Zawsze przy tobie - K.A. Linde - ebook
Opis

Najlepsza książka w serii Mister Wright!

Miałam cudowne życie, dopóki mój mąż nagle nie umarł. Nigdy sobie nie wyobrażałam, że będę samotną matką i wdową.

Kiedy w moim życiu pojawia się David Calloway, nie mam w sercu miejsca na uczucie. Ale on postanawia być wobec mnie delikatny i troskliwy.

Czyżby to była prawdziwa miłość?

Jestem gotowa oddać mu serce.

A on?

Ale wokół mnie zaczynają mnożyć się sekrety. Mój świat się rozpada pod ich ciężarem. Nie wiem, czy zdołam to przetrzymać.

Doskonałe połączenie przejmującej, wzruszającej i romantycznej historii.

„USA Today”

Namiętna, rozkoszna, wciągająca i zabawna książka… Byłam nią zachwycona!

The Romance Bibliophile

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Wright Love, The Wright One

Copyright © by K.A. Linde, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Danuta Śmierzchalska

Redakcja: Anna Godlewska

Korekta: Marzena Kłos, Katarzyna Szajowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Justyna Tarkowska/milewidziane.pl

Zdjęcie na okładce: Halfpoint/Getty Images

ISBN: 978-83-8053-474-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dla wszystkich, którzy utracili miłość i zrozumieli,

jak znów ją znaleźć.

ROZDZIAŁ PIERWSZYSutton

Opadłam na kolana przed grobem męża.

Ściskałam w rękach bukiet białych kwiatów. Ich płatki, tak promienne i pełne życia, były skazane, by zwiędnąć i umrzeć na długo przed swoim czasem. Tak jak mój Maverick.

Po twarzy spłynęła mi łza, chociaż obiecałam sobie, że nie będę płakać. Nie dzisiaj. I już nigdy więcej.

Cały rok płaczu to dla mnie dość. Rok nieustannych łez wywoływanych przez wspomnienia, pewne zapachy, wyraz twarzy mojego małego synka, a czasami bez powodu. Siedziałam w samochodzie, czekając na zmianę świateł. Nie myślałam o niczym. I nagle popłynęły łzy.

Jaki okrutny jest ten świat, by odebrać mi męża zaledwie półtora roku po naszym ślubie? Gdy jego syn miał tylko rok? Gdy on sam przeżył na tej ziemi jedynie dwadzieścia cztery lata?

Położyłam bukiet przed płytą nagrobną i przesunęłam palcami po wyrytych na niej literach.

„Maverick Wright. Dobry mąż i ojciec. Odszedł zbyt wcześnie”.

Nie przypominam sobie, czy to ja wybrałam te słowa. Dni i tygodnie po śmierci Mavericka czwartego lipca, w Dzień Niepodległości, pamiętam jak przez mgłę. Członków mojej rodziny, którzy pojawiali się i znikali, bliskich Mava stale w pobliżu, jedzenie w żaroodpornych naczyniach, nabożeństwa w kościele i terapię. Naprawdę zapamiętałam jedynie to, że obejmowałam Jasona, przyciskając go do piersi, kiedy chowaliśmy jego ojca i miłość mojego życia sześć stóp pod ziemią. W tym miejscu, w którym teraz byłam.

Z gardła wyrwał mi się szloch. Zakryłam usta dłonią, by go stłumić.

– Rok – wyszeptałam. – Cały rok bez ciebie, Mav.

To wydawało się niemożliwe.

Kompletnie niemożliwe, że jestem tu dzisiaj i myślę, jak przetrwałam tak długo.

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wszyscy zakładali, że ją usunę. Miałam pieniądze. Nie musiałam być przykuta do chłopaka ze studiów z powodu małego potknięcia. Ale ani przez chwilę nie brałam tego pod uwagę. Kochałam Mavericka całym sercem i było jasne, że urodzę dziecko.

