Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaufaj mi - Brenda Novak

Zaufaj mi. To już nie potrwa długo. Dostanę cię. Skończę to, co zacząłem…

Sky Kellerman została brutalnie zaatakowana we własnym łóżku. Tylko cudem uniknęła najgorszego, ale to traumatyczne wydarzenie całkowicie odmieniło jej życie. Przestaje jej zależeć na karierze zawodowej. Zaczyna postrzegać świat jako niezbyt przyjazne miejsce. Dlatego zapisuje się na kursy strzeleckie i samoobrony. Już nigdy nie zamierza być bezbronną ofiarą. Kiedy jej oprawca wychodzi na wolność, koszmar powraca. Sky wie, że znów zagraża jej śmiertelne niebezpieczeństwo - napastnik ponownie zaatakuje. Kieruje nim ślepa nienawiść i chęć zemsty. Jednak ona nie jest już tą samą kobietą co kiedyś. Wie, jak się bronić, a dodatkowo wspiera ją detektyw David Willis...

Opinie o ebooku Zaufaj mi - Brenda Novak

Fragment ebooka Zaufaj mi - Brenda Novak

Brenda Novak

Zaufaj mi

Przełożyła Monika

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Pewnie już słyszałeś?

David Willis podniósł wzrok na mężczyznę, który stanął w wejściu do niewielkiego boksu prawie w całości wypełnionego dużym, zarzuconym dokumentami biurkiem. Był to detektyw Wyman, przekornie zwany przez kolegów Tinym [1] jego najlepszy przyjaciel, a zarazem jeden z najbardziej zasłużonych policjantów w okręgu. Imponująca postura, a także opanowanie i oszczędność w słowach gwarantowały mu posłuch u wszystkich współpracowników, nie wyłączając samego Davida.

– Co słyszałem? Że znów zalegam z papierkową robotą? – Uśmiechnął się smętnie.

– Zawsze zalegasz z papierkową robotą – przypomniał Tiny, wciskając wielkie dłonie w kieszenie eleganckich oliwkowych spodni. – Myślisz, że marnowałbym cenny czas, żeby ci to wytknąć?

Choć powiedział to żartobliwym tonem, jego oczy były poważne, co zaniepokoiło Davida.

– Pewnie nie. A co się dzieje?

– Pamiętasz tego faceta, który zaatakował w środku nocy taką drobną blondynkę?

Pracując od trzynastu lat w okręgowym departamencie policji w Sacramento, zetknął się z tak wieloma sprawami, iż w normalnym przypadku potrzebowałby więcej szczegółów, by zorientować się, o czym mowa, ale tym razem doskonale wiedział, o kogo chodzi. Nie widział wprawdzie Skye od paru miesięcy, ale nie było dnia, by o niej nie myślał.

– Tak, pamiętam. Burke dostał osiem lat.

– Właśnie. Cóż... Okazuje się, że odsiedzi tylko trzy.

– Słyszałem, że będzie się ubiegać o zwolnienie warunkowe, ale nie wierzyłem, że ma jakiekolwiek szanse.

– Bo nie powinien ich mieć. Jest piekielnie niebezpieczny. Jednak z tego co wiem, doniósł na współwięźnia, dzięki czemu policja w San Francisco zamknęła śledztwo w sprawie dwóch zabójstw. W zamian za to poparli jego wniosek o zwolnienie.

– Do diabła! – David zerwał się na równe nogi. – Czy nikt nie czytał mojego listu? Czemu się do nas nie zwrócili?! Nie sprawdzili, co to za jeden?!

– Okazuje się, że parę tygodni temu skontaktowali się z komendantem Jordanem.

– I powiedział im, że morderstwa w dolinie rzeki skończyły się w chwili, gdy nasz sympatyczny dentysta trafił do więzienia?

– Tak, a oni na to, że to mógł być przypadek. Komendant nalegał, żeby zaufali naszej intuicji, ale chcą więcej.

A więc to dlatego komendant wypytywał Davida o postępy w śledztwie. Szukał argumentów, które by podważyły opinię kolegów z San Francisco. Pamiętał tę rozmowę, ale wtedy nie wydawała mu się ważna, nie podejrzewał nawet, o jaką stawkę chodzi. Zdawało mu się, że ma jeszcze dwa, trzy lata na rozwikłanie tej zagadki.

– To jakaś bzdura! – zawołał, przeciskając się obok kolegi, by wydostać się z boksu.

– Daj sobie spokój, człowieku. – Tiny złapał go za ramię, wiedząc, dokąd się wybiera. – Przecież to nie jest wina komendanta. Zrobił, co mógł, ale sąd podjął inną decyzję. Doktor Burke wychodzi w przyszłym tygodniu.

– W przyszłym tygodniu?! Czy nikogo nie obchodzi, na co go stać?

Dwaj koledzy z wydziału zabójstw wyjrzeli na korytarz, zaalarmowani jego podniesionym głosem, ale posłał im ostrzegawcze spojrzenie, by zajęli się własnymi sprawami.

– Zdaje się, że tym z San Francisco bardziej zależy na zamknięciu starych śledztw – zauważył Tiny. – Nagradzając Burke’a przedterminowym zwolnieniem, zmotywowali jemu podobnych, a siedzi tam kilku naprawdę dobrze poinformowanych bandytów. Podejrzewam, że nasi przyjaciele z San Francisco nie zawahaliby się odwołać do gubernatora w sprawie Burke’a, gdyby zaszła taka konieczność.

Jak widać, nie zaszła. Przedterminowe zwolnienie okazało się znacznie łatwiejsze do uzyskania, niż David mógł przypuszczać w najczarniejszych snach.

– Tylko jeśli Burke znów zaatakuje, na pewno nie pozwoli, by jego ofiara przeżyła i zeznawała potem przeciwko niemu. Drugi raz nie popełni tego błędu.

– Takiego samego argumentu użył komendant Jordan.

– I?

– Powiedziano mu, że gdybyśmy brali pod uwagę każdą możliwość, nigdy nie moglibyśmy w sposób definitywny zamknąć śledztwa.

– Ale bezpieczeństwo Skye Kellerman także powinno być brane pod uwagę.

Tiny potarł skronie opuszkami palców.

– Ty je bierzesz pod uwagę, prawda?

David postanowił udać, że nie domyśla się, co przyjaciel chce przez to powiedzieć. Tiny ostrzegał go kiedyś przed zbytnim zaangażowaniem w sprawę Skye. Co ciekawe, wtedy też, tak jak i teraz, próbował od nowa poukładać sobie życie z byłą żoną.

– Mam poważne podejrzenia, że Burke zechce dokończyć to, co zaczął, a przy okazji zemścić się za jej zeznania.

– To więcej niż prawdopodobne.

– Trzeba coś z tym zrobić.

– Tylko co? Póki nie znajdziemy dowodów łączących go z pozostałymi morderstwami albo póki nie popełni kolejnego, mamy związane ręce. – Westchnął z rezygnacją. – Chcesz, żebym do niej zadzwonił?

O ileż byłoby dla niego łatwiej, gdyby to rzeczywiście Tiny przekazał jej tę informację, ale David wiedział, że tak naprawdę powinien to uczynić sam.

– Nie, dzięki, zajmę się tym.

– Jesteś pewien?

– Tak, jestem pewien.

Był tak sfrustrowany, że ledwie przyjaciel zniknął za zakrętem korytarza, uderzył z całej siły pięścią w ściankę, tak że siedzący za nią kolega zajrzał do niego z zaniepokojonym wyrazem twarzy.

– Na co się gapisz? – warknął David.

Kolega wzruszył ramionami i wrócił do siebie, ale nie poprawiło to Davidowi nastroju. Jak miał powiedzieć Skye, że strach, z którym budziła się codziennie od czasu spotkania z Burkiem, to jeszcze nic w porównaniu z tym, co ją czeka?

Słysząc odgłos grzechoczących po żużlu opon, Skye poczuła, jak z nerwów sztywnieją jej ramiona. Był chłodny styczniowy poranek, okolicę spowijała gęsta mgła, potęgując wrażenie izolacji i zagrożenia.

Szybko zbliżyła się do starego sekretarzyka, który wraz z domem odziedziczyła przed rokiem po śmierci matki. Po chwili namysłu wybrała półautomatyczny pistolet Kel-Tec P-3AT, jako że był lżejszy i łatwiejszy do ukrycia niż Sig P232. Wróciła do sypialni po bawełnianą koszulkę, wciąż bowiem miała na sobie sportowy top, który odsłaniał dekolt i pępek. Lubiła się w nim gimnastykować, ale tylko w samotności, bo nadmiernie eksponował jej spory biust. Trzasnęły drzwi auta, rozległy się ciężkie, typowo męskie kroki.

Narzuciła T-shirt z napisem „Na Śmierć i Życie: dość bycia ofiarą” i podeszła do okna, by zerknąć przez żaluzje. Mgła była jednak zbyt gęsta, by dało się zobaczyć cokolwiek więcej niż tylko zarys męskiej sylwetki.

A niech to! Poczuła w ustach metaliczny posmak strachu. Pewnie ktoś się zgubił i przyszedł spytać o drogę, pocieszała się. Wyspa Sherman, licząca jedynie stu siedemdziesięciu pięciu mieszkańców, znajdowała się na samym środku ujścia rzeki Sacramento. Tylko miejscowi mogli się połapać w skomplikowanym systemie kanałów, śluz i zwodzonych mostów. Tyle że Skye nie czuła się bezpiecznie w towarzystwie nieznajomych. Nie po tym, jak została w środku nocy obudzona przez zakapturzonego mężczyznę z nożem w dłoni...

Wprawdzie Burke odsiadywał już kolejny rok kary, ale nie znaczyło to, że mogła spać spokojnie. Wraz z dwiema przyjaciółkami – Sheridan Kohl i Jasmine Stratford – założyły fundację Na Śmierć i Życie, wspierającą ofiary przestępstw, przez co naraziły się wielu osobom. Przed jej domem mógł stać mąż Tamary Lind, który najpierw bił ją do nieprzytomności, a potem oskarżył Skye, że to z jej winy Tamara w końcu od niego odeszła. W zeszłym tygodniu groził, że podłoży bombę w siedzibie fundacji, kto wie, do czego posunie się w przyszłym... Albo Kevin Sheppard, który pojawił się w ich biurze po serii pochlebnych artykułów na temat finansowego zaangażowania fundacji w śledztwo dotyczące głośnego morderstwa. Chciał pracować jako wolontariusz, ale Skye nie wyraziła zgody, gdy okazało się, że swego czasu był oskarżony o śledzenie i nagabywanie kobiety. Wtedy wpadł w furię, wybiegł z biura i słuch o nim zaginął.

Rozległ się dzwonek do drzwi, a tuż po nim głośne stukanie. Dłoń, w której trzymała pistolet, zawilgotniała od potu. Skye była dobrym strzelcem, ale nawet najlepsi pudłowali, gdy ponosiły ich emocje. Dlatego zdecydowała, że nie otworzy drzwi, po prostu uda, że jej nie ma i spokojnie poczeka, aż nieznajomy odejdzie. Wstrzymując oddech, oparła się plecami o ścianę. Co by powiedzieli jej uczniowie z kursu strzelania, gdyby mogli ją teraz zobaczyć? Spoconą, trzęsącą się jak osika na wietrze z powodu niespodziewanego gościa. Tyle że większość z nich uważała się za niezwyciężonych, gdy tylko w dłoni znajdowała się broń. Ona zaś doskonale wiedziała, że sam pistolet nie wystarczy, trzeba być przygotowanym, by pociągnąć za spust. Czy była zdecydowana w razie czego zabić Kevina Shepparda? Albo męża Tamary?

Choć nie ruszała się ani nie wydawała żadnych dźwięków, gość nie wierzył w jej nieobecność. Jeszcze raz zabrzmiał dzwonek. Pukanie. Podszedł do drzwi, chcąc zajrzeć do środka przez znajdującą się w nich szybę.

– Skye? Jesteś tam? To ja, detektyw Willis.

Oddychając głęboko, rozluźniła palce, które ściskały rękojeść pistoletu. David. A zatem nie groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Mimo wszystko serce nie przestawało bić jak szalone.

– Na podjeździe widzę twój samochód – nie ustępował. – Otworzysz?

Znów nabrała głęboko powietrza. Zabezpieczywszy pistolet, wsunęła go do kieszeni płaszcza, który wisiał w przedpokoju tuż obok drzwi. Zagryzła górną wargę.

– Skye?

– Już idę – zawołała, wyłączając system alarmowy.

David wyglądał doskonale. Miał na sobie zieloną koszulę i krawat, może zbyt elegancki jak na tę porę dnia, ale nadający mu charakterystyczny, szalenie atrakcyjny styl. Mimo woli przypomniała sobie chwilę sprzed niemal roku, gdy jego usta najpierw delikatnie musnęły jej wargi, a potem zgniotły je w namiętnym pocałunku. Chwilę, gdy ich wzajemne zauroczenie wzięło górę nad zdrowym rozsądkiem...

– Cześć. – Uśmiechnęła się, mając nadzieję, że nie można po niej poznać, jak bardzo poruszyły ją te odwiedziny. – Co cię sprowadza w te strony?

Jego sposób zachowania sugerował, iż nie jest to zwykła wizyta w celach towarzyskich. Gdy przed niespełna rokiem pomagał jej w przeprowadzce, niewiele brakowało, a namiętność wzięłaby górę nad rozumem... Ciekawe, czy jeszcze o tym pamiętał?

– Muszę z tobą porozmawiać. To poważna sprawa. Mogę wejść na moment?

Dlaczego mówił tak oficjalnym tonem? Zjawił się osobiście zamiast zadzwonić? Zaintrygowana, ale też zaniepokojona, cofnęła się, by wpuścić go do środka.

– Masz może ochotę na filiżankę zielonej herbaty?

– Zielonej herbaty? – Uniósł brwi.

– Niestety nie mam kawy, rzuciłam jakiś czas temu.

– To ja zrezygnuję z herbaty. Mój organizm nie wiedziałby, co zrobić z czymś tak zdrowym. – Żartował, owszem, ale przypatrywał się jej uważnie.

To baczne spojrzenie trochę ją onieśmielało, szczególnie że w najmniejszym stopniu nie dał po sobie poznać, co tak naprawdę o niej sądzi, czy wciąż mu się podoba, czy jest mu raczej obojętna. Po chwili skierował spojrzenie na wnętrze, w którym się znajdowali. Od ostatniej wizyty Davida zaszło tu wiele zmian. Zniknęły przepastne kanapy, elegancki stolik z drewna kasztanowego, starodawna przeszklona witryna oraz liczne porcelanowe wazony, wypełnione bukietami jedwabnych kwiatów. Wszystko to oddała Jennifer i Brennie, swym przyrodnim siostrom, które mieszkały w południowej Kalifornii w pobliżu domu swego ojca. Miejsce mebli zajęły stojaki z ciężarkami, rower treningowy, bieżnia, schodek do step aerobiku i mata do jogi. Z tego miejsca widać było jedynie drobny fragment kuchni, głównie miniogródek na parapecie, gdzie hodowała rozmaite zioła.

– Ho, ho, ale tu się zmieniło.

Sposób, w jaki to powiedział, nie pozostawiał złudzeń, że te zmiany przypadły mu do gustu. Nie, nie przypadły. Niewątpliwie uważał je za kolejny dowód, iż Skye wciąż żyje przeszłością, rozpamiętując swoją tragedię. Właśnie o to pokłócili się podczas ostatniej rozmowy.

– Doszłam do wniosku, że szkoda marnować tyle miejsca. – Uniosła dumnie głowę.

– Praktyczna jak zawsze.

Kiedyś wcale nie była praktyczna, a jeszcze przed paru laty złamanie świeżo pomalowanego paznokcia urastało do rangi tragedii. Tak było aż do pamiętnego jedenastego dnia lipca przed niemal czterema laty...

– Konieczność dźgnięcia ostrym narzędziem gwałciciela zmienia w człowieku niemal wszystko.

Zacisnął szczęki. Najwyraźniej przypomniała mu o czymś, co go gryzło, bo spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

– Skye, może lepiej usiądź.

– A po co?

– Hm... Mam złe wieści.

A więc ostatecznie pogodził się z byłą żoną, pomyślała i od razu zbeształa się w duchu. Gdyby tak się rzeczywiście stało, byłaby to dobra wiadomość, bo ośmioletni syn Davida potrzebował pełnej, szczęśliwej rodziny.

– Postoję, nic mi nie będzie. – Podniosła dumnie twarz. – O co chodzi? Nie znaleźliście dowodów, że to Burke zabił te pozostałe kobiety?

– Nie, jeszcze nie.

Łatwo było się domyślić, że traktuje to jako osobistą porażkę, starała się więc nie okazywać rozczarowania. Przez cały ten czas żyła nadzieją, że to on udowodni, iż nie myliła się, opisując swego napastnika jako bestię w ludzkiej skórze. Ani przez moment nie wierzyła jego obrońcom, którzy upierali się, że to jego pierwsze przestępstwo, że nigdy nie posługiwał się przemocą. Żona zaklinała się, iż ani razu nie podniósł na nią głosu. Wszyscy postrzegali go jako odpowiedzialnego, pobożnego członka społeczności. Ale to Skye widziała owej nocy w jego oczach szaleństwo, to ona czuła bijącą od niego nienawiść.

– Zmieniłeś zdanie? – dopytywała się. – Uważasz, że to był ktoś inny?

– Oczywiście, że nie. To był on. Ten sam wzorzec zachowania, ten sam typ ofiary. Ma niezwykle małe, jak na mężczyznę, stopy, a odcisk buta, który znaleźliśmy na miejscu jednej ze zbrodni, pasuje do jego rozmiaru.

– To nie wystarczy?

– Nie, to poszlaka, a nie dowód.

– Rozumiem, że więcej ciał nie znaleziono?

– Żadnych, które nosiłyby jakiekolwiek podobieństwo do tych trzech.

A więc skąd ta nagła wizyta? Czyżby tracił wiarę, że zagadkę trzech morderstw da się kiedykolwiek rozwikłać? Nie mogła sobie pozwolić na utratę wsparcia jedynego policjanta, który nie obraził się na fundację za to, że interesuje się przebiegiem śledztw i piętnuje wszystkie dostrzeżone błędy.

– Jeszcze nie jest za późno – zawołała, łapiąc go za ramię. – Mamy jeszcze czas. Burke jeszcze trochę posiedzi.

Skrzywił się, wyswobodził rękę z jej uścisku. To zaniepokoiło ją nie na żarty.

– Co?! Chyba nie chcesz powiedzieć, że wyszedł na wolność? Przecież dali mu osiem lat.

– Przykro mi, Skye – wymamrotał.

– Co... co chcesz przez to powiedzieć?

– Wypuszczą go w przyszłym tygodniu...

ROZDZIAŁ DRUGI

– Co się stało?

Skye oparła się plecami o kredens, mocniej przy tym przyciskając słuchawkę do ucha, jak gdyby miało jej to pomóc opanować drżenie całego ciała. Dobrze, że przynajmniej przy Davidzie zdołała zapanować nad sobą. Gdyby wpadła w rozpacz w jego obecności, czułby się jeszcze bardziej winny, a przecież wiedziała, że zrobił wszystko, co w jego mocy.

– Wychodzi – wyszeptała z trudem.

– Kto wychodzi? – dopytywała się Sheridan.

Miała prawo się nie domyślić, bo fundacja zajmowała się ofiarami tylu przestępstw, że taka informacja mogła się odnosić przynajmniej do kilku potencjalnych kandydatów.

– Burke.

– Jak to?!

– Policja nie zdołała udowodnić, że to on popełnił tamte trzy zbrodnie. Podobno wyświadczył też ogromną przysługę państwu, bo przez trzy lata leczył za darmo współwięźniów.

– I co z tego?! – oburzyła się przyjaciółka. – Przecież dostał osiem lat, a większość więźniów w stanie Kalifornia odsiaduje przynajmniej połowę wyroku.

– Ale on wychodzi po trzech latach. Dostał warunkowe zwolnienie.

– Niemożliwe!

– A jednak.

Skye rozumiała jej pełne oburzenia niedowierzanie, ostatecznie sama z trudem mogła pojąć, skąd tyle wyrozumiałości dla człowieka, który przystawił jej do gardła ostrze noża, jednocześnie zrywając z niej piżamę. Na wspomnienie sposobu, w jaki jej dotykał, zrobiło jej się niedobrze.

– Doprawdy nie rozumiem, czemu udało mu się uniknąć kary za te trzy morderstwa.

– Wiesz, że to mistrz w zacieraniu śladów. Nawet nasi detektywi nie doszukali się niczego więcej niż policja. Niż David...

Normalnie Sheridan natychmiast wyłapałaby imię Davida, ale tym razem była zbyt przejęta, by zwrócić na nie uwagę. Muślała tylko o Burke’u.

– To prawda, ten drań jest nieprzeciętnie inteligentny.

– I kompletnie pozbawiony sumienia. Pomyśl tylko, przecież miałam sublokatorkę, więc musiał trochę za mną chodzić, żeby dowiedzieć się, gdzie jest moja sypialnia i co zwykle robię, kiedy jestem sama. Zaplanował to z najdrobniejszymi szczegółami i gdyby nie nożyczki krawieckie, które trzymałam na szafce nocnej, byłabym jedną z tych zamordowanych dziewczyn, których sprawy właśnie zamknięto.

– Dobry Boże...

Choć nożyczki były ostre, musiała uderzyć trzy razy, by go powstrzymać, lecz i tak za słabo go zraniła, by nie zdołał uciec. Miała wrażenie, że jego krew parzy ją w palce, a widok czerwonych plam na pościeli sprawiał fizyczny ból.

– Co mam robić? – wyszeptała. – Przecież zeznawałam przeciwko niemu. Nie zapomnę jego spojrzenia, gdy odczytywano wyrok. Nie wierzę, że zapomniał, komu go zawdzięcza.

– Może powinnaś się ukryć?

– No tak, a wszystkim naszym podopiecznym powtarzamy, że nie mogą pozwolić, by rządził nimi strach.

– Owszem, ale chodzi mi o to, żebyś ukryła się tylko na jakiś czas, póki się nie dowiemy, gdzie zamieszkał i co dalej zamierza.

– Pewnie wróci do rodziny.

– Myślisz, że rodzina go jeszcze zechce?

To żona przywiozła Burke’a na izbę przyjęć następnego ranka po tym, jak Skye zraniła go nożyczkami. Lekarze uznali takie obrażenia za co najmniej dziwne, toteż zawiadomili policję i w ten sposób doszło do aresztowania. Podczas procesu Jane Burke wspierała męża, zapewne ufając jego wersji wydarzeń. Skye wciąż miała w pamięci jej łzy podczas ogłaszania werdyktu.

– Prawdopodobnie tak – stwierdziła. – Żona upierała się, że jest niewinny.

– Wolałabym, żebyś nie ryzykowała. Weź pod uwagę, że Jasmine nie ma nikogo bliższego niż my. Gdyby cokolwiek ci się stało, załamałaby się kompletnie, szczególnie po tym, co stało się z jej siostrą.

Z głębokim westchnieniem Skye potarła piekące powieki. Nie chciała sprawiać bólu przyjaciółkom, które tak wiele przeszły i kolejne nieszczęście fatalnie by się na nich odbiło. Poznały się na spotkaniu grupy wsparcia dla ofiar przestępstw. Szybko zawiązała się między nimi nić porozumienia, gdy podczas rozmów przy kawie próbowały się jakoś pogodzić z traumatycznymi wydarzeniami, które na zawsze odmieniły ich losy.

– Zakładając Na Śmierć i Życie, obiecałyśmy sobie nawzajem, że od tej chwili staniemy się nieustraszone, pamiętasz? Tylko w ten sposób możemy odebrać władzę nad nami tym, którzy nas skrzywdzili.

Może nie udało jej się jeszcze tego osiągnąć, ale była zdecydowana próbować dalej, aż do skutku.

– Choć mój napastnik mieszka gdzieś po drugiej stronie kraju, wciąż nie mogę myśleć o nim spokojnie – przyznała Sheridan. – Nawet sobie nie wyobrażam, jak bym funkcjonowała ze świadomością, że w każdej chwili mogę się na niego natknąć.

Skye też sobie tego nie wyobrażała, ale nie miała innego wyjścia. Owszem, mogła się wyprowadzić, choćby bliżej ojczyma czy przyrodnich sióstr, ale co by to dało? Przecież Burke bez trudu by ją tam wytropił. Zresztą nie czuła się aż tak związana z ojczymem. Wprowadził się do ich domu, gdy miała dziewięć lat, a wyprowadził, gdy skończyła trzynaście. Ojca właściwie nie pamiętała, bo zginął w wypadku, gdy miała dwa lata, więc Joe robił, co mógł, by jej go zastąpić, ale że trwało to zaledwie cztery lata, nie mieli czasu tak naprawdę się z sobą zżyć.

Poza tym nie mogła przecież zostawić fundacji na głowie Sheridan i Jasmine, bo we dwie nie dałyby rady ze wszystkim, skoro we trzy ledwie się wyrabiały.

– Dam radę. – Wyprostowała się. – Po prostu na chwilę wytrąciło mnie to z równowagi.

Pocieszał ją fakt, że choć zagadka trzech morderstw nie została rozwiązana, wcześniejsze zwolnienie Burke’a zmusi policję do wzmożenia czujności, na wypadek gdyby jednak chciał kogoś ponownie zaatakować.

– Przynajmniej sprzedaj dom i kup ogrodzony segment w mieście – przekonywała przyjaciółka.

Temat ten powracał od czasu do czasu, ale Skye nie chciała nawet słyszeć o pozbyciu się domu. Sprowadziła się tu ponownie po tym, jak została napadnięta i mieszkała z mamą aż do jej śmierci. To tu otaczały ją pamiątki po matce oraz wspomnienia z dzieciństwa, czasu niewinności i beztroski. Zresztą segment w mieście nie dawał większego poczucia bezpieczeństwa. Burke napadł ją, gdy zajmowała apartament na rogu American River Drive i Howe Avenue, czyli w samym centrum. W dodatku nie mieszkała sama, lecz z koleżanką, która zaraz po tym incydencie przeniosła się do małego miasteczka w stanie Utah.

– Myślę, że to byłoby za wielkie ustępstwo. Zamierzam żyć tak, jak sama uważam za stosowne, a nie pod dyktando mordercy.

– Rozumiem, ale...

– Ale się martwisz? Niepotrzebnie. Jeśli Burke znów się do mnie zgłosi, będę mieć dla niego coś lepszego niż para małych nożyczek.

– Przyjedziesz dzisiaj do biura? – Sheridan dała chwilowo za wygraną. – Dziennikarz z „River City Magazine” chciałby porozmawiać z którąś z nas i napisać artykuł o fundacji. Pomyślałam, że skoro ukazałby się w maju, pomogłoby to w sprzedaży biletów na letnią imprezę charytatywną.

– A Jasmine nie może się tym zająć?

Tego dnia Skye miała rozpocząć zajęcia na strzelnicy z nową grupą, a potem zawieźć ulotki fundacji na Uniwersytet Sacramento w nadziei, że uda im się pozyskać wolontariuszy, chociaż po wizycie Davida nie była pewna, czy zdoła zmobilizować się do działania.

– Jasmine wyjechała na kilka dni. Dostała telefon z Fort Bragg. Zaginęła mała dziewczynka, więc potrzebna jest pomoc.

– Komu? Rodzicom?

Skye była zaskoczona, że sława przyjaciółki dotarła aż do położonego o sześć godzin drogi nadmorskiego miasteczka.

– Nie, FBI.

– Poważnie?! Jeszcze nie spotkałam policjanta, który byłby pozytywnie nastawiony do jasnowidzów.

– Pewnie są zdesperowani, choć muszę przyznać, że w rozmowie nie padło słowo jasnowidz, poprosili tylko o sporządzenie profilu porywacza.

– FBI ma swoich profilerów. Zawsze nam to powtarzają, gdy próbujemy zasugerować pomoc Jasmine.

– To prawda, ale odkąd pomogła rozwiązać sprawę Ubaldiego, w policji i w FBI patrzą na nią łaskawszym wzrokiem.

– Rychło w czas – prychnęła Skye. – I co, wiadomo już coś o tej dziewczynce?

– Nic nie słyszałam. Jasmine mogła dotrzeć tam nie wcześnie niż przed godziną. – Sheridan zawahała się przez moment. – Myślisz, że dasz sobie radę z tym dziennikarzem?

Skye zerknęła na zegar. Wciąż była roztrzęsiona, obawiała się wytknąć nos za drzwi, ale jednocześnie tym bardziej zależało jej, by Burke nikogo więcej nie skrzywdził. Nie mogła zatem zmarnować okazji do przypomnienia opinii publicznej o osobach poszkodowanych przez groźnych przestępców.

– Oczywiście. Przełożę zajęcia na poniedziałek czy wtorek i przyjadę najszybciej, jak się da.

Davidowi zdawało się, że poprzecinany rozlicznymi kanałami i strumieniami teren ujścia rzeki, gdzie mieszkała Skye, znajdował się daleko od wszelkiej cywilizacji, ale tak naprawdę od Sacramento dzieliła go zaledwie godzina drogi samochodem. Dokładnie taka sama była odległość od wyspy Sherman do miasta San Quentin, gdzie mieściło się bodaj najsłynniejsze na świecie więzienie. Jego ponura sylwetka była jak skaza na malowniczym tle zatoki San Francisco, zamieszkanej głównie przez ludzi bogatych, a zatem zabudowanej pięknymi, luksusowo wyposażonymi domami. Za ponadstupięćdziesięcioletnimi murami oprócz Burke’a zamknięto około pięciu tysięcy najgorszych zbrodniarzy w Ameryce, z czego sześciuset oczekiwało na wykonanie kary śmierci. Pozostali odsiadywali dożywocie, a tylko kilka procent – tak jak Burke – krótsze kary za lżejsze przestępstwa.

Pokonując policyjnym radiowozem kolejny zwodzony most, David wzdrygnął się na myśl o ponownym spotkaniu z Burkiem. Prowadził do tej pory wiele trudnych śledztw i większość udało mu się rozwikłać, czasem dzięki determinacji i ciężkiej pracy, a czasem dzięki szczęściu czy intuicji. Tym razem jednak nie zdołał znaleźć odpowiedzi na pytanie, kto zamordował trzy młode, mieszkające w okolicy rzeki kobiety. Dowiedziawszy się o zwolnieniu Burke’a, poczuł ogromną frustrację i być może z tego powodu umówił się na wizytę w więzieniu. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu koniecznie chciał porozmawiać z nim twarzą w twarz, choć trudno było liczyć, że trafi na jakikolwiek wartościowy ślad. Od czasu procesu kilka razy próbował się z nim skontaktować, ale Burke zawsze odmawiał widzenia. Rozmawiali tylko parokrotnie przez telefon i za każdym razem dentysta obstawał przy swojej wersji wydarzeń, jak gdyby liczył, że uda mu się oszukać detektywa z taką samą łatwością, z jaką omamił sąd. Teraz, kiedy miał wyjść na wolność, David musiał podjąć ostatnią próbę wyciągnięcia z niego choć drobnej, pozornie nieprzydatnej wiadomości, która pomogłaby mu w rozwikłaniu zagadki. Czuł, że jest to winien Skye oraz trzem niewinnym ofiarom.

Ogromny korek utrudniał przejazd przez most San Rafael. Wszystkie drogi w okolicy zatoki były zwykle zatłoczone, co stanowiło jeden z powodów, dla których wolał Sacramento, gdzie tempo życia było znacznie spokojniejsze. Wprawdzie w San Jose wciąż mieszkali jego rodzice oraz starsza siostra, która niedawno ponownie się rozwiodła, ale David nigdy nie żałował decyzji o wyprowadzce podjętej dwa lata po ukończeniu studiów z dziedziny medycyny sądowej. Choć planował karierę naukową, po osiemnastu miesiącach badań nad budową tkanek stwierdził, że nuży go praca w laboratorium, dlatego postanowił wstąpić do policji. Potrzebował pracy w ruchu, wśród ludzi, kiedy to rozkład dnia trzeba wciąż zmieniać z uwagi na dynamiczne wydarzenia. Krótko mówiąc, lubił każdego dnia mierzyć się z nowymi wyzwaniami.

Gdy dotarł na drugą stronę mostu, mgła rozrzedziła się, ukazując budynek więzienia, otoczony wysokim murem, zwieńczonym drutami pod napięciem. Rozmieszczone regularnie wieże strażników dominowały nad okolicą, nie pozostawiając żadnych złudzeń co do braku możliwości jakiejkolwiek ucieczki. San Quentin nie napawało nadzieją. Mieściła się tu jedyna komora gazowa w stanie Kalifornia, kary odbywali najbardziej znani przestępcy, których okrucieństwo owiane było legendą. Kevin Cooper, skazany i stracony za wymordowanie siekierą wszystkich członków rodziny Ryen. Richard Allen Davis, porywacz i morderca Polly Klaas. Charles Ng, który torturował, a następnie zamordował jedenaście osób. Richard Ramirez, Nocny Prześladowca. Lista była długa, a jej lektura mroziła krew w żyłach. San Quentin było rozpostartym na niemal stu siedemdziesięciu pięciu hektarach miastem przeklętych, posiadało nawet swój kod pocztowy. Wedle tych, którzy zdołali stamtąd wyjść, adres brzmiał: Piekło, 94964 Kalifornia. Przechodząc przez punkty kontroli w zewnętrznej i wewnętrznej bramie, David zastanawiał się, jak pobyt w takim miejscu może wpłynąć na Burke’a.

Strażniczka wylegitymowała go, spytała o powód wizyty, po czym wprowadziła do niewielkiego pomieszczenia i poprosiła, by chwilę poczekał.

Siedząc na twardym metalowym krześle w chłodnym, pozbawionym okien pokoju, czekał cierpliwie z przekonaniem, że tym razem Burke nie odmówi spotkania. Nie przepuści przecież takiej okazji do triumfu nad oficerem, który przyczynił się do jego skazania. Rzeczywiście, po paru minutach drzwi po drugiej stronie grubej kuloodpornej szyby, dzielącej pomieszczenie na pół, otworzyły się. Stanął w nich niewysoki blondyn, średniej budowy ciała, ale bardziej muskularny niż podczas procesu. Nie był zakuty w kajdanki, co nie dziwiło o tyle, że zostało mu zaledwie sześć dni do wyjścia na wolność i okazałby się skończonym głupcem, gdyby w takiej sytuacji złamał więzienny regulamin. David nie miał najmniejszych wątpliwości, że za kratkami Burke będzie się zachowywać wzorowo, a prawdziwe oblicze pokaże dopiero po powrocie do domu i stworzeniu pozorów normalnego życia.

Skinąwszy uprzejmie głową, usiadł i sięgnął po słuchawkę, za pomocą której mogli się komunikować.

– Pewnie słyszałeś dobre wieści?

– Coś słyszałem – mruknął David, starając się opanować narastającą irytację.

– Tak właśnie jest, gdy się przestrzega regulaminu.

– Albo kabluje na przyjaciela.

Gładkie czoło Burke’a zmarszczyło się gniewnie. Jasnoniebieskie oczy oraz delikatne, niemal kobiece rysy twarzy sprawiały, że nie wyglądał na trzydzieści sześć lat. Bardziej przypominał łagodnego młodego biznesmena niż przestępcę, co bardzo mu pomogło podczas procesu, bo przysięgli debatowali kilka godzin, nim wreszcie wydali werdykt. Nawet niepodważalny wynik badania DNA, potwierdzający obecność krwi Burke’a na pościeli Skye, nie przekonał ani rodziny, ani społeczności lokalnej, że wzięty dentysta, kochający mąż i ojciec mógł popełnić tak ohydną zbrodnię.

– Johnny nie był moim przyjacielem. Nawet go nie lubiłem.

– A czy on o tym wiedział?

– Policjanci z San Francisco potrzebowali mojej pomocy – zauważył Burke, ignorując pytanie. – Są mi bardzo wdzięczni.

– Ciekawe, że ta pomoc zbiegła się w czasie z przesłuchaniem w sprawie warunkowego zwolnienia. Gratuluję doskonałej synchronizacji zdarzeń.

– Sędziowie świetnie zdają sobie sprawę, że nie jestem taki, jak ci tutaj.

– Myślisz, że rodziny kobiet, które zamordowałeś, też są tego zdania? – wyrwało się Davidowi, którego cierpliwość była już na wyczerpaniu.

Burke przez moment milczał, po czym westchnął głośno, udając smutek.

– Nigdy nie zdołam cię przekonać, prawda?

– Mam uwierzyć w te bzdury, które wciskałeś sędziom przysięgłym?

– To nie bzdury, to prawda – upierał się.

– Akurat.

Burke był niezwykle skutecznym kłamcą. Tak bardzo omamił niektórych przysięgłych, że sceptycznie odnosili się do bezsprzecznych dowodów. Zdaniem Davida musiał też ogłupić policjantów z San Francisco, bo inaczej nie poparliby jego wniosku o warunkowe zwolnienie, bez względu na to, na ilu współwięźniów by doniósł.

– Nie musisz mi wierzyć, to już nie ma najmniejszego znaczenia.

– Ma znaczenie. – David wyjął zdjęcia Meredith Connelly, Amber Farello oraz Patty Poindexter i przystawił je do szyby. – Z ich powodu.

Spojrzenie Burke’a powoli przesuwało się od jednego zdjęcia do drugiego. Ledwie uchwytny błysk w jego oczach sugerował, że rozpoznaje te twarze, ale jednocześnie nie było tam śladu wyrzutów sumienia.

– Już ci mówiłem, że w życiu nie widziałem tych dziewczyn. Nie były moimi pacjentkami.

Co do tego ostatniego z pewnością nie mijał się z prawdą. Był zbyt inteligentny, by wybrać na swe ofiary osoby, z którymi miał do czynienia zawodowo. Wyszukiwał takie, które mieszkały w innej części miasta, by nie wydawały się w jakikolwiek sposób z nim powiązane. Uważał się za mądrzejszego niż policja i David musiał z bólem przyznać, że jak dotąd wszystko wskazywało na to, że miał rację.

– Wiesz, że się nie poddam. Nigdy.

– W takim razie zmarnujesz dużo czasu.

– Czym się zajmiesz po wyjściu z więzienia?

Gdy tylko Burke został skazany, stanowa izba lekarska cofnęła mu licencję, więc nie mógł otworzyć gabinetu w Kalifornii, a gdyby chciał to uczynić gdzie indziej, informacje o jego kryminalnej przeszłości szybko wyszłyby na jaw.

Na moment twarz Burke’a straciła swój zwykły wyraz samozadowolenia i David miał okazję zobaczyć go takim, jakim był naprawdę: ponurym i pełnym pretensji do całego świata.

– To dzięki tobie straciłem zawód, to przez ciebie na marne poszło sześć lat studiów i kolejne lata poświęcone wyrabianiu renomy. Moja żona musiała za grosze sprzedać mój gabinet, żeby nie umrzeć z głodu.

– Dzięki mnie? To nie ja zaatakowałem nożem bezbronną kobietę.

– Jaką bezbronną? Przecież to ona mnie zraniła.

– W obronie własnej – przypomniał David.

Gdyby tylko mógł, złapałby tego drania za szyję i wydusił w ten sposób przyznanie do winy, ale wiedział, że ulegając gniewowi i frustracji, zaprzepaściłby ostatnią szansę na rozwiązanie zagadki.

– Nie ma dowodów, które poparłyby twoją wersję wydarzeń – kontynuował, starając się panować nad emocjami.

– Nie ma też niezbitych dowodów na poparcie jej wersji. Jeśli rzeczywiście przyłożyłem jej nóż do gardła, to gdzie on jest?

– Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć.

– Służę uprzejmie. – Głos Burke’a ociekał ironią. – Nigdy nie było żadnego noża. Poszliśmy do niej, zabraliśmy się do roboty, a ona nagle spanikowała i dźgnęła mnie nożyczkami krawieckimi, więc zaczęliśmy się szarpać.

Kolejne kłamstwo. Rany na ciele Skye wskazywały na zupełnie inny scenariusz niż ten, który przedstawił Burke. Nóż niewątpliwie istniał, a gdzie – o tym wiedział jedynie Burke.

– Zgadzam się, źle zrobiłem, że poszedłem z nią do domu – ciągnął. – Za ten błąd zapłaciłem aż w nadmiarze. Zresztą nie znam mężczyzny, który by choć raz nie miał ochoty na skok w bok.

– Czemu akurat z nią?

– Bo tego chciała.

– Masz zbyt bujną wyobraźnię.

– Nie było cię tam. Nie widziałeś, jak się do mnie uśmiechała. Jak sięgała do mojego rozporka.

David starał się zachować kamienny wyraz twarzy. Zdawał sobie sprawę, że Burke próbuje go sprowokować, więc robił, co mógł, by stłumić narastającą wściekłość.

– Prawdziwy z ciebie kobieciarz, Oliverze – zauważył z przekąsem.

– Prawdziwy facet wie, kiedy kobieta na niego leci. Zwłaszcza taka jak ona.

– Nie pomyślałeś nawet przez moment o żonie i córce, kiedy planowałeś te swoje napaści na niewinne kobiety?

– Na nikogo nie napadłem. Gdybym nawet to zrobił, nie sądzę, żebym myślał przy tym o żonie. A ty co sobie wyobrażasz, kiedy patrzysz na dziewczyny z „Playboya”? – zapytał takim tonem, jakby rzeczywiście chciał wiedzieć, ale zaraz odpowiedział sobie sam: – Wyobrażasz sobie, że idziesz z nimi do łóżka, prawda? Bądźmy szczerzy, Skye dorównuje niejednej panience z rozkładówki.

David milczał, więc po chwili Oliver opamiętał się i zerknął na niego niepewnie.

– Nie sądzisz?

– Przestań mnie podpuszczać, nic to nie da.

– Widziałem, jak na nią patrzyłeś w sali sądowej. – Burke pochylił się w kierunku szyby.

Na usta Davida wypłynął przekorny uśmiech.

– Tylko na tyle cię stać?

Burke wzruszył ramionami.

– Wiem, że jej pragniesz. Każdy by chciał ją mieć.

– Każdy? Czyli ty też?

– Jasne. A myślisz, że czemu poszedłem z nią do domu?

– Poszedłeś za nią – uściślił David. – Skye nie przypomina sobie, żeby cię spotkała, zanim ją zaatakowałeś.

– A powinna.

– Czyżby? Zeznała, że być może widziała cię kiedyś przypadkiem i uśmiechnęła się do ciebie w przelocie.

Było to spotkanie, jakich setki zdarzają się każdego dnia – ot, zwykła wymiana spojrzeń czy uśmiechów między dwójką obcych ludzi mijających się na ulicy. Dla większości osób nic nie znaczyła, z wyjątkiem Olivera...

– Teraz tak mówi – upierał się.

– Gdzie to było? – naciskał David. – W sklepie? W kinie? Na autostradzie? A może mijałeś ją, jadąc na rowerze? Czy w ten sposób wybierałeś ofiary?

– Starałem się być dla ciebie miły. – Burke odchylił się na oparcie krzesła. – Ale widzę, że to na nic, bo i tak mnie zamęczasz pytaniami.

– Nie obchodzi mnie, czy będziesz dla mnie miły, czy nie. Po prostu odpowiedz na pytanie.

– Już odpowiedziałem. W sądzie.

Twierdził wtedy, że Skye stała na poboczu, próbując zorientować się, gdzie jest, więc zatrzymał się, udzielił jej wskazówek, a w zamian za to zaprosiła go do siebie. Co było oczywiście wierutną bzdurą.

– Czemu teraz nie powtórzysz tych kłamstw? Boisz się, że ci się pomieszają, bo było ich aż tyle?

– Może gdyby cię nie zaślepiało pożądanie, myślałbyś logicznie i zrozumiał wreszcie, że to dla mnie spotkanie ze Skye okazało się tragiczne w skutkach. Straciłem tamtego wieczoru dużo krwi, a potem gabinet, dom i większość wartościowych przedmiotów. Moją rodzinę spotkało wiele upokorzeń. Od trzech lat mieszkam w stalowej klatce o powierzchni mniejszej niż cztery metry kwadratowe, śpię na metalowym łóżku na materacu grubości pięciu centymetrów. Gdy wychodzę na zewnątrz, szwendam się po zatłoczonym betonowym placyku ze świadomością, że każdy mój krok śledzą lufy nabitych strzelb. Wiesz, co robię podczas tych spacerów? Liczę na murze ślady po kulach, modląc się w duchu, żeby żadna kolejna nie trafiła we mnie. – Skrzyżował ramiona na piersi. – Tu naprawdę nie jest bezpiecznie.

– Bujną masz wyobraźnię – skomentował ze śmiechem David. – Tu się używa gumowych kul.

– Kiedyś używano prawdziwych. Zresztą czy oberwałeś kiedyś gumową kulą?

– Nie, nigdy sobie na to nie zasłużyłem.

– Tu jest bardzo niebezpiecznie. Jak myślisz, czemu prosiłem żonę, żeby mnie nie odwiedzała?

Fakt, że wspomniał o żonie, bardzo zaskoczył Davida, bo Burke nigdy nie chciał o niej rozmawiać.

– Nie przyjeżdża do ciebie?

– Przyjeżdżała przez pierwsze trzy miesiące – wyjaśnił, wpatrując się w starannie przycięte paznokcie. – Nie chcę, żeby jej tu dokuczali.

– Kto miałby jej dokuczać? – drążył ostrożnie David.

– Znasz tutejsze zasady. Nie może nosić dżinsów, żeby nie wzięto ją za więźnia, ani szortów, które odsłaniałyby udo pięć centymetrów powyżej kolana. Żadnych bluzek podkreślających figurę, a nawet biustonoszy z fiszbinami. Na litość boską, przecież w dzisiejszych czasach wszystkie kobiety używają fiszbin. Jane ma duży biust, jak Skye.

Jak Skye? Stwierdzenie to zastanowiło Davida, ale zacisnął zęby, żeby nie spłoszyć Burke’a, któremu chwilowo rozwiązał się język.

– Potrzebuje wzmocnionej bielizny, żeby udźwignąć ten ciężar – ciągnął. – Ale jak miałaby to wytłumaczyć jakiemuś obleśnemu strażnikowi.

– Twoja żona nie jest w stanie ponieść tych kilku wyrzeczeń w kwestii garderoby? A może chodzi o coś całkiem innego?

– Wolę już jej wcale nie widzieć, niż być blisko, a nie móc jej dotknąć. Zresztą za każdym razem poddawali ją rewizji osobistej, straszyli, że jeśli podczas odwiedzin zostanie wzięta jako zakładniczka, władze więzienne nie będą negocjować z porywaczami ani też nie dadzą za nią okupu. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji każda matka dwa razy się zastanowi, zanim tu przyjdzie. Co się stanie z jej dzieckiem, jeśli ona zostanie wzięta jako zakładniczka przez jedną z tutejszych bestii?

Burke konsekwentnie od samego początku pobytu w więzieniu odcinał się od zwykłych kryminalistów, co tylko potwierdzało podejrzenia, że ma całkowicie zniekształconą wizję świata oraz siebie samego.

– Gdyby panowały tu inne zasady, goście znaleźliby się w prawdziwym niebezpieczeństwie – zauważył David. – A więc Jane czeka na ciebie? Wciąż jesteście razem?

– Oczywiście, że tak. – Oliver uniósł brwi, jak gdyby pytanie wydawało mu się zaskakujące. – Nie odwiedza mnie, bo to zbyt trudne, zbyt krępujące. Nigdy w życiu nie widziała skazańca, a teraz jej mąż jest jednym z nich.

– Wiadomo chyba, czyja to wina.

– Wiadomo – powtórzył przez zaciśnięte zęby Burke. – Na pewno nie tego, kto za to płaci. Moja żona ufa mi i wie, że Skye to oszustka.

David nie mógł pojąć, jakim cudem Jane Burke nie dostrzegała niebezpieczeństwa, które niosło z sobą życie z Oliverem. Czy naprawdę nie rozumiała, że powinna za wszelką cenę chronić córkę przed takim ojcem?

– Byłbyś skończonym idiotą, gdybyś zawiódł jej zaufanie.

– Nie mam takiego zamiaru.

Powiedział to z takim przekonaniem, że David niemal mu uwierzył. Nic dziwnego, że udało mu się przekonać sąd do warunkowego zwolnienia.

Uznawszy, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi, oznajmił Burke’owi, iż będzie go obserwował, po czym odłożył słuchawkę. Niespodziewanie Oliver zastukał w szybę na znak, że chce jeszcze coś dodać.

– A jak się miewa Skye? – zapytał z troską w głosie. – Doszła do siebie?

– Doskonale sobie poradziła – skłamał.

Gdyby rzeczywiście tak świetnie sobie poradziła, rozstałaby się wreszcie z bronią i przestała zadręczać się losem każdej poszkodowanej osoby w Sacramento i okolicach.

– To dobrze. A jak jej się mieszka w nowym domu?

David zaniepokoił się nie na żarty. Skye przeprowadziła się przecież zaledwie przed rokiem.

– A skąd ci przyszło do głowy, że zmieniła adres?

– Nie wyobrażam sobie, żeby zdecydowała się pozostać tam, gdzie do tej pory.

Kiepskie wytłumaczenie, pomyślał David. Wiele ofiar przestępstw nadal mieszka w tym samym miejscu, nawet jeśli to tam spotkała je krzywda.

– Skye nie chce mieć z tobą nic do czynienia. Jeśli jesteś taki bystry, za jakiego chcesz uchodzić, lepiej zostaw ją w spokoju.

– Raczej nie stara się trzymać na uboczu – stwierdził spokojnie, jak gdyby to tłumaczyło, czemu się nią interesował. – Widziałem ją wiele razy w telewizji, jak agitowała na rzecz dotkliwszych kar dla takich potworów jak ja. Parę tygodni temu czytałem w gazecie artykuł o tej jej fundacji. Na Śmierć i Życie czy jakoś tak. – Zachichotał złowieszczo. – Jest żałosna z tą całą swoją misją. Co też ona może wiedzieć o prawdziwych potworach. Ale to dla niej typowe, jak się na coś zaweźmie, nawet nie myśli odpuścić.

Zaskakująco ciepły ton jego głosu sprawił, że dłonie Davida zacisnęły się w pięści.

– Nic o niej nie wiesz.

– Nie żartuj sobie – prychnął Oliver. – Znam ją lepiej niż ktokolwiek inny. Nawet ty.

To powiedziawszy, odłożył słuchawkę i zastukał w drzwi na znak, że chce wrócić do celi. David był tak pochłonięty próbą rozszyfrowania końcowych słów Burke’a, że w pierwszej chwili nie zauważył strażnika, który przyszedł go odprowadzić do wyjścia.

– Czy wszystko w porządku, detektywie Willis?

– Tak, w porządku, dziękuję – odparł, odkładając słuchawkę.

ROZDZIAŁ TRZECI

Siedziba fundacji Na Śmierć i Życie znajdowała się przy Watt Avenue. Był to biały budynek o płaskim dachu, zbudowany w latach siedemdziesiątych, czyli w czasach, gdy zdaniem Skye architektura przeżywała zdecydowany kryzys. Nie wygląd jednak, ale względy praktyczne – korzystne położenie względem centrum, bliskość autostrady i niski czynsz – przesądziły o ulokowaniu tam biura. Każda z trzech przyjaciółek miała swój gabinet, były tam też dwie sale konferencyjne i duże pomieszczenie, w którym odbywały się kursy samoobrony, ewentualnie spotkania specjalistów, którzy pomagali podopiecznym fundacji.

Skye wydobyła z torebki pęk kluczy, by otworzyć drzwi wejściowe. Z oczywistych względów wejście do budynku musiało być stale zamknięte, a na spotkanie należało umówić się telefonicznie. Na szybie od wewnętrznej strony drzwi wisiało nowe ogłoszenie:

Zaginął Sean Brady Regan, urodzony 2 marca 1964 r. Ostatnio widziany w Nowy Rok.

Poniżej zamieszczono zdjęcie sympatycznego mężczyzny, który przed trzema tygodniami odwiedził fundację, a także podano dodatkowe informacje, to znaczy gdzie i kiedy Sean Brady Regan ostatnio był widziany.

Sheridan, która musiała ją zauważyć, otworzyła drzwi.

– Tak mi przykro. Rano nie chciałam ci nic mówić, bo i tak byłaś zdenerwowana.

– Kiedy to przyszło? – Skye wskazała ruchem głowy ogłoszenie.

– Dziś rano.

– To ona. Jestem pewna, że to ona zrobiła. Jego żona.

– Ale po co? Żeby zgarnąć pieniądze z ubezpieczenia?

– Nie, Sean nie był ubezpieczony. To była pierwsza rzecz, o którą go zapytałam. Powiedział mi, że się boi, bo żona spotyka się z innym mężczyzną, prawdopodobnie zażąda rozwodu, ale za wszelką cenę będzie próbowała uniknąć walki o opiekę nad dziećmi.

Sheridan zatknęła za ucho pasmo długich ciemnych włosów. Zwykle nie nosiła makijażu, ale za sprawą idealnej cery, pięknych błękitnych oczu otoczonych gęstymi czarnymi rzęsami, a także dość mocno zarysowanych kości policzkowych, budziła powszechne zainteresowanie mężczyzn.

– Skye, nie zadręczaj się, nie możemy pomóc wszystkim. Już prawie koniec tygodnia, niech policja się tym zajmie.

– Jak możesz tak mówić? Z ogłoszenia wynika, że nie ma go już od tygodnia. Musimy jak najprędzej skontaktować się z Jonathanem Stiversem. Jest świetny, znajdzie każdego.

– Jest też drogi, a nam się kończą fundusze – odparła cicho Sheridan, kładąc przyjaciółce dłoń na ramieniu. – Jeśli nadal chcemy działać, musimy bardzo ostrożnie wydawać pieniądze.

Skoro Sheridan w ogóle poruszyła ten temat, faktycznie musiało być źle, ale Skye nie miała teraz do tego głowy. Myślała o Seanie, który być może za sprawą okrutnej żony leżał gdzieś w rowie...

– Mówiłam mu, żeby odszedł od niej, uciekał...

– Nie chciał?

– Uparł się, że nie zostawi dzieci, no i nie dowierzał własnej intuicji. Próbował rozmawiać o tym z rodziną, ale go wyśmiała.

– Policja zrobi co w ich mocy.

Tylko że to prawdopodobnie nie wystarczy, dodała w duchu Skye. Nawet David, najbardziej oddany pracy policjant, jakiego spotkała, nie był w stanie udowodnić, że to Burke zabił te trzy młode kobiety. Dlatego właśnie Skye, Sheridan i Jasmine poświęcały każdą minutę, by pomóc osobom skrzywdzonym przez przestępców. W niektórych przypadkach wynajmowały prywatnych detektywów, w innych lepszego adwokata, jeszcze innych zapewniały dach nad głową, lekarza czy psychologa. Wymagało to jednak ogromnych kwot i choć sobie wypłacały tylko tyle, by opłacić rachunki i zaspokoić najbardziej podstawowe potrzeby, ciągle było mało. Na szczęście po trzech latach działalności zdobyły tak wiele społecznego zaufania, że coraz łatwiej pozyskiwały sponsorów, a także cieszyły się coraz większym szacunkiem władz lokalnych i stanowych. Gdy jeden z prominentnych senatorów zapowiedział, że się zjawi na balu charytatywnym, który organizowały w następny weekend w hotelu Hyatt, szanse na zebranie znaczących sum zdecydowanie wzrosły.

– Ja też muszę zrobić, co w mojej mocy, Sher. Sean zaraz na początku naszego spotkania spytał, czy pomagamy też mężczyznom. Sprawiał wrażenie zażenowanego, jak gdyby uwłaczało to jego męskiemu poczuciu godności. Odpowiedziałam, że staramy się pomóc każdemu, niezależnie od jego wieku, płci czy pochodzenia.

– Co mu obiecałaś?

– Spotkanie z Jonathanem. Pomyślałam, że najpierw powinniśmy sprawdzić, czy jego podejrzenia dotyczące żony są słuszne. Niestety, więcej się nie pojawił. Kilka razy bezskutecznie próbowałam do niego zadzwonić, ale akurat było przed świętami, więc uznałam, że wyjechał z rodziną. A teraz... to. – Zagryzła wargi, przerażona myślą, że nie udało jej się uratować człowieka, który prosił ją o pomoc. – Powinnam była być bardziej wytrwała, pojechać do niego...

– Skye, nie zadręczaj się, ja też bym pomyślała, że wyjechał. Nie wiemy, co się faktycznie stało. A może uciekł, bo znalazł konkretny dowód na to, że jego życie jest zagrożone?

– Nie. – Pokręciła głową. – Gdyby wchodziło w grę realne zagrożenie, zabrałby dzieci.

– W takim razie skontaktujemy się z Jonathanem – zadecydowała Sheridan, starając się zamaskować zaniepokojenie pokrzepiającym uśmiechem.

Skye miała wyrzuty sumienia, że nie jest na bieżąco z finansową stroną działalności fundacji, przez co cała księgowość, czyli ciężar materialnych problemów, spoczywał na barkach biednej Sheridan. Skye zajmowała się przede wszystkim nadzorowaniem, a czasem prowadzeniem kursów, podczas których pracowano między innymi nad wzmocnieniem poczucia własnej wartości, wychodzenie z traumy, a także obchodzeniem się z bronią. Jasmine natomiast współpracowała z detektywami przy śledztwach dotyczących zaginięć. Do tego wszystkiego każda z nich pilotowała poszczególne sprawy, decydując, co można jeszcze zrobić i skąd wziąć na to pieniądze.

– Bal będzie od jutra za tydzień, prawda? – upewniła się Skye.

Przyjaciółka skinęła głową.

– Zostało mi w tym miesiącu na koncie parę dolarów – oznajmiła, podjąwszy w myślach decyzję, że tych kilka niezapłaconych rachunków może poczekać. – Wynajmę Jonathana na swój koszt.

– Ależ Skye...

Uciszyła ją ruchem dłoni.

– Jeśli zbierzemy na balu tyle pieniędzy, ile planujemy, fundacja mi to zwróci, OK?

– Dobrze. Przestańmy wreszcie tkwić w wejściu, zaczyna padać. AV propos balu... Znalazłaś już sobie osobę towarzyszącą?

– Jeszcze nie – przyznała Skye, wrzucając klucze do torebki. – Zupełnie nie rozumiem, do czego jest mi potrzebna.

– Już ci to tłumaczyłam. – Sheridan pokręciła głową. – To kwestia wizerunku. Większość naszych dobrodziejów to osoby o tradycyjnych poglądach, senator też jest konserwatystą. – Przechodząc obok recepcji, sięgnęła po stertę korespondencji, aby ją posortować przed przyjściem wolontariuszy. – Rozmawiałam z jego sekretarzem. Zasugerował, że szef bardzo ostrożnie dobiera osoby, które wspiera, między innymi jest czuły na sferę obyczajową.

– I?

– Musimy przynajmniej stwarzać pozory, że żyjemy normalnie.

– Normalnie, czyli jak?

Temat braku czasu na jakiekolwiek życie prywatne powracał raz po raz w ich rozmowach, czego Skye miała już serdecznie dość.

– Wiesz przecież. Że mamy narzeczonych, że chodzimy do teatru, kina, na kolację.

– Prawda jest taka, że nie mamy i nie chodzimy. Jedynymi mężczyznami w naszym życiu są podopieczni fundacji. Po co udawać? – Wzruszyła ramionami.

– Po to, żeby zebrać większe darowizny – cierpliwie tłumaczyła Sheridan. – Bardzo ich potrzebujemy.

Co racja, to racja. Jeśli nie zbiorą odpowiedniej ilości pieniędzy, Skye będzie musiała się obyć bez prądu i wody z powodu niezapłaconych rachunków.

– No dobrze – mruknęła niezadowolona. – Postaram się kogoś przyholować w sobotę.

– Tylko niech to będzie ktoś w miarę reprezentacyjny. Musimy zrobić naprawdę dobre wrażenie na naszych darczyńcach, więc trzeba będzie z nimi porozmawiać o biznesie, polityce czy kulturze.

Skye, która szła już do swego gabinetu, zatrzymała się w pół kroku i obróciła na pięcie.

– Obawiam się, że znalezienie kogoś z prezencją, a w dodatku obdarzonego inteligencją, to nie lada zadanie. Pamiętasz Charliego Foksa na przyjęciu bożonarodzeniowym?

– Przecież ostrzegałam cię, żebyś go nie zapraszała – przypomniała Sheridan. – Ciągle się nie pozbierał po rozwodzie.

– Nie, moja droga, nie ostrzegałaś. Mówiłaś, że twój sąsiad czuje się samotny i dobrze by mu zrobiło, gdyby znalazł się wśród ludzi, porozmawiał, pożartował. Że jest miły i nieszkodliwy, a tymczasem upił się, nim dotarliśmy do połowy przyjęcia, i gadał straszne głupoty, więc musiałam go odwieźć do domu. W dodatku zasnął po drodze tak twardo, że miałam problemy z wyciągnięciem go z samochodu.

– Przykro mi, że tak wyszło – odparła Sheridan, z trudem kryjąc rozbawienie. – Może tym razem zaprosisz kogoś, kim będziesz choć trochę zainteresowana?

– Dobrze wiesz, że ktoś taki nie istnieje.

– A właśnie że istnieje.

– Ale jest żonaty.

– Nie żonaty, tylko rozwiedziony – uściśliła przyjaciółka, kładąc dłoń na klamce drzwi swego gabinetu.

– Wszystko jedno, bo i tak do niej wróci. Zawsze wraca. Wytrzymuje tyle, ile się da, potem się wyprowadza i zadręcza wyrzutami sumienia. Uważa rozwód za przejaw słabości, a jest zbyt dumny i uparty, by przyznać sobie prawo do porażki.

– Tu masz słuszność.

– A jego żona ma nade mną przewagę w jednej kluczowej kwestii. Ma coś, a raczej kogoś, na kim mu zależy najbardziej w świecie.

– Zależy mu na tobie, Skye...

– Może i tak, ale nie tak bardzo jak na synu – ucięła temat, zamykając za sobą drzwi.

– To Oliver! – szepnął Noah Burke, a w jego oczach pojawił się przestrach.

Na myśl o tym, że w słuchawce zaraz usłyszy głos męża, Jane poczuła, jak robi jej się zimno. Leżała nago w łóżku, w którym przez ostatnią godzinę kochała się namiętnie z jego starszym bratem. Ilekroć teściowa zabierała Kate na weekend, Noah wpadał pod pretekstem naprawy cieknącego kranu czy skoszenia trawnika, by jego żona niczego się nie domyśliła.

– Tak, biorę na siebie koszty połączenia – oznajmił operatorowi więziennej centrali telefonicznej, po czym nerwowym gestem przeczesał palcami jasne jak pszenica włosy.

– Nigdy nie dzwoni w sobotę rano – wyjaśniła spłoszonym szeptem.

Noah nie miał w zwyczaju odbierać za nią telefonów. Po prostu podniósł słuchawkę, by zamówić pizzę, lecz zamiast sygnału usłyszał głos operatora, który najpierw połączył Olivera, a dopiero potem spytał o zgodę na obciążenie kosztami rozmowy.

Cóż za fatalny zbieg okoliczności. Z tego, co mówił Oliver, w San Quentin był tylko jeden aparat telefoniczny na piętro, co przy tej liczbie więźniów oznaczało ogromne kolejki. Mimo to niemal zawsze udawało mu się dodzwonić w najmniej dogodnym dla niej momencie. Inna sprawa, że ostatnio w ogóle nie miała ochoty na rozmowę z nim... Teraz oczekiwał od niej euforii w związku z warunkowym zwolnieniem, jak gdyby po tym wszystkim, przez co przeszła z jego powodu, należało mu się uroczyste powitanie. Nie wierzyła, że jest winny gwałtu, ale upokorzył ją sam fakt zdrady małżeńskiej. Straciła nie tylko poczucie własnej godności, lecz i szacunek otoczenia, bo fakt, że szukał rozkoszy w łóżku innej kobiety, sugerował jakieś braki z jej strony. Nikt jej tego nie wytknął prosto w oczy, doskonale jednak wiedziała, że temat krążył wśród sąsiadów i znajomych. Gdyby tylko mogli ją zobaczyć z Noahem. Był znacznie wyższy i lepiej zbudowany niż brat, jego firma świetnie prosperowała, a to właśnie od niej nie mógł oderwać wzroku ani dłoni. Nie znaczyło to, że czuła się dumna z tego, co robili. Bardzo lubiła zarówno szwagierkę, jak i teściów, więc ściskało jej się serce na myśl, jak bardzo by ich zraniła, gdyby wszystko wyszło na jaw.

Noah rzucił jej pytające spojrzenie znad słuchawki. Szukając gorączkowo w myślach sensownego wyjaśnienia, przypomniała sobie, jak przed tygodniem wytłumaczyła jego obecność teściowej, która wpadła z niespodziewaną wizytą.

– Powiedz, że zepsuła mi się spłuczka w toalecie i wpadłeś ją naprawić. Wie, że mi czasem pomagasz. Jest ci wdzięczny.

Słysząc to ostatnie słowo, przewrócił oczami i zwiesił głowę. Jane miała ochotę wyjąć mu słuchawkę z dłoni, jednak Oliver musiał już usłyszeć jego głos, więc powinni zamienić kilka zdań, by nie wyglądało to podejrzanie. Czasem Noaha tak bardzo dręczyły wyrzuty sumienia, że obawiała się, iż wreszcie pęknie i wyzna prawdę rodzinie.

– Tak, tak, to ja – powiedział do telefonu, starając się zachować jak najbardziej pogodny ton głosu. – Jak się masz?... Dobrze. Co się działo od czasu mojej ostatniej wizyty?... Naprawdę?! To dobrze, że już wychodzisz... Przepraszam, że ostatnio tak rzadko cię odwiedzałem... Wiem. Miałem mnóstwo zleceń... Ale powinienem był znaleźć trochę czasu...

Jane wstała z łóżka i usiadła u stóp Noaha. Kusiło ją, by jęknąć albo wydać jakikolwiek inny odgłos, który zdradziłby naturę ich związku. Oliver zasłużył sobie na ból, jaki z pewnością wywołałaby ta wiadomość. Gdyby nie uległ pokusie i nie poszedł ze Skye Kellerman do domu, wszystko wyglądałoby inaczej. Wiedziała jednak, że nigdy nikomu nie powie o Noahu. Nie śmiałaby. Gdyby to wyszło na jaw, ucierpiałoby zbyt wiele drogich im obojgu osób.

– A więc będziesz miał przez kilka lat kuratora? – ciągnął Noah. – Ciekawe, jak to będzie wyglądało?

Jane wyobraziła sobie, jak jej sypialnia wyglądałaby w tej chwili z lotu ptaka. To, co zobaczyła, wywołało w niej obrzydzenie. Ona, niegdyś modelowa wręcz żona i matka, odpoczywająca po seksie ze starszym bratem swego męża. Musiała być okropną osobą, by się czegoś takiego dopuścić.

– Mama i tata też nie mogą się ciebie doczekać.

Mówiąc to, Noah posłał jej smutny uśmiech. Może właśnie dlatego tak za nim szalała? Traktował ją, jakby była dla niego ważna, jakby jej uczucia były dla niego najważniejsze. Szczególnie w pierwszych miesiącach bez Olivera potrzebowała zwykłego ludzkiego ciepła, otuchy, życzliwego zainteresowania.

– Fakt, szkoda gabinetu... Ale na pewno coś sobie znajdziesz – zapewnił, bawiąc się kosmykiem jej włosów. – Jasne. Spotkamy się jak najszybciej po twoim powrocie. OK, daję Jane.

Podał jej słuchawkę, po czym ukrył twarz w dłoniach.

– Cześć, kochanie – przywitał ją Oliver. – Jak się masz?

Podciągnęła kolana pod brodę, przycisnęła je do klatki piersiowej, i siedziała tak skulona, wpatrując się w pomalowane na czerwono paznokcie u stóp.

– Dobrze.

– A co tam robi Noah?

– Pomaga... – Odchrząknęła, bo na chwilę głos jej uwiązł w gardle. – Pomaga mi przygotować dom na twój powrót, naprawia różne drobiazgi.

– To ładnie z jego strony.

Serce jej się ścisnęło boleśnie, bo zdała sobie sprawę, że po powrocie Olivera straci Noaha, a przecież jego wsparcie szczególnie by się jej przydało podczas tych trudnych pierwszych miesięcy. Nie mogli jednak aż tak ryzykować.

– Wie, że chcę, aby dom wyglądał jak najpiękniej na twoje przybycie. On i wasi rodzice są dla mnie naprawdę bardzo dobrzy.

Poczuła na głowie dotyk ręki Noaha, oparła czoło o jego kolano.

– Muszą być dla ciebie mili, przecież jesteś moją żoną – stwierdził arogancko Oliver.

– To jak, wychodzisz w piątek?

– Tak. Zostało tylko sześć dni. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, a tobie?

– Mnie też...

– Jak już wrócę, zrobię, co się da, żebyśmy mogli zapomnieć o przeszłości. Kupimy duży dom, taki jak mieliśmy kiedyś. Moi rodzice nam pomogą, jeśli będzie trzeba.

To samo mówili Betty i Maurice, którzy – podobnie jak Jane – nie wierzyli, jakoby Oliver był groźnym przestępcą. Owszem, po szarpaninie ze Skye Kellerman wrócił nieźle poraniony, tak że Jane musiała go zawieźć na izbę przyjęć, ale to Skye zawiniła, bo wpadła w panikę i zaatakowała go nożyczkami. Pewnie była na prochach, jak zeznał Oliver.

– Jane? – szepnął zaniepokojony Noah, który doskonale zdawał sobie sprawę z jej rozterki.

Podniosła dłoń na znak, że musi najpierw zakończyć rozmowę z Oliverem. Podeszła do okna i wyjrzała na maleńki jak chusteczka do nosa ogródek. Nienawidziła mieszkania w tej okolicy. Sąsiedzi regularnie urządzali nocne, zakrapiane alkoholem imprezy, które nieodmiennie kończyły się bijatykami. Młodzież przesiadywała na pustych działkach, paląc trawkę, ewentualnie niszczyła to wszystko, co tylko wpadło w ręce. Szkoła, do której uczęszczała Kate, pozostawiała wiele do życzenia. Jane czuła, że nie może tu dłużej pozostać, ale nie była w stanie wyrwać się stąd, pracując w podrzędnym salonie fryzjerskim. Potrzebowała do tego Olivera, by zaś odbudować małżeństwo, musieli za wszelką cenę zapomnieć o wszystkim: o Skye, więzieniu, Noahu, gniewie, bólu, niechęci. Nawet o poczuciu winy.

Zrobiło jej się nagle zimno, więc skuliła się i objęła ramionami.

– W zeszłym tygodniu widziałam w telewizji Skye.

– Wiem. Nie przejmuj się, kłamie jak z nut.

– Zbierała pieniądze dla ofiar przestępstw.

– Miejmy nadzieję, że to prawdziwe ofiary, nie tak jak ona – stwierdził szyderczym tonem.

– Zbija majątek na tym, co ci zrobiła. Jej perfidia nie zna granic. Popatrz tylko, jaka jest popularna, ile sympatii zyskała przez swoje kłamstwa.

Jane miała ochotę napisać kolejny list do Skye, choć doskonale wiedziała, że zostanie, tak jak poprzednie, bez odpowiedzi.

– Pewnie bierze co miesiąc niezłą pensję z tej swojej fundacji – podburzał ją Oliver.

Podczas gdy ona przez cały miesiąc strzygła od rana do nocy, by zarobić na tę klitkę, w której przyszło jej mieszkać.

– Nieważne, co robi, to już nas nie dotyczy, to już za nami – złagodniał.

Jakże pragnęła, by jego słowa okazały się prawdziwe...

Podszedł Noah i musnął jej kark delikatnym, czułym pocałunkiem.

– Zaczniemy od nowa. Zbudujemy wszystko jeszcze raz – wyrecytowała słowa, które Oliver powtarzał jej wielokrotnie.

– Tak jest.

Wtuliła się plecami w ramiona Noaha, by może po raz ostatni czerpać siłę z jego bliskości.

– W takim razie do zobaczenia w piątek.

– Zostaw Kate z moimi rodzicami i przywieź pieniądze na hotel. Zasłużyliśmy na to, by spędzić w San Francisco noc we dwoje. Co ty na to?

– Chyba tak...

– Nie cieszysz się?

Nie wiedziała, co o tym sądzić. Kiedyś go przecież kochała... Czy to uczucie powróci wraz z nim? Miała nadzieję, że tak. Tak byłoby lepiej dla niej, dla Kate, dla wszystkich.

– Oczywiście, że się cieszę – skłamała.

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Spóźniłeś się.

David stał na progu ładnego, piętrowego domu żony. Nie tak dawno mieszkali tu razem, teraz był tylko gościem. Z niejakim trudem przywołał na twarz uśmiech.

– Mnie też miło cię widzieć, Lynnette.

– Gdzie byłeś? Od dłuższego czasu próbuję się do ciebie dodzwonić.

Wyciszył telefon, żeby nie słyszeć nieustannego brzęczenia, a odbierać nie miał ochoty, bo wiedział, że będzie musiał wysłuchać litanii pretensji, wyrzutów i bezpodstawnych oskarżeń.

– Miałem trudny dzień w pracy – odparł tonem wyjaśnienia.

– Jak zawsze – mruknęła, usuwając się z przejścia. – Jeremy ciągle o ciebie pytał. Martwił się, że znów odwołasz spotkanie.

– Znów?! O czym ty mówisz? Zdarzyło mi się to zaledwie dwa razy, i to z nadzwyczaj ważnych powodów zawodowych.

– Nie wątpię, że ważnych. Twoja praca przecież jest najważniejsza.

Jako pielęgniarka w laboratorium analiz medycznych pracowała codziennie od dziewiątej do piętnastej, co było o tyle wygodne, że Jeremy w tym samym czasie przebywał w szkole. Niestety ta regularność i przewidywalność sprawiała jednocześnie, że Lynnette nie wykazywała najmniejszego zrozumienia dla zupełnie odmiennego trybu policyjnej pracy.

– Wiesz dobrze, że są dni, kiedy nie mogę tak po prostu wyjść o siedemnastej.

Miał wymagający zawód, ale czasem dochodził do wniosku, że jeszcze bardziej wymagającą żonę. Łatwo poddawała się emocjom – gdy miała dobry nastrój, śmiała się bez przerw, a gdy zły, non stop chodziła wściekła.

– Daruj sobie – mruknęła, wkładając buty. – Ciągle nie zabrałeś stąd rzeczy. – Wskazała schowek, w którym rzeczywiście znajdowały się jego okrycia, parasole, a nawet narty.

– Wiem.

Czy w ten zawoalowany sposób sugerowała, że powinien się ostatecznie wyprowadzić? Specjalnie zostawił te przedmioty, nie mógł tak po prostu spakować wszystkiego i odejść, gdy po drugim rozwodzie lekarze stwierdzili u niej stwardnienie rozsiane. Tylko kompletnie bezduszny mężczyzna zostawiłby matkę swego dziecka samą w obliczu dożywotniej walki z tą straszną chorobą.

– Zajmę się tym niedługo.

– Nie, nie zajmiesz się. Zostawisz to na mojej głowie.

Trwał przy niej, bo po prostu musiał. Nie miała bliskiej rodziny, więc kto się nią zaopiekuje w razie poważnego pogorszenia się stanu zdrowia? Nie zarabiała zbyt wiele, więc nie miała oszczędności, a groziło jej, że wkrótce w ogóle nie będzie w stanie pracować. Już było widać pierwsze objawy choroby, między innymi jeszcze większą chwiejność nastroju. Spędzili z sobą dziesięć lat, kiedyś naprawdę mocno się kochali, więc liczył na to, że uda im się jakoś porozumieć, nie tylko dla jej dobra, ale i dla Jeremy’ego. O ileż byłoby to łatwiejsze, gdyby potrafił zapomnieć o Skye...

– Wrócę nie wcześniej jak o północy – zakomunikowała.

Zastanawiał się, czemu aż tak późno. Zajmował się synem w każdy poniedziałek, by Lynn mogła uczestniczyć w wieczornych zajęciach w American River College, ale zwykle docierała z powrotem przed dwudziestą drugą. Czyżby kogoś jednak poznała? Jeśli tak, jej szanse na stały związek były doprawdy minimalne. Rzadko zdarzali się mężczyźni na tyle zdolni do poświęceń, by brać na siebie obowiązek opieki nad chorą żoną, a do tego wychowywać jej dziecko z pierwszego małżeństwa. Zresztą czy aby na pewno Jeremy chciał mieć ojczyma? Jego życie było i tak dostatecznie skomplikowane.

– Baw się dobrze – odparł, starając się ukryć dezaprobatę.

– Nawet mnie nie zapytasz, dokąd się wybieram po zajęciach?

– A powinienem?

– Oczywiście, że nie. – Starała się ukryć rozczarowanie. – Dla ciebie i tak liczy się tylko Jeremy.

– Lynn.

Nawet na niego nie zerknęła. Sięgnęła po leżące na komodzie klucze i ruszyła w kierunku wyjścia.

– Lynn – powtórzył, łapiąc ją za ramię.

Chcąc nie chcąc, podniosła na niego wzrok. W jej oczach lśniły łzy.

– O co chodzi? – zapytał łagodnym tonem.

– Chcesz wrócić, obiecujesz, że jakoś się między nami ułoży, że nie zostawisz mnie samej w chorobie.

– Bo nie zostawię.

– Ale tylko dlatego, że czujesz się zobowiązany. Już mnie nie kochasz...

Nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć ani jak się zachować. Nigdy nie był w stanie przewidzieć, co zrobi Lynnette – raz traktowała go z wyraźną niechęcią, innym razem zabiegała o jego uczucia.

– Zależy mi na tobie. Chcę, żebyś była szczęśliwa.

– Chcesz, żeby Jeremy był szczęśliwy – poprawiła z wyrzutem.

– To też. Ale wiem, że mamy jeszcze szansę na dobre relacje. Gdybyśmy się wybrali do poradni...

– Już byliśmy i nic to nie dało. – Łzy pociekły jej po policzkach.

– Daj spokój...

Próbował wziąć ją w ramiona, ale go odepchnęła.

– Nie rozumiesz?! Ja już tak dłużej nie mogę! Muszę wreszcie o tobie zapomnieć, bo już nigdy nie będziesz mnie kochać tak jak kiedyś.

Temu nie mógł zaprzeczyć. To, co niegdyś do niej czuł, zostało bezpowrotnie utracone, niezliczone kłótnie, oskarżenia i skargi zrobiły swoje. Jednak w jego opinii do szczęścia w małżeństwie wystarczyłyby zaufanie, stabilność, przyjaźń, tylko jak to wytłumaczyć Lynn, która tęskniła za namiętnością, emocjami czy szalonym biciem serca?

– Nie zwykłem się łatwo poddawać. Będę przy tobie, będę cię wspierał, otaczał opieką...

– Innymi słowy, będziesz dzielny jak żołnierz na służbie. To nie wystarczy. Ja też kocham Jeremy’ego, to on nadaje sens memu życiu, ale nie mogę być dobrą matką, będąc cały czas nieszczęśliwa. – Otarła łzy wierzchem dłoni. – Mam dziś randkę. Jeśli chcesz, możesz tu nocować, bo wrócę późno. Kto wie, może dopiero rano? – rzuciła przez ramię, kładąc dłoń na klamce.

– Lynnette! Bądź ostrożna, proszę cię.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Bądź ostrożna?

– Nie rób nic pochopnego tylko po to, żeby się na mnie zemścić.

– Nie zamierzam się na nikim mścić. Chcę się czuć kochana, chcę wreszcie odzyskać sympatię dla samej siebie. Doskonale potrafisz wydobyć na wierzch to, co we mnie najgorsze. Nawet ja nie lubię siebie takiej, jaką jestem przy tobie – dodała oskarżycielskim tonem.