Wydawca: MUZA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zawód: powieściopisarz - Haruki Murakami

Eseje zawarte w tym tomie Haruki Murakami zaczął pisać mniej więcej sześć lat temu. Już znacznie wcześniej czuł potrzebę, by opowiedzieć czytelnikom o swojej twórczości i o tym, jak to jest być pisarzem.

Teksty z tej książki mogą być potraktowane jako eseje autobiograficzne, ale Murakami pisząc je, nie miał takiej świadomości. Chciał tylko pokazać swoją pisarską drogę i podzielić się refleksjami na temat twórczości w ogóle.

"Nie bardzo wiem, na ile te w pewnym sensie egocentryczne, prywatne teksty – będące raczej zapisem prywatnych spekulacji na temat procesu pisania niż przesłaniami – przydadzą się czytelnikom. Bardzo bym się cieszył, gdyby naprawdę choć troszkę się komuś przydały". 

Opinie o ebooku Zawód: powieściopisarz - Haruki Murakami

Fragment ebooka Zawód: powieściopisarz - Haruki Murakami

Tytuł oryginału:

Shokugyō to shite no shōsetsuka

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© PAP/EPA

© 2015 by Haruki Murakami

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-0626-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Rozdział 1 Czy pisarze są z natury tolerancyjni?

Gdybym miał pisać o powieściach, temat byłby zbyt obszerny, więc na razie skupię się na pisaniu o powieściopisarzach. Myślę, że to okaże się bardziej konkretne, jednoznaczne, i pewnie stosunkowo łatwiej będzie mi rozwinąć pewne wątki.

Powiem zupełnie wprost, co zaobserwowałem – o większości pisarzy nie da się powiedzieć, że są bezkonfliktowi i obiektywni, oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Poza tym zauważyłem, choć głośno o tym nie mówię, że jest niemało takich, którzy mają specyficzne, niezbyt chwalebne cechy charakteru, a także wiodą nietypowe życie pełne nietypowych zachowań. I większość, łącznie ze mną (pewnie jakieś 92%), uważa, że to, co robią i piszą, jest jedynie słuszne, a wszyscy inni pisarze (poza kilkoma wyjątkami) w większym lub mniejszym stopniu się mylą. Żyją w takim przekonaniu, choć nie wszyscy głośno o tym mówią. Prawdopodobnie mało kto chciałby mieć kogoś takiego za przyjaciela czy sąsiada. Może nawet nikt by nie chciał.

Czasami słyszę, że jacyś pisarze są ze sobą serdecznie zaprzyjaźnieni, ale zwykle temu nie dowierzam. Zapewne bliskie związki są możliwe, lecz takie przyjaźnie chyba szybko się kończą. Pisarze są z zasady egoistyczni, mają silne poczucie dumy i potrzebę rywalizacji. Jeżeli dwóch usiądzie na przyjęciu obok siebie, zazwyczaj się nie dogadają. Sam zresztą wiele razy tego doświadczyłem.

Słynna jest historia o tym, jak Marcel Proust i James Joyce w 1922 roku zostali w Paryżu zaproszeni na kolację. Mimo że siedzieli przy tym samym stole, słowem się do siebie nie odezwali. Goście czekali z zapartym tchem, chcąc usłyszeć, o czym będą rozmawiać dwaj wielcy pisarze dwudziestego wieku, ale spotkało ich rozczarowanie. Zapewne Proust i Joyce byli zbyt dumni i pewni siebie, by ze sobą rozmawiać. Takie rzeczy się często zdarzają.

A jednak kiedy pojawiają się kwestie wyłączności (chodzi mi o świadomość konieczności ochrony własnego terytorium pisarskiego), to nie ma chyba ludzi równie otwartych i tolerancyjnych jak pisarze. Myślę, że to jedna z niewielu pięknych cech, które ich łączą.

Wytłumaczę to jaśniej na konkretnym przykładzie.

Załóżmy, że jakiś powieściopisarz umie śpiewać i zadebiutował jako piosenkarz. Albo ma inklinacje malarskie i zaczął wystawiać swoje obrazy. Niewątpliwie spotka się w niedalekiej przyszłości z dużym oporem, zostanie wyszydzony i wyśmiany. Ludzie na pewno będą mówić: „Zagalopował się i robi Bóg wie co” albo „To amatorszczyzna, nie ma ani talentu, ani techniki”, a profesjonalni piosenkarze i malarze potraktują go chłodno. Może nawet będą mu bruździć. Na pewno jednak ciepło go nie przyjmą, nie powiedzą: „Witaj, miło cię tu widzieć”. Jeśli zostałby życzliwie przyjęty, to jedynie w bardzo niewielu miejscach i w ograniczonym zakresie.

Prócz pisania powieści od około trzydziestu lat aktywnie zajmuję się też tłumaczeniem literatury z języka angielskiego. Na początku byłem (a bywa nawet, że jestem również teraz) bardzo za to krytykowany. Mówiono mi: „Tłumaczenie to nie taka prosta sprawa. Nie powinien się do tego brać amator” albo „Dla pisarza tłumaczenie to tylko rozrywka, ale innym wchodzi tym w paradę”.

A kiedy napisałem książkę Underground, zostałem surowo skrytykowany przez pisarzy specjalizujących się w literaturze faktu. Krytykowali na różne sposoby: „Nie zna zasad pisania literatury faktu”, „To tandetny wyciskacz łez” albo „Tanie dyletanctwo”. Wcale nie zamierzałem pisać „literatury faktu”, tylko dosłownie „nie-fikcję literacką”, innymi słowy, „utwór, który nie był beletrystyką”. Ale w końcu wyszło na to, że niechcący nastąpiłem na ogony tygrysom strzegącym „sanktuarium” literatury faktu. Nie wiedziałem w ogóle o istnieniu takowego i nawet nie przyszło mi do głowy, że mogą istnieć jakieś specyficzne „zasady” pisania literatury faktu, dlatego początkowo byłem bardzo zaskoczony.

Jeżeli człowiek weźmie się do czegoś poza swoją specjalizacją, ludzie, którzy się daną dziedziną zajmują, na pewno nie będą zadowoleni. Jak leukocyty pozbywające się obcych ciał z organizmu, będą chcieli intruza odrzucić. Jeśli jednak on, niezrażony, będzie się dalej upierał przy swoim, wkrótce stopniowo w milczeniu go zaakceptują, powiedzą: „No, nie ma rady” i dopuszczą do swojego grona, choć na początku będą bardzo krytyczni. Im węższa jest dana dziedzina, im bardziej wyspecjalizowana, tym bardziej dumni i nieprzystępni są zajmujący się nią specjaliści i tym większy opór stawiają intruzom.

Jednakże w odwrotnym przypadku, jeśli to piosenkarz, malarz, tłumacz albo twórca literatury faktu napisze powieść – czy powieściopisarze okażą mu swoje niezadowolenie? Myślę, że nie. Znam wiele przypadków chwalonych przez krytyków powieści, których autorami są piosenkarze, malarze, tłumacze, pisarze non-fiction, lecz nigdy nie słyszałem, żeby którykolwiek powieściopisarz się tym denerwował albo przygadywał, że „amatorowi się zachciało robić Bóg wie co”. Poza tym, przynajmniej o ile wiem, nie zdarza się, żeby autora obgadywano, wyszydzano, żeby mu dokuczano lub podstawiano nogę. Taki człowiek z zewnątrz wzbudza raczej zainteresowanie zawodowych powieściopisarzy i jeśli tylko mają okazję, chętnie się z nim spotykają, by pogadać o pisaniu lub dodać mu odwagi.

Oczywiście bywa, że za jego plecami skrytykują powieść, ale to się także zdarza między samymi powieściopisarzami, może więc być uznane za normę niemającą żadnego związku z tym, że autor jest kimś z zewnątrz. Powieściopisarze to gatunek ludzi, u których można się dopatrzyć licznych wad, ale generalnie są tolerancyjni i spokojnie przyjmują to, że ktoś wkracza na ich terytorium.

Dlaczego tak jest?

Wydaje mi się, że przyczyna jest dosyć jasna. Gdy chodzi o zwykłe powieści – choć może nie powinienem jakby nieco pogardliwie mówić o „zwykłych powieściach” – prawie każdy jest w stanie coś napisać, jeżeli tylko przyjdzie mu ochota. Żeby jednak zostać pianistą albo baletnicą, trzeba od dzieciństwa długo i wytrwale ćwiczyć. Żeby zostać malarzem, konieczny jest pewien zakres specjalistycznej wiedzy i znajomość podstawowych technik malarskich. Zwykle trzeba też skompletować odpowiednie przybory i materiały. Żeby być alpinistą, konieczne są takie cechy jak niezwykła siła fizyczna, technika i odwaga.

Natomiast w przypadku powieści wystarczy umieć pisać (większość Japończyków to chyba potrafi), umieć zmyślać oraz mieć pod ręką długopis i notes, a uda się bez wielkich trudności coś tam sklecić. To znaczy coś na kształt powieści. Nie ma potrzeby studiowania na uniwersytecie literatury, no bo nie do końca jest jasne, na czym właściwie polega specjalistyczna wiedza dotycząca pisania powieści.

Jeżeli ktoś ma nawet niewielki talent, możliwe, że już jego pierwsza powieść będzie wybitna. Trochę mi głupio podawać siebie jako przykład, ale ja w ogóle nie uczyłem się, jak pisać powieści. Niby studiowałem filmoznawstwo i historię dramatu na wydziale literatury, lecz prawie się nie uczyłem, bo czasy temu nie sprzyjały. Zapuściłem włosy, brodę i wąsy, niechlujnie się ubierałem i wałęsałem się bez celu. Nie miałem zamiaru zostać pisarzem i nie pisałem nic na próbę. Pewnego dnia wpadłem jednak na pomysł, żeby napisać powieść (czy coś w tym rodzaju) i tak powstało Słuchaj pieśni wiatru, za które dostałem nagrodę magazynu literackiego za debiut. I właściwie sam nie bardzo wiem, jak zostałem zawodowym powieściopisarzem. Kręciłem z niedowierzaniem głową, pytając sam siebie: „Czy to naprawdę może być takie proste?”. Bo to było zbyt proste.

Być może niektórzy niechętnie pomyślą teraz: „Jak on niby rozumie literaturę?”, ale ja mówię tylko o podstawach. Nie ma wątpliwości, że „powieść” to niezwykle szerokie pojęcie. I w zależności od sposobu myślenia właśnie ten szeroki zakres jest źródłem czystej, wielkiej energii kryjącej się w powieściach i będącej ich ważnym elementem. Dlatego kiedy mówię, że „każdy może napisać powieść”, nie jest to znieważanie powieści, a raczej ich pochwała.

Innymi słowy, powieść to gatunek literacki przypominający ring dla zawodowych zapaśników, na który każdy może wejść, jeśli mu przyjdzie ochota. Łatwo przejść pomiędzy zawieszonymi daleko od siebie linami ograniczającymi, są też wygodne schodki. Do tego ring jest bardzo duży. Nie ma strażników broniących dostępu, sędziowie też się nie czepiają. Zawodowi zapaśnicy (w tym wypadku chodzi o zawodowych pisarzy) wiedzą o tym i myślą sobie: „Dobrze, niech wchodzi każdy, kto chce”. Wszyscy znają regulamin, jest łatwo i przyjemnie, atmosfera przyjazna, czyli pełny luz.

Ale chociaż łatwo jest wejść na ring, niełatwo jest długo się na nim utrzymać. Powieściopisarze dobrze to rozumieją. Nietrudno jest napisać jedną czy dwie książki, lecz pisanie przez wiele lat, życie z pisania, przetrwanie jako zawodowy pisarz jest prawie niemożliwe. Można nawet powiedzieć, że normalny człowiek tego nie potrafi, że potrzeba czegoś specjalnego, oczywiście także trochę talentu i nieco ducha walki. I jak w wielu innych dziedzinach życia – konieczny jest łut szczęścia i sposobność. Ale potrzebne są również pewnego rodzaju umiejętności. Jedni je po prostu mają, inni ich nie mają. Jedni się z nimi rodzą, inni z trudem stopniowo ich nabywają.

O tych umiejętnościach na razie niewiele wiadomo, ale raczej wprost się o tym nie mówi. A to dlatego, że ogólnie rzecz biorąc, trudno je sobie uzmysłowić i ująć w słowa. Tak czy inaczej, powieściopisarze są w pełni świadomi tego, jak trudne jest utrzymywanie się z pisania przez wiele lat.

Może właśnie dlatego są w zasadzie tolerancyjni i wielkoduszni, kiedy pod liną na ringu przełażą ludzie z innych dziedzin, by zadebiutować jako pisarze. Wielu powieściopisarzy ma do tego podejście typu „jak chcesz, to wchodź” albo w ogóle nie zwracają uwagi na to, że pojawia się ktoś nowy. Jeśli później ten ktoś zostanie z ringu wyrzucony albo sam z niego zejdzie (prawie zawsze jest tak lub tak), zazwyczaj mówią: „Przykro mi” albo „Trzymaj się”. Ci, którzy starają się ze wszystkich sił pozostać na ringu, zaskarbiają sobie oczywiście szacunek pisarzy. I ogólnie biorąc, pisarze są sprawiedliwi i hojni w okazywaniu tego szacunku (a przynajmniej mam nadzieję, że tak jest).

To, że pisarze są tolerancyjni, ma niewątpliwie związek z faktem, że działalność literacka nie jest grą o sumie zerowej. Pojawienie się na scenie nowego pisarza nie oznacza wcale utraty pracy przez innego. A przynajmniej jedno nie jest bezpośrednim skutkiem drugiego. Tym świat literacki różni się od świata zawodowego sportu. W świecie literatury nie zdarza się, żeby po przyjęciu do drużyny nowego zawodnika jakiemuś weteranowi czy mało obiecującemu nowicjuszowi nie przedłużono kontraktu albo całkiem się go pozbyto. Nie zdarza się również, żeby sprzedanie stu tysięcy egzemplarzy jakiejś powieści spowodowało spadek sprzedaży innej o sto tysięcy.

Zdarza się raczej, że dzięki wysokiej sprzedaży powieści debiutującego pisarza rynek się ożywia i w świecie literatury zyskują na tym wszyscy.

Jeśli jednak spojrzeć na to w dłuższej perspektywie, okazuje się, że dochodzi do pewnego rodzaju doboru naturalnego. Chociaż ring jest duży, może pomieścić ograniczoną liczbę osób. Takie odnoszę wrażenie, kiedy się rozglądam dookoła.

Mimo różnych kolei losu już od ponad trzydziestu pięciu lat piszę powieści i tylko z tego się utrzymuję. Innymi słowy, od trzydziestu paru lat utrzymuję się na ringu świata literackiego albo mówiąc bardziej staromodnie, zarabiam na życie piórem. W pewnym sensie jest to może jakieś osiągnięcie.

Przez te lata miałem okazję obserwować debiuty bardzo wielu młodych pisarzy. Niejednokrotnie ich utwory stawały się bestsellerami. Autorów chwalili krytycy, zdobywali liczne nagrody, było o nich głośno, a ich książki były chętnie czytane. Spodziewano się po nich wiele w przyszłości. Weszli na ring w świetle reflektorów i przy dźwiękach triumfalnej muzyki.

Ale jeśli się zastanowić, ilu spośród tych, którzy debiutowali jako pisarze dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, nadal zajmuje się czynnie pisaniem, okaże się, że nie jest ich zbyt wielu. A wręcz bardzo niewielu. Liczne spośród takich „wschodzących gwiazd” nie wiadomo kiedy gdzieś po cichu zniknęły. Albo – i takich przypadków jest pewnie więcej – autorów znudziło pisanie czy też okazało się dla nich ciężarem, więc przerzucili się na jakąś inną działalność. Ich powieści, o których kiedyś mówiono i które cieszyły się popularnością, teraz prawdopodobnie nie można już dostać w zwykłej księgarni. A zatem, choć nie ma ograniczeń co do liczby powieściopisarzy, ograniczone jest miejsce na półkach księgarskich.

Mam wrażenie, że pisanie powieści nie jest zajęciem odpowiednim dla ludzi błyskotliwych. Oczywiście, do pisania potrzebny jest pewien stopień inteligencji, wykształcenia i wiedzy. Uważam, że nawet ja posiadam minimalną inteligencję i wiedzę. Prawdopodobnie posiadam, czy raczej – zapewne posiadam. Gdyby mnie jednak ktoś wprost zapytał, czy napewno, nie byłbym całkowicie o tym przekonany.

Ale zawsze mi się wydaje, że pisanie powieści nie pasuje do ludzi bardzo bystrych albo obdarzonych wyjątkowo dużą wiedzą. A to dlatego, że pisanie – czy raczej snucie opowieści – jest czynnością dość powolną, wykonywaną na niskim biegu. Odczuwa się tę prędkość jako coś szybszego niż chodzenie, ale wolniejszego niż jazda na rowerze. Umysł niektórych ludzi pracuje w takim właśnie tempie, lecz dla innych jest ono zbyt wolne.

W wielu przypadkach powieściopisarz nadaje kształt opowieści temu, co nosi w swojej świadomości, próbując to wyrazić. Stara się coś opowiedzieć, wykorzystując różnicę między pierwotnym kształtem opowieści a tym nowo powstałym, i posługuje się tą różnicą jak dźwignią. To zajęcie dość skomplikowane i czasochłonne.

Ci, którzy mają do przekazania coś o dość wyraźnie zarysowanych konturach, nie potrzebują tego przekształcać w opowieść. O wiele łatwiej sam kontur po prostu ubrać w słowa, co będzie też bardziej zrozumiałe dla większości czytelników. Gdyby bezpośrednio werbalizować przekazy czy pojęcia, być może udałoby się ubrać je w słowa w ciągu kilku dni, podczas gdy zamienienie ich w opowieść zajęłoby pół roku. A gdyby stanąć przy mikrofonie i mówić wszystko to, co człowiekowi przychodzi do głowy, może wystarczyłoby dziesięć minut. Ludzie bardzo bystrzy oczywiście to potrafią. A słuchacze być może zawołają: „Ach tak! To o to chodzi!”. Na tym właśnie polega, że ktoś jest mądry.

Ludzie posiadający rozległą wiedzę nie muszą się posługiwać „naczyniem” zwanym opowieścią, która z natury jest słabo zdefiniowana i niejasna. Nie potrzebują wymyślać od zera fikcyjnej scenerii. Jeżeli tylko zręcznie i logicznie ubiorą tę wiedzę w słowa, odbiorcy wszystko łatwo pojmą i będą dla nich pełni podziwu.

Być może właśnie z tej przyczyny wielu krytyków nie potrafi zrozumieć pewnegotypu powieści czy opowieści – a jeśli nawet potrafią je zrozumieć, nie potrafią tego zrozumienia właściwie wyrazić słowami i logicznie przekazać. Ogólnie mówiąc, są zbyt mądrzy i zbyt błyskotliwi w porównaniu do pisarzy. Czasami fizycznie nie mogą się dostosować do powolnego wehikułu opowieści. Dlatego często zmieniają jej tempo na takie, które bardziej im odpowiada, i analizują utwór na podstawie tego jakby przetłumaczonego tekstu. W pewnych przypadkach to postępowanie jest uzasadnione, w innych nie. Szczególnie jeśli nie tylko tempo tekstu jest wolne, ale opowieść jest także wielowarstwowa i złożona, taki proces „tłumaczenia” staje się bardziej skomplikowany, a przetłumaczony w ten sposób tekst się zniekształca.

W każdym razie wiele razy widziałem, jak ktoś bardzo bystry albo mądry – często byli to ludzie wykonujący inne zawody – po napisaniu jednej czy dwóch powieści przerzucał się na coś innego. Wiele tych utworów to były dobrze napisane, inteligentne powieści. Kilka zaskakiwało świeżością. Lecz autorzy – z bardzo nielicznymi wyjątkami – nie zostawali na długo na ringu powieściopisarzy. Miałem wrażenie, że przyszli na trochę, żeby zobaczyć, jak tam jest, i poszli sobie.

Może powieść to coś takiego, że każdy z pewną dozą talentu literackiego może w życiu bez trudu choć jedną napisać? Jednocześnie mądrzy ludzie prawdopodobnie nie znajdują w pisaniu powieści zalet, które się tam spodziewali znaleźć. Przypuszczam, że po napisaniu jednej czy dwóch uświadamiają sobie: „Aha, to tak to działa” i przerzucają się na coś innego, myśląc: „Skoro tak, to lepiej się zająć czymś bardziej efektywnym”.

Rozumiem to. Pisanie powieści jest doprawdy mało efektywnym zajęciem. Polega na powtarzaniu „na przykład”. Jeśli jakiś temat osobiście dotyczy pisarza, ten umieszcza go w innym kontekście, pisząc: „To jest na przykład coś takiego”. Ale jeśli w tym parafrazowaniu jest coś niejasnego, nieklarownego, wtedy od nowa zaczyna: „To jest na przykład coś takiego”. I takie wciąż powtarzane zdanie „To jest na przykład coś takiego” ciągnie się w nieskończoność. Niekończący się łańcuch parafraz. Jak w matrioszce, kiedy otwiera człowiek kolejne laleczki, a w każdej jest jeszcze mniejsza. Zdaje mi się wręcz, że nie ma innego zajęcia równie nieefektywnego i zawiłego. Bo gdyby można było ten początkowy temat od razu łatwo, jasno i inteligentnie ubrać w słowa, zupełnie niepotrzebne okazałyby się te wszystkie „na przykład”. Posunę się więc może do radykalnego stwierdzenia i zdefiniuję powieściopisarzy jako „gatunek ludzi, którzy celowo zmieniają rzeczy niepotrzebne w potrzebne”.

Gdyby jednak zapytać samych pisarzy, powiedzieliby, że to właśnie w tych niepotrzebnych, zawiłych sprawach kryją się prawda i rzeczywistość. Może zabrzmi to jak wymówka, lecz moim zdaniem większość pisarzy naprawdę tkwi w takim przekonaniu. Dlatego pogląd, że „świat nie potrzebuje powieści”, jest równie naturalny jak pogląd, że „powieści są światu potrzebne”. To zależy od tego, jaki przedział czasowy mamy na myśli, a także od tego, jak wyznaczymy nasze pole widzenia świata. Ściślej mówiąc, rzeczy nieefektywne i powikłane są po jednej stronie, a efektywne i błyskotliwe po przeciwnej, między nimi zaś jest nasz zbudowany z wielu warstw świat. Jeżeli jednej stronie czegoś brakuje albo zaczyna przeważać, świat prawdopodobnie niesymetrycznie się zniekształca.

Moim bardzo prywatnym zdaniem pisanie powieści jest właściwie irytująco powolną czynnością. Nie dostrzegam w nim żadnych elementów wymagających błyskotliwości. Siedzi człowiek sam zamknięty w pokoju i tylko ciągle coś zmienia w tekście, myśląc: „I tak źle, i tak niedobrze”. Siedzi przy biurku, ze wszystkich sił kombinuje i przez cały dzień udaje mu się poprawić precyzję jednego zdania, ale nikt go za to nie pochwali. Nikt nie poklepie po ramieniu, mówiąc: „Dobra robota”. Człowiek sam siebie musi przekonać i sam sobie potakiwać. Kiedy książka się ukaże, nie znajdzie się nikt, kto zwróci uwagę na precyzję tego zdania. Pisanie powieści to właśnie coś takiego: wyjątkowo pracochłonne i bardzo nużące zajęcie.

Są na świecie ludzie, którzy spędzają cały rok, budując w butelce, za pomocą długiej pęsety, precyzyjny model statku. Pisanie powieści może nieco tę zabawę przypomina. Nie mam zdolności manualnych i nie potrafiłbym mozolnie robić czegoś tak precyzyjnego, ale i tak wydaje mi się, że w naturze tych dwóch czynności są pewne podobieństwa. Jeśli pisze się długą powieść, dzień w dzień, prawie w nieskończoność, człowiek zajmuje się zamknięty w pokoju taką właśnie precyzyjną pracą. Jeżeli nie ma się do tego odpowiedniego charakteru albo ten rodzaj pracy człowieka męczy, długo czegoś takiego nie wytrzyma.

Kiedyś w dzieciństwie czytałem w jakiejś książce historię o dwóch ludziach, którzy wybrali się zobaczyć górę Fuji. Żaden z nich wcześniej jej nie widział. Mądrzejszy oglądał górę z różnych stron, zaczynając od podnóża, i powiedział: „Aha, to tak wygląda Fuji, rozumiem teraz, dlaczego jest wspaniała”, a potem wrócił do domu. To było bardzo efektywne. I szybkie. Ale drugi, niezbyt mądry, nie umiał tak łatwo poznać góry Fuji, więc wszedł aż na szczyt. Zajęło mu to dużo czasu i kosztowało wiele wysiłku. Był po prostu wykończony. Na koniec pomyślał: „Ach, to taka jest góra Fuji”. Zrozumienie oznacza, że jesteśmy naprawdę przekonani.

Może nie powinienem tak mówić, ale powieściopisarze (w większości) podobni są raczej do tego mniej rozgarniętego mężczyzny. To znaczy, jeżeli nie wejdą sami na szczyt, nie zrozumieją, jaka naprawdę jest góra Fuji. A może są i tacy, którzy nie zrozumieją nawet po kilkakrotnym wejściu, albo i tacy, którzy im więcej razy wejdą, tym mniej będą rozumieli. A wtedy to już nie jest kwestia dotycząca efektywności, a przykład czegoś, czego ktoś błyskotliwy za nic w świecie nie byłby w ogóle w stanie robić.

Dlatego zawodowi powieściopisarze nie dziwią się, kiedy pewnego dnia przychodzi nagle wielce utalentowany człowiek z zewnątrz, pisze powieść, zbiera pochwały krytyków i zwykłych czytelników, a powieść staje się bestsellerem. Nie czują też zagrożenia. Nie mówiąc o tym, że wcale się nie irytują (tak przypuszczam). Bo wiedzą, że tacy ludzie bardzo rzadko piszą przez wiele lat. Ludzie bardzo utalentowani mają swoje tempo pracy, intelektualiści swoje, a uczeni jeszcze inne. Ich tempo zazwyczaj nie jest odpowiednie w przypadku dłuższej kariery pisarskiej.

Oczywiście wśród zawodowych pisarzy są i ludzie bardzo utalentowani. Są też bardzo błyskotliwi. Nie tylko błyskotliwi w sensie życiowym, ale i w sensie powieściowym. Jednak z tego, co widzę, taka błyskotliwość pozwala być pisarzem przez najwyżej dziesięć lat – mówię o okresie „przydatności do spożycia” pisarza. Po dziesięciu latach zamiast błyskotliwości potrzebne okazują się większe, solidne i trwałe kwalifikacje. Innymi słowy, w pewnym momencie zamiast „ostrza brzytwy” potrzebne okazuje się „ostrze tasaka”. A potem z „ostrza tasaka” trzeba się przerzucić na „ostrze siekiery”. Ludzie, którzy potrafią dokonać kilku takich zmian w odpowiednich momentach, stają się coraz lepszymi pisarzami i prawdopodobnie przetrwają próbę czasu. Ci, którzy nie przetrwają, prędzej czy później znikną gdzieś po drodze albo staną się po prostu mniej widoczni. Za to ci błyskotliwi dotrą wreszcie do celu i będą wiedli spokojne życie.

Dla pisarza „dotarcie do celu i spokojne życie” oznacza, mówiąc bez ogródek, prawie to samo co osłabienie mocy twórczej. Powieściopisarze przypominają pewien typ ryb – jeżeli przestaną płynąć, umierają.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz