Zawód: aktor - Jacek Wakar - ebook

Zawód: aktor ebook

Jacek Wakar

4,0

Opis

Kogo na planie filmowym nazywają Pani Energia? Kto zakładał takie płaszcze, jak Roberta De Niro, by za wszelką cenę być jak bohater "Dawno temu w Ameryce"? Kto poleciał w kosmos na statku z "Gwiezdnych wojen" i do tej pory stamtąd nie wrócił? "Zawód: aktor" to rozmowy z wybitnymi aktorami o tajnikach pracy, spełnieniach i sposobach na to, by na chwilę zapomnieć, że jest się aktorem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (23 oceny)
10
7
4
1
1

Popularność




Od autora

Przygoda – to pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy w związku z książką, którą właśnie wzięli Państwo do rąk. Założenie z początku wydawało się jasne – spotkam się z ludźmi, którzy mocno zaznaczyli swą obecność w polskim filmowym, teatralnym i telewizyjnym świecie, i pogadamy sobie. O czym? Na to pytanie odpowiedź jest prosta tylko pozornie. Niby było wiadomo – o aktorstwie. O wyjątkowym zawodzie, który pozwala w jednym życiu przeżyć wiele istnień, zmieniać twarze, szukać adrenaliny, radości, a czasem spadać z bohaterami na samo dno rozpaczy. O zawodzie pięknym, bo dającym szanse na różnorakie spełnienia i satysfakcje, ale i okrutnym, bo zwodniczym, niesprawiedliwym, wysysającym aż do cna.

Moi rozmówcy wiedzą o tym bardzo wiele. Są na różnych etapach życiowej i zawodowej drogi, ale zdobyli już w aktorstwie swoją pozycję. Niektórzy, jak Krystyna Janda i Dorota Kolak, są dla wielu punktami odniesienia. Inni, jak Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Borys Szyc albo Tomasz Kot, wciąż przesuwają szczyt swych możliwości. Jeszcze inni, jak Małgorzata Kożuchowska, Piotr Adamczyk i Tomasz Karolak pokazują, że ich poznany przez miliony widzów wizerunek jest tylko jeszcze jedną maską, którą na kartach tej książki uchylają raz mniej, a raz bardziej zamaszystym ruchem. A taki Bartosz Bielenia? Niedawno wystartował, chwilę temu odniósł wielki sukces, a dziś już wie, czego na swej ścieżce szuka.

Historie bohaterów tej książki bywają chwilami wprowadzeniem w tajniki aktorskiego fachu, zajrzeniem za kulisy kina i teatru, próbą odpowiedzi na frapujące wielu widzów pytanie – jak to się robi? Są opowieścią o rozszerzaniu terytorium własnego świata, pękaniu granic, o tym, że do Paryża albo Londynu jest dziś tak samo blisko jak do Katowic i Radomia.

W tych rozmowach dotykamy czegoś znacznie więcej niż aktorstwa. Rodzą się opowieści przejmujące (proszę spojrzeć na rozmowy z Olafem Lubaszenką i Arkadiuszem Jakubikiem) i absolutnie nieoczekiwane. Nie wiem, czy tak samo będą mieli czytelnicy tej książki, ale ja wielokrotnie łapałem się na tym, że tylko wydawało mi się, iż całkiem nieźle znam większość swoich interlokutorów. Przecież śledzę ich od lat, rozmawiamy ze sobą od czasu do czasu, chociaż trzymając dystans przynależny relacji krytyka z aktorami.

Jesteś tym, z kim się spotykasz – pada na łamach tej książki. Moi rozmówcy do spotkań mieli wyjątkowe szczęście. Powracają tu znakomici reżyserzy, jak choćby Wojciech Smarzowski i Paweł Pawlikowski, są nieobecni już mistrzowie Andrzej Wajda i Krzysztof Krauze. Są nauczyciele wszech czasów, jak Tadeusz Łomnicki i Aleksander Bardini. Niekiedy jedno ich zdanie usłyszane w szkole teatralnej moi bohaterowie niosą przez całe życie i do niego wracają, by sobie przypomnieć, w jakim punkcie są, na nowo obrać właściwy kierunek.

Nie bez znaczenia były okoliczności, w jakich powstawała ta książka. Z Adamem Woronowiczem i Olafem Lubaszenką chodziłem po parku, z Agatą Kuleszą siedzieliśmy na schodkach nad Wisłą z maskami u bród. Z Jackiem Braciakiem nie mogłem spotkać się w żadnej z jego ulubionych kafejek na Saskiej Kępie, ale nie ma tego złego, bo dzięki temu spróbowałem pysznej kawy, jaką przyrządził mi sam. Pandemia towarzyszyła nam jak milczący kompan, który odbiera pewność jutra. Nie można jednak traktować tych rozmów jako zapisków z czasów epidemii. To są fascynujące opowieści szalenie ciekawych ludzi, którzy zajmują się jedyną w swoim rodzaju profesją.

WRAŻLIWOŚĆ NA WIERZCHU

Agata Kulesza

– z powodzeniem łączy teatr, kino i seriale, każdą produkcję, w której bierze udział, naznaczając siłą swego charakteru. Długo grała w warszawskim Teatrze Dramatycznym, niejako szykując się do skoku na jeszcze głębszą wodę. Była nim tytułowa rola w Róży Wojciecha Smarzowskiego – absolutnie wstrząsająca. Od tej pory nie gra we wszystkich jego filmach, ale należy do aktorskiego teamu znakomitego reżysera. Stała się również aktorską wizytówką filmów Pawła Pawlikowskiego, grając w Idzie i Zimnej wojnie. Ostatnio niemal nie schodziła z filmowego i telewizyjnego planu, ale masową popularność dało jej zwycięstwo w Tańcu z gwiazdami. Decyzję, żeby wystartować w tym programie, uważa za jedną z najlepszych w życiu. Bo jest aktorką, która idzie w wielu kierunkach, szukając najbardziej odmiennych wyzwań. I świetnie na tym wychodzi.

Rozmowa z Agatą Kuleszą

Rozmawiamy w okolicznościach, których byśmy sobie nie zaplanowali…

Nad Wisłą, jest ciepło, z maskami u brody.

Powiedziałaś o okresie pandemii, że czujesz się jak w dzieciństwie, gdy ktoś wyłączył prąd. Myślisz, że ten czas zawieszenia zmieni cię jako aktorkę?

Może mnie zmienić jako człowieka, a więc i jako aktorkę, bo moja praca aktorska to jestem ja. Moje przemyślenia, moje refleksje, mój wygląd, to, jaka jestem, ma wpływ na to, jak gram. Z tego czerpię, z samej siebie, więc nie wiem, czy to będzie widoczne dla innych, ale dla mnie może mieć znaczenie. Czasami oglądam swoje dawne role i rozpoznaję, na jakim etapie życia byłam. Dobry reżyser umie to wykorzystać, bo mam emocje na wierzchu. A po pandemii mam nadzieję, że nie będzie gorzej. Współczuję wszystkim artystom, którzy nie mają teraz pracy i nie dysponują oszczędnościami. Trochę też jestem zmęczona tymi wszystkimi fejsbukowymi występami – poezja, piosenka… No, ale zawsze mogę tego nie oglądać.

Facebook i te wszystkie internetowe zabawy zakładają, że teatr wciąż jest, a tymczasem teatru obecnie nie ma.

Teatr musi być żywy, z wymianą energii z widownią. Nie ma inaczej. Teraz tylko czekamy na teatr. Zobaczymy, czy ludzie się za nim stęsknią, mam nadzieję, że tak. Mam w tej chwili w Teatrze Ateneum tylko dwa przedstawienia w repertuarze i nie pamiętam, kiedy ostatnio grałam. Teraz jest czas niegrania w ogóle. Mnie się podoba ten stan, bo mogę naładować akumulatory. Trochę czytam, trochę oglądam, przeglądam scenariusze, bo mam plany filmowe. Człowiek może rozejrzeć się po świecie. Do tej pory czasami wstawałam o piątej rano i przez cały dzień czekał mnie niekończący się pęd. Choć nie zapominajmy, że aktor musi być w treningu.

Opowiadałaś mi kiedyś, że robisz jeden film albo coś, żeby zarobić pieniądze, po czym przez pół roku ładujesz akumulatory.

Ostatnio tak nie było. W ciągu ostatniego roku zrobiłam cztery filmy fabularne i dwa seriale. Bardzo dużo. Magnezja, Hejter, Parkiet, Pułapka, Ultraviolet, 25 lat niewinności i jeszcze Śniegu już nigdy nie będzie Małgorzaty Szumowskiej. Byłam cały czas w pracy, ale akurat tego potrzebowałam, więc dobrze się złożyło. Ten zawód ciągle jest moją pasją. To niewiarygodne szczęście dla aktora, że mogę wybierać propozycje. Jak dostaję dobrą, nie potrafię odmówić. Czytam scenariusz i sprawdzam, czy mój kalendarz to udźwignie. Czasami jestem przemęczona, ale mówię sobie: „Agata, przecież miałaś takie fajne role, spotkałaś fajnych reżyserów”. Praca nie jest moim życiem, jednak jest jego bardzo ważną częścią. Oczywiście, niekiedy liczyłam sobie, jakie rachunki zapłacę za dane honorarium, bo to jest mój zawód, rzemiosło. Ale czasami zdarzają się reżyserzy, którzy uniosą ten zawód do wyższej rangi. To ogromny luksus, że mam szanse na spotkania z takimi reżyserami. Myślę, że w tym kraju pracowałam z najlepszymi.

Teraz nastawiasz budzik, żeby wstawać dla przyjemności…

Nastawiam, żeby pooglądać, jak słońce wschodzi. Podsumowań zawodowych raczej nie robię, jeszcze sporo przede mną. Lubię moją drogę aktorską. Wiele mnie nauczyło, że początki były nieproste. Bardzo dużo grałam w teatrze, świetnie, że grałam w serialach i w sitcomie, bo łyknęłam aktorstwa z każdej strony. Wiem, jak to jest, gdy telefon milczy, i wiem, jak jest, kiedy się wszystko urywa. Staram się szukać równowagi, żeby nie przegiąć w żadną stronę. Nie myśleć, że jestem beznadziejna, bo telefon nie dzwoni, albo wyjątkowa, bo dzwoni cały czas. Widziałam pod moimi zdjęciami podpisy: „Najlepsza polska aktorka”. Co to znaczy? Najlepszym można być w biegu na setkę, bo masz zmierzony czas. W aktorstwie to jest zawsze niewymierne. Albo widzowie za tobą pójdą, albo nie. Na to się składa wiele spraw, możesz być na przykład źle obsadzony.

Dużo ludzi mnie pyta, która rola była najtrudniejsza. Nie ma roli najtrudniejszej, gdy jestem dobrze obsadzona. Przeżyłam klęskę, kiedy w słuchowisku radiowym grałam Hankę w Moralności pani Dulskiej. Byłam bezradna, to nie była rola dla mnie. Ale jeśli dostaję dobry materiał, zaczynam budować rolę, to fizycznemu i psychicznemu zmęczeniu towarzyszy zadowolenie i poczucie, że w gruncie rzeczy to jest wielka zabawa. Nie mam tak, że: „O Jezu, muszę iść do pracy”. Marudzę czasami, że jestem niewyspana, ale zaczynam grać i widzę, jaką to mi sprawia satysfakcję. Zakładam, że poniżej pewnego pułapu, jeśli nie będę źle obsadzona, nie spadnę. Staram się w swoich wyborach zachować niezależność, co jest trudne, bo to bardzo samotny zawód. Przestałam wierzyć w harcerską drużynę w ramach wspólnego tworzenia. Muszę sama walczyć o swoją rolę.

Liczy się jednak zespół tworzący film lub serial. To może być powód, że bierzesz rolę, bo spotkasz tam fajnych ludzi.

To prawda. Mówię o samotności, bo nie mogę w pracy podpierać się innymi. Ogromne znaczenie ma to, z kim gram, bo są aktorzy, z którymi od razu czujesz się bezpiecznie. Pójdziesz na plan z Kingą Preis, będziesz miał scenę dialogową i czego ty nie zagrasz, ona zagra, albo tak ci poda tekst, że wszystko się poukłada. Są zatem ludzie, z którymi bardzo lubię pracować, bo wiem, że mamy aktorskie porozumienie. Ostatnio spotkałam się z Piotrkiem Trojanem przy filmie 25 lat niewinności. Pierwszy raz na zdjęciach próbnych się popłakałam, bo on tak grał, taka więź między nami się narodziła. Już wiedziałam, że Tomasza Komendę powinien grać tylko on, i tak się stało. Później na planie uwielbiałam z nim pracować. To się czuje, to jest relacja aktorska, pozaludzka. Możemy sobie pozwolić na brak wstydu i zaufanie. Tak samo mam z Marcinem Dorocińskim, przy nim jestem absolutnie bezpieczna. Spojrzę w te oczy i pójdziemy razem. A czasem z kimś nie zatrybisz i dajesz tylko aktorski poziom podstawowy.

Jak się zaczęła twoja fascynacja aktorstwem, od kiedy wiedziałaś, że będziesz próbować tej drogi?

Do siódmego roku życia byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem. Jak miałam siedem lat, to zrozumiałam, że muszę zaatakować i potrafię to zrobić…

Co cię przekonało o tym, że potrafisz to zrobić?

Poczułam, że muszę. Do tej pory siedziałam w kącie i rysowałam. Kiedy poszłam do pierwszej klasy, chyba zorientowałam się, że ten świat mnie zje, jeśli nie wyzwolę w sobie czegoś, co prawdopodobnie mam. Nagle ruszyłam na pozycję lidera. Uaktywnił się też gen występowania, bo sama poszłam do klubu tanecznego w domu kultury na osiedlu. W domu zakładałam trykot gimnastyczny – czarny z czerwoną lamówką. Moi rodzice grali w karty, a ja w przedpokoju stawałam na rękach. Gdzieś z boku, że niby dla siebie to robię, ale… Śpiewałam w chórze Politechniki Szczecińskiej. Gdy byłam w drugiej klasie liceum, chłopak z naszej szkoły dostał się do szkoły teatralnej. Wtedy pomyślałam, że to jest możliwe, i pierwszy raz pojechałam do Warszawy na Miodową na konsultacje. Weszłam do sali, powiedziałam jakiś wiersz. W trzeciej klasie pojechałam na dzień otwarty na PWST i postanowiłam, że zdaję. Jednocześnie złożyłam papiery na germanistykę, bo na aktorski było dwadzieścia pięć osób na jedno miejsce. No i się dostałam.

W szkole teatralnej nic nie wiedziałam, taka zupełna świeżynka. Może dostałam się dlatego, że nie byłam niczym naznaczona, byłam jak plastelina, mogli mnie lepić, jak chcieli. Szkoła to było spełnienie moich marzeń. Nie wiem, czy dobrze wykorzystałam ten czas, ale spotkałam się z wieloma osobowościami. Jestem zdania, że uczelnie artystyczne polegają tylko na inspirowaniu. Doświadczenia nie nauczysz, wrażliwości nie nauczysz, ale możesz pomóc jej wyjść na wierzch. Wiesiek Komasa czy Maja Komorowska to byli moi wykładowcy, mogłam się na nich wściekać, dyskutować z nimi, ale wiem, że mieli na mnie ogromny wpływ. Później, przez lata nauczyłam się wielu rzeczy już w pracy. Przez cztery lata nie nauczysz się tego zawodu, ale to jest świetny poligon doświadczalny.

Miałaś bardzo mocny rok.

Tak. Kaśka Herman, Dominika Ostałowska, Gośka Kożuchowska, Anka Samusionek, Bartek Opania, Norbert Rakowski, Piotr Kaźmierczak, Andrzej Szeremeta, Kasia Łochowska, nieżyjąca już, niestety, Agnieszka Kotlarska, Jacek Sołtysiak, Zina Kerste. Nie chcę kogoś pominąć…

Lubiliście się, rywalizowaliście?

Byliśmy zlepkiem bardzo różnych osobowości. Ostatnio mieliśmy spotkanie i mimo upływu lat czuliśmy się przy sobie swobodnie i spokojnie, naprawdę fajnie. Dużo ludzi spośród nas uprawia ten zawód z satysfakcją i uznaniem. Bardzo wielu osobom się udało. Chyba tylko jedna robi coś zupełnie innego. A reszta pracuje, to był bardzo silny rok. Ale muszę znów wspomnieć o profesorach – Wieśku Komasie czy Mai Komorowskiej. Ona jest wzruszająca, czasami do mnie dzwoni i mam poczucie, że cały czas się mną opiekuje.

Słyszałem, że w szkole byłaś liderką. Zadziorną, ostrą.

Byłam bezczelna. To chyba taki moment, który każdemu w życiu jest dany. Młodość ma to do siebie, że jest bezczelna. Ale ten zawód jest potem sprawiedliwy, bo każdemu da w ryj. Albo nie spełni twoich oczekiwań, albo spełni je za szybko i masz inne kłopoty życiowe. I mnie życie też tak potraktowało. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem i myślałam, że jak mają mnie zobaczyć, to mnie znajdą, nie będę biegać i dawać im zdjęć. Nie rozumiałam tego rynku. Przez kilka lat grałam dużo w teatrze i byłam zadowolona, ale wszyscy myśleli, że Kulesza ruszy tak jak Gośka Kożuchowska – bardzo ostro. To był też moment mojego dojrzewania. Miałam dwadzieścia trzy lata, gdy zrobiłam dyplom – myślę, że byłam jeszcze dzieckiem. Uwierzyłam, że jestem wyjątkowa, bo się dostałam do tej szkoły… Takie sito, a tu dobrze idzie, chwalą cię. Życie szybko wszystko wyprostowało. Nauczyłam się dobrze pojętej pokory. W szkole co prawda mówiono, że aktor musi być pokorny, ale ja nie do końca podzielam to zdanie. Nie w ten sposób. Owszem, pokora jest potrzebna w tym zawodzie…

Ale szczera, nie fałszywa.

Szczera i twórcza. Jeśli mam swoje zdanie, coś czuję, robię to, choćbym miała popełnić błąd. Nie powinno się zawsze słuchać starszych aktorów, bo lepiej wiedzą. Może czasem wiedzą, ale dajmy młodym nauczyć się doświadczenia. Bezczelność tworzenia jest czymś przepięknym. Kojarzy mi się ona z dwoma aktorami. Pierwszy to Tomasz Schuchardt, drugi to teraz wschodząca, barwna osobowość – Maciek Musiałowski. Może cię wkurzać, za chwilę świat będzie chciał go utemperować za bycie jak diwa. Ale to jest przepiękne – taka bezczelność. Często do mnie dzwoni, a ja, jak mama, mówię: „Już przestań, obraziłeś się na reżysera” i się śmiejemy. Tak, on też ma bezczelność tworzenia.

A ty zawsze miałaś bezczelność tworzenia?

Nie zawsze. Na początku miałam wpojoną źle pojętą pokorę, nikogo jednak za to nie obwiniam. Chyba po Ptaszku Zielonopiórym w Teatrze Dramatycznym w reżyserii Piotra Cieplaka podszedł do mnie Marek Walczewski i powiedział: „Nareszcie pani, magisterku kochany, wyzbyła się nerwicy wyrzucania z siebie tekstu i dała sobie prawo do pauzy”. Zapamiętałam to, i teraz czasami opowiadam młodym, że rola to jest twoja własność. Zbuduj to sobie, masz te klocki. Nie musisz się nikomu podobać, a twój partner nie musi cię lubić. Ta część należy tylko i wyłącznie do mnie. Trwało latami, zanim to zrozumiałam. Miałam odwagę, ale nie miałam bezczelności tworzenia. Teraz mam.

A byłaś skłonna kłócić się o swoją wizję?

Kiedyś nie, teraz tak. Doświadczenie, które mam, świadomość środków aktorskich, sprawiają, że jestem w stanie długo rozmawiać z reżyserem. Jeśli go nie przekonam, to przynajmniej nagramy również moją wersję.

I sprawdzimy, co lepsze.

Tak. Teraz mam konieczną do tego asertywność. Bardzo dużo się nauczyłam od Wojtka Smarzowskiego, od Iwony Siekierzyńskiej i od Pawła Pawlikowskiego. Paweł mówi, że ma bardzo duży luksus pracy ze mną, bo ja nie myślę, jak wyglądam, mnie to nie interesuje. Jest operator, są inni fachowcy i jeżeli mam świetnie wyglądać, niech oni nad tym pracują. To nie jest mój problem. Jeśli nie chcecie cieni pod oczami, to zróbcie takie światło, żeby ich nie było. Większość ról dostaję, bo mam twarz normalnego człowieka z ulicy i widz się ze mną identyfikuje. Jestem podobna do zwyczajnego człowieka.

Największe aktorstwo jest wtedy, kiedy jest ludzkie, a ludzkie jest wtedy, kiedy mamy odwagę pokazać słabość. Szukam słabości w moich bohaterkach i momentu, gdy mogę ją pokazać. Oglądam wiele zagranicznych aktorek i aktorów, ale jest jedna, którą uważam za wybitną. To Michelle Williams – ona się nie boi. Blue Valentine, Manchester by the Sea, serial Fosse/Verdon – we wszystkim jest wyśmienita i przejmująco ludzka. Jest człowiekiem z krwi i kości. Takich ról nie zbudujesz bez porozumienia z reżyserem. Wojtek Smarzowski ma taką wnikliwość obserwacji, że jak cię zainspiruje, to oddasz mu wszystko. Zharatasz się w lewo, w prawo. Nie wiem, jak on to robi. Cała ekipa zrobi dla niego wszystko także dlatego, że ma wielki szacunek dla drugiego człowieka.

Kwestia zaufania.

Zaufania, bezpieczeństwa, wyzbycia się wstydu. Moja koleżanka Agnieszka Roszkowska powiedziała kiedyś, że aktor to jest taki człowiek, który ma na ciele dużo różnych blizn. I do roli je rozdrapuje, dokonując operacji na sobie samym. Musisz też wiedzieć, komu oddać coś tak intymnego, swoją wrażliwość, refleksje, przemyślenia. Uczyłam się tanga argentino do rumuńskiego filmu Parkiet. Uczył mnie Rosjanin Siergiej, raz nam wyszło pięknie przy wszystkich moich brakach technicznych i on mówi tak: „Boh ty moj, ja wiem, po co my się spotkaliśmy, ty rozumiesz tango, ty umiesz tańczyć tango. Tylko pamiętaj, nie pokazuj tego każdemu”.

Taniec z gwiazdami wygrałaś.

To była jedna z najlepszych moich decyzji zawodowych.

Dlaczego?

Wszyscy się dziwili – Kulesza poszła do takiego show. A to było świetne, lubię tańczyć, płacili mi, nie miałam za dużo pracy, niczego nie ryzykowałam, miałam świetnego nauczyciela Stefana Terrazzina, jest moim przyjacielem do tej pory. Wyjątkowy człowiek, który coś we mnie otworzył. I nagle wygrałam. Ludzie za mną poszli, bo ja uwierzyłam sobie. Instynkt prowadził mnie ku temu, żebym pokazała się ludziom taka, jaka jestem, i oni mnie wzięli. W najmniejszym stopniu się tam nie oszczędzałam. Mieliśmy wtedy próby, pracowaliśmy nad Borysem Godunowem, pięć godzin treningów tanecznych, potem szłam do teatru. Dzięki Tańcowi z gwiazdami zrobiłam sobie nazwisko. Ktoś kiedyś mówił, że Kulesza dobra aktorka, ale za słabe nazwisko, żeby mnie obsadzić. Po Tańcu z gwiazdami byłam już dobrym nazwiskiem, bo pół Polski mnie znało z programu. Jednak nie poszłam w stronę komercji. Krótko po Tańcu… zrobiłam Salę samobójców i Różę. Ani Wojtkowi Smarzowskiemu, ani Jankowi Komasie nie przeszkadzało, że wygrałam show i jestem znana z tanga, rumby i cha-chy. Miałam szczęście.

To cię ośmieliło?

Tak, ośmieliło mnie, że mogę sobie zaufać. Stefano mówił: „O, moja drama queen, kroków zapomina, a od razu zaczyna grać”. Taniec to nie są tylko kroki, ale emocje. I ja rozumiem taniec emocjonalnie. Ta wygrana utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam iść spokojnie swoją drogą. Nie muszę się popisywać, kreować, ale po prostu iść. Taka, jaka jestem.

Wojciech Smarzowski zebrał stałą ekipę aktorów, ale poza sprawami zawodowymi wasze kontakty są raczej rzadkie.

W jego filmach dotyka się bardzo intymnych rzeczy. I nawet jeśli się rzadko widzimy, odczuwamy bliskość. Bo bardzo dużo mu oddaliśmy, podobnie jak on nam w tym ciągłym inspirowaniu. Aktorzy bardzo często wyznają mu miłość na planie i to nie tylko kobiety, a również mężczyźni. Jak mówią, wojsko łączy na całe życie. Nie to, że my razem jeździmy na wakacje, grillujemy z Marianem Dziędzielem, Smarzolem, Więckiewiczem i jego rodziną. Nie, absolutnie. Teraz mam z nim kontakt, bo niebawem wchodzimy na plan. A tak od czasu do czasu napiszemy sobie: „Jak tam u ciebie, OK?”. „Tak, a u ciebie?”. „Też OK”. I tyle.

A jest jakimś miernikiem bliskości do reżysera to, że się za nim tęskni?

Tęsknoty na co dzień nie odczuwam, ale teraz, gdy wiem, że spotkam się z nim na planie, czuję wielką radość. I też trochę strachu, czy mam mu tyle do oddania, choć rola w Weselu 2 jest niewielka. Po Róży byłam tak wypłukana z emocji, że wiedziałam, że długo nie zagram u niego dużej roli. Robił Pod Mocnym Aniołem, a ja wybrałam Idę, mimo że coś dla mnie miał. Później ktoś zachorował i trzeba było jechać na drugi koniec Polski zagrać epizod. I pojechałam dla Wojtka i zagrałam epizodzik w Pod Mocnym Aniołem. W Drogówce zagrałam, bo Kinga Preis nie mogła, ale dłuższej wspólnej pracy dawno nie mieliśmy. Nie czuję presji, że jestem w jego drużynie, więc powinnam zawsze grać. To byłby błąd w myśleniu. Jeśli coś dla mnie będzie miał, to zagram, ale to jego wybór. Nie rozumiem, jak aktorzy mogą mieć pretensje, że nie zagrali u jakiegoś reżysera.

Powiedziałaś o Róży, że ta rola cię wypłukała, ale stworzyła w jakimś sensie nową Kuleszę.

Róża to moja pierwsza dramatyczna rola, jazda bez trzymanki. Ale jeśli ktoś pyta, czy byłam zmęczona, to tak – byłam zmęczona tak gorzką refleksją o człowieku, konstatowaniem, że ten świat jest tak okropny. Weszłam w tę literaturę, czytałam o tych kobietach, to było coś straszliwego. Nie mogłam się doczekać, kiedy pojadę na plan, byłam na takiej adrenalinie; już, już chciałam to robić. A potem przyszło zmęczenie. Tworzysz innego człowieka, a kiedy nadchodzi koniec, jesteś zmęczony. Nie znaczy to, że wymagałam terapii. Wiem, kim jestem, wiem, do którego momentu doprowadzę swoje emocje. Ale była taka chwila w Róży, która mnie zdziwiła. To krzyk Róży, moment, gdy ona wyje. Nigdy nie myślałam, że potrafię wydobyć z siebie takie dźwięki bólu, zwierzęcości. To było wspaniałe odkrycie, ale podobne sytuacje zdarzają się bardzo rzadko.

Uważam Różę za najwybitniejszy film Smarzowskiego. A twoja Róża była czystym człowieczeństwem.

Też tak uważam. Zdarza się, że zapominam, że w czymś zagrałam, a Różę mam zawsze schowaną gdzieś obok. Ona jest żywym człowiekiem w mojej pamięci i moim myśleniu.

Jeśli aktor miałby się utożsamiać ze swoim bohaterem i żyć z nim, to wylądowałby w zakładzie zamkniętym.

Oczywiście. Musisz wiedzieć, kim jesteś. Musisz wrócić do domu i obrać ziemniaki. To jest moja realność, tu jest życie. Chociaż praca też jest życiem, bo my, aktorzy, jesteśmy trochę dysfunkcyjni, w jednym życiu próbujemy równolegle prowadzić kilka żyć. Kiedyś myślałam, że trudniej znosić porażki niż sukcesy, ale miałam największy problem po sukcesie, po Idzie. Telefon dzwonił nieustannie, wszystkim, w tym mediom, wydawało się, że jestem ich własnością. „A dlaczego pani nie przyjdzie, a dlaczego pani nie chce udzielić wywiadu, a dlaczego pani nie opowie o ciężkich tornistrach dzieci?”. Jezus Maria, ja chcę być aktorką!

Nie muszę znać się na wszystkim.

I się nie znam. Nie mogę chodzić do Śniadania mistrzów i rozmawiać na tematy polityczne, bo nie mam pojęcia o polityce. I tego pilnowałam. Joasia Kulig z tego powodu co chwilę zmienia numer telefonu. Rozmawiałyśmy o tym i radziłam jej: „Obierz ziemniaki, obejrzyj film o zwierzętach”. Trzeba zachować równowagę. Nie można uwierzyć, że jest się wiecznie diwą w szpilkach i sukni wieczorowej. W domu mamy mnóstwo innych ról. Jesteśmy matkami, żonami, kochankami, gospodyniami. Nie można leżeć na kanapie, oglądać filmy ze sobą i zapraszać znajomych: „Zobacz, jak świetnie zagrałam”. Śmiejemy się ze Stefano, że jak ktoś prosi, że chce zobaczyć jakiś mój występ w Tańcu z gwiazdami, pokażę od razu moją cha-chę. Tylko to, bo jestem pełna podziwu dla siebie, że byłam wysportowana, miałam takie mięśnie i byłam taka chuda. A filmy ze swoimi rolami oglądam z reguły raz.

Rolę w Idzie budowałaś bardziej na chłodno niż w Róży.

Absolutnie. Tego się nauczyłam dzięki Pawłowi. Robię dużo min, a on mówił: „Agata, rozluźnij twarz”. Żeby nie było widać mojej ekspresji. Są ludzie, którzy twierdzą, że to jest moja najlepsza rola. Każdy ma prawo wybierać, co chce. Cieszę się, że te dwie role były tak różne. Pawła filmy są trochę jak laboratorium, aktorstwo to tylko jedna z menzurek, są jeszcze obraz, światło, rytm, muzyka. Jestem jednym z tych składników.

Powiedziałaś kiedyś, że spotkanie z Pawlikowskim pokazało ci, jakie porozumienie można mieć z reżyserem.

On na mnie mówi „pani energia”. Czasami robi wrażenie zagubionego i udaje, że nie wie, czego chce, a wie doskonale. To jest intelektualista, erudyta, a jednocześnie trochę dzieciak, chłopiec. Patrzyłam na niego na Oscarach, wszyscy za nim biegali, wielkie gwiazdy ślą mu scenariusze, a on robi, co chce, sam wybiera filmy. Nie ma w nim pazerności zarabiania, na pewno cieszy się z sukcesów, na pewno je przeżywa, ale jest normalny. Po zdjęciach do Idy pojechał z operatorem Łukaszem Żalem łazić po górach. To jest wolność. Przy Idzie byłam rozdrażniona liczbą dubli, bo ile można. Mówiłam do niego: „Przecież ja tę scenę już nagrałam”. „Nie, Agata, to jest wariant”. „Jaki wariant?”. „No, bo najpierw było, że to Jurek Trela zabił, a teraz będzie, że to jego syn”. Jak mówiła o nim producentka Ewa Puszczyńska, to jest najgorszy sen producenta, bo on pisze scenariusz kamerą, nigdy nie wiadomo, co wymyśli na drugi dzień. Nagle potrzebuje krakowianki, ale ciemnoskórej, i szukaj, bo na jutro na zdjęcia będzie potrzebna. To świetny gość, cieszę się, że Pawła spotkałam.

A wasza wyprawa na Oscary, jak patrzysz na to z perspektywy czasu? To było jak wyprawa na Księżyc?

Byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam, co się dzieje. Wcześniej jeździłam z planu na plan, miałam tylko walizki, które przepakowywałam. Zabierali mnie z miejsca na miejsce, spałam w samochodzie. Teraz sobie nigdy na to nie pozwolę. Byłam wrakiem. I potem Oscary. Pojechałam na czterdzieści osiem godzin, zobaczyłam i wróciłam. Do mnie to wszystko dotarło po dwóch latach, potrafiłam się tym cieszyć. Wcześniej nie.

Ze zmęczenia?

Tak. Pojechałam, zobaczyłam, że ta impreza jest dosyć długa i męcząca, że właściwie jest tak jak na naszych Orłach, tylko większa sala, więcej ludzi i są tam osoby znane na całym świecie.

Spotkałaś kogoś, kto zrobił na tobie wrażenie? Gdybym zobaczył Ala Pacino na korytarzu…

Wchodziłam z Patricią Arquette na czerwony dywan. Ethan Hawke przyszedł na śniadanie w hotelu, ale na ceremonii siedziałam na trzecim balkonie. Na dół mogli wejść tylko Paweł Pawlikowski, Ewa Puszczyńska i producent angielski. Zeszłyśmy z Agatą Trzebuchowską na dół do holu, żeby pooglądać gwiazdy. Inny świat, ale to nie są inni ludzie, tylko mają inny rynek. Po dwóch latach tak sobie pomyślałam: „Jezu, dziewczyno, zastanów się, jak mieszkałyście na studiach z Gośką Kożuchowską w wynajętej kawalerce, i tak się zastanawiałyście dla wygłupów, jak to będzie, gdy pojedziecie na Oscary… A ja tam już byłam”. To jest wspaniałe, jak John Malkovich mówił do charakteryzatorki: „Uwielbiam rolę Wandy Agaty Kuleszy w Idzie. Nawet kiedyś chciałem do niej zadzwonić”. Dla Jima Carreya byłam „Women from Ida”, on mnie zna z tego, co zrobiłam. Moja próżność jest nasycona. Ida poszła w świat, to dla mnie bardzo miłe, ale tu jest mój rynek pracy, moje miejsce.

Ale grałaś z Jimem Carreyem.

Zagrałam też we francuskim filmie, w rosyjskim, w serialu BBC małą rolę. Mam zrobić nowozelandzki film, zgłosił się też kanadyjski reżyser. Plany są, może nie zawalczyłam bardziej. Nagrywałam dla Paola Sorrentino casting dużej postaci w Młodym papieżu. Przegrałam, ale świat mi daje szansę. Trzeba mierzyć siły na zamiary, czy jesteś w stanie temu podołać, czy to nie jest za duży stres. Są aktorzy, co by sobie dali radę, bo suną jak maszyny. Ja tak nie mam.

Wolisz zrezygnować niż walczyć?

Uważam, że co ma być moje, to będzie. Ale są sytuacje, kiedy myślę, że nie pojadę gdzieś, bo daleko, boję się. A potem wzruszam ramionami: „Weź, wyluzuj, jedź”. Ale muszę samą siebie ośmielać. Czasem odmawiam, bo jestem zbyt zmęczona.

I wolisz bezpieczeństwo w swoim świecie?

Tak, można to różnie oceniać. Z jednej strony możesz powiedzieć, że tyle tracisz, a z drugiej nic nie tracisz.

Bo zyskujesz spokój.

Tak. Może to by cię wywaliło i miało przykre konsekwencje dla ciebie jako dla człowieka. Nie wiem, ale muszę kierować się instynktem.

„Pani energia” mówił na ciebie Paweł Pawlikowski. To jest twój sposób bycia na planie?

Tak.

Zarażanie ludzi energią, dynamika, ostrość…

Tak, zdecydowanie. Choć zdarza się, że jestem zmęczona i patrzę, gdzie się położyć spać na pół godziny. Ale staram się utrzymać na odpowiednim poziomie energetycznym, bo to jest mi potrzebne do pracy. Jeśli znam całą ekipę z imienia, rozmawiam z nimi, to jestem w ciągłym kontakcie. Ja ich znam, bo oni pracują ze mną, ale i ja pracuję z nimi. Na planie jest hierarchia, aktorowi należy stworzyć dobre warunki, ale i ode mnie zależy, żeby oni chcieli mi pomóc. Trzeba dać coś od siebie i szanować ich pracę. A w kinie, niestety, wszyscy wychodzą podczas napisów końcowych.

Jaka jesteś przed premierą? Z niektórymi aktorami wtedy trudno wytrzymać.

Ze mną nie. Gdybyś zapytał członków mojej rodziny, toby nie wiedzieli, że mam premierę. Nigdy nie było chodzenia na palcach. Jeśli potrzebowałam spokoju, szłam trzy godziny wcześniej do teatru, żeby sobie posiedzieć, skupić się. Wiadomo, że odczuwam tremę, na przykład nie lubię śpiewać – kiedyś lubiłam, a teraz strasznie się denerwuję. Z benefisu Wojtka Młynarskiego niewiele pamiętam do dziś, mam czarną dziurę. Zakładam z reguły do śpiewania spodnie, bo mi się nogi trzęsą. Nie lubię tego napięcia. Nie ma wtedy rozluźnienia, przyjemności. Nie umiem też grać komediowo. Ale bardzo lubię różnorodność, lubię na przykład czytać audiobooki, chociaż to jest ciężka praca fizyczna. Nagrywam mniej więcej cztery i pół godziny na raz i kończę, kiedy już przestaję mówić r. Lubię to zamknięcie – mała lampka, ja, książka albo czytnik, słowem intymność.

Jaka była najfajniejsza książka, którą czytałaś?

Wielką przyjemność sprawiło mi przeczytanie Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk – najwyższej miary literatura. Po prostu czytasz i czytasz, a to płynie. I prawie się nie mylisz.

Zwracasz uwagę na pieniądze? Negocjujesz? Twoi agenci się targują?

Są rzeczy, które mogę zrobić za darmo. Są rzeczy, których nie odpuszczę, a właściwie nie odpuszczą moje agentki. Pewnie ich nie lubią, bo są twarde w negocjacjach. Długo się starały, żebym doszła do męskich stawek. Rozmawiamy, czy coś wziąć, czy nie, ale to do mnie należy końcowe zdanie.

Dużo odmawiasz?

Trochę odmawiam. Na przykład wtedy, gdy wiem, że już grałam coś bardzo podobnego, albo opowieść mnie nie ciekawi, albo nie mam siły. Nie grała amantek w komediach romantycznych, bo nie mam ani takiej urody, ani takiej energii. Nie chodzi jednak o to, że interesują mnie tylko ambitne filmy, nie będę grała seriali. Serial jest świetnym poligonem, można się dużo nauczyć. Jeżeli rola jest interesująca, brać. Nie utknąć tam, ale brać i ćwiczyć.

A w jaki sposób uciekasz od aktorstwa, ładujesz akumulatory, szukasz inspiracji?

Mam dużo koleżanek aktorek, bo koleguję się z Agnieszką Suchorą, Kingą Preis, Izą Kuną, Iwoną Bielską. Gdy się spotykamy, chwilę ponabijamy się z siebie w zawodowych tematach, a potem już idziemy w inne rejony. Wśród moich znajomych jest sporo osób, które nie mają nic wspólnego ani z filmem, ani z teatrem. Są w tym gronie architekci, historyk sztuki, inni. Nasze życie nie polega na tym, że siedzę i opowiadam im o filmach. Nie potrzebuję mieć wokół siebie wielu osób, bo je selekcjonuję, żeby nie trafić na toksyczne, a łatwo to wyczuwam. Mam przyjaciół, mam córkę. Pójdziemy na spacer, do kina, zrobimy imprezę w domu, pójdziemy nad Wisłę. Czasem pojadę do lasu, wynajmę dom, żeby posiedzieć gdzieś, gdzie jest cicho. Lubię ogniska, naturę, lubię zamknięcie się z książką. Lubię nicnierobienie, trochę pozorne, bo sporo spraw kotłuje się w głowie, ale potrafię leżeć na kanapie i patrzeć, i myśleć, nic nie robić. Jak trzeba odłączyć mózg, wchodzę w seriale. Muszę uważać, żeby za długo nie siedzieć w telefonie, walczę z tym, bo to mi źle robi.

Z powodu natłoku informacji? Dowiadujesz się o świecie rzeczy, których wolałabyś nie wiedzieć?

To są śmieci, śmieci, śmieci. Jestem przebodźcowana i od razu zdenerwowana. Dla odtrutki uwielbiam, jak moja koleżanka Grażyna Bastek z Muzeum Narodowego coś mi opowie o malarstwie. Lubię luz, nie muszę się przygotowywać, gdy przychodzą do mnie ludzie. Lubię spontaniczne, a nie zaplanowane wizyty. Ktoś wpadnie, bo jest obok. Proszę bardzo. Dom Agnieszki Suchory i Krzysia Kowalewskiego i ich córki Gabrysi jest jak moja druga rodzina. Możesz tam pojechać, spać, możesz z nimi leżeć na kanapach, spędzać czas w naturalny sposób. Uwielbiam Krzyśka Kowalewskiego. Czasami usiądziemy i on coś opowie o wojnie – to jest cudowne. Bardzo lubię, jak mi ludzie opowiadają o swojej rodzinie. I wiesz co jeszcze? Często mówi się: „Ona jest aktorką, to pewnie gra w życiu”. Nie. My, aktorzy, bardzo rzadko używamy swojego zawodu poza sceną i planem filmowym.

Nie unikałaś mandatów dzięki temu, że jesteś aktorką?

Nie. Bywa, że pójdę do urzędu i mnie zawołają, żebym podeszła bez kolejki… Oczywiście czasami z tego skorzystam, ale mandatów nie. Raz nie zapłaciłam, bo policjant zapytał: „Jak tu panią ukarać?”. Powiedziałam mu, że chłostą. To go rozśmieszyło i odpuścił. Raz się paliło u mnie w domu i przyszli strażacy. Po wszystkim powiedzieli: „Sprawdziliśmy cały dom. Możemy sobie z panią zrobić zdjęcie?”. To było sympatyczne. Ludzie są dla mnie mili, ale nie sądzę, żebym tego nadużywała.

Wolisz być na swój sposób przezroczysta, a nie ciągnąć za sobą ciężaru związanego z byciem osobą publiczną.

Największą nerwicę mam, gdy szykują się wyjścia związane z moim zawodem i muszę się ubrać. Czasami czuję, że chodzę wycięta z tektury z szyldem „Agata Kulesza, aktorka”.

Jesteś stała w przyjaźniach. Z Katarzyną Nosowską znacie się…

Czterdzieści pięć lat… Czterdzieści sześć prawie.

Poznałyście się, jak miałyście…

Trzy lata. Później byłyśmy razem w szkole podstawowej i do tej pory jesteśmy bardzo blisko. Kiedy mam gorszy dzień, Kaśka jest najlepszym terapeutą na świecie. To niezwykle mądra osoba, dbająca o rozwój osobisty, więc bardzo dużo wie na ten temat. Jak jest słabiej, to dzwonię do niej i pijemy razem kawę – przez telefon. Mogę jej opowiedzieć wszystko, i ona mnie… Z Agnieszką Suchorą przyjaźnię się od ponad dwudziestu lat, jest niezwykle ważną postacią w moim życiu. Też mogę jej opowiedzieć wszystko. Ale nie chodzi o to, że przyjacielowi musisz opowiadać wszystko, chodzi o swobodę. Nie musisz się kreować.

Możesz też milczeć przy niej.

Mogę, to jest najlepsze. Mam wielu takich ludzi, z którymi możemy się umówić nad Wisłą, siedzieć, nic nie mówić. Mam nawet jednego kumpla, z którym umiem milczeć przez telefon. I to jest też super.

A książki są twoimi przyjaciółmi?

Tak, chociaż ostatnio mam problemy z koncentracją… Bardzo lubię czytać, ale miałam niedawno różne przejścia w życiu, więc trochę straciłam umiejętności skupienia… Po tym poznaję, w jakiej jestem kondycji. Jak mam gorzej w życiu, to widzę, że największą ulgę dałaby mi książka, tylko niestety nie mogę się skoncentrować. Wtedy na siłę się koncentruję, ale nie zawsze wychodzi. Przekonałam się do Kindle’a, choć kiedyś myślałam, że nie, że tylko papier, papier. Kindle’a można wziąć do torebki.

I nie jest ciężki.

No właśnie. Niedawno przeczytałam książkę, która bardzo mi się podobała – Małe życie. Czytałeś to?

Przerwałem.

A mnie bardzo wciągnęła. W Kindle’u czytałam i nie wiedziałam, ile jeszcze mam stron, bo nie umiałam sprawdzić.

To bardzo gruba książka.

A ja ciągle nie wiedziałam, czy to już koniec, czy nie. Myślałam: „Boże, żeby ona się jeszcze nie skończyła”. To książka dla mnie ważna.

Gdybyś miała na bezludną wyspę wziąć powiedzmy trzy książki?

Trzy? To się zdziwisz. Niezależnie, czy mam taki etap, że jestem wierząca, czy etap, że jestem niewierząca, zawsze mam Biblię. Czasami ją czytam na chybił trafił, czasami nic z tego nie rozumiem, a czasami do mnie przemawia. Arcydzieło, do którego długo się zbierałam, to Czarodziejska góra. Na pewno bym ją wzięła. Są książki, które kocham, ale dawno ich nie czytałam. Jeżycjada Musierowicz – pamiętam, że jak się pojawiał nowy tom, to ja się zamykałam w pokoju albo szłam do wanny i czytałam na raz. Życie i los Grossmana, ale to bardzo smutne. Jedyna książka, którą rzuciłam o ścianę, tak mnie zdenerwowała, ale w związku z tym jest ważna, bo spowodowała taką reakcję, to Gra w klasy Cortázara.

A filmy?

Chodzi ci o to, że wracasz do domu i zaraz musisz włączyć film, który chcesz obejrzeć?

No właśnie.

Fanny i Aleksander… Pamiętam mój zachwyt, kiedy pierwszy raz to oglądałam. Manchester by the Sea, wspaniały film. Na Wielkim pięknie płaczę od początku do końca, kłócę się z moją przyjaciółką, która twierdzi, że to są popłuczyny po Fellinim, a ja płaczę i mówię, że to jest wielkie piękno.

A muzyka, obrazy? Jest coś ci szczególnie bliskiego?

Jest bardzo różnie, czasami będę słuchała kawałka Whiskey in the jar Metalliki, czasami włączę Lacrimosę, czasami to, co wrzuci mi moja córka, co jest teraz na czasie, czasami sobie włączę Beirut, czasami Kabaret Starszych Panów, za chwilę Nenę czy Drupiego, od Sasa do Lasa. Nie mam wyrobionego gustu, ale muzyki poważnej też czasami słucham. Malarstwo lubię oglądać, a ponieważ przyjaźnię się z historyczką sztuki Grażyną Bastek, to mam szansę, żeby fachowiec mi o tym opowiedział. Jestem szczęśliwa, że ktoś potrafi mnie przeprowadzić przez ten świat.

Twoje aktorstwo i twoje życie składają się z sumy barw, smaków, odczuć, emocji.

Trochę tak, niewątpliwie jest w tym nieco impresji, które ze sobą współgrają. Tworząc rolę, najpierw analizuję. Ale później zaczynam już to kolorować i używam wszystkiego – spotkań z moimi przyjaciółmi, rozmów, zdań, barw, zapachów. I pęknięć. Pęknięcie w postaci, słabość w postaci, jest dla mnie podstawą. Nasze czasy nie są dobre dla nieśmiałych ludzi. Ja lubię nieśmiałych ludzi. I lubię, gdy nagle widzę moment w rozmowie, kiedy taki człowiek się otworzy. Lubię tę wrażliwość, która jest na wierzchu. W świecie teraz jest to postrzegane jako słabość. A ja uważam, że słabości są czasami największą siłą.

CZEKAM NA STAROŚĆ

Tomasz Kot

– ostatnio więcej czasu spędza na planach filmowych za granicą niż w Polsce i sam nie wie, dokąd ta droga go zaprowadzi. Zaczęła się w rodzinnej Legnicy, gdzie jako licealista terminował w miejscowym teatrze, co później zakończyło się rolą… Hamleta. Na dobre pochłonęły go seriale, czyniąc zeń aktora komediowego, z czego sam nie zdawał sobie sprawy. Po czym przyszły najważniejsze role – Rysiek Riedel w Skazanym na bluesa, profesor Zbigniew Religa w Bogach, wreszcie pianista w Zimnej wojnie. Wśród najważniejszych filmów Kota trzeba wymienić jeszcze Erratum oraz Żyć nie umierać. On sam odżegnuje się od planowania przyszłości. Można jednak przypuszczać, że to dla niego początek nowego fascynującego etapu.

Rozmowa z Tomaszem Kotem

Stajesz się coraz bardziej aktorem międzynarodowym. Byłeś niedawno w Barcelonie robić postsynchrony do filmu, który jest już gotowy, kolejne czekają na premierę. Jaki tytuł w twoim dorobku otworzył ci tę drogę?

W przypadku karier aktorskich są dwie perspektywy. Widoczna na zewnątrz i ta wewnętrzna. Jeśli chodzi o perspektywę zewnętrzną, to Zimna wojna jest moją wizytówką. Filmową kartą wstępu. Jednak dla mnie momentem przełomu są Bogowie. Z Bogów bezpośrednio wynikała Zimna wojna, w trakcie pracy nad Bogami na nowo określiłem i zdefiniowałem się zawodowo. Załóżmy, że nie czułeś się nigdy napastnikiem, bardziej rozgrywającym, a tutaj musiałem być trochę jednym i drugim. Od Bogów trwa fascynująca przygoda.

Ale już wcześniej bywałeś napastnikiem. Skazany na bluesa był filmem, który opierał się na twojej roli.

Tak, ale dla mnie to był debiut, nie wiedziałem wówczas nic. Na planie pytałem o wszystko. Kiedy skończyłem szkołę, pierwsze pięć lat w zasadzie nie wychodziłem z teatru. Non stop główna rola za główną rolą, byłem bardzo mocno rozegrany. W dodatku bez rodziny, bez dzieci, więc w pełnej gotowości do pracy bez przerwy. Ważne jest, co człowiek ma w głowie. Ja wielu mądrych rzeczy nie miałem. To było raczej poznawanie świata.

Ostatnie miesiące i praca za granicą dały ci kolejną perspektywę patrzenia na siebie w tym zawodzie?

To jest tak jak z poznawaniem obcego języka. Przed filmem Bikini Blue znałem angielski na poziomie false beginner – coś tam kojarzę, ale się wstydzę odezwać. Mniej więcej od sześciu lat uczę się języka, przy Zimnej wojnie rozmawiałem o tym z Pawłem Pawlikowskim. On posługuje się wieloma językami i mówi, że każdy poszerza osobowość. Daje nam nowe możliwości. Na festiwalu w Cannes kazali mi przedstawić dokładną wizytówkę – co zrobiłeś do tej pory, ile konkretnie filmów. Wyszło chyba trzydzieści sześć, aż mi się nie chciało wierzyć. Wypełniam ten druczek i mówię: „Nie ma to sensu, kto będzie trzydzieści sześć filmów po polsku oglądał?”. Okazało się, że chodzi o co innego. Liczba filmów mówi o twoim doświadczeniu. Drugie pytanie brzmiało: „Ile razy ten sam reżyser poprosił cię do pracy ponownie?”. Ta informacja mówi z kolei o tym, czy przypadkiem nie ma z tobą problemów w pracy.

Potem w Stanach Zjednoczonych zorientowałem się, że Amerykanie mają obsesję szukania w rolach momentów. Moment jest najważniejszy, bo cię określa. To może być wszystko, na przykład spojrzenie.

Moment wskazuje, że aktor ma w sobie coś niepowtarzalnego?

Jakąś magię. Może się zdarzyć, że pierwszy raz pojawia się na planie amator, reżyser widzi go w kadrze i doznaje olśnienia. To jest ktoś, wokół niego budujemy opowieść. Miałem gigantyczny zaszczyt spotkać się z Francisem Fordem Coppolą. Spotkałem go w Paryżu, było to bardzo istotne wydarzenie w moim życiu. Trwało wiele godzin, i on w pewnym momencie mówi: „Muszę tych Bogów obejrzeć”. Chciałem mu opowiedzieć – klasycznie, jak aktor reżyserowi – o swojej drodze, ale Coppola powiedział, że każdy tę drogę ma swoją i on woli ze mną rozmawiać na wszystkie inne tematy, ponieważ według jego teorii aktor na pewnym etapie może zagrać wszystko, lepiej lub gorzej, a dla niego najistotniejsze jest, co ten aktor ma w głowie, co ma w oczach i jaka energia go napędza. W pewnym sensie poluje na moment – coś charakterystycznego, niepowtarzalnego.

Jak doszło do twojego spotkania z Coppolą?

Był wrzesień ubiegłego roku, właśnie się dowiedziałem, że po raz kolejny odwołano zdjęcia do filmu o Tesli. Jestem po pełnych przygotowaniach, czuję się jak przed Bogami, tak naładowany. Codziennie zakładałem kamizelkę, prasowałem koszulę i chodziłem na długie spacery, przerabiając w głowie sceny. Nagle dostaję maila od agenta z Los Angeles, że mam sześć dat do wyboru, bo pan Francis będzie w Paryżu i zaprasza mnie na spotkanie. W wielkim stresie poleciałem dzień wcześniej, żeby nie ryzykować, że samolot się spóźni albo zdarzy się coś nieprzewidzianego. Chciał mnie po prostu poznać. W Los Angeles zdarzało mi się często być na spotkaniach z różnymi ważnymi branżowo ludźmi też głównie z tego powodu, chcieli mnie poznać, zapytać o Pawła, o Zimną wojnę, więc nie byłem zdziwiony, tylko bardzo szczęśliwy. I wiesz, co jest najpiękniejsze w tej historii? Co mnie wysadza z butów? Pracując nad Bogami, pomyślałem, że nie jestem w stanie odtworzyć wiernie profesora Zbigniewa Religi. Problem był taki, że profesora ludzie kojarzyli głównie z okresu sejmowych korytarzy i jego późniejszej działalności, a ja miałem być profesorem z lat osiemdziesiątych. Potrzebowałem więc inspiracji i pomyślałem wtedy, że nie będę ograniczał się jedynie do polskiego podwórka. Uznałem, że najlepszym przykładem jest Robert De Niro w drugiej części Ojca chrzestnego. Nie gra tam młodego Marlona Brando, tylko własną wariację na ten temat. Delikatnie moduluje głos, wydaje mi się, że tysiące razy obejrzał pierwszą część tylko po to, żeby minimalnie odtwarzać Brando, ale go nie parodiuje, nie naśladuje, jest jak jego cień. I jest szczupłym gościem z wąsami. Na etapie konstruowania roli w Bogach ta myśl była jednym z moich fundamentów i dodawała mi pewności siebie. W Paryżu usiadłem naprzeciwko faceta, któremu to zawdzięczam. Mówię mu, że nie mogę uwierzyć, że mogę mu osobiście za to podziękować. Za drugą część Ojca chrzestnego. Zaczął się śmiać i mówi: „Boże, jak De Niro się bał, nie wiedział przez godzinę, które buty założyć”. Słuchając tej historii, myślałem: „Co ja tu robię, to jest niewiarygodne!”. To spotkanie dodało mi dużo siły.

Spotkanie z Francisem Fordem Coppolą musiało mieć dla ciebie znaczenie wręcz formacyjne.

Było piorunujące. Wiesz, ja nie piję alkoholu, a dostaję od niego wódkę „Pani Walewska”. „Panie Francisie, niestety, tę wódkę oddam komuś w recepcji, bo nie piję, dobrze?”. On na to: „Nie o wódkę chodzi, nie chcę też z tobą rozmawiać o zawodzie, bardziej mnie interesujesz jako człowiek. Co możesz mi powiedzieć o pani Walewskiej?”. Natychmiast wyskoczyłem z panią Walewską, z Napoleonem. Coppola jest wielkim fanem Polski, doskonale zna Wajdę, Popiół i diament jest dla niego filmem wstrząsającym, uważa, że Cybulski to jest James Dean przed Jamesem Deanem. Pytał mnie co chwilę, czy dobrze wypowiada nazwisko Lutosławski. Dużo wiedział, bardzo dużo…

To, co się wydarzyło po Zimnej wojnie – Cannes, a potem Oscary – sprawiło, że musiałeś pożegnać się z Tomkiem Kotem, aktorem polskim przyzwyczajonym do polskich warunków, do polskiej przaśności, troszkę niemożności, braku profesjonalizmu.

Nie jest u nas tak źle. Tak to sobie nazwałem, że przy Bogach miałem takie coś, że czuję się dobrym kierowcą. Czuję, że jest potencjał, ale nie mamy torów do Formuły 1. I nie mamy sponsora, który by mnie wsadził w taki samochód. Mogę jedynie teoretycznie zastanawiać się, jak by to było. Uważam, że mamy świetnych aktorów, którzy nigdy nie przejechali się po takim torze, więc nie wiedzą, czy się nadają, czy nie. Przed kilkoma laty wejście na ten wyższy poziom wydawało się niemożliwe, teraz na szczęście jest już inaczej. Widziałem ekipę Bożego Ciała na Oscarach, po prostu serce rośnie. Myślę, że to jest fantastyczne, bo ludzi, których ja poznałem rok temu, oni poznali teraz. To dla tych ludzi kolejna informacja – Polacy znowu tu przyjechali. Mają Idę, Zimną wojnę, zrobili ten cudowny film o van Goghu, a teraz Boże Ciało – Polacy są w porządku. Gadałem z Rafałem Zawieruchą, on ma w sobie coś z genialnego organizatora. Jak przyleciałem do Stanów, pomógł mi się zalogować do tamtej rzeczywistości, bo byłem bardzo przestraszony. Rafał żyje tam, jest napompowany innym powietrzem i myślę, że o to chodzi.

Marzysz sobie czasami, żeby się tam znaleźć? Dopuszczasz myśl, że w pewnym momencie dzieci pójdą do amerykańskiej szkoły i ty będziesz w innym świecie?

W ogóle tak nie myślę, wiesz? Odpuściłem sobie myślenie o przyszłości. Teraźniejszość jest naprawdę istotna. To, jak ją przerobimy, świadczy później o naszej przyszłości i na podstawie tego, jak konsumujemy teraźniejszość, wyrabia się nasza jakość na przyszłość. Na przykład opinii człowieka punktualnego nie wyrabia się w trzy dni. Takie myślenie pomogło mi w wielu sytuacjach, kiedy teoretycznie powinienem naprawdę się załamać.

Na przykład?

Jest jedna rzecz, która się wydarzyła zaraz po Bondzie, o której nikt nie wie. Nie mogę mówić o szczegółach, ale byłem już w obsadzie gigantycznej produkcji, naprawdę gigantycznej. Najpierw to zamieszanie wokół roli w Bondzie, kontakt z reżyserem Dannym Boyle’em, kiedy przekonałem się, że naprawdę jestem na światowym rynku. Tamto nie wypaliło, ale pojawiła się inna propozycja, bardzo poważna. Miałem konkretne rozmowy typu: „Musisz się wykasować ze wszystkiego do czerwca”. Pomyślałem – OK, chcę przeżyć taką pełnowymiarową przygodę, pozwalniałem się ze wszystkiego i wyczyściłem kalendarz.

Rozumiem, że to miał być duży, amerykański film?

Amerykańsko-brytyjski, międzynarodowy. Pamiętam, że kręcąc Nieznajomych, myślałem, że jeżeli mam zacząć w grudniu tamtą produkcję, a mamy początek listopada, to już ktoś powinien pytać o numer buta, o ubezpieczenie. Robiłem Nieznajomych ze świadomością, że jak skończę, mam dwa tygodnie przerwy i lecę przeżyć wielką przygodę. Coraz bardziej przeczuwałem jednak, że nic z tego nie wyjdzie. I tak się stało. Mogłem siąść i płakać, ale co by mi to dało? Myślę więc, że jak nie to, będzie coś innego, nieważne, musimy iść do przodu, a rozpamiętywanie w tym momencie już w niczym nie pomoże. Każdy kolejny film może i powinien być wspaniałą podróżą.

Wydaje mi się, że ten zawód wcale nie musi boleć. Tłumaczę to moim dzieciom i każdej grupie, z którą mam aktorskie warsztaty. Może sprawiać frajdę, dawać satysfakcję, być zabawą albo jak ciekawa zagadka matematyczna. Od nas zależy, jak tę zagadkę rozwiążemy. W filmie wypożyczamy siebie reżyserowi, żeby wcielić się w kogoś innego. Z takim myśleniem coraz częściej czuję się jak dziwak. Mam wrażenie, że gdyby nie te sukcesy, toby mnie odstawili na bocznicę.

Rozumiem, że w Bondzie byłeś przymierzany do czarnego charakteru?

Tak, to jest ta rola, którą ostatecznie zagrał Rami Malek. Jestem na wakacjach, jadę samochodem, nagle dzwoni agent i mówi, że ludzie od Danny’ego Boyle’a chcą, żebym nagrał self-tape’a. Dostałem kilka scen, z których miałem wybrać dwie. Jedna była z Javierem Bardemem, druga z Christophem Waltzem, kluczowe fragmenty. Takie sytuacje wydają się nierealne, traktujemy je w kategoriach żartu. Tymczasem muszę się tego nauczyć perfekcyjnie, bo ma być jedno ujęcie. Muszę opanować całość i zagrać na serio. A tam mamy teksty typu: „James, it was always me”. Największa walka, jaką muszę stoczyć, to uwierzyć w tę sytuację. Bo to jest abstrakcyjne – to poczucie cały czas mi towarzyszy. Jeszcze niedawno do Cannes jechałem jak turysta. Cieszyłem się, że mogę zobaczyć wielki świat, przeżyć przygodę. Nie zakładałem sytuacji, że to się może jakoś rozwinąć. Paweł Pawlikowski też podkreślał, że nie wie, jaka będzie reakcja na nasz film, czarno-biały, mówiony po polsku. Tymczasem rzeczywistość przerosła jakiekolwiek oczekiwania. Wiele pomnikowych osób mówiło mi wspaniałe rzeczy. Cate Blanchett na przykład powiedziała mi, że jestem partnerem marzenie, bo jestem dobry, ale potrafię się schować. Pomyślałem: „Spoko Cate, zawsze dla ciebie się schowam, nie ma problemu”. W jury była reżyser Ava DuVernay. Pamiętam ostatnią kolację – ludzie z jury, laureaci, wszystkie gwiazdy. Była tam również właśnie Ava DuVernay. Podeszła do mnie i mówi: „Nie znam cię, ale nie wolno ci teraz zniknąć. Najgorsze, co możesz zrobić, to zniknąć. Nie wolno ci teraz zniknąć, obiecaj mi, że nie znikniesz”. Pamiętam, że strasznie to przeżyłem i wtedy tak cyknęło mi w głowie, że to wcale nie musi być aż tak kurtuazyjna wizyta. Trzymam się mocno przy ziemi, ciężko mi przyjmować komplementy, zawsze mam do tego dystans. Pamiętam też wyjazd do Sewilli na rozdanie Europejskich Nagród Filmowych. Śmiałem się, że gdybym mieszkał w Londynie, to może bym się zakolegował z Ralphem Fiennesem, bo codziennie w Sewilli na siebie wpadaliśmy. Każde z tych wpadnięć kończyło się jakąś rozmową, krótkim spacerem, Zimna wojna bardzo mu się podobała. Kolejny dzień, znowu Ralph… Lubię tego gościa, mam poczucie, że on mnie też lubi…

Poznaliście się też troszeczkę? Gadaliście o zawodzie? Czy może o angielskiej piłce nożnej?

Zaczęło się od Zimnej wojny. Stałem przy recepcji w kolejce i nagle ktoś zaczął coś do mnie mówi. Śmieszne, bo on trochę łysiał, miał brodę, więc dopiero w drugiej minucie się zorientowałem, kto to jest. Poza tym oglądasz Angielskiego pacjenta i masz dziwne wrażenie, że oni wszyscy mają po sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu albo i więcej. Tymczasem spotykam faceta i patrzę w dół… Nieważne. Gadaliśmy o życiu w ogóle, o ludziach i festiwalach. Chodzi o taką chemię, która się pojawia, dobrze się czułem w jego towarzystwie, a on też raczej nie stronił ode mnie. Trzy dni później pytał, czy znam konkretną londyńską knajpę. W tym czasie już jeździłem do Londynu na próby do filmu o Tesli, więc mogłem ją sprawdzić… Przy pracy nad tym filmem, na razie przerwanej, nie czułem jakiegokolwiek kompleksu, że nie jestem jednym z nich, bo przyjeżdżam z Polski. Wszyscy byli traktowani równo. Jesteśmy kolegami z pracy. Najgorsze jest to, że my, Polacy, na co dzień wtłaczamy sobie do głów dziwne poczucie, że jesteśmy gorsi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki