Zawsze w porę - Agnieszka Krawczyk - ebook
NOWOŚĆ

Zawsze w porę ebook

Agnieszka Krawczyk

4,3

135 osób interesuje się tą książką

Opis

"Życie to nieustające problemy i zmaganie się z nimi. Raz wychodzi się zwycięsko, a raz z nosem na kwintę. I nie rodzimy się z mapą, która mogłaby nas przeprowadzić przez wszystkie zdradliwe wiry losu i fałszywe ścieżki. Codzienną trasę wyznaczamy sami, na zasadzie prób i błędów.”

Na ulicy Wierzbowej szczęśliwe chwile splatają się z tymi trudnymi: miłość z rozczarowaniem, radość ze smutkiem. Każdy z sąsiadów musi się zmierzyć z niełatwym wyzwaniem. Hanna Jawińska staje na rozdrożu. Razem z dziećmi opuszcza swój piękny dom i przenosi się do wilii pani Flory. Jak potoczy się życie młodej kobiety? Czy otworzy się na nową miłość? I kogo wybierze, bo o jej zainteresowanie walczą dwaj mężczyźni.
Joli Cieplik przytrafia się niefortunny wypadek, a jej siostrzenica Nika, choć wreszcie czuje się potrzebna, to wciąż nie potrafi uporać się ze swoimi skomplikowanymi uczuciami. W szklarni Zygmunta zaczyna się wiosna. Czy zawita również do jego serca? Mieszkańcy ulicy będą zaskoczeni, jakie niespodzianki szykuje dla nich los.
Miasteczko także czekają zmiany, a nie wszystkie można zaakceptować. Tylko czy społeczność będzie potrafiła się zjednoczyć i wspólnie pokonać przeciwności?
Wciągająca opowieść o ludziach, którzy walczą o swoje szczęście i wierzą, że życie pisze dla nich dobry scenariusz. I choć teraz pada deszcz, wkrótce musi zaświecić słońce. Bo na świecie każda sprawa ma swój czas, nie dzieje się bez przyczyny. Ważne, żeby mieć nadzieję, iż prowadzi nas pomyślna gwiazda. I że pewne rzeczy zawsze przychodzą w porę. Nawet jeśli w tym momencie ich nie oczekujemy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bo nie o miłość tu chodzi,

choć zawsze chodzi o nią[1].

 

Karina Stempel

 

 

 

[1] K. Stempel, Glosa [w:] Wnioski z badań terenowych, Mikołów 2019.

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

Świat o poranku wygląda zupełnie inaczej niż wieczorem, a blask dnia przynosi niespodziewane rozwiązania i mądrość, której czasami próżno szukać w mroku nocy.

Hanna Jawińska obudziła się w swojej sypialni, którą jeszcze doniedawna dzieliła z mężem, w wielkim łóżku, odprzeszło pół roku zaścielonym pojedynczym kompletem pościeli, i rozejrzała się posterylnym wnętrzu. Obszerny pokój, bardzo jasny, doświetlony wielkim oknem wychodzącym naogród, został urządzony w minimalistycznym, industrialnym stylu. Chwilę patrzyła nakażdy mebel z osobna, a potem w jednym momencie dotarło doniej, żeraczej nie spędzi tużycia.

Napoczątku kochała ten dom. Jego szlachetną nowoczesną bryłę, ogromne okna otwierające się nazieleń zadomem, starannie dobrane sprzęty i wysokie sufity. Dawid, jako architekt, z dużą precyzją zaplanował wszystko, bodobudowy przygotowywał się kilka lat. Jej projekt także się podobał, choć przy dopracowywaniu go nie miała zbyt wiele dopowiedzenia. Mąż przemyślał koncepcję w najmniejszych szczegółach, a ona nie chciała mu robić przykrości uwagami. Zresztą poco? Przecież jej wszystko pasowało. Dom był wolny odchaosu, nie gromadzili zbędnych sprzętów. Próżno tubyło szukać ozdób czy bibelotów. Dwa wielkie metalowe ptaki, sowa i czapla, stały poobu stronach kominka, ale tobyły dzieła sztuki, nabyte przez męża w galerii. Jeśli lampa, totaka, która definiuje wnętrze, jeżeli mebel – tooryginalny – takie założenia przyjął Dawid, a ona ich nie negowała. Uspokajała się tutaj i odpoczywała.

Doczasu.

Domomentu, gdy uświadomiła sobie, żenic w tym wnętrzu nie należy doniej. Każdą rzecz wymyślił mąż, jego było też wykonanie. Hanna nie ustawiła choćby jednej rośliny czy krzesła. Działała wedle rozrysowanego przez partnera układu. Toon wiedział, jak najlepiej urządzić przestrzeń idealną: funkcjonalną i elegancką zarazem.

Tylko czy janaprawdę jestem w stanie tak żyć? Gdy wszystko zostało zaplanowane, opisane i działa wedle ściśle określonej procedury? Małżeństwo tonie lot w kosmos, podczas którego najdrobniejsza sytuacja jest zawczasu przewidziana w punktach i podpunktach, a ewentualne odstępstwo odschematu może sprowadzić katastrofę. Życie tonieustające problemy i zmaganie się z nimi. Raz wychodzi się z potyczki zwycięsko, a innym razem z nosem nakwintę. I nie rodzimy się z mapą, która mogłaby nas przeprowadzić przez zdradliwe wiry losu albo fałszywe ścieżki. Codzienną trasę wyznaczamy sami metodą prób i błędów.

Wtym odczytaniu pojawienie się w jej świecie Błażeja mogło być właśnie znakiem, żenależy obrać inny niż dotychczas kierunek. Czas zrezygnować zeszczegółowego planowania i pójść nażywioł. Wybrać drogę w nieznane, może wyglądającą natrudną i czasami niebezpieczną, ale jakże ekscytującą. Tak. Dla Hanny nadchodził właśnie dzień wyzwolenia.

Uświadomiła sobie too świcie, gdy blade światło styczniowego poranka sączyło się przez okno osłonięte jedynie muślinową firanką. Przefiltrowane w ten sposób układało się naprzedmiotach łagodnie, tępiąc ostre krawędzie. Zawsze chciałabym patrzeć naświat w ten sposób – uświadomiła sobie. Przez spokojny, delikatny filtr.

Poprzedniego dnia pojawił się w domu Dawid. Rozmowa nie należała doprzyjemnych, choć przebiegała w kulturalnej atmosferze. Wobec przedświątecznego pisma męża, w którym akcentował swoje równe prawa dodomu i – jej zdaniem – wyraźnie sugerował, żezamierza doniego wrócić, obawiała się, iż będzie się musiała wyprowadzić z dziećmi jeszcze przed Nowym Rokiem. Tak się jednak nie stało. Mąż poprosił o rozmowę.

Hanna bała się ich spotkania. Przede wszystkim nie wiedziała, jak zareaguje Nelka. Dziewczynka tęskniła zatatą, kilkukrotnie próbowała doniego dzwonić, ale on zawsze odpowiadał esemesem, żejest zajęty, skontaktuje się później, conie następowało. Mała była tym coraz bardziej przygnębiona i zmartwiona; szukała winy w sobie.

Jej matkę dręczyło też coś innego: Czy ciągłe włóczęgi Nelki, która w towarzystwie białej suczki Figi penetrowała ogrody sąsiadów, nierzadko wchodząc bez ich wiedzy, naprzykład przez dziury w płocie, nie sąspowodowane właśnie tym? Obojętnością i niechęcią ojca dokontaktów? Może dziewczynka szuka potwierdzenia, żeludzie jąlubią i żeprzyjemność sprawia im przebywanie w jej towarzystwie?

Dzięki pani Florze Majewskiej, emerytowanej bibliotekarce, która mieszkała w najstarszym domu przy ulicy Wierzbowej – pięknej drewnianej willi, niegdyś określanej mianem „Leśna Struga”, Hanna zawsze wiedziała, dokąd zawędrowało jej dziecko. Sąsiadka starała się zakażdym razem zadzwonić, gdy Nelka pojawiała się bez uprzedzenia w ogródku; wiedzieli też o tym inni mieszkańcy ulicy. Hanna nie raz i nie dwa tłumaczyła córeczce, żenie powinna tak postępować. Popierwsze, nie wolno wchodzić bez pytania naczyjąś posesję, a podrugie – nie dokońca jest tobezpieczne. Ale mała lubiła tuwszystkich i z każdym zdążyła się już zaprzyjaźnić, a życzliwość ludzka wyraźnie dodawała jej skrzydeł.

Młoda matka wyrzucała sobie również to, żeNela nie miała kontaktu z nikim starszym w rodzinie. Jej rodzice nie żyli, zaś rodzice Dawida… Cóż… Rzadko ich odwiedzali. Wnuczka chyba zupełnie nie kojarzyła dziadka i babci, a odnarodzin Błażeja już w ogóle o żadnych spotkaniach nie było mowy. Teściowa najwyraźniej miała synowej zazłe fakt, żeurodziła niepełnosprawne dziecko.

Dziecko o specjalnych potrzebach – podkreśliła w myślach młoda kobieta, botak chciała toujmować. Każdy z nas mapewne ograniczenia i wyjątkowe potrzeby. Tylko jedni większe niż reszta, w tym cała rzecz. Nie, Hanna nie przymykała oczu nazespół Downa, który został zdiagnozowany u jej syna, nie starała się zaklinać rzeczywistości, wierząc, iż jej dziecko będzie dokładnie takie, jak jego rówieśnicy. Nie uważała poprostu, żetojakaś skaza, problem czy tym bardziej powód dowstydu. Istnieją bariery, których nigdy się nie pokona; u jednych jest tobardziej zauważalne, u drugich mniej. Mądrość polega natym, aby zaakceptować to, czego z pewnością nie da się zmienić, zaś pracować nad tym, comożna rozwinąć, bokażde życie jest piękne w swej odmienności i niepowtarzalności.

Mąż najwyraźniej inaczej towidział. Wyprowadził się niedługo ponarodzinach syna. Czuł żal. Jego marzenia nie ziściły się, a rodzina nie rozwijała wedle planu, który stworzył. Tacy już jesteśmy nieschematyczni – pomyślała z nieoczekiwanym humorem Hanna i bardzo jątopokrzepiło. Dlaczego musi poruszać się w wyznaczonych koleinach i realizować czyjś zamysł? Może właśnie los podpowiada jej, żemaw życiu dozrobienia coś większego i wartościowszego? Coś, conie mieści się w uładzonym harmonogramie naegzystencję? Może jej przeznaczeniem jest odrobina szaleństwa?

Nelka ucieszyła się nawidok ojca, a jej radość rozdarła Hannie serce. Znowu zaczęła przypisywać winę sobie. Może zbyt mało się starała, aby scalić rodzinę? Toprzez nią dzieci staną się nieszczęśliwe, zaszkodzi im, ograbi z miłości i domowego spokoju… Szybko odrzuciła tęmyśl. Dawid wielokrotnie wmawiał jej, żesię zmieniła i żetowłaśnie stało się powodem jego oschłości. Ona z kolei nie wyobrażała sobie, jak mogłaby pozostać wciąż taka sama. Los postawił jąw nowej sytuacji, a ona tylko dostosowała się doniej, a właściwie próbowała jązrozumieć. Toprawda, odporodu Błażeja zaszła w niej swoista metamorfoza. Kim była wcześniej? Kobietą bez większych aspiracji, której poprostu układało się w życiu. Teraz miała sprostać ogromnemu wyzwaniu, więc przemyślała wiele spraw nanowo. Musiała się zmienić, spojrzeć naświat innymi oczyma. Dawid najwyraźniej tego nie rozumiał. Chciał, bybyło jak wcześniej, jak zawsze. Tak, jak sobie tego życzył.

Już napoczątku wizyty odsunął odsiebie delikatnie córeczkę, która chciała mu tyle opowiedzieć i pokazać, a potem zasiadł zastołem.

– Kochanie, zaraz obejrzę twoje rysunki, ale narazie idź się pobawić dopokoju – polecił, niby tołagodnie, ale jednak zezniecierpliwieniem. Dziewczynka spojrzała naniego smutno, lecz udał, żetego nie dostrzega.

– Długo cię nie widziała – zaczęła Hanna pojednawczo.

– Wiadomo, żechcę z nią pomówić, przyjechałem tuprzecież dodzieci, ale chyba najlepiej, żebyśmy odrazu załatwili nasze sprawy. – Dawid nie krył irytacji. – Tosąrozmowy dorosłych, kochanie – zwrócił się ponownie docórki. – Zachwilę przyjdę dociebie, dobrze?

Nela rozpogodziła się.

– Chciałabym ci pokazać moje nowe kino… I książkę, którą dostałam odpani Flory. Jest taka zabawna.

– Oczywiście, ale teraz daj nam chwilę naosobności. Pobaw się z Figą, proszę…

Hanna zacisnęła wargi, ale Nelka posłusznie odeszła, rzucając ojcu zawiedzione spojrzenie.

Wsalonie zrobiło się cicho. Młoda kobieta słyszała wyłącznie tykanie dużego zegara, który stał nakominku. Mąż mierzył jąwzrokiem, ale nie odzywał się. Kiedy więc usłyszała płacz Błażeja, zerwała się odstołu prawie z ulgą.

– Nakarmię go – oznajmiła i ruszyła dopokoju dziecka.

Oczekiwała, żeDawid pójdzie zanią. Nie widział syna już odtak długiego czasu, a nawet nie spytał o jego zdrowie, o rozwój. W ogóle wyrażał się o nim bezosobowo, nie używając imienia, ukrywając jego istnienie pod ogólnikowym określeniem „dzieci”.

Jeżeli miała jeszcze jakieś złudzenia, właśnie jetraciła. Mąż wstał wprawdzie, ale tylko poto, byzrobić sobie kawę. Uruchomił duży nowoczesny ekspres i, czekając aż urządzenie zmieli ziarna, a potem przygotuje napój wedle jego wytycznych, patrzył przez okno nazimowy ogród.

Odczuwał satysfakcję, żedom jest taki piękny. Hanna dobrze dbała o wnętrze, nie było tunic zbędnego czy psującego kompozycję. Pusty o tej porze roku ogród harmonizował z koncepcją architektoniczną budynku. Biel w środku i biel nazewnątrz. Kiedyś oglądał film o pisarzu, który przyjeżdża nad morze stworzyć biografię polityka. Zachwycił go dom tego fikcyjnego premiera. Nasurowych popielatożółtych wydmach pozbawionych roślinności wzniesiono oszczędną bryłę z szarego betonu, której głównym atutem były przeszklone ściany otwarte nawodę i piasek. Szarość, brudna biel, zgaszona żółć – takie kolory tam dominowały. I czegoś podobnego chciał również u siebie. Uważał się zaczłowieka racjonalnego, roztropnego i nieulegającego porywom. Zawsze podejmował decyzje nachłodno, nie mieszał dotego serca. Był opanowany i zdystansowany. Dlatego też zaplanował sobie rozmowę w najdrobniejszych szczegółach i teraz spokojnie czekał, aż żona wróci oddziecka.

Hanna wyszła z pokoju podłuższej chwili, niosąc narękach Błażeja. Ojciec przyjrzał mu się chmurnym wzrokiem. Chłopiec – przeciwnie – spoglądał na tatę wesołymi oczami, a potem nagle się uśmiechnął.

Twarz Dawida złagodniała, wyciągnął rękę, aby pogłaskać dziecko.

– Jak się masz? – zagadnął.

– Dobrze – odpowiedziała matka. – Z jego zdrowiem wszystko w najlepszym porządku. Miałam pewne obawy, ale naszczęście Błażej rozwija się prawidłowo. Liczę, żeniedługo zacznie sam siadać.

– Cieszę się. – Tazdawkowa odpowiedź sprawiła kobiecie przykrość. Ojciec nie uczynił żadnego gestu, nie zasugerował, żechce wziąć syna naręce. Poprostu przypatrywał mu się z wyczekiwaniem.

Nacoczeka? – zastanowiła się. Żecoś się w magiczny sposób odmieni i dziecko będzie takie jak inne? A może topretensja względem mnie, żenie wywiązałam się z obowiązku? OdDawida bił chłód. Jego rozczarowanie było wręcz namacalne.

Poczuła zniecierpliwienie. Jakie towszystko niesprawiedliwe!

– Oczym chciałeś pomówić? – spytała w końcu, przytulając chłopca jakby w obronnym geście.

Mąż upił nieco kawy z filiżanki i chwilę delektował się jej intensywnym smakiem.

– Chodzi o kwestie prawne. Delikatne sprawy majątkowe.

Miała ochotę się roześmiać, ale nie zrobiła tego.

– Nie dokońca zrozumiałam twoje pismo. Chcesz tutaj wrócić? – zapytała bez ogródek, bonie zamierzała przeciągać tej zabawy w kota i myszkę.

Dawid poruszył się niespokojnie.

– Tonie wchodzi w grę – wyjaśnił, a ona nieco się odprężyła. Najbardziej obawiała się, żemąż zaproponuje wspólne mieszkanie dochwili uzyskania rozwodu. Dom był obszerny, dlaczego więc nie mieliby się pomieścić? Podejrzewała go o najbardziej absurdalne pomysły, również ten. Mógł toteż być wybieg, żeby się jej jak najszybciej pozbyć. Booczywiste było, żenie zniosłaby takiej niejasnej sytuacji. W jakim charakterze mieliby tuprzebywać? Jako para pozostająca w separacji, ale wspólnie wychowująca dzieci? Dobrzy znajomi? Byli kochankowie? Koncepcja wydawała się tak szalona, żewręcz niemożliwa, ale trudno powiedzieć, coDawidowi podpowiedzieli prawnik i wyobraźnia.

– Rozumiem – odparła więc ostrożnie. – O cozatem idzie?

– Omoją obecną sytuację. – Widać było, żei on nie zamierza się patyczkować. – Najprawdopodobniej wyjadę zagranicę, dostałem tam propozycję…

– Ach, tak – skomentowała chłodno Hanna.

Skrzywił się.

– Owszem. Chciałem ci też powiedzieć, żegdy tylko dostaniemy rozwód, zamierzam ożenić się z Julką. Zatem…

– Tak szybko… – bardziej stwierdziła niż zapytała Hanna, ponieważ zabrakło jej tchu. Owszem, wiedziała o jego romansie. Toznaczy nie wiedziała napewno, ale uświadamiała sobie pewne sprawy. Wokół wszyscy szeptali, żeDawid znalazł sobie kogoś. Ona też nie była ślepa – ciągłe wyjazdy popołudniami, niby dopracy, musiały coś znaczyć. Napewnym etapie poprostu odsuwała odsiebie te myśli, nie mając siły się z nimi zmierzyć. Liczyła też z jego strony nauczciwe postawienie sprawy. On jednak zawsze kierował zarzuty wobec niej. Jąoskarżał o nieczułość, o to, żesię zmieniła, żejest dla niego inna. A jaka, naBoga miała być? Opiekowała się sześcioletnią dziewczynką i niemowlęciem, które wymagało specjalnej uwagi. Nikt jej nie pomagał, czuła tylko niechęć i zawód. Bonawaliła. Nie stanęła nawysokości zadania, zniszczyła piękny sen. W dodatku nie chciała przyznać się dobłędu. O Julii również słyszała – oczywiście zawsze w kontekście pracy, ot, nowa specjalistka, która pojawiła się w firmie. Lecz Dawid odpoczątku wspominał o niej w taki sposób, żetrudno było nie nabrać podejrzeń. Niby nic szczególnego nie mówił o niedawno zatrudnionej koleżance, ale nawet słowa padające mimochodem zdradzały wiele. Hanna już jakiś czas temu zrozumiała, żenie wytrzymuje konkurencji z nową znajomą, ale dopiero teraz wszystkie jej niejasne wrażenia nabrały kształtu. Zatem chodziło o Julkę. No cóż…

– Nie sądzę, żeby tobyło zbyt szybko – podkreślił wyraźnie dwa ostatnie słowa. – Totrwa już odpewnego czasu.

– Nie powiedziałeś mi– rzuciła gorzko.

– Cóż, chyba nie jesteś aż tak naiwna, bysądzić, że… Haniu, wielokrotnie sygnalizowałem ci, żenie możemy się porozumieć, oddalamy się odsiebie.

– Tak, kładłeś mitodogłowy. Rozumiem, żewdałeś się w romans, bojazawiniłam, i musiałeś tozrobić, aczkolwiek niechętnie? – Nie chciała być ironiczna, tostało się samo, bez jej udziału.

– Nie stawiaj sprawy w ten sposób. Kochałem cię, przecież wiesz. Poprostu coś się wypaliło, umarło.

Hanna spojrzała naniego surowo, a potem przeniosła wzrok nadziecko. Tak, z pewnością coś się wypaliło, gdy urodziła syna, który nie odpowiadał wymaganiom ojca. Ciekawe, czym z kolei zawiniła Nelka – pomyślała z goryczą. Nią także się nie interesuje, nawet nie zadzwoni… Zdawkowe życzenia naświęta i prezenty dostarczone przez kuriera toprzecież nie wszystko.

Przygryzła wargi, boczuła, żejakiekolwiek argumentowanie nie masensu. Dawid był przekonany doswojej racji. W jego świecie toHanna ponosiła odpowiedzialność zarozpad małżeństwa – on był bez skazy. Poprostu musiał jązdradzić, gdyż nie okazała się wystarczająco dobra.

– Dziwię się, żemówisz mitotak otwarcie – oznajmiła więc. – Rozwód jest w toku, mogę żądać rozstania z twojej wyłącznej winy. Totymnie opuściłeś i odszedłeś doinnej, takie sąfakty.

– Wierzę, żetego nie zrobisz. Nie chcę się wikłać w skandale, które żadnemu z nas nie przyniosą korzyści, wręcz przeciwnie. Myśl też o sobie, Haniu. Pococi długotrwały proces, wywlekanie brudów, świadkowie narozprawach? Załatwmy tosprawnie, nie zamierzam was zostawić z niczym. Będę płacił nadzieci, majątek podzielimy sprawiedliwie. Tobie także pomogę, jeśli nie będziesz dawała sobie rady.

Kobieta skrzywiła się nate protekcjonalne słowa. „Jeśli nie będziesz dawała sobie rady”. Jak łatwo przychodziło mu bagatelizowanie jej starań, właściwie obrażanie jej. Niby serdecznie, z troską, a jednak wbijał jej szpilę, mówiąc totakim głosem. Nie liczył się z nią, w jego oczach była najwyraźniej pogardliwie zamykaną kartą.

– Nie zachowuj się, jakbyś mirobił grzeczność – burknęła. – Skoro nie oferujesz tego z miłości donich, toprzypominam ci, żeoboje rodzice mają obowiązki wobec dzieci. O mnie nie musisz się tak wspaniałomyślnie martwić, poradzę sobie.

Nie wiedziała jeszcze, jak tozrobi, bow tym momencie jej powrót dopracy był niemożliwy zewzględu naopiekę nad Błażejem, chciała też wykorzystać urlop wychowawczy, aby zapewnić chłopcu jak najlepszy start, zająć się rehabilitacją. Stwierdziła, żenie będzie sobie narazie tym zaprzątać głowy, jednakże nie zamierzała dać Dawidowi satysfakcji. Oczywiście mogłaby go oskarżyć, skoro sam się przyznał dozdrady, ale istotnie nie chciała przechodzić przez sądowe upokorzenia. Wysłuchiwanie świadków opowiadających o ich małżeństwie, spostrzeżenia i wnioski obcych ludzi – nie, toponad jej siły. A jeszcze szukanie dowodów naromans, roztrząsanie różnych intymnych kwestii…

Poczuła, żeskóra jej cierpnie. Nagle rozumiała, dlaczego tak gładko wyjawił jej prawdę o Julce: wiedział, żenie będzie w stanie niczego z tym zrobić, bonie znajdzie w sobie wystarczająco dużo determinacji. Jest zabardzo zajęta dziećmi i swoimi problemami, bywikłać się w walkę. Wyczuwając jego wyrafinowany cynizm, poczuła jeszcze większą złość i upokorzenie.

– Acoz domem? – spytała napozór obojętnie, podnosząc głowę.

Poruszył się niespokojnie.

– No właśnie, japoniekąd w tej sprawie. Początkowo myślałem, żeby ci zostawić możliwość mieszkania w nim, póki wszystkiego nie załatwimy, toznaczy wiesz – oficjalnie się nie rozstaniemy.

– Rozumiem, żecoś się zmieniło – rzuciła sarkastycznie. – Narzeczona chce tutaj zamieszkać? – dodała lodowatym głosem, sama nie poznając jego brzmienia.

Pochwili już wiedziała, skąd się u niej bierze ten ton. Pogardzała mężem. Brzydziła się jego krętactwami i nieszczerością. Tobyło nowe dla niej uczucie, gdyż wcześniej doświadczała tylko żalu, wstydu i smutku. Czuła się nieszczęśliwa, żecoś, cobudowała przez tyle lat, tak łatwo się rozpadło. Teraz doszedł nowy element. Choć wciąż tkwiła w niej zadra, boDawid nie był jej obojętny i jej dusza płakała nad końcem tego związku i miłości, jednocześnie nie odczuwała względem niego szacunku. Nawet więcej – przestała go traktować poważnie, jako świadomego swych wyborów człowieka. Widziała w nim tylko ofiarę własnych wyobrażeń, słabego, żałosnego, niedojrzałego chłopca poddającego się wpływowi innych. A z kimś takim nie chciała być, nawet jeśli w głębi serca wciąż go kochała. Nie. Zdradził jąi tobyło straszne, ale przede wszystkim oszukał dzieci. Obiecał im coś, czego teraz nie zamierzał dać. Zasamo tonależała mu się gorzka odprawa.

– Nie stawiaj sprawy w ten sposób – mruknął. – Toprawda, Julka myślała o tym domu, bosię jej podobał, rozważaliśmy nawet, bycię spłacić…

– Ale?

– Życie potoczyło się inaczej. Potrzebujemy gotówki, chcemy urządzić się zagranicą. Posiadłość trzeba będzie jak najszybciej sprzedać i chciałbym uzyskać natotwoją zgodę.

Milczała chwilę, rozważając wszystko. Potrzebę wyjazdu zagranicę nawet rozumiała, choć oznaczało to, żeDawid, nawet gdyby chciał, nie będzie widywał zbyt często dzieci. Ale czemu tak nagle? Przecież nikt ich nie pospiesza, żeby natychmiast spieniężali majątek i dzielili się gotówką.

Zapytała o to. Mąż skrzywił się, a potem jednym łykiem wypił resztę kawy.

– Otóż Julka… No, jednym słowem, spodziewamy się dziecka. Sama rozumiesz, w tej sytuacji rozwód z mojej winy byłby nie namiejscu.

– Ach, tak? A więc jestem również odpowiedzialna zaciążę Julii? – roześmiała się drwiąco, pojmując w lot sens całej tej kombinacji. Błyskawiczny rozwód, szybki ślub, sprzedaż domu, wyjazd gdzieś daleko. Dawid odcinał się odprzeszłości, planując nowe życie. Jakie toponure.

– Wiesz, żenie o tochodzi. Może źle toująłem. Miałem namyśli, żenikomu tonie posłuży.

– Owszem, wspominałeś już o tym. Obawiasz się skandalu – podrzuciła nieprzyjaznym głosem. – Ale nie rozumiem, w jaki sposób taafera mogłaby obrócić się przeciwko mnie. Zastanówmy się… Porzucasz żonę i dwójkę dzieci, w tym jedno o specjalnych potrzebach, żeby odejść doinnej, z którą oddłuższego czasu masz romans, a teraz spodziewasz się dziecka. No, todla mnie faktycznie niewyobrażalna hańba, powinnam się tego wstydzić, naprawdę muszę toukrywać! – dodała ironicznie, krzywiąc usta.

– Posłuchaj mnie – warknął. – Jeśli nie będziesz stwarzała problemów, wstrzymam się z tąsprzedażą nakilka miesięcy. I zauprzejmość odwdzięczę się, dostaniesz zesprzedaży więcej niż połowę oraz godziwe alimenty nadzieci. A skoro mówię, żebędą godziwe, todotrzymam słowa.

Hanna przygryzła wargi. A więc tyle zostało z ich miłości? Żenujące targi o pieniądze? Obliczanie, cokto komu jest winien i jak się rozliczyć? Skoro tak, todobrze. Nie mogła teraz rozpaczać nad zgliszczami swego uczucia, musiała myśleć o dzieciach.

– Rozumiem, żespiszemy umowę – spytała tym samym chłodnym i beznamiętnym tonem.

– Oczywiście. Wiesz, żejanie rzucam słów nawiatr. Dziękuję ci zarozsądek i żenie straciłaś rozeznania w sytuacji – pochwalił jąłaskawie, najwyraźniej zadowolony z efektów rozmowy.

Ogarnął jąpusty śmiech.

– Jeżeli towszystko, toidź już. Proszę, żeby twój prawnik skontaktował się z moim.

– Chciałbym porozmawiać chwilę z Nelką, jeżeli pozwolisz – oznajmił Dawid już normalnym, wypranym z emocji głosem. Wydawało się, żeodetchnął, iż sprawa została tak gładko załatwiona.

– Ależ proszę. – Hanna wstała, boBłażej zaczął delikatnie popłakiwać najej rękach.

Dawid obrzucił spojrzeniem syna.

– Mam nadzieję, żeJulka urodzi ci zdrowe dziecko. – Te dwa ostatnie słowa wypowiedziała tak, jakby brała jew cudzysłów. – Bow innym wypadku nie wyobrażam sobie jej losu.

– Nie zdawałem sobie sprawy, żepotrafisz być okrutna – zimno dopowiedział Dawid. – Miałem rację, żebardzo się zmieniłaś, Haniu.

– Szkoda, żesam siebie nie słyszysz. Może byś się choć trochę zawstydził. A teraz idź docórki, która nadal myśli, żemawspaniałego ojca. I oby się nie przekonała, żejest inaczej, bowówczas się z tobą policzę.

Chyba poraz pierwszy w jej głosie zabrzmiała groźba. Dawid spojrzał nanią w zdumieniu, ale nie skomentował. Wstał, otrzepał marynarkę z niewidzialnych pyłków i ruszył dopokoju Nelki.

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

Flora Majewska powoli wzięła się zaporządki. Odczasu pamiętnego przyjęcia wigilijnego i jej decyzji, żenie pozbędzie się domu i zostanie naulicy Wierzbowej, sąsiedzi odwiedzali jączęsto. Może nawet częściej, niż się spodziewała. Nie, żeby jątomęczyło, lecz nie przywykła dotak wielu wizyt. Niektóre były bardzo miłe, inne wręcz zaskakujące, jak tanapoczątku stycznia.

Wjej progach nieoczekiwanie stanął Igor Konopiński, mąż Patrycji, tym razem nie jako sąsiad, ale oficjalny delegat samorządu, wraz z kierowniczką wydziału kultury, Aliną Bańką. Mieli wręczyć Florze nagrodę zanajpiękniejszą dekorację świąteczną.

– Pani choinka wygrała w naszym internetowym plebiscycie – wyjaśnił zdumionej Florze Igor.

– Patrzcie państwo – zdziwiła się starsza pani. – Nie miałam pojęcia, żetak się toskończy. Toprawda, Hania wspominała o jakimś konkursie, ale zupełnie mitowyleciało z głowy.

Choinka istotnie mogła budzić podziw. Staraniem sąsiadów i różnych osób odwiedzających Wierzbową ozdabiały jąniezwykłe stare zabawki lub ręcznie wykonane błyskotki. Czego tunie było: trochę wyciągniętych zestrychu Flory dawnych ozdóbek jej matki, błyszczące gwiazdki zrobione przez Nelkę, pierniczki (zanim oczywiście nie zjadły ich ptaki), wspaniała żołna z papier-mache, dzieło Ingi Oławskiej, kilka drucianych zwierzątek będących efektem małego eksperymentu jej brata Ksawerego, który zwykle pracował w kamieniu, ale tym razem skusił się nainny materiał. Szydełkowe bombki wykonane przez Jolę Cieplik, kwiaty podarowane przez Zygmunta Wyrwę i wreszcie kolorowe łańcuchy z papieru pochodzące z przedszkola Nelki.

Igor powinszował jeszcze raz, poczym wręczył zdumionej Florze bon domarketu budowlanego.

– Tow ramach nagrody – wyjaśniła Alina Bańka. – Napewno się przyda. – Obrzuciła krytycznym wzrokiem dom Majewskiej, a ona poczuła się zobowiązana zaprosić gości nakawę i coś słodkiego.

– Właśnie dostałam odprzyjaciółki zimowe ciasto z bakaliami, może się państwo skuszą.

Alina nie była zbyt przekonana, ale Igor dobrze pamiętał przedświąteczne spotkanie u rodzeństwa Oławskich, podczas którego wszyscy mieszkańcy ulicy debatowali nad sposobem zatrzymania Flory w tym miejscu. Ktoś wspomniał, żestarsza pani czuje się samotna, bonikt jej odwiedza i żenależy tozmienić.

– Bardzo chętnie – zgodził się więc i, lekceważąc zdziwione spojrzenie Aliny, ruszył zagospodynią przez uśpiony ogród.

– Właściwie tobardzo przydatna nagroda – rzuciła Flora, oglądając bon. – Skoro tuzostaję, czas pomyśleć o renowacji domu. Napewno zrobię malowanie.

– Przydałby się remont dachu – fachowo oceniła Alina. – Topiękna zabytkowa willa, a jest w takim kiepskim stanie. Trzeba bysię zastanowić…

– Copani manamyśli? – zainteresowała się Majewska, dotknięta faktem, żeo jej siedzibie ktoś mówi w ten sposób, bezosobowo i z lekceważeniem. Tojej dom i jej historia. Nawet jeśli pamiętał lepsze czasy, towciąż wyglądał niczego sobie.

– Może jakieś dofinansowanie naremont… – zadumała się dyrektorka. – W końcu walory historyczne i krajobrazowe sąniezaprzeczalne…

– Zebrała tupani wiele pięknych przedmiotów. – Igor ciekawie rozejrzał się pownętrzu. – Meble, obrazy, widzę też sporo książek.

– Tomoje kolekcje – przyznała Flora. – Gromadziłam jeprzez wiele lat, głównie otrzymywałam w podarunku, mówiąc szczerze. Meble totaka powojenna różnorodność: sąi starocie, antyki, ale sporo tuu mnie mało wartościowych gratów – przyznała z uśmiechem. Zdążyła się już przywiązać doeklektycznego wystroju.

– Imponujący zbiór pocztówek. – Konopiński zauważył kilka oprawionych sztuk. – Bardzo gustowne.

– Dziękuję. Mam takich rzeczy wiele: obsadki dopiór, kałamarze, porcelanę i zegary. O właśnie, zegary lubię chyba najbardziej, nakręciłam każdy nainną godzinę – roześmiała się, widząc ich miny. Chyba zastanawiali się, czy jej uwierzyć. – Nie cierpię, gdy wszystkie dzwonią naraz – uściśliła.

– Przecież można jewyłączyć. – Alina pokręciła głową.

– Każdy przedmiot czemuś służy. Zegar maodmierzać czas, więc powinien zostać wprawiony w ruch. A cotozaczasomierz, który nie dzwoni? – wyjaśniała pogodnie.

– Naprawdę ciekawe wnętrze – pochwalił Igor. – Muszę się pani przyznać, żeu mnie jest bardzo nowocześnie, więc lubię takie przytulne, trochę staromodne pokoje. Nie myślała pani o tym, żeby pokazać gdzieś swoje zbiory? – zapytał znienacka.

Flora poruszyła się.

– Tak, kiedyś proponowały mitokoleżanki z biblioteki. Bowidzi pan, mam sporo starych książek, tylko żetonic cennego, raczej takie pamiątki kultury materialnej – dodała zawstydzona, przypominając sobie, coo jej hobby sądzi żona Igora, dyrektorka biblioteki, Patrycja Konopińska. Nie ceniła tych kolekcji. Uważała, żestare, nierzadko mocno zużyte woluminy i przedwojenne broszury nadają się wyłącznie dowyrzucenia. Zaśmiecają księgozbiór, nikt ich nie pożycza, a pleśń i wilgoć, jaką często sądotknięte, zagrażają innym książkom. Miała sporo racji, boczęść zbiorów Flory, te właśnie odzyskane i zabrane z bibliotecznych darów szpargały, faktycznie wymagały natychmiastowego suszenia i ratunku. Przy tym nie były tożadne białe kruki – kiedyś takich pisemek wydawano mnóstwo, drukując jenapodłym papierze. W domach też nie obchodzono się z tymi poradnikami zbyt ostrożnie – była toprzecież literatura nie tylko powszechnie występująca zewzględu nanakład, ale i użytkowa. Flora jednak lubiła te przybrudzone okładki i wystrzępione środki. Stanowiły świadectwo życia innych ludzi i ich potrzeb. Świat aż tak bardzo się nie zmienia, skoro mogę zrobić konfiturę z róży wedle starego przepisu – dumała.

– Ach, czyli moja żona już z panią o tym rozmawiała? – dopytywał tymczasem Igor.

Flora musiała przyznać, żesprawę ewentualnej wystawy poruszyły dwie pracownice biblioteki: Lucyna i Karolina, zaś pani dyrektor nie miała z tym nie wspólnego.

– Zpewnością zachwyci jąten pomysł – zapewnił Igor sąsiadkę, która jednak miała inne zdanie. Zastanawiała się, jak bardzo Konopiński musi nie znać swojej żony, skoro liczył najej poparcie w tej sprawie. Nabrała przekonania, żemocno się zdziwi. Poza tym nie rozumiała, dlaczego radnemu tak zależy natej wystawie. Podała obojgu kawę, wyciągnęła kawałek domowego ciasta, który otrzymała w prezencie odJoli, i poprostu zagadnęła o to.

– Prowadzimy taki projekt – mruknął Igor. – Senioralny.

– Ach tak! – W jednej chwili Flora zrozumiała wszystko. Samorządowcy musieli się wykazać jakimiś działaniami wobec osób starszych. Inne gminy organizowały zajęcia sportowe lub kursy języków obcych, ale tutaj najwyraźniej miało być inaczej.

– Proszę się nie uprzedzać donaszej inicjatywy – zastrzegła się Alina Bańka, widząc zdegustowaną minę Majewskiej. – Doszliśmy downiosku, żeseniorzy w naszym miasteczku mogą wiele zaproponować innym, także w dziedzinie kultury i sztuki. Chcemy poprostu pokazać te ciekawe przykłady.

– Ijamam być takim… przykładem? Wszyscy uważają mnie zastarą dziwaczkę, nawet pan – rzuciła przekornie.

Igor się wzdrygnął.

– Skąd takie podejrzenia? Całkowicie nieuzasadnione. Nie było moją intencją obrażenie pani, wręcz przeciwnie. Proszę przemyśleć ten pomysł. Możemy piękne wyeksponować pani zbiory, chętnie zaprosimy również innych kolekcjonerów.

– Sama nie wiem – mruknęła Flora, która nie lubiła skupiać nasobie zainteresowania.

– Choinka zrobiła wrażenie – przypomniała Alina. – Właśnie głównie dzięki drobiazgom pochodzącym z pani kolekcji. Chcemy kultywować miejscowe tradycje, przyzwyczajenia.

Gdy wyszli, Flora odłożyła bon domarketu budowlanego napółkę. Przestała się z niego cieszyć. Miała wrażenie, jakby dostała coś w rodzaju łapówki. Próbowali jąprzekupić, żeby zrealizowała ich zamiary. Coś, cosię im dobrze wpisze w statystyki. Zrobiło jej się przykro.

Właściwie gdy jeszcze w ubiegłym roku Lusia z biblioteki rzuciła pomysł zorganizowania wystawy jej kolekcji, podeszła dotego z oporem. Potem jednak, z biegiem czasu nabierała ochoty nataką prezentację. Może coś niewielkiego napoczątek? Ryciny i książki? Albo właśnie doceniony przez Konopińskiego zbiór pocztówek? Zgromadziła też unikatowe zabawki, śliczną porcelanę. Napewno można bywybrać coś intrygującego.

No ale nie w ten sposób. Ponownie wzięła z półki upominkowy bon. A właśnie żego zrealizuje! Nie przeznaczy jednak nafarby czy materiały potrzebne dołatania dachu. Kupi pergolę ogrodową, żeby mogli z niej korzystać wszyscy sąsiedzi, kiedy doniej przyjdą. W końcu choinka wygrała również dzięki nim i ich upominkom. Poradzi się Zygmunta i Joli, jakie odmiany róż posadzić, żeby pięły się poażurowym rusztowaniu, i zyska cudowne miejsce doodpoczynku. Tak, pomysł wydawał się idealny.

Teraz więc Flora porządkowała mieszkanie i zastanawiała się, kogo poprosić o pomoc. Trzeba było podjechać dotego sklepu i wybrać coś w odpowiedniej cenie.

Niespodziewanie przy furtce zobaczyła Ingę Oławską, siostrę rzeźbiarza Ksawerego. Była tobardzo ładna młoda kobieta, ale o urodzie nader oryginalnej. Miała długie kasztanowe włosy, coodróżniało jąodogniście rudego brata, pociągłą twarz i niezwykle wykrojone oczy. Nie sposób jej było nazwać piękną, ale z pewnością mogła intrygować. Wysportowana, poruszała się z gracją, bardzo zdecydowanie. Odrazu rzucało się w oczy, że przywykła dopracy w różnych warunkach i potrafi sama wszystko zorganizować, nie oglądając się nainnych.

– Dzień dobry – zawołała z ganku Flora. – Pani domnie?

– Tak – odpowiedziała Inga. – Przyszłam w sprawie filmu. Pamięta pani?

Owszem, Flora zgodziła się wystąpić w produkcji Ingi. W tym artystycznym dokumencie poświęconym mieszkankom Wierzbowej każda kobieta miała się sama zaprezentować odtej strony, która jąnajlepiej określa.

Majewska zaprosiła artystkę dosiebie, a kiedy już usiadły nawerandzie służącej Florze zamiejsce doprac plastycznych, gospodyni westchnęła.

– Jestem nieinteresująca.

Inga prychnęła śmiechem.

– Akurat! Kiedy gościliśmy tuz bratem w Wigilię, obejrzałam sobie pani dom. Właściwie mogłabym nakręcić film tylko o nim. Nazwałabym go „Wnętrze/Zewnętrze” – dumała.

– Czemu? – zainteresowała się starsza pani.

Inga odgarnęła włosy z czoła, a potem kiwnęła głową, jakby dla potwierdzenia swoich słów.

– Nie powiem niczego odkrywczego, ale ten dom panią opisuje. Każdy przedmiot opowiada jakąś historię. Chciałabym, żeby stała się pani moją główną bohaterką. Obok pani Joli Cieplik.

– Naprawdę? – zdumiała się Flora.

– Tak. Wydwie najlepiej pokazujecie to, cochciałam moim filmem wyrazić. Każda rzecz maswoje życie związane z ludźmi, którzy jąposiadają. Pani kolekcjonuje, pani Jolanta naprawia i puszcza dalej w obieg. Nie wyrzucacie, nie marnujecie.

– Jednym słowem: zbieraczki z nas – westchnęła Flora.

Inga zaprzeczyła.

– Skądże! Zbieracz maprzymus gromadzenia i robi topraktycznie bez refleksji. Wyocalacie. Opowiadała pani kilku osobom, jak ratowała pani stare książki, których już nikt nie chciał. Teraz pani z nich korzysta, wiem o tym. Choćby z tych dawnych przepisów i poradników. Moim zdaniem, tocoś więcej niż kolekcjonerstwo, które jest poprostu zdobywaniem przedmiotów dla ich urody. Pani włącza stare w bieg współczesnego życia. Obie z panią Jolą ożywiacie to, cozapomniane, czasami trochę pogardzane. Kto dzisiaj korzysta z prodiża? A totaki pożyteczny garnek!

Flora uśmiechnęła się. Podobał się jej zapał tej dziewczyny. Zaparzyła herbatę i wspomniała jej o wizycie Igora Konopińskiego i Aliny Bańki oraz o ich propozycji zorganizowania wystawy.

Inga przyglądała się jej uważnie, zezmarszczonymi brwiami.

– Nie jest pani zbyt zachwycona? – spytała, a Majewska zaczęła jej wyjaśniać, coo tym sądzi. – Rozumiem – skomentowała artystka. – Wydaje misię jednak, żenie przyszli w złych zamiarach. Jeśli pani uważa, żechcieli panią wykorzystać, tochyba tak nie jest.

Flora roześmiała się.

– Wcale ich o tonie podejrzewam. Poprostu totypowi urzędnicy. Skoncentrowani naswoich planach, budżetach, sprawozdaniach, wynikach. A janie chcę być elementem statystyki. Nie mam pewności, czy pragną zorganizować ten pokaz dlatego, żejestem pod ręką, czy rzeczywiście sąprzekonani o wartości moich zbiorów.

– Stawiam natodrugie. A jeśli dysponują dodatkowo planem i funduszami, totylko lepiej. Przynajmniej wystawią wszystko w spektakularny sposób. Przedstawili konkrety?

Flora wyznała, żenaodchodnym Alina zaproponowała dwie lokalizacje: hol urzędu miejskiego lub bibliotekę, która maswoją salę wystawienniczą.

– Cobypani wolała? – zainteresowała się Inga.

– Chyba jednak bibliotekę – westchnęła Majewska. – Pracowałam tam tyle lat. Z urzędem nie czuję się emocjonalnie związana.

– Toprawda, biblioteka toprzytulniejsze miejsce dla takich zbiorów. Proszę się zastanowić, uważam, żetonie jest zły pomysł. Może spopularyzuje pani kolekcjonerstwo, ludzie się odważą…

– Oni chcą właśnie, aby tobyła wspólna wystawa kilku osób – wyjaśniła Flora. – Mnie właściwie byłoby tonarękę, bonie lubię skupiać uwagi wyłącznie nasobie.

– Otóż to. Nic zobowiązującego. – Inga wzięła z przyjemnością kubek z herbatą.

Flora kiwnęła głową z aprobatą. Cieszyła się, żezostała zrozumiana.

– Gdyby się pani zdecydowała, tobyłby toświetny motyw mojego filmu. Jak przygotowuje się tęwystawę, copani nanią wybiera. Mogłaby mipani opowiedzieć historię każdego z tych przedmiotów. Z pewnością jest pasjonująca. Choćby mojego pióra. – Sięgnęła dotorebki i wydobyła prezent gwiazdkowy odFlory, pióro w kunsztownej obsadce.

Starsza pani wzięła jedoręki i zadumała się chwilę.

– Dostałam jeodojca. Kiedy wyszedł z więzienia, spotkał się z dawnymi kolegami z podziemia. Niewielu ich zostało, nawet wówczas. Jeden z nich podarował mu topióro. Ponoć wypisywali nim legitymacje podczas powstania. Może nie jest wiele warte, botożadna znana firma, ale jakie ładne.

– Imaswoją narrację – podkreśliła Inga. – Proszę pomyśleć, ile legitymacji dzięki niemu powstało. Comyśleli ci ludzie, gdy szli dowalki, jakie snuli marzenia i cosię z nimi wszystkimi stało. Kto przeżył, a kto poległ? Niewielkie przedmioty tworzą wielką historię.

– Owszem. Nigdy nie myślałam w ten sposób, ale mapani słuszność. Przedmioty też odgrywają swoją rolę. Czasami nawet nie wiemy, jak znaczącą.

Uśmiechnęły się dosiebie porozumiewawczo. Starsza pani i młoda kobieta. Flora pomyślała, żeIngę wypełnia tasama pasja, która niegdyś ożywiała jąsamą. Dlaczego więc dziewczyna wydawała się ciągle wahać? Zawsze ostrożna, stąpała niepewnie; brakowało jej siły przebicia.

– Dostałam taką nagrodę zachoinkę. – Pokazała artystce bon.

– Praktyczne. Cochce pani zatokupić? – zainteresowała się rozmówczyni.

– Pergolę doogrodu.

– Świetny pomysł. – Kiwnęła głową Inga. – Miałaby pani sympatyczne miejsce dowypoczynku w lecie, które pasowałaby dozieleni.

– Mogłabym organizować popołudniowe herbatki dla wszystkich, którzy mnie odwiedzają – rozmarzyła się Flora. – Zadają sobie wiele trudu, żebym nie straciła ochoty dożycia.

Oławska uśmiechnęła się dyskretnie.

– Mam nadzieję, żetopani nie męczy?

Flora pokręciła głową.

– Tomiłe, ale przyznam, żenie jestem przyzwyczajona. Szczególnie, gdy przychodzi Ewa i próbuje midoradzać, jak powinnam układać swoje rzeczy. Początkowo zamierzałam wprowadzić kilka jej rad w życie, ale potem doszłam downiosku, żetonie masensu. Trzeba żyć poswojemu, tak, jak się umie. Rewolucje nie sąwskazane.

– Jeżeli potrzebuje pani jakiejś realnej pomocy – artystka podkreśliła dwa ostatnie słowa – toz pewnością Weronika jest chętna.

– Skąd pani wie? – zaciekawiła się gospodyni.

– Byłam z bratem w tej kawiarni przy Ryneczku, gdzie dostała pracę. Ksawery lubi tam rano wypić kawę. Rozmawiałyśmy chwilę, wspominała o pani.

– Och, a więc jednak zdecydowała się postarać o tęposadę! – zachwyciła się Flora.

Inga skinęła głową.

– Tak, śmiała się, żeciocia załatwiła jej etat zaprodiż. Naprawiła go i podarowała właścicielce. Ale mnie się wydaje, żeNika bardzo odżyła. Nawet brat był zdumiony, żetak się zmieniła.

– Tocudownie, ogromnie się cieszę – starsza pani nachwilę zamilkła, a potem odezwała się trochę nieśmiało: – Ingo, mam dopani wielką serdeczną prośbę.

– Jaką? Chętnie pomogę.

– Chciałabym, żeby pani pożyczyła odbrata samochód i, o ile tomożliwe, pojechała zemną dosklepu wybrać tępergolę. Czy tonie zaduża fatyga?

– Ależ żadna. Zrobię tobardzo chętnie. Mam tylko jeden warunek.

Starsza pani z ciekawością przechyliła głowę.

– Jaki?

– Proszę domnie mówić poimieniu, Inga, dobrze?

– Zwielką przyjemnością – zapewniła pani Flora z uśmiechem.

 

 

 

 

 

 

3.

 

 

Weronika przetarła stoliki, a potem wycofała się doczęści sklepowej kawiarni. Było wcześnie i narazie klientów chcących nabyć dekoracje dodomu próżno się było spodziewać. Wiedziała już z doświadczenia, żetacy pojawiają się popołudniu. Gdy już obejrzą w telewizji te wszystkie programy o urządzaniu wnętrz i wpadnie im coś dogłowy, toprzychodzą donas – pomyślała z uśmiechem. W ogóle odpewnego czasu miała dużo lepszy humor. Właściwie odmomentu, gdy odważyła się tutaj przyjść z prodiżem ciotki.

Właścicielka kawiarni Wiśniowe Drzewo, Edyta, córka pani Gieni prowadzącej sklepik przy Ryneczku, nie kryła radości.

– Mama miwspominała o tobie – rzuciła odrazu, nie bawiąc się w zbędne konwenanse. – Z nieba mispadasz, bokoleżanka, która dopory u mnie pracowała, właśnie urodziła dziecko i szybko nie wróci. Jestem Edyta, mówmy sobie poimieniu – dodała jeszcze.

Nika kiwnęła głową.

– Tylko żejanie mam doświadczenia w handlu. Dotej pory pracowałam w biurze, potem trochę chorowałam…

– Wiem, twoja ciotka coś wspominała mamie. Ale liczyć chyba umiesz? Pomagałaś panu Wyrwie w szklarni, prawda? Widać, żemasz chęć dopracy, a tonajważniejsze, wszystkiego można się nauczyć.

Weronikę zaskoczyła taserdeczność i otwartość. Szczerze mówiąc, nie podejrzewała, żetak łatwo pójdzie. Bała się szukać pracy przede wszystkim z obawy przed indagacją. Dlaczego rzuciła poprzednie zajęcie, czemu zrobiła sobie taką długą przerwę. A najbardziej lękała się pytań o zdrowie i pobyt w szpitalu. Niby nikt nie maprawa interesować się takimi rzeczami, ale wiadomo: ludzie sątylko ludźmi. A ona nie zamierzała opowiadać o swoich problemach.

Tutaj jednak wszystko potoczyło się gładko. Edyta nauczyła jąobsługi kasy fiskalnej i poznała z asortymentem sklepu. Szybko okazało się, żenaturalne zamiłowanie doporządku, jakie wykazuje Nika, tonajwiększy atut w takiej branży.

Dziewczyna poprostu nie mogła usiedzieć spokojnie namiejscu, gdy coś stało nie tak, stolik był nieuprzątnięty, a jakieś towary niepoukładane. Z biegiem czasu Edyta zaczęła jej powierzać zadania w kawiarni, kiedy w sklepiku nie było ruchu, zresztą Weronika polubiła tozajęcie. Podobała się jej obsługa ekspresu, wykonywanie ładnych wzroków zapomocą proszku kakao napiance w kawie, lubiła zaparzać herbatę. Tylko ciasta nie bardzo jej smakowały – ciotka Jola robiła o niebo lepsze.

Najważniejsze było jednak coinnego. Nika przekonała się o tym w pierwszym tygodniu pracy. Ciągle zaglądał tuKsawery Oławski. Czasami zapraszał doWiśniowego Drzewa jakiegoś krytyka sztuki bądź marchanda, innym razem wpadał z siostrą, ale najczęściej przesiadywał tusam. Nie zachowywał się jak inni klienci, którzy zaglądali dokawiarni naplotki czy chwilę oddechu podczas zakupów. On niezwykle starannie wybierał kawę lub herbatę oraz porcję ciasta, a potem rozsiadał się przy ulubionym małym stoliku w pobliżu okna i wyglądał naRyneczek. Nie czytał gazety, nie korzystał z telefonu, jak zwykli torobić inni. Patrzył przez okno, dumał nad swoimi sprawami, a czasami wyciągał szkicownik i coś szybko rysował. Nika dużo bydała, żeby zajrzeć mu przez ramię, zobaczyć, cotworzy. Czy snuł jakieś plany dotyczące rzeźb?

– Widzę, żedobrze ci robi tapraca – orzekła ciotka, gdy Weronika, podśpiewując, wybierała się naRyneczek.

Właśnie układała sobie włosy. Czy jakoś jespiąć, czy może lepiej zaczesać dotyłu? Nie, lepiej upiąć, w końcu pracowała również w kawiarni, a tobardziej estetyczna fryzura. Zrobiła sobie ładny kok, naszyi zawiązała apaszkę i przejrzała się w lustrze. Duża zmiana. Już nie miała poczucia, żejest zabiedzoną i wystraszoną istotą. Teraz uważała, żewreszcie zacoś odpowiada, powierzono jej jakieś zadania.

– Owszem – odpowiedziała więc. – Tutaj u ciebie, ciociu, nie mam zbyt wiele doroboty, sama sobie zewszystkim radzisz. A tam zawsze znajdzie się coś dozrobienia – nowy towar, przeceny, kawiarnia. Dobrze miu Edyty.

– No widzisz, przekonywałam cię nie raz, a tysię bałaś. Przecież tonie filozofia, taki mały sklepik z kawiarenką.

Weronika uśmiechnęła się. Może i nie filozofia, ale dla niej rewolucja. Epokowe wydarzenie.

Kiedy się jednak przemogła, wszystko stało się dużo prostsze. Oczywiście nie z Ksawerym. Wciąż obawiała się stanąć przed nim i normalnie porozmawiać. Wiele obiecywała sobie poprzyjęciu u niego i jego siostry, ale tam otrzymała cios w samo serce. Ksawery wyraźnie okazywał zainteresowanie Hanną Jawińską. Obserwował jąprzez cały czas, a potem tak sterował rozmowami gości, żeby pomówić właśnie z nią.

Nika czuła się przygnębiona. Nie tylko nie potrafiła podczas tej imprezy zwrócić nasiebie uwagi rzeźbiarza, ale wręcz wypadła w jego oczach źle. Nie odważyła się nawet pochwalić tych cudownych rzeźb, które im pokazał. Nawyraźne pytanie artysty tylko coś bąknęła bez sensu, a on wyglądał narozczarowanego. A przecież wcześniej przećwiczyła sobie całą inteligentną przemowę. W końcu tyle czytała o nim i jego sztuce w Internecie. Znała opinie krytyków i osobiste słowa twórcy z wywiadów. Mogła wypowiedzieć się bardzo z sensem, ale cóż – gdy przyszło codoczego, nie dała rady nic wystękać.

Wszystko przez to, żezobaczyłam, jak patrzy naHannę – tłumaczyła sobie. Tomnie wytrąciło z równowagi. Nika przeklinała w myślach swój charakter, który kazał jej tak reagować. Kiedy jednak obserwowała Ksawerego podczas Wigilii u pani Flory, nie zauważyła, aby przesadnie interesował się Jawińską. Owszem, złożyli sobie życzenia, jak wszyscy, ale potem rzeźbiarz głównie towarzyszył jej ciotce w kuchni. Okazało się, żez niego zawołany kucharz, a właściwie, żeby ująć tościśle, mabardzo dużo dobrych chęci w tym temacie. Nie potrafił wprawdzie gotować, ale entuzjazmu nie sposób mu było odmówić. W serce Weroniki wstąpiło nieco nadziei. Może tylko wmawiała sobie tęjego skłonność doHanny? Może toprzewrażliwienie?

Dlatego też, gdy poraz pierwszy zobaczyła Ksawerego w kawiarni, najpierw bardzo się ucieszyła, żenadarzy się okazja doniezobowiązującej pogawędki, a potem przestraszyła. Jak sobie poradzić i zacząć? Naszczęście z pomocą przyszła jej Inga, która pojawiła się pewnego dnia w lokalu z bratem.

– Cześć, Nika – zawołała, nie bawiąc się w ceregiele i skracając dystans. – Pracujesz tu?

– Tak, właśnie się zatrudniłam. – Weronika zbliżyła się donich. Ksawery przeglądał jakieś dokumenty, ale podniósł głowę i skinął jej uprzejmie.

– Tosuper. Myślałam, żewolisz szklarnię – ciągnęła siostra rzeźbiarza.

– Wsumie tak, ale w styczniu mało się robi przy różach. Zima toczas naregenerację.

– Tosamo uważam – wtrącił się artysta. – Zimą nie podejmuję żadnych działań, tylko gnuśnieję. Trzeba odpocząć przed sezonem.

– Jaakurat mam inne zdanie – zaprotestowała Inga. – Zamierzam jeszcze zimą intensywnie poprowadzić mój projekt filmowy.

– O, ten z ciocią? – przypomniała Nika.

Kiedyś wyraziła dezaprobatę dla tego filmu, ale było tow czasie, gdy myślała, żeInga jest żoną Ksawerego. Kiedy nieporozumienie zostało wyjaśnione, spojrzała inaczej nacały pomysł. A może towłaśnie sprawi ciotce przyjemności? Jej ogromnie twórczej pracy nikt nie doceniał. Każdy miał jązazwariowaną babcię, która zbiera stare rzeczy, a potem jenaprawia. Owszem tak poniekąd było, ale ciotka potrafiła czasem wynaleźć całkiem użyteczne przedmioty. Pani Gienia dostała odniej młynek, dzięki któremu podawała w swoim sklepiku kawę w starym stylu. Zaglądało doniej wiele osób, które nie miały śmiałości usiąść w kawiarni, jak choćby Zygmunt Wyrwa. A mikser wymieniony z panią Rochocką z Topolowej? A maszynka domięsa? Rzutnik podarowany małej Nelce Jawińskiej? I tysiące innych rzeczy, żeby nie zapomnieć o prodiżu – przepustce dopracy dla Weroniki. Ciotka naprawdę zasługiwała nauznanie. Szacunek i podziw. Mało komu chciało się robić takie rzeczy, a ona nie szczędziła czasu. A oprócz tego specjalnie poszukiwała rzeczy, naktóre otrzymała zamówienie, i nie spoczęła, póki nie zrealizowała pragnienia zleceniodawcy. Była niezmordowana i coraz lepiej szło jej naprawianie urządzeń. Dlatego chyba nadawała się świetnie dofilmu Ingi Oławskiej o tutejszych kobietach.

– Tak, z panią Jolą i panią Florą – wyjaśniała artystka.

Nika zawstydziła się. Miała w planach włączenie się w pomoc dla Flory, ale ostatnio pochłonęły jąwłasne sprawy.

– Mogłabym pójść i przynajmniej pomóc jej w porządkach – mówiła doIngi, obserwując cały czas Ksawerego.

Rzeźbiarz wyglądał naulicę, jakby w poszukiwaniu ciekawego obiektu.

– Dobry pomysł, ten jej dom wydaje się dosyć zaniedbany – rzucił, a siostra lekko się skrzywiła.

– Pani Majewska robi, comoże. W środku jest czysto i bez bałaganu.

– Nie chodziło mio to. – Brata zirytował jej sprzeciw. – Raczej o wygląd samego budynku. Ale tunawet najlepsze sprzątanie niewiele pomoże.

– Toprawda – zgodziła się Nika. – Tylko żeremont tej willi pochłonąłby krocie, których pani Flora z pewnością nie ma. Może więc choć uporządkować to, cosię da?

– Jasne – przytaknął Ksawery. – Jednak totakie działanie powierzchu. Wciąż pozostaje główny problem – budynek popada w ruinę.

– Masz natojakiś pomysł? Czy tak krytykujesz sobie a muzom – dogryzła mu Inga.

Rzucił jej urażone spojrzenie.

– Diagnozuję problem – wyjaśnił. – Uważam, żejest topomocne.

– Akurat. – Siostra wzruszyła ramionami. – Nika przynajmniej chce zrobić coś konkretnego, a tytylko się wymądrzasz…

– Wcale nie… – bąknęła Weronika. – Myślę, żepan Ksawery marację. Toniestety tylko doraźny ratunek. Nie pomyślałam, żeby robić coś więcej, a może powinnam. Muszę się zastanowić.

Ksawery spojrzał nanią z zainteresowaniem. Jak tadziewczyna się zmieniła! Pamiętał jeszcze z ubiegłego roku, żezawsze starała się schować w cień i rzadko odzywała. Coprawda, czasami wstępował w nią bojowy duch i potrafiła odpalić coś bez zastanowienia, żeaż go todziwiło, ale zdarzało się toraczej rzadko. Robiła wrażenie cichej i spokojnej, jakby przepraszała zato, żeżyje. Teraz dostrzegał w niej zupełnie inną osobę. Okazywała potrzebę działania.

– Może ktoś z gminy bysię zainteresował tym domem? W końcu tozabytek – podrzucił, a Nika uśmiechnęła się z ulgą.

– No właśnie, świetny pomysł. Muszę pomówić z ciocią, ona minapewno podpowie, dokogo się zwrócić.

– Słusznie, jateż przy okazji podpytam panią Florę, czego jej najbardziej potrzeba – odrzekła Inga. – Tyteż mógłbyś coś zrobić – zbeształa brata.

– Ja? Niby co? – zdumiał się Ksawery, nienawykły doprac społecznych i pomagania komukolwiek.

– Choćby zapytać swoich kolegów, czy któryś z nich nie zna jakiegoś eksperta budowlanego. Trzeba byprzede wszystkim ocenić stan tego domu.

– Inga, błagam cię. Nie wtrącaj się w życie innych. Znajdę eksperta i co? Przyprowadzę go doobcej kobiety, żeby coś tam oceniał? A jeśli ona wcale tego nie chce?

– Może tak być – potwierdziła siostra. – Ale przyznasz chyba, żewarto coś zorganizować, a potem zapytać, czy potrzebna pomoc? Jeśli pani Flora się zgodzi, będziesz miał eksperta pod ręką.

Ksawery westchnął. Zawsze tosamo. Podobnie jak ześwietnym rzekomo pomysłem zaproszenia sąsiadów naprzyjęcie. Może i było miło, ale jaki efekt? Teraz wszyscy go napastują. Ewa Zięba uważa się chyba zajego przyjaciółkę, już dwa razy udzielała mu nieproszonych rad natemat jego sztuki. I wyraźnie niepokoiła się tym, cozamierza zrobić nawiosnę w ogrodzie. A właściwie czego nie zamierza robić. Bojakoś nie uśmiechało mu się usuwanie całej tej dzikiej roślinności. Wręcz przeciwnie, uznał, żeten gąszcz świetnie pasuje dojego dzieł. Natym tle rzeźby wyglądały intrygująco. A gdy nawiosnę pojawią się liście, kwiaty i więcej ptaków, todopiero stworzy się cudowny klimat. Tylko trawę trzeba skosić, a poza tym niczego więcej nie należy robić.

Pani Ziębowa potakiej deklaracji długo nie mogła dojść dosiebie. Tłumaczyła sąsiadowi, żepozbycie się chwastów, zdziczałych krzewów i przycięcie drzew (skoro już nie chce ich likwidować nastałe) tosprawa priorytetowa. Ogród jest tak obszerny – dowodziła – żetrzeba go wyeksponować.

– Ogród jest duży właśnie poto, żeby się w nim towszystko pomieściło – sarkastycznie rzucił Ksawery.

– No ale mógłby pan sobie zrobić choćby basen – tłumaczyła Ewa, niezwykle zadowolona z posiadania własnego, stanowiącego wizytówkę jej domu.

– Pocomion? W naszym klimacie basen zewnętrzny jest użytkowany najwyżej przez trzy miesiące. Nie mam zamiaru utrzymywać go przez cały rok, zresztą tomarnowanie miejsca. Jeśli będę się chciał wykąpać, pójdę nad rzekę.

– Nad rzekę! – dramatycznym tonem powtórzyła Ziębowa. – Przecież tam się można utopić.

– Aw basenie tonie? Bywały już takie przypadki – przestrzegł ją. – Powinna sobie pani zainstalować koło ratunkowe tuż koło drabinki przy zejściu.

Ewa najwyraźniej nie zrozumiała żartu, boznowu się obruszyła. W każdym razie dyskusji z nią Ksawery miał dosyć. Podobnie jak z Patrycją Konopińską, która ciągle nudziła go o ten wykład w kółku miłośników sztuki. Wreszcie zgodził się wyłącznie dlatego, aby dała mu spokój. Nie w smak mu były występy w bibliotece, ale zrozumiał, żedla zachowania dobrosąsiedzkich stosunków musi się poświęcić. Tak szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, żetyle niespodzianek czeka go naspokojnej i sennej Wierzbowej. Żywił nadzieję, żeludzie zostawią go tuw spokoju, ale, jak widać, mylił się. I winił zatorównież siostrę, która z kolei chętnie zaprzyjaźniała się z każdym.

Oczywiście spotkał turównież ciekawe typy. Właśnie dostrzegł przez okno Zygmunta Wyrwę. Już dawno spodobała mu się melancholijna twarz ogrodnika. Chętnie uczyniłby go modelem jednej zeswoich prac. Człowiek-Natura. Coś takiego przyszło mu dogłowy, gdy go widział. Naprzykład sylwetka wtopiona w rośliny. I wszędzie zwierzęta, jak w wyobrażeniach z legend czy bajek.

– Pani Niko, kiedy się sadzi róże? – spytał więc, pomijając wątek rozmowy z siostrą o rzeczoznawcy budowlanym.

Weronika trochę się zdziwiła.

– Takie nanagim korzeniu można sadzić dopierwszych mrozów, nawet czasami w grudniu, o ile ziemia nie stwardnieje. Zasadniczo jednak zanajlepszy termin uznaje się październik lub listopad.

– Awiosną?

– Także można. Interesuje topana?

– Myślałem o kilku krzakach doogrodu i liczyłem naporadę pana Wyrwy.

– Och, on toz przyjemnością zrobi. Wybierze dla pana coś odpowiedniego – zapewniła go Nika. – Jateż wiosną z pewnością wrócę dojego szklarni. Chciałam założyć własny ogródek, bociocia… Ciocia woli naturalnie rosnące rośliny, a jajednak chciałam spróbować czegoś bardziej skomplikowanego.

Poraz kolejny popatrzył nanią z ciekawością. Doprawdy duża odmiana. Kiedyś miała problemy z wybąkaniem paru zdań, a teraz tryskała energią.

– Nie będziesz pracowała tutaj nawiosnę? – zainteresowała się Inga.

– Czemu? – Weronika nie kryła zdumienia.

– No bowspominasz o pomaganiu w szklarni, a tochyba czasochłonne?

– Myślę, żepogodzę oba zajęcia. Pan Zygmunt właściwie wszystko robi sam, jatylko asystuję – wyjaśniała, nie dodając, żewie, jakie jest największe marzenie Wyrwy. Żeby wrócił jego syn z wnuczką i zaczęli zajmować się jego uprawami. Choćby hobbystycznie.

Olaf, jego partnerka Iwona i ich córka Melissa mieszkali wciąż w Anglii, ale starszy pan liczył, żesprowadzą się tui ich życie rozpocznie się nanowo. Wnuczka z synem pojawili się naSylwestra i zostali kilka dni, ale starszy pan odczuwał niedosyt. Miał nadzieję, żegdy tylko zacznie się przerwa semestralna w szkołach angielskich, Melissa przyleci doPolski nadłużej.

Nika chciała pomagać w szklarni, ale wiedziała, żetonie jest zajęcie nacałe dni. Miała nadzieję zobaczyć, jak z nasion wyrasta „Adela 12” i codalej się dzieje z sadzonkami. Chciała też poważnie zająć się swoim ogrodem u ciotki. Teraz miała pracę, więc stać jąbyło nakupienie takich roślin, o jakich zawsze marzyła.

– Ale wrócisz doszklarni? – dopytywała Inga.

Weronika skinęła głową.

– Chciałbym lepiej poznać tego Zygmunta Wyrwę – stwierdził niespodziewanie Ksawery. – Tointrygująca twarz.

Obie kobiety spojrzały naniego zezdumieniem. Inga zastanawiała się, doczego brat zmierza. Czy chciał iść zajej przykładem i zainspirować się mieszkańcami ulicy przy tworzeniu nowego dzieła?

– Będzie mu z pewnością miło, gdy go pan odwiedzi – nieoczekiwanie powiedziała Nika.

– Pani Niko, może moglibyśmy sobie mówić poimieniu? Tak mniej oficjalnie – zaproponował znienacka rzeźbiarz.

Weronika lekko się zaczerwieniła.

– Czemu nie… Będzie mibardzo miło – bąknęła i zaczęła szybko zbierać naczynia z sąsiedniego stolika. – Przepraszam, muszę już wracać dopracy – powiedziała i czmychnęła zabar.

– Cosię stało? – spytał zdezorientowany Ksawery. – Zrobiłem coś nie tak? Zachowałem się nieuprzejmie?

– Skądże. Wręcz przeciwnie. Chyba poraz pierwszy postąpiłeś jak trzeba.

Brat spojrzał nanią z niedowierzeniem, ale Inga odwróciła głowę i zapatrzyła się przez okno naRyneczek.

 

 

 

 

 

 

4.

 

 

– Chyba żartujesz! – Patrycja Konopińska spojrzała namęża piorunującym wzrokiem. Chwilę jeszcze myślała nad słowami, które właśnie wybrzmiały, a potem pokręciła głową.

– Nigdy się natonie zgodzę.

– Dlaczego? – nie rozumiał mąż.

– Dlatego, żetonaraziłoby naszwank mój autorytet.

Igor poruszył ramionami.

– Mocno przesadzasz. Cozłego jest w zrealizowaniu zadania, które dostanie dofinansowanie? Sama uważasz się zazwolenniczkę aktywizowania seniorów i szeroko zakrojonego popularyzowania kultury…

Skrzywiła się, bomówił jak nanaradzie w gminie. A przecież nie o tochodziło.

– Oczywiście. Tylko żenie w tym przypadku.

– Ciągle nie pojmuję. W czym ci przeszkadza, żestarsza pani pochwali się w budynku biblioteki swoimi kolekcjami? Tywypełnisz program, jabędę mógł się poszczycić wynikami, a starsze osoby będą zachwycone, no i może uda się ściągnąć media. Wszyscy wygrywają.

– Janie. Zrozum, kochanie. Przez całe lata zbieractwo Flory było między nami kością niezgody. Chyba ci wspominałam, cozastałam kilkanaście lat temu w bibliotece, gdy ona jeszcze pracowała? Przyjmowały wszystkie książki bez żadnej selekcji. Flora wręcz lubowała się w wyszukiwaniu szpargałów, których nikt nie chciał, i prezentowała jejako cenne znaleziska, ba – zabytki. A tobyły zwyczajne śmieci.

– Chyba troszeczkę wyolbrzymiasz – zbagatelizował mąż, a jej zwyczajnie odebrało dech.

Jak to? Czy sam nie dworował sobie z dziwnych przyzwyczajeń starszej pani? Kiedy mu o tym opowiadała lata temu, również uważał ten pęd dokolekcjonowania rupieci zaszkodliwy. Cosię zmieniło?

– Byłem u niej w domu z nagrodą – wyjaśnił. – Tak się złożyło, żenigdy wcześniej jej nie odwiedzałem. Manaprawdę ciekawe zbiory, nie widziałem tam żadnych gratów. Patrycjo, nasza rada miejska chce chronić takie stare domy, zwłaszcza z bogatą historią. Czy wiesz, żew czasie wojny mieścił się tam ośrodek konspiracyjny? W willi pojawiały się znane postaci, bohaterowie państwa podziemnego…

– Jej ojciec był oficerem i więźniem stalinowskim – przytaknęła żona. – Wspomniała kiedyś o tym mimochodem.

– No widzisz. Todom z tradycjami – podkreślił. – A ratowanie miejsc z duszą stało się priorytetem naszej rady. Czym będziemy się chwalić przed turystami i następnymi pokoleniami, jeśli nie ocalimy takich domów i nie przybliżymy ich historii?

Patrycja prychnęła śmiechem.

– Teraz cię poniosło. Turystyka w naszym miasteczku? Proszę cię…

Igor się naburmuszył. Ten właśnie temat drążyli podczas ostatnich obrad u burmistrza Kuleszy, kiedy nakreślano plany nakolejne lata. Nowy asystent włodarza miasta, młody i wyszczekany Fryderyk Oblata, odrazu rzucił ten pomysł.

– Zamało inwestujemy w turystykę, a miasteczko maprzecież swoje walory – dowodził przy pełnej aprobacie Kuleszy. – Możemy się też pochwalić ciekawą historią, warto włączyć w te działania naszych seniorów. Towszystko wpisuje się w aktualną politykę społeczną.

Aktualna polityka społeczna była konikiem Igora, który nie zamierzał dać się wysadzić z siodła. Inicjatywy lokalne i ekologia stanowiły jego działkę i nie chciał jej oddawać bez walki, zwłaszcza komuś takiemu, jak Fryderyk Oblata. Nie dość, żefacet maidiotyczne imię, tojeszcze zachowuje się, jakby był królem świata – złościł się Igor. Czuł, żejego pozycja jest zagrożona. Pełen zapału młody człowiek tryskał pomysłami. Widać było jak nadłoni, żemyśli o zrobieniu kariery.

Igor miał świadomość, żelata lecą. Wciąż marzył o jakichś większych zaszczytach, a funkcja posła nasejm byłaby tego ukoronowaniem. Wiedział jednak, żeprzed nim niełatwe zadanie, boliczy się rozpoznawalność i siła przebicia. Ten młokos miał chęci w namiarze, ale czy starczy mu umiejętności? W każdym razie Konopiński postanowił nie dać sobie odebrać pozycji w miasteczku. Nie przez kogoś takiego, karierowicza bez przygotowania, jak oceniał młodego kolegę. Fryderyk go irytował. Wypowiadał się o wszystkim i nakażdy temat, w dodatku z miną, jakby odkrywał Amerykę. A przecież mówił rzeczy powszechnie znane i poruszane już w tym gremium tysiące razy. On robił tojednak z entuzjazmem i pewnością, której innym brakowało. Nie dziwnego, żeburmistrz tak go cenił. Brakowało tuludzi zaangażowanych.

Właśnie w związku z pojawieniem się kłopotliwego rywala Igor postanowił zrobić krok wyprzedzający i zająć się organizacją wystawy. Przy okazji konkursu nanajpiękniejszą choinkę przypomniał sobie o pani Florze i jej kolekcjach, więc skrystalizował mu się w głowie plan. Potomkini znaczącego w dziejach Uroczyna rodu, posiadaczka wielu ciekawych pamiątek i pięknego domu… Czy coś mogło się lepiej wpisywać w program ożywienia miasteczka? Nie zamierzał więc teraz rezygnować zeswojego planu, a obiekcje żony wydawały mu się nieuzasadnione.

– Naprawdę wierzysz w turystykę w