Zaufać przeznaczeniu - N.R. Paradise - ebook
NOWOŚĆ

Zaufać przeznaczeniu ebook

N.R. Paradise

4,6

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Autorka bestsellera "Krwawe więzy" w nowej odsłonie!

Katie Marshall jest zbyt zaabsorbowana ucieczką od toksycznego i destrukcyjnego życia, by zauważyć, że trafiła prosto w sidła prawdziwej miłości. Błądząc wiejskimi ulicami w pełnym teksańskim słońcu, ona i jej czteroletnia córka zmuszone są uciekać od człowieka, który chce im zabrać to co najcenniejsze. Życie.

Gdy zatrzymuje je awaria silnika w samochodzie – z niewielką ilością pieniędzy i jeszcze mniejszą szansą na nocleg – nie mają innego wyboru, jak zatrzymać się w tym miejscu na dłużej, naprawić auto i zarobić dodatkowe pieniądze.

Dzięki pomocy nowo poznanej młodej kobiety trafiają na ranczo Jamesa Rustlera, który pomimo swojego oschłego stylu bycia idealnie rozwiązuje problemy… innych ludzi. Kiedy na progu jego domu staje poszukująca pracy Katie z maleńką dziewczynką, uczepioną nogawki, mężczyzna pomimo strachu widzi w niej ratunek dla swojej rozlatującej się rodziny. Kobieta budzi jego zaufanie, jest czuła, sumienna, delikatna… i zachwycająco piękna. Z upływem czasu okazuje się jednak, że tajemnice, które skrywa, mogą okazać się nie do przeskoczenia.

Czy uda mu się zdobyć kobietę, która boi się zaufać komukolwiek, i ochronić rodzinę przed zbliżającym się niebezpieczeństwem?

 

"Dwie zranione dusze, jedna mroczna tajemnica i niebezpieczeństwo czyhające za rogiem. „Zaufać przeznaczeniu” to nie tylko słodko-gorzki romans, który porwie Was w ramiona. Ta historia bawi, wkurza i wyciska łzy. N.R. Paradise powraca i po raz kolejny skrada moje serce! Dajcie się ponieść tej emocjonalnej bombie, a nie pożałujecie. Gorąco polecam!" - Riva Scott

Zaufać przeznaczeniu” to świetna powieść obyczajowa i jednocześnie piękny romans. Będzie delikatnie, autentycznie i zaskakująco! Katie i James mają za sobą niełatwą przeszłość. Czy na ranczu uda im się odnaleźć wspólne szczęście?" - Blonderka.pl

"Zachwycająca opowieść o prawdziwym uczuciu, które przezwycięży wszystko. Wciągająca od pierwszych stron historia Katie i Jamesa sprawi, że nie odłożysz książki, dopóki nie poznasz zakończenia." - Mrs. Ruda

Zaufać przeznaczeniu” to poruszająca i porywająca historia o sile prawdziwej miłości, która potrafi odnaleźć nas w najmniej oczekiwanym momencie. Gdy myślisz, że nigdzie nie należysz, wiedz, że gdzieś na świecie jest idealne miejsce dla Ciebie. Przeczytaj tę książkę i przekonaj się, że zawsze warto mieć nadzieję!" - itysiek_reads

"Autorka stworzyła mądrą, ciepłą opowieść, która pozwoli nam uwierzyć, że przeznaczenie istnieje, a na ludzi, którzy odmienią nasze życie, możemy czasami natknąć się w najmniej sprzyjających okolicznościach. Ta książka to nie tylko romans, ale też historia o sile przetrwania, o tym, że zawsze można zacząć od nowa, a z przeszłością lepiej się zmierzyć niż przed nią uciekać. Emocje zawarte w tej powieści sprawiają, że czyta się ją jednym tchem. Bardzo polecam!"- Ludka Skrzydlewska, autorka „Sentymentalnej Bzdury”

Zaufać przeznaczeniuN.R. Paradise chwyta za serce już od pierwszych stron! Wzruszająca, seksowna i przepełniona emocjami historia Katie i Jamesa sprawi, że nawet największy niedowiarek uwierzy w moc przeznaczenia. Dajcie się zatem porwać tej opowieści o nadziei, walce o nowe życie i miłości, która rozświetla mrok." - Lilianna Garden, autorka „Prawników”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (460 ocen)
327
92
33
7
1
Sortuj według:
Domenajka1

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna opowieść. Przed rozpoczęciem czytania polecam zaopatrzyć się w chusteczki. Mam nadzieję, że autorka pozwoli nam poznać historie pozostałych braci.
00
Julia15173

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka.Ciężko się oderwać, były łzy, dużo emocji, ciągle coś się dzieje.Na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę na długo zostanie mi w pamięci ❤️
00

Popularność




Copyright © by N.R. Paradise, 2019Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowaniaoraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta I: Magdalena Zięba-Stępnik

Korekta II: Aneta Krajewska

Zdjęcie na okładce: pixabay

Ilustracje wewnątrz książki: pixabay

Projekt okładki: Adam Buzek/[email protected]

Skład, łamanie i wersja elektroniczna: Adam Buzek

Wydanie I - elektroniczne

ISBN 978-83-66754-48-5

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Prolog

Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Odgłos spowodował, że drgnęłam przerażona. Z trudem podniosłam obolałe i poobijane ciało z podłogi, na której zostawił mnie ten potwór, i kryjąc się w cieniu, podeszłam do okna. Wyjrzałam zza firany akurat, gdy Walter wsiadał do limuzyny. Poczekałam chwilę i kiedy nie mogłam już dostrzec tylnych świateł samochodu, pobiegłam nagórę.

Każdy kolejny krok powodował eksplozję bólu przeszywającego całe mojeciało.

Z nosa i wargi ściekała wilgotna smuga metalicznej cieczy, a powieka pulsowała i z minuty na minutę puchła coraz bardziej. Wiedziałam już, że jutro ledwo będę mogła otworzyć oko, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Już nic nie miało znaczenia, bo dziś przelała się czaragoryczy.

Weszłam do obszernej sypialni i od razu ruszyłam do garderoby. Przesunęłam wieszaki z okryciami wierzchnimi i wyciągnęłam swoją spakowaną od dawna torbę. Gdy wychodziłam z pomieszczenia, rzuciła mi się w oczy szkatułka z biżuterią. Szybko, póki nie straciłam odwagi, wysypałam jej zawartość do torby i wyszłam, zatrzaskując za sobą drzwi. Skierowałam się na drugi koniec korytarza i ostrożnie weszłam do pokoju mojej córeczki. Miękkie światło z lampki nocnej rozświetlałopomieszczenie.

Najciszej jak potrafiłam, dopakowałam ubrania Emmy do mojego bagażu i podeszłam do małego białego łóżka z baldachimem. Spojrzałam na maleńkie ciało pogrążone we śnie. Klatka piersiowa unosiła się w miarowym oddechu, gdy dziewczynka spała, ściskając w rączkach swojegomisia.

– Emmo, kochanie, obudź się – powiedziałam, głaszcząc córkę delikatnie pogłówce.

Spojrzałam na jej twarz, dostrzegając ruch gałek pod powiekami. Chwilę później leniwie otworzyła oczy. Widziałam dokładnie, w którym momencie dostrzegła nowe siniaki i obrażenia na mojej twarzy, bo jej piękne oczka wypełniły się łzami, a małe rączki zacisnęły wpiąstki.

– Chodź, maluszku, ubierzemy cię. – Pociągnęłam córkę za rączkę i zaczęłam ubierać w przygotowane wcześniej ciuchy. – Pamiętasz, jak kiedyś mówiłam, że pewnego dnia wybierzemy się w podróż? – Spojrzałam na Emmę, która potwierdziła kiwnięciem głowy. – Właśnie nadszedł tenczas.

Dostrzegłam, jak w jej oczach pojawił się radosny błysk, który równie szybkozgasł.

– Nie martw się. Pojedziemy same – powiedziałam, chwytając ją zarękę.

Wyszłyśmy z pokoju i skierowałyśmy się do tylnego wyjścia. Każdy następny krok na marmurowej posadzce zdejmował mi kolejny ciężar z barków. Gdy znalazłyśmy się przy drzwiach, uchyliłam je ostrożnie i wyjrzałam na zewnątrz. Droga była wolna. Wyszłam wprost w objęcia ciemnej nocy i pierwszy raz od siedmiu lat głębokoodetchnęłam.

Zatrzasnęłam za nami drzwi i było to jak zamknięcie pewnego rozdziału w moim życiu. Wiedziałam, że od dzisiaj każdego dnia będę musiała się ukrywać; że już zawsze będę musiała spoglądać za siebie. Jednak wszystko było tego warte. Byłam to winna sobie i swojejcórce.

Już nigdy nie będę siębała.

Już nigdy nie będę niczyim workiemtreningowym.

Już nigdy nie pozwolę, by mężczyzna rządził moimżyciem.

Nigdy.

Rozdział 1

Katie

– Proszę bardzo, reszty nie trzeba – powiedziałam do taksówkarza, wręczając mu banknotdwudziestodolarowy.

Nie czekałam na odpowiedź, otworzyłam drzwi i wysiadłam. Chwyciłam Emmę za rączkę i trzymając mocno, udałam się do wnętrza hali dworca kolejowego. Po dziesiątej wieczorem nadal kręciła się tu masa ludzi. Rozglądałam się dyskretnie i stwierdziwszy, że nikt nie zwraca na nas większej uwagi, zaczęłam szukać skrytki numer 75b w długim ciągu szafek służących jako przechowalniabagażu.

Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że mało prawdopodobne było, iż Walter wrócił już do posiadłości i odkrył naszą ucieczkę, jednak strach niczym jakaś klejąca maź oblepił moje ciało i umysł, powodując, że w każdym mijającym nas człowieku widziałam potencjalnezagrożenie.

Po dłuższej chwili dostrzegłam naklejkę z moim numerkiem i kucnęłam, jedną dłonią nadal trzymając małą. Wpisałam czterocyfrowy kod, który dostałam SMS-em, i gdy tylko usłyszałam ciche kliknięcie, rzuciłam się do drzwiczek. Z ulgą dostrzegłam szarąkopertę.

Dzięki ci, Boże, za znajomych ze studiów – pomyślałam i pospiesznie włożyłam ją dotorebki.

– Chodź, kochanie, musimy iść – powiedziałam, wstając.

Przełożyłam pasek torby przez ramię i ruszyłam w drogę powrotną, nie nawiązując kontaktu wzrokowego z żadną z mijanych przeze mnieosób.

Gdy byłyśmy prawie przy wyjściu, poczułam pociągnięcie za rękę. Spojrzałam na córkę, która uśmiechała się do mnienieśmiało.

– Mamusiu, muszęsiku.

Rozejrzałam się, próbując zlokalizować najbliżej położonetoalety.

– Nie wytrzymasz jeszcze chwilkę, zanim nie dojedziemy do hotelu? – zapytałam z nadzieją, naprawdę nie chciałam spędzać w tym miejscu więcej czasu, niż było to absolutniekonieczne.

Emma pokręciła główką, więc skierowałam nas na prawo, za kasy i budki z żywnością. Gdy podeszłyśmy do toalety damskiej, uchyliłam drzwi i zajrzałam do środka. Z ulgą stwierdziłam, że nikogo nie ma. Weszłyśmy do środka i posadziłam małą na kibelku, po czym korzystając z okazji, wyciągnęłam kopertę i zaczęłam przeglądaćdokumenty.

– Katie Marshall – przeczytałam swoje nowe imię i nazwisko z dowoduosobistego.

Prócz niego były jeszcze prawo jazdy, akt urodzenia i świadectwo maturalne. Na powrót zajrzałam do koperty i przeszedł mnie zimny dreszcz. Pusto. Nie było nowych dokumentów dlamałej.

Nie, nie, nie – pomyślałam.

Nie tak miało być. Te dokumenty, cała ta ucieczka, to wszystko miało być nowym startem dla mnie i Emmy. Miałyśmy mieć możliwość zaczęcia od nowa gdzieś tam daleko, dokąd nogi nasponiosą.

Oddychałam coraz szybciej, czułam, że zaczyna mi się atak paniki. I jak ja teraz zapiszę Emmę do szkoły, przecież to tak jakbym wysłała Walterowi wiadomość: „Tujesteśmy”.

– Już skończyłam. – Głosik mojej córeczki wyrwał mnie z macekpaniki.

Otrząsnęłam się i przywdziałam sztuczny uśmiech, starałam się zrobić wszystko, żeby tylko nie martwić małej. Pojawiły się trudności, nieoczekiwane komplikacje, ale musiałam być dobrej myśli. Przecież przeszłam już przez takie rzeczy, że taka mała przeszkoda nie może zniweczyć moichplanów.

Chwilę później z nową energią wyszłyśmy z toalety, wstąpiłam jeszcze do drogerii i kupiłam wszystkie potrzebne produkty do stworzenia wizerunku widniejącego na zdjęciu wdowodzie.

Gdyby ktoś siedem lat temu powiedział mi, że nadejdzie taki dzień, że moje życie zamieni się w jeden wielki film sensacyjny, to wybuchłabym śmiechem i kazała się leczyć. A właśnie teraz stałam przed lustrem i przyglądałam się kobiecie, której nie poznawałam. Moje długie złote włosy zniknęły, a w zamian patrzyłam na rudobrązowego boba, który całe szczęście wyszedł mi w miaręrówno.

Emma padła jak kawka zaraz po zjedzeniu dwóch kawałków pizzy, które pomimo późnej pory udało nam się kupić w knajpie niedaleko motelu. Nic dziwnego, patrząc na eskapadę, jaką dzisiajzrobiłyśmy.

Po wyjściu z dworca złapałyśmy taksówkę, którą pojechałyśmy do centrum, by tam przesiąść się w drugą, która zawiozła nas bliżej obrzeży Olympii, a tam wsiadłyśmy już w ostatnią, którą podjechałyśmy pod knajpę. Zamówiłyśmy pizzę i dopiero poszłyśmy do motelu. Musiałam zrobić wszystko, żeby kupić nam jak najwięcejczasu.

Zerknęłam na cyfrowy zegarek, który wskazywał wpół do drugiej. Westchnęłam zrezygnowana; zgasiwszy światło w łazience, przeszłam do małego pokoiku i położyłam się koło córki. Nabrałam głęboko powietrza w płuca, zaciągając się jej słodkim dziecięcym zapachem, który działał na mnie uspokajająco. Pierwszy autobus miałyśmy o wpół do piątej, więc zostały mi niecałe trzy godzinysnu.

Byłam wykończona, a wszystko wskazywało na to, że jak na złość sen nie przyjdzie tak szybko, jak bym chciała. Gdzieś tam z tyłu głowy ciągle czaił się strach, że za chwilę do pokoju wpadną ludzie Waltera i wszystko się skończy. Nie chciałam nawet wyobrażać sobie, jakie konsekwencje przyszłoby mi za to ponieść. W takich momentach jak ten chciałabym mieć magiczny przycisk, który wyłączyłby myśli i dałwytchnienie.

Kręciłam się chwilę, szukając najwygodniejszej pozycji i gdy już miałam wrażenie, że zaczynam zasypiać, usłyszałam kroki. Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła i zaczyna walić tak mocno, że na pewno słychać je było w całym motelu. Wstałam najciszej, jak się dało, by nie zbudzić Emmy, i podeszłam do drzwi. Uchyliłam delikatnie firankę w oknie znajdującym się tuż obok. Ostrożnie wyjrzałam na zewnątrz i ulga zalała całe moje ciało. To tylko jakaś kobieta. Tylkokobieta.

Zsunęłam się po ścianie, aż dotknęłam pośladkami podłogi i opierając głowę na kolanach, wybuchnęłam bezgłośnym płaczem. Z każdą kolejną minutą czułam, jak moje napięte do granic możliwości mięśnie trochę odpuszczają, a łzy przynosiły pewnego rodzaju oczyszczenie. Były swoistym katharsis dla mojej zbolałej duszy. Dały mi tak potrzebne uwolnienie, odreagowanie tego całego napięcia, emocji tłumionychlatami.

Nie wiem, ile czasu tak siedziałam na podłodze pod tym motelowym oknem, ale w tamtym momencie zdałam sobie sprawę, że przeszłam już wiele. Życie doświadczyło mnie tak cholernie mocno, nie dając ani chwili wytchnienia, że muszę po prostu przestać czekać na pomoc i w końcu dzięki dzisiejszemu przypływowi odwagi, zacząć sama szukać dla siebie ratunku. Dla siebie iEmmy.

Ziewnęłam po raz kolejny, rozglądając się uważnie po wnętrzu autobusu. Po tamtym incydencie z krokami na korytarzu spałam na czuwaniu. Budził mnie dosłownie każdy szmer, spuszczanie wody w pokoju obok czy nawet to, jak Emma przekręcała się na łóżku. Byłam zmęczona i przerażona. Z każdym kolejnym kilometrem, który oddalał nas od Olympii, zamiast czuć radość i ulgę, byłam coraz bardziej przerażona. Ciągle w uszach dźwięczały mi słowa Waltera: „Jesteś beznadziejną suką. Nie poradzisz sobie beze mnie”. Wlał we mnie tyle jadu i nienawiści, że zaczynałam w to naprawdęwierzyć.

Otrząsnęłam się z marazmu i zwróciłam uwagę na mężczyznę siedzącego naprzeciwko nas w autokarze. Dzieliło nas tylko przejście, a ja czułam, jak zaczyna mnie palić twarz od tej nadmiernej uwagi z jego strony. Udałam, że szukam czegoś w torebce i ukradkiem zerknęłam na niego. Był około czterdziestki, miał ciemne krzaczaste brwi, a twarz zdobiły blizny po trądziku. Jednak najgorsze były jego oczy. Przeczytałam kiedyś, że oczy są zwierciadłem duszy, a jego były mroczne iprzerażające.

Gdy zauważył, że na niego patrzę, uśmiechnął się, przez co aż przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. Odwróciłam wzrok i zaczęłam się w duchu modlić, żeby nie wysiadał na tym samym przystanku co my. Miałam już serdecznie dosyć mężczyzn takiego pokroju w swoim życiu. Nie potrzebowałam kolejnychkomplikacji.

Poczułam, jak autokar zwalnia, wjeżdżając na wielki plac, na którym prócz kilku kolejnych, różnej wielkości autobusów, był tylko niewielki budynek stacji benzynowej. Gdy kierowca otworzył drzwi, we wnętrzu pojazdu zapanowało ogólne zamieszanie. Część ludzi zaczęła zbierać swoje rzeczy i wysiadać, a na przystanku czekała następna turapodróżnych.

– Mamusiu, czy my tutaj wysiadamy? – zapytała Emma, zwracając na siebie mojąuwagę.

Spojrzałam na mężczyznę z naprzeciwka, który z uwagą mi się przyglądał, jednak nie sprawiał wrażenia, jakby miał zamiar wysiadać. Usiadłam bokiem, tak, by tylko córeczka widziała moją twarz i nachyliłam się doniej.

– Kochanie, trzymaj mocno swojego misia, a jak zobaczysz, że mamusia bierze torbę i wstaje, to szybciutko podnieś się razem ze mną i trzymaj się jak najbliżej mamy, dobrze?

Mała musiała zobaczyć w moich oczach ten sam strach, który towarzyszył mi po każdej karze wymierzonej przez ostatnie kilka lat, gdyż bez zbędnych pytań pokiwała główką i zsunęła się z siedzenia tak, że dotykała stopamipodłogi.

Śledziłam z uwagą wszystkich pasażerów opuszczających autokar i zdałam sobie sprawę, że z podenerwowania aż podryguję stopą. Miałam wrażenie, że każdy, kto tylko by na mnie spojrzał, mógłby nie bez kozery zauważyć, że przed czymśuciekam.

Gdy ostatnia osoba kupiła bilet i zaczęła przesuwać się w głąb pojazdu w poszukiwaniu wolnego miejsca, zerknęłam pospiesznie na mężczyznę i wykorzystując okazję, że szukał czegoś w swojej skórzanej torbie, poderwałam się z miejsca i trzymając mocno Emmę za rączkę, zaczęłam się przepychać na przód autokaru. W ostatniej chwili udało nam się wyskoczyć przez zamykające się drzwi. Stanęłam zdyszana bardziej z emocji niż faktycznego zmęczenia i patrzyłam na odjeżdżający pojazd. Dostrzegłam zdziwiony wyraz twarzy tego przerażającego mężczyzny i odetchnęłam z ulgą. Nie wysiadł za nami, czyli nie był najemnikiemWaltera.

Upadłam na kolana i drżącymi rękoma przyciągnęłam córkę dosiebie.

Musiałam się upewnić, że wszystko z nią w porządku. Zaciągnęłam się jej zapachem i zaczęłam się trochę uspokajać. Chwilowo byłyśmy bezpieczne. Wiedziałam, że nie mogę dłużej przebywać w żadnym miejscu, dlatego starałam się jak najbardziej zmylić trop. Przesiadałam się z taksówki do taksówki, podróż, którą można było pokonać jednym autobusem, rozłożyłam na trzy przesiadki. Nie mogłam pozwolić sobie na żaden błąd. Musiałam zachować czujność, nawet jeśli moje zachowanie wydawało sięirracjonalne.

– Mamusiu, co się stało? – zapytała Emma, chwytając rączkami mojątwarz.

Otarłam pospiesznie zbłąkane łzy, które mi się wymsknęły, i uśmiechnęłam się szeroko. Wstałam, otrzepując kolana, i podniosłam torbę zziemi.

– Już wszystko dobrze – powiedziałam, głaszcząc ją po główce. – Chodź, kupimy jakieś przekąski, bo zaraz odjeżdża nasz kolejnyautobus.

– Emma, słoneczko, obudź się, za moment wysiadamy – powiedziałam, przeczesując dłonią jej splątanewłoski.

Dziewczynka otworzyła oczy, mrugając kilkakrotnie. Na postoju w Kelso zjadła pół kanapki z kurczakiem, popijając soczkiem pomarańczowym i, gdy tylko autobus ruszył, zasnęła, moszcząc główkę na moich kolanach. Cieszyłam się, że chociaż ona jest w stanie trochęodpocząć.

Kolejnym punktem na naszej mapie był położony tuż przy dworcu autobusowym komis samochodowy „Golden Cars”. Według opinii, które znalazłam, korzystając z kafejki internetowej, cechowali się bezproblemowymi transakcjami gotówkowymi i można było wyjeżdżać autem od razu pozakupie.

Po wyjściu z pojazdu skierowałam się w tamto miejsce. Na dużym placu wystawionych było kilkadziesiąt samochodów w różnym stanie używalności. Szłyśmy żwirową dróżką prosto do białego domku, w którym, jak głosił napis na wielkim czerwonym szyldzie, mieściło siębiuro.

Pchnęłam drzwi i wprowadziłam córkę do środka. Oczy wszystkich w pomieszczeniu skierowały się na mnie i jako pierwszy z miejsca poderwał się na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna z ogromnym piwnym brzuchem i bujnym wąsem, który prawie w całości przykrywał mu górnąwargę.

– Czym mogę służyć, złociutka? – zapytał, prezentując w szerokim uśmiechu swoje pożółkłezęby.

Podchodząc do nas, wyciągnął z dużego słoja lizaka, którego podał mojej córce. Emma zadarła główkę, zerkając na mnie w oczekiwaniu na zgodę, na co kiwnęłam nieznaczniegłową.

– Dziękuję – powiedziała, biorąc lizaka, i wtuliła się mocniej w mojenogi.

Odchrząknęłam, oczyszczając głos i uśmiechnęłam się nieznacznie, mając nadzieję, że uśmiech ten nie przypomina szpetnegogrymasu.

– Szukamy auta dostępnego do zaraz, w pełni sprawnego, a gdyby kosztowało mniej niż tysiąc dolarów, to byłoby super – wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu, na co mężczyzna zatarł dłonie i, o ile z fizycznego punktu widzenia było to możliwe, jego uśmiech jeszcze sięposzerzył.

– Mam dla was coś idealnego – powiedział, otworzył drzwi i poprowadził nas na lewą stronę placu, gdzie widać było, że stoją auta, które lata świetności mają zdecydowanie zasobą.

Przez piętnaście minut pokazywał nam różne samochody. Wiedziałam, że za taką kwotę, którą byłam w stanie przeznaczyć na auto, nie mogę spodziewać się Bóg wie czego, jednak prawie każdy pojazd, który oglądaliśmy, miał znaczne uszkodzenia karoserii bądź był w tak krzykliwym kolorze, że trudno byłoby nie rzucać się woczy.

Co do pana Henry’ego, bo tak się nam przedstawił, był on typowym handlarzem. Po spędzeniu kwadransa w jego towarzystwie byłam gotowa uwierzyć, że jest typem człowieka, który byłby w stanie sprzedać delfinowi wodę. Gdyby nie to, że musiałam ściśle trzymać się wyznaczonych przez siebie zasad, to kupiłabym tego krwistoczerwonego forda, którego proponował nam na samympoczątku.

– Czyli ten też nie? – zapytał zrezygnowany, odchodząc od kanarkowego pontiaka z przerysowanym bokiem. – Ach! Już wiem, ten na pewno się wam spodoba. – Klasnął energicznie w dłonie i z nową werwą ruszył przedsiebie.

Gdy stanął przy białym minivanie, odetchnęłam w duchu z ulgą. Tak, to było dokładnie to, czym mogłaby poruszać się samotna matka na wycieczce. Właśnie takiego autapotrzebowałam.

– Myślę, że lepszego pani nie znajdzie. Rocznik osiemdziesiąty dziewiąty, manualna skrzynia biegów, jeden sześć pojemność silnika, więc bardzo ekonomiczny. W pełni sprawny i, jak pani widzi, bez żadnych uszkodzeńkaroserii.

Obeszłam auto dookoła i coraz lżej mi było na sercu. Kupno tego auta oszczędzi nam wielu trudności. Byłam prawie w stu procentachzdecydowana.

– Ile kosztuje? – zapytałam o najważniejsząrzecz.

– Osiemset dolarów – odpowiedział mi pan Henry, zrywając kartkę, na której, mogłam przysiąc, widziałam o wiele niższą kwotę, jednak w tamtej chwili nie mogłam sobie pozwolić na zbędnedyskusje.

– Biorę. – powiedziałam, na co oczy handlarza rozświetliły się jak niebo na czwartegolipca.

Po załatwieniu niezbędnych formalności i wypróbowaniu po raz pierwszy moich nowych dokumentów, dostałam wszystkie papiery od auta oraz kluczyk i razem z panem Henrym ruszyłam do mojego nowego środkalokomocji.

Mężczyzna był na tyle uprzejmy i zadowolony z bezproblemowej transakcji, że w gratisie dorzucił nam fotelik samochodowy dla Emmy. Gdy tylko zapakowałam małą i bagaże do środka, wsiadłam z już tak dawno niespotykanym dla mnie entuzjazmem i odpaliłam samochód. Dałam mu chwilę, by silnik się rozgrzał, i gdy już miałam ruszać, nagle coś głośno stuknęło, aż podskoczyłam przerażona. Pan sprzedawca momentalnie wepchnął głowę przez uchylone okno, z tym swoim firmowym uśmiechem i zaczął mnie zapewniać, że to tylko gaźnik. Jego zdaniem auto długo stało nieodpalane i czasami się tak po prostu dzieje. Uwierzyłam mu. Uznałam, że na pewno zna się na samochodach lepiej niż ja. Wyjechałam z placu i ruszyłam w kierunku zachodzącego słońca. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę z ironii tej sytuacji, jednak czułam, jakby połowa ciężaru z moich barków zniknęła, jak za sprawą czarodziejskiejróżdżki.

– To co, aniołku, jesteś gotowa na przygodę naszego życia? – powiedziałam, zerkając na córkę we wstecznymlusterku.

– Tak! – odkrzyknęła z entuzjazmem, na co wybuchnęłam głośnymśmiechem.

Był to mój pierwszy szczery śmiech od dobrych kilku miesięcy. Miałam nadzieję, że na końcu tej podróży czeka na nas nowe, wspaniałeżycie.

Jeszcze raz rzuciłam okiem na mapę rozłożoną na desce rozdzielczej. Byłam gdzieś na północny-zachód od San Antonio. W którymś momencie musiałam źle wybrać drogę – po raz kolejny z resztą. Wiele kilometrów temu sprzedałam swój smartfon, wymieniając go na najprostszy aparat bez nawigacji i dodatkowych funkcji, dlatego musiałam polegać na starej papierowej mapie. Droga, która powinna zająć mi niecałe dwa dni, ciągnęła się już od czterech. Musiałam zrobić wszystko, żeby jak najbardziej zmylić trop, więc często zjeżdżałam z drogi i kręciłam się bez celu pomiasteczkach.

Skupiłam się na drodze przede mną i próbowałam dostrzec drogowskazy. Czułam, że zmęczenie coraz bardziej zaczyna dawać mi się we znaki. Zbyt wiele godzin minęło już od ostatniej drzemki. Pragnęłam zamknąć oczy chociaż na pół godzinki, nie wspominając o tym, jak cudownie byłoby położyć się w pachnącej, chłodnej pościeli. Finanse i plan podróży pozwalały nam tylko na jeden dłuższy postój, w trakcie którego mogłyśmy zatrzymać się w hotelu, a który wykorzystałyśmy w Albuquerque. Emma źle się czuła, prawdopodobnie zaszkodził jej obiad, który zjadłyśmy na szybko w jednej z przydrożnych knajp. Na szczęście po odpoczynku i zażyciu leków jej przeszło; niestety ja za bardzo się o nią martwiłam, by w pełni skorzystać z tegopostoju.

Zerknęłam we wsteczne lusterko. Emma spała z główką opartą o bok fotelika samochodowego. Ściskała w rączkach swojego ukochanego misia króliczka. Żałowałam, że moja córeczka musiała przechodzić przez coś takiego, chociaż dla niej była to świetna i emocjonująca przygoda, a ja z całych sił starłam się udawać, że robimy sobie po prostu małą wycieczkę. Wiedziałam, że w żadnym wypadku nie wolno mi obarczać dziecka większą liczbą problemów. Emma miała wystarczająco ciężkie życie. Patrząc z zewnątrz, miała wszystko: piękny dom, markowe ciuszki, najpiękniejsze zabawki, jednak brakowało jej najważniejszego: stabilizacji i bezpieczeństwa. Dlatego gdy w końcu odważyłam się na ten desperacki krok, postanowiłam sobie, że zrobię dosłownie wszystko, by zapewnić jej takie życie, na jakiezasługuje.

Według mapy kilka mil temu powinnam była skierować się na Houston. Westchnęłam zrezygnowana, bo wiedziałam, że będą to kolejne dodatkowe mile do nadrobienia. Czułam, jak oczy coraz bardziej zaczynają mi się kleić. W pewnym momencie wpadłam w swego rodzaju marazm. Nie kojarzyłam w ogóle trasy, którą przez ostatnie kilka sekund pokonałam. Silnik nagle niespodziewanie zarzęził, zakasłał, a ja poczułam, że auto zaczyna tracić na mocy, co skutecznie mnie rozbudziło, odganiając ogromną senność sprzedchwili.

Zerknęłam z niepokojem na kontrolki. Miałam prawie cały bak, a temperatura silnika plasowała się na przyzwoitym poziomie. Deska rozdzielcza nie wskazywała żadnej innej awarii, jednak po tak starym aucie nie spodziewałam się poprawnie działającej elektroniki. Mój biały minivan liczył sobie już trzydzieści lat, czyli prawie tyle samo co ja. Wiedziałam, że te osiemset dolarów, które za niego zapłaciłam, to wygórowana cena i miły pan z wąsem rodem z seriali z lat pięćdziesiątych żeruje na mojej desperacji, jednak głęboko liczyłam, że auto dowiezie nas cało do CoralSprings.

Dwa dni i kilkaset mil temu sprzedałam diamentowe kolczyki i pierścionek zaręczynowy. Nie dostałam co prawda tyle, ile był wart, ale miałam chociaż pewność, że wystarczy nam pieniędzy na całąpodróż.

Podskoczyłam przerażona, gdy do moich uszu dobiegł głośny łoskot. Serce biło mi w szalonym tempie, a kawa, którą piłam całkiem niedawno, niebezpiecznie podeszła do gardła. Dźwięk utrzymywał się przez dobrych kilka minut, a gdy ucichł, to dla odmiany spod maski zaczęły wydobywać się ciemnoszare kłęby gęstegodymu.

– Nie, nie, nie! Cholera… – zaklęłam podnosem.

Zatrzymałam się na poboczu, włączając światła awaryjne i wysiadłam, przechodząc na przód pojazdu. Podniosłam maskę, spod której buchnęło jeszcze więcej dymu. No, nie był to za mądry ruch. Poczekałam chwilę, aż przestało się dymić, i zajrzałam pod maskę. Przez dłuższy czas wpatrywałam się jak ciele w malowane wrota, czekając jak na zbawienie, i dopiero po chwili stwierdziłam, że mechanik ze mnie żaden. Wsiadłam z powrotem do auta i odpaliłam je, na co spod maski znowu zaczęła wydostawać się cienka smużkadymu.

Rozejrzałam się pospiesznie, ale prócz asfaltu nic nie dostrzegłam. W oddali zamajaczyła mi zielona tablica, więc wytężyłam wzrok, starając się dostrzec napis spoza kłębów dymu. „CRENSHAW COUNTRY 4 MILE” – przeczytałam, oddychając zulgą.

Strzałka kazała kierować się na prawo, więc wrzuciłam kierunkowskaz i skręciłam zgodnie ze znakiem. Miałam nadzieję, że miasteczko okaże się na tyle duże, że będzie się tam znajdował jakiś niedrogi warsztat. Miałam co prawda jeszcze nieco ponad dwa tysiące dolarów, ale musiało mi to wystarczyć na resztępodróży.

Serce tłukło mi się w piersi tak bardzo, że zagłuszało hałas pod maską. Nie wiedziałam, dlaczego wszystko co złe zawsze musi mnie spotykać. Byłam już tak blisko i musiało się zdarzyć coś takiego. Jechałam w ślimaczym tempie, żeby nie uszkodzić silnika jeszcze bardziej. Słońce w tej części stanu było ostre i oślepiające, aż klimatyzacja w moim żuczku ledwo dawała radę. Widziałam po mokrych brązowych kosmykach Emmy, że jest jej równie gorąco comnie.

Planowałam jak najszybciej znaleźć warsztat i zapytać o wycenę. Miałam wielką nadzieję, że okaże się to nic poważnego i drogiego. Liczyłam na to, że trafię na miłego, najlepiej starszego mechanika, który się nad namizlituje.

Jechałam zwykłą dwupasmową drogą, której stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Cztery mile, które dzieliły mnie od miasteczka, ciągnęły się w nieskończoność. Miałam wrażenie, że jadę już kilka godzin. W końcu minęłam napis „WITAMY W CRENSHAW COUNTRY”. Tabliczka powitalna wykonana była z litego drewna, na którym wypalono napis i dwa konie. Początkowo przez całą długość drogi biegły same pola z pasącymi się bydłem i końmi. Dopiero po kilku milach zaczęły pokazywać siędomy.

Pierwsze zabudowania wyglądały na dość stare i z każdą kolejną minutą traciłam nadzieję, że znajdę tutaj pomoc. W końcu po prawej stronie dostrzegłam dość duży niebieski budynek z napisem „Stacja kontroli pojazdów + warsztat” to ostatnie zostało dopisane zwykłą farbą. Wygląd nie zachęcał, ale byłam naprawdę zdesperowana. Wjechałam na obszerny parking i z trwogą zauważyłam, że całą frontową ścianę pokrywa masa nieokreślonego graffiti. Podjechałam jak najbliżej zamkniętego wejścia, na którym zauważyłam przyczepioną kartkę. „Nieczynne do odwołania” – przeczytałam i aż zachciało mi się płakać. Uniosłam wzrok ku górze i zapatrzyłam się wniebo.

– Błagam, pomóż mi, chociaż ten jeden raz – mruknęłam cicho, by nie zbudzićmałej.

Wyjechałam z parkingu, zaczęłam kierować się w głąbmiasta.

Jechałam, a z każdym kolejnym przebytym odcinkiem moje nadzieje przygasały. W końcu! Za kolejnym domem ujrzałam zielony baner „WARSZTAT U BILLY’EGO”. Skręciłam na malutki parking przed białym budynkiem i wyłączyłam silnik. Odetchnęłam z ulgą, gdy zapadła błogacisza.

Zerknęłam we wsteczne lusterko na śpiącą dziewczynkę. Szkoda mi było budzić Emmę, jednak pozostawienie jej w aucie nie wchodziło w grę. Wysiadłam z samochodu, po czym otworzyłam tylne drzwi. Dotknęłam delikatnie główki córki, odgarniając jej z twarzy spocone kosmyki. Jak tylko się rozbudziła, zamrugała kilkukrotnie niebieskimi jak letnie niebo oczami i uśmiechnęła się do mnie, ukazując swoje perłowe ząbki. Cieszyłam się, że pomimo tego, czego zdążyła doświadczyć w swoim krótkim życiu, nie straciła radości typowej dla prawie pięcioletnichdzieci.

– Hej, maleńka – powiedziałam, cmokając ją w czubek noska. – Mamy mały problem z naszym autkiem. Wyjdziemy na chwilę i poszukamy kogoś dopomocy.

– Dobrze, mamusiu – odpowiedziała, swoim dźwięcznym głosikiem i zaczęła rozpinaćpasy.

Wyciągnęłam z bagażnika słomkowy kapelusz oraz spray z filtrem i pomogłam małej wysiąść z samochodu. Chwyciłam ją za wyciągniętą rękę i poprowadziłam w kierunkuwarsztatu.

Weszłam do gwarnego wnętrza, w którym przy trzech stanowiskach pracowali mechanicy nad autami, w różnym stanie rozłożenia. Jeden samochód wyglądał, jakby miał zderzenie czołowe z tirem. Zdawało się, że nikt nas nie zauważa, więc ruszyłam do pomieszczenia z napisem „Biuro”. Gdy tylko przekroczyłam próg, dostrzegłam bardzo ładną, ciężarnąkobietę.

Stanęłam przed jej biurkiem, na co podniosła wzrok i uśmiechnęła się promiennie, przerywając dotychczasowezajęcie.

– Dzień dobry. W czym mogę paniom pomóc? – zapytała wesoło, uśmiechając się doEmmy.

Chociaż raz los się do mnie uśmiechnął – pomyślałam.

– Auto mi się przed chwilą zepsuło, a bardzo się spieszę. Jest szansa, żeby jeszcze dzisiaj ktoś do niego zajrzał? – zapytałam z nadzieją wgłosie.

– Oczywiście, usiądźcie sobie, a ja zaraz kogoś zawołam, żeby zerknął pod maskę. – Wskazała nam zieloną, skórzaną kanapę, a sama poczłapała do drzwi, które uchyliła szerzej, wystawiając głowę na zewnątrz. – Earl! – krzyknęła zaskakująco głośno, przez co drgnęłamprzestraszona.

Kobieta usiadła ponownie za biurkiem, a już kilka sekund później do pomieszczenia wszedł prawie dwumetrowy mężczyzna, z obfitą brodą, którego ręce i twarz pokrywała gruba warstwasmaru.

– Co się stało, kochanieńka? – zapytał kobietę, nachylając się nad dębowym blatem, po czym odcisnął na jej czole głośnegobuziaka.

– Panie mają problem z autem, mógłbyś, proszę, spojrzeć? – zwróciła się do mężczyzny, gładząc swój pokaźnych rozmiarówbrzuszek.

W oczach wielkiego faceta dostrzegłam ciepło i miłość, gdy na nią patrzył. Byłam prawie w stu procentach pewna, że kobieta i dziecko byli jego. Earl, jak wcześniej się do niego zwróciła, odwrócił się w naszą stronę i wskazał dłonią, bym prowadziła do mojego samochodu. Dopiero teraz wszyscy mężczyźni zwrócili na nas uwagę. Zagryzłam wargę, zdenerwowana. Czułam, jak żołądek zawiązuje mi się w ciasny supeł, a dłonie pokryła cienka warstwa zimnego potu. Walter skutecznie zabił we mnie jakiekolwiek pokłady zaufania do przeciwnejpłci.

Zerknęłam w bok na mężczyznę. Ubrany był w roboczy niebieski kombinezon i mógł się wydawać przerażający z tą swoją wielką posturą i brodą jak u drwala, jednak w jego oczach było coś ciepłego, miękkiego, a wokół nich znajdowały się malutkie zmarszczki, które świadczyły o tym, że w przeciwieństwie do Waltera, bardzo często sięśmiał.

– Dziękuję panu, będę bardzo zobowiązana – powiedziałam zwdzięcznością.

Podeszliśmy do samochodu, mężczyzna otworzył maskę. Wytłumaczyłam po kolei, że najpierw silnik zaczął rzęzić, później zakaszlał, a na koniec pojawiły się szary dym i potworny łoskot. Earl przyglądał się wnętrzu silnika, drapiąc się po karku. Zestresowana, obserwowałam, jak sprawdzał przewód po przewodzie w poszukiwaniu awarii. Po kilku minutach poszukiwań odpalił silnik i nastawiając uszu, wsłuchiwał się w jego pracę. Chwilę później zgasił go iwysiadł.

– Myślę, że nawaliły prowadnice zaworowe. W zasadzie to jestempewny.

– To coś poważnego, prawda?

Spojrzał na mnie ze współczuciem i podrapał się pogłowie.

– Niestety. Trzeba będzie prawdopodobnie jeszcze wymienić całyzawór.

– Cholera. A ile to będzie mniej więcej kosztowało? – zapytałamprzerażona.

Wzruszył ramionami, gładząc się pobrodzie.

– Trudno stwierdzić tak na oko. Muszę zamówić prowadnice i sprawdzić, czy zawór da się odrestaurować, czy trzeba będzie wymieniać na nowy, dotego…

– Proszę pana, bardzo proszę tak zgrubsza.

Westchnął głośno, chrząknął ipowiedział:

– Wszystko zależy od stanu reszty obwodu, ale zazwyczaj w granicach tysiąca pięciusetmaksymalnie.

Nogi się pode mną ugięły. Przecież on mniej kosztował, niż muszę wydać na naprawę. Zostanie mi wtedy niewiele pieniędzy, w zasadzie prawdopodobnie nie starczy mi na dalsząpodróż.

– A ile to będzie trwało? – zapytałam.

– Nie będę owijał w bawełnę, same dwa tygodnie będziemy czekać na części. Do tego czas robocizny, plus minus jakieś nadprogramowe rzeczy, które zazwyczaj wyskakują jak już się zacznie grzebać przy tak wiekowymaucie.

Byłam zdruzgotana. Nie mogłam zatrzymać się w jednym miejscu na tak długo. To wszystko nie wchodziło w grę, tylko będąc w ruchu, byłyśmybezpieczne.

– A myśli pan, że mogę w takim stanie jeprowadzić?

– Daleko?

– Do następnego większegomiasta.

– To jest ponad dwie godziny. Jazda tylko zwiększy uszkodzenia i może pani stanąć gdzieś w szczerym polu. Przykro mi, że nie mam dla pani dobrychwieści.

Westchnęłam żałośnie. Nie mogłam ryzykować. Będę musiała tu poczekać, naprawić auto i wtedy ruszymy w dalszą drogę. Przy odrobinie szczęścia, może uda mi się sprzedać kilka markowych ubrań, które mizostały.

– Jenna podzwoni po hurtowniach i może uda jej się załatwić jakieś zamienniki, na poniedziałek postaramy się przygotować całkowitą wycenę – powiedział, uśmiechając sięciepło.

– Dziękuję. Bardzo panu dziękuję, to my już w takim razie pójdziemy. Musimy znaleźć jakiśnocleg.

I pracę – pomyślałam.

– Dwie przecznice dalej są hotelik i knajpa U Delli, mają tam pyszne kanapki i szejkiczekoladowe.

– Mogę tu zostawić auto i podejść po wycenę w poniedziałek rano? – zapytałam.

– Oczywiście, proszę podać mi numer telefonu, to zadzwonimy, nie będzie musiała się panikłopotać.

– Eee… Ja wpadnę zapytać. Dziękuję bardzo zapomoc.

Chwyciłam małą za rączkę iwszyłam.

Na moje wielkie nieszczęście, byłam jedną z tych osób, które prześladuje pech. Towarzyszył mi przez całyczas.

Rozdział 2

James

Złapałem stos listów i gazet z sofy, po czym rzuciłem je na komodę. Paragony do śmieci. Bluza Logana do prania. Zeszyty Sama pod ławę. Okulary taty do etui i również podławę.

Po półgodzinie sprzątania nie było widać, żeby bałagan się zmniejszał. Nie wierzyłem, jak mogłem doprowadzić dom do takiegostanu.

Kompletnie sobie z tym całym syfem nie radziłem, od kiedy Audrey, nasza gospodyni, złamała biodro i musiała przejść dwie operacje oraz, jak się później okazało, długotrwałą rehabilitację. Żyliśmy bez jej pomocy już ponad miesiąc, a perspektywa kolejnych trzech z całym gospodarstwem i domem na głowie, napawała mnieprzerażeniem.

Moi dwaj synowie, Logan i Sam, generowali tyle brudu, że byłem w ogromnym szoku, jak Aud utrzymywała tu taki ład i porządek, znosząc jednocześnie ciągłe marudzenie i narzekanie mojegoojca.

Philip Rustler dwa lata temu, podczas zaganiania bydła przed orkanem, spadł ze spłoszonego konia i uszkodził sobie kręgosłup, w wyniku czego stracił całkowicie czucie w nogach. Od tamtej pory stał się jeszcze bardzie zgryźliwym tetrykiem, niż byłzazwyczaj.

A całe gospodarstwo, liczące ponad sto sztuk bydła i dwadzieścia trzy konie, spadło na mojebarki.

Moi młodsi bracia Wyatt i Zack pomagali mi, jak mogli, a raczej, na ile pozwalały im praca i studia. Wyatt był szeryfem w naszym miasteczku, a Zack właśnie kończył studia prawnicze. Byłem z nich ogromniedumny.

Na całe szczęście, mój starszy syn Logan, miał już prawie siedemnaście lat, więc mogłem liczyć również na jego pomoc. Młody buntował się ostatnimi czasy coraz częściej. Chciał żyć beztrosko jak jego koledzy z liceum. Chodzić na imprezy, podróżować, poświęcać cały wolny czas na futbol. Cieszyłem się, że syn podzielał moje zainteresowania z młodości, jednak wiedziałem, że wystarczy jedna kontuzja, która zaprzepaści wszystko, o czym do tej porymarzył.

Oczywiście, nie zabraniałem mu grać, ale tak samo jak mnie kiedyś, tak Logana teraz nie zwalniało to z obowiązków względemrodziny.

Usłyszałem trzaśnięcie drzwi wejściowych i wiedziałem już, że o wilku mowa. Tylko mój najstarszy dzieciak trzaskał drzwiami niczym wrotami odstodoły.

– Logan! – krzyknąłem, bo inaczej poszedłby do swojego pokoju bezsłowa.

Ach, ten buntnastolatków.

– Co jest? – zapytał, opierając się ramieniem oframugę.

Za każdym razem, gdy na niego patrzyłem, nie dowierzałem, jak szybko rosną dzieciaki. Dobrze pamiętałem jego pierwsze kroki, pierwszą jazdę na rowerze, konno. A teraz stał przede mną facet posturą przypominający bardziej mnie niż typowego nastolatka w jegowieku.

– Dzisiaj musimy przegonić bydło na pastwisko bliżej domu. Wujek Zack nie może, więc chciałbym, żebyś nampomógł.

Widziałem, jak na jego twarzy wykwitał niezadowolonygrymas.

– Ale, tato. Dzisiaj jest to ognisko, o którym ci mówiłem – powiedziałnachmurzony.

– Wiem, ale najpierw obowiązki, a późniejprzyjemności.

Chłopak zrobił krok w moją stronę. Widziałem, że jest wkurzony. Od wypadku, w którym zginęła jego mama, bardzo szybko wpadał w złość. Okres dorastania też robiłswoje.

– Obiecałeś mi, że będę mógł pójść. Jestem już umówiony – warknął.

– Uważaj – syknąłem do niego. – Nie powiedziałem, że nie możesz iść, tylko, że najpierw masz do wykonaniaobowiązki!

– To może zatrudnij więcej ludzi do pracy, a nie mniewykorzystujesz!

– Loganie Jamesie Rustler, ważsłowa!

– Jesteś beznadziejny! Pierdolę to wszystko – zaklął i ruszył wzburzony dodrzwi.

– Logan, nie skończyłem z tobą rozmawiać! Zatrzymaj się w tejchwili.

Usłyszałem, jak dopada do drzwi i otwiera je z głośnym hukiem. Miałem już serdecznie dość tych jego napadówzłości.

– Kurde, przepraszam. Wszystko z panią dobrze? – Dobiegł mnie głos mojegosyna.

– Tak, tak. Nic się nie stało. Szukam Jamesa Rustlera, przyszłam w sprawiepracy.

Wyszedłem zza rogu, w ślad za dźwięcznym kobiecym głosem. Przekroczyłem próg, stając obok syna, i oniemiałem. Spojrzałem w wielkie, piwne, sarnie oczy kobiety i mógłbym przysiąc, że jej spojrzenie prześwietliło mi duszę i odkryło wszystkie najgłębiej skrywanesekrety.

Katie

Byłam wykończona. Marsz w takiej spiekocie zdecydowanie nie należał do moich ulubionych zajęć, dodatkowo czułam, że od ciężkiej torby otarłam sobie całe ramię. Odgarnęłam mokre kosmyki, które od upalnego powietrza przykleiły mi się do twarzy. Spojrzałam na Emmę, która dzielnie znosiła upał, pomimo wypieków na twarzy i zdyszanego oddechu. Nie byłyśmy przygotowane na ostre teksańskie słońce, tak jak na nic, co nas do tej poryspotkało.

Bolał mnie brzuch, a głód boleśnie wiercił dziurę w żołądku. Miałam wrażenie, że kwasy zaczynają już wyżerać mi w nimdziurę.

Ostatnią kanapkę i rogaliki oddałam Emmie, bo najważniejsze dla mnie było to, by moja córeczka była najedzona. Miałam wkrótce zatrzymać się na jakiejś stacji i uzupełnić zapasy, ale awaria samochodu pokrzyżowała mi szyki. Trudno. Nie będę się nad tym teraz rozwodzić, postanowiłam, że nowa ja w każdej sytuacji będzie szukałapozytywów.

Podążałyśmy za wskazówkami Earla i już po chwili zauważyłam przytulnie wyglądającą knajpkę z wielkim biało-różowym napisem na witrynie: „U DELLI”. Przeskanowałam wzrokiem okolice i dostrzegłam motelik, znajdujący się wpobliżu.

Dzięki ci, Boże – pomyślałam.

– Uff, jak tu fajnie chłodno, co, mała? – powiedziałam do córki, wchodząc dośrodka.

Doleciał nas zapach pysznego jedzenia i świeżo parzonej kawy. Wciągnęłam tę cudowną mieszankę aromatów do nozdrzy, a żołądek boleśnie przypomniał, że od dobrych siedmiu godzin nic niejadłam.

Knajpa była pełna, jednak nie było w tym nic dziwnego, gdyż nadchodziła pora lunchu. Wystrój i ubiór personelu były stylizowane na lata pięćdziesiąte. Kelnerki ubrane były w różowe sukienki wykończone falbankami i białe fartuszki, a włosy związane miały grubymi białymi frotkami. Pędziły po lokalu, napełniając kubki darmową kawą i roznosząc tace pełne parującego jedzenia o obłędnymzapachu.

Poprowadziłam Emmę w kierunku dwóch wolnych krzeseł, znajdujących się z lewej strony, możliwie najdalej od grupek robotników spożywających posiłek. Moja córeczka rozglądała się z zaciekawieniem, robiąc coraz to większe oczy. Walter pozwolił mi tylko kilka razy zabrać małą z nami do restauracji i zawsze były to same ekskluzywne miejsca z najwyższej półki, w których to człowiek nie wie, do czego służy połowasztućców.

Uśmiechnęłam się do kelnerki, która machnęła mi, że za chwilkę do nas podejdzie, i rozejrzałam się dyskretnie w poszukiwaniu ewentualnych dróg ucieczki. Siedząc i czekając na nasze zamówienie w ten popołudniowy, upalny dzień, który jeszcze kilka godzin temu nie zwiastował tak drastycznej zmiany, musiałam ułożyć sobie nowy, najlepszy z możliwychplan.

Będziemy musiały zatrzymać się na razie w motelu, oby tylko ceny były przyzwoite. Będę musiała również rozejrzeć się za jakąś dorywczą pracą, bo pieniądze kończą się szybciej, niż przewidywałam. Miałam ogromną nadzieję, że będzie w tej mieścinie świetlica z programem opieki nad takimi maluszkami jak Emma. Tak! To zdecydowanie musi sięudać!

Naładowana nową energią, wzięłam lokalną gazetę z ogłoszeniami, która leżała kilka miejsc dalej, i zaczęłam ją wertować. Chwilę później kelnerka przyniosła nasze zamówienie. Dla mnie była kanapka z szarpaną wołowiną i piklami oraz czarna kawa, a Emma zażyczyła sobie podwójnego hot doga ze wszystkimi dodatkami, naleśniki z sosem czekoladowym i truskawkowego szejka. Wiedziałam, że jest to zdecydowanie za dużo, niż będzie w stanie zmieścić, ale nie potrafiłam jej czegokolwiek odmówić. Nie teraz, gdy na jej twarzy przez jeden dzień uśmiech gościł częściej niż przez minione kilkalat.

Ciepły, pyszny posiłek był czymś cudownym po żywieniu się suchym prowiantem od kilku dni. Zaczęłyśmy pałaszować z nieskrywaną radością. Ja jednocześnie powróciłam do kartkowania gazety w poszukiwaniu jakiejkolwiek oferty pracy, do której mogłabym się nadawać. Przełknęłam ostatni kęs mojej kanapki i odsunęłam od siebie talerz, delektując się nadal ciepłą kawą. Spojrzałam na moją córeczkę, która dopijała swój napój, siorbiąc przy tym bardzo głośno. Gdyby Walter tu był, nie omieszkałby popatrzeć na nią tym swoim pełnym pogardy i zniesmaczeniawzrokiem.

Ale go tu nie ma, przestań w końcu o nim myśleć! – zrugałam samąsiebie.

– Coś jeszcze? – zapytałakelnerka.

Miała piękne rude włosy i zielone oczy. Była młoda, ale w kącikach oczu pojawiły się już pojedyncze zmarszczki od ciągłego uśmiechu, który zdobił jej twarz, odkąd tutaj weszłyśmy. Była naprawdę bardzo piękna, sympatyczna i wzbudzałazaufanie.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałam. – Poproszęrachunek.

Kobieta podeszła do kasy i po chwili wróciła zwydrukiem.

– Widziałam, że przegląda pani rubrykę z ofertami pracy – zwróciła się do mnie kelnerka. – Tak się składa, że przyjaciel mojego brata szuka pomocy na swoim ranczu. Jego gospodyni złamała biodro i został sam z dwoma synami i niepełnosprawnym ojcem. Jeżeli tylko potrafi pani gotować i sprzątać, to sądzę, że spokojnie sobie paniporadzi.

– Naprawdę?

Poczułam, jak ulga zalewa całe moje ciało. Chociaż jeden kłopot zgłowy.

– Potrafię gotować isprzątać.

Kelnerka wzięła kartkę i długopis. Zapisała coś na niej i przesunęła ją w moją stronę. Spojrzałam na imię i nazwisko. JamesRustler.

– Udaj się pod ten adres i powiedz, że przysłała cięPaige.

– Dziękuję bardzo. Nie wiesz nawet, ile to dla mnie, dla nas znaczy – powiedziałam, próbując opanować wzruszenie i drżenie głosu. – JestemKatie.

Przeszłyśmy już ponad trzy mile, a ja miałam szczerze dosyć. Słońce prażyło tak mocno, że włosy przykleiły mi się do karku nastałe.

Przejechała ciężarówka i odsunęłam Emmę dalej od drogi. Samochód jechał z dużą prędkością, aż na całej jezdni wzbiły się tumanykurzu.

Miałam nadzieję, że dobrze zatarłyśmy za sobą ślady. A jeśli Walter wie, gdzie jesteśmy? Nie. Niemożliwe. Gdyby krążył gdzieś w pobliżu, to zapewne wpadłybyśmy już w jego łapska. Przecież od kiedy opuściłyśmy posiadłość, robiłam dosłownie wszystko, żeby możliwie jak najlepiej zatrzeć ślady i zmylić wszelkietropy.

W końcu na horyzoncie zaczęły majaczyć wielkie połacie pastwisk, na których spokojnie pasły się krowy i konie. Pejzaż był tak cudowny, że aż na moment zaparło midech.

Po około piętnastu minutach, po wspięciu się na dość wysoki pagórek, ujrzałamtabliczkę.

– Ranczo Rustlerów – przeczytałam. – No, jesteśmy na miejscu, maleńka. Chodź, mama zapyta o pracę. Bądź grzeczna i trzymaj kciuki zamamusię.

Tabliczka była bardzostylowa.

Napis wypalany w drewnie, z pięknym koniem tuż obok i przyczepioną starą podkową, która pewnie miała przynosićszczęście.

Może i mnie się dostanie odrobinę tego szczęścia – pomyślałam.

Skręciłyśmy w podjazd. Pod stopami chrzęścił nam żwir, wydając charakterystyczny dźwięk. Rozejrzałam się. Na końcu podjazdu stał wielki piękny dom, naokoło którego rozciągała się szeroka, ale wymagająca już odmalowania weranda. Ogródek przed domem był zapuszczony i widać było, że brakuje w nim kobiecej ręki. Jak okiem sięgnąć, na całym terenie rozprzestrzeniały się wielkie zielone pastwiska. Niedaleko domu stało kilka stodół i pomieszczeń gospodarczych. Całość posiadłości utrzymana była w ładzie i porządku. Byłamzachwycona.

Gdybym mogła wymarzyć sobie, że cała moja przeszłość znika i zaczynam nowe życie w jakimkolwiek miejscu, to chciałabym, żeby było to właśnie takie piękne i spokojnemiejsce.

Boże, błagam, naprawdę potrzebuję tej pracy – pomyślałam.

Wiedziałam, że nawet jeśli ją dostanę, nie rozwiąże to moich obecnych problemów. Zanim otrzymam wypłatę, minie pewnie miesiąc, a pieniędzy nie starczy mi, żeby przez ten czas mieszkać whotelu.

Odgoniłam od siebie czarne myśli i ruszyłam dalejpodjazdem.

Po kilku minutach nasze stopy zastukały o stopnie ganku. Przyciągnęłam małą do siebie i odetchnęłam głęboko. Uśmiechnęłam się do córki, dodając jej otuchy, a gdy zobaczyłam jej perłowe ząbki w szerokim uśmiechu, poczułam, że to wszystko może się udać, że cała ta nasza wyprawa masens.

Wyciągnęłam rękę, żeby zadzwonić, ale zanim dotknęłam dzwonka, drzwi otworzyły się z głośnym hukiem i ze środka wypadł wysoki, dobrze zbudowany chłopak, który na oko nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat. Gdyby nie jego szybka reakcja, na pewno bym się przewróciła. Chłopak złapał mnie za ramiona i przywrócił dopionu.

– Kurde, przepraszam. Wszystko z panią dobrze? – zapytał młody mężczyzna z zawstydzonym wyrazemtwarzy.

Poprawiłam koszulkę, która przy zderzeniu podjechała mi do góry, odsłaniającbrzuch.

– Tak, tak. Nic się nie stało. Szukam Jamesa Rustlera, przyszłam w sprawie pracy – powiedziałam, odchrząkując.

Emma, niczym mała małpka, wczepiła się w moje nogi i z nieśmiałym uśmiechem przyglądała się całejscenie.

Chwilę później w drzwiach stanął mężczyzna, który wyglądał jak starsza, bardziej dojrzała wersja chłopaka. Zdziwiony uniósł brwi, kiedy nasze oczy się spotkały. Miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy i był bardzo wysoki: około metr dziewięćdziesiąt, lecz jego masywna sylwetka sprawiała wrażenie, że był wyższy i szerszy. Zajmował prawie całą futrynę. Czułam się przy nim taka mała ikrucha.

Spojrzał w dół na moją córkę, a jego twarde rysy trochę zmiękły, potem wrócił wzrokiem do mojejtwarzy.

– Dzień dobry – powiedziałam, zakładając kosmyk włosów zaucho.

Nie byłam przyzwyczajona do tak krótkich włosów, które żyły własnymżyciem.

– Dzień dobry – odparł grubymbarytonem.

Mężczyzna potarł obfitą brodę, nadal skanując mnie wzrokiem. Jego oczy były ciemnoniebieskie o tak głębokim odcieniu, jakiego u nikogo nie widziałam. Wpatrywał się we mnie z zaciekawieniem i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że czeka, aż się odezwę. Czułam, jak rumieniec zażenowania ogarnia mojepoliczki.

– Paige z restauracji U Delli powiedziała, że potrzebuje pan pomocy na ranczu. A ja właśnie szukampracy.

Mężczyzna zmarszczył brwi i chciał zacząć coś mówić, ale muprzerwałam:

– Nie boję się żadnej pracy. Szybko się uczę i mogę zacząć od razu. Umiem gotować i sprzątać – mówiłam szybko i rozpaczliwie. Naprawdę potrzebowałam tejpracy.

Mężczyzna podrapał się po czubku głowy iwestchnął.

– Proszę, niech pani wejdzie, porozmawiamy. – Odsunął się, wskazując dłonią na drzwi wejściowe. – Logan, za godzinę ruszamy – zwrócił się do chłopaka, na co ten skrzywił się w grymasie i ruszył w kierunku najbliższejstodoły.

Weszłam do małego wiatrołapu, który od razu przechodził w wielki otwarty salon. Widać było, że pan Rustler próbuje zachować porządek w domu, jednak nie do końca mu się toudawało.

Usiadłam na trzyosobowej sofie, sadzając Emmę tuż obok. Położyłam naszą torbę podróżną blisko, w razie gdybyśmy musiały się szybko ewakuować. Czułam niepokój, wiedząc, że jestem zamknięta w jednym pomieszczeniu z obcym mężczyzną, który bez żadnego problemu mógłby zrobić mi krzywdę. Jednak żyłam nadzieją, że samotny ojciec nie może być złym człowiekiem. W końcu tam, gdzie są dzieci, powinna byćmiłość.

Ty sama powinnaś wiedzieć, że „powinna” w tym stwierdzeniu to słowo klucz – zrugałam sama siebie wmyślach.

– Dobrze, ma pani rację, faktycznie szukam gosposi. Poprzednia złamała biodro i jeszcze przez dwa miesiące nie będzie mogła wrócić dopracy.

– Szukam tymczasowego zajęcia, więc byłaby to wprost idealna opcja dla nas obojga – wtrąciłam pospiesznie, rumieniąc się przy tym jak jakiśuczniak.

– Mieszkam tutaj z dwom synami – ciągnął mężczyzna, niezrażony moim niegrzecznym zachowaniem. – Logana już poznałaś, a Sam ma osiem lat i bałagani jak kilkoro dzieciaków. – Zaśmiał się, a jego śmiech był bardzo przyjemny, zupełnie inaczej niż bezustanny rechot Waltera. – Mieszka z nami jeszcze mój ojciec, który jeździ na wózku. Chciałbym, żeby pani tutaj sprzątała i gotowała, niekiedy nawet dla dziesięciu chłopa, bo moi pracownicy jedzą z nami. Czasami również będę potrzebował, aby podwiozła pani młodszego syna na dodatkowe zajęcia, chłopak jest jeszcze za mały, żeby jeździć sam, a my często mamy za dużo roboty. Pasuje pani takapraca?

– Oczywiście, dziękujębardzo!

Mężczyzna wymienił sumę, jaką był w stanie zapłacić. Była bardziej niżzadowalająca.

– To… to naprawdę wspaniała wiadomość! Nie ma pan pojęcia, ile to wszystko dla mnie znaczy! Jeszcze raz bardzodziękuję.

Starałam się nie rozpłakać, ale czułam, że ta praca może naprawdę odmienić nasze życie. Mężczyzna wzruszyłramionami.

– My potrzebujemy pomocy, a pani pracy. Po prostu idealnie sięzłożyło.

Cudownie! Zamrugałam, żeby odgonić łzy, które niebezpiecznie zaczęły mi się zbierać pod powiekami, i patrząc w jego piękne niebieskie oczy, zdałam sobie sprawę, że ten mężczyzna nie ma w sobie nic niebezpiecznego, co było dla mnie tak znajome w oczach mojego męża. Czułam, że powoli karty zaczynają odkrywać się na mojąkorzyść.

Rozdział 3

Katie

Plan był prosty. James przekazał mi informację, że dzisiaj czeka ich bardzo ciężka robota, ponieważ muszą przegonić bydło na pastwisko bliżej gospodarstwa. W związku z czym muszę przygotować posiłek dla trzynastu osób. Pokazał mi na szybko, gdzie są spiżarnia i kuchnia, po czym wyszedł pospiesznie, zostawiając mnie w pomieszczeniu zawalonym po sam sufit brudnyminaczyniami.

Uprzątnęłam trochę i usadziłam Emmę przy stole z kolorowankami, a sama wzięłam się do przygotowywania posiłku. Chciałam pokazać się z jak najlepszej strony, ponieważ byłam ogromnie wdzięczna za tę szansę. Wyciągnęłam siedem kaczek, aby lekko się odmroziły, i posiekałam dodatki. Całe szczęście, że spiżarnia była naprawdę bardzo dobrze zaopatrzona. W międzyczasie doprowadziłam kuchnię do stanu używalności, bo przez lata spędzone u boku Waltera nie potrafiłam już odnaleźć się wbałaganie.

Były tylko trzy rzeczy, za które byłam mu wdzięczna. Umiejętność gotowania, ponieważ wymagał ode mnie, abym kreowała się na idealną panią domu rodem z lat pięćdziesiątych. Pedantyzm, którego się przy nim nabawiłam, gdyż za każde niezmyte naczynie bądź odłożony w złe miejsce przedmiot byłam dotkliwie karana. Oraz za mojego jasnowłosego aniołka. Dlatego można by rzec, że dzięki Walterowi byłam pewna, że spokojnie sobie w tej pracy poradzę, zarobię pieniądze i będziemy mogły ruszyć w dalsządrogę.

Usłyszałam skrzypnięcie którychś drzwi na parterze i charakterystyczny odgłos kółek jadących po świeżo zmytej przeze mniepodłodze.

Wzięłam Emmę za rączkę i poszłam z nią do salonu, aby przedstawić się panuRustlerowi.

Przekroczyłyśmy próg akurat, gdy starszy pan włączył telewizor i omiatał zdziwionym spojrzeniem salon. Miałam nadzieję, że nie poprzekładałam w złe miejsca jego rzeczy. Podniosłam głowę, gdy szpakowaty mężczyzna mierzył mnie surowym wzrokiem ze swojego bujanego fotela. Wiem, że było to wysoce niestosowne, ale naprawdę byłam ciekawa, jak on tak szybko przesiadł się z wózka inwalidzkiego do tego bujaka. Uśmiechnęłam się do niego swoim najlepszym uśmiechem, na co, o ile to możliwe, skrzywił się jeszcze bardziej. Miał przydługie ciemne włosy, sowicie poprzetykane siwizną, kwadratową szczękę z równie szpakowatą brodą i onieśmielające błękitne oczy, prawie tak intensywne jak u jego syna. W kącikach oczu czas wyrzeźbił siateczkę linii, jednakże najbardziej przyciągały uwagę dwie pionowe bruzdy między gęstymi, ciemnymi brwiami. Zmarszczki widoczne w kącikach ust, które nie ukryły się nawet pod grubym zarostem, wskazywały na to, że nie zawsze pan Rustler był tak zgorzkniały jakobecnie.

– Kim pani jest? – spytał gburowatymtonem.

Niezrażona jego negatywnym podejściem, uśmiechnęłam się i wyciągnęłamdłoń.

– Katie Marshall, jestem nowągosposią.

Mężczyzna jeszcze bardziej zmarszczyłbrwi.

– A to moja córka Emma. Jeśli pan się zgodzi, to dotrzyma panu towarzystwa, gdy ja pójdę dokończyćobiad.

Zerknęłam na Emmę, która uśmiechała się serdecznie do mężczyzny, ukazując delikatne braki w uzębieniu. Rozczulił mnie ten widok, ponieważ moja mała dziewczynka nie miała dziadków i dostrzegłam, z jakim zachwytem patrzy na tego burkliwegomężczyznę.

– Super – mruknął pod nosem. – Mam nadzieję, że nie robi za dużohałasu.

– Jest grzeczna jak aniołek, prawda, maleńka? – zwróciłam się do córki, puszczając jej oczko. Dziewczynka zachichotała i energicznie potwierdziłagłową.

– Więc możezostać.

Miałam wrażenie, że w kącikach jego ust zaczął czaić się uśmiech, gdy zobaczył, jak mała radośnie podskakując, usiadła na fotelu obokniego.

Wycofałam się do kuchni i zakryłam usta dłonią, aby nie wybuchnąć głośnym śmiechem, gdy usłyszałam, jaką lawiną pytań Emma zalała panaPhilipa.

Stanęłam przy wielkim piętnastoosobowym stole i podparłam dłonie na biodrach. Jeżeli chciałam utrzymać tę posadę, to musiałam się wysilić. Postanowiłam najpierw nakryć do stołu, żeby później móc na spokojnie zająć sięposiłkiem.

Z niemałą trudnością znalazłam ładny, biały obrus, który nie wymagał prasowania. W jednej z kuchennych szafek udało mi się nawet wyszukać świeczki, które umieściłam w eleganckim pięciopozycyjnym świeczniku i ustawiłam go na środku stołu. Całość ekspozycji dopełniły bordowe serwetki, które wygrzebałam z dna szuflady ze sztućcami, oraz piękna zastawa w ręcznie malowanekwiaty.

Brakowało mi jeszcze tylko jakiegoś pięknego bukietu, ale cieszyłam się tym, co miałam. Przez te kilka lat u boku Waltera musiałam codziennie podawać mu czterodaniowy obiad przy świecach, więc nie wyobrażałam sobie w tej chwili, jakie zamieszanie wywoła ta skromna uczta, którąprzygotowałam.

Nie wiedziałam, ile właściwie potrwa zaganianie bydła, a czas płynął nieubłaganie. Podciągnęłam rękawy mojej zwykłej czarnej bluzki i wzięłam się dopracy.

Gdy wszystkie kaczki zostały dokładnie przyprawione, zalane czerwonym winem i wstawione do pieca, zajęłam się dodatkami. Obrałam ziemniaki, by przygotować purée, i nastawiłam dogotowania.

Poszłam jeszcze raz do spiżarni i tym razem przyniosłam z niej składniki potrzebne do wykonania mojego popisowego szybkiego sosu wiśniowego, gruszek w cynamonie oraz lekko pikantnych bułeczek zkminkiem.

Miałam nadzieję, że obiad będzie im smakował i że nie stracę pracy już pierwszego dnia. Poszłam jeszcze na chwilę sprawdzić co z córką, a gdy stanęłam w drzwiach do salonu, zauważyłam, że Emma kolorowała obrazki, jednocześnie oglądając bajki, które puścił jej pan Philip, a on sam rozwiązywał krzyżówki, zerkając co chwilę z lekkim uśmiechem nadziewczynkę.

Wycofałam się cichutko, żeby nie zaburzyć tej chwili porozumienia pomiędzy małą a zgryźliwym starszym panem, i wróciłam na własne pole bitwy. Wzięłam głęboki oddech. No, Katie, raz siężyje.

James

Poklepałem konia po zadzie, wprowadzając go do boksu. Otarłem spoconą twarz dłonią, ścierając z niej część kurzu i brudu, który się nagromadził podczas pracy. Jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło się, żeby bydło tak bardzo rozbiegało się po pastwisku podczas zaganiania. Byłem zmęczony, jak i cała reszta mojej ekipy, nie wspominając o Loganie. Musiała się zbliżać naprawdę ostra burza, przez co krowy były wyjątkowo niespokojne ikrnąbrne.

Wyszedłem ze stajni i dołączyłem do moich braci i syna. Chwilę późnej wraz z resztą pracowników poszliśmy do domu. Miałem nadzieję, że Katie nie okaże się kiepską kucharką, chociaż aktualnie zjadłbym, cokolwiek by mipodała.

– Całe szczęście, że zatrudniłeś tę gosposię, bo jakbyśmy mieli teraz jeszcze gotować, tobym padł na pysk – odezwał się Zack, który dołączył razem z Wayattem i pomógł nam podczaszaganiania.

– Gosposię? – zapytał sarkastycznie Logan. Odwrócił się i idąc tyłem, przybrał ten swój głupawy uśmieszek. – To nie jest zwykła gosposia, tylko jakaś turbolaska, mówię ci, wujas.

Próbowałem pacnąć syna w łepetynę, ale umknął przede mną, śmiejąc się i komicznie poruszając brwiami. Wszyscy mężczyźni dołączyli do niego i w takiej radosnej atmosferze weszliśmy naganek.

Miny wam zrzedną, jak ją zobaczycie – pomyślałem.

Moja nowa gosposia pomimo potwornego zmęczenia i niepokoju malującego się na twarzy, była niezaprzeczalnie piękną i delikatnąkobietą.

Wyatt otworzył drzwi i do moich nozdrzy doleciał apetyczny aromat domowego obiadu. Od bardzo dawna nie czułem czegoś tak smakowitego. Przekroczyłem próg i pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to poustawiane w rządku buty i równo powieszone kurtki, płaszcze oraz bluzy. Idąc w głąb domu, popadałem w coraz większe zdziwienie. Wszedłem do salonu i musiałem zamrugać dwukrotnie, bo miałem wrażenie, że ze zmęczenia mam już omamy. Całe pomieszczenie było perfekcyjnie czyste. Podłoga lśniła, że spokojnie można by było z niejjeść.

– Cześć, tatusiu! – krzyknął Sam, porzucając układanie puzzli z córeczką Katie, i rzucił się wprost w mojeramiona.

– Cześć, zuchu! – Potarmosiłem go po włosach, na co zrobił oburzoną minę. – Jak tam było nabejsbolu?

– Super! Ciocia Lori mnieodwiozła.

Lori była żoną mojego przyjaciela Bena, który pomagał mi na ranczu. Mieli syna Johna w wieku mojego Sama, drugiego, który miał pół roku, i aktualnie spodziewali się trzeciego dziecka. Byłem ogromnie wdzięczny Lori, że po śmierci Kendry pomogła mi bardzo dużo przydzieciakach.

– A Katie pozwoliła nam pomóc sobie przy robieniu bułeczek! Byłosuper!

Puściłem syna, ten od razu pobiegł z powrotem do Emmy, która z lekkim zaniepokojeniem patrzyła na nas wszystkich. Zapewne czuła się nieswojo w pobliżu ponad dziesięciu nieznanych jejmężczyzn.

Aby bardziej nie niepokoić dziewczynki, wskazałem moim towarzyszom kuchnię. Przodem ruszył Logan, który pewnie chciał jak najszybciej zjeść i pognać na ognisko do swoich znajomych. Za nim szli moi bracia, później ja i moi pracownicy zamykaliśmypeleton.

Całą drogę podziwiałem krystaliczny porządek panujący w moimdomu.

Byłem pod ogromnym wrażeniem, że ta kobieta dała radę posprzątać dom, a do tego jeszcze ugotować posiłek dla tylu osób. I jeżeli smakował on tak, jak pachniał, to byłem kurewskim szczęściarzem, że sama zapukała do moichdrzwi.

Byłem już prawie w kuchni, gdy odbiłem się od szerokich pleców mojego młodszegobrata.

– Co do… – nie dane mi było dokończyć, bo zauważyłem, co tak skutecznie ichzatrzymało.

Katie właśnie pochylała się nad piekarnikiem, coś w nim sprawdzając, a jej apetyczny niczym dojrzałe jabłko tyłeczek wypinał się w naszą stronę, zapraszając do dotyku. Potrząsnąłem głową, odrzucając niebezpiecznie rysujące się w mojej głowie wizje, i strzeliłem braci i syna w tył głowy, bo gapili się na nią jak sroka wgnat.

Dziewczyna jakby czując obserwujące ją kilka par oczu, poderwała się jak rażona prądem i odwróciła w nasząstronę.

– O, już jesteście – powiedziała, poprawiając koszulkę, która podciągnęła się jej, ukazując kawałek płaskiego, opalonego brzucha. – Siadajcie, za minutę bułeczki będą gotowe – oznajmiła, a my wszyscy odwróciliśmy się w stronę kuchennegostołu.

Po raz drugi tego wieczoru stanęliśmy jak wryci. Stół był zastawiony niczym na święta. Katie zapaliła nawetświeczki.

– Zastawa świąteczna mamy – mruknął, równie zaskoczony co ja, Zack.

– Co? – zapytała Katie, momentalnie blednąc na twarzy. – Przepraszam, ja… ja nie wiedziałam. To były jedyne talerze do kompletu, jakie znalazłam. Myślałam, że… że…

Wyglądała, jakby miała się zaraz popłakać. Nie wiedziałem, co spotkało ją wcześniej w życiu, ale byłem wściekły na kogoś, kto doprowadził do tego, że ta piękna kobieta reagowała takimprzerażeniem.

– Katie, spokojnie, nic się nie stało – uspokoiłem dziewczynę i