Zbij fortunę na dywidendach. Sprawdzony sposób na duże zyski - Marc Lichtenfeld - ebook
Opis

Autor udowadnia, że każdy inwestor może spodziewać się kilkunastoprocentowych zysków, jeśli wykorzysta sprawdzoną strategię konserwatywnego inwestowania.
Krok po kroku Marc Lichtenfeld tłumaczy, jak opracować strategię inwestycyjną, która po zastosowaniu nie wymaga zbyt dużej uwagi i przynosi zyski wyższe niż średnia ogólnorynkowa, dzięki czemu nasz majątek rośnie, a my możemy skupić się na innych, ważniejszych sprawach.
Autorski system 10-11-12 Marca Lichtenfelda nauczy cię, jak generować dochody co kwartał, a nawet co miesiąc. Łatwo jest go zrozumieć i, co najważniejsze, sprawdził się w wieloletnim działaniu w czasach hossy i w czasach bessy. Dzięki niemu będziesz potrafił wybrać akcje, które zapewnią ci roczną stopę zwrotu wielkości przynajmniej 12%. System ten pomaga w konfiguracji inwestycji tak, by można było zapewnić sobie większe bezpieczeństwo i dobrobyt. Mając tę książkę za przewodnik, odkryjesz to, co inni inwestorzy stosujący system 10-11-12 już dobrze wiedzą! Jesteś na dobrej drodze do niekończących się zysków przewyższających ogólnorynkową stopę zwrotu i spokojnie przesypianych nocy (lub przynajmniej wolnych od zmartwień związanych z twoimi finansami).
Dzięki wyczerpującym wskazówkom, jak wyszukiwać sprawdzone spółki dywidendowe i inwestować konserwatywnie, ta książka jest wszystkim, czego potrzebujesz na temat dywidend.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marc Lichtenfeld

ZBIJ FORTUNĘ

na

DYWIDENDACH

Sprawdzony sposób na duże zyski

PRZEKŁAD Dorota Gasper

Recenzja Prof. dr hab. Zbigniew Dworzecki

Projekt okładki Studio KARANDASZ

Wykonanie rysunków Anita Bednarczyk

Redakcja Jadwiga Witecka

Skład i grafika komputerowa Protext

© Copyright by Przemysław Radziszewski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2016

Poltext sp. z o.o.

02-230 Warszawa, ul. Jutrzenki 118

tel.: 22 632-64-20

e-mail: [email protected]

internet: www.poltext.pl

ISBN 978-83-7561-674-3 (format e-pub)

ISBN 978-83-7561-678-1 (format mobi)

ISBN 978-83-7561-682-8 (format pdf)

Wersja elektroniczna:

Karol Ossowski

Przedmowa

Na giełdzie większość inwestorów woli splendor niż zyski.

Dlaczego tak twierdzę? Wystarczy, że nadmienisz coś o najnowocześniejszej technologii, leku, który przeszedł III fazę badań klinicznych, albo o nowej gorączce złota, a wszyscy zamieniają się w słuch. Jeśli jednak zaproponujesz im dobrą spółkę o stabilnej sprzedaży, z długą lista zamówień i rosnącą dywidendą, najprawdopodobniej będą ziewać z nudów.

Wielka szkoda, gdyż wbrew przekonaniom większości inwestorów zadziwiające innowacje nie są dobrym prognostykiem sukcesu. Jak ujął to krótko acz trafnie słynny przemysłowiec Andrew Carnegie: „Nie opłaca się być pionierem”.

Młoda spółka, która dopiero nabiera rozpędu – i zatrzymuje wszystkie swoje zyski – nie będzie dobrą inwestycją długoterminową. To fakt wszystkim znany, że 80% nowych firm nie przeżywa pierwszych pięciu lat.

Tymi, które faktycznie generują zyski dla inwestorów – bez mrożącej krwi w żyłach zmienności charakterystycznej dla spółek szybko rosnących – są stabilne spółki regularnie wypłacające dywidendy.

Pozwolę sobie podać przykłady. W minionej dekadzie przy reinwestowaniu dywidend Chevron Corp. zarobiła dla inwestora 200%, Altria Group, gigant tytoniowy – ponad 300%. Nawet przykurzona firma Con Edison, kiedyś nosząca nazwę New York Gas Light Company – spółka, która narodziła się 23 lata przed Thomasem Edisonem – przyniosła przez ten czas 130% zwrotu z inwestycji.

W tej fantastycznej książce mój przyjaciel, kolega po fachu, analityk giełdowy Marc Lichtenfeld pokazuje, dlaczego warto inwestować w spółki dywidendowe i w jaki sposób to robić. I od razu na wstępie pozwolę sobie na dwie ważne uwagi. Po pierwsze, nie znajdziesz bardziej wiarygodnego, wartościowszego i zawierającego więcej informacji przewodnika po inwestowaniu. Po drugie, przedstawiona w książce strategia inwestycyjna naprawdę działa.

Skąd moja pewność? Marc zarządza w Oxford Club portfelem ciągłych dochodów. To portfel bazujący na inwestycjach w spółki o potencjale wzrostu zapewniającym regularny dochód. Wykonuje kawał dobrej roboty. Gdy ostatnio zerknąłem na zyski, na usta cisnęło mi się pytanie: „Marc, do diaska! Jak ty to robisz?”.

Na szczęście Marc pokaże ci, jak sam możesz dojść do takich zysków. Uwierzyłem w jego metodę. Obecnie na szkoleniach i seminariach mówię wszystkim uczestnikom: „Jeśli zależy wam na wzroście, zainwestujcie w spółki dywidendowe. Jeśli ważne jest dla was bezpieczeństwo, zainwestujcie w spółki dywidendowe”.

Dlaczego? Zyski mogą być wątpliwe ze względu na kreatywną księgowość. Obroty mogą być zaksięgowane w jednym roku lub rozłożone na lat kilka. Można sprzedać aktywa kapitałowe, a otrzymaną sumę zakwalifikować jako zysk z działalności, a nie zysk nadzwyczajny. Natomiast pieniądze wpływające na twoje konto są najprawdziwsze – to papierek lakmusowy sprawdzający faktyczne zyski spółki. To namacalny dowód na rentowność firmy.

Regularne wypłaty zmuszają do dyscypliny fiskalnej. Historia pokazuje, że spółki dywidendowe są mniej ryzykowne i bardziej opłacalne niż pozostałe firmy.

Dr Jeremy Siegel z Wharton School na Uniwersytecie Pensylwanii przeprowadził dokładną analizę historyczną wyników osiąganych przez różne typy aktywów (przy uwzględnieniu różnych rodzajów akcji, obligacji, gotówki, metali szlachetnych) w ciągu ostatnich 200 lat. Jakie były jego wnioski? Płatnicy wysokich dywidend osiągali w dłuższej perspektywie czasu znacznie lepsze wyniki niż reszta rynku.

Marc Lichtenfeld ma dla ciebie gotowe rozwiązanie. Pokazuje, że nawet w czasach zniżkującego rynku spółki dywidendowe radzą sobie lepiej niż te, które dywidendy nie wypłacają. Często przełamują trend i zyskują na wartości. Powód jest oczywisty – to dojrzałe, rentowne firmy ze stabilną prognozą na przyszłość, mnóstwem gotówki i gwarancją „długowieczności”.

Chciałbym zwrócić twoją uwagę na fakt, że spółki amerykańskie siedzą obecnie na rekordowej ilości gotówki – ponad 2 bilionach dolarów. Spora część tej gotówki wraca do akcjonariuszy. Zwrot z indeksu Dow Jones jest teraz wyższy niż z obligacji. Stopa wzrostu dywidendy dla spółek amerykańskich w ciągu ostatnich dwóch lat osiągnęła roczną średnią równą 10% – to ponad dwa razy więcej niż długoterminowa średnia stopa wzrostu.

Bieżąca sytuacja jest wielce obiecująca. Dla przykładu w ciągu ostatnich 50 lat spółki o najwyższej stopie dywidendy (20%) z indeksu S&P 500 przyniosły średni zwrot roczny wielkości 14,2%. To wystarczy, by co pięć lat podwoić zainwestowaną sumę – lub zwiększyć cztery razy w ciągu dziesięciu lat. A gdybyś dokonał jeszcze bardziej rygorystycznego wyboru – powiedzmy, zainwestował tylko w 10 spółek o najwyższej stopie dywidendy spośród 100 notowanych w indeksie S&P 500 – twoja roczna stopa zwrotu byłaby jeszcze wyższa i wyniosłaby 15,7%.

W tym miejscu powinienem posłużyć się standardowym ostrzeżeniem na temat przeszłych wyników, które nie dają gwarancji przyszłych zysków, i zwrócić uwagę, że inwestowanie w spółki dywidendowe też niesie ze sobą ryzyko. Jak twierdzi Marc, inwestor musiałby być głupcem, by włożyć w jakąś spółkę pieniądze jedynie z powodu wysokiej dywidendy. Musisz dokonywać przemyślanych wyborów. Na rynku roi się od dywidendowych pułapek – spółek w opałach, które wypłacają wysokie dywidendy, by zatrzymać przy sobie inwestorów.

Na stronach tej książki znajdziesz rady, jak uniknąć takiej wpadki i skupić się na potencjalnych zwycięzcach.

Czy wymaga to pracy? Tak, ale naprawdę warto.

Zadziwia mnie, że inwestorzy skorzy są pożyczyć pieniądze skarbowi państwa na dziesięć lat przy oprocentowaniu poniżej 2%. Cóż za okropny układ. Taki, który gwarantuje ujemną realną (po uwzględnieniu inflacji) stopę zwrotu.

Znacznie lepiej założyć zdywersyfikowany portfel akcji spółek dywidendowych. Przez osiemdziesiąt lat do roku 2010 dywidendy stanowiły 44% zwrotu z giełdy amerykańskiej według Fidelity Investments. W pewnych latach stopa była znacznie wyższa. Na przykład w latach siedemdziesiątych dywidendy generowały 71% zwrotu.

