Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zazdrość - Robin Wasserman

Kane i Harper wiedzą już, czego chcą: Beth i Adama. Wiedzą też, jak ich zdobyć: rozbić tę parę raz na zawsze.

Miranda sądzi, że wie już, jak poderwać Kane’a (czyli Pana Niedostępnego). Z chęcią przyjmie jednak kilka rad od wszystkowiedzącej Kai, która uwodzi pana Powella, nauczyciela en français. A Reed? Cóż, on wie, jak się zabawić.

A czy ty wiesz?

Opinie o ebooku Zazdrość - Robin Wasserman

Fragment ebooka Zazdrość - Robin Wasserman

Ro­bin Was­ser­man

Za­zdrość

Sie­dem grzechów głównych

Tłuma­cze­nie: Mi­chał Za­cha­rzew­ski

Tytuł ory­gi­nału: Se­ven De­adly Sins. Envy

Tłuma­cze­nie: Mi­chał Za­cha­rzew­ski

Zdjęcie na okładce: © La­ry­sa Dodz / istock­pho­to.com

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Re­dak­cja, ko­rek­ta, skład: Do­li­na Li­te­rek

Po­lish Lan­gu­age Trans­la­tion co­py­ri­ght © co­py­ri­ght 2013 by GWF sp. z o.o.

Ori­gi­nal En­glish lan­gu­age edi­tion co­py­ri­ght. Co­py­ri­ght © 2005 by Ro­bin

Was­ser­man.

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Si­mon Pul­se, an Im­print of Si­mon & Schu­s­ter

Chil­dren’s Pu­bli­shing Di­vi­sion.

All ri­ghts re­se­rved. No part of this book may be re­pro­du­ced or trans­mit­ted in any form or by any me­ans, elec­tro­nic or me­cha­ni­cal, in­c­lu­ding pho­to­co­py­ing, re­cor­ding or by any in­for­ma­tion sto­ra­ge and re­trie­val sys­tem, wi­tho­ut per­mis­sion in wri­ting from the Pu­bli­sher.

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-385-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

„Za­zdrość nie­sie ze sobą opłaka­ne skut­ki, ob­ra­ca w ruinę, przy­ciąga cha­os”.

– Wil­liam Szek­spir

„Nie za­wsze do­sta­je się to, cze­go się chce”.

– The Rol­ling Sto­nes

Dla Bab­ci

Roz­dział pierw­szy

Beth uwiel­biała czuć pod pal­ca­mi łagodną krzy­wiznę pleców Ada­ma. To był właśnie ten mo­ment. Jej ulu­bio­na, prze­pełnio­na spo­ko­jem chwi­la następująca za­raz po zakończe­niu za­ba­wy wśród przeście­ra­deł (uważali jed­nak, żeby nie po­sunąć się zbyt da­le­ko. Jak zwy­kle zwol­ni­li w od­po­wied­nim mo­men­cie). Po­tem nad­cho­dziło nie­unik­nio­ne. To napięcie. Te gorz­kie spoj­rze­nia. Wal­ka.

Dla tej chwi­li war­to było kłamać. Dzięki niej mogła po­dzi­wiać, jak ple­cy unoszą mu się i opa­dają, gdy zmęczo­ny leżał na brzu­chu. Mogła pod­nieść się i po­dzi­wiać jego mu­sku­lar­ne ciało, po raz tysięczny cie­szyć się, że znów należy do niej. Była u nie­go w łóżku. Mogła się na­chy­lić i de­li­kat­nie musnąć war­ga­mi na­gie ple­cy uko­cha­ne­go. Jej roz­grza­ne ciało błysz­czało, wciąż czuła łagod­ne łasko­ta­nie w miej­scu, którego przed chwilą do­ty­kał. Jak przy­jem­nie jest leżeć bez ru­chu, głęboko od­dy­chać, cie­szyć się światłem wpa­dającym przez okna i ogrze­wającym nagą skórę. Jak miło czuć jego bli­skość, mieć wrażenie, że ich ciała sta­no­wią jed­ność.

To za­wsze był jej ulu­bio­ny mo­ment. Ale nig­dy nie trwał długo.

– Więc pra­cu­jesz dziś w knaj­pie? – za­py­tał sta­ran­nie do­bra­nym, spo­koj­nym to­nem.

Po­tem prze­ciągnął się i przewrócił na ple­cy.

– Nie­ste­ty – wes­tchnęła i znów go pocałowała. – Wiesz, że wolałabym zo­stać z tobą, ale..

– Wiem – od­po­wie­dział z go­ryczą. – Obo­wiązki wzy­wają.

– Ale może zdołam wpaść ju­tro po szko­le? – stwier­dziła z na­dzieją w głosie.

Jej słowa za­brzmiały jed­nak po­dej­rza­nie radośnie, zbyt bez­tro­sko na­wet jak na nią. A może jej się tyl­ko wy­da­wało? Pew­nie na­wet nie za­uważył.

– Nie da rady. Pływam – wyjaśnił. – Ale możemy umówić się na so­botę – dodał, po czym usiadł na łóżku.

Wzro­kiem po­szu­kał ubrań, które kil­ka go­dzin wcześniej ściągnęli z sie­bie w pośpie­chu.

– No ja­sne. Za­raz po kur­sie przy­go­to­wującym do SAT – po­wie­działa Beth i po­czuła ciężar spo­czy­wający na jej bar­kach.

Ten eg­za­min miał za­de­cy­do­wać o jej przyszłości. Dzie­liło ją od nie­go za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni na­uki, więc nie miała ocho­ty mar­no­wać cza­su na głupie, spon­so­ro­wa­ne przez szkołę te­sty próbne oraz wykłady, pod­czas których pew­nie nie do­wie się ni­cze­go, cze­go już by nie wie­działa. Pro­blem w tym, że spo­tka­nia były obo­wiązko­we, po­dob­nie jak inne głupo­ty spon­so­ro­wa­ne przez szkołę.

– Świet­nie – stwier­dził Adam i włożył ja­snobłękit­ny T-shirt.

Dokład­nie taki sam od­cień miały jego czy­ste, błyszczące oczy.

– Za­cze­kaj! – Usiadła i złapała go za nad­gar­stek.

Przy­ciągnęła go do sie­bie, z po­wro­tem do łóżka. Nie wie­działa, co po­win­na po­wie­dzieć, żeby przy­wołać wrażenie bli­skości, które zni­kało za każdym ra­zem, gdy za­czy­na­li roz­ma­wiać. Kie­dyś było im ze sobą tak do­brze, tak przy­jem­nie. Te­raz ich związek przy­po­mi­nał spa­cer po tłuczo­nym szkle. Kie­dy jed­no z nich powie­działo coś nie tak, ode­zwało się zbyt głośno lub mówiło zbyt długo, po­ja­wiały się kwa­sy. Właśnie dla­te­go byli tacy ostrożni. Tacy mili i uprzej­mi.

Byli dla sie­bie obcy.

Czy to jej wina? Może nie po­win­na być za­zdro­sna o Kaię, tę nową dziew­czynę, która wyglądała jak mo­del­ka i mówiła – przy­najm­niej w jej to­wa­rzy­stwie – jak pra­cow­ni­ca sek­ste­le­fo­nu? A jeśli cho­dziło o brak za­ufa­nia? Nie po­tra­fiła mu za­ufać i to nie­za­leżnie od tego, jak często za­pew­niał ją, że nic złego się nie dzie­je. A jeśli pro­ble­mem było to, co wy­da­rzyło się między nią a pa­nem Po­wel­lem, przy­stoj­nym na­uczy­cie­lem fran­cu­skie­go, który tak bar­dzo in­te­re­so­wał się pro­wa­dzoną przez nią ga­zetką, a przy oka­zji nią samą? Przy­czyną wszyst­kie­go mógł być też nie­ocze­ki­wa­ny pocałunek, którym Po­well ją za­sko­czył. Nig­dy go o to nie pro­siła. Mało tego, uciekła wówczas i ni­ko­mu nic nie po­wie­działa… Ale kto wie, może w głębi ser­ca chciała tego pocałunku?

Co­kol­wiek po­wo­do­wało zgrzy­ty, daw­no już po­win­no zniknąć. Beth chciała, żeby znów zaczęło jej się układać z Ada­mem. Jed­nak nie wie­działa, jak to zro­bić.

– O czym myślisz, błękit­no­oka? – za­py­tał, gra­moląc się z łóżka, częścio­wo ubra­ny.

Mogła mu się przy­znać. Pew­nie po­roz­ma­wia­li­by o tym, właści­wie to o wszyst­kim. Wresz­cie doszłoby do szcze­rej roz­mo­wy. Otwar­tej, uczci­wej, bo­le­snej. Ta­kiej praw­dzi­wej. Może wresz­cie udałoby im się wszyst­ko na­pra­wić.

A może nie.

– Myślę o tym, że pracę za­czy­nam do­pie­ro za go­dzinę – od­po­wie­działa, po czym za­rzu­ciła mu ręce na szyję i przy­ciągnęła do sie­bie. – Myślę też, że po­wi­nie­neś zdjąć tę ko­szulkę.

Posłusznie ściągnął ją i rzu­cił na podłogę, po­tem na­chy­lił się i objął Beth. Nie odważyła się na szcze­rość, ale pew­nie ni­cze­go by nie osiągnęła. Tak było łatwiej. Po­trze­bo­wała tego „łatwiej”.

W większości mia­ste­czek knajp­ka taka jak Ni­fty Fi­fties, ze swo­imi zjełczałymi ham­bur­ge­ra­mi, nędzną szafą grającą, tan­det­nym wy­stro­jem i nie­przy­jem­ny­mi kel­ner­ka­mi, szyb­ko zaczęłaby świe­cić pust­ka­mi, nie licząc może tych kil­ku klientów, których kub­ki sma­ko­we daw­no ob­umarły. Pu­sta w week­en­dy i po­gar­dza­na przez ama­torów śnia­dań prze­trwałaby naj­wyżej sześć mie­sięcy. Po­tem właści­cie­le za­mknęliby ją na czte­ry spu­sty i błyska­wicz­nie się ulot­ni­li. Ale to mia­sto nie przy­po­mi­nało większości in­nych mia­ste­czek. W Gra­ce w sta­nie Ka­li­for­nia za wy­kwint­ne da­nia uważano te za­ma­wia­ne przy sto­li­kach, a nie za ladą. Tu na­wet McDo­nald’s bał się in­we­sto­wać. W Gra­ce brało się to, co da­wa­li. W przy­pad­ku Ni­fty Fi­fties ozna­czało to da­nie dnia z wy­schniętymi fryt­ka­mi i gbu­ro­watą obsługą.

