Zawód położna - Leah Hazard - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

Bez snu przez dwadzieścia godzin. Bez jedzenia przez dziesięć godzin. Oddział pełen rodzących kobiet.

Witamy w świecie położnych.


Leah Hazard opisuje swoje doświadczenia związane z pracą położnej, którą podjęła jako matka dwójki dzieci szukająca nowej ścieżki rozwoju zawodowego. Z pasją opowiada zarówno o blaskach, jak i cieniach pracy na oddziale położniczym. Jako położna widziała już chyba wszystko, w tym ciężarne nastolatki, wcześniaki urodzone na granicy dwudziestego czwartego tygodnia ciąży, uchodźczynie, ofiary handlu ludźmi czy kobiety, których narządy rodne zostały okaleczone na skutek praktyk religijnych. Pośród tego tygla ludzi, kultur i problemów położne starają się zachować profesjonalizm, empatię i poczucie humoru, ratujące je przed kompletnym wyczerpaniem.

Kolejna noc, kolejna pochwa. Dla mnie to żadna nowość: spędzić noc między udami nieznajomej kobiety. Czasem nawet dwóch lub trzech w ciągu dwunastu godzin. Lecz dziś to trochę co innego. Jest 3.42 nad ranem i sytuacja nie rozwija się podręcznikowo. Siedzę na odległość strzału bezpośredniego od tej konkretnej pochwy i czuję się tak, jakbym gapiła się w lufę broni. Poród to zawsze ryzyko, fizjologiczna rosyjska ruletka, ale każda położna ma nadzieję, że akurat ją kula ominie.
— Już nie mogę! — wyje bezcielesny głos.
W tej samej chwili tuż przede mną pojawia się oślizgły placek ciemnych włosków.
— Ależ możesz, przecież właśnie to robisz! — odkrzykuję.
(fragment)


Leah Hazard - Urodziła się w Stanach Zjednoczonych. Studiowała na Harvardzie. W 1999 roku przeniosła się do Wielkiej Brytanii, gdzie ukończyła studia reżyserskie. Pracowała w szkockim oddziale BBC, ale po urodzeniu pierwszej córki porzuciła karierę w telewizji, aby pomagać rodzącym kobietom.
Wkrótce zdobyła kwalifikacje dyplomowanej położnej. Od kilku lat jest położną w państwowym szpitalu w Szkocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Leah Hazard

ZAWÓD POŁOŻNA

przełożyła Dorota Konowrocka-Sawa

Tytuł oryginału: Hard Pushed: A Midwife’s Story

Copyright © 2019 by Leah Hazard. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

***

Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy,

jak mam napisać list miłosny do tysięcy kobiet, spośród których wielu już nigdy nie zobaczę, a nazwiska innych dawno zapomniałam? Od czego zacząć? Od tej pierwszej, której dziecko, śliskie i rozwrzeszczane, wpadło mi w ręce, zanim zdążyłam się przywitać? A może od tej o twarzy pożłobionej gorzkimi łzami, którymi oblewała swoją dramatyczną opowieść o stracie? Może jednak od tej, przy której zaśmiewałam się do rozpuku, gdy w kolejnych etapach porodu bluzgała potokiem fantazyjnych i bardzo obrazowych przekleństw? Każda kobieta – chora i oszalała, radosna i pogrążona w żałobie – zasługuje na to, by złożyć jej hołd. Ale jak?

Jako położna miałam i nadal mam przywilej troski o niezliczone zastępy kobiet znajdujących się na rozmaitych etapach drogi ku macierzyństwu. Nasze spotkanie mogło trwać kilka chaotycznych minut lub wiele bolesnych godzin, ale każda z nich zaprosiła mnie do swojego świata, ja zaś zaaplikowałam im wszystkim więcej mikroskopijnych dawek miłości, niż zdolna jestem spamiętać. Znałam ciążę i poród z własnego doświadczenia, więc wiedziałam, że rodzenie dziecka wymaga niezmierzonych pokładów cierpliwości, wytrzymałości i siły, jednak gdy krążyłam po oddziałach i przychodniach jako położna, byłam świadkiem niezliczonych aktów mało spektakularnego heroizmu. Kobiety, którymi się opiekowałam: wystraszona pierwiastka, doświadczona wieloródka obnosząca rysującą się pod legginsami główkę dziecka, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego, imigrantka, której wstrząsająca historia gwałtu i determinacji chwytała za gardło – nauczyły mnie, co znaczy być człowiekiem: dawać i otrzymywać miłość, pokonywać niewyobrażalne przeciwności, a czasem z godnością przyjąć stratę i porażkę. Ta książka jest po części hołdem dla nich.

Są też jednak inne kobiety. Kobiety, które trudzą się tak samo, czerpiąc z tego niewiele osobistych korzyści. Kobiety, które oddają całą swoją energię i dobrą wolę, mogąc liczyć jedynie na drobną nagrodę. Kobiety, które w ciągu jednego dyżuru spadają w otchłań smutku i wznoszą się na szczyty euforii. Kobiety, które pracują razem ze mną. Położne. Zaludniamy uniwersum odległe o lata świetlne od wybrukowanych zaułków, rowerowych dzwonków i przeciwdeszczowych peleryn naszych poprzedniczek. Uniwersum, w którym zbyt często nadmiar pracy i brak zasobów dają początek prawdziwemu tajfunowi. Ze wszystkich sił staramy się zapewnić ciężarnym oddającym się pod naszą opiekę bezpieczną przystań, lecz coraz częściej odbija się to na naszym życiu. Przemy dalej – coraz częściej za cenę zmęczenia, wycieńczenia, a nawet poważnych chorób. Podpieramy się czarnym humorem i empatią, którą wzbudzamy w sobie z coraz większym trudem, ale w źle funkcjonującym systemie to nie zawsze wystarcza. Część z nas zaciska zęby i prze dalej. Część wypala się i odchodzi z zawodu. Wszystkim, które dały z siebie wszystko i wątpią, czy mają jeszcze coś do zaoferowania, chciałabym okazać swoją miłość i swój gniew. Te waleczne kobiety zasługują na więcej.

Moja książka to także list miłosny skierowany do tego samego systemu, który nas prawie zniszczył. Ten system istnieje tylko w jednym celu: by otaczać opieką – i jego również można uzdrowić, jeśli posłucha się opowieści tych, którzy w nim pracują. Ta książka jest ostrzeżeniem i bojowym wrzaskiem. Dedykuję ją tysiącom kobiet, które poznałam, i niezliczonej liczbie tych, które jeszcze poznam. Witajcie w moim świecie. Dziękuję. Bawcie się dobrze.

Leah

Kobiety są silne i niebezpieczne

Audre Lorde

Nota odautorska

Opisane w tej książce wydarzenia wypływają z moich doświadczeń i wspomnień. Chcąc zapewnić pacjentkom i personelowi medycznemu anonimowość, zmieniłam imiona i szczegóły pozwalające ustalić ich tożsamość. Przytoczone historie nie opisują konkretnych pacjentek, lekarzy ani położnych, lecz raczej postaci sklejone z rozmaitych przeżyć. Jakiekolwiek podobieństwo jest wyłącznie przypadkowe.

Początek

Kolejna noc, kolejna pochwa.

Dla mnie to żadna nowość: spędzić noc między udami nieznajomej kobiety. Czasem nawet dwóch lub trzech w ciągu dwunastu godzin. Lecz dziś to trochę co innego. Jest 3.42 nad ranem i sytuacja nie rozwija się podręcznikowo. Siedzę na odległość strzału bezpośredniego od tej konkretnej pochwy i czuję się tak, jakbym gapiła się w lufę broni. Poród to zawsze ryzyko, fizjologiczna rosyjska ruletka, ale każda położna ma nadzieję, że akurat ją kula ominie.

– Już nie mogę! – wyje bezcielesny głos.

W tej samej chwili tuż przede mną pojawia się oślizgły placek ciemnych włosków.

– Ależ możesz, przecież właśnie to robisz! – odkrzykuję.

Zerkam szybko na zegar na ścianie i odnotowuję szeptem: „3.44, widać główkę”. Później – gdy już zakrwawione papierowe prześcieradła zostaną wciśnięte do worków i oznakowane, kiedy na parapecie ktoś postawi tacę z herbatą i herbatnikami, kiedy dziecko przyjdzie bezpiecznie na świat – napiszę szczegółowy raport z opisem wszystkich wydarzeń i pory ich zajścia. O ile dziecko przyjdzie bezpiecznie na świat.

Leżącą przede mną kobietę przeszywa kolejny skurcz. Rozłożone nogi drgają i podrygują, oślizgły owłosiony szczyt główki dziecka staje się minimalnie lepiej widoczny, przybliża się o milimetr do świata zewnętrznego. „3.46 – notuję bezgłośnie. – Główka przesuwa się w kanale rodnym”.

– Kurwa mać, weźcie to wreszcie przerwijcie! – dobiega mnie od strony wezgłowia. – Wyciągnijcie to, wytnijcie ze mnie! Jest mi już, kurwa, wszystko jedno!

Tyle wysiłku i tak niewielki postęp. Z nosa skapują mi kropelki potu. W pokoju panuje mrok, o ile nie liczyć snopu białego światła rzucanego przez oślepiający reflektor między nogi pacjentki. Na odkażonych dłoniach mam rękawiczki i nie mogę dotknąć niczego poza leżącą przede mną kobietą. Pot spływa mi bez przeszkód po nosie, brodzie i karku.

– Ciasne ma to krocze – odzywa się jakiś drugi głos, dochodzący tym razem zza mojego ramienia. Mary, położna, która zjawiła się na moje wezwanie do pomocy przy porodzie, przygląda się uważnie. – Nie rozciąga się – mówi, wtórując moim niewypowiedzianym obawom, tymczasem ciałem kobiety wstrząsa kolejny skurcz i czubek główki bezskutecznie napiera na nieustępliwą obręcz skóry.

Pik, pik, pik… pik… pik. Mary i ja tężejemy jak na komendę, bo urządzenie monitorujące tętno płodu zaczyna odzywać się wolniej, traci rytm i wreszcie wydaje z siebie znajome ostrzeżenie. „3.49, słyszalna deceleracja do 96 uderzeń na minutę”. Tego werbla obawiamy się najbardziej.

– Dzidziuś się troszkę zmęczył – mówię ostrożnie do leżącej na łóżku kobiety.

– No to jest nas dwoje – odparowuje ochrypły, wycieńczony głos.

Lżejszy skurcz popycha główkę dziecka naprzód, napięta skóra znów ją powstrzymuje.

– Będziesz musiała naciąć – szepcze Mary.

Zerkam na tackę z instrumentami, którą mam w zasięgu ręki na metalowym wózku po prawej. Zacisk do pępowiny, woda, waciki, podpaski. Para małych, krępych nożyczek do przecinania pępowiny, druga para dłuższych z krótkimi, prostymi ostrzami do przecinania skóry i mięśni. Niedawno szpital zmienił dostawców i tak się jakoś składa, przypadkowo lub nie, że większość leżących na tych tacach nożyczek bywa ostatnio tępa. „Tańsze i bardziej tępe” – cały personel mógłby zamówić sobie koszulki z takim hasłem. Tymczasem monitor tętna płodu znów traci rytm i spowalnia. Znużony umysł skupia się na sytuacji bieżącej i wracam do sporządzanego w duchu raportu. „15.51” – odnotowuję i natychmiast przekreślam w myślach ten wyobrażony zapisek. Mój mózg najwyraźniej żałuje, że to nie dzienny dyżur. „3.51 – zaczynam jeszcze raz. – Tętno płodu 108 uderzeń na minutę, utrzymujące się deceleracje. Przygotowuję się do episiotomii”.

– Być może trzeba będzie zrobić maleńkie nacięcie – wołam pogodnie do głosu u szczytu łóżka. – Po prostu po to, by troszkę dzieciątku pomóc.

W położnictwie jest mnóstwo maleńkich rzeczy: maleńkie nacięcie, maleńkie rozdarcie, maleńkie krwawienie, przy czym to ostatnie nadaje się do opisu wszystkiego, od dwóch kropelek po potężny krwotok. Eufemizmy to jedne z wielu drobnych aktów miłosierdzia; szybko uczymy się bagatelizować i ukrywać. Brutalność porodu rzadko wymaga komentarza. Zwykle nie ma się nad czym rozwodzić.

Monitor podejmuje chaotyczną synkopę, tętno ustala się na poziomie 74 uderzeń na minutę – to zaledwie połowa pożądanej wartości – i nie wraca do rozsądnego poziomu pomiędzy skurczami. Mary podaje mi nożyczki. Światło odbija się w stojącej na brzegu wózka małej szklanej buteleczce lidokainy, ale serce dziecka bije coraz wolniej i nie ma czasu na znieczulenie miejscowe.

– Kurrrwa.

Ten głos. Już nie wiem, czy pacjentki, czy mój, wewnętrzny. Dwa palce drżące ze zdenerwowania i nadmiaru kofeiny wsuwam pod obręcz skóry, tworząc między nią a dzieckiem kieszonkę, w której mogę wykonać cięcie. W terminologii fachowej określa się to mianem episiotomii skośnej. W rzeczywistości to głębokie nacięcie wrażliwych tkanek ujścia pochwy na godzinie ósmej, poważny uraz dna miednicy, a przy tym metoda natychmiastowego ułatwienia dziecku przejścia przez ciasny kanał rodny. Nie znoszę tego robić. Nie znoszę nacinać kobiet, nienawidzę bólu, który będą cierpieć przez wiele kolejnych dni, a może i tygodni, nie znoszę świadomości, że za jakieś pół godziny, o ile dobrze pójdzie, będę cerowała własne dzieło. Właśnie wtedy, gdy pacjentka zacznie się rozluźniać, trzymając w ramionach dziecko gramolące jej się radośnie na piersi, będę musiała złapać drugi oddech i przystąpić do kolejnej rundy. Świeży mundurek, wysterylizowane narzędzia, zakrzywiona igła i nić chirurgiczna zawieszone w powietrzu, gotowe do naprawienia wyrządzonych szkód.

Unoszę nożyczki. Potężny skurcz przeszywa ciało kobiety i główka dziecka napiera na krocze.

– Jeeeezuuuu! – skowyczy głos.

„Boże, niech te nożyczki będą ostre – mówi cichszy, lecz nie mniej naglący głos w mojej głowie. – Niech się to dziecko już urodzi. Niech się to wszystko dobrze skończy”. I wreszcie gorączkowa, powszednia modlitwa położnych z całego świata: „Boże, pozwól mi zachować pracę i nie stracić licencji, gdyby zdarzyło się coś koszmarnego. I proszę – proszę, proszę! – pozwól mi nie posikać się jeszcze co najmniej przez godzinę, zanim to wszystko na dobre się skończy”.

A nie ma jeszcze czwartej rano. Jestem na nogach od blisko doby. Ostrze przecina ciało. Jak ja się tu znalazłam?

Uwagi o kulach do kręgli i inne porodowe historie

Z tematyką porodu zaznajomił mnie Mike Katz, zdobywca drugiego miejsca w zawodach kulturystycznych Mr. Olympia 1976 (kategoria powyżej 200 funtów) i wielu innych znakomitych tytułów w rodzaju Mr. Insurance City (dziewiąte miejsce, 1973), Mr. Universe Tall (trzecie miejsce, 1973) oraz Mr. America Tall & Overall (czwarte miejsce, 1970). Mike Katz – czy też pan Katz, bo tak nazywaliśmy go w szkole średniej – był doświadczonym kulturystą, nauczycielem i trenerem hokeja na lodzie, w szczycie formy posiadaczem klaty o obwodzie 150 centymetrów i onieśmielających bicepsów o takich gabarytach, że krocząc szkolnymi korytarzami, musiał odstawiać je na znaczną odległość od tułowia.

Podnoszenie ciężarów i budowanie masy mięśniowej nie mieściły się w obrębie moich zainteresowań, lecz podobnie jak reszta uczniów musiałam chodzić na lekcje „zdrowia” prowadzone przez – dobrze zgadliście – pana Katza. Większość zajęć bazowała na jednym z filmów edukacyjnych ze szkolnej filmoteki, jakiejś opowieści ku przestrodze, która mogła dotyczyć wszystkiego: od jazdy na podwójnym gazie do „edukacji seksualnej”.

Ukoronowaniem cyklu zajęć był Film o Porodzie. Gdy przyszła ta wiekopomna chwila, pan Katz stanął pod tablicą, z namaszczeniem skierował pilot na odtwarzacz wideo i bez słowa wstępu o wcześniejszych etapach porodu uruchomił kasetę. Ekran zamigotał i biały szum ustąpił zbliżeniu główki dziecka widocznej między rozłożonymi, zapiętymi w obejmach kobiecymi nogami. Słychać było krzyki, pojawiło się nieco krwi, no i ta dziecięca główka, coraz większa i większa, rozciągająca srom tej nieszczęsnej kobiety do wprost niewiarygodnych rozmiarów. Chłopcy wiercili się, niepewni, czy bardziej ich obrzydza, czy podnieca rzadki widok nieprzystrzyżonego damskiego gąszczu. Dziewczyny krzywiły się i zakładały nogę na nogę, ale nie odrywały oczu od ekranu. Czy tak wyglądała nasza przyszłość? Jak my to zrobimy? Kiedy ucichną te wrzaski? Tymczasem pan Katz perorował pod tablicą, szczerząc się z niedowierzaniem i popatrując na zmianę to na nas, to na ekran.

– Patrzcie tylko, dzieciaki, jaki to jest ogrom! – wykrzykiwał. – Normalnie jak kula do kręgli!

Wystąpienie pana Katza w charakterze specjalisty od położnictwa wszystkich nas mocno zaskoczyło, ale Film o Porodzie na lata utkwił mi w pamięci. Mimo brutalnej estetyki nagrania zaraziłam się entuzjazmem pana Katza. Spłynęło na mnie objawienie: poród jest rzeczywiście czymś niezwykłym. Brutalnym i wstrząsającym, lecz niezwykłym. Jakim cudem główka tej wielkości mieści się w wąskim rękawie pochwy? To zagadka, która intryguje najzatwardzialszych cyników. Jednak już wtedy fascynowało mnie pytanie, czy kobiety nie mogą rodzić jakoś inaczej. Na siedząco? Na stojąco? Z uśmiechem, a może nawet – ze śmiechem? Co działo się z resztą kobiety z nagrania, z tą znajdującą się poza ciasnym kadrem odcieleśnionego sromu? Co działo się z jej twarzą, sercem i umysłem?

Minęło kilka lat, w trakcie których jedynie przelotnie zdarzało mi się pomyśleć o tajemnicy narodzin, aż wreszcie jako świeżo upieczona dwudziestopięcioletnia panna młoda zaczęłam flirtować z myślą o zrobieniu sobie dziecka z moim rudobrodym i prostolinijnym mężem z Glasgow. Pomysł wkrótce zmaterializował się pod postacią dwóch kresek na teście, a ja oddałam się macierzyństwu z takim samym zapałem, z jakim wcześniej go unikałam. Czytałam książki, szperałam w internecie i jak każda sumienna ciężarna zapisałam się do szkoły rodzenia.