Marc uważa, że spółki dywidendowe stanowią obecnie świetną okazję inwestycyjną. Firmy amerykańskie mają mnóstwo pieniędzy, a na dodatek wypłaty dywidend nie przekraczają jednej trzeciej zysków, co stanowi historycznie najniższy wynik.

Same dywidendy nie wygenerują od razu smakowitych dochodów. Ale z czasem będą one rosnąć – a zadziwią cię szczególnie wtedy, gdy zaczniesz je reinwestować. Wyobraź sobie kulę śnieżną toczącą się po stoku.

Albert Einstein to rozumiał. Zauważył, że narastanie pieniędzy „jest najpotężniejszą siłą we wszechświecie”. A jaki jest najlepszy sposób na gromadzenie pieniędzy? Inwestycja w świetne spółki, które wypłacają stabilne, rosnące dywidendy.

Ta książka to klucz do twojego sukcesu. Marc Lichtenfeld pokaże ci, gdzie szukać takich spółek.

Alexander Green

Wstęp

To był moment olśnienia.

Pracowałem nad dywidendowym arkuszem kalkulacyjnym i wprowadzałem różne zmienne, gdy nagle zadziwiła mnie wielkość liczb. Zdałem sobie sprawę, że gdybym zainwestował pieniądze swoich dzieci przy użyciu wzoru, nad którym pracowałem, nie powinny one mieć żadnych finansowych problemów, gdy dorosną, bez względu na wykonywaną przez siebie pracę czy też obraną karierę.

Uświadomiłem sobie również, że ten sam wzór może zapewnić mnie i mojej żonie spokojną emeryturę.

I wreszcie zrozumiałem, że gdyby moi rodzice inwestowali w ten sposób, również nie powinni mieć zmartwień finansowych w jesieni życia.

Właśnie wtedy dotarło do mnie, że muszę napisać tę książkę.

Książka przeznaczona jest dla przeciętnego inwestora – dla inwestora, który dopiero zaczyna, i takiego, który chce nadrobić stracony czas, dla inwestora, który sparzył się na ostatnich giełdowych górkach i dołkach, i takiego, który zawierzył złemu doradcy i w efekcie wydał tysiące dolarów na bezwartościowe rady.

To książka dla inwestorów, którzy poważnie podchodzą do zbudowania majątku dla siebie i swoich rodzin, którzy chętnie nauczą się prostego systemu inwestowania, dzięki któremu ich pieniądze będą pracować tak ciężko, jak oni sami. System łatwo zrozumieć i wdrożyć, a na dodatek korzystanie z niego nie zabiera dużo czasu. Co ważne, nie jest konstruktem teoretycznym. Sprawdził się w praktyce przez wiele dziesięcioleci, w czasach hossy i bessy.

Jest wręcz stworzony dla inwestorów, którzy wolą spędzać wolny czas w sposób ciekawszy niż wielogodzinne ślęczenie nad konfigurowaniem portfela akcji. Wdróż system 10–11–12 i pozwól, by akcje i czas zaczęły robić swoje. Wystarczy od czasu do czasu sprawdzić, czy spółki z twojego portfela nadal zachowują się tak, jak się tego po nich spodziewasz. Jeśli tak (z kolejnych stron dowiesz się, jak wybierać spółki, które spełnią twoje oczekiwania), nic więcej nie musisz robić.

Jako wydawca „Oxford Income Letter” każdego miesiąca otrzymuję wiele e-maili od inwestorów, którzy marzą o większych zyskach. W obecnej rzeczywistości niskich stóp procentowych wielu emerytów nie jest usatysfakcjonowanych swoimi dochodami. Postanowiłem zatem stworzyć strategię inwestycyjną, dzięki której inwestorzy nie będą jechać na tym samym wózku, co dzisiejsi poszukiwacze dochodu podejmujący zbyt duże ryzyko w pogoni za zyskiem.

System 10–11–12 przedstawiony w tej książce umożliwia osiągnięcie stopy dywidendy wielkości przynajmniej 11% (a najprawdopodobniej wyższej) w ciągu 10 lat, a wszystko dzięki inwestowaniu w jedne z najbardziej zachowawczych spółek na rynku. To spółki, które mogą pochwalić się długą historią dbania o swoich akcjonariuszy. A jeśli nie potrzebujesz dochodu od razu, możesz łatwo osiągnąć średnią roczną stopę zwrotu równą 12%. Zarobek 12% na rok pozwoli ci na potrojenie zainwestowanej sumy w ciągu 10 lat, zwiększenie jej pięć razy w ciągu lat 15 i ponad 10 razy w ciągu 20 lat. Innymi słowy zarobek rzędu 12% na rok po 20 latach zamieni 100 tysięcy dolarów w prawie 1,4 miliona. Taki wynik osiągniesz bez żadnych dodatkowych inwestycji.

Jakie znaczenie będzie miała dla ciebie suma 1,4 miliona na emeryturze? Przede wszystkim może zapewniać z odsetek takie kwoty, że nie będziesz musiał ruszać kapitału. Możesz przeznaczyć pieniądze na wakacje z rodziną, opłacenie studiów wnuka lub „kupić” za nie święty spokój i pewność, że zawsze będziesz mógł liczyć na najlepszą opiekę medyczną.