Pew­nie dla­te­go każdego dnia po szko­le tłum znu­dzo­nych na­sto­latków zaj­mo­wał stojące tam rdza­wo-po­ma­rańczo­we sto­li­ki. Nie byli to jed­nak de­spe­ra­ci. Har­per Gra­ce (z Gra­ce’ów, właści­cie­li ko­pal­ni i bi­blio­te­ki w sta­nie Ka­li­for­nia, a obec­nie Pral­ni Gra­ce przy uli­cy North Hamp­ton) cza­sa­mi za­szczy­cała to miej­sce swoją obec­nością. A jeśli Har­per Gra­ce wy­brała je na obiad, to mu­siało gwa­ran­to­wać od­po­wied­nio wy­soką jakość je­dze­nia – tak przy­najm­niej tłuma­czy­li to so­bie inni.

Dla Har­per knaj­pa miała jedną i tyl­ko jedną za­letę: była bli­sko.

„No do­bra, niech będą dwie za­le­ty”, pomyślała, chwy­tając frytkę z ta­le­rza Mi­ran­dy. Jak zwy­kle jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka zjadła jedną dzie­siątą por­cji i przez ko­lejną go­dzinę bawiła się je­dze­niem leżącym na ta­le­rzu.

Pierw­sza za­le­ta: knaj­pa była bli­sko.

Dru­ga za­le­ta: wszy­scy klien­ci byli bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ni ob­ser­wo­wa­niem jej niż je­dze­niem. Czuła się tu jak w szko­le… Szko­le bez nud­nych lek­cji. Mogła się cie­szyć po­pu­lar­nością i nie myśleć o pra­cach do­mo­wych.

Uwiel­biała być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia.

– Czy Beth jest dziś w pra­cy? – za­py­tała Mi­ran­da i ro­zej­rzała się za blon­dynką, której obie nie­na­wi­dziły.

– Kto ją tam wie! – od­po­wie­działa Har­per i wywróciła ocza­mi. – Zresztą kogo to ob­cho­dzi?

Jej przy­ja­ciółka się zaśmiała.

– Bądź grzecz­na – ostrzegła ją, choć z całą pew­nością nie mówiła se­rio.

Har­per swo­jej po­zy­cji nie zdo­była prze­cież grzecz­nością. Łącząca ich przy­jaźń też była wy­ni­kiem tego, że Har­per mówiła wszyst­kie te świństwa, których Mi­ran­da nie miała od­wa­gi wy­po­wie­dzieć na głos. Po co to zmie­niać?

– Wolałabyś, żeby tu latała z tym swo­im głupim uśmiesz­kiem? – za­py­tała Har­per i uśmiechnęła się tak, jak robiła to Beth Man­ning. Po­tem zaczęła szcze­bio­tać tak jak ona. – Cześć, chłopcy. Czy mogę wam coś podać? Wody? Kawy? Mój tyłeczek? Nie mar­tw­cie się, nie będzie mi już po­trzeb­ny.

– Ra­cja! – Kiwnęła głową Mi­ran­da i uśmiechnęła się chy­trze. – Do­brze, że szla­ja się gdzieś z Ada­mem. Przy­najm­niej jej nie wi­dzi­my.

W tym sa­mym mo­men­cie z twa­rzy Har­per zniknęły wszyst­kie ozna­ki radości.

– Jem, Rand – po­skarżyła się. – Czy możemy ogra­ni­czyć ta­kie ko­men­ta­rze do mi­ni­mum? Rzy­gać mi się chce!

Mi­ran­da prze­pra­szająco skłoniła głowę.

– Sor­ry, wy­msknęło mi się. Nie je­stem dziś w for­mie.

– O co ci właści­wie cho­dzi, Rand? Ja przy­najm­niej wiem, co mnie męczy – jęknęła Har­per, kie­dy wbrew swo­jej woli wy­obra­ziła so­bie roz­anie­loną parę.

Gdzieś na początku roku szkol­ne­go miała na­dzieję, że od­nie­sie suk­ces. Zwłasz­cza że Adam w mo­men­cie słabości od­sunął się od uko­cha­nej i zaczął sy­piać z kimś in­nym. Jed­nak po pierw­sze tym „kimś in­nym” nie była Har­per, a po dru­gie Beth na­wet nie wie­działa, że gość ją zdra­dził. A te­raz za­ko­cha­na para znów cie­szyła się sobą, a ona wciąż nie miała ni­ko­go.

Ob­ser­wo­wała ich. Wi­działa każde spoj­rze­nie, każdy do­tyk łączący Ada­ma z rze­ko­mo uko­chaną dziew­czyną. Co­dzien­nie w szko­le dręczy­li ją nie­kończącą się serią po­zba­wio­nych sma­ku gestów. Każdego dnia przy­po­mi­na­li jej, że nie zdo­była jesz­cze tego, co chciałaby mieć. A po­nie­waż byli sąsia­da­mi, a okna jego sy­pial­ni wy­cho­dziły na jej pokój, noce wca­le nie były lep­sze. Cóż, w ostat­nich dniach Har­per też była nie w for­mie.

– Ja wiem, dla­cze­go moje życie jest do bani – stwier­dziła gorz­kim to­nem. – A ty?

– Wciąż o nim myślę – przy­znała Mi­ran­da.

– O Ka­nie? – Jej przy­ja­ciółka od daw­na nie wspo­mi­nała o lo­kal­nym uwo­dzi­cie­lu.

