Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 294 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbawcy mórz - Adam Leszczyński

Zbiór reportaży pokazujących przyczyny nieszczęść trawiących Afrykę.

Co łączy ryzykowne obyczaje seksualne rybaków znad Jeziora Wiktorii, zabijanie lesbijek w RPA i samobójczą pracę na giełdzie tytoniowej w Malawi? Książka jest próbą odpowiedzi na pytanie o przyczyny afrykańskich nieszczęść, o których Europejczycy słyszą w telewizji. To także książka o tym, dlaczego zachodnie recepty na naprawienie Afryki odznaczają się często arogancją i poczuciem wyższości wobec Afrykanów - i dlaczego tak często nie działają.


Opinie o ebooku Zbawcy mórz - Adam Leszczyński

Fragment ebooka Zbawcy mórz - Adam Leszczyński

ADAM LESZCZYŃSKI

ZBAWCY MÓRZ

oraz inne afrykańskie historie Fragment

Podziękowania

Ta książka to rozszerzone i poprawione wydanie reportaży opublikowanych w małym nakładzie przez Polską Akcję Humanitarną w 2012 roku pod tytułem „Dziękujemy za palenie”. Poprawiłem w niej różne błędy, a niektóre reportaże uległy istotnym zmianom. Uzupełniłem ją także historią o piratach w Somalii, napisaną w 2012 roku, która doskonale pasuje do całości.

Bardzo wielu ludzi pomogło mi w jej napisaniu tej książki – tak wielu, że nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Chciałbym podziękować zwłaszcza: Krzysztofowi Miękusowi, Marcie Nowakowskiej (oraz jej mamie), Marcinowi Kuli, Agnieszce Jędrzejczyk (i innym redaktorom z „Gazety Wyborczej”, którzy czytali i krytykowali moje reportaże) oraz Justynie Stępień. Drugie wydanie dużo zawdzięcza Marianowi Otrębskiemu, który był niesłychanie starannym czytelnikiem i wytknął mi wiele usterek. Poprawiłem je w miarę możliwości.

Szczególna wdzięczność należy się oczywiście moim afrykańskim rozmówcom, którzy opowiadali mi o swoim życiu i znosili moje wścibstwo – chociaż wcale nie musieli i nic z tego nie mieli.

Wszystkie błędy i niedociągnięcia obciążają rachunek autora.

W książce zostały wykorzystane fragmenty reportaży i artykułów o Afryce, które pisałem w ciągu ostatnich dziesięciu lat, drukowane głównie w „Gazecie Wyborczej” (jeden z nich ukazał się w „Przekroju”).

1. Dziękujemy za palenie

pastor Malthus, Malawi i dlaczego biedni potrzebują fabryk

Lilongwe, Malawi, 2002

– To dobra praca. Pchasz wózek przez dwanaście godzin i dostajesz za to dolara.

W ogromnej hali jest bardzo ciemno, więc nie widzę, czy Piętaszek mówi serio, czy żartuje. Chyba jednak serio.

Na zewnątrz praży zwrotnikowe słońce. Nad dziesiątkami rzędów równo poukładanych wielkich worków unosi się ciemna chmura.

Nie da się oddychać. Kaszlę i łzawią mi oczy.

– Może zapalisz? – pyta Piętaszek i podaje mi papierosa. – Kiedy palisz, łatwiej znosisz pył.

Pył pachnie podobnie do dymu z papierosów i równie obrzydliwie wygląda. To jednak nie jest dym. To tytoń – tryliony mikroskopijnych kawałeczków wysuszonych liści tytoniu. Wciskają się wszędzie. Po minucie mam je już we włosach, w nosie, na ubraniu. Nawet w ustach czuję smak „zielonego złota”, bo tak nazywają tytoń w Malawi. To świetny gatunek tytoniu, burley, który nadaje smak miliardom papierosów. Najlepszy na świecie burley rośnie właśnie tutaj, w samym sercu Afryki.

Giełda tytoniowa w Lilongwe. Fot. Krzysztof Miękus

Złoto często wydobywa się w bardzo biednych miejscach na świecie. Malawi jest jednym z najbiedniejszych krajów – w rankingach ONZ regularnie pojawia się obok Sudanu, Etiopii, Zimbabwe czy Afganistanu.

Nie mogę opanować kaszlu. Friday, czyli Piętaszek, młody urzędnik zaczynający właśnie pracę w biurze giełdy tytoniowej, delikatnie przesuwa mnie na bok.

– Uważaj, bo cię rozjadą.

Każdy rasista, uważający Afrykanów za leserów i nierobów, powinien odwiedzić Tobacco Auction Floors, giełdę tytoniową w Lilongwe. Tu zobaczyłby, jak naprawdę pracuje się w Afryce. Tragarze pchają na wózkach potężne bele tytoniu – jedna może ważyć nawet 250 kilogramów. Nikt ma ani chwili wytchnienia, każdy musi się zwijać jak w ukropie. Na wąskich uliczkach pomiędzy oceanem worów z tytoniem nie wolno się zatrzymywać, bo ciężkie wózki mają tak dużą bezwładność, że nie da się ich łatwo zahamować. Codziennie kilka osób zostaje przejechanych lub potrąconych.

Tragarze nie noszą żadnych masek, które chroniłyby ich przed pyłem. Prawie niczego nie noszą – pracują niemal nago albo w łachmanach, a pot strumieniami spływa po ich żylastych sylwetkach. Podświadomie wciągam brzuch: ci ludzie wyglądają tak, jakby składali się z samych tylko żył i mięśni.

– Ile oni zarabiają?

– Trzy tysiące kwacha (czterdzieści dolarów) miesięcznie. To dla nich bardzo dużo. Ci wieśniacy nie mają przecież żadnych kwalifikacji. Wykształceni ludzie, tacy jak ty czy ja, tutaj nie pracują.

Piętaszek dumnie wypina pierś z miną, która sugeruje, że jest kimś lepszym od tragarzy.

– Jak długo da się pracować w ten sposób? – pytam. Średnia długość życia w Malawi wynosi trzydzieści osiem lat i jest jedną z najniższych na świecie, a ci tragarze nie wyglądali tak, jakby mieli poprawiać tę statystykę.

– Po kilku latach umierają na pylicę albo raka. To bez znaczenia, bo i tak wkrótce prawdopodobnie zmarliby na AIDS – dodaje obojętnie mój przewodnik. – Bardzo wielu ludzi umiera teraz na AIDS. Znam jednak pewnego tragarza, który pracuje tu już dziesięć lat. Niewiarygodne, prawda?

Giełda działa z precyzją dobrze naoliwionego mechanizmu. Jej serce to potężna hala o podstawie kwadratu o boku liczącym ponad sto metrów; odbywa się w niej podział bel tytoniu na gatunki (w Malawi uprawia się trzy, najpopularniejszy jest burley). Tu ocenia się też ich klasę. Zajmują się tym kobiety – wystarczy im rzut oka na liście tytoniu, żeby rozpoznać jego gatunek i jakość. Potem następuje licytacja.

– Wszystkie te liście wyglądają tak samo – mówię do Piętaszka.

– O nie. Jedne są dłuższe, drugie krótsze. Niektóre mają takie plamki. To znaczy, że były dobrze nawożone. Czasami farmerzy oszukują i mieszają liście o różnej długości. Wtedy tracą, bo za mieszankę dostaje się najwyżej dziesięć amerykańskich centów za kilogram. Za tyle samo tytoniu dobrej jakości kompanie płacą czasem nawet dwa dolary.

NIE PRÓBUJ PRZEKUPSTWA. TO NIEPOTRZEBNE, TO NIESKUTECZNE, TO ZŁE – czytam na dużej tablicy na ścianie hali.

– Och, ci farmerzy są bardzo głupi – mówi, uśmiechając się, Piętaszek. – Kiedyś próbowali dawać łapówki za to, żeby ich tytoń zaliczono do lepszej kategorii. Teraz się ich nie wpuszcza.

– W ogóle się nie wpuszcza?

– No nie, tylko tych biednych. Biedny farmer przywozi kilka, może kilkanaście bel. Widzisz tego człowieka na końcu sali? To największy plantator w Malawi. Co roku sprzedaje milion bel tytoniu!

Tragarz na giełdzie tytoniowej. Fot. Krzysztof Miękus

Licytacja na giełdzie tytoniowej. Fot. Krzysztof Miękus

– Jest biały?

– To Anglik. Większość wielkich plantatorów to biali.

Podnoszę głowę. Tłum Afrykanów stoi na balkonie nad halą aukcji. Czekają nieruchomo, z oczami wbitymi stale w te same punkty hali.

– Ci głupi farmerzy nie wierzą nam. Myślą, że ich oszukamy. A sami starają się wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy – Piętaszek pogardliwie wzrusza ramionami. Prowadzi mnie do gabloty, nad którą widnieje napis: OSZUSTWO NIE POPŁACA.

W środku leżą przedmioty, które znaleziono w belach tytoniu: kawały metalowego złomu i kamienie, wkładane, żeby podbić wagę, oraz różne drobiazgi, które zapewne zawieruszyły się tam przez przypadek, takie jak dziecięcy bucik z plastiku i zużyta prezerwatywa.

– Farmerzy kłócą się też o ważenie. Ci ludzie nie rozumieją, że ciężar tytoniu zmienia się wraz z wilgotnością, więc oskarżają nas, że zaniżamy wagę bel – wzdycha Piętaszek. – Czasami siedzą tutaj przez tydzień. Muszą cały czas widzieć swój tytoń.

Pomiędzy długimi rzędami bel tytoniu posuwa się szybko dziwaczna procesja. W środku idzie czterech białych. To potężni, rumiani faceci z telefonami komórkowymi przytroczonymi do skórzanych pasów. Wszyscy są duzi, nalani i czerwoni od słońca.

Biali kroczą powoli i dostojnie. Wokół nich orbituje biegiem kilkunastu drobnych czarnych urzędników, pokornie zgiętych wpół. W rękach trzymają grube pliki papierów. Wygląda to jak pokraczny taniec.

Aukcja odbywa się bez słów i przypomina krótką pantomimę. Przedstawiciele firmy tytoniowej wykonują kilka drobnych gestów – palec w górę, palec w dół. Potem jeden z czarnych urzędników przypina do beli karteczkę z ceną za kilogram i napisem „sprzedane”. Procesja przesuwa się do następnego worka.

Chwilę później tragarze ładują sprzedany tytoń na wózek i wywożą go z budynku. Wrzucają bele na jeden z czterech podziemnych taśmociągów, prowadzących bezpośrednio do wybudowanych tuż obok składów firm tytoniowych.

Czasami nieuważny tragarz wpada na taśmociąg i wtedy miażdżą go tryby.

Piętaszek: – Wypadki zdarzają się wszędzie.

– Co się dzieje, kiedy farmer nie zgadza się na wylicytowaną cenę?

– Tytoń wraca do składu i po paru dniach wystawiamy go ponownie – mówi Piętaszek. – Ale zwykle zgadzają się na niższą cenę. Przecież nikt inny tego nie kupi.

Na elektronicznej tablicy na ścianie przewijają się notowania tytoniu z giełd w Mzuzu na północy kraju i w Blantyre na południu oraz aktualny kurs dolara. Co chwila pojawia się też mrugający napis: DZIĘKUJEMY ZA PALENIE!

*

Wieczór, bar U Harry’ego w centrum Lilongwe. Jane, lekarka z Bristolu, która zajmuje się chorymi na AIDS, wzrusza ramionami na opowieść o giełdzie tytoniu.

– Cały biznes tytoniowy w Malawi to czysty wyzysk i nikt nie udaje, że jest inaczej. Wszyscy próbują wykorzystać słabszych. Ci biedni farmerzy, których ci tak było szkoda, sami często podnajmują fragmenty pola jeszcze biedniejszym robotnikom rolnym. Płacą im nędzne grosze. Farmerów z kolei oszukują firmy tytoniowe. Jest tylko czterech odbiorców tytoniu. To wielkie firmy, ludzie z nich oczywiście świetnie się znają i wszyscy są zainteresowani, żeby trzymać ceny na jak najniższym poziomie. Widziałeś te licytacje? Przecież to farsa. Na końcu łańcuszka są urzędnicy państwowi, którzy wyciskają łapówki ze wszystkich. Jeżeli je doliczyć do podatków, to obciążenia producentów w Malawi są wyższe niż w Szwajcarii.

U Harry’ego spotykają się ekspaci – biali pracujący w Lilongwe, ale tylko ludzie z organizacji humanitarnych i dyplomaci. Pracownicy firm tytoniowych mają własny klub. Oba środowiska słabo się znają i niemal towarzysko nie przenikają – co jest nietypowe, bo w wielu krajach Afryki biali trzymają się razem i chodzą do tych samych miejsc.

– Och, faceci z koncernów są tacy ośliźli – mówi z obrzydzeniem Jane. – Wyobraź sobie: przyjeżdżasz do jednego z najbiedniejszych krajów na świecie, gdzie 80 procent ludzi żyje za mniej niż dolara dziennie, a ty mieszkasz w komfortowej willi pod miastem, zajmujesz się wyciskaniem z nich kosmicznej kasy, a kolejka najpiękniejszych kobiet w kraju tylko czeka na to, żebyś kiwnął na nie palcem. Co taki człowiek musi mieć w głowie?