Co ważne, dowiesz się, w jaki sposób system 10–11–12 pozwala na zarabianie nawet w czasach flauty i rynku zniżkującego. Pomimo bessy będziesz spał spokojnie, z uśmiechem na ustach, gdyż wdrożyłeś mój system.

Stopniowo, w miarę zagłębiania się w książkę, dowiesz się wszystkiego, co jest potrzebne, by pomyślnie inwestować. Wszystko łatwo zrozumieć, a jeszcze łatwiej wdrożyć w życie.

W rozdziałach 1 i 2 tłumaczę, dlaczego spółki dywidendowe są najlepszą długoterminową inwestycją. Nie chodzi oczywiście o to, by wybrać jakąkolwiek spółkę wypłacającą dywidendy, dlatego też omawiam różne spółki, które należy wybrać, i podpowiadam, gdzie ich szukać.

Nie spodziewam się, że uwierzysz mi na słowo, i dlatego w rozdziale 3 prezentuję, jak dotarłem do wyników, i przedstawiam przykłady, jak co kwartał rosnąć będą stopy dywidendy i zwrotu. Zamieściłem w nim nawet przykład, jak system 10–11–12 świetnie sobie radzi w czasach bessy.

W rozdziale 4 patrzymy na sprawy z szerszej perspektywy i analizujemy przyczyny, dla których spółki wypłacają dywidendy. Dowiesz się, dlaczego jest to ważny czynnik, który pomoże nam w określeniu stanu zdrowia firmy.

W rozdziale 5 wytłumaczę, dlaczego skonfigurowanie zachowawczego portfela akcji jest najlepszym wyborem. Nie ma sensu podejmowanie zbyt dużego ryzyka, by osiągnąć wytyczone cele, jeśli jedne z najbardziej zachowawczych spółek na rynku osiągają lepsze wyniki.

Rozdział 6 omawia pewne intrygujące typy akcji, o których może nie słyszałeś – to spółki oferujące wyższą stopę dywidendy niż zwykłe spółki dywidendowe.

W rozdziale 7 kładziemy fundamenty pod budowę twego portfela, a następnie w rozdziale 8 poznasz system 10–11–12, dzięki któremu ty i twoja rodzina będziecie cieszyć się z kilkunastoprocentowej stopy dywidendy i stopy zwrotu.

W rozdziałach 9, 10 i 11 omawiam programy reinwestowania dywidendy (DRIP), akcje spółek zagranicznych oraz opcje – są to sposoby na zwiększenie stopy zwrotu z inwestycji.

Rozdział 12 zajmuje się ulubionym tematem każdego – podatkami. Nawet jeśli korzystasz z usług biura rachunkowego, przeczytaj ten rozdział, gdyż zawiera ważne informacje, które pomogą zoptymalizować uiszczane podatki.

W zakończeniu wszystko podsumowuję i wysyłam cię w podróż, której celem są zyski pobijające wyniki rynku ogólnego – zyski, które zapewnią ci spokojny sen.

Jak mogę cię przekonać do systemu 10–11–12? Powiem tylko tyle, że sam z niego korzystam przy inwestowaniu pieniędzy moich i moich dzieci.

Przy pisaniu tej książki nie przyświecała mi myśl o zarobieniu dodatkowych pieniędzy. To był poryw serca. Wiem, że dzięki niej tysiące rodzin osiągnie finansową niezależność, będzie mogło posłać dzieci na studia, wpłacić zadatek na dom i cieszyć się emeryturą.

Miło mi, że twoja rodzina będzie jedną z nich.

1

Dlaczego akcje z prawem do dywidendy?

Pozwolę sobie zacząć od odważnego stwierdzenia. Pomysły zawarte w tej książce są jednym z najcenniejszych darów, jakie możesz ofiarować sobie samemu lub swoim dzieciom. Na kolejnych stronach znajdziesz przepis, jak osiągnąć jedenastoprocentową stopę dywidendy i dwunastoprocentową roczną stopę zwrotu[1] z akcji. Te wartości mogą znacznie wzrosnąć, jeśli rynek jest sprzyjający albo portfel wybranych przez ciebie akcji jest korzystny[2].

Wcale się nie przechwalam. To nie ja wpadłem jako pierwszy na pomysł inwestowania w akcje z prawem do dywidendy. Ja jedynie podaję ten pomysł w nowej postaci jako wciągającą, łatwą w odbiorze książkę, z którą nie rozstaniesz się do końca życia. Co więcej, podejrzewam, że będziesz chciał kupić więcej egzemplarzy, aby rozdać przyjaciołom i rodzinie.

Koniec z żartami (na razie). Wyjaśnię, co takiego właściwie zrobiłem. Stworzyłem łatwy do zrozumienia system inwestowania w akcje z prawem do dywidendy. W książce nie tylko wytłumaczę, dlaczego kupowanie takich akcji jest najbardziej lukratywnym i najprostszym sposobem inwestowania, ale również nauczę cię prostych kroków, abyś mógł zacząć samodzielnie działać.

Jeśli zastosujesz moje rady i przekażesz je swoim dzieciom, najprawdopodobniej wiele z twoich trosk o ich finansowe zabezpieczenie w przyszłości odejdzie w niepamięć. Co równie ważne, jeśli twoje pociechy nauczą się tej strategii już za młodu, pewnie nigdy nie będą musiały stawić czoła problemom finansowym. Będą wyposażone w narzędzia, dzięki którym zapewnią sobie dostatnie życie na długo przed wiekiem emerytalnym.

Pamiętaj natomiast, że nie mogę nauczyć ciebie ani twoich dzieci, jak oszczędzać. Jeśli zamiast odłożyć pieniądze na czarną godzinę będziesz wolał kupić nowy samochód, nie mogę i nie zamierzam odwodzić cię od tego. To książka dla tych, którzy już wiedzą, jak oszczędzać, i starają się, aby ich pieniądze pracowały tak ciężko, jak oni sami.

Jeśli chodzi o oszczędzanie, to jedyna rada, jaką mogę dać, zawarta jest w jednej z moich ulubionych książek – to Najbogatszy człowiek w Babilonie George’a S. Clasona[3]. W tej książce, po raz pierwszy wydanej w roku 1926, Clason pisze: „Z każdych dziesięciu monet, które wkładasz do sakiewki, wyjmij i zużyj tylko dziewięć. Twoja sakiewka od razu zacznie nabierać ciała, a jej zwiększająca się waga sprawi, że przyjemnie będzie ci ją trzymać w ręku, a także sprawi radość twej duszy”.

Wielu guru finansowych radzi podobnie, choć ubiera to w inne słowa: „Najpierw zapłać sobie”.

Nawet jeśli nie jesteś w stanie odłożyć 10% ze swoich aktualnych zarobków, zawsze warto oszczędzać, choćby mniejsze sumy. Przekonasz się, że pieniądze, które zaoszczędzisz i zainwestujesz zgodnie z moimi radami, znacząco się rozmnożą z biegiem lat. Zatem jeśli możesz odłożyć 8%, 5% czy nawet 2%, zacznij to robić. A jeśli dostaniesz podwyżkę, odziedziczysz spadek albo wygrasz jakiś zakład bukmacherski, nie wydaj ani grosza, dopóki nie odłożysz 10% całego swojego dochodu.

Może kilka zatrważających danych statystycznych? Według badania z roku 2013 przeprowadzonego przez Employee Benefit Research Institute oraz Matthew Greenwald & Associates, 57% czynnych zawodowo Amerykanów odłożyło na emeryturę mniej niż 25 tysięcy dolarów, z czego połowa deklaruje, że nie zaoszczędziła nawet tysiąca (zob. tabela 1.1).

Na domiar złego środki zgromadzone w funduszu emerytalnym przeciętnego sześćdziesięciopięciolatka nie przekraczały w roku 2013 sumy 25 tysięcy dolarów.

Jeśli poważnie podchodzisz do kwestii finansowego zabezpieczenia przyszłości swojej i swojej rodziny – a wiem, że tak jest, bo poświęcasz czas na przeczytanie tej książki – zacznij oszczędzać już dziś, oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś.

Tabela 1.1. Suma oszczędności i inwestycji zadeklarowana przez pracowników w roku 2013 (z wyłączeniem wartości mieszkania lub domu będącego głównym miejscem zamieszkania oraz emerytury gwarantowanej w funduszu emerytalnym)

Odłożona suma

Procent pracowników

Mniej niż 1000 dol.

1000–9999 dol.

10 000–24 999 dol.

25 000–49 999 dol.

50 000–99 999 dol.

100 000–249 000 dol.

250 000 i więcej

28%

18%

11%

9%

10%

12%

12%

Źródło: Employee Benefit Research Institute oraz Matthew Greenwald & Associates, 2013 RCS Fact Sheet #3: Preparing for Retirement in America, www.ebri.org/files/Final-FS.RCS-13.FS_3.Saving.FINAL.pdf

Wyobraź sobie, że odłożyłeś 10% swoich zarobków i zainwestowałeś w akcje, o których mowa w książce. Z biegiem lat oszczędności powinny wzrosnąć na tyle, by generować znaczne dochody, które być może wyeliminują potrzebę pracy.

Nie będę już dalej drążył tematu oszczędzania. Nie wykosztowałeś się przecież na książkę (ani nie pofatygowałeś się do biblioteki), by teraz wysłuchiwać moich mądrości na temat odkładania pieniędzy. Zakładam, że dobrze wiesz, jak to robić, i poważnie podchodzisz do swojej finansowej przyszłości, a z książki chcesz się dowiedzieć, jak swe oszczędności pomnożyć.

Jeśli natomiast jesteś już na emeryturze i potrzebujesz pieniędzy od razu, strategie zawarte w książce również będą pomocne. Zapewne nie zdołasz już pomnożyć swego majątku, ale masz szanse na inwestowanie w takie firmy, które będą ci dostarczać coraz więcej dochodów każdego roku. Nie tylko pokonasz inflację, ale będziesz mógł zapewnić sobie i swoim bliskim dodatkowe zabezpieczenie.

Istnieje wiele strategii inwestowania ciężko zarobionych pieniędzy. Już niedługo zrozumiesz, dlaczego inwestowanie w spółki dywidendowe jest bezpiecznym sposobem generowania znacznych dochodów i pomnażania majątku. Co ważne, to nie są teoretyczne dywagacje – ta strategia sprawdza się od wielu dziesięcioleci.

Niektórzy sądzą, że jedyną drogą do zbicia fortuny jest inwestowanie w nieruchomości. Inni twierdzą, że rynek finansowy jest ustawiony tak, aby zarabiać na nim mogli jedynie profesjonaliści – zwykłym śmiertelnikom pozostaje inwestowanie w obligacje. Jeszcze inni polegają jedynie na kruszcu. Żadne z powyższych przekonań nie jest w pełni właściwe.

Inwestując na giełdzie, możemy obrać wiele strategii. Możemy kupować akcje, których wartość spadła poniżej ceny wynikającej z analizy fundamentalnej, i sprzedawać, gdy odrobią straty. Możemy kupować i trzymać akcje spółek o dużym potencjale wzrostu. Możemy też machnąć ręką na wycenę spółek i inwestować zgodnie z trendem na rynku – kupować akcje, gdy są tanie, i sprzedawać, gdy ich trend wzrostowy się zatrzyma.

Jeszcze inni inwestorzy ufają jedynie wykresom giełdowym. Nie ma znaczenia, jakie spółka ma dochody, przepływy pieniężne czy zyski. Jeśli na wykresie wygląda dobrze, należy ją kupić.

Każda z tych strategii sprawdza się w określonych sytuacjach. Pierwsza opisana strategia (tzw. inwestowanie w wartość) będzie efektywna wtedy, gdy druga w kolejności nie będzie się sprawdzać – i odwrotnie. Przez pewien czas inwestowanie w niedowartościowane akcje będzie przynosić duże zyski. Potem przez kilka lat zyskowne okaże się inwestowanie w spółki o dużym potencjale wzrostu. Wreszcie do łask powróci strategia pierwsza.

Niezależnie od tego, co akurat będzie w modzie, zwolennicy każdej strategii przedstawiać będą przeróżne statystyki dla poparcia swojego wyboru.

Podobnie sprawy się mają, gdy przyjrzymy się wyborowi spółek na podstawie analizy fundamentalnej i technicznej. Analitycy techniczni będą twierdzić, że wszystko, co musisz wiedzieć o spółce, jest widoczne na wykresie i wyrażone w cenie akcji. Analitycy fundamentalni, opierający się na sprawozdaniach finansowych spółek, uważają, że analiza techniczna przypomina wróżenie z fusów.

Oczywiście metod inwestycyjnych jest znacznie więcej od tych opisanych powyżej. Wymienię choćby inwestowanie ilościowe[4], inwestowanie na podstawie analizy cyklu inwestycyjnego czy też inwestowanie GARP[5].

Żarliwi wyznawcy każdej z metod twierdzą, że tylko ich system inwestowania pozwala na osiągnięcie zysków. Można ich porównać do fanatycznych wyznawców religii, którzy uważają, że prawda jest po ich stronie – koniec, kropka, żadnej dyskusji. Oni mają rację, a ty jesteś w błędzie, jeśli nie stajesz w ich szeregach.

Nie jestem autorytetem na polu teologii. Natomiast w kwestiach inwestowania wiem jedno – dogmaty nie zdają egzaminu.

Nie będziesz nieprzerwanie zarabiać, jeśli swoją strategię oprzesz na inwestowaniu w wartość. W pewnych okresach ten system nie będzie właściwy. Podobnie nie licz na stałe zyski, jeśli opierać się będziesz jedynie na wykresach giełdowych. Przecież nie są to szklane kule, z których wywróżysz przyszłość. Inwestowanie ilościowe zdawało się idealnym rozwiązaniem… aż przestało działać. Wystarczy spytać inwestorów z funduszu Long-Term Capital Management, którzy stracili wszystko w roku 1998.

Long-Term Capital Management był funduszem hedgingowym o wartości aktywów równej 4,7 miliarda dolarów, który do inwestowania wykorzystywał złożone modele matematyczne. Przez kilka lat zarabiał dla swoich inwestorów mnóstwo pieniędzy. Z założenia fundusz nie mógł zawieść. Niestety, podobnie jak Titanic, uznany za statek niezatapialny, Long-Term Capital zderzył się z górą lodową w postaci rosyjskiego kryzysu finansowego, w wyniku czego inwestorzy stracili prawie wszystko.

„Chyba wszyscy zapomnieliście”

W czasach swojej świetności legendarny bokser Roy Jones Jr. był jednym z najlepszych pięściarzy. Niemniej jednak nie cieszył się takim poważaniem, na jakie według siebie zasłużył. Zatem w roku 2001 wydał utwór rapowy, w którym wyliczał swoje osiągnięcia i przypominał fanom o przeszłej chwale. Utwór zatytułował: „Chyba wszyscy zapomnieliście”. Cóż, Roy był znacznie lepszym pięściarzem niż tekściarzem. Piosenka była okropna.

Gdy patrzę wstecz, inwestorzy z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych przypominają mi fanów boksu z roku 2001, kiedy to Roy Jones wydał utwór w hołdzie sobie samemu. Obie grupy zapomniały, jak dobra była przeszłość – fani Jonesa nie doceniali już jego umiejętności, a inwestorom znudził się średni roczny zwrot rzędu 10,9% (włączając w to dywidendy) z inwestycji w spółki S&P 500 począwszy od roku 1961. Po latach rozsądnego inwestowania w stabilne spółki, które często wypłacały swoim akcjonariuszom dywidendy, wielu inwestorów w czasach bańki dot-comów ogarnął szał spekulacyjny.

Nikogo nie oskarżam ani nikomu nie grożę palcem, gdyż wtedy zachowywałem się podobnie. W czasach bańki internetowej również kupowałem i sprzedawałem akcje dot-comów. Moją pierwszą inwestycją, która zwiększyła swoją wartość dziesięciokrotnie, była spółka Polycom (Nasdaq: PLCM). Akcje kupiłem po 4 dolary, a sprzedałem po 50.

Jednak, jak wielu podobnych graczy, nieraz utknąłem z akcjami, których już nikt nie chciał kupić. Pewnie w swoich papierach znajdę jeszcze certyfikat posiadania akcji Quokka. Nigdy nie słyszałeś o Quokka? No właśnie. Firma zbankrutowała w 2002 roku.

Przy dziesięcio-, dwudziesto-, a nawet trzydziestopunktowym wzroście cen akcji w ciągu dnia trudno było nie dać się ponieść masowej histerii.

Kto wtedy myślał o spółkach zapewniających 4% dywidendy, jeśli można było zarobić 4% w pięć minut na akcjach Oracle (Nasdaq: ORCL) czy Ariba (Nasdaq: ARBA)?

Czy w owym czasie miało sens inwestowanie w Johnson & Johnson (NYSE: JNJ), gdy można było kupić akcje eToys? Przecież według prognoz BancBoston Robertson Stephens z roku 1999 firma eToys miała zmonopolizować rynek. Co ciekawe, eToys przestała istnieć 18 miesięcy po tej prognozie, a BancBoston Robertson Stephens zatonął rok później.

Gdybyś w roku 1998 zainwestował w Johnson & Johnson, nudną firmę przynoszącą w dywidendzie zysk rzędu 1,7%, i ponownie zainwestował wypłacone dywidendy, do połowy roku 2014 zarabiałbyś rocznie około 8,6%. To oznacza, że zainwestowane 3 tysiące dolarów pomnożyłyby się prawie czterokrotnie.

Johnson & Johnson to prawdziwe przedsiębiorstwo z namacalnymi produktami i rzeczywistymi obrotami. Co prawda nie jest tak fascynujące jak eToys lub Pets.com, czy też inna firma dot-com z branży B2B, która szturmowała swego czasu rynki finansowe, ale czy po szesnastu latach inwestorzy narzekają na roczny zwrot z inwestycji w wysokości 8,6%? Ośmielam się wątpić, aby było takich wielu, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że średni zwrot z indeksu S&P 500, włączając w to zainwestowane dywidendy, wyniósł w tym samym czasie jedynie 4,2%.

Jednak może tobie sprzyjało szczęście. Kupiłeś akcje eBay (Nasdaq: EBAY) po dwa dolary i zarobiłeś na nich szesnastokrotność inwestycji. A może kupiłeś Oracle, a twój majątek zwiększył się pięciokrotnie. Niemniej warto pamiętać, że na każdą dobrą firmę typu eBay lub Oracle przypadało kilka takich jak Webvan, które poniosły klęskę, a wartość ich akcji spadła do zera.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku rynek papierów wartościowych przypominał kasyno, w którym wielu inwestorów straciło mnóstwo pieniędzy i nie dostało nawet darmowego talonu do bufetu. Mimo to nadal nie wydaje mi się, abyśmy całkowicie powrócili do dawnego spojrzenia na sprawy.

Mój dziadek, dyplomowany księgowy, nigdy nie inwestował z zamiarem szybkiego dorobienia się. Przez długi czas odkładał pieniądze w przekonaniu, że przyniesie mu to większy zwrot, niż gdyby zainwestował je gdzieś indziej.

Nie obawiał się ryzyka, ale nigdy nie przekraczał pewnej granicy – nie interesowały go transakcje spekulacyjne na spółkach o tak niedorzecznych pomysłach biznesowych, że jedynym sposobem zarobienia pieniędzy na ich akcjach byłoby znalezienie kogoś jeszcze głupszego niż on sam, kto chciałby je kupić. Takie podejście doczekało się nawet swej nazwy – teoria większego głupca – i niestety wciąż stosowane jest przez wielu inwestorów.

W czasach bańki internetowej na rynku pojawiło się mnóstwo firm. Wymienię chociażby TheGlobe.com, Netcentives, Quokka. Ich prezesi ogłaszali nastanie nowej ery. Według nich czasy się zmieniły. Gdy pytałem o obroty, odpowiadali, że teraz chodzi o liczbę wyświetleń strony. Gdy naciskałem w sprawie zysków, stwierdzali, że nie rozumiem nowego paradygmatu.

Być może nie rozumiałem (i nadal nie rozumiem), ale dla mnie jest jasne, że przedsiębiorstwo musi mieć obroty i zyski. Przynajmniej takie przedsiębiorstwo, które chce przetrwać.

Jestem w stu procentach przekonany, że gdyby mój dziadek nadal aktywnie inwestował w owym czasie, nawet przez myśl nie przeszłoby mu kupienie akcji TheGlobe.com.

Wydaje mi się, że wielu inwestorów zapomniało o jednej nadrzędnej sprawie – o tym, że inwestują w przedsiębiorstwo. Nie ma znaczenia, czy jest to sklep detaliczny, wytwórca półprzewodników czy huta stali. Wszystkie te firmy mają swoich menedżerów, pracowników, klientów, sprzęt i – miejmy nadzieję – zyski. To nie trzy- lub czteroliterowe symbole, które wpisujesz w Yahoo! Finance, by sprawdzić giełdowe notowania.

Te rzeczywiste firmy mogą wygenerować pokaźną sumę dla swoich akcjonariuszy, szczególnie jeśli ci zdecydują się ponownie zainwestować wypłacone dywidendy.

Według Eda Clissolda z Ned Davis Research, jeśli pod koniec roku 1929 zainwestowałbyś 100 dolarów w indeks S&P 500, w roku 2010 miałbyś 4989 dolarów. To kwota wyliczona jedynie na podstawie ceny akcji. Gdybyś jednak zdecydował się na inwestowanie wypłacanych dywidend, cieszyłbyś się 117 774 dolarami. Clissold twierdzi, że w tym przypadku 95,8% zwrotu z inwestycji pochodzi z dywidend (zob. rysunek 1.1).

Rysunek 1.1. Zainwestowanie 100 dolarów w latach 1929–2010

Źródło: Wykres – Marc Lichtenfeld, dane – Ned Davis Research

[1] Z uwzględnieniem zysku kapitałowego, np. wzrostu ceny akcji – przyp. tłum.

[2] Na kolejnych stronach autor przedstawi założenia inwestycyjne dla rynku amerykańskiego. Jeśli czytelnik zdecyduje się na inwestowanie na giełdzie w Stanach Zjednoczonych, musi wziąć pod uwagę kilka spraw. Polskie biura maklerskie oferują produkty umożliwiające inwestowanie na rynkach zagranicznych, należy jednak liczyć się z większymi kosztami transakcyjnymi. Wziąwszy jednak pod uwagę fakt, że inwestowanie dywidendowe jest inwestowaniem długoterminowym, a strategia to zazwyczaj „kup i trzymaj”, koszty transakcji nie powinny odczuwalnie wpłynąć na stopę zwrotu. Dodatkowo inwestowanie na tak dużej giełdzie jak amerykańska (w porównaniu z warszawską GPW) wiąże się z większą płynnością aktywów, dzięki czemu łatwiej dokonywać transakcji (na przykład sprzedać akcje, gdy przestaną spełniać nasze oczekiwania). Ponadto warto rozważyć wpływ zmian kursu walut. Do tego dochodzą kwestie podatkowe (należy zaznaczyć, że Polska podpisała ze Stanami Zjednoczonymi umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania) – omówione one zostaną na dalszych stronach książki (głównie w rozdziale 12), a odniesienie do polskich realiów fiskalnych znajdziemy w przypisach do rozdziałów 6 i 12. W Polsce podatek od dywidendy jest wyższy niż w Stanach Zjednoczonych – wynosi 19%, a nie 15%. Obowiązują też inne zasady odroczenia podatku. Należy zatem pamiętać, że prowizje, zmiany kursowe i podatki zmienią nieco wyniki, które są prezentowane w książce. Wiele uniwersalnych uwag na temat inwestowania na rynkach zagranicznych znajdziemy również w rozdziale 11, choć pisany jest on z perspektywy amerykańskiego rezydenta – przyp. tłum.

[3] George S. Clason, Najbogatszy człowiek w Babilonie, Studio EMKA, Warszawa 2013.

[4] Inwestowanie ilościowe opiera się na odnajdywaniu w danych z rynków finansowych pewnych prawidłowości. W uproszczeniu polega na połączeniu strategii inwestowania w spółki niedowartościowane (inwestycja w wartość) oraz strategii inwestowania zgodnie z trendem rynkowym. Innymi słowy kupujemy spółki niedowartościowane i sprzedajemy, gdy ich trend zwyżkowy zaczyna spadać – przyp. tłum.

[5] Metoda tzw. wzrostu po rozsądnej cenie (growth at reasonable price – GARP), łącząca strategię wartości oraz wzrostu, czyli inwestowania w spółki niedowartościowane o dużym potencjale wzrostu – przyp. tłum.

Koniec wersji demonstracyjnej.