Har­per miała na­dzieję, że to już za­mknięty roz­dział. Naj­wy­raźniej myliła się.

– Wiem, wiem, on jest z in­nej ligi.

– To nie­praw­da – za­pew­niła ją nie­zbyt prze­ko­nującym to­nem.

Kane Ge­ary był nie­ziem­sko przy­stoj­nym, wręcz ide­al­nym dup­kiem. I wy­znał kie­dyś Har­per w ta­jem­ni­cy, że Mi­ran­da nie ma u nie­go szans. Po­dob­no pociągał go ktoś inny. Cóż… trud­no na­zwać to nie­spo­dzianką. Mi­ran­da miała wie­le za­let. Była in­te­li­gent­na, za­baw­na, miała cięty język. W ska­li od je­den do dzie­sięciu zasługi­wała na sie­dem czy na­wet osiem punktów. Jed­nak nie była sek­sowną laską, która na ski­nie­nie Kane’a ro­ze­brałaby się do pończo­szek. A to eli­mi­no­wało ją z kręgu za­in­te­re­so­wań gościa.

– Ależ praw­da. On jest z in­nej ligi – upie­rała się Mi­ran­da. – Ale za­sta­na­wiałam się nad tym… – dodała i uśmiechnęła się. W jej głosie słychać było tę samą sza­leńczą bra­wurę, którą miała już w piątej kla­sie, gdy prze­ko­nała ją do założenia klu­bu ba­by­sit­te­rek. Har­per jęknęła bezgłośnie. Również i tam­ten plan spa­lił na pa­new­ce. – Pora na nową Mi­randę Ste­vens – dodała.

(Har­per była pew­na, że za­ak­cen­to­wała li­terkę N).

– Uch… czy mam pra­wo głosu? – za­py­tała i uniosła rękę. – Lubię starą Mi­randę.

– Czy masz sto osiem­dzie­siąt cen­ty­metrów wzro­stu, ciem­nobrązowe oczy, ka­lo­ry­fer na brzu­chu i zabójczy uśmiech?

Har­per wywróciła ocza­mi.

– A za­tem nie masz pra­wa – oświad­czyła przy­ja­ciółka. – Nie możesz głoso­wać. A za­sta­na­wiałam się nad tym, czy…

Har­per wes­tchnęła. Mi­ran­da opo­wia­dała tym­cza­sem o swo­jej stra­te­gii, która obej­mo­wała zmianę fry­zu­ry, ma­ki­jażu, ciuchów, kształtów i cha­rak­te­ru. Pla­ny miała tak bo­ga­te, że aż dziw­ne, że nie przy­go­to­wała pre­zen­ta­cji w Po­wer­Po­in­cie. Czy po­win­na po­wie­dzieć przy­ja­ciółce, że u Kane’a nie ma szans? Prze­cież tym kimś, kto pociągał Kane’a, mogła być Beth! W końcu obie­cała pomóc mu ją zdo­być, o ile on pomoże jej zdo­być Ada­ma. Co zro­biłaby jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, gdy­by do­wie­działa się, że Har­per ją wy­sta­wiła i za­warła pakt z diabłem? Że w miłości jest jak na woj­nie i trze­ba so­bie jakoś ra­dzić?

No cóż, pew­nie nieźle by jej poszło.

– To co, pomożesz mi? – za­py­tała Mi­ran­da.

– Co? – za­py­tała za­sko­czo­na Har­per.

Po sa­tys­fak­cji ma­lującej się na twa­rzy przy­ja­ciółki domyśliła się, że gdy roz­pra­wiała się z po­czu­ciem winy, pre­zen­ta­cja do­biegła wresz­cie końca.

– Pomożesz mi? Z nową Mi­randą?

– Po­wie­działam już, że wolę starą – za­wa­hała się.

– Har­per! Czy ty w ogóle mnie słuchałaś? Muszę się zmie­nić, bo in­a­czej Kane mnie na­wet nie za­uważy. Obie­całaś kie­dyś, że pomożesz mi go zdo­być!

– Tak, pamiętam! – stwier­dziła Har­per.

Rze­czy­wiście tak było. Przy­po­mi­nała so­bie o obiet­ni­cy za każdym ra­zem, gdy wi­działa Mi­randę, i za­po­mi­nała o niej, gdy do­strze­gała Beth oplątującą Ada­ma swo­imi mac­ka­mi. Po­trze­bo­wała po­mo­cy Kane’a i to bar­dziej niż za­ufa­nia Mi­randy. Być może uda jej się ro­ze­grać sprawę tak, aby nie stra­cić żad­ne­go z nich.

– Poza tym je­steś moją naj­lepszą przy­ja­ciółką – dodała Mi­ran­da, próbując wziąć ją na po­chleb­stwa. – Po to tu je­steś. Jeśli nie mogę na cie­bie li­czyć, to na kogo mogę?

Do­bre py­ta­nie!

– Dokąd idzie­my? – za­chi­cho­tała He­ather.

– Ciii! Mówiłem, że to nie­spo­dzian­ka! – od­po­wie­dział Kane.

Wędro­wa­li pu­sty­mi, szkol­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi. Ostat­nie zajęcia po­za­lek­cyj­ne już daw­no się zakończyły. Na­uczy­cie­le za­pa­ko­wa­li się do swo­ich żałosnych sa­mo­chodów i popędzi­li do domów, żeby da­lej wieść swo­je żałosne życia. Kane domyślał się, że większość lu­dzi nie wi­działaby sen­su w za­kra­da­niu się do szkoły. Cóż, ci lu­dzie nie mie­li o ni­czym pojęcia.

– A jeśli nas złapią? – szepnęła He­ather.

Kane uśmiechnął się i dał jej bu­zia­ka. Szep­tała w całkiem sek­sow­ny sposób, zupełnie nie­przy­po­mi­nający tego jęczącego pi­sku, który wy­da­wała z sie­bie pod­czas nor­mal­nej roz­mo­wy. Miała nie­sa­mo­wi­te ciało, całkiem niezłą twarz i głos, który nisz­czył uszy. Kane po­dej­rze­wał, że po dzi­siej­szej małej przy­go­dzie po pro­stu z nią się pożegna. Pokaże jej drzwi. Chciał jed­nak, żeby włamy­wa­nie się do bu­dynków zo­stało jej w pamięci. Bo, jego zda­niem, otwie­rało pew­ne możliwości…

– Nie złapią nas – obie­cał. – A jeśli już, to wezmę winę na sie­bie.

– Mój ty bo­ha­te­rze! – za­chi­cho­tała po raz dru­gi.

Za­trzy­ma­li się przed nie­ozna­czo­ny­mi drzwia­mi i Kane wyciągnął z kie­sze­ni klucz po­dob­ny do tego, dzięki któremu do­sta­li się do bu­dyn­ku.

– Skąd ty to…?

Przyłożył pa­lec do jej ust, po czym uci­szył ją ko­lej­nym pocałunkiem.

– Mistrz nig­dy nie zdra­dza swo­ich se­kretów – wyjaśnił. – Nie py­taj. De­lek­tuj się chwilą.

Po­tem otwo­rzył drzwi i po­pro­wa­dził ją w dół, do ciem­nej, pu­stej kotłowni. Nie­co prze­stra­szo­na He­ather kur­czo­wo się go trzy­mała. Po­dzi­wiała, jak pew­nie prze­cho­dzi przez pokój, za­pa­la świe­ce i rozkłada mo­he­ro­wy koc, który przy­niósł ze sobą.

– Voilà! – po­wie­dział trium­fal­nym głosem.

Łagod­ny blask świec rozświe­tlał po­miesz­cze­nie. Nada­wał ro­man­ty­zmu temu miej­scu. Przy­najm­niej w oczach He­ather.

„W oczach wszyst­kich He­ather na świe­cie”, pomyślał Kane. Tak już z nimi jest. Po­wo­li miał tego dość. Za­wsze pa­trzył z po­gardą na gości ze szkoły, którzy mie­li stałe dziew­czy­ny. Związki. „De­bi­le”, myślał. Przy­wiązują do sie­bie jakąś dziew­czynę, sta­rają się być od­po­wie­dzial­ni, tym­cza­sem wpa­dają w pułapkę. Po co to wszyst­ko? Żeby mieć z kim wyjść w wa­len­tyn­ki? Co­dzien­nie się do­war­tościo­wy­wać? Cie­szyć się z gwa­ran­to­wa­ne­go ora­lu?

Kane i tak to wszyst­ko miał. Nie mu­siał jed­nak wysłuchi­wać płaczu, skarg i żądań, które wiązały się z po­sia­da­niem dziew­czy­ny.

A jed­nak, kie­dy ostat­nio przyglądał się Ada­mo­wi i Beth, temu, jak ona na nie­go pa­trzy, jak się do nie­go przy­tu­la, naszły go wątpli­wości. A może coś prze­oczył? Czy to możliwe, że Ada­mo­wi tra­fiło się coś wyjątko­we­go?

Kane nie wie­rzył w to, żeby ist­niało coś lep­sze­go niż życie, które sam so­bie wymyślił. Ale chciał mieć pew­ność. Jeśli ist­niało coś ta­kie­go, był gotów zro­bić wszyst­ko, żeby to zdo­być.

W tym sa­mym cza­sie bez naj­mniej­szych kłopotów sięgnął po coś czy może ra­czej kogoś, kto do­star­czyłby mu ja­kiej­kol­wiek roz­ryw­ki…

He­ather przy­tu­liła się do nie­go i pal­ca­mi zmierz­wiła mu włosy.

– Je­steś nie­sa­mo­wi­ty – szepnęła, po czym pocałowała jego ucho, kark i pier­si.

Kane po­zwo­lił, żeby ściągnęła mu ko­szulkę, po czym pa­trzył z za­do­wo­le­niem na jej jędrne pier­si scho­wa­ne pod czer­wo­nym, sa­ty­no­wym sta­ni­kiem, opa­lo­ny, płaski brzuch i smukłe, per­fek­cyj­ne nogi. Dziew­czy­na po raz ko­lej­ny przy­tu­liła się do nie­go. Rękami prze­sunęła po jego ple­cach. Po chwi­li mógł już po­dzi­wiać inne części jej ciała.

– Je­steś nie­sa­mo­wi­ty – szepnęła.

– Tak, wiem.

Kaia łyknęła wódki z to­ni­kiem i wyciągnęła się na długiej ławce w ja­cuz­zi. Na jej mar­mu­ro­wym opar­ciu rozłożyła swo­je długie, ciem­ne włosy.

Przy­mknęła oczy i za­mru­czała z za­do­wo­le­nia, czując, jak stru­mie­nie wody ma­sują jej mięśnie i po­wo­li roz­pusz­czają zgro­ma­dzo­ny w nich stres.