„Szkoła rodzenia” kojarzy się z jakimiś niewinnymi zajęciami prowadzonymi przez miejscowy dom kultury obok lekcji tańca, klubu książki i szkółki piłkarskiej. Rzeczywistość okazała się całkiem inna. Wylądowaliśmy w pomieszczeniu bez okien znajdującym się w podziemiach miejscowego szpitala położniczego, otoczeni przez podobnie jak my zdezorientowanych i wystraszonych przyszłych rodziców. I jak przed wieloma laty na zajęciach pana Katza usiadłam w oczekiwaniu na to, aż zostanie mi udzielona Wiedza.

Przez następne półtorej godziny starsza położna o krótko przystrzyżonych siwych włosach i z szelmowskim błyskiem w oku perorowała z entuzjazmem i gestykulowała gwałtownie, prezentując nam rozmaite ilustracje ustawione na sztalugach z przodu sali. Macicę wymalowano jaskrawą czerwienią, pęcherz moczowy pokolorowano na niebiesko, a pochwę na delikatny prążkowany róż; cały układ rozrodczy przypominał jakieś skulone, spiralnie zwinięte egzotyczne morskie zwierzątko. Z każdą minutą w sali robiło się coraz parniej, bo jak to w Szkocji zimą, nasza wilgotna wełniana odzież zaczynała wydzielać wyraźnie wyczuwalny zapach mokrego psa. Po serii kopniaków wymierzonych mi od środka w macicę dostałam mdłości, więc osunęłam się powoli na krześle, czując, jak zawęża mi się pole widzenia. Nie byłam stworzona do bycia matką. Po mdłościach i zawstydzeniu przyszły strach i zwątpienie: skoro nie radzę sobie w szkole rodzenia, jak mam wydać na świat kulę do kręgli?

Między nami mówiąc, moje córki zafundowały mi pełną gamę porodowych przeżyć: pierwsza przyszła na świat przez cesarskie cięcie wykonane po długim i bardzo trudnym porodzie, druga zaś urodziła się w domu, i to tak szybko, że mąż trzymał dziecko na rękach jeszcze przed pojawieniem się położnej. Jak dwa porody mogły mieć tak różny przebieg? Jakby jedynym wspólnym mianownikiem było dziecko. A przecież każdy z nich doprowadził mnie na skraj możliwości fizycznych i emocjonalnych. Nie umiałam znaleźć odpowiedzi nawet później, gdy dysponowałam już wiedzą ze szkoły rodzenia i własnym doświadczeniem. Jak to się stało? Jakim cudem miliardy kobiet podążały ku jednemu celowi nieskończenie różnymi drogami? Jak sprawić, by więcej tych podróży przynosiło radość i satysfakcję? Czy taką wiedzę można nabyć i przekazać innym? A jeśli tak, to czy byłam właściwą osobą, by studiować jej mroczne tajniki – ja: niezgrabna, niezręczna i wprost komicznie obrana ze zdrowego rozsądku? Wątpliwości, jakie lata temu wzbudził we mnie Film o Porodzie, odezwały się ze zdwojoną siłą. Przestałam się spełniać w telewizji i zmianę zawodu rozważałam już od dłuższego czasu, lecz zainteresowanie położnictwem długo walczyło z niechęcią do powrotu do szkoły. Gdy córki podrosły, nabrałam przekonania, że podołam tej nowej roli. Może jednak istniał gdzieś równoległy wszechświat, w którym mogłam zostać położną pomagającą kobietom przejść przez ciążę i poród z godnością (i nienaruszonym dnem miednicy)?

Procedura kwalifikacji na kurs dla położnych organizowany w moim mieście była połączeniem testu umiejętności praktycznych z silną presją psychiczną (później zrozumiałam, że było to samo w sobie idealne przygotowanie do zawodu). Dwóch wykładowców zaprosiło mnie do sali, po czym zadało serię dość standardowych pytań, na które z łatwością udzieliłam odpowiedzi; bardzo fajnie było trajkotać przed zasłuchaną publicznością o autonomii, reprezentacji i samostanowieniu. Bułka z masłem, pomyślałam, kiedy wykładowcy zachęcająco kiwali głowami. O co tyle hałasu?

I wtedy ton rozmowy uległ drastycznej zmianie. Uprzedzona o straszliwym teście z matematyki, struchlałam, gdy posadzono mnie przy stoliku w kącie sali. Na wierzchu leżał arkusz zadań matematycznych opracowanych tak, by jak najlepiej odzwierciedlać obliczenia wykonywane na co dzień przez położną. Może powinnam wyjaśnić, że arytmetyka nigdy nie była moją mocną stroną… Z trudem wyliczam wysokość napiwku, a dawkowanie leków jeszcze dziś napełnia mnie przerażeniem. Sprawdzam wszystko po dwa albo i trzy razy, zwłaszcza po nocnym dyżurze, gdy proste słupki stają się fizyką kwantową.

A jednak wzięłam głęboki wdech, zawiesiłam długopis nad kartką i uśmiechnęłam się, jakbym każdy dzień rozpoczynała od odświeżającej porcyjki równań. Lekcja numer jeden dla nowicjuszek w zawodzie: położnictwo to w drobnej mierze kwestia kompetencji, reszta zależy od odporności psychicznej. Do dziś jestem przekonana, że zostałam przyjęta na kurs nie ze względu na znajomość matematyki, lecz umiejętność obliczania słupków pod bacznym spojrzeniem komisji. Przez dwadzieścia minut. Bez popuszczania w gacie.

Studentka położnictwa Leah Hazard: daje radę

Pierwsze kroki na oddziale położniczym stawiałam na nocnym dyżurze. Wjechałam na szpitalny parking, zgasiłam silnik, po czym wpatrzona w budynek szpitala zdrętwiałam ze strachu, zaciskając dłonie na kierownicy. Noc była bezksiężycowa, lecz żółtawy blask padający z okien położnictwa wydobywał z ciemności grupkę skulonych pod ścianą palaczy w kitlach. Budynek zdawał się kipieć gorączkową energią gigantycznego generatora zasilanego estrogenem. Zadrżałam i przygryzłam policzek, obserwując cienie postaci miotających się wte i wewte po piętrach. Niektóre ciągnęły za sobą przewymiarowane balony, inne spieszyły na wezwanie odległego dzwonka.

Oczywiście mój pierwszy dyżur poprzedziły wielogodzinne drobiazgowe przygotowania. Nie, nie powtarzałam mechaniki porodu, ślęcząc nad notatkami z ostatnich tygodni. Nie ćwiczyłam też na sucho technik przyjmowania porodu na lalce i sztucznej miednicy. Potworną ilość czasu poświęciłam natomiast na umalowanie się – miałam nadzieję, że jeszcze jedno muśnięcie różem, jeszcze jedno pociągnięcie eye-linerem zdołają zatuszować skrywane pod makijażem przerażenie. Zdarzało mi się nie przespać nocy, lecz nigdy dotąd nie musiałam w tym czasie ratować ludzkiego życia i cerować poharatanego ciała. Nie umiałam sobie wyobrazić, jak mam dokonać tych nadludzkich czynów bez boskiej interwencji. Lub środków, które nie mogły liczyć na aprobatę w oczach przełożonych.

(Od tamtej pory zdążyłam się zorientować, że niepokojący odsetek położnych z radością rzuca się w szpony nałogów, sięgając po wszystkie środki łagodzące efekty nocnej pracy i permanentnego niewyspania z nerwów).

Dziś jestem już specjalistką od autoterapii za pomocą całkiem legalnych środków pobudzających (kawa) i uspokajających (kieliszek, czasem niejeden, lodowatego białego wina), aplikowanych sobie w zależności od pory dnia i tygodnia, ale wtedy, spanikowana i zdezorientowana, miałam mgliste wyobrażenie o swoim pierwszym dyżurze. Jak nie zasnąć? Kiedy zjeść? Co zjeść? Wiedziałam, że podczas dwunastogodzinnej zmiany będę miała trzy przerwy, ale czy mam zjeść śniadanie o dwudziestej drugiej, lunch o pierwszej w nocy, a obiad o szóstej rano, czy na odwrót? Wiele godzin poświęciłam na zapakowanie ogromnej torby z różnymi zgrabnie upchniętymi pudełeczkami z urozmaiconymi posiłkami i przysmakami odpowiadającymi dowolnym kombinacjom i permutacjom mojego czasu i apetytu. Gdyby ktoś zobaczył, jak tamtego wieczoru taszczę z samochodu majdan batoników energetycznych, smażonego ryżu, sałatek owocowych i czipsów, pomyślałby zapewne, że czeka mnie długotrwała hospitalizacja, a nie nocny dyżur na położnictwie.

Poprawiłam torby na ramionach, przeszłam przez rozsuwane szklane drzwi i podążyłam za strzałkami do szatni dla personelu. Ta strefa oddziału położniczego jest w pewnym sensie wielkim uśredniaczem. Osobom stremowanym przed ważnym wydarzeniem radzi się często, by wyobraziły sobie jego uczestników nago. W szatni dla personelu spanikowana nowicjuszka miała okazję zobaczyć swoje koleżanki nago całkiem dosłownie. Oddziałowa, która zrugała cię przed chwilą tak, że się poryczałaś? No proszę, majteczki w kropeczki. Pomocniczka medyczna, która ofuknęła cię, że bałaganisz, bo zawiązałaś worki na supeł, a nie w przepisową „łabędzią szyję”? Luksusowy biustonosz i koronkowe stringi pozostawiające niewiele miejsca wyobraźni. Otoczona kobietami w dezabilu – co za rozmaitość sylwetek i gabarytów: tu dołeczki w kolankach, tam deska z przodu i z tyłu, w jednym kącie elegancki kucyk, w drugim wypłowiała strzecha – powiedziałam sobie wreszcie: „To tylko kobiety. Takie same jak ty. Niczym się od ciebie nie różnią. Każda kiedyś zaczynała. Dobrze jest”.

Moja pewność siebie szybko wyparowała. Przegrzebawszy szpitalne mundurki rzucone na kupę pod drzwiami, zorientowałam się, że dostępne są jedynie w rozmiarze XXL oraz XXXL. Jasne, dwójka dzieci trwale odcisnęła się na moim ciele, ale nie potrzebowałam uniformu tak obszernego, by w jednej nogawce zmieścić połowę szpitalnego personelu. Jakimś cudem znalazłam wreszcie komplet niepoplamiony krwią i atramentem. Wsunęłam przez głowę bluzę wielkości namiotu i ciasno zawiązałam w pasie sznurki spodni.

Grupka kobiet skupiła się przed lustrem i gawędziła radośnie w chmurze perfum i dezodorantu. Stanęłam za ich plecami i wbiłam wzrok we własne odbicie. Wyglądałam jak klaun i tak się właśnie czułam. Monstrualne spodnie ciągnęły się po podłodze, dekolt w kształcie litery V sięgał tak nisko, że dociekliwy obserwator dostrzegłby w nim mój poszarzały roboczy stanik. Zegar nad lustrem pokazywał 19.22, dyżur rozpoczynał się o 19.30 i nie było czasu na odwlekanie mojego żałosnego debiutu w tym cyrku. Przypięłam sobie na piersi plakietkę z nazwiskiem – „Studentka położnictwa Leah Hazard” – i skrzywiłam się na myśl o nieuniknionych docinkach, które w nowym zawodzie musiało prowokować moje „niebezpieczne” nazwisko. (Choć przyznam, że w kolejnych latach zdarzało mi się, półprzytomnej z niewyspania, odsunąć z impetem zasłonę oddzielającą łóżko pacjentki od reszty sali i obwieścić: „Siostra Hazard! Wychodzimy czy rodzimy?”). Zagłębiłam się śladem grupki położnych w labirynt szpitalnych korytarzy, aż wreszcie dotarłyśmy na położnictwo. Podwójne drzwi otworzyły się na oścież i kobiety ruszyły naprzód w szczebiocie ploteczek i chmurze lakieru do włosów. Wśliznęłam się za nimi jak pasażerka na gapę, gdy drzwi zaczynały się już zamykać. Chłodne światło odbijało się od wyglansowanej podłogi. Powietrze wydawało się jakby rozrzedzone, przesycone mieszaniną środków dezynfekujących i gryzącego zapachu krwi. Wzięłam głęboki wdech i przeszłam do akwarium: pomieszczenia nazwanego tak ze względu na przeszkloną ścianę na korytarz, dzięki której personel miał oko na wszystkie krążące po nim położnice. Na drugiej ścianie znajdowały się dwie wielkie białe tablice, na których wypisano nazwiska pacjentek znajdujących się na oddziale oraz zaszyfrowane podsumowanie dotychczasowych postępów porodu każdej z nich. Na początku każdego dyżuru położne zbierają się w akwarium i czekają na oddziałową, która przydzieli im pacjentki. To loteria, na której można wylosować dwanaście godzin druzgoczącej harówy zakończonej na sali operacyjnej lub radosną podróż ku łatwemu, euforycznemu porodowi, po którym wdzięczni rodzice, tryskając łzami szczęścia, pomachają nam radośnie na pożegnanie.

Oddziałowa zawiadująca tamtym dyżurem była wysoką kobietą z długim haczykowatym nosem i krótką czupryną ogniście rudych włosów. Zerknęła na swój personel – dziewięć położnych i jedna przerażona studentka – przeniosła wzrok na tablicę, dopasowując w myślach podwładne do pacjentek, po czym wyszczekała polecenia na nadchodzącą noc:

– Sala numer trzy, jednoródka, trzydziesty ósmy tydzień, kontrolowana cukrzyca typu 1, insulina i glukoza dożylnie, sześć centymetrów, nieprawidłowe położenie… Luisa.

Oddziałowa skinęła na położną siedzącą przy drzwiach, a ta zaklęła na tyle głośno, byśmy ją wszystkie usłyszały, po czym wymknęła się z akwarium i ruszyła w kierunku sali numer trzy.

– Sala numer sześć, pierwiastka dwanaście dni po terminie, poród indukowany, oksytocyna, wysokie BMI, nieudane zewnątrzoponowe, stwierdzony ubytek przegrody międzykomorowej, dwa centymetry… Jenny.

Młoda położna z ciasno związanym błyszczącym kucykiem wstała i wyparowała przez drzwi jak spadochroniarz zrzucany z samolotu na terytorium wroga.

Co to był za żargon? Wy, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, możecie skorzystać ze słowniczka na końcu książki, który pozwoli Wam się rozeznać: szybki rzut oka i możecie brylować na oddziale. Tymczasem ja, Leah Hazard, świeżo upieczona i kompletnie rozdygotana studentka położnictwa, miałam wrażenie, że w ogóle nie słyszę, co ta oddziałowa do nas mówi. Rozszyfrowałam słowa „pierwiastka” (w położniczym slangu: kobieta rodząca po raz pierwszy) i „jednoródka”1 (matka jednego dziecka), ale następujące po nich chaotyczne skróty i mgliste powikłania były dla mnie zwyczajnie niepojęte. Podczas trzech miesięcy zajęć teoretycznych poprzedzających mój pierwszy dyżur skupialiśmy się wyłącznie na podręcznikowej normie: zdrowej kobiecie rodzącej w terminie bez komplikacji. Występującej, jak miało się prędko okazać, nieczęsto.

Serce waliło mi w piersiach, lista ciągnęła się, a każdy przypadek był trudniejszy od poprzedniego: „Sala pooperacyjna, wieloródka, naglące cięcie cesarskie, straciła 1,4 litra krwi”. „Intensywny nadzór, pacjentka raz poroniła, teraz bliźniaki, czwarty dzień po porodzie, sepsa”. „Sala numer dwanaście, martwy poród w dwudziestym ósmym tygodniu”.

Czy w tym szpitalu wszystkie kobiety leżały na patologii? Czy którakolwiek przyjeżdżała tak po prostu na izbę przyjęć, rodziła zwyczajnie przez kilka godzin i wypychała wreszcie dziecko z pochwy, nie tracąc po drodze kilku litrów krwi i nie przyjmując w kroplówce zawartości całej szpitalnej apteki? Litania ciążowych i porodowych komplikacji ciągnęła się w nieskończoność, a ja tymczasem wyobrażałam sobie, że wracam do samochodu i jadę do domu, gdzie mój mąż zapewne wyjmuje właśnie z kąpieli nasze córeczki, mokre, mięciutkie i pachnące mydłem, z ciemnymi niesfornymi loczkami przyklejonymi do policzków. Mogłabym jeszcze wszystko odkręcić, powiedzieć, że zmieniłam zdanie, a one wciąż by mnie kochały, uradowane, że mama wróciła do domu akurat w porze opowiadania historyjki na dobranoc.

– A ty się nazywasz…?

Dopiero po chwili zrozumiałam, że oddziałowa zwraca się do mnie. Uniosła ten swój niewiarygodnie długi nos i miażdżącym spojrzeniem zlustrowała mnie od stóp do głów: obca twarz, grymas nieskrywanego przerażenia, groteskowy mundurek i oślepiające nowością buty, których śnieżnobiałych zelówek nie ochrzczono jeszcze wielobarwnymi zaciekami krwi i alkoholu.

– Jestem studentką – pisnęłam. – Mam tu przepracować sześć tygodni.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Ale jakoś mnie to, kurna, nie dziwi. Który rok?

– Pierwszy.

Twarz oddziałowej przybrała zbolały wyraz. Najwyraźniej nie była to właściwa odpowiedź. Odwróciła się ku białej tablicy, poszukując pacjentki zdolnej unieść brzemię mojego beznadziejnego niedoświadczenia.

– Sala numer cztery – zdecydowała. – Jednoródka, trzydzieści dziewięć tygodni i sześć dni, poród samoistny, pełne rozwarcie…

„No dobra, może sobie poradzę – pomyślałam. – Kobieta, która urodziła już jedno dziecko, teraz zaledwie dzień przed terminem zaczęła rodzić sama z siebie, do tego bez żadnych leków i interwencji doszła do pełnego rozwarcia. Przy odrobinie szczęścia urodzi, zanim zdążę wejść do pokoju”. No to może zostanę.

– …kłykciny kończyste sromu.

Oj. Nie doczekałam do puenty. Oddziałowa uśmiechnęła się błogo i rozejrzała po sali, zastanawiając się, która położna będzie miała pecha zostać moją mentorką. Jej wzrok padł na położną stojącą przy drzwiach: równie wysoką, jak szeroką. Była właściwie kwadratowa, a jej kanciastą twarz okalały czarne włosy obcięte na nieromantycznego pazia. Przypięta na roboczej bluzie plakietka z uśmiechniętą buźką groteskowo kontrastowała z surowym wyrazem oblicza, które jeszcze bardziej spochmurniało, gdy kobieta uzmysłowiła sobie, że tej nocy będzie za mnie odpowiadać.

– Phyllis – powiedziała oddziałowa do położnej – zajmij się studentką.

Phyllis zastygła w teatralnym bezruchu, mierząc mnie spojrzeniem. Westchnęła, bez słowa skinęła głową i nie oglądając się za siebie, ruszyła korytarzem w kierunku sali numer cztery. Choć pokusa ucieczki była równie realna jak przytłumione krzyki dobiegające ze wszystkich sal na położnictwie, jakieś wrodzone poczucie obowiązku (a może zwykły masochizm) kazało mi iść za nią. Zastukała zdecydowanie do sali numer cztery, po czym odwróciła się i z miną znużonego dowódcy gotowego poprowadzić swą beznadziejną piechotę do bitwy powiedziała krótko:

– Rób, co ci każę.

Zmrużyłam oczy, wzrok powoli przyzwyczajał się do panującego w pomieszczeniu mroku. Lampa zabiegowa rzucała niewielki, oślepiająco jasny krąg światła na łóżko, na którym klęczała na czworakach kobieta. Grzywa złocistych, napuszonych loków spadała jej na twarz, zbielałe dłonie ściskały kurczowo boki łóżka, zaś nieprzerwany strumyczek jasnożółtego płynu ściekał na kłąb zielonych sterylnych chust, które ktoś wetknął jej pod kolana. Siedząca obok położna schodząca z dziennej zmiany spojrzała na nas z wyrazem wdzięczności i wyczerpania, po czym z plaśnięciem zdarła rękawiczki. Nadstawiłam uszu, spodziewając się usłyszeć przepisowy raport: szczegółowy opis przypadku, stan zdrowia pacjentki przed porodem, ewentualne alergie, plany i postępy porodu. Tymczasem położna rzuciła tylko:

– Daje radę.

Po czym wyszła. Spojrzałam tępo na Phyllis, która przyjęła tę informację bez zdziwienia, i nabrałam podejrzeń, że prawdziwe położnictwo ma się nijak do przekazanej nam teorii. Mianowano mnie szeregowcem armii amazonek i rzucono w środek bitwy toczonej wedle nieznanych mi reguł.

Stanęłyśmy w nogach łóżka i oceniłyśmy sytuację: Phyllis okiem specjalistki, ja zaś z zakłopotaniem i poczuciem, że należałoby przeprosić tę nieznajomą za to, że gapię się na jej srom, nie popatrzywszy jej nawet uprzednio w oczy.

– Załóż rękawiczki – zarządziła Phyllis.

Spojrzałam na nią bezmyślnie.

– Tam – powiedziała, wskazując odpowiednie drzwiczki, po czym spojrzała na moje dłonie. – Jakieś sześć i pół.

„Rękawiczki, rękawiczki” – powtarzałam w myślach, otwierając szafkę, w której znalazłam całą masę paczuszek o nieokreślonej zawartości. Co to może być, takie długie plastikowe? A ten taki „teges” z wychodzącym z niego drucikiem? Kto, na miłość boską, zdoła zużyć taką masę saszetek z lubrykantem? Przerzuciłam tonę zapasów magazynowych, po czym natrafiłam wreszcie na stosik płaskich papierowych paczuszek. Rozerwałam jedną z nich i voilà! – mój pierwszy sukces w karierze położnej: znalazłam rękawiczki. Gratulowałam sobie właśnie w duchu, gdy powietrze rozerwał ogłuszający krzyk.

Phyllis stała w gotowości tam, gdzie ją zostawiłam, nachylona tak nisko nad pochwą tej kobiety, że nosem mogłaby wepchnąć jej to dziecko z powrotem do środka. Gruba nić lepkiego czerwonego śluzu zwieszała się między kolanami rodzącej, zaś Phyllis obie dłonie, na które zdążyła naciągnąć rękawiczki, opierała na fragmencie dziecięcej główki wielkości może brzoskwini, która z każdym skurczem miarowo przesuwała się do przodu. Stanęłam obok niej na roboczym końcu stołu i oczyma duszy ujrzałam przebitkę z Filmu o Porodzie, który jako młoda dziewczyna oglądałam na zajęciach pana Katza. To samo zdumienie, lecz tym razem obraz w 3D, bez wątpienia tu i teraz: kobiece ciało w feerii form i faktur, w powietrzu słony zapach miedziaków w zapoconej dłoni, woń morza i krwi. Główka uwidoczniła się mocniej, miękki puszek blond włosków pokrytych mazią i krwią, a do tego, bardzo proszę: kłykciny wykwitające w szczelinach pachwin i pokrywające niczym korona miniaturowych kalafiorków rozdęty srom. Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy poród w charakterze studentki położnictwa, ale wszystko razem robiło wrażenie: było dzikie i w pewnym sensie piękne, razem z tymi kłykcinami.

– Połóż ręce na główce – syknęła Phyllis.

Otrząsnęłam się ze stuporu i naciągnęłam rękawiczki. 

– Na główce! – powtórzyła z wyraźnym zniecierpliwieniem.

Położyłam ręce na czubku dziecięcej główki, delikatnie ją przekręcając, jak mnie nauczono, a jednocześnie czujnie obserwując rozciągającą się wokół niej delikatną skórę i wypatrując cienkich jak pergamin fragmentów, które mogłyby pęknąć na kształt dziurki od guzika albo jeszcze gorzej. Phyllis położyła swoje dłonie na moich, prowadząc mnie i korygując kąt skrętu. Kobieta znów zaczęła przeć.

– Płytkie wdechy! – zawołała Phyllis łagodnym, zachęcającym głosem, zupełnie innym niż ten, którym zwracała się do mnie. – Odetchnij chwilę – powiedziała, ale skurcze były zbyt silne, by kobieta mogła je kontrolować.

Po kolejnym skurczu partym główka dziecka wyśliznęła się z kanału rodnego: zamknięte oczka i zaciśnięte usteczka puszczające w ciszy śluzowate bańki. W przerwie między skurczami główka dziecka obróciła się gładko w moją stronę tuż po tym, jak ciałko wykonało już wszystkie swoje skręty i obroty wymagane do przejścia przez miednicę matki. Miałam przed oczami swój podręcznik – na żywo. To było fantastyczne.

Dziecko otworzyło oczy i obrzuciło mnie chłodnym, spokojnym spojrzeniem. Zupełnie jakby mówiło: „Jesteś tu. To się dzieje naprawdę”.

Nagle spokojna, zrozumiałam, że w wąskim zakresie swoich ograniczonych umiejętności naprawdę wiem, co robić. Przemieściłam dłonie, wsuwając jedną z nich dziecku pod brodę, a drugą kładąc mu na karczku, gotowa pokierować główką i ciałkiem przy ostatnim skurczu – i właśnie w tym momencie, dokładnie tak jak czytałam, ostatnia fala w jednej ekscytującej chwili wypchnęła oślizgłe dziecko na świat: najpierw przedni, potem tylny bark, wreszcie resztę ciałka wraz z drobnymi rączkami i dziko wierzgającymi nóżkami. Moje rękawiczki nie odklejały się od dziecka, Phyllis kierowała moimi dłońmi i wspólnie, wykonując płynny łuk, wydostałyśmy tego nowego człowieka na świat. Wody płodowe polały się nam na ręce, gdy przełożyłyśmy dziecko, wciąż jeszcze połączone z matką pępowiną, pomiędzy jej nogami, po czym pomogłyśmy jej uklęknąć z dzieckiem przyciśniętym do piersi. Kobieta odrzuciła włosy i rozpłakała się, a tymczasem dziecko wydało z siebie pierwsze, niepewne jeszcze popiskiwania.

– Bogu niech będą dzięki – powiedziała zdyszana i zaczęła się śmiać. – Myślałam, że to się nigdy nie skończy.

Phyllis sprawnie podjęła rutynowe czynności: energicznie wytarła dziecko, wrzuciła zabrudzone chusty i podkłady do kosza, zapakowała do pudełek narzędzia i zaczęła spisywać raport. Krążyłam za nią nieporadnie po sali, bez wątpienia będąc nie tyle pomocą, ile zawadą. W głowie mi się kotłowało, ręce uderzały nerwowo o biodra. To, co przed chwilą ujrzałam, było przeżyciem zbyt silnym, by można było, ot tak, przejść nad nim do porządku dziennego. Dla tej kobiety było to wspaniałe, krwawe zwycięstwo, lecz dla Phyllis i pozostałych położnych, mozolących się w tej przedziwnej fabryce życia, była to zwyczajna codzienność. Gdy bezmyślnie składałam i rozkładałam stertę kocyków grzejących się na stanowisku do resuscytacji noworodków, Phyllis trąciła mnie w łokieć i powiedziała:

– Następne w twoich rękach. Widziałaś już, teraz działaj.

I dokładnie tak było. Jak miałam się zorientować w ciągu następnych trzech lat, szkolenie położnicze nie bierze jeńców: nauka przebiega szybko i bezwzględnie, a adeptka całkiem dosłownie urabia się po łokcie. Oczekuje się od niej, że raz zobaczywszy swoją mentorkę w działaniu, następnym razem zrobi to sama – samodzielnie. I to niezależnie od tego, czy chodzi o wydobycie dziecka na świat, pobranie krwi, zrobienie zastrzyku, czy też przygotowanie położnicy do naglącego cięcia cesarskiego, gdy dziecku tętno spada, a położnej szaleńczo wzrasta, przy czym określenie „aż mnie zemdliło ze strachu” staje się nagle dojmująco odczuwalne w okolicach zwieraczy. Trzy lata i siedemdziesiąt pięć porodów później, odsłużywszy swoje w sytuacjach krwawszych i piękniejszych, niż mogłam sobie wyobrażać, zostałam licencjonowaną położną. I wtedy zaczęła się prawdziwa nauka.

Uwagi na temat kobiet, które „nie powinny” być w ciąży

– Nie powinna pani zachodzić w ciążę.

Żadna położna tego nie powie, lecz w duchu artykułuje te słowa częściej, niż przypuszczacie. Sama myśl bywa wynikiem osobistych uprzedzeń, tak po prostu. Człowiek odruchowo formułuje opinie zabarwione światopoglądowo – niektórzy mogliby utrzymywać, że to jego cecha konstytutywna – a położne nie są wyjątkiem od reguły. Narkomanka, której odebrano już piątkę dzieci? Trafi się położna, która uzna, że ta kobieta nie powinna zachodzić w ciążę. Patologicznie otyła ciężarna, której ciąża obarczona jest wysokim ryzykiem, cesarka wymaga od anestezjologa nadludzkich umiejętności, a opieka poporodowa jest wyjątkowo złożona? Na pewno któraś z położnych uzna to za marnotrawstwo pieniędzy podatników i czasu personelu medycznego.

A czterdziestoośmioletnia księgowa, którą półmaratony, zajęcia jogi i soki z zielonych warzyw utrzymują we wprost nieprzyzwoitym zdrowiu? Tyle że nawet kontener koktajli z jarmużu nie zapobiegł licznym poronieniom, co skłoniło ją wreszcie do odbycia kilku wizyt w zagranicznych klinikach in vitro; po ostatniej wróciła na Wyspy, by bezpiecznie donosić i urodzić bliźniaki. Niejedna położna będzie wzdychać przy lekturze jej obszernej karty zdrowia, kręcić głową przy opisach kosztownych wypraw do madryckiej kliniki, cmokać z dezaprobatą nad wynikami robionych prywatnie badań i notatkami z niezliczonych połączeń telefonicznych wykonywanych przy każdej podejrzanej plamce i każdym niepokojącym ukłuciu. W zacisznej dyżurce będzie perorować przy innych położnych o kobietach, które uważają, że ciąża jest ich zakichanym prawem. Tamte będą kiwać w milczeniu głowami i pospiesznie łykać podgrzany w mikrofali posiłek. Rozmawiały o tym niejednokrotnie i niewiele z nich ma dość czasu i energii, by temat kolejny raz wałkować. Nasza położna wyrzuci fusy po herbacie, przepłucze kubek i wróci do swoich pacjentek. Będzie się dobrodusznie uśmiechać, a przy zapinaniu pasków KTG na brzuchu przyszłej mamy zapewni ją, że to fantastycznie, iż jej bliźnięta zostały poczęte wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Będzie miła i rzuci nawet jakiś sprośny żarcik, by rozbawić pacjentkę i jej męża. Gdy będą wychodzić do domu, przytuli ich oboje i nikt poza resztą położnych się nie dowie, co tak naprawdę sądzi.

Nie mogę mówić w imieniu wszystkich położnych i nie będę udawać, że jestem całkiem wolna od irracjonalnych uprzedzeń, lecz z mojej perspektywy rozróżnienie między kobietami, które „powinny”, a tymi, które „nie powinny” być w ciąży, jest bezsensowne i nic nie wnosi. Istnienie każdego z nas jest efektem unikatowego, a przy tym nieskończenie nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności. Czy byłabyś tu, gdyby twój ojciec zupełnym przypadkiem któregoś popołudnia w autobusie linii 66 nie poczuł zapachu perfum twojej matki? Gdyby dziadkowie nie starali się o dziecko mimo dwunastu lat niepowodzeń? Gdyby twoja prapraprababka nie uciekła z własnego kraju, by szukać schronienia w ojczyźnie twojego praprapradziadka, który czuł się wówczas samotny i bardzo chciał się ożenić? Podważanie wartości czy zasadności jakiejkolwiek ciąży jest z gruntu naznaczone hipokryzją, a w przypadku położnej wyjątkowo niewłaściwe. Spotykamy kobietę w chwili, w której jest już w ciąży, w tym stanie trafia pod naszą opiekę. Klamka zapadła. Teraz trzeba zadbać o bezpieczeństwo matki.

Eleanor: wbrew wszelkim przewidywaniom