Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zawisza Czarny - Jakub Ćwiek

Już się nie musisz obawiać, Polsko.

Zawisza Czarny jest na posterunku!

Pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej. Trafił pod opiekę emerytowanego żołnierza i mistrza sztuk walki pełniącego posługę misjonarską. Ten nauczył afrykańskiego chłopca bycia skutecznym na polu bitwy, pomógł mu zmienić ciało w broń, a przy okazji zaszczepił w umyśle polskie wartości, wpoił zasady patriotyzmu i ogromną miłość do nadwiślańskiego kraju. Podopieczny misjonarza, już jako dorosły mężczyzna, przybył do Polski, by krzewić prawdziwą, dobrze rozumianą polskość. Oto Zawisza Czarny!

Bohater trafia do Warszawy, gdzie z miejsca zostaje wmieszany w spisek tak zwanych polskich patriotów. W złożonej intrydze wezmą udział młodzi ambitni z Mordoru, uczestnicy rowerowej masy krytycznej, członkowie ONR-u, kibice Legii, a także podejrzanie popularny napój energetyczny Dumny Rodak.

Kto jednak stoi za całym tym zamieszaniem? I co znaczy być patriotą? O tym właśnie opowie Zawisza. Czarno na białym!

***

Czarny Zawisza, autentyczny, choć nietypowy polski patriota, ma niezwykłą moc jednoczenia Polaków. Prawi i lewi, akolici latte ze starbunia i wyznawcy comiesięcznych pochodów – Zawisza wkurzy wszystkich po równo i pokaże nam, jacy jesteśmy. Towarzyszyć mu będą warszawska Syrenka, tym razem w opcji bezłuskowej, międzynarodowe spiski i soczyste mordobicia. Od dzisiaj flaga Polski jest czarno-czerwona.
Tomek Bagiński

 

BIOGRAM

Jakub Ćwiek.
Jest autorem ponad dwudziestu książek, a także licznych opowiadań, artykułów publicystycznych i scenariuszy. Najbardziej znany ze stworzenia uniwersum Kłamcy, rozwija też światy, w których prym wiodą Chłopcy i Dreszcz, oraz wypuszcza się na zupełnie inne terytoria. Dziesięciokrotnie nominowany do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla, otrzymał ją w 2012 roku za opowiadanie Bajka o trybach i powrotach. W tym samym roku oraz ponownie dwa lata później został nominowany do Śląkfy w kategorii Twórca Roku.

Opinie o ebooku Zawisza Czarny - Jakub Ćwiek

Fragment ebooka Zawisza Czarny - Jakub Ćwiek

Dziadkowi Wieśkowi, chłopakowi z warszawskiej Pelcowizny

PROLOGOBIETNICA

Dawno, dawno temu żył sobie na ziemiach polskich rycerz, którego umiejętnościom w bitwie i pojedynku dorównać mogły jedynie jego odwaga i praworządność. Ci, którzy wiedzieli, że mają go po swojej stronie, przyzywali go w bitwach częściej niż archanioła Michała, bo i, po prawdzie, częściej na wezwanie odpowiadał. Wrogowie również powtarzali jego imię, tyle że albo z przestrachem, albo w pijackim bełkocie, kiedy to swatali go w kpinach ze świniami z pobliskiego chlewa.

Zawisza.

Mąż był to wielki jak dwa splecione ze sobą dęby, o nogach jako te pnie, plecach rozłożystych jak liściaste korony, a ramionach grubych i długich tak, że mógłby nimi objąć naraz wszystkie ziemie piastowskie. Nie był przy tym ociężały, co się często wielkoludom zdarza, ino zwinny jako ta wiewiórka, która po owych dębach skacze i kitą to na lewo, to na prawo wywija. A skoro już o kicie mowa, to wiedzcie, że tak o jej zasługach, jak i o żołędziach tego dębu mógłbym w tym miejscu wiele napisać, ale – o tempora! o mores! – wiele białogłów, kłam zadając pogłoskom o ich umysłowej pośledniości względem mężów, czytać się nauczyło. Z tegoż powodu strzymam tu opis tych zalet Zawiszy, by niepotrzebnie niewiast nie osramiać. Dodam tylko jedno: jeśli następnym razem ktoś napomknie, że i tak wszyscy pochodzimy od czarnych, warto go poprawić – od Czarnego.

Legenda głosi, że choć życie miał ci ów woj nad woje, rycerz nad rycerzy, szlachetne i pełne chwały, choć chwila pojmania go do niewoli godna jest pieśni nie pośledniejszych niż te, którymi starożytni sławili Leonidasa, władcę Sparty, to jednak godnej śmierci los Zawiszy poskąpił. Oto bowiem dwóch janczarów, pokłóciwszy się, do kogo należy jeniec, stoczyło nad nim pijacki pojedynek, aż się któryś z nich potknął, zagapił i niechcący ściął Zawiszy łeb. Byłby się rycerz napiął, a klinga odskoczyłaby ze zgrzytem jak od kamienia, pewien tego jestem jak swego imienia, ale on akurat myślami był daleko, w Ojczyźnie, na świętokrzyskiej ziemi, gdzie kiedyś wołali na niego… Tego już nie zdołał sobie przypomnieć, bo właśnie wtedy ostrze sięgnęło szyi, przecięło ścięgna, kręgosłup i głowa rycerza potoczyła się po piachu.

Nie był to jednak koniec, naraz bowiem rycerz mrugnął, a z ust jego wydobył się niski, głęboki głos. I choć wielu dziś powie, że to niemożliwe, Zawisza, już po śmierci, lecz zanim odszedł na dobre, złożył obietnicę, że gdy Ojczyzna znowu będzie w prawdziwej potrzebie, znajdzie sposób, by wrócić i ją od zła wybawić.

Na większości janczarów, do zabobonnego ludu należących, ta deklaracja ściętej głowy zrobiła nieliche wrażenie. Wyjątek stanowił ten, który ściął rycerza. On tylko wzruszył ramionami, powiedział coś, co na polski można by przełożyć jako: „E tam!” i… zabrał Zawiszową zbroję.

CZĘŚĆ PIERWSZAJAK PRZYGODA, TO TYLKO W WARSZAWIE

ROZDZIAŁ 1NIEZNAJOMI Z POCIĄGU

– Ale jak to, kurwa, Murzyn?

Ordon, do tego momentu wpatrzony w swojski, nieco rozmyty widok za oknem pociągu InterCity relacji Wrocław–Białystok przez Katowice i Warszawę, powoli odwrócił głowę i przyjrzał się uważnie dzieciakowi stojącemu w drzwiach przedziału. Czyli jednak, jak zakładano, szykowały się kłopoty, a on był również po to, by im zapobiec.

– No normalnie, Murzyn. Czarny taki. – Szczyl, na oko nie więcej niż siedemnastoletni, ekscytował się tak, że drgało mu oko. Nozdrza podrygiwały jak u rozdrażnionego byka; łysa, gładka czaszka lśniła w blasku porannego słońca. Mówiąc rwanymi, zdyszanymi równoważnikami zdań, odruchowo drapał się po symbolu Polski Walczącej wyrysowanym na koszulce na wysokości piersi. Zdaniem Ordona, na co dzień zatrudnionego w służbie zdrowia, zachowywał się jak zawałowiec próbujący rozmasować ból.

– Jesteś pewien, że facet nie był po prostu opalony? – zapytał kolega tego z kotwicą.

Wysoki, chudy dwudziestoparolatek z nosem szpiczastym i ostrym jak ptasi dziób był tym samym, który swoim zdziwionym pytaniem wyrwał Ordona z odrętwienia.

Trzeci z paczki na razie milczał; ściągnął usta w dziubek i w skupieniu skubał brodawkę nad lewą brwią. Z jego T-shirtu, spod szalika reprezentacji, łypał wyklęty wilk.

Dzieciak w progu, Kotwica, nieco się zaperzył.

– Jakie, kurwa, opalony? – krzyknął. – Jakie opalony?! Nos też mu się od słońca spłaszczył?! Wary napuchły? Końskie zęby też od jebanego, kurwa, słońc… – Przerwał nagle i odwrócił głowę w stronę korytarza. – Masz jakiś problem? Nie? To świetnie, się schowaj do przedziału i się, kurwa, nie wychylaj!

Ordon westchnął i ledwie zauważalnie pokręcił głową, trochę z irytacją, bardziej jednak ze znużeniem i politowaniem. Przecież kiedyś był taki sam. Gniewny, w gorącej wodzie kąpany, skłonny do bitki. Niezliczone blizny na jego twarzy, rękach, piersi, zgrubienie na nasadzie krzywego nosa, tatuaże więzienne i te późniejsze – wszystko przypominało mu dawne czasy, ilekroć spoglądał w lustro. Zgrubienie bliznowca nad czołem i kalafior na uchu znamionowały przeszłość, której nie zamierzał się wypierać. Podobnie jak wytatuowany, pękający łańcuch na szyi symbolizujący zerwanie wreszcie obcego jarzma. Był jak ten chłopak z kotwicą na piersi na długo przed tym, nim jego ogolony łeb, podbródek i policzki porosła szczecina w kolorze soli i popiołu. W jakiś sposób był nim również teraz, tyle że w umyśle, bo już nie w wyrywnym sercu. Życie nauczyło go, że nie tak załatwia się sprawy, jeśli są naprawdę ważne.

– Dobra, czyli niech będzie, że Murzyn. – Szpiczastonosy postanowił zmienić podejście. – Ale przyjrzałeś się mu i naprawdę ma na sobie patriotyczną koszulkę?

– Tak – odparł Kotwica; zamknął usta, otworzył je i znowu zamknął. – Tak.

– Polską?

– A widziałeś kiedyś niepolskiego patriotę? – odezwał się wreszcie ten trzeci, Wilk. Głos jednak miał zupełnie nie wilczy; brzmiał raczej jak bardzo dumna z siebie wiewiórka. – To tak jak papież. Wielu może się tak nazwać, ale prawdziwy jest tylko jeden!

Ordon, który właśnie się podniósł, by zdjąć z półki czarną sportową torbę, sapnął z dezaprobatą. Z tym dzieciakiem raczej nigdy nie miał nic wspólnego, nawet w swoich najgłupszych czasach, gdy jeszcze tatuował sobie na uszach i tyle czaszki trzy pozostałe, dziś mocno wyblakłe oblicza Światowida, nie był aż takim idiotą.

Kotwica również musiał poczuć zażenowanie, bo zanim podjął wątek, wziął kilka głębszych oddechów.

– Jestem pewien, że siedzący wagon dalej wielki jak sam skurwysyn Murzyn ma na sobie koszulkę polskiej reprezentacji, biało-czerwony szalik i czapkę z daszkiem z napisem „Aj serce Kuba…”

– Ha, jak ta komunistyczna wyspa! – Palec satysfakcji wilka wyklętego wystrzelił w górę.

– …Błaszczykowski – dokończył Kotwica, przejeżdżając ręką po czole. – Dobra, panowie, bo to już ostatnia prosta i zaraz będziemy w stolicy wysiadać. Co robimy z czarnuchem? Bo ja tam rasistą nie jestem, ale trochę mnie pierdolona małpa przebrana za patriotę jednak obraża.

– No idziemy – powiedział Szpiczastonosy, podnosząc się z miejsca. – Pytanie tylko, jak to zrobimy, skoro taki wielki, a walka w przedziale… Ej, czy to Dumny Rodak?

Wskazał palcem półlitrową puszkę, którą przed momentem Ordon wyjął z torby i postawił na niewielkim stoliczku. Na biało-czerwonym pojemniku widniał chłopak w czarnych bojówkach i z rękami skrzyżowanymi na polskim orle zdobiącym mu pierś. Z jego pleców wyrastały widmowe husarskie skrzydła, a wokół głowy, niczym aureola, rysował się nie do końca materialny hełm Małego Powstańca.

Starszy mężczyzna udał zaskoczenie. Przez moment wpatrywał się w palec Szpiczastonosego, a następnie podążył wzrokiem za jego wskazaniem. Wziął do ręki puszkę, paznokciem szarpnął zawleczkę. Upił mały łyk, spijając to, co wylało się na denko.

– Tak, to Dumny Rodak – powiedział cicho schrypniętym głosem starego palacza, którym nigdy nie był. – Chcecie, chłopcy, skosztować, zanim pójdziecie bić czarnucha?

Popatrzyli po sobie. Wyglądali na zdziwionych, że wiedział, o czym mówili. Kretyni.

– A to nie tak, że Rodak jest dostępny tylko w Warszawie póki co? – zapytał Kotwica. Wszedł do przedziału i usiadł naprzeciwko Ordona. – Bo widziałem reklamy w telewizji, ale tak właśnie mówili. Że na razie tylko Warszawa, bo patriotyzm rozlewa się od serca. Jaki to?

– Godność – odparł Ordon, lekceważąc wcześniejsze pytanie. Nie chciało mu się wymyślać żadnego kłamstwa.

– Czyli jabłkowe? – zapytał Wilk.

Ordon pokręcił głową, ale z odpowiedzią uprzedził go Szpiczastonosy.

– Coś ty, godność to porzeczka – wyjaśnił. – Waleczność jest jabłkowa, a wierność wiśniowa.

– Dla mnie wiśniowa powinna być tolerancja – zauważył Kotwica. – Nienawidzę wiśni.

Ordon milczał. Były takie chwile – krótkie, choć ostatnio coraz częstsze – kiedy wątpił w sprawę. Zwykle te momenty zwątpienia wiązały się ściśle ze spotykaniem ludzi takich jak ci tutaj. Jak mawiał Tadzio Duda, trener lokalnej drużyny piłkarskiej w jego rodzinnej miejscowości: „Nacjonalizm to dobra rzecz, bo trzyma obcych z dala od twojego domu. Ale jest też niebezpieczny, bo jak przesadzisz ze stawianiem granic, skończy się ruchaniem sióstr i wtedy napłodzisz debili”.

Tak, pomyślał Ordon, otwierając torbę i wyciągając z niej trzy kolejne puszki, stary, poczciwy Tadzio, wiecznie niespełniony pisarz i bardzo spełniony alkoholik, miał talent do formowania takich myśli.

– To co, panowie, strzelicie po Rodaczku przed patriotycznym obowiązkiem? – zapytał. – Jestem pewien, że wasz Murzyn poczeka.

Znowu popatrzyli po sobie i dostrzegł w tych spojrzeniach zgodne, jednogłośne:

– Co tam, kurwa! – zawołał Kotwica. – No przecież, że poczeka. Dawaj pan!

***

Siedzący wagon dalej na fotelu numer siedemdziesiąt trzy – środek – czarnoskóry mężczyzna w koszulce reprezentacji faktycznie nigdzie się nie wybierał. Czytał książkę, starając się nie garbić i w miarę możliwości nie zajmować więcej miejsca, niż przysługiwało mu zgodnie z biletem. Muskularne ręce dociskał więc do żeber, nogi trzymał razem, a piętami dotykał kratki pod siedzeniem. Gdy odwracał stronę, najpierw podnosił róg kciukiem prawej dłoni, a następnie lewym powoli przeciągał kartkę na stronę przeczytanych. Każdorazowo przy tej czynności unosił lekko głowę i upewniał się, czy pyzaty blondynek w wieku przedszkolnym wciąż się na niego gapi. Uśmiechał się wtedy lekko, na co chłopiec reagował mrugnięciem i przełknięciem śliny. I tak do następnego przewrócenia strony.

W końcu maluch zebrał się na odwagę.

– Panie Murzynie, czy pan jest z Afryki? – zapytał nagle.

Jego matka, drobna, zgrabna blondynka o uroczo zaokrąglonej buzi, wyprostowała się, jakby raził ją piorun, zaczerwieniła się i oderwała wzrok od telefonu. Już otwierała usta, by przeprosić. Nie wiedziała, czy po polsku, po angielsku, czy może łamanym francuskim, który miała w szkole, ale uciekała z lekcji, bo francuski we wtorki był ostatni, a jak uciekła, to mogła wracać do domu z Gosią z równoległej klasy i gadać o Bartku i chłopakach z trzeciej… Zagadnięty mężczyzna okazał się jednak szybszy.

– Tak, tam się urodziłem – odparł płynną polszczyzną. – Na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Ale wychował mnie pewien polski misjonarz, nauczył mnie o Polsce wszystkiego, co wiedział, i teraz czuję się bardziej Polakiem.

Chłopczyk pokiwał głową, powoli, z rozmysłem, by zaraz stracić zainteresowanie i zająć się trzymaną na kolanach książeczką. Ledwie jednak jego mama nieco się uspokoiła, a czarnoskóry mężczyzna przeczytał kolejny akapit, chłopiec zadał kolejne nurtujące go pytanie:

– Dlaczego dzieci w Afryce tak bardzo lubią szpinak?

Tym razem matka była szybsza. Odwróciła się błyskawicznie i pochyliła do przodu, jakby chciała zasłonić chłopca przed pędzącą kulą odpowiedzi czarnoskórego mężczyzny.

– Pawełku, mógłbyś pana nie zaczepiać? – ofuknęła go. – Widać, że jest zajęty, tak? Czyta książkę i…

– A lubią? – zapytał mężczyzna.

Pytanie, mimo pleców matki, na których podwinięta koszulka ukazała jeden z dołeczków Wenus, jakoś dotarło do chłopca, bo wychylił głowę i energicznie nią pokiwał.

– Mama mówi, że dzieci w Afryce zabijałyby się za mój szpinak i dlatego nie powinienem grymasić.

– Pawełek, wystarczy, naprawdę – jęknęła zawstydzona kobieta. Wyprostowała się, poprawiła bluzkę i fryzurę, wpatrzona w tym czasie w wielkie sportowe buty współpasażera. – Ja pana naprawdę przepraszam za syna, ale on…

– W porządku – odparł mężczyzna i zamknął książkę. – Nic się nie stało, a ja chętnie odpowiem, jeśli pani pozwoli. Pawełek, tak?

Chłopiec raz jeszcze energicznie pokiwał głową.

– No więc, Pawełku, afrykańskie dzieci nie będą się zabijały o twój szpinak. Ale jeśli faktycznie będziesz go jadł i będziesz silny i zdrowy, to może kiedyś dorośniesz na tyle, by zostać misjonarzem, pojechać do Afryki i dać tym dzieciom coś smacznego, by nie chodziły głodne. Co ty na to?

Matka Pawełka podniosła głowę. Tylko na moment, ale dość długi, by mężczyzna był w stanie zauważyć malujący się na jej twarzy uśmiech wdzięczności, w którym, gdy się przyjrzeć, dało się dostrzec coś jeszcze. Już wcześniej wzbudził jej zainteresowanie jako mężczyzna, zerkała przecież na niego od samych Katowic. Na masywne ramiona, na białe wnętrza dłoni o długich palcach, przystojną, egzotyczną twarz, a nawet raz czy drugi na krocze. Teraz jednak zyskał w jej oczach nie jako egzotyczny obiekt ewentualnych wieczornych fantazji, ale jako wyrozumiały dla dzieci, empatyczny mężczyzna, a tacy zawsze byli w cenie.

Przez tę krótką chwilę, gdy ich spojrzenia się przecięły, gdzieś pomiędzy nimi wszechświat wyrysował swą niewidzialną kredką całą mnogość romantycznych, choć w większości trącących mezaliansem scenariuszy, ciągnących się od niezliczonych wariantów pierwszej randki, przez wspólne wyjście do parku, aż po ślub, podczas którego on oczywiście będzie na biało, a ona…

– To znaczy, że ja mam jak debil jeść szpinak, żeby jakieś małe czarnuchy dostały łakocie? – zapytał nagle Pawełek, a jego głos był jak zgrzytnięcie igły w poprzek rowków winylowej płyty. – Nie ma głupich, panie Murzyn!

***

Nie protestowali, gdy Ordon poprosił ich o puste puszki. Siedzieli grzecznie, nieco osowiali, trochę odklejeni od rzeczywistości; kołysali się w takt stopniowo zwalniającego pociągu. Zgodnie z tym, co przed chwilą zapowiedziano z megafonu, mieli się niebawem zatrzymać na stacji Warszawa Zachodnia. Lekko rozkojarzony męski głos przypomniał wysiadającym o ich bagażach, podziękował za wspólną podróż i życzył udanego pobytu lub dobrej dalszej podróży. Ordon swoim zwyczajem podziękował cicho.

Starannie zgniótł ich puszki i włożył je do reklamówki, a następnie torby. Zrobił to także z tą po swoim własnym Rodaku. Wcześniej upił z niej ledwie dwa łyki, a potem dyskretnie wylał resztę w toalecie i uzupełnił wodą. Nie zamierzał sam pić tego dziadostwa. Nie potrzebował, bo umiał nad sobą zapanować.

Kotwica, Szpiczastonosy i Wilk zareagowali na dźwięk zgniatanej blachy, ale nie obeszło ich to specjalnie. Puszki, które Ordon miał ze sobą, były dodatkowo podrasowane, lecz i oni byli wyjątkowo podatni. Do tego stopnia, że Kotwica nawet w pewnym momencie zaczął przewracać oczami i się ślinić. Przez chwilę wyglądało na to, że będzie potrzebna pomoc, ale ostatecznie obyło się bez medycznych zabiegów. Pozostali dwaj patrioci zapytani o Murzyna i konieczność interwencji zbyli to wzruszeniem ramion i machnięciem ręką. Czarnoskóry w polskich barwach, jadący – jak pewnie i oni – na mecz reprezentacji mający się odbyć na Stadionie Narodowym, już ich nie tylko nie urażał, lecz także najwyraźniej specjalnie nie obchodził.

Swoją drogą, pomyślał Ordon, ten Murzyn mógł być całkiem interesującą postacią. Nie miał nic przeciwko takim, tolerował ich i w przeciwieństwie do wielu kolegów i znajomych uważał ich za ludzi. Takich, którzy nie powinni się tu specjalnie krzątać, roznosić chorób i pieprzonego multi-kulti, ale nadal ludzi. Ten, jeśli wierzyć, że nie założył narodowych barw ironicznie, miał w sobie dość rozumu i godności, by uszanować kraj, w którym się znalazł. To było w jakiś sposób budujące.

Wtedy Ordon przypomniał sobie, że kiedyś już o takim słyszał. Zaraz po tym, gdy zaczął się ten cały bum na ludzi w pelerynach, tych, co się naoglądali za dużo filmów i naczytali komiksów, a potem zaczęli robić z siebie idiotów w telewizji. Wtedy, chyba na Śląsku, bo opowiadał o tym kumpel z Chorzowa, kibic Ruchu, pojawił się taki jeden, właśnie czarny. Podobno bardzo dobrze się bił i strzelał, a nazywał się…

***

 – Piotrek – powiedział czarnoskóry.

Postawił na podłodze przedziału walizkę matki Pawełka, która właśnie przed chwilą, gdy udało im się przełamać niezręczność wywołaną wypowiedzią chłopca wybuchem śmiechu mężczyzny i obejmującym pewnie już całe ciało jej płomiennym rumieńcem, przedstawiła się jako Gosia.

– Ale ludzie mówią na mnie Zawisza – dodał.

– O, ładnie. A dlaczego tak?

– Bo jestem czarny – odparł z uśmiechem, a gdy zobaczył, że nie załapała żartu, machnął ręką. – Mniejsza z tym. Bardzo miło było was poznać. Na pewno dasz sobie radę z tym bagażem? Mogę cię, Gosiu, podprowadzić do postoju taksówek czy na autobus… Zresztą, wiesz co? I tak tam idę, mam więc nadzieję, że nie będę wam zawadzał. Co ty na to, kolego?

Pawełek nie był głupi. Jak na bystrego chłopca przystało, zdawał sobie sprawę, w jaki sposób może teraz odrobić utracone u mamy punkty. Poza tym pochodzili z mamą z małego miasteczka i nie miał wcześniej w życiu okazji, by spotkać czarnego, a co dopiero spędzić z nim trochę czasu. Kierując się więc czymś, co dopiero za kilkanaście lat – gdy rozpocznie swą transformację z bezczelnego dziecka w nadętego studenciaka filologii – będzie umiał nazwać pragmatyzmem, pokiwał głową.

– Bardzo klawo, panie Czarny Zawiszo.

Pociąg wjechał w tunel i zaraz potem na wypełniony ludźmi peron Dworca Centralnego.

W jednej chwili tłum ściśnięty na wąskiej przestrzeni między ruchomymi schodami a tablicą informacyjną i podwieszonymi nań ekranami emitującymi programy TVN24 rozciągnął się wzdłuż białej linii. Ci z pasażerów, którzy już zawczasu zajęli pozycje w stosownych sektorach, żegnali się z bliskimi, jakby ruszali na front wojny stuletniej; inni szli lub biegli wzdłuż wagonów, by znaleźć się przy odpowiednich drzwiach, gdy tylko skład ostatecznie się zatrzyma.

Na korytarzu wagonu też uformowała się już kolejka. Ktoś z kimś rozmawiał, głośno, ale na tyle daleko, że trudno było zrozumieć słowa. Gruby facet opierający się o szybę przedziału Zawiszy właśnie dojadał kanapkę z kurczakiem i sosem czosnkowym, co wybitnie irytowało stojącą przed nim dziewczynę w bluzie z logo Nirvany.

– Gdzie się zatrzymasz… e, Zawiszo? – zapytała Gosia.

– Mam rezerwację w takim jednym hotelu niedaleko Wisły – odparł. – Spałem tam już kiedyś. Jest tanio i wieczorem można pospacerować. A co?

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo gdzieś na peronie rozległ się huk, a niemal natychmiast po nim – piski i wrzaski.

Zawisza zareagował instynktownie. Pchnął Gośkę i Pawełka na siedzenia, przykucnął i szeroko rozłożył ręce, tak że niemal ukrył ich za tarczą swych szerokich pleców. Jednocześnie zaczął czujnie obserwować przez szybę zamieszanie na peronie. Ludzie potykali się o innych ludzi, biegnąc lub próbując biec w różnych kierunkach. Podróżne torby jednych zaczepiały się o ciągnięte na kółkach walizki drugich. Ci, co już wsiedli, wracali, by sprawdzić, czy z bliskimi na peronie wszystko jest w porządku. U szczytu schodów tłum gapiów wyglądał na peron, blokując uciekającym wjazd na górę.

– Jezusmariaterroryści – jęknął ktoś w korytarzowej kolejce. – Pierdoleni ciapaci wszystkich nas tu wysadzą.

Ktoś inny napomknął go dyskretnie, że nie powinien tak mówić, bo to bezpodstawne oczernianie i przecież nie wiadomo, kto za tym stoi. Ktoś zaraz zauważył, że to właśnie przez takie lewactwo mamy teraz w Europie to, co mamy. Czwarty głos kazał się zamknąć poprzednim, a piąty zaczął się głośno modlić.

Zawisza zaryzykował odwrócenie głowy. Dostrzegł, że dziewczyna w bluzie Nirvany kucnęła i zasłoniła uszy łokciami. Gruby facet za nią również spróbował, ale kolana dość szybko uświadomiły mu, że nie ma takiego aktu terroru, który zmusiłby je teraz do zgięcia. Odpuścił więc i dał tylko Zawiszy dyskretny znak, że fajnie by było, gdyby ten zasłonił go znajdującą się w przedziale kotarką.

– Panie Zawisza, czy to bomba? – zapytał cicho Pawełek.

– Raczej petarda – odparł.

Jednak na wszelki wypadek wciąż trwał w tej samej niewygodnej pozycji, osłaniając dwójkę współpasażerów. Widział już, jak na peronie zjawiają się policjanci i strażnicy kolei, jak rozglądają się uważnie, kogoś szukają. Żaden z mundurowych nie zachowywał się jak przy ataku terrorystycznym, nie było też dymu, krzyków bólu czy widocznych zniszczeń. Tylko panika i ludzie kłócący się na ruchomych schodach, niezdecydowani, czy w chwili zagrożenia życia można stratować komuś walizkę, czy nie, i czy są wyjątki od reguły, że lewa strona schodów powinna być wolna od staczy.

Zawisza wyprostował się w końcu, przeciągnął i pomógł wstać Gosi.

– No to teraz, skoro znamy się bliżej – zauważył – nie będziesz chyba miała nic przeciwko, bym odprowadził was do taksówki.

Kobieta w pierwszym odruchu upewniła się, że Pawełkowi nic nie jest, następnie zaczesała włosy za ucho i obciągnęła bluzkę.

– Co to było? – zapytała. – Faktycznie petarda?

Zawisza wskazał brodą na okno, za którym grupa funkcjonariuszy prowadziła czwórkę dzieciaków w barwach narodowych. Trzech z nich szło, jakby mieli już nieźle w czubie. Czwarty, wspierany przez strażnika ochrony kolei, ledwie się przemieszczał. Zgięty wpół dociskał do brzucha lewą rękę owiniętą w szalik. Biały pas materiału coraz bardziej różowiał.

– Chyba urwało mu palce – zauważył z powagą Pawełek.

ROZDZIAŁ 2JOT DWADZIEŚCIA TRZY

Świtoń czuł się nieswojo. Nie chodziło tu o rozsądek, bo uważał, że całkiem nieźle to sobie wydumał z tym kamuflażem. Był niczym J-23 z ulubionego serialu taty, podwójny agent, który w przebraniu wroga jest w stanie niepostrzeżenie przekazywać informacje, przemieszczać się, a nawet, gdy pojawi się taka możliwość, zadawać druzgocące ciosy.

Jednak co innego umysł, a co innego serce. A ono podpowiadało mu, że w tych wpijających się w jaja obcisłych rurkach, w tej pstrokatej marynarce i w kaszkiecie naciągniętym na łysinę dokonywał zdrady wartości, które od zawsze wyznawali jego dziadek, ojciec i dwaj bracia. I do tego popijał ów judaszowy akt cholerną karmelową latte na soi, która – wbrew wszelkim prawom natury – była całkiem smaczna.

– Robię to dla sprawy – mruknął po raz nie wiadomo który, odbijając się barkiem od tablicy z rozkładem i odciągając wolną ręką materiał spodni od krocza. – Dla sprawy, Narodu i Boga.

O tym ostatnim mówił jednak cicho, bo przerażała go myśl, że mógłby na siebie zwrócić Boską uwagę. Nie chciał się pokazać tak ani Jemu, ani zasiadającemu po Jego prawicy – tak zawsze twierdził tata – marszałkowi Piłsudskiemu, który nie cenił sobie takich podstępnych metod jak kamuflaż, zwłaszcza obejmujący przebranie się za wroga. Marszałek był bohaterem, a to oznaczało, że sprawy załatwiał na dwa: sru w ryj i pokręcenie wąsa.

Świtoń wiedział jednak, że cokolwiek by teraz czuł, ważniejsze było otrzymane zadanie, misja świadcząca o zaufaniu, jakim go obdarzono, i rozkaz, który musiał wykonać mimo wszelkich niewygód.

– I wykonam – upewnił się ponownie. Upił łyk kawy i docisnął łokciem trzymaną pod pachą papierową teczkę.

O człowieku, któremu miał ją przekazać, wiedział niewiele, bo Mariacki, stary kibic, a jednocześnie szycha, no, szyszka patriotycznego neopodziemia, gdy podawał mu teczkę, nie miał zbyt wiele czasu. Zrozumiałe, był młodym rodzicem, a to w tym mieście niełatwe i wymagające często prawdziwej ekwilibrystyki, jak na przykład zwolnienie się wcześniej z pracy, by zdążyć odebrać dzieci z przedszkola na Młocinach. Dlatego Świtoń nie miał mu za złe, że usłyszał o odbiorcy teczki jedynie: „To jeden z naszych, ale taki mocno nietypowy, więc rozpoznasz bez trudu”. Nadal jednak świadomość, że to na nim teraz spoczywała cała odpowiedzialność za należyte rozpoznanie, trochę gniotła go w dołku.

W końcu zapowiedziano pociąg relacji Wrocław–Białystok i dwie minuty później elegancki, nowoczesny niebiesko-srebrny skład zatrzymał się przy peronie. Ludzie wokół Świtonia ruszyli to w jedną, to w drugą stronę, po czym zajęli miejsca przy wejściach, ustawiając się po obu stronach drzwi niczym wojskowy szpaler na powitanie ważnych osobistości. Świtoń znowu odbił się ramieniem od tablicy, upewnił się, zerkając w lewo i prawo, że widzi ze swojego miejsca wszystkie wejścia do pociągu, i zamarł w oczekiwaniu.

Dasz radę, Świtoń, dasz radę, powtarzał sobie w myślach głosem marszałka Piłsudskiego, którego słyszał kiedyś na archiwalnym nagraniu. Co prawda, nie zapamiętał go wtedy za dobrze, więc ten głos w jego głowie brzmiał bardziej jak Jacek Rozenek z gry Wiedźmin mówiący ze wschodnim zaśpiewem, ale liczyła się symboliczna wartość tej myśli – oto legendarny wódz zapewniał jego, szpiega w służbie nowego polskiego podziemia, że da radę. Cóż mogłoby go teraz powstrzymać?

Odpowiedź na to w zasadzie retoryczne pytanie nadeszła niemal natychmiast z głośnym hukiem, który odbił się echem od filarów, ścian i sufitu, a zaraz potem wrzaskami, krzykami i ogólnym harmidrem.

Świtoń się nie bał. Rzecz jasna, przez głowę przemknęła mu myśl, że to może być atak terrorystyczny, ale nawet wtedy zamiast się przestraszyć zaczął rozważać, co powinien teraz zrobić. Najpierw przyszło mu na myśl, żeby wyrzucić ten cholerny kubek z resztką słodkiej latte, tak by nie umrzeć z nim w ręku. Następnie, co oczywiste, zabezpieczyć, ukryć teczkę. Tylko gdzie?

Rozejrzał się uważnie i trochę nerwowo, a potem skarcił się w myślach, że przecież wygląda to podejrzanie. Dlatego przestał, zamarł, a potem powoli ugiął kolana, by przyjąć pozycję przestraszonego lewaka z rękami nad głową. Tak ich zawsze widział oczyma wyobraźni, z takich się naigrywał i takim właśnie przyszło mu teraz zostać. Życie szpiega jest trudne, pomyślał, ale czego się nie robi dla sprawy.

Gdy kilka minut później policjanci ujęli sprawców zamieszania i odprowadzili ich na górę – czterech kibiców z szalikami reprezentacji, jeden z nich był ranny, wszyscy czterej bez cienia wątpliwości pijani – jakaś dziewczyna prostująca się właśnie obok Świtonia wydęła brzydko usta.

– Patrioci – prychnęła pogardliwie.

– Gówno tam – żachnął się Świtoń – zwyczajna hołota, pewnie przebrane lewaki, co godła i flagi nie szanują.

Dziewczyna, pomarańczowowłosa hostessa rozdająca ludziom na peronie próbki afrykańskiej kawy Usawa (fair trade), posłała mu zaskoczone spojrzenie i ukradkiem przyjrzała się jego ubiorowi, który nijak nie pasował do jego słów.

– Przepraszam, co powiedziałeś?

– Prawaki – poprawił się Świtoń i uśmiechnął niepewnie. – Strony mi się mylą, mam tak od przedszkola.

To powiedziawszy, cofnął się o krok, potem kolejny, a następnie odwrócił i…

To musi być on, pomyślał na widok mężczyzny pomagającego wysiąść kobiecie z dzieckiem. Nikt inny nie pasuje lepiej do tego cholernego opisu.

Wyciągnął teczkę spod pachy, policzył do pięciu i ruszył w kierunku zapchanych ludźmi ruchomych schodów.

***

Ordon nie przestraszył się huku. Nawet trochę się go spodziewał od chwili, gdy pociąg wyłonił się z mrocznego tunelu i wjechał na oświetlony bladym światłem peron, a on zobaczył grupkę słaniających się od alkoholu kibiców, z których jeden zachowywał się wyjątkowo podejrzanie i ewidentnie chował coś w rękach.

Petarda. W sumie i tak dobrze, że nie raca, bo wtedy byłby dym, a z dymem i większe zamieszanie, bo to przecież dworzec, podejrzenie zamachu bombowego, ewakuacja. Pewnie i tak zaraz jakąś wdrożą, bo ludzie, usłyszawszy huk, zaczęli panikować. Tym się właśnie kończy zabieranie obowiązkowej służby wojskowej – ludzie nie odróżniają huku petardy od wybuchu bomby.

Ordon przysunął twarz do okna i spróbował pośród wystraszonych ludzi wypatrzyć kogoś, kto mógłby być kurierem. Nie miał pojęcia, kogo się spodziewać, ponieważ nie dostał żadnej informacji o znaku rozpoznawczym, którego powinien wyglądać. Gdy zadzwonił na podany mu jednorazowy numer, usłyszał jedynie: „On cię znajdzie, ma twój dokładny opis, a teraz sorry, ale nie mogę gadać, bo stoję w korku i śpieszę się po dzieci, nara”. Wszystko wyrzucone na jednym oddechu, do wtóru klaksonów, wyzwisk i dżingli Programu Drugiego Polskiego Radia. A potem cisza i „numer, pod który dzwonisz, jest wyłączony” przy każdej kolejnej próbie. Zostawała więc nadzieja, że faktycznie kurier będzie wiedział, kogo szukać, Ordon dostanie materiały, zapozna się z nimi i na szybkości wprowadzi w życie. Chciałby, gdyby się dało, zobaczyć wszystko to, co wydarzy się później, już z własnego domu, z kanapy przed telewizorem. Ostatnio miał trochę dość spędów i manifestacji.

W końcu wypatrzył jakiegoś dzieciaka. Chłopak z pozoru wyglądał jak rasowy hipster, z tą marynareczką z kapturem, kaszkiecikiem i rurkami, ale szybko dało się zauważyć, że nie dopilnował szczegółów. Skarpety nosił nie dość, że długie zamiast odsłaniających kostkę stópek, to jeszcze frotowe, co było przecież niedopuszczalne. Słuchawki wystające mu z kieszeni były czarne, a kubek ze Starbucksa trzymał akurat w taki sposób, że logo syrenki z jednej i z drugiej strony zakrywał palcami, ani trochę go nie eksponując. Gdy huknęła petarda, chłopak nie zareagował jak inni, tylko w pierwszej chwili spojrzał z przestrachem na kawę, potem na teczkę, wreszcie zaczął się nerwowo za kimś rozglądać. Myśl, że powinien się wtopić w tłum, dotarła do niego z wyraźnym opóźnieniem, ale przynajmniej się pojawiła.

Ordon się odwrócił. Wyjął z torby rashguard reprezentacji, trochę już przechodzony biały wariant koszulki z Euro 2012 z długim rękawem i numerem szesnaście na piersi. Podobnie jak ten Murzyn z opowieści Kotwicy, Ordon też cenił sobie Błaszczykowskiego. Lewandowski mógł sobie strzelać bramkę za bramką, ale póki nie zacznie wyglądać jak facet, nie ma u Ordona szans.

Zdjął bluzę i T-shirt, odsłaniając pełen blizn, ale wciąż całkiem nieźle wyrzeźbiony tors. Tylko nad brzuchem mógłby trochę popracować – wytatuowany na nim żubr wyglądał, jakby się wykrzywiał przed zwierciadłem w gabinecie krzywych luster.

– To już? Warszawa? – zapytał nieobecnym głosem Kotwica.

– Tak, możecie się zbierać – odparł Ordon.

Przyjrzał się chłopakowi z lekkim zaniepokojeniem. Trochę jednak przesadzili z tym mocnym wariantem Rodaka. Teraz te dzieciaki wyglądają jak naćpane. Ale lepsze to niż, jak z tymi pijanymi petardowcami, nie dopilnować i pozwolić działać samopas. Teraz na pewno będzie o tym w wiadomościach. Dobrze, że to nie dzisiaj wypada godzina W.

Założył rashguard, obciągnął go na brzuchu i wyjętą z torby biało-czerwoną opaską zasłonił Owsiakowe serduszko na ramieniu. I tak nie byłoby go widać spod czerwonej dresowej bluzy, którą zakładał na wierzch, ale lepiej się w ten sposób czuł. Przejrzał się w lusterku, kilka razy uderzył się otwartą ręką w głowę, by zaczerwienieniem podkreślić wyblakłe tatuaże – po tym kurier mógł go rozpoznać, a im szybciej się obaj zidentyfikują, tym lepiej – i ruszył do wyjścia.

Akurat przelała się pierwsza fala wychodzących i na korytarzu zrobiło się luźniej. Gdy doszedł do drzwi, chcieli już wsiadać pierwsi pasażerowie do Białegostoku, ale stojący na schodku chłopak, dostrzegłszy starszego mężczyznę, cofnął się i przesunął, by zrobić mu miejsce.

– Dziękuję – wychrypiał Ordon.

Stanął na płycie peronu i rozejrzał się, ale w pierwszej chwilinie dostrzegł wypatrzonego w przedziale dzieciaka. Może podszedł do którychś drzwi? Albo może to jednak nie był ten? Może to zwykły student z prowincji, który próbuje się wpisać w warszawskie trendy, ale jeszcze nie do końca umie. Tak, uznał Ordon, to też jest możliwe i dlatego najlepiej zająć miejsce w widocznym punkcie i tam zaczekać.

Stanął obok rozkładów jazdy, położył torbę na ziemi, zaplótł ręce na piersi i zaczął obserwować ludzi.

***

Z jakiegoś powodu przez labirynt Dworca Centralnego Gosię i Pawełka prowadził Zawisza. Na początku wyszło to dość naturalnie i sensownie, bo to on jako rosły mężczyzna pierwszy wyszedł z pociągu i utorował im drogę między podróżnymi aż do ruchomych schodów. Tam jednak przepuścił matkę z dzieckiem i stanął za nimi, więc powód, dla którego na górze znowu przyjął rolę przewodnika, nie był dla nikogo z nich do końca jasny; ale też żadne się nad tym specjalnie nie zastanawiało.

Chwilę stali przed Starbucksem, zastanawiając się, czy potrzebują pójść w prawo i przez Złote Tarasy na postój taksówek, czy też jest jakaś inna droga. Zawisza zapytał o to przechodnia, ale ten miał słuchawki w uszach i zupełnie nie zwrócił nań uwagi. Z kolei hostessa, która zaproponowała Gosi próbkę smakową kawy Usawa (fair trade), na samo hasło „taksówka” skrzywiła się z niesmakiem.

– Powinna pani zamówić Ubera, taksówkarze to tylko zdzierają na turystach – stwierdziła.

Raz po raz łypała na Zawiszę. Jemu nie zaproponowała kawy, choć wytyczne względem tego, czy powinna, były dość sprzeczne. Z jednej strony, nie miała nią częstować kibiców, ale z drugiej, obcokrajowców otwartych na inne kultury – już owszem. Jak więc należało zaklasyfikować tego tutaj?

– Ubera zamówi pani przez apkę, wystarczy podpiąć kartę w telefonie, mogę pokazać.

– Chyba podziękuję – odparła nieco zmieszana Gosia. – Za kawę również. Już piłam.

– Ta kawa to z Afryki? – zapytał Pawełek, a gdy dziewczyna odpowiedziała twierdząco, zwrócił się do Zawiszy. – Pił pan tam taką, panie Czarny Zawiszo?

– Chyba nie miałem okazji – odparł z rozbawieniem Zawisza.

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Wiedziałem, że to taka ściema. Idziemy?

Wtedy właśnie Zawisza przejął kontrolę, poszedł w lewo po schodkach i znowu w lewo, obok kiosku pełnego serników, toalety i cukierni Blikle. Szli miarowym krokiem, mijając podróżnych snujących się podziemiami w oczekiwaniu na pociąg niczym dusze w czyśćcu i żwawo slalomujących między nimi warszawiaków. Zawisza ciągnął teraz walizkę, której kółka szurały o płyty; buty Pawełka błyskały kolorowymi światełkami przy każdym kroku.

– Fajne to – zauważył Zawisza. – Te buty w sensie.

Chłopczyk wyprężył się z dumy.

– Tata mi je kupił, w Niemcach.

– Mówi się w Niemczech – poprawiła go mama. – I tak, faktycznie, to był wspaniały prezent, kochanie. Wcześniej jeszcze popiskiwały i wydawały inne dźwięki.

– Jak pierdy – z rozrzewnieniem napomknął chłopiec.

Zawisza się roześmiał.

– Uuu, to pewnie dałaś mu wtedy za to do wiwatu, co?

– Nie bardzo. – Wzruszyła ramionami. – Wtedy nie byliśmy już razem, Pawełek był tu u niego na wakacjach i… poczekasz chwilę? Wstąpię kupić wodę.

– Jasne.

Przystanęli przy saloniku prasowym; Gosia weszła do środka, a Pawełek postanowił zostać z Zawiszą.

– Przyjechaliście tu do taty? – zapytał Czarny.

– Tak, ale mama mnie przywiozła i dzisiaj jedzie. Ja zostanę tutaj przez tydzień i pójdziemy z tatą do Centrum Kopernika. Był pan tam kiedyś, panie Czarny Zawiszo?

– Jeszcze się nie udało – odparł.

Chłopiec zmrużył oczy i zmarszczył czoło.

– Ale wiecie w Afryce, kto to jest Kopernik, prawda? – zapytał podejrzliwie.

Zawisza już miał odpowiedzieć, ale wtedy dostrzegł, że ktoś mu się przygląda.

Chudy, żylasty gość w kaszkiecie na pierwszy rzut oka nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego ani w jakikolwiek sposób wyróżniającego się na tle wielu mu podobnych, ale instynkt, któremu Zawisza nauczył się ufać, podpowiadał mu, że coś jest z tym gościem bardzo, bardzo nie w porządku. Był trochę jak klaun, zabawny w sposobie ukrycia swojej prawdziwej, z pewnością niebezpiecznej i przerażającej natury za głupkowatą, groteskową fasadą.

– Poczekaj tu – powiedział Zawisza do Pawełka i zrobił krok w stronę tamtego.

Jeśli miał nadzieję, że go spłoszy, wystraszy, to srogo się zawiódł, bo gość w kaszkiecie jakby tylko na to czekał. Prześliznął się obok starszej pani ciągnącej za sobą torbę na wózku spiętą gumowymi wężykami i doskoczył do Zawiszy, zderzając się z nim w połowie drogi.

– Muszę przyznać, że nie wierzyłem, gdy mówili, że rozpoznam cię od razu – powiedział głosem drżącym od podekscytowania. – Ale wybrali cię jednak perfekcyjnie.

Zdumiony Zawisza podrapał się po głowie.

– My się znamy?

Facet w kaszkiecie potrząsnął głową.

– Ależ skąd, ależ skąd – odparł. – Właściwie powinniśmy się nawet bardziej nie znać, ty powinieneś mnie uderzyć i zabrać mi teczkę, a ja wezwać policję, tak żeby było bardziej przekonująco. Powinieneś.

– Dobra, spadaj. – Zawisza westchnął i odwrócił się na pięcie.

Przywykł już do takich akcji, do prób sprowokowania go, by komuś walnął, i wykazania dzięki temu, że czarni są agresywni. Jak choćby wtedy, gdy w Chorzowie na Wolności niby przypadkiem wytrącili mu z rąk trzy kebaby z rzędu. Co prawda ci, którzy zwykle to robili, nie nosili się jak ten tutaj i bynajmniej nie pachnieli kawą i karmelem, ale przecież nie szata zdobi prawdziwego fajfusa.

Gość w kaszkiecie jednak nie ustępował. Delikatnie, acz stanowczo klepnął Zawiszę w ramię, a ledwie ten się odwrócił, podał mu papierową teczkę.

– Idź, dokonaj rewolucji – powiedział, dosłownie wciskając mu teczkę w rękę, a potem nagle rzucił się do ucieczki.

– Ej, ty tam! – zawołał za nim zaskoczony Czarny, ale chłopak w kaszkiecie już wbił się między patrol sokistów, zakręcił się wokół tego grubszego, skręcił w lewo i wypadł przez przeszklone drzwi.

Zgromadzeni w tunelu ludzie przyglądali się tej sytuacji z nieskrywanym zdumieniem i konsternacją, niepewni, jak właściwie powinni zareagować. Najlepiej wyjaśnił to potem pan Henryk, wąsaty czterdziestoośmioletni kierownik jednego ze sklepów sieci Społem na Żoliborzu, gdy podczas wieczornej rozmowy z żoną relacjonował jej owo niecodzienne wydarzenie:

– Wyglądało to jak kradzież na wyrwę i już chciałem skakać, ale na litość boską, co można ukraść Murzynowi?!

***

Ordon spojrzał na zegarek i podrapał się za uchem. Coś było nie tak. Pociąg, którym tu przyjechał, odjechał dwie minuty temu, na multimedialnych pragotronach pojawiła się zapowiedź kolejnego, tym razem do Gdańska. Do jego odjazdu zostało jeszcze dziesięć minut – czy też nawet piętnaście, bo wyglądało na to, że skład będzie opóźniony – ale peronowa przestrzeń wypełniała się już podróżnymi objuczonymi torbami, plecakami, terkoczącymi walizkami na kółkach. W powietrzu zapach niedojedzonych kebabów mieszał się z wonią kawy, pączków z dziurką z Dunkin’ Donuts i wszystkiego, co tylko było do dorwania piętro wyżej.

Ordona zawsze zastanawiało, jak to jest, że ludzie nie mogą się już zadowolić przygotowaną w domu kanapką z szynką, jajkiem i kawałkiem ogórka. Że muszą przyjść tu na dworzec, wydać średnią krajową na kanapkę i zeżreć ją, najlepiej jeszcze na peronie. Teraz jednak ludzie z kubkami ze Starbucksa, Costy czy obskurnego automatu byli najmniejszym z Ordonowych problemów. Nie było kuriera, kluczowego dla jego dzisiejszej wizyty.

Wtedy go dostrzegł. Wysoko, na górnej płycie, za przeszkloną barierką, przy której podróżni mogli oglądać perony, na wysokości saloniku prasowego Relay. Ten sam chłopaczek, na którego wcześniej zwrócił uwagę, dzieciak w kaszkiecie i z kubkiem kawy, a obok niego wielki Murzyn w barwach narodowych.

Pewnie ten, o którym mówili tamci, pomyślał Ordon, ale ledwie ta myśl przemknęła mu przez głowę, przegoniła ją następna.

– O kurwa – wypowiedział ją na głos. – On mu daje teczkę!

Zarzucił torbę na ramię i rzucił się biegiem ku schodom.

– Z drogi, kurwa, z drogi!

Wiedział, że nie powinien się tak zachowywać. W ogóle nie powinien, a już zwłaszcza nie w tym stroju, nie po incydencie z petardą, który miał miejsce przed chwilą i uczulił mundurowych szczególnie na przybywających do stolicy kibiców. Ale wiedział też, że to nie mógł być przypadek. Ten dzieciak przyszedł tutaj z teczką, czekał na kogoś, a potem zwyczajnie się pomylił. A może Murzyn był planem B na wypadek, gdyby Ordon zawiódł?

Nie, odrzucił tę myśl z równą łatwością, z jaką odepchnął na bok chłopaka w czarnym płaszczu i z ulizanymi na bok, farbowanymi na czarno włosami. Dzieciak był wysoki i przeraźliwie chudy; można było odnieść wrażenie, iż jedynym, co trzyma go przy ziemi, są ciężkie, sięgające kostki i zdecydowanie za duże buty. Odepchnięty niemal wyleciał przez barierkę schodów.

Ordon parł do przodu, wspinając się po dwa stopnie i rycząc niczym ranny lew na tych, którzy zastawiali przejście walizkami.

– Z drogi, kurwa!!

Tuż przed szczytem schodów jakiś napakowany chłystek w białej koszulce podkreślającej każdy starannie wyrzeźbiony mięsień odwrócił się, zagradzając Ordonowi drogę.

– Co się drze… – zaczął, ale resztę powietrza wyrzucił już mniej walecznie, zginając się wpół od ciosu w brzuch. Ordon i jego pchnął na bok, kopnął stojącą na schodku torbę, tak że wysypały się z niej słoiki i próbne saszetki z waniliowym białkiem, po czym wypadł na korytarz akurat w porę, by zauważyć, jak dzieciak w kaszkiecie tańcuje z sokistami.

Pognał za nim, ale w stosownym momencie łypnął w lewo, by zobaczyć, czy w razie potrzeby zdąży jeszcze dogonić Murzyna. Nie chciał od razu uderzać do niego, bo przecież z jego wyglądem wzięto by to zaraz za rasistowski atak. Musiał mieć pewność, że ta teczka była przeznaczona dla niego, że to był właśnie kurier.

Wybiegł przez szklane drzwi, rozejrzał się i wiedziony przeczuciem ruszył po schodach w prawo. Nie zawiódł się. Dzieciak siedział na murku i dyszał ciężko, trzymając się za brzuch. Ordon, któremu bieg z torbą zafundował tylko lekką zadyszkę, znowu pokręcił głową nad kondycją pokolenia. Nie chcąc go przestraszyć, zwolnił i uspokoił oddech. Dopiero wtedy podszedł i położył tamtemu rękę na ramieniu. Szczeniak natychmiast się wyprężył i skierował na Ordona przerażony wzrok sarny uwięzionej w świetle reflektorów.

– Czego pan chce? – zapytał ni to hardo i chrapliwie, ni piskliwie, trochę jak spanikowany gruźlik.

Ordon wzruszył ramionami i uśmiechnął się paskudnie.

– Nie wiem, chcę czegoś? Przyjechałem tu z Wrocławia, ktoś miał na mnie czekać.

Kurier przez chwilę przyglądał mu się bez zrozumienia, ale nagle jego przestraszone oczy rozszerzyły się jeszcze mocniej.

– Ja… to znaczy oni… ja… Miał być charakterystyczny.

– Kurwa! – warknął Ordon. Czyli jednak miał rację od początku. Złapał dzieciaka za podbródek, uniósł do góry i ścisnął. – Siedź tu i ani się waż ruszyć, rozumiesz?

Chłopak spróbował skinąć głową, ale trzymany w żelaznym uścisku nie dał rady oswobodzić brody.

– Tttak – stęknął cicho.

– No!

Ordon puścił go, odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach. Ale gdy wrócił do podziemnego tunelu, Murzyna już nie było.