Wydawca: Armoryka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 72 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnia i inne opowiadania - Antoni Lange

Zbiór opowiadań opowiadających o minionym już świecie schyłku XIX i początków XX wieku, czasów wojny światowej, rewolucji, przewrotów mistrza pióra - poety, tłumacza, mistyka, dziennikarza, powieściopisarza, człowieka obdarzonego niezliczonymi talentami - Antoniego Lange.

Opinie o ebooku Zbrodnia i inne opowiadania - Antoni Lange

Fragment ebooka Zbrodnia i inne opowiadania - Antoni Lange

Antoni Lange

ZBRODNIA

I INNE OPOWIADANIA

Armoryka SANDOMIERZ 2009

Redaktor: Władysław Kot Projekt okładki: Juliusz Susak

Copyright © 2009 by Wydawnictwo i Księgarnia Internetowa ARMORYKA

Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27-600 Sandomierz tel (0-15) 833 21 41 e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.plhttp: / / www.armoryka.strefa.pl /

ISBN 978-83-60276-67-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ZBRODNIA

Rozmawialiśmy o zbrodni, gdy Lucjan S., patrząc na nas swym nad wyraz łagodnym okiem, rzecze:

– I ja też popełniłem raz w życiu ciężką zbrodnię.

A gdyśmy ze zdumieniem słuchali tej rewelacji, opowiedział nam swoją „histoire d'un crime.”

– Więcej niż dwa lata temu, kiedy to skutkiem wojny japońskiej rozpoczęło się w całym kraju t. zw. w języku urzędowym „brożeńje”, pewnego razu o godzinie 10—ej wieczorem, otrzymałem z Kaolina telegram następujący: — „Przyjeżdżaj natychmiast. Sprawa nie cierpiąca zwłoki. Julia”. To wezwanie Julii wstrząsnęło mną do głębi. Pisywaliśmy do siebie rzadko. Telegram oznaczał, że sprawa musiała przewyższać wszelką miarę codziennego konwenansu. Pewno jaka gwałtowna scena z mężem. Może trzeba go będzie zamordować; bywają w życiu takie sytuacje.

Jak wiecie, Julia Czerwieńcowa jest moją siostrą przyrodnią, a właściwie nawet i to nie; nie jest wcale moją krewną. Jest to córka mojej macochy, gdyż ojciec mój, owdowiawszy, ożenił się z wdową dzietną. Miałem może szósty rok, kiedy Julia, jako dwuletnia dziewczynka, weszła do naszego domu.

Wychowywałem się z nią razem tak, żem ją uważał jak siostrę, a choć zdarzały się momenty, żem może dla niej żywił jakieś silniejsze uczucie, to jednak zawsze mię żenowała myśl o podobieństwie jakiego bądź ściślejszego z nią związku, który wydawał mi się niemal kazirodztwem. Ostatecznie mogłem się był z nią ożenić, bez naruszenia jakiejkolwiek zasady prawnej czy etycznej, tym bardziej, że i z jej strony niewątpliwą miałem sympatię. Przeważyły skrupuły — i stało się inaczej. Julia wyszła za Michała Czerwieńca, człowieka na oko dość przyzwoitego, uposażonego wcale dobrze; który może i zdołałby zapewnić szczęście swej żonie, gdyby nie szczególne cechy jego charakteru, wynikające w znacznym stopniu z cierpień wątroby i żołądka. Początkowo było to wszystko niewidoczne, gdyż Michał, o ile chciał, był wielce układny i umiał grać rolę bardzo subtelnego i wykwintnego człowieka. Co Juwenalis mówi o kobietach, że poza domem są przyjemniejsze niż w domu, to da się znakomicie zastosować do Michała. Niesłychanie rzadko się. zdarza, żeby mąż w stosunku do żony zachowywał prawidła grzeczności salonowej; przeciwnie, często człowiek słynny między ludźmi jako wersalczyk, w domu bywa ohydnym grubianinem i brutalem. Nazywa się to: zdjąć wykrochmalony kołnierzyk. A jeżeli nadto człowiek ten jest chory na żołądek i na wątrobę, to pomyślcie, ile przykrości musi znosić otoczenie. Nie można powiedzieć, aby Michał żony swej nie kochał; owszem, ale była to dusza biuralisty, dla którego wszystko miało sens jednowartościowy. Był urzędnikiem, i to nie tylko z przypadku; był urzędnikiem całą duszą i ciałem. Biuralistą był też jako mąż — i po biurowemu kochał swoją żonę. Ale w równym stopniu kochał swój rower, swego psa Boksa i swoją sól karlsbadzką, którą brał regularnie co dwa dni, przez parę miesięcy corocznie; na krótki tylko czas przeszedł do skrzypu (equisetum), podług przepisu ks. Kneippa, ale znów powrócił do soli karlsbadzkiej, która jest jedynym, wypróbowanym środkiem zarówno na żołądek, jak na wątrobę. Lekarza miał, który go zapewniał, że choremu na wątrobę bardzo użyteczne jest od czasu do czasu zgniewać się porządnie, zirytować, skrzyczeć wszystkich dokoła, bo to fosforyzuje wątrobę. Oczywiście Michał — jako biurokrata gorliwy — korzystał z tego wskazania ściśle i obficie; tę receptęmądregoEskulapa, najbardziej odczuwała Julia, która, jako punkt najsłabszego oporu, stanowiła dla Michała najlepszy akumulator jego wybuchów wątrobianych.

Zresztą był doskonałym administratorem, powierzony sobie interes prowadził uczciwie i z największą dokładnością, co mu jednak nie przeszkadzało być w nieustannej wojnie z dyrekcją, z personelem urzędniczym, a także i z robotnikami.

Co do robotników wszelako miał swoją osobną politykę — chciał ich właśnie zadowolić; wiadomo też było, że wobec dyrekcji zawsze stał po ich stronie; szło mu zaś o to, aby słyszeć o sobie: „Ho, ho! Czerwieniec — to ci surowy chłop, ale sprawiedliwy psiamać!” Jakiś czas istotnie, polityka ta prowadziła do celu, ale kiedy nastało „brożenje”, postawa robotników zupełnie się zmieniła.

Muszę tu wyjaśnić, że Michał był zarządzającym średnich rozmiarów fabryki wyrobów fajansowych pod nazwą „Kaolin”, w Krakowskiem. Pomimo dźwięcznej nazwy jednakże, glinka kaolinowa, zapewne w małej ilości znajdująca się w tutejszym gruncie, dawno już została wyczerpaną, i pozostały tylko gliny pośledniejsze, nadające się do wyrobu garnków i niższych rodzajów talerzy, misek, dzbanów, kafli itd. Toteż fabryka kaolińska wyrabiała tylko gatunki tańsze, co — jak się okazało w praktyce — było nader zyskownym interesem. Mimo to przewrót, jaki spowodowała w przemyśle wojna i „brożenje”, sprawił, że fabryka była prawie nieczynną od paru miesięcy, a zapasy towaru były bardzo znaczne. Mówię o tym wszystkim, abyście zrozumieli sytuację, jaką zastałem po przyjeździe.

Oczywiście, skoro tylko o godzinie dziesiątej wieczorem dostałem telegram Julii, natychmiast wyruszyłem na dworzec kolei żelaznej, i o trzy na jedenastą jużem siedział w wagonie.

Nie miałem czasu nawet wziąć ze sobą najlichszego bagażu, zabrałem tylko rewolwer, gdyż od stacji Glinicze koło pięciu wiorst prowadzi do Kaolina, po wertepach, a przy tym jechałem nocą — mały browning mógł być przydatny. Na stacji mogłem być koło drugiej, na miejscu koło trzeciej rano.

Pociąg pędził dość szybko, choć dla mnie zawsze zbyt powoli. Kilka osób było w moim przedziale; jegomość szpakowaty o szerokich ustach murzyńskich i dwie damy, starsza i młodsza w wielkim czerwonym kapeluszu, a która figlarnie uśmiechała się do mnie, w czasie, gdy jej towarzyszka, uśpiona, kiwała się na prawo i na lewo. Nie miałem ochoty do rozmowy i całą drogę ważyłem znaczenie telegramu. Nareszcie usłyszałem okrzyk:

– Glinicze! Jedna minuta!

Wyskoczyłem z wagonu. Sam jeden się tu zatrzymałem. Pociąg po chwili ruszył z gwałtownym świstem, wyrzucając ogromne kłęby pary.

Znalazłem się naraz jakby w próżni. Noc była pochmurna, czarna, bez gwiazd i bez księżyca.

Glinicze — Jest to mała stacyjka, właściwie przystanek.

Kilka naftowych latarek licho oświetlało budynki.

Wszedłem do sali, będącej naraz bufetem, kasą i składem bagaży.

Już w chwili, gdym stanął na platformie, uderzył mię odgłos śpiewu na sali. Istotnie tłoczyło się tu kilkanaście osób; byli to robotnicy fabryczni i kolejowi, wieśniacy okoliczni, żydzi z miasteczka, nawet kilka bab; był jakiś pan w pelerynie; ale centralną osobę zgromadzenia poznawałeś od razu: był to miejscowy wachmistrz żandarmerii.

– Gaspada! — mówił wachmistrz — a my to zapojem Czerwonego, bo teraz taki czas, że prawitielstwo dałoj! a wsio budiet tiepier dla naroda; dla muzyków i dla raboczych, dla biednych parszywych żydów i dla niżnich czynów! Taki czas teraz priszoł. Ja był wiernyj sługa prawitielstwa, ale teraz to ja mówię: dałoj! Bo — jak mi tu pisze mój brat z Gundżulina, z etoj proklatoj Mandżurii — że ich trydcaty strełkowy połk przez całą niedzielę nic w pysku nie miał, a gaładał straszno, a tiem wremieniem gienierał pił szampanskoje. A potem, jak się w armji zrobił bunt, to sta sorok czełowiek rozstrzelali, i wtedy — pisze mój brat — wielkie „brożenje” poszło po narodzie! Tak ja mówię: datoj prawitielstwo i szabasz!

Tak perorował wachmistrz glinicki, a potem, oglądając się niby to z trwogą dokoła, nagle zapytał żartobliwie:

– Ale, gaspada! Czy tu niema gdzie żandarma?

Śmiech się rozległ śród słuchaczy, a potem zabrzmiała pieśń:

Nasz sztandar płynie ponad trony!…

– Panowie! — zawołałem, gdy nastała chwila ciszy. — Czy niema tu koni z Kaolina, lub czy mógłbym znaleźć bryczkę?

Pan w pelerynie zbliżył się do mnie.

– Jestem Miller, właśnie z Kaolina, chemik. Jeżeli pan sobie życzy, to możemy razem pojechać. Ja tu czasem na stację, bo człowiek ciekaw, co słychać na świecie… A u nas, panie, głusza i tyle… E, Paweł! po—da—waj! Jedziemy…

Przedstawiłem mu się, zadowolony, że będę miał kompanię.

Zaturkotało na dziedzińcu stacji. Paweł zajechał bryczką kaolińską.