lucy nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

– „Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go…”

Kop­nął ją pro­sto w brzuch, jed­nak jego spodnie oka­za­ły się tak ob­ci­słe, że nie uda­ło mu się po­de­rwać nogi wy­star­cza­ją­co wy­so­ko i Lucy po­czu­ła, jak po­de­szwa buta ze­śli­zgu­je się po ko­ściach mied­ni­cy. Sap­nę­ła z bólu, któ­ry oka­zał się roz­dzie­ra­ją­co sil­ny, lecz jed­no­cze­śnie w pe­wien spo­sób wy­zwa­la­ją­cy. Ile lat upły­nę­ło od chwi­li, gdy ostat­ni raz do­świad­czy­ła cze­goś poza odrę­twie­niem? Ile cza­su mi­nę­ło, od­kąd od­wa­ży­ła się pod­nieść głos, po­wie­dzieć męż­czyź­nie „nie”?

Ju­ice zno­wu ude­rzył ją pię­ścią w twarz. Tym ra­zem po­czu­ła, jak jej prze­gro­da no­so­wa roz­pry­sku­je się na drob­ne cząst­ki. Z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi za­to­czy­ła się w tył, upusz­cza­jąc na zie­mię to­reb­kę. Przed oczy­ma wi­ro­wa­ły jej gwiaz­dy. Do­słow­nie gwiaz­dy. Je­den z ob­ca­sów pękł z trza­skiem.

– Wy­noś się stąd! – Za­ci­śnię­ta pięść Ju­ice’a ze świ­stem prze­cię­ła po­wie­trze. – Spie­przaj, za­nim cię za­bi­ję, cho­ler­na suko!

Lucy za­to­czy­ła się, wpa­da­jąc na Jane, ale Jane ode­pchnę­ła ją jak za­wszo­ne­go psa.

– Idź stąd – wy­sy­cza­ła Mary. – Pro­szę cię!

Lucy prze­łknę­ła odro­bi­nę krwi i za­raz od­kaszl­nę­ła ją z po­wro­tem. Na tro­tu­arze po­ja­wi­ły się bia­łe cęt­ki. Ka­wał­ki zę­bów.

– Zjeż­dżaj, szma­to! – wark­nął Ju­ice. – Nie waż po­ka­zy­wać mi się na oczy!

Ja­kimś cu­dem Lucy zdo­ła­ła się od­wró­cić. Spoj­rza­ła w głąb ciem­nej uli­cy. Żad­ne świa­tła nie wska­zy­wa­ły jej dro­gi. Albo al­fon­si roz­wa­li­li wszyst­kie la­tar­nie, albo wła­dze mia­sta nie za­da­ły so­bie tru­du, żeby je włą­czyć. Zno­wu po­tknę­ła się, lecz zdo­ła­ła utrzy­mać się na no­gach. Zła­ma­ny ob­cas bar­dzo prze­szka­dzał, więc kop­nię­ciem zrzu­ci­ła oba pan­to­fle. Po­de­szwa­mi stóp czu­ła pa­lą­ce go­rą­co roz­grza­ne­go as­fal­tu, któ­re jak prąd w mgnie­niu oka prze­nik­nę­ło przez całe jej cia­ło, do­cie­ra­jąc aż do owło­sio­nej skó­ry gło­wy. Zu­peł­nie jak­by szła po roz­ża­rzo­nych wę­glach. Wi­dzia­ła to raz w te­le­wi­zji – cały dow­cip po­le­gał na tym, żeby biec wy­star­cza­ją­co szyb­ko, po­zba­wia­jąc pa­le­ni­sko do­stę­pu tle­nu, dzię­ki cze­mu skó­ra mo­gła po­zo­stać nie­na­ru­szo­na.

Ru­szy­ła przed sie­bie, pro­stu­jąc przy­gar­bio­ne ple­cy. Po­mi­mo za­pie­ra­ją­ce­go od­dech bólu po­mię­dzy że­bra­mi, sta­ra­ła się iść z unie­sio­ną gło­wą. To nie mia­ło zna­cze­nia. Ciem­ność nie mia­ła zna­cze­nia. Pie­cze­nie w po­de­szwach stóp tak­że nie mia­ło zna­cze­nia. Nic nie mia­ło zna­cze­nia.

Od­wró­ci­ła się raz jesz­cze.

– Spójrz, jak na­stra­szy­li tego cho­ler­ne­go czar­nu­cha! – wrza­snę­ła na po­że­gna­nie.

Ju­ice udał, że rzu­ca się za nią bie­giem, więc Lucy po­pę­dzi­ła jak strza­ła. Jej na­gie sto­py ude­rza­ły mia­ro­wo o pły­ty chod­ni­ka, a obie ręce pra­co­wa­ły jak tło­ki pom­py. Jej płu­ca trzę­sły się z wy­sił­ku, gdy zni­ka­ła za za­krę­tem uli­cy. Ad­re­na­li­na pę­dzi­ła przez całe cia­ło. Po­my­śla­ła o tych wszyst­kich lek­cjach WF-u, kie­dy przez swój lek­ce­wa­żą­cy sto­su­nek do za­jęć za­ra­bia­ła pięć, dzie­sięć albo pięt­na­ście do­dat­ko­wych okrą­żeń. Wte­dy była taka szyb­ka, taka mło­da i wol­na… Cał­kiem inna niż dziś. Te­raz w no­gach czu­ła na­ra­sta­ją­ce skur­cze, a ko­la­na ugi­na­ły się ze zmę­cze­nia. Od­wa­ży­ła się rzu­cić okiem za sie­bie, ale nie uj­rza­ła Ju­ice’a. Za nią nie było ni­ko­go. Wte­dy za­chwia­ła się i za­trzy­ma­ła na od­po­czy­nek.

Na­wet nie za­dał so­bie tru­du, żeby ją go­nić, po­my­śla­ła.

Po­chy­li­ła się, opie­ra­jąc gło­wę o bud­kę te­le­fo­nicz­ną. Krew wciąż ka­pa­ła jej z ust, więc ko­niusz­kiem ję­zy­ka po­szu­ka­ła przy­czy­ny krwo­to­ku. Na­tra­fi­ła na dwa zła­ma­ne zęby – dzię­ki Bogu, że znaj­do­wa­ły się z tyłu, a nie z przo­du.

We­szła do bud­ki i za­mknę­ła drzwi. Świa­tło we­wnątrz od razu zro­bi­ło się ośle­pia­ją­co ja­skra­we, więc szyb­ko otwo­rzy­ła drzwi na oścież, a po­tem opar­ła gło­wę o prze­szklo­ną ścia­nę. Cią­gle z tru­dem ła­pa­ła od­dech. Czu­ła się tak wy­czer­pa­na, jak­by prze­bie­gła kil­ka mil, a nie parę skrzy­żo­wań.

Zer­k­nę­ła na te­le­fon, na czar­ną, wi­szą­cą na ha­czy­ku słu­chaw­kę, na otwór do wsu­wa­nia mo­net. Prze­su­nę­ła dło­nią po zna­ku dzwon­ka na me­ta­lo­wej tar­czy, a po­tem po­zwo­li­ła, żeby jej pal­ce na­tra­fi­ły na cy­fry: czte­ry, sie­dem, osiem… Taki był nu­mer te­le­fo­nu ro­dzi­ców. Wciąż zna­ła go na pa­mięć, po­dob­nie jak nu­mer uli­cy, przy któ­rej miesz­ka­li, datę uro­dzin bab­ci, dzień zbli­ża­ją­cych się eg­za­mi­nów dy­plo­mo­wych bra­ta. Wcze­śniej­sza wer­sja Lucy jesz­cze nie znik­nę­ła cał­ko­wi­cie. Wciąż ist­nia­ła, cho­ciaż tyl­ko w po­sta­ci tych cyfr.

Mo­gła za­dzwo­nić, ale na­wet je­śli od­bio­rą te­le­fon, nikt nie bę­dzie miał jej nic do po­wie­dze­nia.

Wy­to­czy­ła się z bud­ki na ze­wnątrz i po­wo­li ru­szy­ła w górę uli­cy, bez ja­kie­goś kon­kret­ne­go celu, byle da­lej przed sie­bie. Jej żo­łą­dek kur­czył się bo­le­śnie – tak da­wa­ła o so­bie znać pierw­sza fala nar­ko­ty­ko­we­go gło­du. Po­win­na pójść do szpi­ta­la, żeby tro­chę ją po­zszy­wa­li, a przy oka­zji mo­gła­by wy­bła­gać od ja­kiejś pie­lę­gniar­ki tro­chę me­ta­do­nu, za­nim spra­wy przy­bio­rą na­praw­dę zły ob­rót. Od Gra­dy Ho­spi­tal dzie­li­ło ją dwa­na­ście skrzy­żo­wań na wprost i trzy w bok. Skur­cze w no­gach prze­sta­ły jej do­ku­czać. Z pew­no­ścią da radę iść. Tam­te okrą­że­nia do­oko­ła szkol­ne­go bo­iska nie za­wsze były dla niej karą. Lucy uwiel­bia­ła bie­gać. Lu­bi­ła w week­en­dy upra­wiać jog­ging, zwłasz­cza gdy to­wa­rzy­szył jej brat, Hen­ry. Za­wsze re­zy­gno­wał pierw­szy, za­nim ona się zmę­czy­ła. Lucy mia­ła w to­reb­ce list od nie­go. W ze­szłym mie­sią­cu prze­ka­zał go jej pe­wien czło­wiek pra­cu­ją­cy w Union Mis­sion, gdzie dziew­czę­ta znaj­do­wa­ły schro­nie­nie, kie­dy Ju­ice wpa­dał we wście­kłość.

Lucy nie otwie­ra­ła li­stu przez całe trzy dni, oba­wia­jąc się, że w środ­ku znaj­dzie złe no­wi­ny. Że zmarł jej oj­ciec. Albo mat­ka po­sta­no­wi­ła uciec z fa­ce­tem od Char­lie­go Chip­sa. W obec­nych cza­sach wszy­scy się roz­wo­dzi­li, praw­da? Roz­bi­te domy. Zroz­pa­czo­ne dzie­ci. Ale sko­ro Lucy już daw­no temu ze­rwa­ła z ro­dzi­ną, to chy­ba prze­czy­ta­nie zwy­kłe­go li­stu nie po­win­no szcze­gól­nie jej wzru­szyć?

Nie­czy­tel­ne pi­smo Hen­ry’ego było tak zna­jo­me, że na­gle po­czu­ła się tak, jak­by po­gła­skał ją po po­licz­ku. Łzy same na­pły­wa­ły jej do oczu. Prze­czy­ta­ła list raz, po­tem dru­gi i jesz­cze raz od po­cząt­ku. Jed­ną, je­dy­ną stro­nę. Nie zna­la­zła tam żad­nych ro­dzin­nych plo­te­czek, po­nie­waż Hen­ry nig­dy nie pi­sał o ta­kich rze­czach. Jak za­wsze był pre­cy­zyj­ny, lo­gicz­ny, bez skłon­no­ści do dra­ma­ty­zo­wa­nia. Hen­ry stu­dio­wał na ostat­nim roku pra­wa. Roz­glą­dał się za pra­cą, po­nie­waż sły­szał, że trud­no jest zna­leźć do­brą po­sa­dę. Bę­dzie tę­sk­nił za stu­dia­mi. Bę­dzie mu bra­ko­wa­ło ko­le­gów ze stu­diów. I na­praw­dę bę­dzie tę­sk­nił za Lucy.

Tę­sk­nił za Lucy.

To zda­nie prze­czy­ta­ła czte­ry razy, po­tem pią­ty, a po­tem tyle, że aż stra­ci­ła ra­chu­bę. Hen­ry tę­sk­nił za Lucy. Brat tę­sk­nił za sio­strą.

Lucy też za sobą tę­sk­ni­ła.

Jed­nak Lucy upu­ści­ła to­reb­kę na rogu tam­tej uli­cy i praw­do­po­dob­nie Ju­ice zdą­żył już do­rwać ją w swo­je łapy. Pew­nie wy­rzu­cił wszyst­ko na chod­nik i sta­ran­nie prze­cze­sał całą za­war­tość, zu­peł­nie jak­by na­le­ża­ła do nie­go. To ozna­cza­ło, że zna­lazł list Hen­ry’ego, a tak­że ku­chen­ny nóż Lucy – tak ostry, że bez tru­du mo­gła nim prze­ciąć skó­rę na no­dze. Zresz­tą zro­bi­ła to w ze­szłym ty­go­dniu, tyl­ko po to, by się upew­nić, czy jej rany wciąż będą krwa­wić.

Na na­stęp­nym rogu Lucy skrę­ci­ła w lewo i od­wró­ci­ła się, żeby po­pa­trzeć na księ­życ. Na­kłu­wał nie­zmie­rzo­ną prze­strzeń ciem­ne­go nie­ba za­krzy­wio­nym brze­giem zło­ci­ste­go pa­znok­cia. W dali ma­ja­czył szkie­let nie­ukoń­czo­ne­go jesz­cze ho­te­lu Pe­ach­tree Pla­za – naj­wyż­sze­go ho­te­lu na świe­cie. Całe mia­sto wy­da­wa­ło się być w bu­do­wie. W cią­gu roku czy dwóch lat mia­ły po­wstać w cen­trum ty­sią­ce no­wych po­ko­jów ho­te­lo­wych. Wte­dy bez wąt­pie­nia biz­nes znów roz­kwit­nie. Zwłasz­cza ten, któ­ry pro­wa­dzi się na uli­cach.

Szcze­rze wąt­pi­ła, czy do­ży­je tych cza­sów i uj­rzy to na wła­sne oczy.

Zno­wu się po­tknę­ła, a wte­dy ból wy­strze­lił wzdłuż jej krę­go­słu­pa. Fi­zycz­ne ob­ra­że­nia, któ­rych nie­daw­no do­zna­ła, wła­śnie da­wa­ły o so­bie znać. Mu­sia­ła mieć pęk­nię­te że­bro. Poza tym zda­wa­ła so­bie spra­wę, że Ju­ice zła­mał jej nos. Za­cisk w żo­łąd­ku z każ­dą chwi­lą sta­wał się co­raz moc­niej­szy. Wkrót­ce bę­dzie jej ko­niecz­nie po­trzeb­na daw­ka nar­ko­ty­ku, bo w prze­ciw­nym ra­zie wpad­nie w de­li­rium.

Lucy zmu­sza­ła się, żeby sta­wiać ko­lej­ne kro­ki.

Pro­szę… – mo­dli­ła się do Boga z Gra­dy Ho­spi­tal. – Spraw, żeby dali mi me­ta­don. Żeby po­zwo­li­li mi po­ło­żyć się do łóż­ka i żeby byli dla mnie mili. Żeby…

Na­gle za­trzy­ma­ła się. Do dia­bła, co jej strze­li­ło do gło­wy? Dla­cze­go mia­ła za­miar po­wie­rzyć swój los ja­kiejś pie­przo­nej pie­lę­gniar­ce, któ­ra tyl­ko rzu­ci na nią okiem i już bę­dzie wie­dzia­ła, z kim ma do czy­nie­nia? Po­win­na czym prę­dzej wró­cić na swo­ją uli­cę. Po­win­na udo­bru­chać Ju­ice’a. Po­win­na paść przed nim na ko­la­na i bła­gać o wy­ba­cze­nie. O li­tość. O daw­kę. O zba­wie­nie.