Nie to, żeby się jakoś bar­dzo stre­so­wała. Stre­so­wa­li się lu­dzie, którzy przej­mo­wa­li się tym, co dzie­je się do­okoła, pragnęli cze­goś kon­kret­ne­go, mar­twi­li się lub ro­bi­li coś kon­kret­ne­go – w jej bez­sen­sow­nym życiu w nud­nym, małym mia­stecz­ku nic ta­kie­go się nie działo. Cały stres zo­sta­wiła w No­wym Jor­ku, ra­zem z przy­ja­ciółmi, chłopa­ka­mi, tą nie­czułą dziwką, jej matką oraz kartą kre­dy­tową Saks Fi­fth Ave­nue. Apa­tia miała za­pew­ne cu­dow­ny wpływ na jej cerę – szko­da, że nie było tu ni­ko­go, kto mógłby to do­ce­nić.

– Do­lewkę, pan­no Sel­lers? – za­py­tała nieśmiało po­kojówka.

– Nie, dziękuję, Ali­cjo – od­po­wie­działa uprzej­mie Kaia.

War­to było być – cza­sa­mi – miłym dla służby. Prze­cież jej oj­ciec nie byłby za­do­wo­lo­ny, gdy­by po po­wro­cie z ko­lej­nej podróży służbo­wej do­wie­dział się, że opróżniła pół jego bar­ku. Na ra­zie był to se­kret, który dzie­liły z Alicją. I chciała, żeby tak po­zo­stało.

Poza tym gdy­by nie ja­cuz­zi, al­ko­hol i te­le­wi­zja sa­te­li­tar­na, już daw­no by osza­lała.

Odkąd mat­ka wysłała ją na to od­lu­dzie, twierdząc, że rok spędzo­ny u ojca, w domu gdzieś pośrod­ku pu­sty­ni, do­brze wpłynie na jej cha­rak­ter, jej życie za­mie­niło się w nie­kończące się pa­smo nudy. Mat­ka ko­rzy­stała pew­nie z tego, że się jej po­zbyła, i pusz­czała się w no­wo­jor­skich spa, na wy­prze­dażach i w knaj­pach dla sin­gli, jak­by była Kar­da­shianką (tyle że w śred­nim wie­ku). Tym­cza­sem ona utknęła w opu­sto­szałym, upal­nym mia­stecz­ku i mu­siała się od­zy­wać do tych ubo­gich Lu­berów, którzy two­rzy­li miej­scową społecz­ność na­sto­latków. Ojca wi­dy­wała je­dy­nie od cza­su do cza­su. Po­dob­no cie­szył się z jej przy­jaz­du, ale szyb­ko zwinął się z mia­sta. W swo­jej po­siadłości, u boku nie­po­kor­nej córecz­ki, spędzał je­dy­nie kil­ka go­dzin ty­go­dnio­wo. Po­tem znów się ulat­niał.

Kaia go nie winiła. Gdy­by miała kasę, sama ru­szyłaby w długą podróż (naj­le­piej do LA, to tyl­ko sześć go­dzin jaz­dy stąd) i się nie oglądała.

Naj­uko­chańszy tata znisz­czył jed­nak jej kar­ty kre­dy­to­we i tak zna­lazła się w po­trza­sku. Zdążyła już so­bie udo­wod­nić, że po­tra­fi zaciągnąć do łóżka dwóch naj­większych przy­stoj­niaków w całej szko­le – a jak na taką wioskę, byli na­prawdę gorący – i te­raz bra­ko­wało jej po­mysłów. Adam Mor­gan z całą tą swoją lo­jal­nością i wier­nością nie sta­no­wił zresztą spe­cjal­ne­go wy­zwa­nia. Wy­rwa­nie go było przy­jem­ne, ale nie tak przy­jem­ne, jak chwi­la, w której go spławiła, patrząc pro­sto w tę jego twarz szcze­niacz­ka. Kane uległ wyjątko­wo łatwo, choć miał pew­ne za­le­ty.

Był do­pie­ro paździer­nik, a ona już się nu­dziła. Jak zwy­kle. Co może jesz­cze osiągnąć? Dołączyć do „po­pu­lar­nych” i zo­stać królową balu? Wrócić do pla­nu z ubiegłego mie­siąca i znów zacząć się pie­przyć? Może do­rwać tego na­uczy­cie­la fran­cu­skie­go, któremu się wy­da­je, że jest dla niej zbyt do­bry? Albo ukraść jedną z kart ojca i wrócić do No­we­go Jor­ku?

Kaia za­nur­ko­wała, po czym na­gle się wy­nu­rzyła, po­zwa­lając, żeby chłodne, pu­styn­ne po­wie­trze omiotło jej wil­gotną twarz. Żyło się jej zbyt do­brze, zbyt wy­god­nie, żeby mar­twić się ju­trem czy w ogóle przyszłością. Czuła, że prędzej czy później wpa­ku­je się w ja­kiejś cie­ka­we kłopo­ty.

Za­wsze jej się to uda­wało.

Adam od­garnął ja­sne włosy z twa­rzy Beth i de­li­kat­nie pocałował ją w czoło. Wstał z łóżka i zaczął szu­kać swo­ich ubrań. Tym ra­zem go nie za­trzy­my­wała. Szko­da; całowa­nie się szło im znacz­nie le­piej niż roz­mo­wa.