Oczywiście, bałam się jak cholera. Byłam przerażona, że nie jesteśmy gotowi. Obawiałam się tego, co ludzie pomyślą. Niepokoiłam się reakcją innych. Jednak nigdy nie wątpiłam w Mavericka. Ludzie wygadywali bzdury, że zmajstrował mi dziecko, żeby się dobrać do moich pieniędzy, wejść do rodziny Wrightów, której nazwisko budzi taki respekt w moim rodzinnym Lubbock. Wiedziałam, że to nieprawda. Nie tylko Maverick był mi całkowicie oddany, ale i ja w pełni należałam do niego. Niepokój, który z początku czuliśmy, zmienił się w radosne podniecenie i kiedy urodził się Jason, to był najlepszy dzień w naszym życiu.

Trzynaście miesięcy później Maverick nie żył i nagle zostałam wdową i samotną matką.

Moje życie nie mogło zmienić się bardziej.

– Przetrwałam – powiedziałam Maverickowi, przysiadając na piętach. – Tyle mogę powiedzieć. Przetrwałam i przetrwał Jason. Nie przypuszczałam, że zdołam to zrobić bez ciebie, ale… ale mi się udało.

Mówiąc to, poczułam się winna.

On nie żył, a ja w jakiś sposób nadal funkcjonowałam. Nie tak samo. W żadnym razie. Nie byłam już tą Sutton Wright, która wyszła za Mavericka. Jednak nadal trwałam z dnia na dzień.

– Wiem, że chciałbyś, żebym była szczęśliwa. Ale, Boże, codziennie tak bardzo za tobą tęsknię. Bycie szczęśliwą wydaje się wielkim wyzwaniem. Czym jest szczęście bez ciebie? Chcę być w stanie dojść do siebie, Mav, ale to takie bolesne. Czasami budzę się w środku nocy, żeby dopilnować Jasona, i wydaje mi się, że słyszę na dole twój głos. Zbiegam po schodach i pędzę przez korytarz, serce stoi mi w gardle, i zastaję jedynie pusty salon. Za każdym razem uświadamiam sobie, że ty… ty już nigdy nie wrócisz.

Przywarłam czołem do trawy, która wyrosła na grobie. Moje łzy wsiąkły w ziemię. Miałam nadzieję, że przeniknęły w głąb do niego.

– Nikt nie rozumie – wyznałam mu prawdę. – Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, co czuję. Moi przyjaciele są szczęśliwi, młodzi, żyją tym pięknym życiem, które my mieliśmy, i nie są w stanie pojąć, przez co przechodzę. Że w środku jestem w kompletnej rozsypce. To, że potrafię się uśmiechać, nie znaczy, że jest ze mną dobrze. Chryste, nawet kiedy uśmiecham się szczerze, nie czuję się dobrze. Annie nadal jest przy mnie, oczywiście, i reszta rodziny. Mam nową przyjaciółkę w osobie niani, Jenny. Wiem, że w liceum nie byłyśmy ze sobą blisko, ale teraz stałam się innym człowiekiem. Wszyscy nasi przyjaciele z Tech – powiedziałam i poczułam ból na wspomnienie cudownych lat, kiedy oboje studiowaliśmy na uniwersytecie Texas Tech – odeszli. To było dla nich zbyt trudne. Mój smutek w końcu ich zmęczył. Łatwiej było mnie unikać. Nie mogli mnie pocieszyć, ale miło było mieć przy sobie ludzi. Ale czasami… łatwiej jest nie mieć nikogo. Siedzieć samotnie w domu, popadając w otępienie. Staram się tego unikać, Mav. Wiem, że chciałbyś, żebym normalnie żyła. Zawsze powtarzałeś, że jestem pełna życia. Nie wiem, co teraz byś o mnie myślał.

Przetoczyłam się na plecy. Nie obchodziło mnie, czy ktoś się na mnie natknie i zobaczy, jak leżę na grobie w czarnej letniej sukience. W ten parny lipcowy dzień słońce świeciło na moją bladą skórę, która od miesięcy nie widziała jego blasku. Pewnie wystarczyłoby spojrzeć, żeby trzymać się ode mnie z daleka.

– Ale nie mogę zrobić kroku naprzód. Ludzie mówią mi to różnymi słowami. Bóg nie zesłałby na mnie więcej cierpienia, niż mogłabym znieść, wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, znów znajdziesz miłość. – Przycisnęłam dłonie do oczu. Byłam rozsądna na tyle, by nie użyć tuszu do rzęs. – Nic z tego mnie nie pociesza. Co to za Bóg, który mi ciebie zabrał? Co to miałby być, do cholery, za powód? I czy w ogóle chcę znów znaleźć miłość?

Leżałam tam i otwierałam przed nim serce. Maverick zawsze umiał słuchać. To była jedna z jego największych zalet, bo usta wciąż mi się nie zamykały. Teraz potrzebowałam tego bardziej niż kiedykolwiek. Kto by przypuszczał, że gdy nauczę się milczeć, docenię go jeszcze bardziej?

– Chcę znów poczuć coś więcej – wyznałam.

Usiadłam powoli, plecami oparta o grób. Nie chciałam tego mówić, ale musiałam. Pragnęłam, by wiedział. Żeby zrozumiał. Nie opuszczałam go. To nie zmieniłoby moich uczuć do niego. Ale tego potrzebowałam.

– Pozostaniesz częścią mnie, Mavericku. Na dobre zatrzymasz kawałek mojego serca. Nie mogłabym cię nikim zastąpić i nie chcę tego robić. Ale myślę… Myślę, że potrzebuję czegoś więcej. Mam tylko dwadzieścia cztery lata. Nie mogę na zawsze zatrzymać się w tym punkcie. Pójść naprzód to niewłaściwe określenie. Całe to pójście naprzód oznacza dla mnie prośbę, by przestać o tym mówić. Mój smutek sprawia, że inni czują się niekomfortowo w moim towarzystwie i nie mogą sobie z tym poradzić. To nie mój problem, ale ich. Ale ja chcę… – Poczułam ucisk w gardle, gdy szukałam odpowiednich słów.

W ciszy obróciłam się do niego. Nie mogłam tego ukrywać. Nie przed nim.

– Chcę otworzyć nowe miejsce w sercu. Nosić cię ze sobą i znaleźć sposób, by dalej żyć. Bo teraz ledwie to robię.

Wytarłam łzę i czekałam na boską interwencję. Na coś, co by mi powiedziało, że podejmuję dobrą decyzję. Już niemal słyszałam tych wszystkich, którzy mnie osądzali za to, że idę naprzód, chociaż jestem wdową dopiero od roku. To nie było zbyt długo. W żadnym razie.

Ale nie będą mieli racji.

Wciąż byłam w żałobie po Mavericku.

Mogłam być w żałobie, opłakiwać go i znaleźć sposób, by zrobić coś więcej, niż tylko przetrwać na tym okrutnym, pieprzonym świecie.

Chciałam odnaleźć w sobie odrobinę motyla, który kiedyś był taki radosny. A teraz miał złamane skrzydła. Już nie byłam w stanie latać. Ale musiałam wyzdrowieć, gdzieś głęboko w moim wnętrzu, żebym mogła znów je rozpostrzeć.

– Kocham cię. – Ucałowałam płytę nagrobną. – Zawsze będę cię kochała.

Potem ostrożnie się podniosłam.

Zacisnęłam palce na rozgrzanym kamieniu. Niczego nie pragnęłam tak bardzo jak tego, by jeszcze raz usłyszeć jego głos. Chociaż raz.

Nie pamiętałam jego ostatnich słów, tych, które wypowiedział do mnie przed rokiem. Wybrałam się wcześniej na paradę z okazji Dnia Niepodległości, żeby zająć tam miejsce. Pocałowałam Mavericka, życząc mu powodzenia, a on zniknął, by pobiec w maratonie razem z moją najbliższą przyjaciółką Annie. Kilka godzin później nie żył. Niewydolność serca. Niewykryta choroba. Nic nie można było zrobić.

Tak jakby mogło mnie to pocieszyć.

– Wiem, że tego, co było między nami, nie da się z niczym porównać. Już nigdy nie przeżyję czegoś takiego. Ale… może mogę mieć coś innego. – Przymknęłam oczy przed naporem emocji. – Tak mi przykro, Mav. Tak bardzo przykro.

Z ciężkim sercem jeszcze raz spojrzałam na płytę nagrobną w nadziei, że ujrzę jakiś znak, że zrozumiał. Ale nic się nie pojawiło. Milczał.

Jeśli chciałam znaleźć sposób, by żyć, musiałam zrobić to sama.

Tak jak wszystko, co robiłam przez ostatni rok.

Bez męża.

ROZDZIAŁ DRUGIDavid

Rok.

Cały rok od rozmowy kwalifikacyjnej, kiedy ubiegałem się o stanowisko dyrektora finansowego Wright Construction i spieprzyłem z San Francisco. To była pospieszna decyzja, ale i cholerny cud, że opuściłem Dolinę Krzemową.

Nikt nie rozumiał, dlaczego było mi tak pilno wyjechać. Zapracowałem tam na swoje nazwisko. Stawałem się coraz lepszy i za parę lat miasto mogłoby być moje. I wtedy to rzuciłem. Wszyscy uważali, że jestem niepoczytalny, przyjmując pracę w Wright Construction.

Być może mieli rację.

Co nie znaczy, że się tym przejmowałem.

Musiałem zacząć od początku.

Odludzie w zachodnim Teksasie było równie dobrym miejscem jak każde inne.

Siedząc za kółkiem swojego ferrari, rozejrzałem się po pustym terenie. Półciężarówki braci Wrightów i SUV-y przyćmiły wielkością moje lśniące czerwone sportowe auto. Nie mogłem czuć się i wyglądać bardziej nie na miejscu.

Czyjaś ręka uderzyła w dach mojego samochodu, gwałtownie wyrywając mnie z zamyślenia.

– Wchodzisz czy zamierzasz tu tkwić osowiały przez cały dzień? – spytała Morgan, kiedy opuściłem szybę.

Morgan Wright była prezesem Wright Construction i moją szefową. A jednocześnie prawdopodobnie najlepszym przyjacielem, jakiego miałem od lat.

– Chyba to drugie.

– Słusznie – zakpiła.

– A tak w ogóle skąd przyjechałaś? Nie widzę twojego auta. – Otworzyłem drzwi i wystawiłem swoje długie nogi. Małe ferrari nie było najodpowiedniejsze przy moim wzroście, ale nie potrafiłem z niego zrezygnować.

– Byłam tu przez większą część dnia. Ale Patrick właśnie się pojawił – odparła, uśmiechając się promiennie.

– Och, jeszcze nie jest tobą zmęczony?

Morgan przewróciła ciemnymi oczami.

– Nieważne, Calloway. Jesteś zwyczajnie zazdrosny.

Wzruszyłem ramionami. Nie mogłem zaprzeczyć. Morgan i Patrick spotykają się od pół roku. Dla każdego, kto ich znał, zaczęło się to jednak już kilkanaście lat temu. Taki związek zawsze budzi zazdrość.

Morgan otworzyła usta, zapewne po to, by znów mi podokuczać, ale zadzwonił mój telefon. Wyjąłem go z kieszeni szarych spodni i spojrzałem na numer, który się wyświetlił. Zacisnąłem usta.

– Przyjdź do Jensena, kiedy skończysz, okej? – powiedziała Morgan, gestem wskazując dom swojego starszego brata.

Skinąłem głową i szybko poszukałem zacienionego miejsca. Z westchnieniem wyciszyłem dzwonek i odczekałem, aż Katherine nagra się na pocztę głosową. Po jaką cholerę moja siostra dzwoni?

Nie miałem od niej wiadomości już od ponad roku. Nasze stosunki trudno byłoby uznać za bliskie. Katherine to idealna córka, a ja… daleki od doskonałości syn. Nie był to dobry dzień na kontakt. Nie dlatego, że mi na niej nie zależało, ale zawsze przynosiła złe wiadomości. I nie wiedziałem, czego mogłaby chcieć po tak długim okresie milczenia.

Niczego dobrego. Niczego, z czym chciałbym mieć do czynienia.

Miałem powód, żeby wyjechać, i będę szczęśliwy, trzymając się z dala. Jednak ona już to wiedziała. Szkoda było strzępić sobie język.

Po kilku sekundach od zakończenia nagrania błysnęło powiadomienie o wiadomości w poczcie głosowej. Wciągnąłem głęboko powietrze nosem i przyłożyłem telefon do ucha.

– Wiem, że celowo nie odbierasz telefonu, David. Nie będę o tym mówić w poczcie głosowej. Po prostu oddzwoń. – Tu na chwilę zapadła cisza. – Tęsknię za tobą.

Kręcąc głową, wcisnąłem telefon z powrotem do kieszeni. Wiadomość, która ma skłonić mnie do zatelefonowania. No cóż, zdecydowanie nie zamierzałem robić tego w tej chwili. Nie wtedy, kiedy miałem wejść na przyjęcie do Wrightów. A zwłaszcza nie czwartego lipca. Nie dziś, skoro był to dzień, w którym Sutton cierpiała.

Wiedziałem, że cierpiała.

Musiało tak być.

Nikt nie mógłby przejść przez to co ona i nie być przygnębiony w rocznicę śmierci męża.

Dziwnym zrządzeniem losu byłem tam w dniu, gdy to się stało. W Dzień Niepodległości przyjechałem jedynie na rozmowę kwalifikacyjną. Jensen i Morgan zabrali mnie na paradę. Maverick upadł podczas biegu maratońskiego i umarł tego ranka.

A teraz ja pragnąłem jego żony.

Cholera.

Po prostu… cholera.

Zawróciłem w stronę domu, zdecydowany ignorować swoje sprzeczne uczucia do Sutton. Nie tego teraz potrzebowała.

Zanim dotarłem do drzwi, spłoszyły mnie trzy krótkie dźwięki klaksonu. Obróciłem się gwałtownie i ujrzałem błękitne audi TT Sutton wjeżdżające na podjazd. Zaparkowała obok mojego ferrari i ten widok wzbudził mój podziw. Ta kobieta miała dobry gust, jeśli chodzi o samochody.

Wysiadła od strony kierowcy i zamachała.

– Hej, David!

– Sutton – odpowiedziałem, skinąwszy głową na powitanie.

Sutton krzątała się wokół Jasona, podczas gdy jego niania Jenny wysiadła z drugiej strony, trzymając w ręce tacę z ciastem. Kiedy tylko Jason stanął na nogi, wymknął się Sutton i popędził prosto do mnie.

– Tak! – krzyknął głośno.

Zaśmiałem się i chwyciłem go w ramiona. Jason był moim kumplem. Zanim Sutton znalazła nianię na pełen etat, kilka razy go pilnowałem. Wiedziałem, że to ważne, by mogła czasami wyjść z domu.

Jenny fuknęła zirytowana i podała ciasto Sutton.

– Wezmę go.

– Nie, Jen! – zawołał Jason, zawzięcie kręcąc głową, kiedy podeszła.

– Chodź, Jason. Zjemy lunch. Jesteś głodny, prawda?

Ten dzieciak był stale głodny. To należało przyjąć za pewnik.

Delikatnie przekazałem go Jenny i oboje zniknęli w domu, zostawiając mnie z Sutton. Dopiero wtedy jej się przyjrzałem. Stała w promieniach słońca. Jej brązowe włosy o rozjaśnionych końcówkach były starannie zakręcone i opadały na ramiona. Subtelna warstwa makijażu jedynie podkreślała jej naturalne piękno. Mój wzrok przyciągnęła różowa szminka. Czarna sukienka, którą miała na sobie, nie była wyjątkowa, a jednak… zaparło mi dech.

Była niczym gwiazda w bezchmurną noc.

A ja skierowałem żagle w stronę jej światła.

– Mogę to za ciebie zanieść. – Podszedłem i wziąłem tacę z ciastem.

– Dzięki. – Uśmiechnęła się lekko.

Wtedy dostrzegłem cały ból, który w sobie miała. Kiedyś widziałem prawdziwy uśmiech Sutton. Rok temu spojrzała na mnie, siedząc na kocu, na trasie maratonu, i ukazał mi się jej blask. Z włosami otoczonymi świetlistą aureolą była pełna radości, wniebowzięta.

Teraz miała zapadnięte policzki. Straciła na wadze. Była cieniem motyla, którego widziałem tamtego dnia. Jednak pozostała piękna, przetrwała i żyła. Trwała z dnia na dzień i nie mogłem prosić o nic więcej.

Mimo to chciałem.

Pragnąłem być tym, który na powrót poskłada ją z kawałków. Nigdy więcej nie zobaczy u niej takiego bólu. Sprawi, że znów zacznie uśmiechać się tak jak wtedy.

Ale nie dziś.

– Jesteś gotowa? – zapytałem, zamiast wyrazić kłębiące się w głowie myśli.

Zaczerpnęła głęboko i wypuściła powietrze.

– Nie.

– Nie musimy tam iść.

Jej błękitne oczy zajrzały w moje. Wzburzone morze pośród huraganu.

– Musimy. Moja rodzina chce mnie wesprzeć.

– Twój smutek należy do ciebie. Ty decydujesz, z kim go dzielić.

– Nie można go dzielić, jedynie przetrwać.

– Sutton… – zacząłem.

– Ach! Tu jesteście! – zawołał ktoś od drzwi.

Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy przyjaciółkę Sutton, Annie Donoghue, wychodzącą z domu. Była wysoka, rudowłosa i pełna energii. Rok temu biegła z Maverickiem w maratonie. Przez ten rok relacje jej i Sutton zacieśniły się jeszcze bardziej. Tragedia zbliża ludzi.

– Macie zamiar wejść? – zapytała Annie ze śpiewną południową intonacją.

– Oczywiście – odparła Sutton. – Właśnie mieliśmy do was dołączyć.

– Wspaniale. Hej, David.

– Annie – przywitałem ją.

Jeszcze raz spojrzeliśmy na siebie z Sutton. Coś przemknęło między nami. Wspólna świadomość, że ona robi to bardziej dla rodziny niż dla siebie. Rozumiałem to. Chcieli jej pomóc. Ona nie chciała zostać w domu i przepłakać w samotności całego dnia. Nawet jeśli wszyscy by to zrozumieli.

Zamiast tego zrobiła dobrą minę do złej gry i weszła do domu.

Ruszyłem za nią, niosąc tacę z ciastem i żałując, że nie mogę powiedzieć, jak dobrze ją rozumiem. I jak bardzo chciałbym pomóc.

ROZDZIAŁ TRZECISutton

– Wspaniale wyglądasz – powiedziała Annie z entuzjazmem. Chwyciła lekko palcami czarną sukienkę, którą włożyłam rano na cmentarz.

– Dzięki.

– Jest nowa?

Pokręciłam głową. Przeszłam fazę kupowania nowych ubrań, by zastąpić nimi wszystko, co kiedykolwiek nosiłam za życia Mavericka, ale to było zimą. Skończyłam z tym, kiedy zaczęłam potrzebować letnich sukienek i sandałów.

– Miałabym ochotę ją pożyczyć. Szkoda, że mój tyłek by spod niej wystawał.

– Przekleństwo gigantów.

– Szczęście skrzatów. – Annie odwzajemniła żart.

Przez ostatni rok Annie była dla mnie zbawieniem. Zawsze miała przygotowany uśmiech i wyciągała mnie gdzieś wieczorami. Chętnie spędzała ze mną babski wieczór w domu z Jasonem, kiedy życie ciążyło mi zbyt mocno, żebym miała siłę gdzieś wyjść. Była najlepszą przyjaciółką, jakiej dziewczyna mogłaby pragnąć.

– Jestem szczęściarą, że cię mam.

– Phi! – prychnęła Annie. – Kocham cię, dziewczyno. Jak było rano?

Wzruszyłam ramionami. Co można powiedzieć? Rozmowa z Maverickiem była… konieczna, oczyszczająca, cudowna, straszna, bolesna. Była wszystkim, czego potrzebowałam w tym momencie, i niczym. Boże, co bym dała, żeby jeszcze raz usłyszeć jego głos. Jeden z tych głupkowatych śmiechów. Zobaczyć kpiarski uśmiech.

Ale nie, nic takiego już nie usłyszę ani nie zobaczę.

Wiedziałam to od dawna, ale jest różnica między zdawać sobie sprawę a wiedzieć. Dzisiaj… wiedziałam.

– Bywały lepsze dni – odpowiedziałam w końcu.

– Tak – przyznała Annie. – Przyjdą dla ciebie lepsze dni. Jestem pewna.

Powstrzymałam się od komentarza. Miałam już dość słuchania, że będzie lepiej. Nawet od Annie, która należała do najbardziej oddanych mi osób.

Czy radziłam sobie lepiej? Tak.

Czy któregoś dnia obudzę się nagle i będzie ze mną lepiej? Nie.

To tak nie działa.

Czasami żałowałam, że nie ma więcej takich ludzi jak David. Był taki spokojny i wyrozumiały. Nigdy nie mówił tego co inni. Po prostu pozwalał mi czuć się tak, jak się czułam. Bez wciskania kitu. Bez oczekiwań. To była ulga.

Ruszyliśmy do kuchni Jensena, gdzie Jenny szykowała lunch dla Jasona, który pałaszował truskawki i przyglądał się ciastu. Kimber, siostra Emery, narzeczonej Jensena, była właścicielką cukierni w centrum miasta. Widocznie przyniosła na przyjęcie jeden ze swoich deserów, z których słynęła Death by Chocolate. David wszedł za mną i postawił tacę z moim czekoladowym brownie obok jej ciasta. W porównaniu z nim moje wyglądało tak zwyczajnie. Przynajmniej oba naprawdę dobrze smakowały. Tylko to się liczyło.

– Ciastko – powiedział Jason.

– Później – odparłam, podając mu jeszcze jedną truskawkę. – Jenny najpierw przygotuje ci lunch.

Jenny skończyła nakładać jedzenie na jego talerz, a potem wzięła go za rękę.

– Chodź, koleżko. Przywitamy się z twoją ciocią i wujkami. Myślę, że Kimber przyprowadziła też Lilyanne i Bethany.

Sięgnęłam po butelkę z wodą i ruszyłam za nimi. Młodsza córka Kimber, Bethany, była tylko pół roku starsza od Jasona i oboje zawsze bawili się razem. Kiedy tylko wyszedł z kuchni, popędził prosto do niej, nie zwracając uwagi ani na jedzenie, ani na resztę członków rodziny, którzy chcieli go zobaczyć.

– Chyba jeszcze za wcześnie, by rozmawiać o aranżowanym małżeństwie? – spytała Kimber, pojawiając się przy mnie.

– Nigdy nie jest za wcześnie. Spójrz, jak słodko razem wyglądają.

– Prawdopodobnie weszłaby mu na głowę. No wiesz… trudno nad nią zapanować.

– Jason jest idealnym dzieckiem – powiedziałam. – Chyba mam szczęście.

– Lilyanne taka była. Dajesz się nabrać. Myślisz, że wszystkie dzieci będą takie jak to pierwsze, więc masz następne. I okazuje się, że drugie to diabeł wcielony.

– Chyba masz rację. Taki już jest ten świat.