Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 319 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaufaj mi - J. Lynn

Jest przyciąganie, któremu nie warto się opierać.

Cameron Hamilton to ideał mężczyzny i marzenie wszystkich dziewczyn. Lecz pierwszego dnia w college’u spotyka tę jedyną.

Jest przeszłość, od której nie wolno uciekać.

Na Avery Morgansten nie działa urok błękitnych oczu Camerona. Czegoś panicznie się boi, chce o czymś zapomnieć. Czy dlatego go odpycha?

Są ludzie, o których trzeba walczyć.

Ale Cameron nie pozwoli jej odejść. Musi przekonać Avery, że jest warta miłości. Że sama potrafi kochać.

 

Bo są uczucia, którym trzeba zaufać…

Opinie o ebooku Zaufaj mi - J. Lynn

Fragment ebooka Zaufaj mi - J. Lynn

Korekta

Renata Kuk

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Aurelie and Morgan David de Lossy/Cultura/Getty Images

Tytuł oryginału

Trust in Me

TRUST IN ME. Copyright © 2013 by Jennifer L. Armentrout.

Published by arrangement with the Author.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5360-2

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Rozdział 1

Jase Winstead to kawał wrednego sukinsyna.

Zajęcia z astronomii to ostatnia rzecz, na jaką miałem ochotę bladym świtem, czyli o dziewiątej, zwłaszcza że przypominały mi o pierwszym roku studiów, bo wtedy też chodziłem do profesora Drage’a, i o tym, dlaczego musiałem zrezygnować. I naprawdę nie trzeba mi było jeszcze irytujących SMS-ów od Jase’a z gadaniem, dlaczego zapisywanie się na zajęcia przed południem jest szkodliwe dla zdrowia.

Biorąc pod uwagę, że miałem za sobą jakieś – ja wiem? – tak na oko ze dwie godziny snu, a w ustach wciąż posmak tequili i innych rzeczy, o których nie chciałem nawet myśleć, byłem chodzącym przykładem tego, jak student nie powinien wyglądać pierwszego dnia semestru zimowego.

Obserwowałem zamykające się drzwi do sali astronomicznej, a potem zerknąłem na telefon. SMS kusił.

„Urwij się, mam browara. X-Box. FIFA13”.

Kurczę, kuszące. Ollie rozwalił naszego X-Boxa w poprzedni weekend, w czasie morderczej rozgrywki w Call of Duty.

Byłem już parę minut spóźniony.

Astronomia czy piłka na Boksie? Niezbyt trudny wybór.

Podjąłem decyzję, obróciłem się na pięcie i zacząłem odpisywać Jase’owi, ale właśnie w tej chwili podwójne drzwi otworzyły się z hukiem, jakby po schodach leciało tornado. Odwróciłem głowę w samą porę, żeby zauważyć, że coś małego i rudego wpada prosto na mnie.

Nie było jak uniknąć zderzenia.

Drobne ciałko runęło na mnie, a potem odskoczyło, odrzucone siłą zderzenia, i zatrzepotało rękami jak tonący. Torba, która wyglądała, jakby ważyła więcej niż właścicielka, przyciągała ją do ziemi.

Zareagowałem instynktownie. Wystrzeliłem naprzód, rzuciłem swoje rzeczy i złapałem dziewczynę w pasie, a wtedy jej torba poleciała w jedną stronę, a zawartość w drugą. Wyrywała mi się jak zabawka na sprężynie, więc objąłem ją mocniej i uziemiłem, zanim zdołała zrobić sobie poważną krzywdę. Zadarła głowę. Włosy w odcieniu głębokiego kasztanu opadły jej na twarz. Pachniała jagodami i czymś piżmowym, przyjemnym.

Cholera jasna, staranowała mnie jagodowa babeczka!

Roześmiałem się i wsunąłem telefon do kieszeni, a potem chciałem już ją puścić, ale ona jakby się zacięła. Stężały jej wszystkie mięśnie. Była bardzo drobna, ledwie sięgała mi do ramienia, ale nagle wydała się jeszcze mniejsza, jakby zapadła się w sobie. Coś jej się stało?

Poza tym, coś jej się chyba pomyliło i przyszła tutaj zamiast do ogólniaka, który był niedaleko.

– Rany – powiedziałem. – Nic ci się nie stało, skarbie?

Nie odzywała się przez pół minuty, więc zacząłem się naprawdę martwić. Potem wzięła głęboki wdech i przy tym otarła się o mnie piersiami. Zamarłem, bo poczułem je na sobie. Zdecydowanie to nie była laska z ogólniaka, chyba że zaczęły się rozwijać znacznie szybciej niż za moich czasów. Jeśli tak, zazdrościłem gnojkom z liceum.

Dobra, teraz czułem, że powinienem wziąć prysznic.

Czyżbym jeszcze nie wytrzeźwiał po wczorajszym? Na to wyglądało.

– Hej – spróbowałem jeszcze raz. – Wszystko dobrze? – Kiedy odpowiedzi wciąż nie było, uniosłem jej palcami podbródek. Miała miękką, ale bardzo chłodną skórę. Zacząłem się zastanawiać, czy można zemdleć, ale cały czas stać. Lekko uniosłem jej głowę i otworzyłem usta, żeby ponowić pytanie, ale słowa zamarły gdzieś w połowie drogi między mózgiem a aparatem artykulacyjnym.

Zamrugałem jak totalny debil, bo jakoś mi się wydawało, że może to odmieni widok przed moimi oczami. Nie, żebym chciał go zmieniać, ale bez jaj…

Jaki koleś nie ma słabości do rudzielców?

„Ładna” to zdecydowanie niedopowiedzenie. Miała duże oczy w ciepłym odcieniu whisky. Nosek zdobiły piegi, miała też wyraźnie zaznaczone kości policzkowe. Usta w kolorze czereśni, szerokie jak na tę drobną twarz, pełne i jędrne. Takie usta mogły sprawić, że facet…

– Puść mnie!

Stanowczość jej głosu, podszytego z trudem kontrolowaną paniką, sprawiła, że natychmiast ją puściłem i na wszelki wypadek cofnąłem się o krok.

Zachwiała się trochę, gdy straciła oparcie i prawie znów wyciągnąłem ręce, ale postanowiłem zadbać o swoje jądra. Kiedyś może będę chciał mieć dzieciaki albo co, a miałem poczucie, że jeśli znów jej dotknę, może mi się nie udać.

Odgarnęła z twarzy pasma gęstych włosów i ostrożnie odsunęła się od swojej torby. Uniosła oczy okolone gęstymi rudawymi rzęsami i przez moment żadne z nas się nie ruszało. A potem nagle spojrzała na moją twarz i niżej. Laska najnormalniej obcinała mnie wzrokiem!

Może jednak moim plemnikom nic nie groziło.

Lekko się zarumieniła.

– Przepraszam. Spieszyłam się na zajęcia. Jestem spóźniona i…

Uśmiechnąłem się szeroko i ukląkłem, żeby pozbierać jej rzeczy. Nie ogarniałem, po co jednej dziewczynie tyle długopisów. Niebieski. Fioletowy. Czarny. Czerwony. Pomarańczowy. Jezu, o co chodzi? Kto pisze na pomarańczowo?!

Przykucnęła obok mnie, zebrała resztę, a miedziane włosy posypały jej się na twarz.

– Nie musisz mi pomagać.

– Nie ma sprawy. – Podniosłem kartkę, która okazała się planem zajęć. Szybki rzut oka potwierdził moje przypuszczenia: dopiero zaczynała.

– Astronomia? Też tam idę.

Jase, browar i FIFA13 będą musiały poczekać.

– Spóźnisz się przeze mnie. – Wciąż się chowała za włosami. – Przepraszam, naprawdę.

Wcisnąłem jej do torby ostatni zeszyt i wstałem. Oddałem jej rzeczy, bo chciałem, żeby na mnie spojrzała. Nie wiem dlaczego, może jestem mięczakiem, ale lubiłem, kiedy dziewczyny się uśmiechały, a nie wyglądały, jakby zaraz miały się rozpłakać.

– Nic się nie stało. Jestem przyzwyczajony do tego, że dziewczyny się na mnie rzucają. – Lekko uniosła brodę, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. – Chociaż muszę przyznać, że próba wskoczenia mi na plecy to coś nowego. Ale podobało mi się.

Podniosła głowę i włosy wreszcie odsłoniły jej twarz.

– Nie zamierzałam wskakiwać ci na plecy ani się na ciebie rzucać.

– Nie? – Telefon zawibrował mi w kieszeni, ale go olałem. – No to szkoda.

Gdyby tak było, uznałbym ten dzień za najlepszy pierwszy dzień zajęć w historii.

Przyglądała mi się, przyciskając torbę do piersi, a ja zerknąłem na kartkę papieru, którą trzymałem w ręce.

– Avery Morgansten?

– Skąd znasz moje nazwisko? – rzuciła ostro.

Jezu, co za nerwus!

– Jest napisane na twoim planie zajęć.

– Ach! – Odgarnęła włosy do tyłu, a ręka lekko jej zadrżała, gdy brała ode mnie plan.

Jak byłem mały, mama mówiła, że mam słabość do ofiar losu. Gołębi ze złamanymi skrzydłami. Psów o trzech nogach. Chudych świnek. Moja siostra była taka sama. Mieliśmy szósty zmysł i wyczuwaliśmy je na kilometr, więc chociaż nic nie wiedziałem o tej dziewczynie, nie miałem wątpliwości, że jest nowa, czuje się niezręcznie i ma fatalny poranek, więc było mi jej żal.

– Ja jestem Cameron Hamilton – powiedziałem. – Ale wszyscy mówią do mnie Cam.

Poruszyła ustami, jakby powtarzała moje imię. Podobał mi się ten ruch.

– Jeszcze raz bardzo ci dziękuję, Cam.

Schyliłem się, wziąłem swoją torbę i przewiesiłem przez ramię. Odgarnąłem włosy z twarzy i uśmiechnąłem się uśmiechem, który zwykle zapewniał mi zdobycie tego, co chciałem.

– No to zróbmy to nasze entrée.

Podszedłem do drzwi, ale dotarło do mnie, że ona się nie poruszyła. Zerknąłem przez ramię i zmarszczyłem brwi, bo zobaczyłem, że odchodzi.

– Idziesz w złą stronę, skarbie.

– Nie mogę – powiedziała łamiącym się głosem.

– Czego nie możesz? – Stanąłem przed nią.

Spojrzała mi na sekundę w oczy, a potem odwróciła się i uciekła. Torba odbijała się jej od biodra, włosy frunęły jak peleryna. Zwiała, normalnie uciekła! Kopara mi opadła.

Co się w ogóle stało?

Za moimi plecami otworzyły się drzwi i usłyszałem głęboki głos i starannie akcentowane słowa:

– Zaszczyci nas pan dzisiaj, panie Hamilton?

Cholera. Zamknąłem oczy.

– A może zamierza pan stać na korytarzu do końca zajęć? – spytał profesor Drage.

Westchnąłem i się odwróciłem.

– Oczywiście, że idę.

– Oczywiście – powtórzył profesor i wyciągnął do mnie stosik pozszywanych arkuszy. – Sylabus.

Wziąłem jeden, a po trwającym sekundę namyśle także i drugi. Na wypadek gdyby Avery Morgansten jeszcze się kiedyś pojawiła.

Jase opierał się plecami o moją ciężarówkę. Przeczesał brązowe włosy, żeby odgarnąć je ze spoconego czoła. Kilka pasemek stanęło na sztorc między jego palcami.

– Można oszaleć, jak gorąco.

Jak na koniec sierpnia było rzeczywiście upalnie. Nawet cień rzucany przez wielkie dęby rosnące wzdłuż tylnego parkingu w Whitehall nie zapewniał ulgi. Z niechęcią myślałem o otwieraniu drzwi auta.

– Święta prawda. – Ollie zmrużył oczy i spojrzał na drzewa. – Jest tak gorąco, że pozostaje się tylko rozebrać do naga.

– Już bardziej nagi nie możesz być.

Ollie spojrzał na siebie i wyszczerzył zęby. Nie miał na sobie koszuli, szorty zwisały mu nisko na biodrach, a na stopach miał japonki. I tyle.

– Żebyś wiedział, że mogę.

Niestety to prawda. Od trzech lat mieszkaliśmy razem w trzypokojowym mieszkaniu na osiedlu University Hights. Już w pierwszym tygodniu Ollie udowodnił, co myśli o skromności. Widziałem jego wyposażenie więcej razy, niż chce mi się liczyć. Kończy studia wiosną, tak jak ja powinienem, i wiedziałem, że będę tęsknił za tym idiotą.

– Mandat. – Wskazał głową na przednią szybę.

Westchnąłem. Żółtawy skrawek papieru został starannie włożony za wycieraczkę. Ten parking był zarezerwowany dla kadry, ale ponieważ nigdzie indziej nie było miejsca, stanąłem na pierwszym wolnym.

– Dołożę do kolekcji.

– Imponującej – dodał Ollie, zdjął z nadgarstka gumkę i związał długie do ramion włosy w kucyk. – To jak, dzisiaj impreza u nas?

Uniosłem brwi.

– Co?

Uśmiechnął się i splótł ramiona na piersi.

– Z okazji powrotu do szkoły. – Przeciągnął się i ziewnął. – Kameralne spotkanie.

– Boże.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a ja zapragnąłem zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy. Kiedy Ollie ostatnio urządził kameralne spotkanie, w naszym mieszkaniu było tak tłoczno, że cudem nie przyjechała policja.

– Zamówcie pizzę, ja muszę… – Ollie zamilkł w pół zdania i odwrócił się za kształtną brunetką, która go właśnie minęła. Z błyskiem w oku porzucił nas i objął ją za ramiona: – Witam panią.

Brunetka zachichotała i objęła go w pasie.

Odwróciłem się do Jase’a i podniosłem ręce.

– A to co?

– Nie ma o czym gadać. – Wywrócił oczami. – Jeśli chodzi o dziewczyny, ten dupek ma oczy z tyłu głowy.

– Prawda.

– Ale nie ogarniam, jakim cudem zalicza jedną za drugą.

– To jedna z tajemnic wszechświata. – Obszedłem samochód, wyjąłem zza wycieraczki mandat i otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Wrzące powietrze buchnęło mi w twarz. – Szlag.

Jase się nachylił.

– Co z tobą dzisiaj? Nie odpisałeś. Myślałem, że FIFA cię wciągnęła.

– A co, tęskniłeś? – Zdjąłem koszulkę, zwinąłem i rzuciłem na tył.

– Może.

Roześmiałem się, a potem wziąłem z siedzenia czapkę i nałożyłem, żeby zasłonić oczy.

– Nie wiedziałem, że się spotykamy.

– Zraniłeś moje uczucia!

– No to na następnej randce kupię ci piwo.

– Obleci. Jestem łatwy.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– Jakbym nie wiedział.

Roześmiał się i wsadził rękę przez okno. Uśmiech zniknął, jak tylko włożył parę okularów słonecznych. Znałem tę minę. Nie wróżyła nic dobrego. Tylko kilka osób wiedziało, jakie gówniane bywało jego życie. A odruchowo myślało się dokładnie odwrotnie, bo to on wyciągał wszystkich z tarapatów, łącznie ze mną.

Włączyłem klimę, zamknąłem drzwi i dołączyłem do niego przy aucie. Metal parzył mnie pod pachami, kiedy oparłem się o okno. Stanąłem na palcach, żeby naciągnąć łydki.

– Co tam?

Nad oprawką okularów pojawiła się jedna ciemna brew.

– Idziesz na siłkę?

– Tak się zastanawiam. – Skrzyżowałem nogi i zacząłem się skręcać. – A chcesz pójść?

– Nie. Podjadę na farmę, sprawdzę parę rzeczy.

– Co u Jacka?

Na twarzy Jase’a rozciągnął się szeroki uśmiech, który sprawił, że młoda wykładowczyni przechodząca akurat obok auta straciła równowagę.

– Super – odparł lekko, jak zawsze, gdy opowiadał o bracie. – Wczoraj powiedział, że jak dorośnie, chce zostać Chuckiem Norrisem.

Roześmiałem się.

– W sumie trudno mu się dziwić.

– W sumie tak. – Zerknął znad okularów. – A jak ty się masz?

– Dobrze. – Odepchnąłem się od auta i puściłem brzeg okna. – Czemu pytasz?

Jase wzruszył ramionami.

– Sprawdzam.

Czasem taki komentarz mnie rozwścieczał. Czasem spływał jak po kaczce. Na szczęście dla Jase’a dzisiaj był ten drugi dzień.

– W najbliższym czasie nie zamierzam wpaść w depresję. Jest w porządku.

– Dobrze słyszeć. – Jase się uśmiechnął i spojrzał w kierunku, w którym poszła młoda nauczycielka. – Impreza u was, tak?

– Czemu nie? – Ruszyłem do fotela kierowcy. – Założę się, że przyjdzie połowa kampusu.

– Pewnie! – Jase obrócił się na pięcie. – To na razie!

Wsiadłem do wychłodzonej kabiny i wyjechałem z parkingu. Mój leniwy tyłek musiał wylądować na siłowni, ale zdecydowanie wolałby wyłożyć się na kanapie i pójść w kimę.

Skręciłem w lewo, przy znaku stop, minąłem bliźniacze domki po prawej stronie i spojrzałem akurat, jak przez otwarte drzwi wyleciała piłka do futbolu i uderzyła jakiegoś gościa w tył głowy. Zacząłem się śmiać i…

Wpadło mi w oko coś rudego.

Moje oczy zaczęły działać jak pociski reagujące na temperaturę. Niech to szlag. Zauważyłem coś. Czy to Babeczka?

Na chwilę widok zasłoniło mi drzewo, ale potem znów się pojawiła, a słońce odbijało się od szerokiej bransoletki na nadgarstku.

To ona, któż by inny.

Nie zastanawiałem się ani chwili. Z uśmiechem przekręciłem czapkę do tyłu i ostro skręciłem w prawo, zajeżdżając jej drogę.

Odskoczyła na krawężnik, a jej wielkie oczy wydawały się jeszcze większe. Kiedy zacząłem otwierać okno, otworzyła szeroko usta.

Uśmiechnąłem się bardzo zadowolony, że cało i zdrowo przeżyła pierwszy dzień na uczelni.

– Avery Morgansten po raz drugi.

Obejrzała się, jakby istniała szansa, że mówię do kogoś innego.

– Cameron Hamilton… Cześć.

Pochyliłem się do przodu i przewiesiłem ramię przez kierownicę. Wyglądała uroczo, kiedy tak stała i bawiła się bransoletką.

– Musimy przestać spotykać się w ten sposób.

Zagryzła dolną wargę, jędrną, jak zauważyłem, spuściła wzrok i przestępując z nogi na nogę, przyglądała się mojemu tatuażowi.

Babeczka była dziwna, śmiało mógłbym tak o niej powiedzieć. Nie wiem, może to dlatego, że mam młodszą siostrę, ale czułem palącą potrzebę sprawienia, żeby poczuła się dobrze. Choć zakrawało to na z góry przegraną walkę.

– Ty na mnie wpadasz, potem ja niemal cię przejeżdżam… – wyliczyłem. – Tak jakby wisiała nad nami katastrofa.

Cisza.

Jeszcze jedna próba.

– Dokąd idziesz?

– Do samochodu – powiedziała, czyli nie straciła głosu. – Kończy mi się bilet z parkometru. – Przestąpiła z nogi na nogę. – Pójdę już…

– Wsiadaj, skarbie, podrzucę cię.

Popatrzyła, jakbym był porywaczem, zapraszającym dziecko na przejażdżkę.

– Nie, nie trzeba. Już prawie jestem na miejscu.

– Nie ma sprawy! – Jeszcze żadna dziewczyna nie była tak oporna na proste uprzejmości. – Przynajmniej tak zadość ci uczynię za to, że prawie cię przejechałem.

– Dziękuję, ale…

– Ej, Cam! – Jezus, znikąd pojawił się Kevin i minął Avery. – Co robisz, stary?

Wpatrywałem się w Babeczkę i powstrzymywałem się przed przejechaniem go, żeby się go pozbyć.

– Nic, Kevin, staram się pogadać.

Avery podniosła rękę, zamachała palcami i minęła Kevina i moje auto. Patrzyłem za nią, a Kevin nawijał o czymś, co miałem totalnie gdzieś.

– Cholera – mruknąłem i opadłem na siedzenie.

Znów mi uciekła.

A ja miałem niezrozumiały odruch, żeby ją gonić.

Rozdział 2

Sytuacja na naszych imprezach robiła się poważna w momencie, kiedy Ollie wyjmował z terrarium Rafaela. Robił to za każdym razem jak porąbany. Stałem pośrodku salonu, patrzyłem na niego i kręciłem głową.

– Dlaczego? – spytał Jase, stukając w szyjkę butelki z piwem.

Zaśmiałem się.

– Gdybym wiedział, umiałbym go powstrzymać.

– Moim zdaniem to urocze – odezwał się miękki, kobiecy głos.

Jase i ja odwróciliśmy się w stronę kanapy. Nikt inny nie siadał tak jak Stephanie Keith. Jedną z długich, opalonych nóg przewieszała przez drugą, pozując na wcielenie skromności. Ale jej dżinsowa spódniczka była równie skromna jak Ollie po wyjściu spod prysznica. Gdybym przesunął głowę odrobinkę w prawo i lekko opuścił, tak jak jakieś trzy minuty temu, widziałbym jej zaokrąglający się pośladek.

Steph lubiła stringi.

Albo lubiła w ogóle nie mieć bielizny, zależnie od nastroju. A wydawało mi się, że dziś może być w odpowiednim. Nachyliła się lekko i skrzyżowała szczupłe ramiona pod piersiami, odsłaniając każdemu, kto zechciałby patrzeć – a szybki rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że Jase chciał – doskonały widok na jej cycki. A cycki miała bardzo fajne. Kilka razy widziałem je z bardzo bliska. Jej błękitne oczy obiecywały happy end, a wpatrzone były we mnie.

O dziwo w moich szortach nic się nie obudziło do życia. Co za ujma dla takich cycków.

Połowa bractwa, do którego należał Jase, oddałaby lewe jądro za bycie obiektem zainteresowania Stephanie. Był czas, kiedy ja chciałem oddać prawe. Wtedy jeszcze nie ogarniałem, kto jest kto. To było wieki temu – tak mi się przynajmniej wydawało – kiedy myśl o byciu tylko z jedną dziewczyną sprawiała, że miałem ochotę odgryźć sobie rękę. A teraz?

Sam nie wiedziałem, czego chcę. Tak było zresztą już od jakiegoś czasu i pewnie właśnie dlatego nie wziąłem Steph na ręce, nie zaniosłem jej do swojego pokoju i nie zacząłem zdejmować spodni.

Była dobrą dziewczyną, ale już dawno minął czas, kiedy wydawała mi się warta prawego jądra.

Przeniosłem wzrok na Olliego, który tańczył przed telewizorem, wymachując w powietrzu miotającym się Rafaelem. Łyknąłem piwa.

– On molestuje mojego żółwia!

Steph roześmiała się i wstała.

– Chyba nie. – Oplotła moją rękę i oparła mi brodę na ramieniu. Czarne jak smoła włosy musnęły nagą skórę mojej piersi. – Ale ja nie miałabym nic przeciwko małemu molestowaniu.

Mimo głośnej muzyki usłyszałem minutnik. Delikatnie wyzwoliłem się z jej objęć i spojrzałem na Jase’a. W jego uśmiechu nie było współczucia. Drań.

– Zaraz wracam.

Utorowałem sobie drogę wśród chłopaków i wpadłem do kuchni, zanim Steph zdołała odpowiedzieć. Nie będzie bardzo tęsknić. Postawiłbym dziesięć dolarów, że zanim wrócę, będzie już zajęta Jase’em albo kimś innym.

Odstawiłem piwo na blat, otworzyłem drzwiczki piekarnika i wciągnąłem głęboko do płuc zapach świeżo upieczonych ciasteczek z czekoladą. I to nie z torebki! Najczystsza praca u podstaw!

Będą obłędne.

Odstawiłem blachę, zamknąłem piekarnik i złapałem ciasteczko. Było gorące, a kiedy rosło, wciągnęło do środka kawałki czekolady, które mieszały się tam z orzechami. Przełamałem ciastko i wrzuciłem połowę do ust.

– Kurwa – jęknąłem.

Parzyło jak jasna cholera, ale było warto. Spłukałem gardło piwem i wyszedłem z kuchni akurat, żeby zobaczyć Olliego, który zmierzał do drzwi wejściowych. Z Rafaelem.

– Chyba sobie robisz jaja! – Odstawiłem piwo.

– Zwracam ci wolność, zielony przyjacielu – zaćwierkał Ollie i pocałował Rafaela w skorupę. – Idź, szalej!

– Przynieś tu Rafaela! – wrzasnąłem, a potem zacząłem się śmiać z godnego pijanego karateki kopniaka, którym Ollie otworzył drzwi. – Ty debilu!

Ollie postawił Rafaela na podłodze i lekko popukał w skorupę.

– Odejdź w pokoju.

Złapałem go za rękę, obróciłem w miejscu i wepchnąłem do mieszkania. Roześmiany Ollie złapał jakąś koleżankę Steph i przewiesił ją sobie przez ramię. Rozległy się chichoty.

Podniosłem żółwia.

– Wybacz, Rafael. Moi kumple to totalnie popieprzone… – Poczułem na karku dziwne mrowienie. Spojrzałem w lewo, a potem w prawo i zobaczyłem Avery, która stała w progu mieszkania. Brązowe oczy znów miała szeroko otwarte. – …dupki. – Zamrugałem. – Co do…

Nie wypiłem tyle, żeby mieć halucynacje, ale nie mogłem ogarnąć, jakim cudem Babeczka stoi na korytarzu w moim bloku. Ilekroć bywałem tu latem, tamto mieszkanie było puste, ale widocznie ktoś się wprowadził.

Biorąc pod uwagę jej strój, musiała być z tym kimś bardzo zaprzyjaźniona. Miała krótkie spodenki, sięgające zaledwie do uda, więc zawiesiłem wzrok na jej nogach. Długie, niezbyt chude i pięknie wyrzeźbione. Kto by pomyślał, że Babeczka ma takie wyposażenie? Krew spłynęła mi w kierunku pachwin. Bluzka z długimi rękawami zakrywała wszystko, ale była cienka.

Naprawdę cienka.

Jej piersi wzbierały pod materiałem, pełniejsze niż kiedy przyciskała je do mnie rano. A brodawki…

Zarumieniła się na kilka odcieni różu.

– No hej…

Zamrugałem, a kiedy nie rozmazały się jak miraż ani ona, ani moja erekcja, doszedłem do wniosku, że jest tu naprawdę.

– Avery Morgansten? Ustanawiamy nową tradycję.

– Tak. Na to wygląda.

– Mieszkasz tu czy przyszłaś do kogoś? – Rafael zaczął się wyrywać.

Odchrząknęła i przyjrzała się żółwiowi.

– Mieszkam…

– Bez jaj! – No nie wierzę! Obszedłem barierkę schodów i zbliżyłem się do jej drzwi. Nie uszło mojej uwagi, że patrzyła na kaloryfer na moim brzuchu. Podobało mi się to. Mojemu fiutowi też. – Naprawdę tu mieszkasz?

– Tak. Naprawdę tu mieszkam.

– To… Nie wiedziałem! – Roześmiałem się, ale wyszło głupkowato – To niemożliwe!

– Czemu? – Zdziwiła się i między jej delikatnymi brwiami pojawiła się zmarszczka.

– Bo ja też tu mieszkam.

Otworzyła usta.

– Żartujesz sobie, tak?

– Nie. Mieszkam tu już… Zaraz, już parę lat. Ze współlokatorem. Z tym debilem, który wystawił Rafaela.

– Hej! – wrzasnął Ollie. – Mam imię! Brzmi: Señor Debilos!

Roześmiałem się.

– Wprowadziłaś się w weekend?

Pokiwała głową.

– No tak. Ja byłem w domu odwiedzić rodzinę. – Przycisnąłem Rafaela do piersi, zanim wsunął się do skorupy. – A niech to…

Podniosła głowę, żeby na mnie popatrzeć. Przez chwilę patrzyła mi w oczy smutnym wzrokiem, a potem przeniosła się na Rafaela. Jej oczy… coś mi przypominały.

– Czy to… twój żółw?

– Tak. – Podniosłem go wyżej. – Rafael, poznaj Avery.

Zagryzła dolną wargę i pomachała Rafaelowi, a ja się uśmiechnąłem. Punkt dla Babeczki.

– Bardzo ciekawe stworzenie.

– Bardzo ciekawe spodenki. Co przedstawiają? – Jeszcze raz przyjrzałem się jej nogom. – Kawałki pizzy?

– Rożki do lodów.

– Aha! Super! – Niespiesznie podniosłem wzrok. – Bardzo mi się podobają.

W końcu wypuściła ze stalowego uścisku drzwi i skrzyżowała ramiona na piersi. Zmrużyła oczy, kiedy się uśmiechnąłem.

– Dzięki. To wiele dla mnie znaczy.

– No ja myślę! Zostały przeze mnie zaaprobowane! – Patrzyłem, jak rumieniec rozlewa jej się po policzkach. – Muszę zanieść Rafaela do terrarium, zanim nasika mi na rękę. Czasem mu się to zdarza i wtedy jest masakra.

Uśmiechnęła się lekko.

– Wyobrażam sobie.

Babeczka się uśmiechnęła?! Chyba pierwszy raz. Zastanawiałem się, jak wygląda, kiedy się uśmiecha naprawdę.

– A w ogóle, to wpadnij do mnie! Chłopaki mieli już iść, ale na pewno zostaną dłużej. Poznasz wszystkich. – Pochyliłem się i dodałem ciszej: – Nie są co prawda tak fajni jak ja, ale dają radę.

Spojrzała mi przez ramię. Widziałem na jej twarzy wahanie. No dalej, Babeczko, zgódź się i chodź! Pokręciła głową.

– Dzięki, ale właśnie szłam do łóżka.

Byłem tak rozczarowany, że aż zapiekła mnie skóra.

– Tak wcześnie?

– Jest już chyba po północy?

Uśmiechnąłem się.

– Czyli wcześnie.

– Może dla ciebie.

– Na pewno? – Postanowiłem wytoczyć ciężkie argumenty. – Mam ciasteczka.

– Ciasteczka? – Uniosła brwi.

– Tak! Osobiście piekłem! Jestem zajebistym cukiernikiem.

– Upiekłeś ciasteczka?

Mówiła to tak, jakby się właśnie dowiedziała, że zajmuję się produkcją bomb.

– Dużo rzeczy piekę i jestem pewien, że marzysz, żeby się dowiedzieć co. Dzisiaj mam czekoladowe ciasteczka z orzechami. Prawdę mówiąc, są obłędnie cudowne.

Jej usta znów zadrżały.

– Brzmi kusząco, ale muszę odmówić.

– Może innym razem?

– Może. – Cofnęła się i sięgnęła do klamki. – Miło było cię znów widzieć, Cameronie.

– Cam – poprawiłem ją. – Poza tym zwróć uwagę, że tym razem nie wpadliśmy na siebie. Chyba zmienia się schemat.

– Byłoby dobrze. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Wracaj do siebie, zanim Rafael zleje ci się na rękę.

– I tak byłoby warto – odparłem.

Zmarszczyła brwi.

– Czemu?

Nie zamierzałem się tłumaczyć.

– Gdybyś zmieniła zdanie, jeszcze przez jakiś czas nie zamierzam się kłaść.

– Raczej nie zmienię. Dobranoc.

Auć. Nie wierzę. Babeczka dała mi kosza! Z jakiegoś powodu się uśmiechnąłem. Może dlatego, że nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dziewczyna mnie odprawiła.

– Widzimy się jutro?

– Jutro?

– Na astronomii. Czy znowu zamierzasz uciec?

– Nie – westchnęła. – Będę.

– Super. – Zmusiłem się, żeby wejść do mieszkania, bo coś czułem, że mógłbym tak stać jeszcze godzinę, żeby się z nią przekomarzać. – Dobranoc, Avery.

Babeczka zniknęła za drzwiami tak szybko, jakby jej groziło, że Rafael nasika jej na głowę. Zaśmiałem się, kiedy usłyszałem przekręcanie zamka. Nie wiem, jak długo tam stałem, gapiąc się na zamknięte drzwi, z Rafaelem przebierającym łapkami.

– Co robisz?

Odwróciłem się na dźwięk głosu Steph. Stała w drzwiach, opierała głowę o framugę, uśmiechała się i wyglądała jak ucieleśnienie ochoty. W przeciwieństwie do dziewczyny, która zniknęła za drzwiami.

– Nie wiem – powiedziałem i wycofałem się do mieszkania. Naprawdę nie miałem bladego pojęcia.

Rozdział 3

Nigdy nie byłem rannym ptaszkiem, ale dzisiaj zerwałem się o świcie, po zaledwie kilku godzinach snu. Ollie wciąż leżał nieprzytomny z twarzą w kanapie i jedną ręką na podłodze. Ugotowałem sobie cztery jajka, zjadłem i złapałem ciasteczka na drogę.

Ollie nawet nie drgnął, gdy trzasnąłem za sobą drzwiami.

Przyjechałem na uniwerek pierwszy raz w życiu tak wcześnie i skierowałem się do budynku Roberta Byrda. Zaraz po wejściu do sali astronomicznej zacząłem ją przeczesywać wzrokiem.

Gdybym był Babeczką, gdzie bym usiadł? Pewnie gdzieś na końcu.

Wypatrzyłem jej charakterystycznie schyloną głowę. W mrocznej sali jej włosy nie były tak rude jak w słońcu. Nie mam pojęcia, czemu zwróciłem na to uwagę. A tym bardziej dlaczego ruszyłem prosto do niej.

W podstawówce zabujałem się w lasce z mojej klasy. Była podobna do Babeczki: drobna, cicha i nerwowa, jak jeden z tych małych piesków, które zawsze się trzęsą. Ale jak już się uśmiechała, to zza chmur wychodziło słońce. Nigdy nie zwróciła na mnie uwagi, ale ja jak debil codziennie wyczekiwałem spotkania z nią. W liceum okazało się, że woli dziewczyny, co być może wyjaśniało, dlaczego kompletnie nie była mną zainteresowana.

Przesunąłem dłonią po pasku torby. To byłaby cholerna szkoda, gdyby tak samo okazało się z Babeczką.

Podszedłem do Avery, która nie miała pojęcia, że w ogóle tam jestem. Skuliła ramiona i bawiła się bransoletką zasłaniającą lewy nadgarstek. Patrzyła prosto przed siebie i widziałem, że chociaż jest obecna ciałem, na pewno nie ma jej w tym pomieszczeniu.

Czy Babeczka bywała wyluzowana? Nie wydawało mi się.

Z przodu siedziało kilka znajomych mi osób. I tam powinienem iść. Ale ruszyłem do niej. Wciąż mnie nie widziała.

– Dzień dobry, skarbie. – Postanowiłem na razie nie siadać.

Babeczka podskoczyła jak spanikowany kot i obróciła się. Otworzyła usta i spojrzała na mnie. Nic nie powiedziała, kiedy opadłem na krzesło obok niej.

– Wyglądasz na trochę przeczołganą – poinformowałem.

Zasznurowała usta.

– Dzięki.

– Nie ma za co! Miło cię tym razem widzieć na zajęciach. – Zsunąłem się w dół i rozłożyłem nogi na krześle przede mną. – Ale trochę mi brakuje tego wpadania na siebie. To było całkiem emocjonujące.

– Mnie nie brakuje. – Zaczęła grzebać w torbie, a potem wyjęła z niej dziewiczy notatnik. Nawet nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio kupiłem nowy zeszyt na zajęcia. Byłem wyznawcą recyklingu starych. – Strasznie to było krępujące.

– No co ty!

– Łatwo ci mówić. To nie ty się na mnie rzuciłeś, tylko ja na ciebie.

Otworzyłem usta i zacząłem się śmiać, ale potem mój mózg przyswoił słowo „rzucać” i musiałem trochę rozchylić uda, żeby zrobiło mi się wygodnie. Mógłbym to skomentować na tyle sposobów… Wszystkie miałem na końcu języka, a niektóre przyprawiłyby o rumieniec nawet striptizerkę, ale jeden rzut oka na Babeczkę wystarczył, żeby stwierdzić, że to nie jest dobry pomysł.

Była czerwona jak okładka zeszytu, w który desperacko się wpatrywała. Ta laska… Cholera, była dziwna, ale fascynująco dziwna. Zastanawiałem się, czy w liceum miała nauczanie domowe.

Chociaż ta jej dziwaczność była urocza i zabawna, szukałem neutralnego tematu, który mógłbym poruszyć.

– Rafael ma się świetnie, gdybyś pytała.

Na jej ślicznych ustach pojawił się uśmieszek.

– Miło to słyszeć. Nasikał ci na rękę?

– Nie, ale było blisko. Mam coś dla ciebie.

– Żółwie siki?

Roześmiałem się, zdziwiony błyskawiczną ripostą, i sięgnąłem do torby po sylabus, a przy okazji przypomniałem sobie o ciasteczkach.

– Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. To sylabus. Wiem, wiem! Ekscytujące jak jasna cholera, ale nie było cię na zajęciach w poniedziałek, a pewnie ci się przyda, więc wziąłem dla ciebie od profesora.

– Dziękuję! Bardzo miło, że pomyślałeś.

– No to się przygotuj. W tym tygodniu myślę jak szalony. Mam dla ciebie coś jeszcze.

Zaczęła gryźć końcówkę długopisu, a ja wyciągnąłem serwetkę.

– Ciasteczko dla ciebie. Ciasteczko dla mnie.

Wyjęła długopis z ust i pokręciła głową.

– Nie musiałeś tego robić.

Jezu, jakbym jej dał pierścionek!

– Skarbie, to tylko ciastko!

Znów pokręciła głową i patrzyła na mnie badawczo. Nie wiem, jakbym ją częstował heroiną. Westchnąłem, zawinąłem jedno ciasteczko w serwetkę i po prostu położyłem jej na zeszycie.

– Wiem, że nie powinno się brać cukierków od obcych, ale to ciasteczko, a nie cukierek, a technicznie rzecz biorąc, ja nie jestem obcy.

Gapiła się.

Ja też patrzyłem na nią spod opuszczonych rzęs. Ugryzłem kawałek ciasteczka i zamknąłem oczy. Odchyliłem głowę, kiedy moje kubki smakowe zaczęły odbierać posmak orzechów. Jęknąłem, doskonale wiedząc, co robię. Moje ciasteczka były naprawdę cholernie dobre, więc te jęki nie były przesadą.

– Naprawdę aż takie dobre?

– Nooo! O to chodzi! Mówiłem ci wczoraj. Ale lepsze byłyby z mlekiem. – Wziąłem kolejnego gryza. – Mleko…

Zapadła cisza, więc otworzyłem jedno oko i siłą stłumiłem uśmiech. Patrzyła na mnie z lekko rozchylonymi ustami.

– To przez połączenie czekolady i orzechów. Jak je wymieszasz, są w ustach jak wybuch seksu. No, tyle że nie robią takiego bałaganu. Jedyne, co mogłoby być lepsze, to pokruszone na maluteńkie kawałeczki ciasteczka Reese’s Cups. Wrzucasz te szatany do ciepłego ciasta… No nie, musisz spróbować. Weź kawałek.

Spojrzała na ciasteczko, leżące na jej kolanie i powoli wypuściła powietrze. Podniosła je i kawałek odgryzła.

Nie mogłem oderwać od niej wzroku.

– Dobre, co nie?

Pokiwała głową.

– W domu mam jeszcze tonę. Tak tylko mówię.

Moje oczy były do niej jakby przyspawane. Kto by pomyślał, że patrzenie na dziewczynę, która je ciastko, może być tak interesujące. Kiedy zaczęła wycierać smukłe palce, ruszyłem bez namysłu.

Ciepło z kolana, którym się o nią otarłem, powędrowało w górę mojej nogi. Obróciłem się na krześle i wyciągnąłem rękę, żeby jej zabrać serwetkę…

– Okruch – powiedziałem.

– Co?

Otarłem kciukiem jej dolną wargę. Jakiś promień nie wiem czego przemknął przez moje ramię i dotarł prosto do fiuta. Zamarła, gwałtownie wciągnęła powietrze i szerzej otworzyła oczy. Trzymałem rękę na jej ustach dłużej, niż było trzeba, ale krócej niż miałem ochotę. Czułem pod palcem miękką skórę wargi, a pod dłonią gładki podbródek. Zmusiłem się do cofnięcia ręki.

– No już – uśmiechnąłem się.

Była poruszona. Nie niezadowolona, ale wytrącona z równowagi. Próbowałem znaleźć w sobie ślad poczucia winy za to, że jej dotknąłem, ale nie mogłem. Sam nie wiem, jak to o mnie świadczyło.

Potem do sali wszedł profesor Drage. Wyjątkowo oryginalny gość. Miał na sobie strój z zielonego poliestru. Kiedy pierwszy raz chodziłem na jego zajęcia, nosił się na pomarańczowo. Vansów w kratkę i muchy pod szyją nie zmieniał od lat.

Usiadłem wygodniej i spojrzałem na Babeczkę. Jej mina była bezcenna. Zachichotałem.

– Profesor Drage jest… specyficzny.

– Właśnie widzę… – mruknęła.

Zaczął się wykład. Nie wiem w sumie o czym. Prawdę mówiąc, nie słuchałem.

Większość z tych rzeczy wiedziałem wcześniej, a słuchanie tego szajsu po raz drugi przypominało mi o pierwszym roku, a na to nie miałem ochoty.

Jeden wieczór kompletnie spieprzył ścieżkę, po której szedłem.

Żeby przestać o tym myśleć, zacząłem rysować. Nawet nie wiem kiedy, naszkicowałem Yeti. Zajęcia toczyły się w typowym dla Drage’a stylu.

Zaczął rozdawać mapki nieba.