Tytoń, „zielone złoto”, to główny artykuł eksportowy w Malawi – przynosi 70 procent dewizowych dochodów. W kraju nie ma żadnych surowców naturalnych, a gwałtownie rosnąca populacja – od uzyskania niepodległości w 1964 roku wzrosła z dwóch do dwunastu milionów ludzi – potrzebuje jedzenia i ubrania. Ponad 500 tysięcy Malawijczyków żyje bezpośrednio z produkcji tytoniu. Nie wiadomo jednak, jak długo da się ją utrzymać na tym samym poziomie. Na opał wycięto już dawno wszystkie lasy i postępująca erozja gleby sprawia, że plony spadają. Na nawozy nie ma pieniędzy. Nie ma ich zresztą na nic – na przykład na szkoły. W 2002 roku tylko co czwarte dziecko w Malawi kończyło szkołę podstawową.

– Co za ironia, prawda? Przecież ten kraj założono jako przedsięwzięcie humanitarne – mówi Jane.

Wcześniej, za czasów Brytyjczyków, Malawi nazywało się protektoratem Brytyjskiej Afryki Środkowej. Potem przemianowano je na Nyasaland, od nazwy jeziora Niasa. Obszar protektoratu pokrywał się mniej więcej z zasięgiem misji założonych przez sławnego podróżnika i misjonarza Livingstone’a. To dzięki lobbingowi – jak byśmy to dziś nazwali – misjonarzy w Londynie sceptyczny rząd brytyjski zgodził się na objęcie protektoratem rejonu położonego wzdłuż jeziora Niasa, w którym dla imperium nie było nic ciekawego ani z gospodarczego, ani ze strategicznego punktu widzenia.

Objęcie tego terytorium protektoratem brytyjskim stanowiło akt czystej dobroczynności. Chodziło o to – jak mówili dziennikarzom londyńskich gazet towarzysze Livingstone’a – aby Afrykanom przynieść religię chrześcijańską i europejską cywilizację. Przy okazji oczywiście do tego zapomnianego zakątka świata miał też trafić brytyjski handel, który na równi z religią dźwigał cywilizacyjną misję. Zasadniczo miało to być przedsięwzięcie bezinteresowne: kraj był zbyt biedny, aby można było liczyć na przyzwoite zyski.

Z tych szlachetnych pobudek powstał kraj o długości 700 kilometrów i szerokości kilkudziesięciu, bez dostępu do morza; jego granice nie pokrywały się z żadnymi podziałami geograficznymi ani plemiennymi.

Być może właśnie w tym momencie został popełniony pierwszy błąd.

Drugi popełniono w 1964 roku, kiedy Brytyjczycy w pośpiechu opuścili flagę, zagrali po raz ostatni „Boże, chroń królową” i wrócili na swoją deszczową wyspę. Prezydentem nowej republiki został dr Hastings Kamuzu Banda, wykształcony na Zachodzie lekarz (ale także z dyplomem z historii) i działacz niepodległościowy. On wybrał dla niej nazwę „Malawi”, podobno od francuskiej nazwy jeziora, którą widział gdzieś na starej mapie. Nie upłynęło dużo czasu, a dr Banda zawiesił demokratyczną konstytucję, przeciwników wygnał albo zamknął w więzieniu, a sam ogłosił się prezydentem dożywotnim. Być może było to nie do uniknięcia. Poza dr. Bandą niewiele Malawi spajało.

Rządził długo – ponad trzydzieści lat. W kraju panował spokój. Dr Banda był bardzo prozachodni i konserwatywny. Ustawowo zabronił kobietom noszenia spodni (przy okazji zakazał także antykoncepcji), bo kojarzyły mu się z rozwiązłością i komunizmem. Liczba ludności wzrastała z roku na rok, gospodarka rosła, ale nie nadążała z wykarmieniem coraz liczniejszych ludzi. Kiedy liczący już dobrze ponad dziewięćdziesiąt lat prezydent ustąpił w końcu w 1994 roku, trzy czwarte budżetu stanowiła pomoc humanitarna, a klęska głodu zbliżała się wielkimi krokami.

– Nie oszukujmy się. Ten kraj istnieje tylko dzięki pomocy humanitarnej. Wystarczy zakręcić kroplówkę, a będziemy mieli tutaj klęskę na ogromną skalę – mówi Jane.

Prawdopodobnie zresztą i tak nie da się jej uniknąć. Zmiana klimatu i erozja gleby powodują, że katastrofalne susze zdarzają się coraz częściej. W dodatku deszcze stają się nieprzewidywalne. Nawet jeśli w końcu nadchodzą, często jest za późno, żeby uratować zbiory.

– Nie chcieli jeszcze od ciebie zaproszenia do Polski? – śmieje się Jane. – Każdy tylko myśli o tym, żeby stąd uciec.

W gazecie „Malawi News” wystąpił minister zdrowia, okrągły polityk z trzema podbródkami i twarzą jak księżyc w pełni. Jego zadowolona fizjonomia wypełniała całe zdjęcie. Był optymistą. To prawda, zdarzały się przypadki śmierci głodowej, ale w tym roku będzie dobrze – obiecał. Rząd już przyjął do wiadomości, że jest głód, i coś zrobi. Malawi doing fine – oświadczył minister. Malawi ma się świetnie.

*

Malawi ma się tak świetnie, że wbrew klęskom głodu i suszy – oraz skrajnej nędzy – ludzi tam szybko przybywa. W maju 2011 roku ONZ przestrzegł w kolejnym alarmującym raporcie, że liczba ludności na świecie będzie prawdopodobnie wyższa, niż przewidywano wcześniej, i w 2100 roku może osiągnąć aż 10,1 miliarda – ponad miliard więcej, niż poprzednio szacowali demografowie.

Malawi miało dwanaście milionów mieszkańców, kiedy przyjechałem tam w 2002 roku. Wtedy spotkałem Piętaszka i Jane. Jesienią 2011 roku, kiedy piszę te słowa, ma już ich ponad piętnaście milionów. Według ONZ w 2100 roku będzie ich aż 129 milionów! To nie pomyłka: w tym wyeksploatowanym, przeludnionym kraju ma się zmieścić – i przeżyć – prawie dziesięć razy więcej ludzi niż dziś!

Sprzedany tytoń. Fot. Krzysztof Miękus

Co więcej, to w sumie dla świata projekcja optymistyczna. „Za tymi prognozami stoi niewypowiedziane i prawdopodobnie wątpliwe założenie, że jedzenie i woda będą dostępne dla jeszcze nienarodzonych miliardów i że potencjalne katastrofy, wliczając to zmianę klimatu, wojny i epidemie, nie zahamują wzrostu liczby ludności – pisali dziennikarze „New York Timesa” komentujący raport demografów ONZ. – Jest bardzo możliwe, że w przypadku tych krajów, które są mniejsze i mają mniej zasobów, liczby, które prognozujemy, są nie do osiągnięcia” – powiedziała dziennikowi dr Hania Zlotnik, dyrektor wydziału ludności ONZ[1]. Katastrofa nadchodzi wielkimi krokami. Jedynym pomysłem, jakie mieli cytowani w gazecie eksperci, było przeznaczenie większych środków na udostępnianie ludziom antykoncepcji – co jest politycznie trudne ze względu na opór religijnych konserwatystów, na Zachodzie i na miejscu, a w dodatku z pewnością niewystarczające, nawet gdyby udało się ten opór przezwyciężyć.

Mówiąc o klęskach głodu i wojny, dr Zlotnik miała na myśli te ograniczenia, które powstrzymywały wzrost populacji wcześniej – przed rewolucją przemysłową, kiedy cały świat pogrążony był w trudnej do wyobrażenia dla współczesnego człowieka Zachodu nędzy.

Logikę tego świata opisał w wydanym po raz pierwszy w 1798 roku Prawie ludności pastor Thomas Robert Malthus. Brytyjski duchowny zakładał, że populacja ludzi rządzi się się tymi samymi zasadami, co wszelkie populacje zwierząt. To samo – dostępność pożywienia – określa długość i jakość życia zwierząt i ludzi, a także ich liczebność[2]. Tak jak zwierzęta, ludzie mnożą się, dopóki mają co jeść; wzrost produkcji żywności, twierdził Malthus, zawsze będzie prowadził do wzrostu liczby ludności.

Dlatego większość ludzi będzie zawsze żyła w nędzy. Przybywanie nowej siły roboczej spowoduje, że zarobki, zgodnie z prawem podaży i popytu, powrócą na granicę minimum egzystencji.

Ten proces dochodzenia do naturalnej granicy liczby ludności może potrwać jakiś czas, co oznacza, że przez pokolenie czy dwa ludzie mogą cieszyć się nieco większym dobrobytem. W świecie maltuzjańskim jednak stały wzrost poziomu życia jest niemożliwy. Postęp technologiczny prowadzi tylko do wzrostu liczby ludności (przyjmując, jak zakładał Malthus, że „pasja pomiędzy płciami” jest stała i że liczba ludności zawsze przyrasta szybciej niż produkcja żywności).

Jak pisze współczesny historyk Gregory Clark, świat maltuzjański jest z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika postawiony na głowie. To, co dziś jest przeszkodą we wzroście dobrobytu, wtedy mu sprzyjało. „Przekleństwa dzisiejszych upadłych państw – wojna, przemoc, nierząd, złe zbiory, zła infrastruktura, złe warunki sanitarne – były przyjaciółmi ludzkości przed 1800 rokiem. Zmniejszały presję populacji, a więc zwiększały materialny poziom życia. Ukochane dziś przez Bank Światowy i ONZ pokój, stabilność, porządek, zdrowie publiczne i transfery socjalne – były wrogami dobrobytu”[3].

W świecie maltuzjańskim – to drugi paradoks – także różnice społeczne miały inne znaczenie niż dziś. Prawdziwe podniesienie poziomu życia większości było na dłuższą metę niemożliwe. Dlatego niezależnie od tego, ile ziemi i bogactw skupili w swoim ręku władca i jego towarzysze, poziom życia ich poddanych zmieniał się w bardzo niewielkim zakresie. Tylko ludzi w państwie przybywało – lub ubywało, kiedy władca zbierał dla siebie większą cześć zasobów.

Wzrost poziomu życia mas był zawsze chwilowy, a ogromna większość ludzkości zawsze żyła na granicy głodu. Biblijny opis wygnania z raju, w którym Bóg mówi Adamowi: przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu:/ w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie/ po wszystkie dni twego życia./ Cierń i oset będzie ci ona rodziła,/ a przecież pokarmem twym są płody roli (przekład za Biblią Tysiąclecia), był aż do XIX wieku dobrą metaforą losu zwykłego człowieka. Nie było od niego ucieczki.

*

Kluczem do wyrwania się z maltuzjańskiej pułapki był postęp technologiczny. Żeby realne dochody rosły, produkcja żywności musiała zwiększać się szybciej niż liczba ludności. Jednak przez wiele stuleci zmiana technologiczna dokonywała się zbyt wolno. Jeżeli przyjąć, że liczba ludności rosła w tempie równym rozwojowi technologii (zgodnie z logiką maltuzjańskiego świata), to okaże się, że wzrost wydajności produkcji od 1000 do 1820 roku nie przekraczał średnio 0,05 procent rocznie – czyli sięgał zaledwie jednej trzydziestej dzisiejszego poziomu.

Oczywiście kraje i społeczeństwa różniły się wydajnością pracy, ale te różnice są trudno uchwytne dla dzisiejszego historyka. W niewielkim też stopniu przekładały się na różnice w poziomie życia. Jeśli na przykład w XVII wieku wydajność pracy w pańszczyźnianej gospodarce Polski i Litwy była niższa niż w komercyjnym rolnictwie brytyjskim, w praktyce oznaczało to tylko tyle, że ziemie polskie były znacznie mniej gęsto zaludnione niż Anglia (i tak właśnie było)[4].

Chociaż o stałym wzroście dobrobytu w świecie maltuzjańskim nie było mowy, różnice w poziomie życia w różnych krajach i epokach mogły być znaczne. Historycy tłumaczą je kulturowo narzuconymi ograniczeniami płodności – na przykład późniejszym wiekiem zawierania małżeństw w północnej Europie albo dzieciobójstwem w Chinach (zgodnie z uniwersalną zasadą: im mniej ludzi, tym większy dobrobyt).

W starożytności Rzymianie, których społeczeństwo także nie wykroczyło poza ramy gospodarki maltuzjańskiej, produkowali na masową skalę wiele tanich dóbr codziennego użytku, a rozwinięta sieć handlowa powodowała, że były one dostępne także dla ubogich w wielu zakątkach imperium[5]. Badanie rzymskich garnków może wydawać się niewdzięcznym zajęciem, ale mówi wiele o stylu i poziomie życia ich użytkowników. W miejscach wykopalisk z czasów rzymskich można znaleźć w wielkiej obfitości funkcjonalne naczynia kuchenne, używane do przygotowywania jedzenia; wytworne nakrycia stołowe, żeby je pokazać i użyć do konsumpcji; i amfory, duże naczynia używane w basenie Morza Śródziemnego do transportu i przechowywania wina czy oliwy. Współczesny archeolog J. Bryan Ward-Perkins opisuje je tak:

„Trzy cechy rzymskiej ceramiki są godne uwagi, i nie da się ich odnaleźć ponownie przez wiele stuleci na Zachodzie: jej doskonała jakość i daleko idąca standaryzacja; ogromne ilości, w których była produkowana; jej ogromne rozprzestrzenienie, nie tylko geograficzne (czasami były transportowane przez setki mil), ale także społeczne (a więc używali ich nie tylko bogaci, ale i biedni). W rejonach rzymskiego świata, które znam najlepiej, centralnych i północnych Włoszech, po końcu rzymskiego świata ten poziom wyrafinowania powrócił być może w XIV wieku, jakieś 800 lat później. (...) Kiedy ludziom dziś pokazuje się bardzo zwyczajny rzymski garnek (...), często komentują, jak »nowocześnie« wygląda (...), i często trzeba ich przekonywać o jego prawdziwym wieku”.

Ten zorganizowany świat produkcji masowej zniknął wraz z inwazją barbarzyńców; od V wieku urządzenia życia codziennego w Europie stają się coraz bardziej prymitywne, a świadectwa archeologów dowodzą stopniowego zamierania sieci handlowych z czasów starożytnych. Wymownym świadectwem jest Monte Testaccio w Rzymie, pięćdziesięciometrowa góra usypana ze szczątków amfor z II i III wieku naszej ery. Według szacunków archeologów spoczywa ich tam pięćdziesiąt trzy miliony; są to pozostałości po imporcie do stolicy imperium sześciu miliardów litrów oliwy. Taki import istniał także w VI-VII wieku, po najazdach kolejnych fal barbarzyńskich ludów, ale na bardzo niewielką skalę.

„To było społeczeństwo pod wieloma względami podobne do naszego – pisze o starożytnym Rzymie archeolog. – Transportowało dobra na ogromną skalę i produkowało na nie wysokiej jakości opakowania, które od czasu do czasu nawet wyrzucało po dostawie”[6]. Również badania arktycznego lodu odnotowały wysoki poziom zanieczyszczenia powietrza śladami wytopu ołowiu i miedzi w czasach rzymskich; bezpośrednio po upadku imperium opadł on do poziomu notowanego w czasach prehistorycznych. Na podobną do rzymskiej skalę metale te zaczęto produkować dopiero w XVI–XVII wieku[7].

Mimo tak rozwiniętej organizacji produkcji i handlu oraz masowej produkcji w każdym społeczeństwie przed rewolucją przemysłową – a więc w starożytnym Rzymie tak samo jak w dzisiejszym Malawi – w ostatecznym rozrachunku obowiązywała ta sama zależność pomiędzy liczbą ludności, wydajnością pracy i dobrobytem. Historyczne szacunki dochodu na głowę mieszkańca pokazują wprawdzie pewien spadek pomiędzy upadkiem imperium rzymskiego a późnym średniowieczem, co wiązało się z rozpadem imperialnego systemu gospodarczego i spadkiem wydajności pracy[8]. Jeszcze bardziej drastycznie zmniejszyła się jednak liczba mieszkańców: w porównaniu ze starożytnym Rzymem wczesnośredniowieczna Europa była kontynentem nie tylko wiejskim, ale i pustym. Skoro spadła wydajność produkcji, musiała także zmniejszyć się gęstość zaludnienia.

*

Paradoksy gospodarki maltuzjańskiej powodują, że dziś historycy gospodarki mogą pisać z powagą o tym, jak wielkim dobrodziejstwem była Czarna Śmierć – epidemia dżumy, która w latach 1346–1347 zabiła, według różnych szacunków, od jednej trzeciej do połowy mieszkańców Zachodu. Była ona oczywiście dobrodziejstwem dla tych, którzy ją przeżyli albo urodzili się niedługo później. Rezultatem ubytku ludności był szybki wzrost zarobków i poziomu życia, który trwał dopóty, dopóki liczba ludności nie wzrosła ponownie (w przypadku Anglii nastąpiło to dopiero około 1600 roku; liczba ludności spadła z sześciu milionów do niecałych trzech w XV wieku i sięgnęła siedmiu milionów w czasach królowej Elżbiety I)[9]. Kiedy ludzie ginęli z powodu wojny czy zarazy, dochody pozostałych wzrastały, bo w praktyce oznaczało to, że produkcja rolna przypadająca na jednego mieszkańca była większa – a tylko to naprawdę liczyło się w gospodarce, w której ponad 90 procent ludzi mieszkało na wsi, a 70 procent bezpośrednio utrzymywało się pracy na roli.

Niektórzy historycy sądzą nawet, że zaraza dostarczyła pierwszego impulsu do akumulacji kapitału. Skoro zmniejszyła się liczba ludzi, którzy mogli pracować na roli, trzeba było pomyśleć, jak lepiej wykorzystać tych, którzy byli do dyspozycji – na przykład inwestując w lepsze technologie rolne. Kiedy brakowało rąk do pracy – czyli praca była droga – opłacało się inwestować w maszyny: kapitał zastępował pracę. Stąd tylko krok do poglądu, że klęska dżumy byłaby jedną z pierwotnych przyczyn rewolucji przemysłowej, która rozwinęła się najpierw właśnie na obszarach dotkniętych najbardziej przez epidemię czterysta lat wcześniej[10]. Nawet skok dochodów wywołany Czarną Śmiercią wygląda dziś jednak na wykresie jak drobne drgnięcie sejsmografu w porównaniu z tym, które przyniosła rewolucja przemysłowa.

*

Warto cofnąć się w przeszłość, bo Malthus ma nadal coś do powiedzenia o współczesnym świecie. Jak oszacowali współcześni ekonomiści, najbiedniejsze kraje świata – mimo pomocy międzynarodowej, taniego transportu pozwalającego dostarczyć żywność w dowolne miejsce na ziemi, gigantycznych nadwyżek żywności w krajach bogatych – nadal nie mogą wydostać się z zamkniętego kręgu, który opisał brytyjski pastor[11].

Gregory Clark policzył dochody Anglików u progu rewolucji przemysłowej – w 1800 roku – oraz we współczesnym Malawi. „Angielscy robotnicy około 1800 roku mogli kupić znacznie więcej dóbr niż ich dzisiejsi koledzy z Malawi” – pisze. Za przelicznik uznał to, ile żywności można kupić za dniówkę robotnika. „Anglik w 1800 roku mógł kupić za dniówkę 3,2 kilograma pszennej mąki, podczas gdy Malawijczyk tylko 2,1 kilograma gorszej mąki kukurydzianej”. Podobnie jest z chlebem, mięsem, jajkami, mlekiem, cukrem, piwem, herbatą i solą. Clark doszedł do wniosku, że mieszkaniec Malawi dysponuje tylko 40 procentami siły nabywczej Anglika z roku 1800[12].

Prawdodpodobnie około 1640 roku w jednym miejscu na ziemi – w Anglii – reguły opisane przez Malthusa przestały obowiązywać[13]. Przełom dokonywał się powoli. Do 1800 roku liczba ludności w Anglii rośnie z sześciu–siedmiu milionów do dziesięciu milionów, a poziom życia nie spada, tylko też rośnie, choć bardzo nieznacznie: przeciętne dochody wzrastają o 0,2 procent rocznie, czyli zaledwie 10 procent na pokolenie. U progu XIX wieku dochody angielskich biedaków są już dwukrotnie wyższe niż w 1250 roku i trzykrotnie wyższe niż w 1600, ale tylko niewiele wyższe niż w dekadach po Czarnej Śmierci.

*

W jaki sposób tak biedny kraj jak Malawi może wyrwać się z maltuzjańskiej pułapki?

Wszystkie społeczeństwa, którym się to dotychczas udało, osiągały to w jeden sposób – przenosząc większą część ludności z bardzo mało wydajnej pracy na małych poletkach na wsi do bardziej wydajnej pracy w fabrykach. Krótko mówiąc – zamieniając chłopów w robotników przemysłowych.

Nie była to nigdy droga przyjemna i łatwa. Była zawsze – bez wyjątku! – pełna krwi, potu, bólu i upokorzeń, a wielu ludzi sądziło, że przynosi kres cywilizacji, a nie postęp.

W oczach współczesnych wielkie miasta przemysłowe Anglii z pierwszej połowy XIX wieku były chaotycznym labiryntem burdeli, sklepów z dżinem, piwiarni, kryjówek złodziei, brudnych podwórek, wspólnych łazienek, kałuży, stosów śmieci, tanich, zatłoczonych domów robotniczych z czerwonej cegły i źle oświetlonych, niebezpiecznych ulic, na których można było spotkać dzikie psy, szczury i – najgroźniejsze dla przechodnia – bandy bezdomnych dzieci. Ten opis przypomina do złudzenia dzisiejsze relacje z wielkich miast Afryki czy biednej części Azji. Miasta brytyjskie były hałaśliwe, śmierdzące, brudne, zadymione, pełne much i kurzu latem, a błota jesienią i na wiosnę; od pcheł i wszy nie sposób było się uchronić. Nawet cmentarze były przepełnione: Kościół anglikański zablokował plany budowy dużych komunalnych cmentarzy pod miastem, bo zarabiał na pochówkach[14]. Przestępczość biła rekordy, a policja była widoczna właściwie tylko w stolicy.

Przerwa w pracy, giełda tytoniowa w Lilongwe. Fot. Krzysztof Miękus

Publicyści załamywali ręce nad rozwiązłością seksualną i alkoholizmem robotników. Kiedy w 1830 roku brytyjski parlament zniósł pozwolenia na handel piwem – w nadziei, że ograniczy to spożycie whisky i mocniejszych alkoholi – w ciągu pół roku w miastach przybyło dwadzieścia cztery tysiące tawern i piwiarni.

Peter Gaskell, autor jednej z najgłośniejszych opublikowanych wtedy książek o położeniu pracujących ubogich, porównywał wygląd robotników fabrycznych z tym, jak wyglądali ich rodzice, „rumiani i zdrowi” robotnicy rolni. Przepaść dzielącą wesołe życie wiejskie (wyidealizowane, bo naprawdę tak wesołe nie było) od wegetacji w mrocznych fabrykach była oczywistością. „Każdy, kto stał o dwunastej w południe w wąskim przejściu, przez które wychodzą robotnicy z wielkich fabryk tekstylnych – pisał Gaskell – musi przyznać, że brzydszej grupy mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt (...) nie dałoby się zebrać”. Rozwodził się nad ich rzadkimi włosami, niską i wątłą posturą, bladą i niezdrową cerą, a nawet poszechnym platfusem i chwiejnym krokiem; w niepewnym i niedbałym chodzie dostrzegał nerwowość i poczucie odrzucenia[15]. W złych warunkach życia widział źródło powszechnego, jak pisał, pijaństwa i rozwiązłości, na domiar złego pozbawionej wstydu. W zatłoczonych domach na powszechnym widoku robiono „rzeczy, które nawet dzicy robią w samotności”. Pełen wulgaryzmów język, którym rozmawiały rodziny robotnicze, budził w obserwatorze z klasy średniej grozę. Postęp, oglądany z bliska, nie wyglądał zachęcająco – a w każdym razie było jasne, że jego społeczna cena jest bardzo wysoka.

Nawet jeśli industrializacja w długiej perspektywie była korzystna także dla robotników – pisze dzisiejszy historyk – to na początku była demograficzną i społeczną katastrofą[16]. Maszyny były drogie, więc musiały mieć jak najmniej przestojów, żeby zarobiły na siebie. W wielu branżach fabryki pracowały od szóstej rano do ósmej wieczorem, przez sześć dni w tygodniu, z krótkimi przerwami na jedzenie. Dzień roboczy trwał nawet kilkanaście godzin. Regulowany dzwonkami fabrycznymi i odmierzany zegarem rytm pracy był zupełnie inny od regulowanego przez przyrodę rytmu prac polowych; przestawić się nie było łatwo.

Czyściec, przez który przeszła Anglia, współczesnym przypominał raczej piekło – otchłań bez drogi wyjścia. Przez wiele dziesięcioleci, aż do połowy XIX wieku, płace robotników w miastach brytyjskich rosły minimalnie, a płace robotników rolnych spadały. Najlepiej zarabiali robotnicy w najnowocześniejszych branżach przemysłowych – na przykład pracownicy niektórych fabryk tekstylnych – ale i oni musieli się pogodzić z niewygodami spowodowanymi przez przeprowadzkę ze wsi do miasta (inaczej niż na wsi, w mieście mieli jednak co jeść). Śmiertelność w miastach była niesłychanie wysoka: w okresach epidemii – które powracały regularnie co kilka lat – takie choroby jak tyfus i cholera powodowały prawie połowę zgonów. W Londynie nawet w tych latach, w których nie było zarazy, przynajmniej jedną trzecią zgonów powodowała gruźlica. Urodzone w latach czterdziestych XIX wieku w Liverpoolu niemowlę rodziców z klasy wyższej i średniej – przedsiębiorcy, prawnika czy lekarza – miało przed sobą trzydzieści pięć lat życia; drobnego kupca czy sklepikarza – dwadzieścia dwa lata; a mechanika, służącego czy robotnika tylko piętnaście lat, co odpowiadało bardzo wysokiej śmiertelności nie tylko w dzieciństwie, ale na każdym etapie życia.

W Liverpoolu większość robotników mieszkała w piwnicach. W latach trzydziestych do kilku takich piwnic wdarła się, jak relacjonował ówczesny dziennikarz, „płynna materia z ubikacji sądowych”, żłobiąc rów głębokości metra pod łóżkiem jednej z rodzin. Odnotowano to bez zdziwienia. Oprócz opisów współczesnych, szereg danych potwierdza fatalne warunki życia w ówczesnych miastach: na przykład średni wzrost rekrutów brytyjskich urodzonych w tym czasie był niższy o pięć centymetrów od wzrostu pokolenia wcześniejszego i późniejszego – zaczęli stawać się wyżsi dopiero po 1870 roku.

*

„Afryka desperacko potrzebuje zachodniej pomocy w postaci szkół, klinik i szwalni odzieży – pisał w 2006 roku znany komentator „New York Timesa” Nicholas Kristof. – Ups, nie rozlej swojej kawy. My na Zachodzie zwykle pogardzamy szwalniami, uznając je za narzędzia wyzysku biednych, podczas gdy sami biedni uważają je za szansę”[17].

To prawda, praca w fabryce odzieży jest przerażająca – kiepsko opłacana, nużąca, pochłaniająca cały dzień. Ale i tak znacznie lepsza od tego, co jest osiągalne dla większości Afrykanów (i wielu Azjatów): przypadkowych, niestabilnych i dorywczych zajęć, które nie chronią przed głodem.

A wyzysk i złe warunki pracy? Czy nie wypada się na nie oburzyć?

„Dlaczego wyobrażenie indonezyjskiej szwaczki pracującej za sześćdziesiąt centów za godzinę wywołuje dużo większe oburzenie niż wyobrażenie tego samego Indonezyjczyka, zarabiającego równowartość trzydziestu centów za godzinę, który uprawia motyką swoje poletko? – zastanawia się Paul Krugman, wybitny ekonomista i laureat Nagrody Nobla. – Inaczej niż farmer, robotnicy pracują za niewolnicze zarobki dla naszego zysku – i to sprawia, że czujemy się nieczyści”. Jak pisze Krugman, nie ma możliwości zapewnienia im takich samych standardów pracy, jakie mają robotnicy w bogatych krajach. Nawet zresztą gdybyśmy zapewnili robotnikom w Indonezji czy w Chinach takie same warunki pracy jak w Szwajcarii, nie poprawiłoby to losu ogromnej większości – chłopów, rzemieślników, mieszkańców slumsów. „W najlepszym razie stworzylibyśmy uprzywilejowaną arystokrację pracy, pozostawiając ubogą większość równie biedną, jak była”[18].

Trudno też wygrać z bezlitosnym rynkiem pracy. Jeśli firma płaci wyraźnie powyżej stawek rynkowych, lokalni menedżerowie żądają od robotników bardzo wysokich łapówek w zamian za miejsce w fabryce – a więc dodatkowe pieniądze i tak nie trafiają do kieszeni najbiedniejszych.

W takim kraju jak Malawi – chociaż ludzie są skłonni pracować za dolara dziennie – i tak jednak nie opłaca się wybudować fabryki, nawet płacąc robotnikom lokalne, żałośnie niskie stawki.

Najbardziej ambitną próbą pobudzenia afrykańskiego przemysłu była amerykańska ustawa AGOA (skrót od African Growth and Opportunity Act), wprowadzona w życie w 2000 roku, pod koniec rządów Clintona. AGOA dała trzydziestu siedmiu krajom Afryki uprzywilejowany dostęp do eksportu na amerykański rynek i zapewniła pomoc techniczną, która umożliwiła im wykorzystanie tej szansy. Dzięki AGOA w Ugandzie, Namibii i Swazilandzie wiele tysięcy ludzi, głównie kobiet, znalazło pracę w szwalniach zakładanych przez kooperantów wielkich amerykańskich firm odzieżowych.

Kiedy jednak Amerykanie w pełni otworzyli swój rynek odzieżowy także dla firm z Chin, Wietnamu czy Kambodży, do czego zmusiły ich regulacje Światowej Organizacji Handlu wprowadzone w 2004 roku, wielu inwestorów błyskawicznie zniknęło z Afryki. W kilku przypadkach porzucili po prostu hale fabryczne, nie wypłacając pensji robotnicom, bo było to szybsze, łatwiejsze i tańsze od formalnego zamykania biznesu.

Boleśnie przekonała się o tym między innymi Namibia – kraj stabilny, z demokratycznym rządem i działającą administracją, w światowych rankingach korupcji zajmujący przyzwoite miejsce (lepsze niż Polska). Po uchwaleniu przez Amerykanów AGOA na przedmieściach Windhoek zaczęły wyrastać fabryki odzieży. Z punktu widzenia Europejczyków warunki pracy i płaca były fatalne, ale właściciele nie mogli się opędzić od chętnych. Dziś większość szwalni jest jednak nieczynna.

Azjaci byli bardziej konkurencyjni, bo mieli niższe płace i wyższą wydajność wynikającą z lepszego wykształcenia siły roboczej – a przede wszystkim lepsze drogi, sprawniej działające banki i służby celne. Mimo dekady najwyższego wzrostu gospodarczego w historii w 2011 roku w większości krajów afrykańskich przemysł pozostaje równie słabo rozwinięty, jak w 2000[19]. To klasyczna pułapka biedy: kraj jest tak biedny, że nie może zainwestować w lepsze drogi i lepszą edukację; w ten sposób staje się nieatrakcyjny jako miejsce inwestycji, i dalej pozostaje skazany na biedę. Przełamanie tego zaklętego kręgu jest bardzo trudne.

Korupcja jest zarówno powodem, jak i skutkiem tej sytuacji. Racjonalnie myślący Malawijczyk (albo mieszkaniec innego bardzo biednego kraju) nie może realistycznie oczekiwać, że kiedy będzie ciężko pracował, inwestował w siebie i oszczędzał, będzie mu lepiej – choćby w odległej przyszłości. W efekcie słabnie motywacja do tego, żeby ciężko pracować (choć i tak trzeba ciężko pracować – z przymusu), inwestować w siebie i oszczędzać – i jest to postawa absolutnie racjonalna. Majątek w Malawi można zdobyć dzięki powiązaniom z politykami – czyli w istocie kosztem innych. Można także wyemigrować. Skoro się nie opłaca pracować, żeby się wzbogacić, trzeba wykorzystywać swoją pozycję.

Na razie jest więc niewiele nadziei dla takiego kraju, jak Malawi. Nawet droga przez krew i nędzę rewolucji przemysłowej pozostaje dla niego zamknięta. Tytoń jest i będzie jedynym surowcem eksportowym. Ludzie żyją i będą żyli w skrajnej biedzie.

O ile nie wydarzy się jakiś cud, którego dziś nawet nie sposób sobie wyobrazić, praca tragarza na giełdzie tytoniowej nadal pozostanie atrakcyjna.

*

Tego wszystkiego jeszcze nie wiedziałem, kiedy w 2002 roku przed biurami giełdy w Lilongwe stał tłum farmerów, czekających na wypłatę za sprzedany tytoń. Siedziałem tam przez kilka godzin – kolejka nie ruszyła się o krok. Zza brudnych szyb w okienkach przyglądali się nam znudzeni urzędnicy.

– Wiesz, ile kosztuje uprawianie tytoniu? – westchnął Alex Banda, farmer z północy kraju. Za nieco ponad 300 kilogramów tytoniu miał dostać równowartość 350 dolarów. Na wypłatę czekał już czwarty dzień.

– Oszukują nas. Płacą nam nędzne grosze.

– Może po prostu tyle jest wart tytoń na rynku? – zapytałem.

– Zwariowałeś? – Banda patrzy na mnie z oburzeniem. – Wystarczy, że się zbuntujemy, i ceny natychmiast idą w górę na jakiś czas. Pół roku temu cena spadła nagle do sześćdziesięciu centów za kilogram. Przepędziliśmy tych facetów z firm tytoniowych. Wezwali policję, ale się nie daliśmy. Następnego dnia kupowali już tytoń po dwa dolary. Ten sam tytoń! Czy to jest uczciwe?

Nagle mój rozmówca zmienił temat.

– Jak jest w Polsce? To musi być bardzo bogaty kraj, prawda? Zostaw mi swój adres i telefon – prosił.

Zapisałem mu je na skrawku papieru.

*

Warszawa, początek stycznia. Ciemno, temperatura minus piętnaście, na ulicach zamarznięte błoto: Polska. Stałem na przystanku na ulicy Gagarina, przestępowałem z nogi na nogę i czekałem na autobus.

Zadzwonił telefon.

– Cześć. Mówi Banda. Pamiętasz mnie? Dzwonię z Malawi. Chcę przyjechać do twojego kraju.

– Wiesz, to chyba nie jest najlepszy pomysł – tłumaczyłem nieprzekonująco. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak tu jest zimno.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Justin Gillis, Celia W. Dugger, U.N. Forecasts 10.1 Billion People by Century’s End, „The New York Times”, 3 maja 2011, http://www.nytimes.com/2011/05/04/world/04population.html

[2] Thomas Malthus, An Essay on the Principle of Population, as it affects the future Improvement of Society, with Remarks on the Speculations of Mr. Godwin, M. Condorcet, and Other Writers, Londyn 1798; wyd. polskie Malthus, Prawo ludności, Warszawa 2003, przeł. K. Stein

[3] Gregory Clark, Farewell to Alms, A Brief Economic History of the World, Princeton-Oksford 2007, s. 5

[4] ibid., s. 14, 366-367

[5] John Bryan Ward-Perkins, The Fall of Rome and the End of Civilization, Oksford 2005, s. 88 i n.

[6] ibid., s. 92

[7] ibid., s. 95

[8] Najpopularniejszym i najpowszechniej stosowanym zasobem danych statystycznych dotyczących dochodu na głowę mieszkańca są szacunki Angusa Maddisona (The World Economy. A Millenial Perspective, Paryż 2006)

[9] John Hatcher, Mark Bailey, Modelling the Middle Ages. The History and Theory of England’s Economic Development, Oksford 2001, s. 31

[10] Por. na przykład Nico Voigtländer, Hans-Joachim Voth, Malthusian Dynamism and the Rise of Europe: Make War, Not Love, „American Economic Review” nr 2/2009

[11] Do takiego wniosku dochodzą po analizie zależności pomiędzy wzrostem gospodarczym, dochodem na głowę i liczbą ludności między innymi David N. Weil i Joshua Wilde (How relevant is Malthus for Economic Development Today?, „American Economic Review” nr 2/2009)

[12] Gregory Clark, Living Standards: Malawi, 2000 versus the Stone Age, http://www.econ.ucdavis.edu/faculty/gclark/Farewell%20to%20Alms/Living%20Standards-1.htm

[13] Por. Gregory Clark, Living Standards... op. cit. Wnioski Clarka oparte są na drobiazgowych, wieloletnich badaniach archiwalnych dochodów w Anglii od średniowiecza do XIX wieku; cały czas trwa jednak dyskusja nad tym, kiedy Anglia wyzwoliła się z reguł maltuzjańskich, jaki kształt miał ten proces i jak silnie była związana nimi wcześniej (por. na przykład Michael Kremer, Population Growth and Technological Change: One Million B.C. to 1990, „Quarterly Journal of Economics”, nr 3/1993 lub Oded Galor, David N. Weil, Population, Technology and Growth: From the Malthusian Regime to the Demographic Transition and Beyond, „American Economic Review” nr 4/2000)

[14] Boyd Hilton, A Mad, Bad, and Dangerous People? England 1783-1846, Oksford 2006, s. 574-575; mój opis wczesnoprzemysłowej Anglii zawdzięcza najwięcej tej książce.

[15] Peter Gaskell, The Manufacturing Population of England. Its Moral, Social and Physical Conditions, and the Changes which Have Arisen from the Use of Steam Machinery; with an Examination of Infant Labour, Londyn 1833, s. 161-162

[16] Boyd Hilton, A Mad, Bad... op. cit., s. 582

[17] Nicholas D. Kristof, In Praise of the Maligned Sweatshop, „The New York Times”, 6 czerwca 2006 roku, http://www.nytimes.com/2006/06/06/opinion/06kristof.html

[18] Paul Krugman, In Praise of Cheap Labor, „Slate”, 21 marca 1997, http://www.slate.com/articles/business/the_dismal_science/1997/03/in_praise_of_cheap_labor.html

[19] Edward Miguel, Is it Africa’s Turn? Progress in the world’s poorest region, Boston Review, maj–czerwiec 2008, http://iis-db.stanford.edu/pubs/22178/AfricaForum.pdf

2. Pa pa paa

Dostępne w wersji pełnej

3. Latająca toaleta

Dostępne w wersji pełnej

4. Jaboya

Dostępne w wersji pełnej

5. Bankier skacze jak Masaj

Dostępne w wersji pełnej

6. Cwany jak słoń

Dostępne w wersji pełnej

7. Formuła 75

Dostępne w wersji pełnej

8. Oczywiście, że dzieci umierają

Dostępne w wersji pełnej

9. Naprawianie gwałtem

Dostępne w wersji pełnej

10. Czarownice, dzieci-czarownicy i groźni złodzieje penisów

Dostępne w wersji pełnej

11. Zbawcy mórz

Dostępne w wersji pełnej

12. Pompa. Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Indeks

Dostępne w wersji pełnej

W serii Strefa Reportażu

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja

Jan Cywiński

Sylwia Bartkowska

Korekta

Jadwiga Piller  

Projekt graficzny serii

Przemek Dębowski

Zdjęcie na okładce

Krzysztof Miękus

  Copyright © Adam Leszczyński, 2013

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

  Pierwsze wydanie książki pt. Dziękujemy za palenie ukazało się nakładem Polskiej Akcji Humanitarnej.

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53, 02-953 Warszawa

  ISBN 978-83-63387-96-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl