Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 454 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodniarz i dziewczyna - Michał Witkowski

Tego jeszcze nie było! Michał vel Michaśka, ogolony na łyso i w bluzie z kapturem? Podróżujący drugą klasą TLK? Tak, a w dodatku prowadzi śledztwo niczym rasowy detektyw w otoczeniu najprawdziwszych policjantów, w szczególności jednego…

Nowa powieść Michała Witkowskiego, autora książek „Lubiewo”, „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”, „Margot” i „Drwal” to swoista kontynuacja tej ostatniej, bo w „Zbrodniarzu i dziewczynie” pojawiają się niektóre postaci z „Drwala”. Intryga jest jednak zupełnie nowa i niezwykła – oto tajemniczy zbrodniarz, zwany Przedwojennym Mordercą, stylizuje swe ofiary na przedwojenną modłę i pozostawia w upiornych okolicznościach. Śledztwo zatacza kręgi, kto naprawdę jest ofiarą, a kto mordercą nie jest pewne, ale pewne jest jedno: śmierć Michaśki ma uwieńczyć dzieło mordercy.

Książka nie jest jednak typowym kryminałem – to proza olśniewająco dygresyjna, pełna osobliwego (i w tym przypadku wyjątkowo czarnego) humoru, zaskakujących obserwacji, niespodziewanych puent. Innymi słowyZbrodniarz i dziewczyna to być może jedyny kryminał na świecie, w którym dygresje nie tylko nie przeszkadzają, ale przeciwnie: chcemy jeszcze!

Opinie o ebooku Zbrodniarz i dziewczyna - Michał Witkowski

Cytaty z ebooka Zbrodniarz i dziewczyna - Michał Witkowski

Nawet jego ubranie przypominało fartuch, choć nie wiadomo dlaczego, bo było po prostu najtańszym swetrem z  targu czy jakiegoś Lidla i  najtańszymi dżinsami, podróba podróby. Ubrany był po prostu w  ubranie, a  nie w  żaden dyskurs ani styl, od dawna nie widziałem czegoś takiego.
Przed nami, jak atrapa, wyłoniły się z  mgieł dwa bloki. Jeden właśnie ocieplany papą. Pomiędzy nimi jakieś stołówki, również prostokątne. Kąt prosty to jednak moc. Jak przez mgłę pamiętałem jakieś anegdoty związane z  tym przybytkiem Erosa, że na stołówkę mówią po prostu „Świnia”, na Jubilatkę oczywiście „Kopulatka”, a  na panią w  dyżurce – „Barbie”.

Fragment ebooka Zbrodniarz i dziewczyna - Michał Witkowski

Wydawca: DARIA KIELAN
Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK
Redakcja: MARIANNA SOKOŁOWSKA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK, EWA GRABOWSKA
Łamanie: Akces, Warszawa
Copyright © by Michał Witkowski 2014 Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2014
ISBN 978-83-7943-804-4
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Mieszkałem w apartamencie na samym końcu miasta, na Syberii. Z mojego okna po horyzont rozpościerały się krzaki, trawa, chwasty, co za widok! W lewo, w prawo i na wprost, jak morze! Nazywałem ten teren tajgą i tundrą. Na środku tajgi i tundry stał tylko mały, niezamieszkany przez nikogo barak, który nazywałem Domkiem Cabirii. Czasami zimą leciał dym z komina, kto to wie, może jakiś drwal albo duch drwala palił tam w piecu. Przez tajgę i tundrę szła linia kolejowa, po której raz na tydzień, o czwartej rano, jechał towarowy pociąg widmo, wioząc w zardzewiałych pojemnikach mróz, śnieg i kurz z Jelcza do Wrocławia. To była Kolej Transsyberyjska. Teraz stałem na balkonie, wdychałem jesienne powietrze i zapatrzony w dal myślałem, co mam na siebie włożyć. Powietrze rozwijało się jak wytworne wino z apelacją, suknią i bukietem. Na samym dnie było coś mętnego, coś z kartofliska, dalej – już zapowiedź zapachu mrozu, palące się trawy, gnijące jabłka, reminiscencje chodzenia na działkę w dzieciństwie... Cofnąłem się do mieszkania w zapach kawy.

Beznamiętnie, z precyzją automatu, szorowałem zęby do krwi, zapatrzony w lustro i zamyślony jak Glenn Close w czołówce Niebezpiecznych związków. Tu jej przypinają do dekoltu sztuczną herbacianą różę, a ona nic, ona jak krokodyl, jak lala, psychopatka, porcelanowa miśnieńska figurka, sztuczne wypieki, szklane oczy, zadumany, przedrewolucyjny krzak róży.

Paula:

– Tam już było takie zepsucie, taka pustota, taka nuda, takie przeestetyzowanie, a na drugim biegunie taka nędza, że to się po prostu musiało skończyć rewolucją! Chociaż Maria Antonina wcale nie powiedziała, że jak nie mają chleba, to niech jedzą ciastka. Tak samo jak Potiomkin nie pokazywał Katarzynie potiomkinowskich wiosek. Takie plotki same się pojawiają w historii, jako podsumowania pewnych zjawisk, ale to wymysły.

Krytycznym okiem obrzuciłem nowe, wielkie łóżko z Ikei: czy te listewki, na których zawieszony jest materac, wytrzymają tyle namiętności? Sprawdziłem, delikatnie siadając i lekko podskakując. Niby nowe mieszkanie, a taką tandetę teraz produkują, że po niecałym roku wszystko już się przepalało, ruszało, latała na lewo i prawo umywalka, nie kontaktowała lampa w sypialni, wypadło kółko wentylacyjne ze ściany i w ogóle trzeba było zawołać tego luja, który je wykańczał, bo brakowało tu mężczyzny. Moja sprzątaczka, pani Władzia, pijąc kawę i oddając mi przeczytane kryminały, też zawyrokowała: panu brak mężczyzny, po czym speszyła się, zamilkła i nagle zaczęła się bardzo chrapliwie śmiać, jak stara wiedźma, która przyleciała tu na mopie prosto z Montevideo.

Pochowałem rzeczy zbyt osobiste lub obniżające ochotę na seks. Wyeksponowałem nieliczne trofea, które mi zostały po nagrodach i nominacjach, z czasów, kiedy jeszcze zajmowałem się literaturą wysoką. Na co dzień Nagroda Gdynia leżała na podłodze i, z racji swojej wagi, przytrzymywała drzwi, żeby się nie zamykały, a nominacji do Nike to w ogóle nie mogłem nigdzie znaleźć. Szukałem, ale oczywiście poczciwa Władzia tak dobrze to gdzieś zachomikowała, że teraz nigdy nie znajdę. Tyle razy jej mówiłem, robiąc miny Barbary Niechcicowej z Nocy i dni:

– Moja Władziu, czy Władzi nie było już powiedziane, żeby nie chowała rzeczy tam, gdzie ja ich na pewno nie znajdę?

W końcu znalazłem tę statuetkę w zamrażalniku. Od razu widać, że Władzia dzień wcześniej szalała. Za to było czysto.

Nie chciałem się zbyt odpicowywać, cudować, bo stawała mi w oczach ostatnia scena z filmu Śmierć w Wenecji, w której stara ciota odstawiona na biało (dla chłopca) leży na plaży na Lido, na leżaku, poci się, a czarna farba ścieka jej z włosów. Nie, tu trzeba niedogolić, niedoperfumować, niedolakierować, bo pada i Śmierć w Wenecji jak w banku.

Zrobiłem próbę generalną: idę, SPÓŹNIONY, żadna osiemnasta, za dziesięć siódma najwcześniej. Nie garbię się, brzuch wciągnięty, i od razu on do mnie podchodzi, bo już my umówieni. I wtedy on powie: chodźmy gdzieś na kawę, a ja, że nie, tu mamy kawę. To on powie: chodźmy coś zjeść, a ja, że właśnie jadłem. To on, że na spacer, a ja, że mi lekarz zabronił z powodu... nadmiaru jodu i chloru we wrocławskim powietrzu. Bo według nauk markizy de Merteuil jeśli między dwiema osobami ma do czegoś dojść, muszą się znaleźć w tym samym czasie i tym samym (ustronnym) miejscu. Tak tłumaczyła wicehrabiemu de Valmont, kiedy ten podrywał prezydentową i zamiast się z nią spotykać, postanowił pisać listy. Więc ja na to powiem, że dość tych dupereli, idziemy do mnie i tylko do mnie, „pogadać”.

To wszystko planowałem, jeszcze psikając odświeżaczem powietrza w kibelku i zapalając świece zapachowe, dzieląc skórę na niedźwiedziu zdecydowanie wciąż jeszcze tylko z pozoru upolowanym, w rzeczy samej zaś hasającym na wolności w dzikich ostępach Miasta Spotkań.

Jezu, żeby już była ta osiemnasta czterdzieści pięć, która to, ach, dopiero osiemnasta piętnaście, no już, odczekałem, idziemy...

Zamówiłem taksówkę Ryba pod sam dom i stałem, kuląc się, w bramie. Nie lubię być taki odpicowany, że tylko się bardziej spontanicznie poruszę i już coś mi się popsuje. Jak na złość na zewnątrz zacinał deszcz ze śniegiem, brudził buty, zmywał i niszczył wszystko, wysyłając mnie poniekąd lotem czarterowym wprost do Wenecji. Do Polski z Niemiec dolatywał właśnie jakiś tajfun, Alfred czy Alfons, w każdym razie urywał głowę.

A jego NIE MA. Prima aprilis! I nie było, jak informują natychmiast panie, nawet z lekką satysfakcją, jaką się zawsze odczuwa, gdy można komuś przekazać ważną wiadomość, obojętnie – dobrą czy złą.

– W ogóle go nie było, zamawia pan coś czy jeszcze pan przyjdzie?

Tymczasem te wariatki na dziś ustroiły cały bar kwiatami, tak że teraz te dekoracje więdły smętnie jak łuk tryumfalny, przez który żaden zwycięski Napoleon nie przejechał, najwyżej kury jakieś przeszły.

Nie było miejsc na głównej sali i musiałem iść do bocznej, skąd nawet nie mogłem obserwować drzwi. Byłem jednak pewien, że jak przyjdzie, panie już tu do mnie wpadną. Bo szaleją, jedna nawet się popłakała i poszła na zaplecze poprawić sobie twarz. W powietrzu raz po raz pobrzmiewała jakby na próbę adekwatna piosenka Amy Winehouse. Musimy jak najszybciej przenieść ten romans do innej knajpy – tutaj już nawet niektóre klientki żyją tą sprawą. I na przykład są teraz na Facebooku w swoich smartfonach i piszą, że Witkowski czeka, a Studencika nie ma. Już widzę, co te kelnerki będą mu opowiadały: on tak czekał, Gosia aż się popłakała, jak pan tak mógł, to jest człowiek, to jest człowiek wrażliwy, pisarz, to jest sprawa człowiecza, to jest SERCE, a jakby popełnił samobójstwo? Łzy mu normalnie do kaczuszki spadały! Nie mógł w ogóle jeść, tylko tak widelcem przebierał w gnocchi, wszystko zostawił.

Wrrrr! Nie przyszedł, skurwysyn. Siedziałem tak, nieodstawiony co prawda, ale jednak w czystych majtkach, które mnie teraz piekły jak ta cała koszula Dejaniry. Bo może czyste majtki to mi nie nowina, ale te były jakoś lepsze, czystsze, jak się dawniej mawiało, „jak na niedzielę”. I głupio, bo jednak ja o tych czystych majtkach najlepszych, majtkach poniekąd tryumfalnych, cały czas myślałem.

Bym się wysztafirował, to akurat bym zaliczył piękną śmierć w Wenecji. Jak na złość na ścianach wisiały w złotych ramach plakaty reklamujące włoskie miasta, piękne i romantycznie podświetlone, z hasłem: „Ti aspetta”. Na przykład: „Trieste – ti aspetta”. Krzywa wieża w Pizie – ti aspetta. Roma aeterna – ti aspetta. Między innymi oczywiście nie mogło zabraknąć plakatu z Wenecją. Ti aspetta, Michaśka, Wenezia ti aspetta, a ty gdzie? Gdzie ci zabójczo przystojni gondolierzy śpiewający O sole mio zapatrzonym w nich amerykańskim turystkom z kamerami i nadwagą? Które kupiły w samolocie na duty free naszyjniki z medalionem, co go można złamać i dać drugą połówkę ukochanemu, a tu nie ma komu dać, nawet w Wenecji, mieście miłości, druga połówka wciąż spoczywa w najwyższym pogotowiu w saszetce na piersiach, gdzie schowało się też inne rzeczy mające ocaleć przed słynnymi weneckimi kieszonkowcami. A ci gondolierzy też dobrzy, niby każdy robi zabójcze, maślane oczy, ale gdy zacząć drążyć temat, to okazuje się, że to jego postawa zawodowa, że to nie miało nic wspólnego z konkretną amerykańską świnką morską Betty z Seattle w stanie Washington i oto druga część medalionu, jakże na wyrost złamanego w samolotowej toalecie, rdzewieje i na pocieszenie można uciec w jedzenie, co na pewno nie przyczyni się do powodzenia.

Panie podały kaczkę udekorowaną świątecznie, ale zdechłą i z politowaniem na mnie z talerza spoglądającą. Oczywiście ani mi było w głowie czegokolwiek zostawiać, jak zwykle zmiotłem wszystko z talerza, bo apetytu nie tracę nawet w najgorszych chwilach, wypiłem, zapłaciłem.

Przypomniało mi się, jak Herta Müller pisała w którejś z tych swoich biografizujących powieści, że pracowała w rumuńskiej fabryce konfekcji męskiej eksportowanej do Włoch i włożyła do jednej z kieszeni eleganckiego garnituru, jakich Ceauşescu nigdy by nie pozwolił nosić rumuńskim mężczyznom, kartkę ze swoimi namiarami i napisem „ti aspetta”. Była tak zdesperowana, że wysłała kartkę do anonimowego Włocha, byle ten Romeo zajechał alfa romeo lub chociaż fiatem i ją zabrał z tej fabryki, z tych przesłuchań, byle nosił garnitur, a nie kufajkę. Ale ciuchy były dobrze przeszukiwane, zanim jeszcze zdążyły do kogoś należeć, więc wpadła i została oskarżona o romansowanie z kapitalistycznym garniturem, agentem przemycającym liściki z wołaniem o pomoc.

I później jakiś cham ją przesłuchiwał i pytał, czy wie, dlaczego Włosi noszą ze sobą zawsze w tylnej kieszeni grzebień, ano właśnie dlatego, bo chuja wśród włosów nie mogą znaleźć, włoski kurwiszonku.

A ja znowu pisałem w swoim czarnym zeszycie coraz bardziej pogrubionymi literami „ti aspetta”, żeby ten mój Włoch już kupił w kiosku grzebień, puścił na cały głos Erosa Ramazzottiego w swoim alfa romeo kabriolecie i pod moją casa podjechał z piskiem opon.

Nie dziś. Wyłączyłem wszystkie moje wdzięki, wabiki, brzuch już niewciągnięty, zgarbiłem się i powlokłem na siłownię, gdzie w szatni majtki odświętne ujrzały wreszcie światło dzienne, padł na nie obojętny wzrok pakerów i mimo publiczności nie najwyższych lotów majtki te były w szatni najważniejsze, one miały tu swój wieczorek autorski, one rozdawały autografy, one pobierały zwroty kosztów podróży i honorarium, one czytały Drwala. Mój personalny pyta, szefie, co się dzieje, a ja w ryk! Aż z tego wszystkiego przez pomyłkę powiedziałem do niego „Mariuszek”, ale nie zrozumiał, ponieważ wymiękł po trzech kartkach Drwala.

Minęło czasu mało wiele. Chodziłem do Baru & Lounge już tylko od niechcenia, na znak, że coś się zmieniło, teraz zamawiałem carbonarę, jego nie było, panie mówiły, żeby się nie przejmować, że na sto procent jest chory albo może wyjechał do USA, karty nie są pewne. Możliwe, że to z miłości, że dostał zapalenia opon mózgowych, bo w dziewiętnastowiecznych francuskich i rosyjskich powieściach od tragicznej miłości zawsze dostawało się zapalenia opon mózgowych. Na jego stałym miejscu siedziała para modnie ubranych nastolatek i plotkowała przy latte o ostatnim filmie Woody Allena. Eros Ramazzotti wysilał się, ale osiągał tylko tyle, że zamawiałem pizzę, co oznaczało ostateczną rezygnację z odchudzania, a więc i życia seksualnego, wykupienie last minute do Montevideo.

Wstyd mi było przychodzić tam codziennie, lecz zauważyłem, że po drugiej stronie ulicy jest mała kafejka, bardzo miłe miejsce prowadzone przez ciocię Marysi, gdzie można usiąść przy oknie i dyskretnie obserwować, kto wchodzi, kto wychodzi z mojej „Kaczki”. Surowo urządzona, stare drewniane stoły, krzywe, tu jakąś książką podparte, tam butem starym, jak z teatru. I ja jak w teatrze, piję kawę, mój narodowy napój, żuję gumę z nikotyną, jak inspektorzy w kryminałach czasem żują wykałaczkę, wlepiłem wzrok w szybę. Z Kaczki ciągle ktoś wychodził, średnia wieku dwadzieścia lat. Chodzą laski w kozaczkach na wysokich obcasach, którymi można by podziurawić cały świat. Wbijają się obcasami w asfalt i ranią go. Podłużność jest ich życiowym celem.

Po tygodniu dyżurowania w kawiarni przy oknie widzę: jest! O! Jest! Wchodzi, wychodzi, wszędzie go pełno, stoi przed knajpą, pali papierosa i gada przez komórkę. Tu zajrzy ciekawie, tam powącha, koraliki na szyi, bo po co w mróz nosić szalik, para leci z ust. Ja już w ogóle niezrobiony, olewający, nieogolony, w adidasach i dresie na siłownię, żeby się nie musieć przebierać. Co gorsza, właśnie zaczął się u mnie listopadowy katar zatokowy, z dreszczami, kichaniem, mokrymi chusteczkami, na których od ciągłego wycierania nosa pojawia się krew. Można zjeść całą aptekę i pójść do łóżka z termoforem, herbatą malinową i Marthą Grimes, nic to nie da. Trzeba by zrobić wielką krechę z potłuczonej witaminy C, aspiryny, kokainy, efedryny, kofeiny, kreta do odtykania umywalek i heroiny, wciągnąć ją z całej siły, to by się te dziurki na chwilę zajęły czym innym i odetkały.

Poczekałem, aż Student wejdzie do środka. Wyszedłem z kawiarni i schowałem się za róg ulicy Ruskiej. Wyglądałem zza winkla, czy już znowu wyszedł przed knajpę, aby zderzyć się z nim, niby że tylko ulicą przechodziłem, gdzie by mi w głowie było chodzić na kaczkę, to on nie wie, że drób z płaskim dziobem tuczy? A on co się schowa, to znowu jest na zewnątrz, on gada, on grzebie przy swoim rowerze. Wreszcie, gdy znowu wyszedł, ruszyłem zza winkla. Zaraz wlazł z powrotem, więc replay, cofam się na z góry upatrzoną pozycję i pociągam z całej siły nosem. Wyglądam zza winkla, jakbym znów bawił się w chowanego na podwórku, fajny taki powrót do młodości pod czterdziestkę. Jest! Stoi przed knajpą, pali, gada przez komórę, zajebisty koleś, żyłka, zero tłuszczu, pionowe zmarszczki na nieogolonych policzkach, od stóp do głów ubrany w wytarte sztruksy. Jak fatamorgana, z daleka – jest, a jak zaczynasz na niego marsz, znika. Ale jest. Idę, a serce mi bije, jeszcze mnie nie zauważył, jeszcze nie, już!

Zderzyłem się, jak było w scenariuszu, bardziej kiczowato byłoby tylko kawę na niego wylać. A on mi zaraz bez słowa, gadając, rękę podał i pokazał na knajpę, żebym wszedł, to on zaraz tam dojdzie. Panie zrobiły tylko minę pod tytułem „oho!” i puściły na cały regulator You Know I’m No Good. Wyglądały, jakby zażyły viagrę, cialis i tabletki na powiększenie penisa, penis enlargement pills.

Usiadłem w jego kącie, gdzie na fotelu leżał jego plecak, jego „Gazeta Wyborcza”, jego marlboro lighty, ponieważ to miejsce było również od dzisiaj moje, byliśmy tu razem. Z kaczki dziś zrezygnowałem, zamówiłem espresso, żeby się szybko wypiło i w nogi! Do mnie! Tylko do mnie. Już mi wszystko musowało, w brzuchu motyle, w głowie naćpane katarem i antydepresantami świerszcze, w majtkach orzeł rozpościera skrzydła do lotu, czarter do Wenecji wjeżdża na pole startowe i rozpędza się, już włoskie donny fatalnym włoskim angielskim demonstrują użycie masek tlenowych i kamizelek ratunkowych, które może by się nadały jako dziecięce zabawki do brodzika... Już pasażerowie umieszczają bagaż podręczny pod sufitem, ukazując przy tym włoskie marki dżinsów i paski D&G. Mimo że już ol elektronik dywajsys mast bi słicz of, wysyłam esemes do mojego trenera personalnego, że odwołuję dzisiejszy trening, choć mi to na sucho nie ujdzie, a mimo że na dworze lodownia i para z ust, jego wciąż NIE MA. Na duty free nabywam u stewardes medalion złożony z dwóch półksiężyców, łamię go i jedną połówkę wieszam sobie na szyi, nie ma komu dać drugiej.

Panie wyglądają na zewnątrz jak przez okrągłe okienka w samolocie, panie przez głośniki zapowiadają, że „pasażer lotu do Wenecji proszony jest o natychmiastowe zgłoszenie się do gejtu, samolot już odlatuje do miasta miłości!”.

Nagle wpada Studencina, cały lodowaty, że tylko ogrzać go, podbiega do stolika, a nerwowy, jakby otworzył, jak mawia luj, puszkę z Pandorą! Zabiera plecaczek i mówi od razu do mnie (a jest to pierwszy w historii udokumentowany mój dialog ze Studenciną):

– Słuchaj, Michaś, sorry, ale ja się muszę stąd zaraz wymiksować, siła wyższa! – Cmok i ucieka. Raczej więc pierwszy udokumentowany monolog, a potem miało się okazać, jakże dla niego charakterystyczny...

Zdębiałem jak, nie przymierzając, Stankówna, kiedy w Trędowatej zobaczyła, że „nauczycielka została dopuszczona do towarzystwa” (a ta mina to jest jej rola życia). Panie stały jak dwie z soli wyrzeźbione żony Lota w związku lesbijskim, zalegalizowanym. Jedna z miną: „no, czy on jest psychopatą?”, druga z miną: „po moim trupie”, również podobną do życiowej miny Stankówny w Trędowatej. Chude i po włosku ubrane laski śledziły tę całą scenę spod rzęs sztucznie przedłużonych specjalną odżywką, ściągały z niesmakiem powiększone „na lachociąga” usta i tylko lwich zmarszczek nie mogły, bo były na beton zabotoksowane.

Chwyciłem jego paczkę papierosów i uniosłem, machnąłem nimi z rezygnacją w kierunku drzwi, ale jego już nie było. Wstałem, położyłem na stoliku sześć złotych za kawę i wyszedłem. Jedna kelnerka podbiegła, złapała tę kasę i zastygła, wyciągając w moją stronę, jakby chciała mi oddać. Lecz mnie już nie było.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki