Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 456 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zawsze ktoś patrzy - Joy Fielding

Zawsze ktoś patrzy" to zapierający dech w piersiach thriller o znakomitej narracji, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Bailey Carpenter – detektyw w renomowanej firmie prawniczej z Miami – jest inteligentna, pomysłowa i nieustraszona. Gdy w środku nocy śledzi mężczyznę unikającego płacenia alimentów, nie myśli o własnym bezpieczeństwie, skupiona na zbieraniu dowodów. Wtedy właśnie pada ofiarą gwałtu.

Od tej chwili zaczynają ją nawiedzać koszmary i przywidzenia, których nie potrafi oddzielić od rzeczywistości. Strach nie pozwala jej opuścić progu domu. Wkrótce Bailey znajduje nowe zastosowanie dla porzuconej lornetki: obserwację lokatorów domu naprzeciwko. Ta pozornie niewinna rozrywka nabiera nowego znaczenia, gdy Bailey zauważa przystojnego sąsiada – a potem orientuje się, że to on obserwuje ją. A jeśli to właśnie ten człowiek, który zniszczył jej życie?

Zniecierpliwiona brakiem postępów policyjnego śledztwa Bailey postanawia wziąć sprawę we własne ręce. Musi pokonać własny strach i odzyskać utraconą wiarę w siebie, demaskując napastnika. Ale ta decyzja prowadzi do szeregu wstrząsających wydarzeń, które podważają jej wiarygodność i doprowadzają na skraj obłędu – a może nawet dalej.

Joy Fielding – kanadyjska pisarka, autorka kilkunastu bestsellerów „New York Timesa”, znana z wielu powieści łączących intrygę kryminalną z celnymi obserwacjami obyczajowymi. Nakładem wydawnictwa Świat Książki ukazały się m.in. „Morderstwa nad Shadow Creek”, „Laleczka”, „Zabójcze piękno”, „Strefa szaleństwa”, „Teraz ją widzisz”, „Ulica Szalonej Rzeki”, „Martwa natura”.

Opinie o ebooku Zawsze ktoś patrzy - Joy Fielding

Fragment ebooka Zawsze ktoś patrzy - Joy Fielding

Tytuł oryginału Someone is Watching

Wydawca Grażyna Woźniak

Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko

Redakcja Maria Wirchanowska

Korekta Jadwiga Piller Halina Kozłowska

Copyright © 2015, Joy Fielding, Inc. Copyright © for the Polish translation by Maciejka Mazan, 2016

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

Dla tych, których kocham najbardziej na całym świecie:

1

Ranek zaczyna się tak samo jak zwykle. Kolejny monotonnie piękny październikowy dzień w Miami, niebo tradycyjnie niebieskie i bezchmurne, spodziewana temperatura maksymalna dwadzieścia sześć stopni. Nic nie wskazuje na to, żeby miał się w jakiś istotny sposób różnić od poprzedniego, nic nie zdradza, że ten dzień, a raczej ta noc, zmieni moje życie na zawsze.

Budzę się o siódmej. Prysznic i ubranie – czarna plisowana spódnica i biała bawełniana bluzka, strój trochę bardziej oficjalny niż zazwyczaj. Czeszę włosy, jasnobrązowe, spływające luźnymi falami do połowy pleców. Nakładam na policzki ciut różu i lekko maluję rzęsy. Robię kawę, pochłaniam muffina i o wpół do dziewiątej dzwonię, żeby recepcjonista przyprowadził mi samochód z podziemnego garażu.

Sama mogłabym pójść po srebrne porsche vintage, ale chłopcy z recepcji uwielbiają nim jeździć, choćby tylko przez te trzydzieści sekund, które zajmuje pokonane spiralnego podjazdu z miejsca na parkingu do poziomu trzeciego przy wyjściu. Tego ranka dyżur ma Finn, prawie przystojny w spodniach khaki i butelkowozielonej bluzie z krótkimi rękawami.

– Dużo dziś pracy? – pyta, kiedy siadam za kierownicą.

– Kolejny dzień w raju.

– Powodzenia – mówi, zamykając za mną drzwi i machając ręką.

Jadę na Biscayne Boulevard do kancelarii Holdena, Cun-ninghama i Kravitza, gdzie od niemal dwóch lat pracuję jako detektyw.

Firma, zatrudniająca około trzystu pracowników, z których sto dwadzieścia pięć osób to prawnicy, zajmuje trzy górne piętra imponującego marmurowego wysokościowca w biznesowej dzielnicy w sercu miasta. Normalnie wypiłabym drugą filiżankę kawy, wymieniając uprzejmości z osobami wpadającymi i wypadającymi z pokoju służbowego, ale dziś mam się stawić w sądzie, więc zostawiam samochód na podziemnym parkingu, zamykam glocka w schowku na rękawiczki i taksówką przejeżdżam krótki odcinek na 73 West Flagler Street do sądu hrabstwa Miami-Dade. W tej dzielnicy nie ma gdzie zaparkować, a nie chcę marnować cennego czasu na krążenie i szukanie miejsca. Zostałam powołana na świadka w sprawie dotyczącej szpiegostwa przemysłowego i nie mogę się doczekać składania zeznań. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów, którzy wolą pozostawać niewidzialni, lubię występować w sądzie.

Może dlatego, że jako detektyw spędzam sporą część czasu we względnej samotności. Moja praca polega na zbieraniu informacji, które mogą się przydać w sądzie – na śledzeniu niewiernych małżonków i podejrzanych pracowników, prowadzeniu obserwacji, robieniu zdjęć, filmowaniu tajnych spotkań, odnajdowaniu i przesłuchiwaniu przyszłych świadków, namierzaniu zaginionych spadkobierców i zbieraniu faktów, z których część sędzia uzna za odnoszące się do sprawy, a część za obsceniczne, lecz przydatne. Kiedy zgromadzę wszystkie potrzebne informacje, siadam i spisuję raport. Czasem, jak dziś, jestem wzywana do sądu. Pobieżna znajomość prawa bardzo mi się przydaje – kilka lat studiowania kryminologii na Uniwersytecie Miami nie okazało się całkowitą stratą czasu, choć odeszłam, nie zrobiwszy dyplomu. Jak napisano na stronie internetowej, na której zarejestrowałam swoją licencję, osoby wykonujące moją pracę powinny być inteligentne, dobrze poinformowane, wytrwałe, metodyczne, pomysłowe i dyskretne. Bardzo się staram spełniać te kryteria.

Najpierw czekanie w długiej kolejce przed bramką za drzwiami sądu, potem wkurzająco powolny wjazd zatłoczoną windą na dwudzieste pierwsze piętro. Zabawnie pomyśleć, że w 1928 roku, kiedy ukończono ten dwudziestoośmiopiętrowy budynek, był nie tylko najwyższy na Florydzie, ale i na południu Ohio. Co dziwne, jego biała fasada nadal wyróżnia się wśród identycznych szklanych drapaczy chmur, które nad nim górują. Wnętrze to już inna, mniej efektowna historia. Hol nadal czeka na brakujące fundusze, przez co nie można dokończyć renowacji, a wygląd większości sal sądowych jest równie przykry, jak panujący w nich czasem zapach.

– Proszę się przedstawić i wymienić swój zawód – zwraca się do mnie urzędnik, gdy już stanęłam na miejscu dla świadka i złożyłam przysięgę, że będę mówić całą prawdę i tylko prawdę.

– Bailey Carpenter. Jestem detektywem w kancelarii Holden, Cunningham i Kravitz.

– Jak się masz, Bailey? – pyta Sean Holden, kiedy siadam.

Sean jest nie tylko moim szefem, ale jednym z założycieli i wielką gwiazdą firmy, choć ma dopiero czterdzieści dwa lata. Patrzę, jak zapina guziki niebieskiej marynarki w prążki, i myślę, że wygląda imponująco. Nie jest przystojny w tradycyjnym sensie tego słowa, rysy ma toporne, orzechowe oczy małe i trochę zbyt świdrujące, ciemne włosy nieco zbyt kędzierzawe, wargi ciut za pełne. Po prostu ciut za dużo wszystkiego, co zwykle skutecznie onieśmiela przeciwnika.

Sprawa jest względnie prosta. Nasz klient, właściciel miejscowej sieci popularnych piekarni, został pozwany przez byłą pracownicę za bezprawne zwolnienie. Teraz odpowiada na zarzuty, twierdząc, że zwolnił ją, ponieważ przekazywała tajemnice handlowe jego głównemu konkurentowi. Pracownica już zeznała, że jej spotkania z rzeczonym konkurentem miały zupełnie niewinny charakter, że ona i jej mąż znają go od dzieciństwa i że ich spotkania, które szczegółowo opisałam w raporcie włączonym do dowodów, dotyczyły wyłącznie planowanego przyjęcia-niespodzianki na czterdzieste urodziny jej męża. Dodała też, niepytana, że jest uczciwa i nigdy świadomie nie zdradziłaby zaufania pracodawcy.

I tu popełniła błąd. Świadkowie nigdy nie powinni mówić niczego z własnej woli.

Sean zadaje mi szereg pozornie niewinnych związanych z pracą pytań, po czym przechodzi do sprawy, w której mnie tu wezwano.

– Wiesz, że Janice Elder zeznała pod przysięgą, że jest, cytuję: „uczciwą kobietą, niezdolną do takiej zdrady”.

– Tak, wiem.

– I możesz podważyć to stwierdzenie?

– Mam dowód, który podważa zarówno stwierdzenie, że Janice jest uczciwa, jak i to, że jest niezdolna do zdrady.

Prawnik drugiej strony natychmiast wstaje.

– Sprzeciw, Wysoki Sądzie.

– Pani Elder sama otworzyła drzwi do takich pytań – oznajmia Sean, a sędzia przyznaje mu rację.

– Powiedziałaś, że masz dowody podważające zarówno uczciwość tej pani, jak i jej niezdolność do zdrady? – pyta Sean, powtarzając to, co powiedziałam.

– Tak.

– Co to za dowód?

Zerkam do notatek, choć tak naprawdę ich nie potrzebuję. Sean i ja ćwiczyliśmy te zeznania od wielu dni i znam swój tekst na pamięć.

– W nocy 12 marca 2013 roku – zaczynam – poszłam za panią Elder do hotelu Doubleday Hilton w Fort Lauderdale… – Kątem oka widzę, że Janice Elder pospiesznie naradza się ze swoim prawnikiem. Dostrzegam panikę w jej oczach.

– Sprzeciw – rzuca znowu prawnik.

I znowu bez skutku.

– Proszę mówić dalej.

– Widziałam, jak pani Elder podchodzi do recepcji i dostaje kartę do pokoju numer 214, wynajmowanego przez pana Carla Segrettiego.

– Co? – wyrywa się mężczyźnie siedzącemu za Janice Elder. To jej mąż Todd, który zerwał się na nogi, a jego opaloną skórę rozświetlił jaskrawoczerwony rumieniec, jak łuna pożaru. – Kręcisz z Carlem?

– Sprzeciw, Wysoki Sądzie. To nie ma nic wspólnego z tą sprawą.

– Przeciwnie, Wysoki Sądzie…

– Ty kłamliwa dziwko!

– Proszę o spokój.

– Ruchasz się z moim kuzynem?

– Proszę usunąć tego mężczyznę z sali. – Sędzia uderza młotkiem. – Trzydzieści minut przerwy.

– Dobra robota – rzuca Sean kątem ust, kiedy go mijam, wychodząc z sali. Nienawistne spojrzenie pani Elder wypala mi w plecach dziurę.

Na korytarzu, czekając, czy znowu mnie nie wezwą, sprawdzam komórkę. Wiadomość od Alissy Dunphy, współpracowniczki firmy. Alissa prosi, żebym zajęła się ewentualnym powrotem Rolanda Petersona, zbiegłego tatusia, który wolał wyjechać z Miami, niż zapłacić byłej żonie kilkaset tysięcy dolarów zaległych alimentów.

– No, to była dość nieprzyjemna niespodzianka – odzywa się jakiś głos, kiedy wrzucam telefon do mojej wielkiej płóciennej torby.

Głos należy do prawnika Janice Elder. Owen Weaver ma pewnie jakieś trzydzieści parę lat, czyli trochę więcej ode mnie. Ma też strasznie dużo równych białych zębów, które nie pasują do jego uroczo krzywego uśmiechu.

– Robię, co do mnie należy – odpowiadam, tylko trochę się usprawiedliwiając.

– Musisz to robić tak dobrze? – Uśmiechają się już nie tylko jego usta, ale i łagodne brązowe oczy i zaczynam mieć wrażenie, że wcale nie mówimy o sprawie. – Zrób mi przysługę.

– Jeśli zdołam.

– Zjedz ze mną kolację. – Potwierdza moje podejrzenia.

– Co?

– Kolację. Ze mną. W dowolnie wybranej restauracji. W sobotę wieczór.

– Zapraszasz mnie na randkę?

– To takie dziwne?

– No, w tych okolicznościach…

– Chodzi o to, że właśnie mnie wykończyłaś?

– Owszem.

– Mimo to trzeba jeść.

– Też prawda. – Drzwi do sali sądowej otwierają się gwałtownie i Sean Holden rusza do mnie zdecydowanym krokiem. – Przepraszam na chwilę… mój szef…

– Oczywiście. – Owen Weaver sięga do wewnętrznej kieszeni granatowej marynarki i podaje mi wizytówkę. – Zadzwoń. – Uśmiecha się najpierw do mnie, potem do Seana. – Poproszę o dziesięć minut na rozmowę z klientką – mówi do niego i odchodzi.

Sean kiwa głową.

– O co chodziło?

Wrzucam wizytówkę Owena do torby i wzruszam ramionami, jakby ta rozmowa nie miała znaczenia. Sean ogląda się na salę sądową, ja też. Mąż pani Elder stoi przy drzwiach, samotny, z nieprzeniknioną miną i zaciśniętymi pięściami, z muskularnym ciałem tak napiętym, jakby przygotowywał się do skoku. Spogląda na mnie i mówi bezgłośnie „suka”, przenosząc wściekłość z żony na mnie. Nie po raz pierwszy staję się obiektem gniewu na inną osobę.

Pół godziny później pani Elder zgadza się wycofać oskarżenie, jeśli jej klient zrobi to samo. Nasz klient marudzi, ale w końcu się poddaje i obie strony są niezadowolone, co stanowi oznakę udanego kompromisu. W każdym razie Sean i ja cieszymy się.

– Muszę lecieć – rzuca do mnie przed sądem. – Złapię cię później. Aha, Bailey – dodaje, zatrzymując taksówkę. – Gratulacje. Bardzo dobrze ci poszło.

Patrzę, jak taksówka znika wśród innych samochodów, łapię drugą i wracam na Biscayne Boulevard. Choć w sądzie odnieśliśmy zwycięstwo, jakoś mi markotno. Chyba spodziewałam się czegoś więcej niż tylko pochwały na odczepnego. Uczczenie tego lunchem byłoby miłym gestem, myślę, wsiadając do swojego samochodu w podziemnym garażu. Otwieram schowek na rękawiczki, wyjmuję broń i wrzucam ją do torby, gdzie ląduje na wizytówce Owena Weavera. Zastanawiam się nad przyjęciem jego propozycji. Od rozstania z chłopakiem zbyt wiele sobotnich wieczorów spędziłam samotnie.

Dwadzieścia minut później, skręcając w Northeast 129 Street w Północnym Miami, nadal o tym myślę. Zatrzymuję samochód na cichej willowej uliczce i idę w stronę cytrynowego budynku na końcu rzędu równie staroświeckich, pastelowych, niskich bloków. To tu mieszka Sara McAllister, z którą Roland Peterson spotykał się w czasach, zanim uciekł z miasta, by nie łożyć na dzieci. Podejrzewam, że mógł wrócić właśnie dla niej, i zamierzam to sprawdzić.

Na końcu ulicy znajduje się owalna kępa krzewów, miejsce zaciszne, choć położone blisko drogi. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego punktu obserwacyjnego. Szybko sprawdzam, czy nikt nie patrzy, wyjmuję z torby lornetkę i daję nura w zarośla. Kucam wśród kwiatów i podnoszę lornetkę do oczu. Spoglądam na narożnik drugiego piętra w czteropiętrowym budynku i reguluję ostrość.

Zasłony w salonie Sary McAllister są rozsunięte, ale przy zgaszonym świetle trudno dostrzec cokolwiek z wyjątkiem stojącej przy oknie lampy z białym abażurem. Wydaje się, że w mieszkaniu nie ma nikogo, co mnie nie dziwi. Sara pracuje jako sprzedawczyni w Nordstrom i nie wraca przed szóstą. Dochodzę do wniosku, że teraz niewiele zwojuję, tkwiąc w tych krzakach. Rozsądniej będzie wrócić wieczorem.

Na popołudnie mam umówione dwa spotkania, no i muszę się rozprawić z górą zaległych dokumentów. I zadzwonić do Heatha, mojego brata. Nie gadaliśmy od tygodnia i nie mogę przestać się o niego martwić.

Rzucam jeszcze niedbałe spojrzenie na starą ulicę zastygłą w słonecznym blasku, jakby czas się zatrzymał, jakbym patrzyła na fotografię. Już się zaczynam podnosić, kiedy dostrzegam jakiś błysk w oknie po drugiej stronie ulicy, jakby ktoś właśnie odsunął się od szyby. Czy ten ktoś mnie obserwował?

Podnoszę lornetkę, ale nikogo nie widzę. Zawodowe zboczenie, myślę i wyłażę z krzaków, po czym strącam kwiat hibiskusa z rękawa białej bluzki i otrzepuję kolana z ziemi. Postanawiam, że w nocy zjawię się tu w stosowniejszym stroju. Zresztą wtedy ciemność będzie mnie osłaniać jak tarcza. W swojej głupocie uznaję, że to wystarczające zabezpieczenie przed oczami równie wścibskimi jak moje.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Przygotowanie tej książki do druku nie było łatwe. Jak zapewne większość moich czytelników wie, od czternastu lat wydaję jedną książkę rocznie. Jednak zeszły rok stanowił zakończenie długiego związku z amerykańskim wydawcą, co zakłóciło mój rytm. Z radością ogłaszam, że zaczynam współpracę z wydawnictwem Ballantine Books (którego właścicielem jest Random House) w nadziei, że okaże się długa i owocna. W związku z tym muszę podziękować wielu osobom. Listę rozpoczynają ci, którzy wspierają mnie najdłużej: Brad Martin, Nita Pronovost, Kristin Cochrane, Adria Iwasutiak, Val Gow, Martha Leonard i reszta naprawdę cudownej ekipy z Doubleday w Kanadzie (filia Random House), która służyła mi wyjątkowymi radami, przewodnictwem i zachętami. Zwłaszcza Nita jest wymarzoną redaktorką – troskliwą, pilną i niezwykle inteligentną. Nie przeoczyła niczego, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Dziękuję mojej agentce Tracy Fisher i jej asystentowi Jamesowi Munro z William Morris Endeavor, którzy pracują niezmordowanie i przeprowadzili mnie przez ten trudny rok z wdziękiem i taktem, a także moim wydawcom na całym świecie, którzy nieustannie okazują mi ogromne wsparcie i entuzjazm. Choć nie mogę wymienić wszystkich Waszych nazwisk, dziękuję każdemu z Was z osobna za cudowną pracę, w tym tłumaczenia i reklamę. Z wieloma z Was nawiązałam mocną więź i uwielbiam Wasze maile, te zawodowe i prywatne. Mam nadzieję, że spotkam się z Wami osobiście, żeby móc jeszcze raz podziękować.

Co do moich nowych amerykańskich wydawców, czy znacie powiedzenie: „wszystko, co stare, staje się nowe”? Wygląda na to, że zatoczyłam pełny krąg. W roku 2000 wydałam powieść Pierwszy raz. Moją redaktorką była wówczas Linda Marrow, która potrafiła ogarnąć spojrzeniem całość i odnaleźć wszystkie błędy mojego tekstu. Niestety, pracowałyśmy razem tylko nad tą jedną książką, po czym Linda zmieniła pracę. A teraz, jakby zrządzeniem losu, znowu się odnalazłyśmy (moja matka mawiała, że rzeczy same się naprawiają) i sytuacja z Pierwszego razu się powtórzyła. Linda pozostała cudowną redaktorką, a jej uwagi dotyczące powieści były wnikliwe i trafne. Dlatego dziękuję Ci, Lindo. Cieszę się, że znowu się spotkałyśmy. Dziękuję także jej asystentce Anne Speyer i fantastycznej ekipie z Ballantine. Robicie świetną robotę.

Chcę podziękować mojej wyjątkowej przyjaciółce, Carol Kripke, genialnej psychoterapeutce, z którą się konsultowałam, opisując sesje terapeutyczne. Jeśli brzmi w nich prawda, to dzięki mądrym radom Carol. Odgrywałyśmy te sesje, a ona prowadziła mnie zdanie po zdaniu. Jeśli czasem wkładam w jej usta słowa, których by nie użyła, to przepraszam i usprawiedliwiam się chwilową niepoczytalnością.

Dziękuję Lawrence’owi Mirkinowi i Beverley Slopen, których nazwiska moi stali czytelnicy z pewnością rozpoznają, ponieważ te osoby towarzyszą mi od tak dawna, że są mi się bliskie jak rodzina. Wasze uwagi, cierpliwość i rady były – i mam nadzieję, że będą – nieocenione. Larry czyta moje książki w miarę ich powstawania i mówi mi, kiedy zmierzam w niewłaściwym kierunku, zanim za bardzo się zapędzę. Bev czyta końcową wersję, a jej świeży – i sokoli – wzrok wyłapuje dokładne to, co trzeba. Oboje znajdują czas w swoim zapełnionym grafiku, by pomóc mi wspiąć się na szczyty moich możliwości. Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Kocham Was oboje.

Dziękuję Corinne Assayag, która zaprojektowała moją stroną internetową i nią zarządza. Jesteś nieustannym źródłem świetnych pomysłów, cudowną, pełną oddania osobą, która wspaniale robi to, co robi. Dziękuję, że zawsze jesteś przy mnie. Dziękuję Shannon Micol, która występuje w moim imieniu na Facebooku i Twitterze i również pełni rolę mojej pierwszej czytelniczki. Gdy e-bookowe wersje Martwej natury, Granic uczuć i Dobrych intencji trafią na amerykański rynek i okaże się, że zawierają mniej błędów, które normalnie spotyka się w tym formacie, będzie to efektem niezmordowanych wysiłków Shannon.

I w końcu dziękuję mojej cudownej rodzinie: Warrenowi, który od czterdziestu lat (!) jest moim niewiarygodnie wspaniałomyślnym mężem, którego rady czasem mnie drażnią, ale okazują się słuszne (w większości przypadków), moim córkom Shannon i Annie, dwom najpiękniejszym i najzdolniejszym na świecie młodym kobietom, mojemu zięciowi Courtneyowi, równie kochającemu jak przystojnemu, moim dwom słodkim wnuczkom, Hayden i Skylar, które wniosły w moje życie mnóstwo radości i sprawiły, że czuję się kochana i ceniona, mojej siostrze Renee, która jest moją najbliższą przyjaciółką, i Aurorze, mojej gosposi od dwudziestu lat, która doskonale się mną zajmuje i zawsze staje na wysokości zadania.

I oczywiście dziękuję Wam, moi czytelnicy. Zawsze mogę liczyć, że wydobędziecie ze mnie to, co najlepsze.