– Do­bry wie­czór, sio­stro.

Lucy od­wró­ci­ła się na pię­cie, pod­świa­do­mie spo­dzie­wa­jąc się, że uj­rzy za sobą Hen­ry’ego, cho­ciaż on nig­dy nie wi­tał jej w ten spo­sób. Pół­to­ra me­tra za nią stał ja­kiś męż­czy­zna. Bia­ły męż­czy­zna. Wy­so­ki. Ukry­ty w cie­niu. Ręka Lucy po­fru­nę­ła w kie­run­ku pier­si i tam się za­trzy­ma­ła. Ser­ce wa­li­ło jej jak mło­tem. Po­win­na była bar­dziej się pil­no­wać, a nie po­zwo­lić za­sko­czyć się ja­kie­muś gnoj­ko­wi. Od­ru­cho­wo się­gnę­ła po to­reb­kę, po nóż, któ­ry trzy­ma­ła w środ­ku, za póź­no przy­po­mi­na­jąc so­bie, że prze­cież wszyst­ko stra­ci­ła.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­tał męż­czy­zna.

Był gład­ko ogo­lo­ny, a cze­goś ta­kie­go Lucy od daw­na nie wi­dzia­ła, no może z wy­jąt­kiem gli­nia­rzy. Był sza­ty­nem i no­sił wło­sy przy­cię­te na jeża oraz krót­kie bacz­ki. Na­wet o tak póź­nej po­rze na jego twa­rzy nie było cie­nia za­ro­stu. Pew­nie ja­kiś wo­jak, do­my­śli­ła się Lucy. Te­raz mnó­stwo ta­kich chło­pa­ków wra­ca­ło z Wiet­na­mu. Za pół roku ten du­pek za­cznie wy­glą­dać tak samo jak wszy­scy inni we­te­ra­ni, któ­rych Lucy mia­ła oka­zję spo­tkać, to zna­czy bę­dzie no­sił brud­ne ku­dły za­ple­cio­ne w war­kocz, z byle po­wo­du tłukł ja­kąś ko­bie­tę i opo­wia­dał bzdu­ry na te­mat Czło­wie­ka.

Po­sta­ra­ła się, żeby jej głos za­brzmiał moc­no i zde­cy­do­wa­nie.

– Wy­bacz, przy­stoj­niacz­ku, ale dziś już je­stem wy­koń­czo­na.

Sło­wa od­bi­ja­ły się echem po pie­cza­rze utwo­rzo­nej z wy­so­kich ścian bu­dyn­ków. Lucy zda­wa­ła so­bie spra­wę, że beł­ko­cze, ale wy­pro­sto­wa­ła przy­gar­bio­ne ra­mio­na, żeby gość przy­pad­kiem nie po­my­ślał, że ła­two mu z nią pój­dzie.

– Za­mknę­łam in­te­res – do­da­ła.

– Nie szu­kam oka­zji do in­te­re­sów – wy­ja­śnił, przy­bli­ża­jąc się o krok.

W rę­kach trzy­mał ja­kąś opa­słą księ­gę. Bi­blia, do­my­śli­ła się Lucy.

– Psia­krew – wy­mam­ro­ta­ła.

Cho­le­ra, wszę­dzie było ich peł­no. Mor­mo­ni, świad­ko­wie Je­ho­wy, na­wet na­rwań­cy z miej­sco­wych ka­to­lic­kich pa­ra­fii…

– Po­słu­chaj, przy­stoj­niacz­ku. Nie po­trze­bu­ję, żeby ktoś mnie zba­wiał.

– Nie­na­wi­dzę się sprze­czać, sio­stro, ale we­dług mnie wy­glą­dasz tak, jak­byś tego po­trze­bo­wa­ła.

– Nie je­stem two­ją sio­strą. Mam bra­ta i na pew­no to nie ty nim je­steś.

Lucy od­wró­ci­ła się do nie­go ple­ca­mi i ru­szy­ła przed sie­bie. Nie, nie mo­gła od razu wró­cić do Ju­ice’a. Nie wy­trzy­ma­ła­by ko­lej­ne­go bi­cia. Le­piej pój­dzie do szpi­ta­la i na­ro­bi ta­kie­go smro­du, że będą mu­sie­li dać jej coś na uspo­ko­je­nie. Przy­najm­niej dzię­ki temu ja­koś prze­trzy­ma noc.

– Za­ło­żę się, że on mar­twi się o cie­bie.

Lucy za­trzy­ma­ła się.

– Twój brat – wy­ja­śnił nie­zna­jo­my. – Za­ło­żę się, że on się o cie­bie mar­twi. Przy­najm­niej ja bym się mar­twił, gdy­bym był na jego miej­scu.

Za­ci­snę­ła moc­no dło­nie, ale się nie od­wró­ci­ła. Po pro­stu szła przed sie­bie. Kro­ki po­dą­ża­ły jej śla­dem. Ale Lucy nie przy­spie­szy­ła. Nie mo­gła przy­spie­szyć. Ból w żo­łąd­ku był tak in­ten­syw­ny, jak­by ktoś no­żem roz­ci­nał jej trze­wia. Szpi­tal wy­da­wał się świet­nym roz­wią­za­niem, ale na jed­ną noc. Po­tem na­dej­dzie ju­tro, a póź­niej na­stęp­ny dzień i jesz­cze na­stęp­ny… Bę­dzie mu­sia­ła zna­leźć ja­kiś spo­sób, żeby na nowo wku­pić się w ła­ski Ju­ice’a. Dziś i tak in­te­res szedł dość kiep­sko. Na­wet Kit­ty nie za­ro­bi­ła zbyt wie­le. Ju­ice’owi za­le­ża­ło wy­łącz­nie na twar­dej, kon­kret­nej go­tów­ce, a Lucy przy­pusz­cza­ła, że ten zbzi­ko­wa­ny wy­znaw­ca Je­zu­sa ma przy so­bie co naj­mniej dzie­sięć bak­sów. Tak, Ju­ice z pew­no­ścią spu­ści jej la­nie, ale pie­nią­dze zła­go­dzą siłę jego cio­sów.

– Chcę do nie­go za­dzwo­nić. – Lucy szła rów­nym, spo­koj­nym kro­kiem. – Chcę za­dzwo­nić do mo­je­go bra­ta. Przyj­dzie, żeby mnie za­brać. Po­wie­dział, że to zro­bi.

Kła­ma­ła jak bura suka, ale jej ton brzmiał prze­ko­ny­wu­ją­co.

– Tyle tyl­ko, że nie mam pie­nię­dzy. Żeby do nie­go za­dzwo­nić, rzecz ja­sna.

– Je­śli cho­dzi o pie­nią­dze, to mogę ci dać.

Lucy zno­wu się za­trzy­ma­ła. Po­wo­li, bez po­śpie­chu od­wró­ci­ła się do tyłu. Męż­czy­zna stał w sre­brzy­stej smu­dze świa­tła, któ­ra pa­da­ła z holu po­bli­skie­go biu­row­ca. Lucy była dość wy­so­ka – bez ob­ca­sów mie­rzy­ła metr sie­dem­dzie­siąt – ale ten gość mu­siał mieć do­brze po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Trzy­ma­ją­ce Bi­blię ręce spra­wia­ły wra­że­nie po­tęż­nych, a ra­mio­na były sze­ro­kie i moc­ne. Miał dłu­gie nogi, ale nie za chu­de. Lucy po­tra­fi­ła pę­dzić jak strza­ła, zwłasz­cza kie­dy coś ją wy­stra­szy­ło. W chwi­li gdy gość wyj­mie port­fel, Lucy wy­rwie mu pie­nią­dze i uciek­nie.

– Je­steś z ma­ry­nar­ki czy jak? – spy­ta­ła.

– F–4 – wy­ja­śnił, prze­su­wa­jąc się o krok w jej kie­run­ku. – Nie­zdol­ny do służ­by ze wska­zań me­dycz­nych.

Zda­niem Lucy wy­glą­dał na cał­kiem spraw­ne­go. Pew­nie ta­tuś wy­ku­pił syn­ka z po­bo­ru do woj­ska, tak samo jak tata Lucy za­ła­twił spra­wę z Hen­rym.

– Daj mi tro­chę pie­nię­dzy, że­bym mo­gła za­dzwo­nić do bra­ta. – Przy­po­mnia­ła so­bie. – Pro­szę…

– Gdzie on jest?

– W Ate­nach.

– W Gre­cji?

Par­sk­nę­ła śmie­chem.

– W Geo­r­gii. Jest w col­le­ge’u. Stu­diu­je pra­wo i wła­śnie ma się że­nić. Chcia­ła­bym do nie­go za­dzwo­nić. Z gra­tu­la­cja­mi. I oczy­wi­ście po­pro­sić, żeby mnie stąd za­brał i za­wiózł do domu – do­da­ła szyb­ko. – Do mo­jej ro­dzi­ny. Tam, gdzie jest moje miej­sce.

Męż­czy­zna znów po­stą­pił krok do przo­du. Świa­tło wy­do­by­ło z mro­ku rysy jego twa­rzy – cał­kiem nor­mal­nej twa­rzy, zu­peł­nie prze­cięt­nej. Nie­bie­skie oczy. Ład­ne usta. Ostry nos. Kwa­dra­to­wa szczę­ka.

– Dla­cze­go ty nie je­steś w col­le­ge’u? – za­py­tał.

Lucy na­gle po­czu­ła na kar­ku dziw­ne mro­wie­nie. Nie była pew­na, jak po­win­na opi­sać wła­sne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny tro­chę bała się tego męż­czy­zny, z dru­giej my­śla­ła, że na­wet nie po­tra­fi so­bie przy­po­mnieć, od ilu lat nie roz­ma­wia­ła w ten spo­sób z żad­nym fa­ce­tem. Zresz­tą on wca­le nie pa­trzył na nią jak na zwy­kłą dziw­kę. Nie pro­po­no­wał żad­nej trans­ak­cji. W jego oczach nie kry­ło się nic, co mo­gło­by jej za­su­ge­ro­wać, że ten czło­wiek sta­no­wi za­gro­że­nie. A jed­nak do­cho­dzi­ła dru­ga w nocy, on zaś znaj­do­wał się na pu­stej uli­cy w dziel­ni­cy, w któ­rej za­my­ka­no drzwi mniej wię­cej o szó­stej po po­łu­dniu, kie­dy wszy­scy bia­li je­cha­li z po­wro­tem do swo­ich do­mów na przed­mie­ściach.

Praw­da była taka, że żad­ne z nich nie na­le­ża­ło do tego oto­cze­nia.

– Sio­stro… – Znów przy­su­nął się o krok. Lucy była za­szo­ko­wa­na, wi­dząc w jego wzro­ku au­ten­tycz­ną tro­skę. – Nie chcę, że­byś się mnie oba­wia­ła. Niech Pan pro­wa­dzi moją rękę.

Lucy mia­ła kło­pot z od­po­wie­dzią. Mi­nę­ły lata, od­kąd ktoś pa­trzył na nią z uczu­ciem choć­by w przy­bli­że­niu przy­po­mi­na­ją­cym współ­czu­cie.

– Dla­cze­go uwa­żasz, że się cie­bie boję?

– Bo my­ślę, Lucy, że ty od daw­na ży­jesz w stra­chu.

– Nie masz po­ję­cia, jak… – Urwa­ła w pół sło­wa. – Skąd wiesz, jak mam na imię?

Wy­da­wał się zbi­ty z tro­pu.

– Sama po­wie­dzia­łaś mi przed chwi­lą.

– Nie, nie po­wie­dzia­łam.

– Parę mi­nut temu po­wie­dzia­łaś, że na­zy­wasz się Lucy. – Nie­zna­jo­my pod­niósł wy­żej Bi­blię dla pod­kre­śle­nia praw­dzi­wo­ści swo­ich słów. – Przy­się­gam.

Po­czu­ła, że za­schło jej w gar­dle, jak­by cała śli­na gdzieś znik­nę­ła. Jej imię było jej ta­jem­ni­cą. Nig­dy nie przy­zna­wa­ła się ob­cym fa­ce­tom, jak ma na imię.

– Nie, na pew­no ci tego nie po­wie­dzia­łam.

– Lucy…

Te­raz od Lucy dzie­li­ło go mniej niż dwa me­try. W jego oczach nadal kry­ło się to samo za­tro­ska­nie, choć mógł z ła­two­ścią zro­bić jesz­cze je­den krok i owi­nąć rę­ko­ma jej szy­ję, za­nim ona zdą­ży się zo­rien­to­wać, co jest gra­ne.

Ale on nie ru­szył się z miej­sca. Po pro­stu stał tam, przy­ci­ska­jąc Bi­blię do pier­si.

– Pro­szę, nie bój się mnie. Na­praw­dę nie masz po­wo­du, żeby się mnie oba­wiać.

– Dla­cze­go tu je­steś?

– Żeby ci po­móc. Bo chcę, że­byś zo­sta­ła zba­wio­na.

– Nie po­trze­bu­ję zba­wie­nia. Po­trze­bu­ję kasy, ro­zu­miesz?

– Już po­wie­dzia­łem, że dam ci wszyst­kie pie­nią­dze, któ­re są ci po­trzeb­ne.

Wło­żył Bi­blię pod pa­chę i wy­cią­gnął z kie­sze­ni port­fel. Bez tru­du mo­gła ze swo­je­go miej­sca do­strzec sta­ran­nie uło­żo­ny plik bank­no­tów. Set­ki do­la­rów. Roz­ło­żył je jak wa­chlarz.

– Chcę się tobą za­opie­ko­wać. To je­dy­ne, cze­go kie­dy­kol­wiek chcia­łem.

Lucy czu­ła, że jej głos drży. Nie mo­gła ode­rwać wzro­ku od pli­ku pie­nię­dzy. Tam było przy­najm­niej pięć se­tek, a moż­li­we, że wię­cej.

– Ja cie­bie nie znam.

– Owszem. Na ra­zie.

Nogi Lucy same cof­nę­ły się o krok, choć prze­cież mia­ła rzu­cić się do przo­du, wy­rwać kasę i zwie­wać stąd jak naj­szyb­ciej. Je­śli gość przej­rzał jej pla­ny, nie dał tego po so­bie po­znać. Po pro­stu stał tam z set­ka­mi do­la­rów, któ­re w jego po­tęż­nych łap­skach wy­glą­da­ły jak plik pocz­to­wych znacz­ków; nie po­ru­szył się ani nic nie po­wie­dział. Tyle for­sy… Pięć­set do­la­rów… Mo­gła­by za to wy­na­jąć po­kój w ho­te­lu i nie wra­cać na uli­cę przez ład­ne parę mie­się­cy, może na­wet przez rok.

Ser­ce Lucy tłu­kło się jak osza­la­łe, ude­rza­jąc od we­wnątrz o po­ła­ma­ne że­bra. Była roz­dar­ta mię­dzy pra­gnie­niem wy­rwa­nia for­sy i ra­to­wa­nia się uciecz­ką, żeby oca­lić wła­sną skó­rę, a zwy­czaj­ną chę­cią p o r z u c e n i a do­tych­cza­so­we­go ży­cia. Drob­ne wło­ski na jej dło­niach sta­nę­ły dęba, a ręce drża­ły ni­czym w fe­brze. Gdzieś za ple­ca­mi po­czu­ła pro­mie­nio­wa­nie cie­pła i przez mo­ment przy­pusz­cza­ła, że nad Pe­ach­tree Pla­za po­ja­wi­ło się wscho­dzą­ce słoń­ce, kła­dąc się smu­ga­mi na as­fal­cie uli­cy i otu­la­jąc cie­płem zzięb­nię­ty kark i ra­mio­na Lucy. Czy to był znak z góry? Czy w koń­cu na­de­szła chwi­la jej zba­wie­nia?

Nie, nie zba­wie­nia. Po pro­stu oka­zja zdo­by­cia pie­nię­dzy.

Zmu­si­ła się, by po­stą­pić krok na­przód. Po­tem jesz­cze je­den.

– Chcę cię le­piej po­znać – po­wie­dzia­ła temu fa­ce­to­wi, peł­na obaw, że jej sło­wa za­mie­nią się w nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny beł­kot.

Uśmiech­nął się.

– To do­brze, sio­stro.

Zmu­si­ła się, żeby od­wza­jem­nić jego uśmiech; żeby za­okrą­glić ra­mio­na, dzię­ki cze­mu wy­glą­da­ła mło­dziej, bar­dziej słod­ko i nie­win­nie. A po­tem jak bły­ska­wi­ca zła­pa­ła plik bank­no­tów i od­wró­ci­ła się, by po­pę­dzić przed sie­bie, lecz jej cia­ło szarp­nę­ło do tyłu jak wy­strze­lo­ne z pro­cy.

– Nie pró­buj ze mną wal­czyć – po­wie­dział, za­ci­ska­jąc pal­ce do­oko­ła jej nad­garst­ka. Po­ło­wa przed­ra­mie­nia Lucy znik­nę­ła we wnę­trzu jego dło­ni. – Nie mo­żesz uciec.

Lucy pod­da­ła się na­tych­miast. Nie mia­ła wy­bo­ru. Ból prze­szy­wał na wskroś jej kark, gło­wa pul­so­wa­ła bo­le­śnie, a ra­mio­na trzesz­cza­ły, wy­krę­ca­ne ze sta­wów. Mimo to trzy­ma­ła moc­no zwi­tek bank­no­tów. Czu­ła, jak sztyw­ny pa­pier dra­pie jej dłoń.

– Sio­stro, cze­mu po­żą­dasz ży­cia w grze­chu?

– Nie wiem.

Wpa­tru­jąc się w zie­mię, po­krę­ci­ła gło­wą i siorb­nę­ła do­no­śnie, żeby wcią­gnąć z po­wro­tem kro­plę krwi, któ­ra ka­pa­ła jej z nosa. Te­raz po­czu­ła, że po­dob­ny do ima­dła ucisk za­czy­na się roz­luź­niać.

– Sio­stro…

Gwał­tow­nie wy­krę­ci­ła rękę spo­mię­dzy jego pal­ców, czu­jąc, jak roz­dzie­ra so­bie skó­rę, zu­peł­nie jak­by zdej­mo­wa­ła za cia­sną rę­ka­wicz­kę. Po­tem po­bie­gła przed sie­bie naj­szyb­ciej i naj­moc­niej, jak tyl­ko zdo­ła­ła, ude­rza­jąc twar­do bo­sy­mi sto­pa­mi i pom­pu­jąc rę­ko­ma. Jed­no skrzy­żo­wa­nie. Dru­gie. Otwo­rzy­ła usta, ła­piąc po­wie­trze po­tęż­ny­mi hau­sta­mi, któ­re wy­sy­ła­ło w głąb jej pier­si kłu­ją­ce fale cier­pie­nia. Pęk­nię­te że­bra. Zła­ma­ny nos. Wy­bi­te zęby. Pie­nią­dze w ręku. Pięć­set do­la­rów. Po­kój w ho­te­lu. Bi­let na au­to­bus. Tyle hery, ile zdo­ła prze­tra­wić. Była wol­na. Niech to szlag, na­resz­cie była wol­na!

Przy­najm­niej do mo­men­tu, gdy jej gło­wa po­le­cia­ła do tyłu. Skó­ra na gło­wie roz­je­cha­ła się jak ze­psu­ty za­mek bły­ska­wicz­ny, z któ­re­go ktoś wy­ła­mał ząb­ki, pod­czas gdy ka­wał­ki wło­sów zo­sta­ły wy­rwa­ne aż u na­sa­dy, ra­zem z ce­bul­ka­mi. Lucy ani na chwi­lę nie zwol­ni­ła pędu. Uj­rza­ła, jak jej nogi wy­su­wa­ją się przed nią, jak sto­py znaj­du­ją się na wy­so­ko­ści pod­bród­ka, a po­tem grzmot­nę­ła ple­ca­mi o zie­mię i roz­cią­gnę­ła się jak dłu­ga.

– Nie walcz – po­wie­dział nie­zna­jo­my, sia­da­jąc na niej okra­kiem i za­ci­ska­jąc pal­ce na jej szyi.

Lucy wbi­ła pa­zu­ry w jego dło­nie, lecz bez­li­to­sny uścisk nie ze­lżał ani na chwi­lę. Z roz­dar­te­go skal­pu lała się krew, wpły­wa­jąc do oczu, nosa i ust.

Nie mo­gła krzy­czeć. Się­gnę­ła na oślep, żeby wbić pa­znok­cie w gał­ki jego oczu, lecz pod pal­ca­mi po­czu­ła szorst­ką skó­rę po­licz­ka, a po­tem ręce opa­dły bez­wład­nie, bo za­bra­kło jej sił, żeby trzy­mać je w gó­rze. Gdy jej cia­ło na­prę­ży­ło się spa­zma­tycz­nie, jego od­dech wy­raź­nie przy­spie­szył. Cie­pły mocz po­pły­nął po udach Lucy. Czu­ła jego pod­nie­ce­nie, na­wet wów­czas gdy roz­pacz zwy­cię­ży­ła. Wła­ści­wie dla kogo sta­ra­ła się wal­czyć? Kogo to ob­cho­dzi, czy Lucy Ben­nett żyje, czy umar­ła? Może Hen­ry zmar­twi się, usły­szaw­szy wieść o jej śmier­ci, lecz ro­dzi­ce Lucy, jej daw­ni przy­ja­cie­le, na­wet pani Hen­der­son, za­pew­ne nie po­czu­ją ni­cze­go poza wiel­ką ulgą.

Wresz­cie na­de­szło nie­uchron­ne.

Ję­zyk Lucy na­brzmiał, wy­peł­nia­jąc całe gar­dło, zaś ob­raz przed oczy­ma za­czął się roz­ma­zy­wać. To nie mia­ło sen­su. W płu­cach nie zo­sta­ła na­wet odro­bi­na tchu, tlen nie do­cie­rał do mó­zgu… Czu­ła, że za­czy­na się pod­da­wać, że roz­luź­nia wszyst­kie mię­śnie. Jej gło­wa bez­wład­nie ude­rzy­ła o pły­ty chod­ni­ka. Lucy pod­nio­sła wzrok ku gó­rze. Nie­bo wy­da­wa­ło się nie­wia­ry­god­nie ciem­ne, z le­d­wie wi­docz­ny­mi punk­ci­ka­mi gwiazd. Nie­zna­jo­my wpa­try­wał się w jej twarz, a w jego oczach kry­ła się ta sama tro­ska, któ­rą za­uwa­ży­ła wcze­śniej.

Tyle tyl­ko, że te­raz na jego ustach go­ścił uśmiech.

OBECNIEPONIEDZIAŁEKROZDZIAŁ 2

Will Trent nig­dy nie był sam w czy­imś miesz­ka­niu, chy­ba że cho­dzi­ło o ko­goś, kto już nie żyje. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że jest to ce­cha, któ­rą dzie­li z całą rze­szą se­ryj­nych mor­der­ców, do któ­rych zresz­tą upodob­nił się w wie­lu in­nych aspek­tach ży­cia. Na szczę­ście Will był agen­tem GBI1, więc prze­szu­ki­wa­nie pu­stych ła­zie­nek i opusz­czo­nych sy­pial­ni pod­cho­dzi­ło pod ka­te­go­rię na­ru­sze­nia cu­dzej wła­sno­ści w imię wyż­szych ce­lów.

Jed­nak to ob­ja­wie­nie wca­le nie uśmie­rzy­ło jego obaw, kie­dy ma­sze­ro­wał przez apar­ta­ment na­le­żą­cy do Sary Lin­ton. Wciąż mu­siał po­wta­rzać so­bie, że prze­by­wa tu­taj cał­kiem le­gal­nie i ze słusz­ne­go po­wo­du – po pro­stu Sara po­pro­si­ła go, żeby na­kar­mił i wy­pro­wa­dził psy, pod­czas gdy ona pra­cu­je na do­dat­ko­wej zmia­nie w szpi­ta­lu. Poza tym trud­no było uznać ich za obce so­bie oso­by. Po­zna­li się pra­wie rok temu, żeby osta­tecz­nie przed dwo­ma ty­go­dnia­mi na­wią­zać bliż­sze sto­sun­ki. Od tam­tej pory Will spę­dzał tu­taj pra­wie każ­dą noc. Jesz­cze wcze­śniej miał oka­zję po­znać ro­dzi­ców Sary. Na­wet jadł obiad w jej ro­dzin­nym domu. Bio­rąc pod uwa­gę tak da­le­ko po­su­nię­tą za­ży­łość, myśl, że oto wkro­czył na cu­dzy te­ren, wy­da­wa­ła się zu­peł­nie po­zba­wio­na sen­su.

Ale mimo to nadal od­no­sił wra­że­nie, jak­by do­stał się tu ukrad­kiem.

Może bra­ło się to stąd, że czuł się dziw­nie, sie­dząc tu­taj sam. Will był cał­kiem pew­ny, że ma ob­se­sję na punk­cie Sary Lin­ton. Chciał wie­dzieć o niej do­słow­nie wszyst­ko. I cho­ciaż nie owład­nę­ło nim nie­od­par­te pra­gnie­nie, żeby zrzu­cić ubra­nie i ta­rzać się nago po jej łóż­ku – przy­najm­niej nie wte­dy, kie­dy Sara nie mo­gła mu w tym to­wa­rzy­szyć – to jed­nak czuł przy­mus, by prze­glą­dać sto­ją­ce na pół­kach dro­bia­zgi i grze­bać w szu­fla­dach. Kor­ci­ło go, żeby prze­rzu­cić parę stron w al­bu­mach ze zdję­cia­mi, któ­re Sara trzy­ma­ła w pu­dle w sy­pial­nia­nej sza­fie, a tak­że przej­rzeć ko­lek­cję ksią­żek i spraw­dzić ze­staw ścią­gnię­tych z sie­ci utwo­rów.

Oczy­wi­ście to wca­le nie ozna­cza­ło, że za­cznie dzia­łać pod wpły­wem im­pul­sów. In­a­czej niż więk­szość se­ryj­nych mor­der­ców Will zda­wał so­bie spra­wę, że każ­da z tych spraw do­pro­wa­dzi go do gra­ni­cy, za któ­rą jest już tyl­ko ohyd­ne wścib­stwo. Jed­nak nie­za­spo­ko­jo­ne pra­gnie­nie za­kłó­ca­ło jego we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę.

Po­wie­sił smy­cze psów na ha­czy­ku we­wnątrz sza­fy w przed­po­ko­ju. Oby­dwa na­le­żą­ce do Sary char­ty wsko­czy­ły na sto­ją­cą w sa­lo­nie ka­na­pę, a pro­mie­nie słoń­ca bie­li­ły ich pło­wą sierść. Loft mie­ścił się na ostat­nim pię­trze w na­roż­ni­ku bu­dyn­ku, co naj­le­piej świad­czy­ło o tym, że zde­cy­do­wa­nie le­piej być pe­dia­trą niż zwy­kłym urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym. Przez prze­szklo­ną ścia­nę w kształ­cie li­te­ry L roz­cią­gał się ba­jecz­ny wi­dok na cen­trum Atlan­ty. Bank Ame­ri­ca Pla­za wy­glą­dał tak, jak­by bu­dow­ni­czo­wie za­po­mnie­li ro­ze­brać rusz­to­wa­nie. Po­dob­na do scho­dów wie­ża Geo­r­gia Pa­ci­fic wzno­si­ła się nad ki­nem, w któ­rym nie­gdyś od­by­ła się pre­mie­ra Prze­mi­nę­ło z wia­trem. Ma­lut­ki bu­dy­nek Equ­ita­ble przy­po­mi­nał czar­ny, gra­ni­to­wy przy­cisk do pa­pie­ru, któ­ry przy­kuc­nął obok po­jem­ni­ka na ołów­ki, czy­li We­stin Pe­ach­tree Pla­za.

Je­śli cho­dzi o spra­wy czy­sto for­mal­ne, Atlan­ta na­le­ża­ła do nie­wiel­kich miast – po­pu­la­cja lu­dzi sta­le miesz­ka­ją­cych w ob­rę­bie me­tro­po­lii nie­wie­le prze­kra­cza­ła pięć­set ty­się­cy osób. Jed­nak wy­star­czy­ło roz­sze­rzyć ich o tych, któ­rych obej­mo­wa­ła li­nia me­tra, i licz­ba do­cho­dzi­ła do sze­ściu mi­lio­nów. Mia­sto było mek­ką Pied­mon­tu – cen­trum biz­ne­so­wym Po­łu­dnio­we­go Wscho­du. Tu­taj mó­wio­no sześć­dzie­się­cio­ma ję­zy­ka­mi. Wię­cej było po­ko­jów ho­te­lo­wych niż sta­łych miesz­kań­ców, a biur wię­cej niż pra­cu­ją­cych tam osób. W cią­gu roku po­peł­nia­no trzy­sta mor­derstw, zgła­sza­no ty­siąc sto gwał­tów i nie­mal trzy­na­ście ty­się­cy prze­stępstw z uży­ciem fi­zycz­nej prze­mo­cy.

Atlan­ta ra­czej przy­po­mi­na­ła małe mia­sto, któ­re ma pre­dys­po­zy­cje do awan­tur.

Will po­wę­dro­wał do kuch­ni i pod­niósł z pod­ło­gi mi­ski na wodę. Na myśl o po­wro­cie do swo­je­go ma­łe­go dom­ku po­czuł się strasz­nie sa­mot­ny, co wy­da­wa­ło się dziw­ne, zwa­żyw­szy, że Will do­ra­stał, nie ma­rząc o ni­czym in­nym, jak tyl­ko o tym, że kie­dyś bę­dzie sam. Osta­tecz­nie w jego ży­ciu było coś wię­cej poza Sarą Lin­ton. Miał pra­cę. Miał wła­sne­go psa, o któ­re­go na­le­ża­ło się za­trosz­czyć. Miał dom. Na­wet kie­dyś był żo­na­ty. For­mal­nie rzecz bio­rąc, sy­tu­acja do­tąd nie ule­gła zmia­nie, choć do nie­daw­na to nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia.

Will skoń­czył osiem lat, kie­dy gli­nia­rze przy­wieź­li do domu dziec­ka w Atlan­cie nie­ja­ką An­gie Po­la­ski. Mia­ła je­de­na­ście lat i była dziew­czyn­ką, co zwięk­sza­ło szan­se na ad­op­cję, lecz An­gie była py­ska­ta i dzi­ka, i nikt nie chciał jej wziąć. Nikt też nie chciał za­brać Wil­la. Więk­szą część wcze­sne­go dzie­ciń­stwa spę­dził, wy­mel­do­wu­jąc się i mel­du­jąc z po­wro­tem w domu dziec­ka, ni­czym pod­nisz­czo­na książ­ka, któ­rą bez prze­rwy wy­po­ży­cza­ją z bi­blio­te­ki. Ja­kimś cu­dem obec­ność An­gie spra­wia­ła, że jego ży­cie wy­da­wa­ło się bar­dziej zno­śne. Oczy­wi­ście z wy­jąt­kiem tych oka­zji, kie­dy przez nią sta­wa­ło się nie do znie­sie­nia.

Ślub wzię­li przed dwo­ma laty. Mał­żeń­stwo zo­sta­ło za­war­te w cho­ler­nym po­śpie­chu, co pew­nie tłu­ma­czy, dla­cze­go żad­ne z nich nie bra­ło go zbyt se­rio. An­gie wy­trzy­ma­ła nie­ca­ły ty­dzień. Dwa dni po uro­czy­sto­ści Will obu­dził się i za­uwa­żył, że ciu­chy żony znik­nę­ły, a dom świe­ci pust­ka­mi. Wca­le się nie zdzi­wił. Na­wet go to nie za­bo­la­ło. Praw­dę mó­wiąc, po­czuł ogrom­ną ulgę, że sta­ło się to wcze­śniej niż póź­niej. An­gie ucie­ka­ła mu przez cały czas i Will wie­dział, że wró­ci. Za­wsze wra­ca­ła.

Tyle tyl­ko, że tym ra­zem – po raz pierw­szy – coś się zda­rzy­ło pod­czas nie­obec­no­ści An­gie. Zda­rzy­ła się Sara. Jej od­dech, kie­dy dy­sza­ła mu pro­sto w ucho, i do­tyk jej pal­ców, gdy prze­su­wa­ła nimi wzdłuż jego krę­go­słu­pa. Był jej smak i był jej za­pach. Były wszyst­kie te rze­czy, któ­rych Will nig­dy nie za­uwa­żał u An­gie.

Mla­snął do­no­śnie, sta­wia­jąc peł­ne mi­ski na pod­ło­dze. Na psach nie wy­war­ło to naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Ża­den z nich nie ru­szył się z ka­na­py.

Glock Wil­la le­żał na bla­cie, obok ma­ry­nar­ki. Przy­piął ka­bu­rę do pasa i za­kła­da­jąc ma­ry­nar­kę, zer­k­nął na ze­gar ku­chen­ny. Zmia­na Sary koń­czy­ła się za pięć mi­nut, co ozna­cza­ło, że Will ma przy­najm­niej dzie­sięć mi­nut do wyj­ścia. Pew­nie za­dzwo­ni do nie­go, kie­dy do­trze już do domu. Wte­dy po­wie jej, że jest za­wa­lo­ny pa­pier­ko­wą ro­bo­tą, albo że wła­śnie wy­bie­ra się na bież­nię, albo wy­my­śli jesz­cze ja­kieś kłam­stwo, żeby ja­sno za­zna­czyć, że wca­le nie sie­dział z za­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma, cze­ka­jąc na jej te­le­fon, a po­tem wró­ci tu jak naj­szyb­ciej, jak Ju­lie An­drews w Dźwię­kach mu­zy­ki, kie­dy w pod­sko­kach bie­gła na wzgó­rze.

Wła­śnie zmie­rzał ku drzwiom, kie­dy w jego kie­sze­ni za­wi­bro­wał te­le­fon ko­mór­ko­wy. Na wy­świe­tla­czu Will uj­rzał nu­mer swo­jej sze­fo­wej. Przez uła­mek se­kun­dy za­sta­na­wiał się, czy nie le­piej bę­dzie prze­rzu­cić tę roz­mo­wę na pocz­tę gło­so­wą, choć z do­świad­cze­nia wie­dział, że Aman­da nie da się znie­chę­cić w tak ba­nal­ny spo­sób.

Ode­brał te­le­fon.

– Trent – rzu­cił krót­ko.

– Gdzie je­steś?

Z ja­kie­goś po­wo­du Will uznał to py­ta­nie za na­tręt­ne.

– Cze­mu py­tasz?

Aman­da wes­tchnę­ła ze znu­że­niem. W tle sły­szał ja­kieś ha­ła­sy – ni­ski po­mruk tłu­mu i upo­rczy­we brzę­cze­nie.

– Will, po pro­stu od­po­wiedz.

– U Sary.

Nie ode­zwa­ła się, więc te­raz to on za­dał py­ta­nie.

– A co, je­stem ci po­trzeb­ny?

– Nie, bez­względ­nie nie. Nadal peł­nisz służ­bę na lot­ni­sku, aż otrzy­masz ko­lej­ne in­struk­cje. Zro­zu­mia­łeś? Nic po­nad­to.

Przez mo­ment ga­pił się na te­le­fon, a na­stęp­nie znów przy­ci­snął go do ucha.

– Tak jest.

Na­gle za­koń­czy­ła roz­mo­wę. Will miał wy­raź­ne prze­czu­cie, że pew­nie rzu­ci­ła­by słu­chaw­kę na wi­deł­ki, gdy­by było moż­li­we w przy­pad­ku te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go.

Za­miast wyjść z miesz­ka­nia, Will za­trzy­mał się w przed­po­ko­ju i usi­ło­wał zro­zu­mieć, co przed chwi­lą się wy­da­rzy­ło. Jesz­cze raz prze­po­wie­dział so­bie w my­ślach całą roz­mo­wę z Aman­dą, ale żad­ne oczy­wi­ste wy­ja­śnie­nie nie przy­szło mu do gło­wy. Zresz­tą zdą­żył się przy­zwy­cza­ić do jej mało sub­tel­ne­go za­cho­wa­nia. Gniew i złe hu­mo­ry nie były ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Ale choć Aman­da już nie­raz wy­ła­do­wy­wa­ła na nim swo­ją złość, to jed­nak Will nie po­tra­fił zro­zu­mieć, dla­cze­go tak się za­tro­ska­ła, gdzie on aku­rat prze­by­wa. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, był moc­no zdzi­wio­ny, że w ogó­le ra­czy­ła z nim po­roz­ma­wiać. Od po­nad dwóch ty­go­dni nie miał oka­zji usły­szeć jej gło­su.

Za­stęp­ca dy­rek­to­ra Aman­da Wa­gner była oso­bą pa­mię­ta­ją­cą daw­ne cza­sy i na­le­ża­ła do gro­na tych gli­nia­rzy, któ­rzy bez pro­ble­mu na­gi­na­ją wszel­kie re­gu­ły, byle tyl­ko roz­wią­zać po­wie­rzo­ną im spra­wę, lecz trzy­ma­ją się pod­ręcz­ni­ko­wych za­sad, je­śli cho­dzi o spo­sób ubie­ra­nia się. W GBI wy­ma­ga­no od agen­tów nie­bę­dą­cych taj­nia­ka­mi, żeby no­si­li wło­sy o dłu­go­ści cen­ty­me­tra po­nad koł­nie­rzy­kiem. Przed dwo­ma ty­go­dnia­mi Will obe­rwał od Aman­dy li­nij­ką po kar­ku, a gdy nie zro­zu­miał alu­zji, wy­zna­czy­ła go do peł­nie­nia dy­żu­ru na lot­ni­sku, co wy­ma­ga­ło cią­głe­go włó­cze­nia się po mę­skich to­a­le­tach, zu­peł­nie jak­by cze­kał, aż ktoś zło­ży mu sek­su­al­ną pro­po­zy­cję.

Will po­peł­nił ten błąd i wspo­mniał Sa­rze o swo­jej wład­czy­ni. W za­my­śle ta hi­sto­ryj­ka mia­ła być czymś w ro­dza­ju żar­tu, ale jed­no­cze­śnie mia­ła wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go mu­siał po­biec do fry­zje­ra, za­nim wy­szli ra­zem na ko­la­cję. Sara nie po­wie­dzia­ła mu, żeby nie ob­ci­nał wło­sów. Była na to o wie­le za spryt­na. Po­wie­dzia­ła, że lubi, kie­dy nosi wło­sy wła­śnie ta­kiej dłu­go­ści, i że bar­dzo mu w nich jest do twa­rzy. Mó­wiąc to, gła­dzi­ła go czu­le po szyi. A po­tem za­pro­po­no­wa­ła, żeby za­miast do fry­zje­ra po­szli le­piej do sy­pial­ni, i tam zro­bi­li coś tak nie­przy­zwo­ite­go, że na samą myśl o tym Will na kil­ka se­kund stra­cił wzrok.

Wła­śnie dla­te­go mógł się spo­dzie­wać, że resz­tę swo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej spę­dzi na naj­bar­dziej ru­chli­wym lot­ni­sku świa­ta, peł­niąc w mę­skiej to­a­le­cie rolę bab­ci klo­ze­to­wej.

Ale to nie tłu­ma­czy­ło, dla­cze­go Aman­da sta­ra­ła się na­mie­rzyć go tego kon­kret­ne­go dnia, o tej kon­kret­nej go­dzi­nie.

Ani szu­mu zgro­ma­dzo­ne­go w tle tłu­mu. Ani zna­jo­mych trza­sków, któ­re roz­le­ga­ły się w słu­chaw­ce.

Z po­wro­tem po­szedł do sa­lo­nu. Na jego wi­dok psy prze­su­nę­ły się po­słusz­nie, ale Will nie usiadł obok nich na ka­na­pie. Wziął z szaf­ki pi­lot i włą­czył te­le­wi­zor. Wła­śnie trwał ja­kiś mecz ko­szy­ków­ki. Pstryk­nął parę razy, aż zła­pał miej­sco­wy ka­nał. Za biur­kiem sie­dzia­ła Mo­ni­ca Pe­ar­son, czo­ło­wa dzien­ni­kar­ka Chan­nel Two, pro­wa­dząc pro­gram in­for­ma­cyj­ny na te­mat Bel­tli­ne – no­we­go sys­te­mu bi­le­to­we­go w ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej, któ­ry zo­stał znie­na­wi­dzo­ny przez wszyst­kich w Atlan­cie, z wy­jąt­kiem po­li­ty­ków. Will oparł pa­lec na przy­ci­sku wy­łą­cza­ją­cym od­bior­nik, ale za­nim zdą­żył go na­ci­snąć, ob­raz się zmie­nił. Za­czę­ły się wia­do­mo­ści i nad ra­mie­niem Mo­ni­ki Pe­ar­son po­ja­wi­ła się po­do­bi­zna mło­dej dziew­czy­ny. Kie­dy po re­por­ta­żu roz­po­czę­ła się re­la­cja na żywo z kon­fe­ren­cji pra­so­wej, Will pod­krę­cił gło­śność.

To, co uj­rzał, spra­wi­ło, że od­ru­cho­wo usiadł na ka­na­pie.

Na drew­nia­nym po­dium sta­ła Aman­da Wa­gner, a przed nią kil­ka mi­kro­fo­nów. Cze­ka­ła, aż wszy­scy ucich­ną. Will usły­szał zna­jo­me dźwię­ki: kli­ka­nie ka­mer, a w tle ni­ski po­mruk tłu­mu.

Will już set­ki razy miał oka­zję wi­dzieć swo­ją sze­fo­wą pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wych. Zwy­kle znaj­do­wał się wów­czas z tyłu po­miesz­cze­nia, sta­ra­jąc się uni­kać ka­mer, pod­czas gdy Aman­da pła­wi­ła się w bla­sku nie­po­dziel­nej uwa­gi obec­nych. Uwiel­bia­ła być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia. Roz­ko­szo­wa­ła się każ­dą oka­zją do po­wol­ne­go są­cze­nia in­for­ma­cji, któ­ry­mi kar­mi­li się żąd­ni sen­sa­cji dzien­ni­ka­rze. Ale tym ra­zem było in­a­czej. Gdy ka­me­ra zbli­ży­ła się do po­dium, Will uważ­nie przyj­rzał się twa­rzy Aman­dy. Wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną. Co wię­cej – wy­glą­da­ła, jak­by coś moc­no ją mar­twi­ło.

Wresz­cie prze­mó­wi­ła.

– GBI wy­da­ło ko­mu­ni­kat alar­mo­wy w spra­wie Ash­le­igh Re­nee Sny­der. Za­gi­nię­cie tej dzie­więt­na­sto­let­niej ko­bie­ty zo­sta­ło zgło­szo­ne mniej wię­cej o trze­ciej pięt­na­ście dziś po po­łu­dniu… – prze­rwa­ła na chwi­lę, żeby dać czas dzien­ni­ka­rzom na zro­bie­nie no­ta­tek. – Ash­le­igh miesz­ka w dziel­ni­cy Te­chwo­od i jest stu­dent­ką dru­gie­go roku Geo­r­gia In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy.

Aman­da mó­wi­ła da­lej, ale Will wy­łą­czył dźwięk. Ob­ser­wo­wał, jak po­ru­sza­ją się jej usta. Wi­dział, jak zwra­ca­ła się do róż­nych re­por­te­rów. Ich py­ta­nia były roz­wle­kłe. Od­po­wie­dzi Aman­dy trwa­ły krót­ko. Nie wy­trzy­ma­ła dłu­go. Tym ra­zem nie było mowy o wza­jem­nym prze­ko­ma­rza­niu się. W koń­cu Aman­da opu­ści­ła po­dium, a na ekra­nie znów po­ja­wi­ła się Mo­ni­ca Pe­ar­son. Nad jej ra­mie­niem wid­nia­ło zdję­cie za­gi­nio­nej dziew­czy­ny. Szczu­płej, ład­nej blon­dyn­ki.

Blon­dyn­ki, któ­ra wy­da­wa­ła się zna­jo­ma.

Will wy­jął z kie­sze­ni te­le­fon. Kciu­kiem do­tknął kla­wi­sza, pod któ­rym miał za­pi­sa­ny te­le­fon Aman­dy, ale nie wy­brał nu­me­ru.