Zawodowcy. Opowiadania - Eugeniusz Ogiński - ebook
Opis

Tomik "ZAWODOWCY" to dziewięć różniących się klimatem opowiadań. Już sama paleta bohaterów, "zawodowców", od księdza po killera gwarantuje, że czytelnik nie będzie narzekał na monotonność. Tym bardziej, że wszystkie opowiadania są nasycone solidną porcją humoru, kąśliwości, pikantności i przepysznej ironii. Pełno w nich zadumy nad ludzkimi słabościami i współczesnymi problemami społeczno-politycznymi.
Opowiadania różnią się formami literackimi i tak, w niniejszym tomiku znajdziecie Państwo zagadkę kryminalną, pamflet, humoreskę obyczajową a nawet bajkę science fiction.
Autor nie wysila się na żadne wyszukane słownictwo, unika pustych metafor, przesadnych detalicznych opisów. Pisze w sposób prosty, ale niezwykle celny, zrozumiały i dowcipny, za każdym razem kończąc opowiadanie zaskakującą puentą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 110

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

eugeniusz ogiński

zawodowcy

opowiadania

ZAWODOWCY

Copyright© 2015by Eugeniusz Ogiński

[email protected]

Redakcja

Agata Sobierajska

Korekta

Krzysztof Kaczmarczyk

projekt okładki

Agnieszka Oginski

e-book: ISBN 978-83-7859-653-0

wydanie papierowe: ISBN 978-1-5197-4610-8

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie

Fotograf

Czyli kto to kupi?

Stanął jak wryty.

Szeroko otwartymi oczami przebiegł kilkakrotnie po ogromnym hiperrealistycznym obrazie, przedstawiającym płaczące nad rozbitą świnką-skarbonką kilkuletnie dziecko. Łzy dziewczynki wręcz spływały po płótnie.

– Co to ma być?! – żachnął się i rozejrzał po sali.

Równie teatralnym gestem wyjął z kieszeni wyprasowanych na kant spodni błyszczącą jednocentówkę. Trzymając ją w palcach, niczym w chirurgicznych szczypcach, zbliżył się do dzieła.

Rozejrzał się ponownie.

Usatysfakcjonowany obecnością licznego audytorium, przyłożył monetę do jej realistycznej kopii na płótnie. Odczekał chwilę. Po czym cmoknął z dezaprobatą parę razy, i z pełnym politowania uśmieszkiem, westchnął.

– Cóż za brak precyzji! I to ma być profesjonalizm! Kto to kupi?

*

Lili Blumenstein i Victor Vitt nie czepiali się szczegółów. Obejmując się czule, przechodzili z sali do sali i przyglądali każdemu dziełu z osobna, z uwagą. Mówili dużo, ale dyskretnie, bo domyślali się, że poza paroma hałaśliwymi malkontentami reszta gości Centrum Sztuki Nowoczesnej to autentyczni koneserzy Hiperrealizmu.

Victor, pomimo zainteresowania wystawą, sprawiał wrażenie nie całkiem zadowolonego. Nie wiadomo, czy z powodu niedosytu wrażeń artystycznych, czy też może trapiły go jakieś osobiste problemy...

Lili odwrotnie, wyglądała na szczęśliwą. Każdemu obrazowi przyglądała się z nieukrywanym zachwytem. Od czasu do czasu zerkała w posępne oczy Victora, kręciła głową i coś mu tam perswadowała.

– Rozchmurz się. Znowu rozmyślasz o swoich fotografiach? Ja je uwielbiam! Przyjdzie czas, że ci wszyscy nadziani ignoranci jeszcze się będą po nie w kolejce ustawiać.

*

W drugiej sali zatrzymali się przed wielgachnym płótnem z butami wielkości co najmniej jednego metra. Zabłocone, wytarte buciory wędrowca niemalże wychodziły z obrazu. Majstersztyk! Super precyzyjna robota zdolnego i cierpliwego artysty, który w trakcie malowania musiał obserwować oryginalne buty przez lupę. Przyklejona do podeszwy, rozdeptana glizda wyglądała jakby dopiero co wyzionęła ducha.

– Rewelacja! – westchnęła Lili.

– Hmm... – zmrużył oczy Victor – nooo... niezłe! Tyle że... brakuje mi w tym wszystkim...

– Story? – szepnęła Lili.

– No właśnie... – Victor przygryzł wargę i ściągnął brwi. – Zaczekaj... nasuwa mi się pewien...

– Pomysł? – weszła mu niecierpliwie w słowo. – Halo, Victor! Pomysł?... Mów!

*

– Wykorzysta cię i rzuci! Wszystkie rzuca! – grzmiał, rozpostarty w dizajnerskim fotelu, nabytym za dwadzieścia tysięcy Euro na aukcji zbiorów niedawno zmarłego dyktatora mody. Wymachiwał przy tym trzymanym w dłoni long drinkiem, chlustał nim gdzie popadło: po fotelu, po marmurowej podłodze, po spodniach, na kant uprasowanych...

I nic, tylko grzmiał coraz głośniej.

Tymczasem Lili, zajęta makijażem, uśmiechała się do siebie, bo wiedziała, że ta właśnie scena zazdrości będzie ostatnią. Wczoraj postanowiła, a dzisiaj mu powie! Przy śniadaniu nie wyszło, bo nie krzyczał... Nie mogła tak jakoś bez awantury, kiedy nie krzyczał... Dlatego teraz, teraz na pewno powie... – Ale... niech się ignorant jeszcze nawścieka – pomyślała.

I rzeczywiście, po głośnym przełknięciu kolejnego haustu ginu z tonikiem, pienił się dalej:

– Jesteś ślepa, naiwna i otumaniona. Weź i poczytaj sobie wreszcie o tym dupku! – Sięgnął po plik kolorowych tygodników i rzucił je z rozmachem, na podłogę tuż obok toaletki żony. – Dowiesz się, co to za hochsztapler. Co z tego, że nieprzeciętny, utalentowany? Słyszałem, że komornik depcze mu po piętach. Przemądrzały intelektualista, a przy tym maminsynek. I te jego porąbane performensy, czy jak je tam... nazywacie. Z tego nie ma kasy! Efekciarz, bez szansy na bestsellery. Nigdy nie zapewni ci godnego życia. A już na pewno nie dzięki tym jego... fotkom-plotkom!

– O Chryste! Znowu wyłazi ci słoma z butów? Z nim lubię i mam o czym rozmawiać... I z nim jestem kobietą! A nie księżniczką w pozłacanej klatce, zwanej potocznie kuchnią.

– Lili, ale ja cię kocham! – przerwał żonie, zmieniając nagle ton na przymilny.

Odstawił drinka. Ruszył do niej i klucząc pomiędzy rozrzuconymi gazetami, stanął za nią tak, aby móc podziwiać w lustrze jej seksowny dekolt.

– Ja cię kocham... bezinteresownie! A dla niego jesteś tylko modelką... którąś tam z kolei, modelką!

– Modelką!? – parsknęła śmiechem. –  A gdyby nawet! Wolę to, niż rolę trofeum, do którego mnie zdegradowałeś zaraz po ślubie. Potrzebowałeś mnie tylko po to, żeby sobie podreperować wizerunek. Bo te twoje bystre, ale już podkrążone ślepka, i nos do interesów, przypominający coraz bardziej nos pijaka, dawno wszystkim obrzydły...

Zbliżała się do finału. Wiedziała, że teraz nie może się zatrzymać, nie może dać mu ani sekundy na jego fałszywe gruchanie. Złapała szybko oddech i pociągnęła bez zająknięcia.

– Nie zamierzam też dłużej figurować na liście twoich aktywów, lokat bankowych, akcji, oldtimerów, koni wyścigowych i dzieł sztuki, których notabene nie czujesz i nie rozumiesz, i trzymasz je nie wiadomo gdzie, pod kluczem... Odchodzę!

Cisza. Tylko ten łomot serca...

Zaniepokojona, podniosła wzrok.

Stał jak stał. Nieco z boku, z opuszczoną szczęką, wcale nie wkurwiony! Odetchnęła. O kurcze, a może nie usłyszał?

– Odchodzę! Słyszałeś? Odchodzę!

– Lili, no coś ty? Nie rób tego! Przecież wiesz, że dla ciebie wszystko bym zrobił! Wystarczy, że powiesz!

– Taaak? – Zbierała myśli. Ach tak. Zaczyna po staremu? No to świetnie, jak tak bardzo chce... Dlaczego miałabym nie skorzystać? To on mi zawsze wbijał, bierz jak dają i nie pytaj, dlaczego. A przy okazji i Victor się ucieszy... Uśmiechnęła się.

– No to świetnie. Uważaj, sprawdzam!

