Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zawód: szpieg - Paweł Reszka, Michał Majewski

Poznaj kulisy pracy oficera wywiadu.

Pułkownik Aleksander Makowski to legenda polskiego wywiadu. Syn szpiega, wychowany w Londynie oraz Waszyngtonie, stypendysta Harvardu i absolwent szkoły wywiadu w Kiejkutach. Nikt przed Makowskim nie odpowiedział aż tyle o kuchni pracy polskich szpiegów.

Pułkownik – w wywiadzie-rzece, który prowadzą Paweł Reszka i Michał Majewski – ze szczegółami relacjonuje, jak wyglądało szpiegowskie szkolenie w tajnym ośrodku w Kiejkutach. Odpowiada, jak uczono go werbować agentów, nagrywać spotkania z ukrycia i wykrywać tych, którzy go śledzą. Makowski mówi, jak wyglądały relacje PRL-owskiego wywiadu z towarzyszami radzieckimi. Opowiada o swojej pracy szpiegowskiej w Stanach Zjednoczonych i o tym, jak próbowało go zwerbować FBI.

Zdradza, jak wyglądała praca polskich „nielegałów” za granicą, przedstawia największe sukcesy i wpadki polskich szpiegów. Przez kolegów, przełożonych, ale i przeciwników Makowski (doktor prawa, znakomicie poruszający się na Zachodzie) był i jest uważany za jednego z najzdolniejszych oficerów polskiego wywiadu.

Żaden z weteranów służb specjalnych nie opowiedział do tej pory tyle i tak szczegółowo o działaniach polskiego wywiadu w ostatnich dekadach.

Opinie o ebooku Zawód: szpieg - Paweł Reszka, Michał Majewski

Fragment ebooka Zawód: szpieg - Paweł Reszka, Michał Majewski

Opra­co­wa­nie re­dak­cyj­ne

Mi­ro­sław Gra­bow­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny se­rii i pro­jekt okład­ki

Mag­da Kuc

Zdję­cie na okład­ce

Mar­cin Ma­zu­row­ski

Zdję­cia za­miesz­czo­ne w książ­ce po­cho­dzą z pry­wat­nych zbio­rów Alek­san­dra Ma­kow­skie­go

DTP

Mar­cin La­bus

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siń­ski

Text co­py­ri­ght © by Alek­san­der Ma­kow­ski, Mi­chał Ma­jew­ski, Pa­weł Resz­ka

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2014

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-813-6

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

Książ­ka, któ­rą na­by­łeś jest dzie­łem twór­cy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gu­ją. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­niać nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Je­śli cy­tu­jesz jej frag­men­ty nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzie­ło. A ko­piu­jąc jej część rób to wy­łącz­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nuj­my cu­dzą wła­sność i pra­wo.

Wię­cej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książ­ki

Przedmowa

Skąd po­mysł na tę książ­kę? Dla­cze­go aku­rat Alek­san­der Ma­kow­ski?

Za­nim się po­zna­li­śmy, wy­prze­dza­ła go do­bra i zła sła­wa.

– Aleks? – mó­wił nam kie­dyś jego zna­jo­my. – W szko­le wy­wia­du był naj­zdol­niej­szy na roku. Zresz­tą po­tem skoń­czył pra­wo na Ha­rvar­dzie, to się nie zda­rza zbyt czę­sto.

– Ma­kow­ski był wy­jąt­ko­wo nie­bez­piecz­ny – opo­wia­dał nam Bog­dan Bo­ru­se­wicz, je­den z le­gen­dar­nych przy­wód­ców So­li­dar­no­ści.

W la­tach osiem­dzie­sią­tych Aleks tro­pił za­chod­nie ka­na­ły prze­rzu­tu sprzę­tu i pie­nię­dzy dla opo­zy­cji. I na prze­ło­mie lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych wła­śnie to za­de­cy­do­wa­ło, że mu­siał się po­że­gnać ze służ­bą. Był jed­nym z dwóch ne­ga­tyw­nie zwe­ry­fi­ko­wa­nych ofi­ce­rów.

Jed­nak wy­wiad nig­dy z nie­go nie zre­zy­gno­wał. Mimo że ofi­cjal­nie wy­klę­ty, cią­gle brał udział w taj­nych mi­sjach pol­skich służb.

Dłu­go był dla nas czło­wie­kiem cie­nia.

Kie­dyś od zna­jo­me­go, mło­de­go biz­nes­me­na, usły­sze­li­śmy taką oto aneg­do­tę:

– Ele­ganc­ki raut. Roz­ma­wiam z Ja­nem Kul­czy­kiem. Wo­kół nas ni­ko­go nie ma, ale wi­dzę, że wia­nu­szek lu­dzi ota­cza czło­wie­ka, któ­re­go nie znam. Mó­wię więc do Kul­czy­ka: „Nic z tego nie ro­zu­miem. Pan jest słyn­ny i naj­bo­gat­szy. A lu­dzie sto­ją wo­kół ja­kie­goś nie­zna­jo­me­go go­ścia. O co tu cho­dzi?”. Na co Kul­czyk: „Pro­szę pana, prze­cież to jest Ma­kow­ski”. „A kto to jest Ma­kow­ski?”, py­tam. „Nie wie pan, kim jest Alek­san­der Ma­kow­ski?! Nie­moż­li­we!” Je­den z naj­bo­gat­szych Po­la­ków nie po­sia­dał się ze zdu­mie­nia.

Spo­tka­li­śmy się w 2007 roku, gdy An­to­ni Ma­cie­re­wicz ujaw­nił jego na­zwi­sko w Ra­por­cie z li­kwi­da­cji WSI.

Za­czę­li­śmy roz­ma­wiać. O ojcu, któ­ry był ofi­ce­rem wy­wia­du, o ży­ciu na słyn­nej alei Przy­ja­ciół, o wy­cho­wa­niu w Lon­dy­nie i Wa­szyng­to­nie, o szko­le­niu w Kiej­ku­tach, stu­diach na Ha­rvar­dzie.

O szpie­gow­skiej ro­bo­cie w USA i tro­pie­niu pie­nię­dzy So­li­dar­no­ści.

Wresz­cie o dzi­kim biz­ne­sie lat dzie­więć­dzie­sią­tych, han­dlu bro­nią, wy­jaz­dach do Afga­ni­sta­nu po szma­rag­dy i szpie­gow­skie in­for­ma­cje.

Wcze­sną wio­sną ze­szłe­go roku spo­tka­li­śmy się z Ma­kow­skim na ka­wie. Pod ko­niec roz­mo­wy rzu­cił sło­wa, na któ­re gdzieś tam cze­ka­li­śmy od daw­na:

– To może zro­bi­my te moje wspo­mnie­nia…

Ty­dzień póź­niej na­gry­wa­li­śmy pierw­szą roz­mo­wę do książ­ki.

Mi­chał Ma­jew­ski

Pa­weł Resz­ka

War­sza­wa, paź­dzier­nik 2013

1Sztuka werbunku

Sztu­ka wer­bun­ku – Roz­pra­co­wa­nie czło­wie­ka – Naj­lep­sze spo­so­by na zło­wie­nie agen­ta – Czy zdraj­cą za­wsze na­le­ży po­gar­dzać

Na czym po­le­ga do­bra tak­ty­ka wer­bun­ku?

Za­cznij­my od tego, że w wy­wia­dzie naj­waż­niej­sza jest in­for­ma­cja. To zresz­tą przy­po­mi­na pra­cę dzien­ni­ka­rzy. Do­bry dzien­ni­karz ma do­brych in­for­ma­to­rów. Do­bry szpieg ma do­brych agen­tów. Za­czy­na­my od oce­ny sy­tu­acji. Na­le­ży wy­czuć, czy wer­bu­nek ma sens. Za­nim wy­gło­sisz for­muł­kę: „Je­stem ofi­ce­rem wy­wia­du, chcę z pa­nem pra­co­wać”, mu­sisz oce­nić, czy są szan­se po­wo­dze­nia. Ry­zy­ku­jesz dużo, bo się przed czło­wie­kiem od­kry­wasz. Dla­te­go na­le­ży za­cząć od roz­pra­co­wy­wa­nia de­li­kwen­ta. To zna­czy usta­lić na jego te­mat do­słow­nie wszyst­ko co się da: gdzie się uro­dził, szko­ły, hob­by, na­wy­ki, żony, ko­chan­ki, dzie­ci, co lubi, cze­go nie lubi, ja­kie jada po­tra­wy, ja­kie książ­ki czy­ta. Cza­sa­mi ta­kie roz­pra­co­wa­nie trwa rok, cza­sa­mi dwa, trzy lata. Wiesz o panu do­rad­cy mi­ni­stra albo pre­ze­sie kon­cer­nu wszyst­ko. Wte­dy na­le­ży osza­co­wać, czy jest po­dat­ny na wer­bu­nek.

Co czy­ni czło­wie­ka po­dat­nym na wer­bu­nek?

Ha­zard, za­mi­ło­wa­nie do ko­biet, kosz­tow­ne hob­by: dia­men­ty, ze­gar­ki, sztu­ka. W su­mie roz­pra­co­wa­nie po­win­no od­po­wie­dzieć na dwa py­ta­nia: czy jest szan­sa na wer­bu­nek oraz jaką tak­ty­kę, pod­sta­wę do wer­bun­ku przy­jąć: pie­nią­dze, szan­taż, jed­no i dru­gie, czy może ja­kieś gór­no­lot­ne ar­gu­men­ty.

Roz­pra­co­wu­je jed­na oso­ba czy ze­spół?

Nie­kie­dy cała re­zy­den­tu­ra. W ra­mach roz­pra­co­wa­nia ko­goś istot­ne­go do­ko­nu­je się na­wet wer­bun­ku mniej istot­nych osób tyl­ko po to, by uzy­skać wie­dzę o tej, o któ­rą naj­bar­dziej nam cho­dzi. Wy­py­tu­je się je oczy­wi­ście o wie­le spraw, tak żeby ukryć na­sze wła­ści­we za­in­te­re­so­wa­nie. By­wa­ło na­wet, że do­cho­dzi­ło do dwóch wer­bun­ków – tyl­ko w celu lep­sze­go roz­pra­co­wa­nia. No, ale tu szło o cele z naj­wyż­szej pół­ki. Na po­zio­mie mi­ni­strów obro­ny.

To zna­czy, że roz­pra­co­wy­wa­nie to pra­ca ze­spo­ło­wa?

Tak. Tak samo jak ty­po­wa­nie wer­bow­ni­ka. Szu­ka się ko­goś, kto bę­dzie w ja­kimś sen­sie pa­so­wał do celu. Oczy­wi­ście jest jed­na lub dwie oso­by, któ­re „pro­wa­dzą”, czy­li nad­zo­ru­ją roz­pra­co­wy­wa­nia. Dają po­le­ce­nia, wy­zna­cza­ją kie­run­ki, ślą py­ta­nia do in­nych re­zy­den­tur, zbie­ra­ją to do kupy.

I co po­tem?

Na­le­ży prze­słać ra­port wer­bun­ko­wy do cen­tra­li, do wy­dzia­łu te­ry­to­rial­ne­go. W ta­kim ra­por­cie jest wie­le punk­tów, w któ­rych opi­su­je się szcze­gó­ło­wo: kogo, po co, jak, za ile chce­my wer­bo­wać. Naj­waż­niej­szy punkt brzmi: przed­się­wzię­cia na wy­pa­dek nie­uda­ne­go wer­bun­ku. Czy­li co zro­bić, je­śli się nie uda. Trze­ba mieć go­to­wy plan, jak się wy­co­fać, no i jak uda­wać, że to wła­ści­wie nie my.

Ra­port tra­fia do na­czel­ni­ka albo za­stęp­cy na­czel­ni­ka wy­dzia­łu te­ry­to­rial­ne­go.

A da­lej?

Teo­re­tycz­nie zgo­dy na nie­któ­re wer­bun­ki mógł za­twier­dzać na­czel­nik wy­dzia­łu te­ry­to­rial­ne­go – czy­li jak wer­bu­nek w Sta­nach, to na­czel­nik wy­dzia­łu ame­ry­kań­skie­go. Jed­nak na ogół, je­śli szło o ob­co­kra­jow­ca, zgo­dę wy­da­wał wi­ce­dy­rek­tor albo dy­rek­tor wy­wia­du. To już w za­leż­no­ści od tego, jak po­ten­cjal­ny agent był wy­so­ko.

Dla­cze­go?

No, je­śli wer­bu­je­my urzęd­ni­ka mi­ni­ster­stwa ob­ce­go pań­stwa i ope­ra­cja nam nie wyj­dzie, to jest nie­zbyt do­brze. Za­raz po­ja­wia­ją się pro­te­sty, skan­da­le i za­czy­na ma­ru­dzić MSZ.

Jak się wy­bie­ra wer­bow­ni­ka?

Jego też trze­ba wy­mie­nić w re­por­cie. Jest pew­na pula ofi­ce­rów, któ­rzy są do dys­po­zy­cji w ca­łym wy­wia­dzie. Kom­bi­nu­jesz: męż­czy­zna czy ko­bie­ta? Je­śli chcesz wer­bo­wać znaw­cę sztu­ki, to do­bie­rasz ko­goś, kto się na tym zna albo szyb­ko się tego na­uczy. Niech mają o czym po­ga­dać. Niech bę­dzie ja­kiś punkt za­cze­pie­nia do kul­ty­wo­wa­nia zna­jo­mo­ści. Przy wer­bun­ku naj­waż­niej­sze są dro­bia­zgi.

Ja­kie?

Wer­bo­wa­ny musi czuć, że je­steś dla nie­go part­ne­rem. Naj­le­piej by­ło­by, gdy­by uznał, że prze­wyż­szasz go in­te­lek­tu­al­nie i je­steś roz­sąd­nym czło­wie­kiem.

Lu­dzie ra­czej wolą głup­szych od sie­bie.

Nie w tym przy­pad­ku. On za chwi­lę zdra­dzi oj­czy­znę, czy­li odda swój los, swo­je ży­cie w two­je ręce. Musi czuć, że je­steś in­te­li­gent­ny, pro­fe­sjo­nal­ny, że nie wy­sy­piesz go przy naj­bliż­szej oka­zji. Gdy już to wszyst­ko wia­do­mo, trze­ba wy­my­ślić miej­sce do wer­bo­wa­nia i pod­jąć pró­bę. Miej­sce też jest istot­ne. W grę wcho­dzą dwie opcje: albo ło­wi­my go na te­re­nie jego kra­ju, albo cze­ka­my, aż wy­je­dzie. Ta dru­ga opcja, wer­bu­nek na te­re­nie kra­ju trze­cie­go, jest oczy­wi­ście bez­piecz­niej­sza. Nie ma za­gro­że­nia ze stro­ny kontr­wy­wia­du albo jest mniej­sze, no i w ogó­le gdy­by de­li­kwent chciał się po­skar­żyć swo­im służ­bom, to jed­nak miał­by da­lej.

Czy­li nie ma spe­cjal­nej spon­ta­nicz­no­ści pod­czas wer­bun­ku.

Jest, ale w gra­ni­cach punk­tów opi­sa­nych w ra­por­cie. Ra­port o wer­bu­nek przy­go­to­wu­je star­szy ofi­cer, prze­ka­zu­je za­stęp­cy na­czel­ni­ka, ten tekst pod­ra­so­wu­je, zmie­nia czy uzgad­nia, na­czel­nik pod­pi­su­je i pi­smo idzie do za­stęp­cy dy­rek­to­ra wy­wia­du. Je­że­li fi­gu­rant – czy­li kan­dy­dat na agen­ta – zaj­mu­je zna­czą­cą po­zy­cję, to osta­tecz­na de­cy­zja musi być uzgod­nio­na z dy­rek­to­rem. W szcze­gól­nych przy­pad­kach o tym, czy wer­bo­wać, czy też nie, de­cy­du­je wi­ce­mi­ni­ster kie­run­ko­wy. Kwe­stią za­sad­ni­czą jest tu gra­ni­ca opła­cal­no­ści.

Co kon­kret­nie jest w punk­tach ra­por­tu wer­bun­ko­we­go?

Jak za­cząć roz­mo­wę, jak ją pro­wa­dzić, ja­kiej ar­gu­men­ta­cji użyć i kie­dy. Czy i kie­dy po­su­nie­my się do wy­ko­rzy­sta­nia ma­te­ria­łu kom­pro­mi­tu­ją­ce­go, czy­li do szan­ta­żu. Czy i ile pie­nię­dzy bę­dzie­my ofe­ro­wać.

Na czym po­le­ga trik łow­cy?

Ca­łość ar­gu­men­ta­cji po­win­na prze­ko­nać czło­wie­ka, że zdra­dza­jąc, wła­ści­wie nie zdra­dza. Że robi to dla do­bra ludz­ko­ści albo z ja­kichś wyż­szych po­bu­dek. Że te in­for­ma­cje nie będą szko­dzić jego kra­jo­wi, tyl­ko po­mo­gą… nie wiem… za­po­biec ka­ta­kli­zmo­wi ją­dro­we­mu czy coś w tym sty­lu. Na ogół wie­my oczy­wi­ście, ile fa­cet za­ra­bia, wie­my, jak miesz­ka, na ja­kim po­zio­mie, wie­my, ja­ki­mi jeź­dzi sa­mo­cho­da­mi, ile z grub­sza wy­da­je, na co. No i na tej pod­sta­wie trze­ba przy­go­to­wać i za­ofe­ro­wać taką sumę, jaka go nie roz­śmie­szy. Krót­ko mó­wiąc, nie dość, że ro­bisz coś dla ludz­ko­ści, to jesz­cze do­sta­niesz za to kasę.

A szan­taż?

To jest de­li­kat­na spra­wa. Ja­sne, że w wy­wia­dzie wy­ko­rzy­stu­je się ma­te­ria­ły kom­pro­mi­tu­ją­ce. Pro­blem w tym, że ła­two prze­do­brzyć. Je­śli głę­bo­ko zra­nisz jego god­ność, to fa­cet wsta­nie i wyj­dzie. Tyle zy­skasz. Szan­ta­żo­wać na­le­ży, tak by nie ob­ra­zić, nie upo­ko­rzyć. Za­wsze na­le­ży zo­sta­wić so­bie mar­gi­nes na wy­co­fa­nie się z ta­kiej pró­by.

Jak ład­nie za­szan­ta­żo­wać czło­wie­ka, żeby nie ura­zić jego god­no­ści?

To za­le­ży.

Ktoś ma ko­chan­kę.

Trze­ba po­ru­szyć te­mat ko­cha­nek. Mogę mu po­wie­dzieć, że mam ko­chan­kę, czy rzu­cić uwa­gę, że by­łem kie­dyś w mie­ście i wi­dzia­łem go z pięk­ną ko­bie­tą.

I ko­niec.

To niby szan­taż, ale cią­gle jesz­cze da się go ob­ró­cić w żart, praw­da? Na ogół wer­bu­je­my lu­dzie in­te­li­gent­nych, de­bi­le nie są nam po­trzeb­ni. Zresz­tą z de­bi­la­mi roz­mo­wy są na ogół prost­sze. Tak więc fa­cet, któ­re­mu oświad­czasz, że wi­dzia­łeś go z pięk­ną ko­bie­tą, ro­zu­mie, o czym mó­wisz. Ge­ne­ral­nie w ta­kiej roz­mo­wie cho­dzi o to, żeby wy­czuć, czy cel jest za­in­te­re­so­wa­ny, czy pod­jął w głę­bi du­szy de­cy­zję, czy tyl­ko prze­cią­ga roz­mo­wę, żeby wy­cią­gnąć od cie­bie jak naj­wię­cej in­for­ma­cji dla swo­je­go kontr­wy­wia­du. Dla­te­go ra­port wer­bun­ko­wy, w któ­rym opi­sa­na jest w punk­tach cała stra­te­gia, jest tak sza­le­nie waż­ny.

Żeby nie da­wać się pod­pu­ścić?

Mię­dzy in­ny­mi po to są te punk­ty. Bo jak może roz­wi­jać się sy­tu­acja, gdy już zło­żysz za­wo­alo­wa­ną pro­po­zy­cję? Gość orien­tu­je się na­gle, że jest wer­bo­wa­ny. Wsta­je i mówi: „Miło było pana po­znać, do wi­dze­nia, mam na­dzie­ję, że już nig­dy się nie zo­ba­czy­my” – i ko­niec.

Wa­riant dru­gi – orien­tu­je się, że jest wer­bo­wa­ny, i mówi: „Okej, do­bra, tyl­ko ja chcę tego, tego i tego”. No i wa­riant trze­ci, naj­trud­niej­szy. Pi­łu­jesz, pi­łu­jesz, a on mówi: „Wie pan, nie je­stem prze­ko­na­ny, spo­tkaj­my się jesz­cze”. Wte­dy masz dy­le­mat: „Co on chce zro­bić? Może po­wia­do­mić swój kontr­wy­wiad i przyjść już z ob­sta­wą?”. Ale jed­no­cze­śnie nie chcesz od­pu­ścić, więc uma­wiasz się na ko­lej­ne spo­tka­nie. No i wte­dy wra­casz do swo­jej cen­tra­li, sia­dasz i ra­zem z po­zo­sta­ły­mi za­sta­na­wiasz się, co z tym zro­bić. W su­mie, przy pew­nej do­zie do­świad­cze­nia, moż­na wy­czuć, czy gość się waha, czy też nie ma ocho­ty na współ­pra­cę i pró­bu­je cię wy­ki­wać.

Ale jak to wy­czuć?

Rzecz jest de­li­kat­na. W su­mie obaj, i ten, któ­ry ma ocho­tę zo­stać agen­tem, i ten, któ­ry cię pod­pusz­cza, za­da­ją py­ta­nia. Ten pierw­szy chce się upew­nić, że je­steś fa­chow­cem i bę­dziesz w sta­nie za­gwa­ran­to­wać mu bez­pie­czeń­stwo. Dru­gi pyta wia­do­mo po co – chce jak naj­wię­cej in­for­ma­cji sprze­dać swo­im. Py­ta­nia będą się de­li­kat­nie róż­ni­ły. W pierw­szym przy­pad­ku spo­dzie­wam się usły­szeć: jak mi za­pew­nisz bez­pie­czeń­stwo? gdzie bę­dzie­my się spo­ty­kać? ile mo­żesz mi dać pie­nię­dzy? W dru­gim: z ja­kiej je­steś jed­nost­ki? skąd przy­je­cha­łeś? jak dłu­go tu je­steś?

Czy z two­je­go prak­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia są lep­sze i gor­sze mo­ty­wa­cje, dla któ­rych czło­wiek po­dej­mu­je współ­pra­cę?

Dla mnie naj­lep­szą mo­ty­wa­cją są pie­nią­dze.

Czy­sty układ han­dlo­wy?

Tak, no, chy­ba że ktoś ze­chce współ­pra­co­wać ze wzglę­dów ide­olo­gicz­nych. Ale ta­kie cuda były naj­czę­ściej w cza­sach Ko­min­ter­nu: so­cja­lizm, ko­mu­nizm, Zwią­zek Ra­dziec­ki, roz­bro­je­nie i po­wszech­ne szczę­ście.

Czy­li jed­nak układ han­dlo­wy.

Tak, z ele­men­tem de­li­kat­ne­go szan­ta­żu. To zna­czy do­brze, je­śli jesz­cze wie­my na te­mat tego czło­wie­ka coś, co go lek­ko kom­pro­mi­tu­je. Ale wspa­nia­ło­myśl­nie o tym „za­po­mi­na­my” i po pro­stu wy­pła­ca­my mu pie­nią­dze.

Dla­cze­go z two­je­go punk­tu wi­dze­nia pie­nią­dze są naj­pew­niej­sze?

Je­że­li fa­cet pra­cu­je dla pie­nię­dzy, to cią­gle chce ich mieć wię­cej i co­raz bar­dziej się sta­ra. Agent po­tra­fi się wy­ka­zać nie­praw­do­po­dob­ną in­wen­cją. Je­że­li jest od­po­wied­nio zmo­ty­wo­wa­ny, do­ko­nu­je cu­dów. Cza­sa­mi mu­sisz go wręcz ha­mo­wać. Mówi: „Zdo­bę­dę taką a taką in­for­ma­cję”. „A masz do niej do­stęp?” „Nie, ale wiem, kto ma”. To już robi się nie­bez­piecz­ne.

Ro­śnie ry­zy­ko.

Zde­cy­do­wa­nie. Ta­kie­go agen­ta trze­ba bar­dzo umie­jęt­nie pro­wa­dzić, bo sam so­bie może zro­bić krzyw­dę.

Mó­wi­li­śmy, że gdy sy­tu­acja nie jest jed­no­znacz­na, de­cy­zję o kon­ty­nu­acji bądź za­prze­sta­niu wer­bun­ku po­dej­mu­je po dys­ku­sji spe­cjal­ny ze­spół. Kto wcho­dzi w jego skład?

Do­świad­cze­ni ofi­ce­ro­wie wy­wia­du i wi­ce­dy­rek­tor kie­run­ko­wy. Trze­ba zna­leźć od­po­wiedź na py­ta­nie: „Czy dal­sze ry­zy­ko nam się opła­ca?”. Z za­sa­dy taka roz­mo­wa od­by­wa się w Pol­sce, w wy­jąt­ko­wych sy­tu­acjach de­cy­zję może wziąć na sie­bie re­zy­dent. Oczy­wi­ście musi po­wia­do­mić o niej cen­tra­lę. Cen­tra­la za­wsze może de­cy­zję zmie­nić.

Dla­te­go py­ta­my, jak wy­glą­da ta­kie spo­tka­nie. Ofi­cer – co zro­zu­mia­łe – ob­sta­je za wer­bun­kiem, prze­ło­że­ni się wa­ha­ją. Co de­cy­du­je?

Jak zwy­kle w ży­ciu za­le­ży to od lu­dzi, ale na ogół roz­jem­cą jest wi­ce­dy­rek­tor, a na­wet dy­rek­tor wy­wia­du. Opo­wiem o swo­jej prak­ty­ce. Mia­łem kil­ka ta­kich spo­tkań. Prze­wod­ni­czył im Wła­dy­sław Po­żo­ga, wi­ce­mi­ni­ster od­po­wie­dzial­ny za wy­wiad. Bra­łem w nich udział jako na­czel­nik i wi­ce­na­czel­nik wy­dzia­łu. Ty­po­wa dys­ku­sja ro­bo­cza, każ­dy się wy­po­wia­da. Ja jako na­czel­nik je­stem naj­bli­żej spra­wy. Po­żo­ga za­zwy­czaj na ko­niec pyta: „A wy co, na­czel­ni­ku?”. Mó­wię na przy­kład: „Wer­bu­je­my da­lej”. A on: „To pro­szę uza­sad­nić”. Więc uza­sad­niam. No i Po­żo­ga: „Do­brze, ale na wa­szą od­po­wie­dzial­ność”. Ja: „Na moją”. On: „No to ro­bi­my tak, jak na­czel­nik uwa­ża”. Po­żo­ga bez opo­ru zmie­niał de­cy­zję pod wpły­wem czy­jejś ar­gu­men­ta­cji. Je­śli ktoś był pew­ny, do­brze uza­sad­nił, chciał wziąć od­po­wie­dzial­ność na sie­bie – to okej, pro­szę bar­dzo. Wi­ce­mi­ni­stro­wi też za­le­ża­ło na suk­ce­sie.

Czy spo­tka­nia wer­bun­ko­we są na­gry­wa­ne przez wer­bow­ni­ka?

Wszyst­ko jest na­gry­wa­ne. Mie­li­śmy zresz­tą zna­ko­mi­ty sprzęt Na­gra Ste­fa­na Ku­del­skie­go. Ku­del­ski to Po­lak z bar­dzo pa­trio­tycz­nej ro­dzi­ny. Jego oj­ciec ofi­cer nie wró­cił po woj­nie do Pol­ski. Więc syn ro­bił ka­rie­rę na­uko­wą i biz­ne­so­wą w Szwaj­ca­rii. Dziś pi­sze się o nim „szwaj­car­ski na­uko­wiec”, a war­to wie­dzieć, że na­zwa „Na­gra”, któ­rą dał swo­im ma­gne­to­fo­nom, po­cho­dzi od sło­wa „na­grać”. To był nie­wiel­ki – jed­na trze­cia stro­ny for­ma­tu A4 – ma­gne­to­fon szpu­lo­wy. Ta­śma była dość cien­ka, ale wy­star­cza­ła na trzy, czte­ry go­dzi­ny na­gra­nia. Sprzęt nie był lek­ki, ale wcho­dził do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Oczy­wi­ście w le­cie, pod lnia­ną ma­ry­nar­ką, ra­czej nie dało się go no­sić, bo od­kształ­ce­nie ma­te­ria­łu było zbyt wi­docz­ne. Moż­na go więc było wsa­dzić do tyl­nej kie­sze­ni spodni albo przy­kle­ić ta­śmą do cia­ła. Ka­bel z mi­kro­fo­nem wy­pro­wa­dza­ło się przez rę­kaw lub pod kla­pę ma­ry­nar­ki. Wy­star­cza­ło, mi­kro­fo­ny były bar­dzo czu­łe.

W trak­cie spo­tka­nia je­steś więc oka­blo­wa­ny?

Tak. Ma­gne­to­fon w kie­sze­ni, mi­kro­fon wy­pro­wa­dzo­ny albo wbu­do­wa­ny w spin­kę czy gu­zik.

A gdy ktoś cię zwo­dzi, to na dru­gą roz­mo­wę wer­bun­ko­wą też idziesz z ma­gne­to­fo­nem? Sza­le­nie ry­zy­kow­ne.

Pod­czas bu­rzy mó­zgów po­dej­mu­je się de­cy­zje tak­że w spra­wie tego, czy idziesz z ma­gne­to­fo­nem, czy nie. Ja­sne, że to ry­zy­kow­ne, bo mo­żesz zo­stać wcią­gnię­ty w pu­łap­kę. Je­śli kontr­wy­wiad za­trzy­ma cię ze sprzę­tem do na­gry­wa­nia, to bę­dzie nie­we­so­ło. Za­zwy­czaj umó­wio­ne jest na­stęp­ne spo­tka­nie, ale to jesz­cze nic nie zna­czy. Prze­cież de­li­kwen­ta moż­na spo­tkać „przy­pad­kiem” wcze­śniej, praw­da? My do nie­go pod­cho­dzi­my, gdy nie jest przy­go­to­wa­ny. Przy­ci­ska­my go. Ry­zy­ko jest mniej­sze.

Czy roz­mo­wę wer­bun­ko­wą od­słu­chu­ją prze­ło­że­ni?

Prze­ło­że­ni czy­ta­ją ra­port. Je­śli ktoś bar­dzo chce, to może so­bie oczy­wi­ście od­słu­chi­wać. Na­gra­nie ma dwa cele. Po pierw­sze, do­ku­men­tu­je, że agent zgo­dził się na współ­pra­cę. Po dru­gie, uła­twia wer­bow­ni­ko­wi na­pi­sa­nie do­kład­ne­go ra­por­tu.

Na­gra­nie jest ar­chi­wi­zo­wa­ne?

Tak, leży w ak­tach spra­wy. Je­śli jest waż­ne, może tak le­żeć la­ta­mi.

No i sta­no­wi naj­więk­szy hak, jaki mo­żesz mieć na czło­wie­ka.

Na­gra­nie roz­mo­wy wer­bun­ko­wej? Oczy­wi­ście. Sko­ro on pod wpły­wem two­jej ar­gu­men­ta­cji mówi „tak” i jesz­cze usta­la­cie za ile, to już na­wet nie mu­sisz go pro­sić o pod­pi­sa­nie zo­bo­wią­za­nia.

Zo­bo­wią­za­nie może skom­pli­ko­wać spra­wę?

Ja­sne, by­wa­ją prze­cież róż­ne sy­tu­acje. Czę­sto zda­rza się tak, że wer­bo­wa­ny poj­mu­je, o co cho­dzi. Chce do­star­czać dane, do­sta­wać za to „pre­zen­ty”, ale woli, by nie pa­da­ły ta­kie sło­wa jak „wy­wiad” czy „wy­na­gro­dze­nie”. Roz­mo­wa się to­czy, ty go py­tasz, on od­po­wia­da. Ty coś su­ge­ru­jesz, on przed na­stęp­nym spo­tka­niem zdo­by­wa wie­dzę na su­ge­ro­wa­ny te­mat. To jest za­wsze wy­god­na sy­tu­acja. Bo je­śli czło­wiek jest do­świad­czo­ny ży­cio­wo, to ma pe­wien kom­fort. Przyj­dzie do nie­go kontr­wy­wiad i za­py­ta o cie­bie. „Znam, na­tu­ral­nie, roz­ma­wia­my. Ale jaki wy­wiad? No co pan po­wie! W ży­ciu bym nie po­dej­rze­wał! To taki miły czło­wiek”.

Wy­wiad musi być ela­stycz­ny?

To do­bre sło­wo. Li­czy się in­for­ma­cja, a nie kwit. Dla­te­go wy­wiad nie wy­ma­ga, żeby każ­dy pod­pi­sy­wał zo­bo­wią­za­nie, kwi­to­wał każ­de­go do­la­ra. Wy­wiad nie chce wie­dzieć, czy zje­dli­ście dwa obia­dy, czy czte­ry. Kogo ob­cho­dzi, czy twój agent wie, że jest two­im agen­tem? Kogo ob­cho­dzi, czy coś pod­pi­sał? Waż­ne, żeby do­star­czał in­for­ma­cje. To wszyst­kich ob­cho­dzi, resz­ta – tak na­praw­dę – nie ma zna­cze­nia.

Mia­łeś pro­blem z ukry­wa­niem po­gar­dy dla swo­ich agen­tów?

Po­gar­dy? Skąd! Dla­cze­go?

Prze­cież oni byli zwy­kły­mi zdraj­ca­mi.

W sto­sun­ku do źró­dła nig­dy nie czu­łem po­gar­dy. To, że jest ono zdraj­cą, w ogó­le mnie nie in­te­re­so­wa­ło. Dla mnie mój in­for­ma­tor jest wy­bit­nie po­zy­tyw­ną jed­nost­ką. On świad­czy mi usłu­gi, a ja mu za nie pła­cę. Taki mamy układ. Zdraj­ca? Po­gar­da? Taka myśl nie może na­wet za­iskrzyć w gło­wie ofi­ce­ra wy­wia­du. Dla źró­dła trze­ba mieć naj­wyż­szy sza­cu­nek. Tak nas od pierw­sze­go dnia uczo­no w szko­le. Pra­co­wa­no nad nami, wbi­ja­no nam to do gło­wy. Źró­dło czy – je­śli wo­li­cie – agent to two­je „być albo nie być”. Nie masz agen­tów, nie masz suk­ce­su. A je­śli umiesz wer­bo­wać, je­śli zdo­by­wasz agen­tów, to je­steś w wy­wia­dzie kimś. Psy­cho­lo­gicz­nie masz wbi­ty do gło­wy sza­cu­nek dla źró­dła – agent jest naj­wyż­szym do­brem.

Spójrz­my obiek­tyw­nie: agent to szma­ta. Nie dość, że daje się szan­ta­żo­wać, to jesz­cze sprze­da­je swój kraj za pie­nią­dze.

Je­ste­ście dzien­ni­ka­rza­mi. O swo­ich in­for­ma­to­rach też tak my­śli­cie?

Nie, ale oni rzad­ko zdra­dza­ją oj­czy­znę.

Wasi in­for­ma­to­rzy zdra­dza­ją przy­ja­ciół, in­sty­tu­cje, w któ­rych pra­cu­ją, swo­ich prze­ło­żo­nych. Ujaw­nia­ją wam ta­jem­ni­ce pań­stwo­we, se­kre­ty na­szej oj­czy­zny, nie? A jed­nak nie po­wie­cie o żad­nym z nich „szma­ta”, praw­da? Tłu­ma­czę wam sy­tu­ację psy­cho­lo­gicz­ną, tor my­śle­nia. Je­że­li masz do­bre­go agen­ta, któ­ry do­star­cza in­for­ma­cje wy­so­ko oce­nia­ne przez two­ją służ­bę, to – wierz­cie mi – nie przy­cho­dzi ci do gło­wy sło­wo „zdraj­ca”, „szma­ta”. My­ślisz o nim: „Faj­ny fa­cet, na po­zio­mie, spo­ro wie, oby żył wiecz­nie” – i tyle. Oczy­wi­ście nikt też agen­ta nie ide­ali­zo­wał. Wia­do­mo było, że jak ktoś raz zdra­dzi, może to zro­bić ko­lej­ny raz. Sta­łym ele­men­tem pra­cy z agen­tem jest cią­głe spraw­dza­nie go na róż­ne spo­so­by.

Jak?

Głów­nie po­przez we­ry­fi­ka­cję jego in­for­ma­cji u in­nych źró­deł, wszel­kich moż­li­wych.

A inne me­to­dy?

Moż­na zro­bić kom­bi­na­cję spraw­dze­nio­wą. Pod­sta­wiasz wła­sne­mu agen­to­wi ko­goś, kto rze­ko­mo re­pre­zen­tu­je inny wy­wiad. I pró­bu­jesz prze­wer­bo­wać. Pa­trzysz, jak za­re­agu­je. Oczy­wi­ście sy­tu­acja jest ide­al­na wte­dy, gdy agent uwie­rzy, że pod­sta­wio­na oso­ba rze­czy­wi­ście re­pre­zen­tu­je inny wy­wiad, i od razu nam o tym opo­wie. Zda­rza­ły się ta­kie kom­bi­na­cje.

Sto­su­je się je, gdy są po­dej­rze­nia, tak?

Ge­ne­ral­nie tak. Je­że­li ma­te­ria­ły są okej i się po­twier­dza­ją, to nie ma po­wo­du do pro­wa­dze­nia ta­kich ope­ra­cji. Ale na przy­kład cza­sem ma­te­ria­ły są tak do­bre, że kie­row­nic­two za­czy­na na­bie­rać po­dej­rzeń. Im lep­sze ma­te­ria­ły, tym wyż­szy roz­dziel­nik. I to nie tyl­ko kra­jo­wy, cza­sem idą też do za­przy­jaź­nio­nych służb. Kom­bi­na­cję spraw­dze­nio­wą uru­cha­mia się po to, by mieć stu­pro­cen­to­wą pew­ność, że agent nie robi nas w ko­nia.

Okej, pod­sta­wia­cie ofi­ce­ra, któ­ry uda­je przed­sta­wi­cie­la in­ne­go wy­wia­du, i wasz cen­ny agent zga­dza się na współ­pra­cę. Co wte­dy?

To oczy­wi­ście pro­blem, ale jest jesz­cze kwe­stia, z cze­go to wy­ni­ka. Mógł się prze­cież zgo­dzić, wy­obra­ża­jąc so­bie, że bę­dzie miał jesz­cze jed­no źró­dło do­cho­du.

I co wte­dy?

Wte­dy mu­si­my pró­bo­wać cią­gnąć ten nowy zwią­zek i pa­trzeć, czy pod­sta­wio­ne­mu czło­wie­ko­wi daje te same ma­te­ria­ły. To na­tu­ral­nie ozna­cza, że gość jest chci­wy i za chwi­lę może pójść na ja­kieś ko­lej­ne ukła­dy. A to gro­zi de­kon­spi­ra­cją, wpad­ką. To nie jest do­bra sy­tu­acja, ale je­że­li agent do­star­cza su­per­ma­te­ria­ły, cią­gnie­my zwią­zek. Je­że­li ma­te­ria­ły są ta­kie so­bie, to wte­dy trze­ba się za­sta­no­wić. Zno­wu zro­bić bu­rzę mó­zgów.

Mó­wi­li­śmy o wy­bo­rze wer­bow­ni­ka. O tym, że szu­ka się czło­wie­ka o za­in­te­re­so­wa­niach po­dob­nych do za­in­te­re­so­wań fi­gu­ran­ta, ta­kie­go, jaki bę­dzie mu od­po­wia­dał. Trze­ba jesz­cze stwo­rzyć wer­bow­ni­ko­wi le­gen­dę. Do­pro­wa­dzić do na­tu­ral­ne­go spo­tka­nia z obiek­tem.

Oczy­wi­ście, bo trud­no jest tak po­dejść do ko­goś na uli­cy i za­pro­sić na kawę. Do­bre jest hob­by. Ma­rian Za­char­ski spo­tkał swo­je źró­dło na kor­tach. Moż­na znać się na grun­cie za­wo­do­wym: dy­plo­ma­ta – urzęd­nik. Moż­na się wi­dy­wać na wy­kła­dach, de­ba­tach po­li­tycz­nych, w klu­bie dys­ku­syj­nym. Moż­na się za­przy­jaź­nić z kimś spo­śród zna­jo­mych na­sze­go celu. Wie­le jest spo­so­bów.

Ja­kiś kon­kret­ny przy­kład? Coś z ży­cia?

Nie mogę.

Czę­sto wer­bu­je się pod obcą fla­gą?

Je­że­li na przy­kład doj­dzie­my do wnio­sku, że my, jako Pol­ska, je­ste­śmy za ma­lut­cy, by fi­gu­rant ze­chciał dla nas pra­co­wać, to uda­je­my ko­goś in­ne­go. Tak samo, je­śli nie chce pra­co­wać z na­szym kra­jem ze wzglę­dów ide­olo­gicz­nych. Kie­dyś ta­kim po­wo­dem był ko­mu­nizm. „Nig­dy nie będę pra­co­wał dla czer­wo­nych”. „A to się do­brze skła­da, bo je­ste­śmy An­gli­ka­mi”.

Taki czło­wiek nig­dy się po­tem nie do­wia­du­je, że pra­co­wał dla was?

Za­le­ży. Zda­rza­ją się agen­ci, z któ­ry­mi się spo­ty­kasz dwa, trzy razy w roku. Nie ma co za­wra­cać im gło­wy de­ta­la­mi. No, ale czas leci, po dwóch, trzech la­tach, kie­dy taki in­for­ma­tor do­star­czył ci już tyle ma­te­ria­łu, że gło­wa boli, a ty w peł­ni pa­nu­jesz nad sy­tu­acją, mo­żesz mu ewen­tu­al­nie ujaw­nić, kim na­praw­dę je­steś. Mo­żesz ro­bić to stop­nio­wo. Coś tam rzu­cisz, raz, dru­gi, i w koń­cu się do­my­śli. On nie po­wie do koń­ca, ty nie po­wiesz do koń­ca, a spra­wy i tak za­czy­na­ją być oczy­wi­ste.

2Dzieciństwo w cieniu resortu

W ZSRR – Ad­iu­tant Rad­kie­wi­cza – Czyst­ki w mi­ni­ster­stwie – Po­lo­wa­nie na emi­gran­tów – Są­sie­dzi z alei Przy­ja­ciół – Dzie­ciń­stwo w Lon­dy­nie

Kie­dyś py­ta­li­śmy cię, kim był twój oj­ciec. Od­par­łeś: „Jak to kim? Szpie­giem!”.

Bo to praw­da. Był wi­ce­sze­fem wy­wia­du, re­zy­den­tem w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. No­to­wa­nia w re­sor­cie miał do­bre, bo spro­wa­dził do kra­ju dwóch pre­mie­rów emi­gra­cyj­nych: pierw­szym był Hu­gon Han­ke, któ­ry pia­sto­wał sta­no­wi­sko pre­mie­ra urzę­du­ją­ce­go. Dru­gim – wiel­kie na­zwi­sko emi­gra­cji, czy­li były pre­mier Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz.

Do tej pory twój oj­ciec, Cze­sław Ma­kow­ski, „nie wy­świe­tlał” się przy tych spra­wach.

Fakt, było o tym ra­czej ci­cho. Ów­cze­snym wła­dzom bar­dzo za­le­ża­ło na tej ope­ra­cji. Cho­dzi­ło o to, żeby po­ka­zać Za­cho­do­wi, zwłasz­cza Bry­tyj­czy­kom, że pol­ska emi­gra­cja jest nie­po­waż­na i nie ma co in­we­sto­wać w nią pie­nię­dzy.

Jak mó­wią ma­te­ria­ły źró­dło­we, po­głę­bia­nie „roz­kła­du kie­row­ni­czych ogniw emi­gra­cyj­nych” było wów­czas jed­nym z głów­nych za­dań wy­wia­du.

No tak, bo oni wy­cho­dzi­li z za­ło­że­nia, że po­li­tycz­ne śro­do­wi­ska emi­gra­cyj­ne fi­nan­so­wa­ne są z Za­cho­du i ste­ro­wa­ne przez za­chod­nie wy­wia­dy. Dla­te­go były ce­lem. Oj­ciec jako wi­ce­szef wy­wia­du, któ­rym zo­stał w 1950 roku, tym mię­dzy in­ny­mi się zaj­mo­wał. Po­nie­waż spra­wa dwóch pre­mie­rów była trak­to­wa­na jako prio­ry­te­to­wa, wy­sła­no go w 1954 roku na pla­ców­kę do Lon­dy­nu, by oso­bi­ście do­pil­no­wał po­wro­tu obu dżen­tel­me­nów. Po­je­chał i do­pil­no­wał.

Han­ke, co wy­szło po la­tach, był klu­czo­wym in­for­ma­to­rem służb PRL w śro­do­wi­sku emi­gra­cji lon­dyń­skiej. W jaki spo­sób twój oj­ciec do­pil­no­wał jego po­wro­tu?

Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­na była ope­ra­cja z Hu­go­nem Han­ke. Wszyst­ko od­by­wa­ło się je­sie­nią 1955 roku. Han­ke, jak wspo­mnia­łem, był urzę­du­ją­cym pre­mie­rem. Oczy­wi­ście od ja­kie­goś cza­su współ­pra­co­wał z wy­wia­dem. Wy­ra­ził chęć po­wro­tu, jed­nak był pro­blem, jak go z tego Lon­dy­nu bez­piecz­nie wy­do­stać. Opra­co­wa­no plan: Han­ke po­le­ciał do Wied­nia, któ­ry był wów­czas jesz­cze po­dzie­lo­ny na stre­fy oku­pa­cyj­ne. Oj­ciec tak­że się tam udał i oso­bi­ście prze­pro­wa­dził pre­mie­ra do stre­fy ra­dziec­kiej. Tam na lot­ni­sku cze­kał spe­cjal­ny sa­mo­lot, któ­rym Han­ke zo­stał prze­trans­por­to­wa­ny do War­sza­wy. Cie­ka­we, że był to je­den z ostat­nich dni – oj­ciec mówi na­wet, że ostat­ni – funk­cjo­no­wa­nia stref oku­pa­cyj­nych w sto­li­cy Au­strii.

Jak było ze Sta­ni­sła­wem Ca­tem-Mac­kie­wi­czem?

On nie był urzę­du­ją­cym pre­mie­rem, ale to było po­tęż­ne na­zwi­sko. Dzien­ni­karz, pu­bli­cy­sta, hi­sto­ryk o nie­sa­mo­wi­cie cię­tym pió­rze. Kie­row­nic­twu re­sor­tu mu­sia­ło na nim szcze­gól­nie za­le­żeć.

Sła­wo­mir Cenc­kie­wicz pi­sze, że Cat dzię­ki po­mo­cy bez­pie­ki wy­dał bro­szu­rę Od ma­łe­go do wiel­kie­go Ber­gu. Od mar­ca do czerw­ca 1956 roku otrzy­mał od ofi­ce­ra De­par­ta­men­tu I ty­siąc osiem­dzie­siąt pięć fun­tów, póź­niej jesz­cze trzy­sta do­la­rów ame­ry­kań­skich. Krót­ko mó­wiąc, na pa­sku służb cho­dził od dłu­gie­go cza­su. Ro­bo­ta ojca?

Na pew­no nie było tak, że oj­ciec spo­tkał Mac­kie­wi­cza w par­ku w Lon­dy­nie i za­pro­po­no­wał: „To co, pa­nie Sta­ni­sła­wie, może pan wró­ci do kra­ju?”. „Do­brze, pa­nie Cze­sła­wie, tyl­ko się spa­ku­ję”. Tyle że ja mogę się tego je­dy­nie do­my­ślać. Oj­ciec nig­dy mi się nie zwie­rzał ze szcze­gó­łów ope­ra­cyj­nych.

Nie­któ­re fak­ty są już zna­ne. Na przy­kład ten, że przed two­im oj­cem roz­mo­wy ope­ra­cyj­ne z Ca­tem-Mac­kie­wi­czem, za­re­je­stro­wa­nym jako „Ce­zar”, pro­wa­dził inny pra­cow­nik MBP, Mar­cel Re­ich-Ra­nic­ki, póź­niej słyn­ny nie­miec­ki kry­tyk li­te­rac­ki, któ­ry miesz­kał w alei Przy­ja­ciół, za­nim wy­ście się tam wpro­wa­dzi­li.

Tak wła­śnie było. Mój oj­ciec i pan Ra­nic­ki się mi­ja­li. Ale wiem, że oj­ciec go ko­ja­rzy.

Cat wró­cił, pi­sał książ­ki przy­wa­la­ją­ce w emi­gra­cję, ale po­tem roz­cza­ro­wał się PRL. Pod­pi­sał List 34 prze­ciw­ko cen­zu­rze, wła­dze wy­to­czy­ły mu na­wet pro­ces za dzia­łal­ność na szko­dę pań­stwa.

Oj­ciec pa­mię­ta Cata jako bar­dzo nie­po­kor­ne­go czło­wie­ka o nie­zwy­kłej in­te­li­gen­cji. Gdy go po­znał, Cat był moc­no skłó­co­ny ze śro­do­wi­skiem emi­gra­cji, co oczy­wi­ście zwięk­sza­ło szan­sę na na­mó­wie­nie go do po­wro­tu. Tyle że rze­czy­wi­ście po po­wro­cie do kra­ju szyb­ko skłó­cił się z wła­dza­mi. Oj­ciec mó­wił, że prze­wi­dy­wał to od sa­me­go po­cząt­ku. Cat nie zno­sił, gdy na­kła­da­no mu ja­kiś gor­set, był uro­dzo­nym bun­tow­ni­kiem.

Cie­ka­we, że wnu­kiem Cata jest Piotr Niem­czyk, je­den z mło­dych dy­rek­to­rów w UOP, któ­rzy przy­szli za­raz po zmia­nie w 1989 roku.

Tego nie wie­dzia­łem, ale to by pa­so­wa­ło. Bo Piotr Niem­czyk też jest nie­zwy­kle in­te­li­gent­nym czło­wie­kiem.

Opo­wiedz, jak oj­ciec tra­fił do Mi­ni­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go, a po­tem do wy­wia­du.

Po­cho­dzi ze wsi Fa­le­ni­ca pod War­sza­wą. Był ro­bot­ni­kiem, przed woj­ną pra­co­wał w War­sza­wie. Gdy woj­na wy­bu­chła, z gru­pą ko­le­gów uciekł przed Niem­ca­mi do Lwo­wa. Miał wte­dy dzie­więt­na­ście lat. Lwów – mia­sto pol­skie, ale Ukra­iń­cy, jak wie­cie, mie­li w tej spra­wie inne zda­nie. Sy­tu­acja za­czę­ła się ro­bić nie­cie­ka­wa dla Po­la­ków. W 1940 roku do mia­sta przy­je­cha­ła gru­pa wer­bun­ko­wa z Ro­sji, z Ma­gni­to­gor­ska na Ura­lu. Szu­ka­li lu­dzi do pra­cy w fa­bry­kach zbro­je­nio­wych. Oj­ciec z czte­re­ma ko­le­ga­mi zgło­si­li się i po­je­cha­li pra­co­wać na Sy­bir.

Chło­pak z Fa­le­ni­cy na­gle rzu­ca się w śro­dek ko­mu­ni­stycz­ne­go pań­stwa, na Sy­be­rię?

Przed woj­ną oj­ciec był w le­wac­kiej mło­dzie­żów­ce. Nie mamy ży­dow­skich ko­rze­ni, ale tak wy­szło, że oj­ciec miesz­kał w dziel­ni­cy ży­dow­skiej, któ­ra w ogó­le była le­wi­co­wa. Nie był – na­zwij­my to – ary­sto­kra­tą. Wo­bec cze­go wy­jazd do So­wiec­kie­go So­ju­za nie ko­ja­rzył mu się z czymś ne­ga­tyw­nym.

Tata był mło­dym ko­mu­ni­stą?

Nie, nie był człon­kiem par­tii ko­mu­ni­stycz­nej. Na­le­żał po pro­stu do tych le­wi­cu­ją­cych. W Ma­gni­to­gor­sku byli je­dy­ny­mi męż­czy­zna­mi. Resz­ta fa­ce­tów po­szła na front. Zo­sta­li oni, czy­li Po­la­cy, i same ko­bie­ty. Oj­ciec miał dla nich wiel­ki sza­cu­nek i po­dziw. Dźwi­ga­ły, kuły, to­czy­ły. Cała zbro­je­niów­ka to były one, za­ple­cze lo­gi­stycz­ne woj­ny. Opo­wia­dał, że ja­da­ło się tam głów­nie ka­pu­stę – w róż­nych zresz­tą for­mach: od ka­pu­śnia­ku po ja­kieś wa­ria­cje na te­mat bi­go­su. Tak więc chleb i trzy razy dzien­nie zupa z ka­pu­sty. Roz­ry­wek szcze­gól­nych nie było. Pra­ca, pra­ca, pra­ca i tyle. Na­uczył się oczy­wi­ście su­per ro­syj­skie­go. Póź­niej, jak był na róż­nych pla­ców­kach, to go Ro­sja­nie nie od­róż­nia­li.

Aż tak?

Pa­mię­tam to z Lon­dy­nu. Do ro­syj­skiej re­zy­den­tu­ry przy­je­chał ja­kiś nowy czło­wiek. Na ja­kimś przy­ję­ciu sta­li w gru­pie. Nowy był prze­ko­na­ny, że oj­ciec jest od nich.

To nie wie­dział, kto jest od nich?

Umów­my się, że ra­dziec­ka re­zy­den­tu­ra była nie­ma­ła, więc na po­cząt­ku mógł wszyst­kich nie znać. W każ­dym ra­zie uwa­żał, że oj­ciec jest z ich am­ba­sa­dy. Trak­to­wał go więc jak cze­ki­sta cze­ki­stę. Do­pie­ro inni mu uświa­do­mi­li, że jego roz­mów­ca to Po­lak.