Nie mu­siał się wte­dy mar­twić o słowa, których nie po­wi­nien wy­po­wia­dać, a które same pchały mu się na usta. „Spałem z Kaią” na przykład. Za każdym ra­zem, gdy za­czy­nał mówić, bał się, że nie zdoła się po­wstrzy­mać. Jakaś jego część chciała wy­znać prawdę. Po­zbyć się ciążącego po­czu­cia winy.

Kie­dy byli ra­zem, nie mu­sie­li roz­ma­wiać o tym, dla­cze­go ciągle się mi­ja­li. Nie mu­sie­li też po­ru­szać ich naj­większe­go pro­ble­mu: sek­su. I jego bra­ku.

Mi­nio­ne lato było nie­uda­ne. Można było od­nieść wrażenie, że Beth nie po­do­bało się każde słowo wy­po­wie­dzia­ne przez Ada­ma. Dziew­czy­na założyła, że zależy mu tyl­ko na sek­sie, i po ci­chu go za to znie­na­wi­dziła. On sam też sie­bie nie­na­wi­dził… Cza­sa­mi miał wrażenie, że zależy mu tyl­ko na sek­sie. Jed­nak kie­dy zatańczy­li ra­zem na roz­poczęciu roku szkol­ne­go, sy­tu­acja uległa zmia­nie. Przy­najm­niej na wierz­chu. Gdzieś tam, w głębi, wciąż było źle.

Nie­zbyt do­brze pamiętał tę chwilę. Ze strzępków wspo­mnień za­snu­tych al­ko­ho­lem wy­wnio­sko­wał, że Beth zgo­dziła się wresz­cie z nim prze­spać – a jemu urwał się film. Obu­dził się do­pie­ro następne­go ran­ka.

Uko­cha­na pa­trzyła na nie­go z po­gardą, jed­nak nie po­wie­działa ani słowa.

Nie roz­ma­wia­li wte­dy o tym. Nie roz­ma­wia­li również ko­lej­ne­go dnia ani żad­ne­go in­ne­go. Ona nig­dy nie po­ru­szyła tego te­ma­tu, a on nie prze­pro­sił.

Te­raz seks, kie­dyś tak ważny dla nich te­mat, był nie do ru­sze­nia. Tabu. On nig­dy nie pytał, dla­cze­go wte­dy była „go­to­wa” i kie­dy znów będzie. Nie wspo­mniał też, że po­znał już smak sek­su i że te­raz pożąda go jesz­cze bar­dziej. Cza­sa­mi za­zdrościł Kane’owi, że może mieć każdą dziew­czynę i prze­ko­nać ją do wszyst­kie­go. Co praw­da nie chciał roz­sta­wać się z Beth, ale cza­sa­mi ma­rzył o ja­kiejś prze­rwie. O prześli­zgnięciu się do równo­ległego świa­ta, w którym byłby sin­glem.

Byłby wol­ny.

– Wy­da­je się, że na­sza drużyna pływac­ka zdobędzie w tym roku mi­strzo­stwo – ode­zwał się, próbując ode­gnać nie­po­trzeb­ne myśli. Wy­brał neu­tral­ny te­mat. Sko­ro chciał być z Beth, nie po­wi­nien roztrząsać tego, co było nie­osiągal­ne. Na­wet nie po­wi­nien o tym ma­rzyć. – Mamy na­prawdę do­bry se­zon.

– Wiem – od­po­wie­działa i uśmiechnęła się smut­no. – Szko­da, że nie możemy się ju­tro zo­ba­czyć.

– Nie przej­muj się – próbował ją uspo­koić. – Ro­zu­miem. Je­steś zajęta.

W zeszłym roku Beth przy­cho­dziła na wszyst­kie jego tre­nin­gi pływac­kie i me­cze ko­szykówki. Wspie­rała go zza li­nii. W tym roku była zbyt zajęta, żeby się po­ja­wiać. Adam uda­wał, że mu to nie prze­szka­dza.

– Jeśli do­trze­my do finałów… – zaczął nie­zo­bo­wiązująco. – Spo­ro dzie­ciaków z na­szej szkoły przyj­dzie nam ki­bi­co­wać. Być może…

– Z przy­jem­nością! – zawołała Beth. Wy­sko­czyła z łóżka, przy­tu­liła go, po czym założyła dżin­sową spódniczkę i ja­snoróżowy top. – Oczy­wiście, jeśli chcesz, żebym przyszła…

– Ja­sne, że chcę – od­po­wie­dział szyb­ko i ją pocałował. – Stęskniłem się za moją ma­skotką przy­noszącą szczęście. Faj­nie będzie znów cię tam zo­ba­czyć. I do­brze… dla nas.

– A sko­ro wspo­mniałeś o nas, Ada­mie… Myślę, że po­win­niśmy… Jak dotąd wca­le… – Głos zaczął się jej łamać.

– Co? – prze­rwał jej łagod­nie, choć nie był pe­wien, czy chce usłyszeć od­po­wiedź.

– Ups, chy­ba muszę już pędzić – od­po­wie­działa po­god­nym, ra­do­snym głosem. – Po­win­nam się jesz­cze po­uczyć przed pracą.

– Masz ju­tro test? – za­py­tał.

Było to mało praw­do­po­dob­ne. Z reguły do­sko­na­le wie­dział, kie­dy przy­go­to­wy­wała się do spraw­dzia­nu. Trud­no było tego nie za­uważyć – wszędzie leżały kar­tecz­ki z no­tat­ka­mi i kse­ro­ko­pie. Do tego do­cho­dziła li­ta­nia obaw do­tyczących za­wa­le­nia szkoły. Wszyst­ko kończyło się z reguły oceną bar­dzo dobrą.

– Nie, uczę się do SAT-ów. Wiesz, to te eg­za­mi­ny, które za parę ty­go­dni zmie­nią całe moje życie – przy­po­mniała mu.

– Będziesz miała jesz­cze na to czas – zaśmiał się i przy­ciągnął ją do sie­bie.

Ode­pchnęła go. Cza­sa­mi ich związek przy­po­mi­nał prze­ciąga­nie liny. On ciągnął ją w jedną stronę, a coś ukry­te­go w niej ciągnęło ją w drugą.

– Cho­dzi o moją przyszłość. Naszą przyszłość – po­wie­działa z pasją w głosie. – To ważny eg­za­min.

– Wiem, wiem. – Po­ki­wał głową, próbując ją uspo­koić.

– Przyj­dziesz w so­botę, praw­da? – Na­gle zro­biła się po­dejrz­li­wa. – Wiesz, że to obo­wiązko­we?

– Wiem. Nie mu­sisz set­ny raz mi przy­po­mi­nać – po­skarżył się i odwrócił w prze­ciwną stronę. – Nie je­stem kre­ty­nem.

– Chciałabym, żebyś zaczął trak­to­wać życie nie­co bar­dziej poważnie – jęknęła. – Za­wsze…

– Co? – zde­ner­wo­wał się.

Oprócz sek­su sta­ra­li się nie roz­ma­wiać o przyszłości. Żadne z nich nie chciało przy­znać, że zmie­rzają w prze­ciw­nych kie­run­kach.

– Nic – od­po­wie­działa zza jego pleców i go objęła. Przez chwilę ma­so­wała mu klatkę pier­siową i całowała jego kark. – Za­po­mnij o tym – mruknęła i po raz ko­lej­ny do­tknęła usta­mi jego ciała.

Od­po­wia­dało mu to.

Wy­bra­li naj­gor­szy mo­ment.

Har­per za­trzy­mała się na pod­jeździe i od razu ich na­mie­rzyła. Sta­li kil­ka metrów od niej i się obej­mo­wa­li. Jak gdy­by nie mo­gli dać świa­tu od­począć od sie­bie.

– Hej, Har­per! – zawołał Adam. Południo­wy ak­cent był je­dyną rzeczą, którą za­wdzięczał dzie­ciństwu spędzo­ne­mu w Ka­ro­li­nie Południo­wej. Oso­biście nie­na­wi­dził go, po­dob­nie jak i przy­po­mi­na­nia mu przeszłości. Według niej jed­nak miał me­lo­dyj­ny, słodki, kuszący głos. – Chodź się przy­wi­tać!

– Nie mam cza­su! Zajęta je­stem. Sami wie­cie! – od­po­wie­działa, po­ma­chała im i pod­biegła do drzwi.

Dziw­na roz­mo­wa za­raz po sto­sun­ku z miłością jej życia i miłością jego? Nie, dzięki.

Poza tym pew­nie za­po­mnie­li już o jej ist­nie­niu i zajęli się czymś dużo poważniej­szym: ob­ma­cy­wa­niem się.

Znie­sma­czo­na pokręciła głową i weszła do domu. Kie­dy Adam wy­znał jej – swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce, że zdra­dził Beth, wydało jej się oczy­wi­ste, że w ciągu ty­go­dnia się roz­staną. Oka­zało się jed­nak, że ta wpad­ka sta­no­wi je­dy­nie nie­wielką bruzdę na ich cuchnącym, pełnym miłości związku. Ba, gdy­by prze­ana­li­zo­wać ich za­cho­wa­nie, można by po­ku­sić się o stwier­dze­nie, że są te­raz so­bie bliżsi niż kie­dy­kol­wiek wcześniej. Naj­bar­dziej bolała Har­per świa­do­mość, że mogłaby znisz­czyć ich szczęście kil­ko­ma sta­ran­nie do­bra­ny­mi słowa­mi. Mogłaby po­zbyć się Beth… Tyle że Adam by jej tego nie wy­ba­czył.

Nie­wie­dza to błogosławieństwo, co, Beth?

Adam już nig­dy nie wspo­mniał o Kai. Znów mówił wyłącznie o swo­jej ide­al­nej, uko­cha­nej dziew­czy­nie.

Pie­przyć to! Har­per miała już dość cze­ka­nia na dzień, w którym gość obu­dzi się i stwier­dzi, że śpi z niewłaściwą dziew­czyną. Miła, cier­pli­wa Har­per prze­stała właśnie ist­nieć (o ile kie­dy­kol­wiek ist­niała). Na­ro­dziła się bez­względna in­try­gant­ka Har­per. I znów wkra­cza do ak­cji!

Zda­je się, że ma pe­wien po­mysł…

Roz­dział dru­gi

Sobo­ta rano, szkoła śred­nia Ha­ven High, sala nu­mer 232. Roz­cza­ro­wa­ni ucznio­wie ostat­nich klas – łącznie czter­dzieści osiem osób – wchodzą do sali, dys­ku­tując na je­den i tyl­ko je­den te­mat.

Otóż była so­bo­ta.

Wcze­sny po­ra­nek.