Zdębiał.

– Dajesz mi szansę? Naprawdę?

– Tak... Ale pamiętaj, ostatnią.

– Dlaczego ostatnią?

– Booo... Zresztą, nie muszę ci się spowiadać. Zaryzykuj. Na giełdzie ryzykujesz, wychodzisz na tym super...

Cisza. Tylko ten łomot serca...

Czując na sobie jego lubieżne spojrzenie, poprawiła, niby mimochodem, i tak już perfekcyjny makijaż.

– To jak? Chcesz tą szansę, czy nie?

– No skarbie ty mój jedyny kochany, pewnie, że chcę! Tylko powiedz proszę, co mam zrobić?

– Kup mi buty.

– Buuuty? – podkrążone oczka męża Lili urosły do monstrualnych ślepi. Autentycznie, bez udawania się zdziwił. – Buty?

– Tak, śliczne szpilki z czerwoną podeszwą. Widziałam takie... u Christiana Louboutin...

– Lili! Nie ma sprawy, zaczekaj, zaraz, natychmiast... – zatrzymał się na parę sekund.

Cena za nowe otwarcie wydała mu się śmiesznie niska. Zmrużył podkrążone oczka, uśmiechnął się, wyjął z kieszeni komórkę i wcisnął parę klawiszy. Bez czekania na zgłoszenie się rozmówcy, ryknął:

– Gdzie się baranie podziewasz, do jasnej cholery?!

Z komórki dobiegł chrapliwy, sapiący głos:

– Tak, słucham szefie.

– Głuchy jesteś? Zbieraj się baranie i melduj u Lili. Jedziecie do Louboutin'a! Natychmiast!

*

– Odlotowe! Super sexy high heels! Dokładnie o takich myślałem! To będzie bomba! Lili, jesteś boska! Chodź, wszystko przygotowałem.

– A co mam założyć? Sukienkę, jeansy, legginsy?

– Wszystko jedno... Albo nic! W niczym też jesteś cudna.

– Victooor!

– Idziemy, idziemy. Szybciutko! Bo niedługo słońce sturla za horyzont.

*

 Lili wrzuciła do mini plecaka nowiutkie szpilki, mały ręcznik i wyskoczyła z łódki. Trochę się przeliczyła, bo woda była już jednak tak głęboka, że zamoczyła podwinięte ponad kolana spodnie. Ruszyła w stronę plaży.

Victor poprawił się w łódce, złapał za wiosła i odprowadzając wzrokiem dziewczynę, zawołał:

– Zaczął się przypływ. Ale spoko, nie śpiesz się. Dam ci znak, jak będę na miejscu. Poza tym, wszystko jasne?

– Jasne! – odkrzyknęła. – A potem poproszę o masaż... Woda lodowata, więc się nie dziw! Poświęcam się w końcu, i coś mi się chyba należy... – dodała zalotnie.

*

Victor zatrzymał łódkę po niecałym kilometrze, tuż przy brzegu. Wyprostowany, pomachał rękami. Rozejrzał się. Morze było spokojne. Wiedział, że niebawem zacznie się odpływ. Wziął młotek i wbił w dno morza półtorametrowy palik, po czym przywiązał do niego kołyszącą się łódkę. Wyskoczył. Stojąc po pas w wodzie, wyjął z łódki statyw, aparat fotograficzny i szerokie metalowe grabie o gęstych, drobnych zębach.

Lili zbliżała się płynnym, eleganckim krokiem. Odlotowe super sexy high heelsna jej cudnych nogach wyglądały fantastycznie i o wiele bardziej sexy niż sauté, na półce u Christiana Louboutin. 

Po chwili zatrzymała się na parę metrów od Victora, który czekał na nią, stojąc po kostki w wodzie.

– Fantastico, Lili! Tylko nie drepcz w miejscu! To musi wyglądać absolutnie autentycznie.

Victor podszedł jeszcze bliżej brzegu. Kiedy dziewczyna zrobiła pierwszy długi krok w jego kierunku, złapał za grabie.

*

Poszukiwacz podwodnych skarbów, Gerry Brown, wiedział, że po trzech dniach spokojnego morza nie ma sensu nurkować, dlatego zdecydował się na jogging. Biegł już parę kilometrów wzdłuż bajkowej plaży, kiedy nagle dostrzegł - ze dwadzieścia metrów przed nim - leżący przedmiot, a może dwa? Zatrzymał się. Zdjął opaskę, wytarł pot z czoła. Błyszcząca w słońcu para ekstrawaganckich szpilek leżała pięć metrów od brzegu.

– Coś mi tu nie gra... – mruknął, drapiąc się po głowie.

Przez kilkanaście sekund stał jak zamurowany. Rozejrzał się. Jak okiem sięgnąć – ani żywej duszy. Plaża szeroka na sto metrów zataczała ogromny, łagodny łuk. I wszystko byłoby okay, gdyby nie te ślady kogoś, kto nadszedł i nie odszedł, wyraźne ślady odciśniętych szpilek w niczym nie zmąconym piasku, ciągnące się hen od horyzontu... A gdzie ta... od szpilek, kobieta? Wyparowała?

Sięgnął po telefon, sfotografował szpilki, ślady szpilek, brzeg morza. Usiadł.

Zauważył, że lśniąca, czerwona podeszwa była ledwie co porysowana. Co to za dama, która paraduje po plaży w nowych szpilkach... by w końcu je, ot tak, porzucić? – dedukował. – I co się z nią stało?

W końcu wybrał numer...

*

– Ależ panie sierżancie, to są naprawdę jakieś dziwne buty... Tak, kobiece... Nie, nie do biegania... Lakierowane, sexy szpilki... Bo nie ma śladów!... W tym rzecz! No dobrze, nie buty dziwne, a brak... No właśnie mówię, nie ma żadnych śladów bosych stóp odchodzącej kobiety...

Przez chwilę jeszcze słuchał rozmówcę i rozglądał się.

– Jakieś dziesięć kilometrów na wschód od latarni morskiej... Okay, czekam... Gerry. Gerry Brown...

*

Czekając na policję, przyglądał się badawczo szpilkom, niczym Columbo. Samobójstwo? – rozmyślał. Babska głupota! Nigdy bym tego w ten sposób nie zrobił. Prędzej skoczyłbym z piątego piętra, no... powiedzmy z piętnastego, żeby się przypadkiem na głupim bólu nie skończyło... A te trzy sekundy dłuższego spadania, nawet gdybym się zlał ze strachu, byłyby łatwiejsze do zniesienia niż... – wzdrygnął się, bo wyobraził sobie słoną wodę zalewającą płuca.

– Nie, tylko nie to! – otrząsnął się.

*

Policjanci zjawili się po kwadransie. Popatrzyli, zabezpieczyli, udokumentowali, skontaktowali się z centralą i... zdębieli.

– Panie Brown, te buty są warte z sześć tysięcy Euro... Dlatego... sam pan rozumie... że... w tej sytuacji musimy spisać protokół... Proszę z nami.

*

Nazajutrz wyciągnięto z morza dwa strasznie pokiereszowane trupy: artystę fotografa Victora Vitt'a i panią Lili Blumenstein. Ślady na wyłowionych resztkach zdemolowanej łódki wskazywały na walkę z rekinem. Trzydzieści metrów od ofiar znaleziono też harpun, pogięty statyw i profesjonalny aparat fotograficzny. Szczęśliwym trafem karta nie została uszkodzona. Odczytano ją, jednak nic poza zdjęciami artystycznymi na niej nie było. Kiedy wyłowiono jeszcze kawałek odłamanego zęba rekina, śledztwo zostało zamknięte, a śmierć kochanków zakwalifikowano do tragicznych wypadków.

Znalezione przez pana Brown'a szpilki przekazano owdowiałemu mężowi Lili.

*

„Fotografie Victora Vitt'a zostaną wystawione w trzech największych salach Centrum Sztuki Nowoczesnej” – donosiła mainstreamowa prasa. Kustosz wystawy dziękował pogrążonej w smutku matce Victora za udostępnienie dzieł syna. W zakończeniu artykułu kustosz zapraszał wszystkich mieszkańców i gości nadmorskiego kurortu: „To będzie fascynujące photo-story opowiedziane serią wielkoformatowych fotografii. Story o butach i ich właścicielach. O butach porzuconych, zdartych, i o butach lśniących, unikatowych... Story pełne przesłań, inteligentnych podtekstów, zaskakujących aranżacji!”

*

Gerry Brown zbierał się do wypłynięcia na powierzchnię, kiedy w ostatniej chwili, w pobliżu miejsca tragicznej śmierci artysty i jego modelki, zauważył coś połyskującego... – Czyżby ich smartfon? – pomyślał.

*

Natychmiast