Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zatoka cieni - Eric Berg

Marlene Adamski z nieznanych powodów skacze z balkonu swojego domu. Uchodzi z upadku z życiem, lecz od tej pory nie mówi. Ani słowa. Psychoterapeutka Ina Bertholdy nie potrafi wyjaśnić zachowania sześćdziesięciodwuletniej żony piekarza. Ponieważ sprawa nie daje jej spokoju, jedzie do meklemburskiej wioski Prerow, by odwiedzić pacjentkę. Wydaje się, że Marlene jest otoczona troskliwą opieką, lecz postawa jej męża wprawia Inę w zdumienie. Mężczyzna nawet na chwilę nie zostawia żony sam na sam z psychoterapeutką. Robi wszystko, by uniemożliwić kobietom rozmowę. Czternaście miesięcy wcześniej w kuchni Adamskich zbiera się przy stole osobliwe towarzystwo. Zgromadzeni planują coś potwornego…

Opinie o ebooku Zatoka cieni - Eric Berg

Fragment ebooka Zatoka cieni - Eric Berg

Tytuł oryginału:

DIE SCHATTENBUCHT

Copyright © 2016 by Limes Verlag,

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Magdalena Bargłowska, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8110-601-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Christiana

Nigdy nie słyszałem o zbrodni, której sam bym nie mógł popełnić.

JOHANN WOLFGANG VON GOETHE

In God We Trust

DEWIZA UMIESZCZANA NA AMERYKAŃSKICH MONETACH I BANKNOTACH

Prolog

Rozłączyłam się i przez chwilę stałam bez ruchu na środku pokoju. W ciągu ostatnich trzydziestu minut w moją duszę kropla po kropli sączyło się poczucie grozy i przerażenia, ale doszło ono do głosu dopiero teraz, kiedy skończyłam rozmowę.

Tylu zabitych. Nie naraz, lecz po kolei, jeden po drugim. Nie znałam żadnej z ofiar, więc w świecie przepełnionym makabrycznymi informacjami była to w sumie tylko jedna z wielu tragedii. Ale nie dla mnie.

Czułam, że kryje się w tej historii coś wyjątkowo potwornego, lecz nie umiałam tego opisać. Co takiego było w tej zbrodni, że tak mną wstrząsnęła? Czy tylko liczba ofiar? Pamiętam, że już wcześniej czytałam o tej sprawie, ale z jakiegoś powodu wypadła mi z głowy. A teraz, w ten cudowny, jasny wiosenny poranek, w czasie tej rozmowy telefonicznej, owa zbrodnia stała się częścią mojego życia.

Właśnie zamierzałam usiąść do pracy, lecz zmieniłam plany i postanowiłam się wybrać na spacer. Po tym telefonie nie mogłam tak po prostu zająć się rzeczami, które sobie zaplanowałam na ten dzień. Musiałam przemyśleć wiele spraw, inaczej nie mogłabym spokojnie pracować.

Morze i niebo mieniły się różnymi odcieniami błękitu, a na tym cudownym tle kołysało się kilkoro amatorów wodnych sportów. Na nadmorskiej promenadzie ktoś grał na harmonii, poznałam piosenki Edith Piaf i Adriana Celentana. Beztroscy urlopowicze przechadzali się, mijając muzyka.

Nagle uświadomiłam sobie, co mnie w tej zbrodni tak przeraziło, i poczułam, że właśnie dlatego muszę o niej napisać.

Każde zabójstwo, o którym słyszymy, przejmuje nas grozą. Wyobrażamy sobie sprawcę – włamywacza, który przypadkiem zabija emeryta w jego altanie, przestępcę seksualnego, który czyha na kobiety i dzieci, brutalnego młodego mężczyznę, który napada na nas na dworcu. Boimy się, że ta przemoc wedrze się w nasze uporządkowane, zwyczajne życie.

A co, jeśli śmierć zakrada się do naszego domu niczym wilk w owczej skórze? Jeśli zabójca mieszka za rogiem i jest częścią naszego życia? Jeśli od czasu do czasu ściskamy jego dłoń, a nawet darzymy go szczerą sympatią?

Najstraszliwsze w zbrodni, o której się właśnie dowiedziałam, było to, że dotknęła zupełnie normalnych, przeciętnych ludzi. I że tak powoli – by nie powiedzieć: majestatycznie – zataczała coraz szerszy krąg. Przestępstwo to stopniowo zamieniło się w wir, który pochłaniał wszystko, co znalazło się w jego zasięgu, po cichu niosąc śmierć i zniszczenie – aż było za późno, aż jego siła stała się zbyt wielka, by się jej oprzeć.

Darss– właściwie Fischland-Darss-Zingst, ale w skrócie po prostu Darss. Miałam z tego półwyspu same dobre wspomnienia, a kiedy nieco ponad rok temu wróciłam tu po blisko dziesięciu latach nieobecności, odniosłam wrażenie, że nic się nie zmieniło. Po drodze zatrzymywałam się od czasu do czasu, by popatrzeć na surferów, jeźdźców galopujących konno po plaży, samotnego poszukiwacza bursztynu kopiącego dół w piasku. Morze było wzburzone, na horyzoncie kłębiły się chmury, a opadająca zeń kurtyna deszczu sunęła z południa na północ, lecz nad spokojną taflą laguny, którą w okolicy Ahrenshoop oddziela od morza zaledwie kilometr lądu, zalegała łagodna, brzoskwiniowa poświata. Byłam zauroczona kontrastem między wodami laguny i morza. Tutaj błogi spokój, leniwie dryfujące żaglówki, stare przystanie, falujące trzciny, cisza, z drugiej zaś strony powyginane od wiatru sosny, urwiska, zalewane spienioną wodą mola.

Może to zabrzmi naiwnie, ale pomyślałam, że to niemożliwe, by w takim miejscu popełniono zbrodnię, a już na pewno nie mógł jej, jak sądziłam, dokonać nikt z miejscowych. Mieszkańcy półwyspu to ludzie spokojni, zrównoważeni, skromni, lecz pewni siebie. Kradzież samochodu czy włamanie – owszem, to może się zdarzyć, podobnie jak pijani turyści łamiący malwy lub załatwiający się w przydomowych ogródkach, ale zabójstwo? Okoliczni mieszkańcy wydawali mi się raczej ofiarami niż przestępcami, gdyż w ślad za pierwszymi turystami i przywiezioną przez nich namiastką bogactwa na półwysep ściągnęli bogacze z całych Niemiec, którzy zaczęli kupować tu domy, co z kolei zwabiło złodziei. Nic zatem dziwnego, że pytanie o to, czy owa fala turystów i nowych mieszkańców przyniosła miejscowym więcej korzyści czy raczej kłopotów, stanowiło przedmiot niekończących się dyskusji w knajpach, na festynach i na chodnikach. W czasach, gdy nie ma wielkich skandali – w końcu dziś za skandal uważa się dużo mniej występków niż jeszcze trzydzieści lat temu – niewiele spraw było w stanie wywołać ożywienie w tutejszych wioskach.

Życie tutaj toczyło się zwykłym rytmem: najpierw ptaki ciągnęły z południa na północ, potem zakwitały ogrody, pojawiały się rybitwy, które zaczynały wić gniazda w urwiskach, i pierwsze żagle na wodzie, zrazu pojedyncze, a z czasem coraz liczniejsze, później plaże wypełniały się śmiechem dzieci, restauracje gośćmi, a drogi rodzinami odbywającymi rowerowe wycieczki. Mijały jednak tygodnie i w końcu światło zaczynało blednąć, ptaki wracały z północy na południe, plaża pustoszała, znad morza nadciągał chłodny wiatr… Naturalna kolej rzeczy…

Oczywiście jako pisarka i psycholożka powinnam była zdawać sobie sprawę, że nawet w tak spokojnej okolicy może się zdarzyć zbrodnia, lecz mimo to wydawało mi się, że do takich dramatów dochodzi raczej w obskurnych blokach wielkiego miasta czy ciemnych zakamarkach stacji metra.

Przez jakiś czas błąkałam się jeszcze po okolicy, rozmyślając, jak to się dzieje, że człowiek, po którym znajomi i przyjaciele nigdy by się tego nie spodziewali, nagle próbuje się zabić.

Od tego się bowiem wszystko zaczęło – przynajmniej dla mnie. Bo w rzeczywistości cała ta historia miała swój początek dużo wcześniej.

1

Wrzesień

Ta sprawa różniła się od innych. Oto zdrowa, zrównoważona kobieta siedzi przy kawie na balkonie swojego domu, spoglądając na połyskujące w popołudniowym świetle wody laguny, i nagle, zdałoby się zupełnie bez powodu, wstaje, wspina się na barierkę i rzuca w dół. Jakimś cudem wychodzi z upadku cało, lecz od tej pory nie odzywa się ani słowem.

Dla Iny taka sytuacja była czymś zupełnie nowym. Do tej pory za każdą próbą samobójczą, z którą miała do czynienia, kryła się jakaś historia. Czasem, aby wydobyć ją na światło dzienne, wystarczyło pacjenta lekko trącić, a natychmiast zaczynał się z niego wylewać potok słów, pełen wyrzutów wobec męża czy żony, rodziców, przyjaciół, życia. Inni dzielili się swoimi przeżyciami po kawałku, z wahaniem ważąc każde słowo, jakby zależało od niego życie, milknąc na długie minuty i połykając łzy. Jeszcze inni uważali psychoterapeutkę za swego nieprzyjaciela. Ci odpowiadali wrogo i sarkastycznie albo kazali Inie iść do diabła, by po chwili znów ją przywołać – i znowu zrugać. Wszyscy jednak w taki czy inny sposób, mniej lub bardziej wylewnie mówili o małych i wielkich dramatach, które sprawiły, że znaleźli się w rostockiej klinice. W miejscu, w którym jak nigdzie indziej spotykały się śmiertelne znużenie i głód życia.

Marlene Adamski była inna. Milczała jak dziecko, które doświadczyło przerażającej traumy – tyle że Marlene Adamski miała sześćdziesiąt dwa lata i do tej pory nic, ale to nic nie wskazywało na to, by miała jakiekolwiek kłopoty, a tym bardziej by przeżyła jakąś wielką traumę.

Ina bezskutecznie szukała w dokumentacji medycznej czegoś, co wyjaśniłoby ów cień kryjący się w oczach tajemniczej pacjentki. Pani Adamski wspólnie z mężem prowadziła na półwyspie Darss dobrze prosperującą piekarnię, miała dom z czystą hipoteką, była w świetnej formie fizycznej, a w jej karcie próżno było szukać śladu jakichkolwiek problemów psychicznych. To ostatnie, ma się rozumieć, samo w sobie o niczym nie świadczyło, gdyż myśli samobójcze rzadko wynikają z oczywistych, łatwych do rozpoznania zaburzeń. Ich źródłem są raczej samotność, monotonia, stres czy niemożność wyrwania się z sytuacji, którą człowiek subiektywnie postrzega jako beznadziejną i bez wyjścia.

Lecz Ina nie znalazła również takich punktów zaczepienia. Jej pacjentka zbierała pieniądze dla syryjskich uchodźców, śpiewała w parafialnym chórze. Owszem – Adamscy nie mieli dzieci, jednak w trakcie dwutygodniowego pobytu w położonej na obrzeżach Rostocku klinice psychiatrycznej niedoszłą samobójczynię odwiedziło mnóstwo ludzi. Jej niezliczone przyjaciółki i kuzynki w trakcie rozmów z Iną zgodnie twierdziły, że w okolicy nie ma nikogo, kto bardziej od Marlene angażowałby się w życie lokalnej – i nie tylko – społeczności. Pani Adamski była też dobrym duchem miejscowej piekarni – znała wszystkich klientów po imieniu i każdego serdecznie witała, z uśmiechem ściskając mu dłoń.

Jedyną zagadką pozostawało jej życie rodzinne, o którym Ina nie zdołała się dowiedzieć zbyt wiele. Widziała tylko, że Gerd, mąż Marlene, otacza żonę czułą opieką, i chociaż wydawał się człowiekiem, który w ostatniej kolejności szukałby winy w sobie, terapeutka miała wrażenie, że jego troska jest autentyczna.

Jednym słowem: nie było żadnego punktu zaczepienia, który pozwalałby zrozumieć, dlaczego pacjentka targnęła się na swoje życie. Ina stanęła przed prawdziwą zagadką. Fakt, że podopieczna z nią nie rozmawiała, uniemożliwiał odkrycie kierujących niedoszłą samobójczynią pobudek, a ponieważ Marlene Adamski miała zostać wkrótce wypisana, terapeutka była gotowa zrezygnować z poszukiwań odpowiedzi na dręczące ją pytania i zająć się innymi pacjentami. W kolejce czekały już na nią ofiary przemocy, wypadków albo mobbingu, ludzie zniszczeni przez stres i wypalenie zawodowe, uzależnieni od narkotyków, pacjenci z guzami mózgu lub chorobami serca. A jednak milcząca kobieta z ciemnymi kręgami pod oczami nie dawała psycholożce spokoju.

Przecież właśnie dlatego pół roku wcześniej Ina zamieniła Schwerin na klinikę w Rostocku. Chciała mieć więcej czasu dla swych podopiecznych. Wcześniej, spotykając się z umieszczoną na jej oddziale niedoszłą samobójczynią, musiała się zadowolić zapewnieniami w stylu „Więcej tego nie zrobię” i po kilku minutach szła do następnego pacjenta. A rok później znów spotykała dawną podopieczną. Gorzej, gdy jej nie spotykała, bo przy drugiej próbie pacjentka miała więcej „szczęścia” niż za pierwszym razem. Ina nie wiedziała, ile było takich przypadków, lecz ta niewiedza bynajmniej nie zdejmowała z jej ramion przytłaczającego ciężaru. Tu, w Rostocku, miała przynajmniej poczucie, że robi dla swoich pacjentów wszystko, co w jej mocy, zwłaszcza że pracowała w klinice tylko przez dwa dni w tygodniu, w pozostałe zaś przyjmowała w prywatnym gabinecie w Ahrenshoop, dzięki czemu mogła się opiekować pacjentami dłużej, niż to zwykle bywa. Tylko w przypadku Marlene Adamski natrafiła na głaz.

Ina uważała, że milczenie żony piekarza stanowi bardziej świadomy wybór pacjentki aniżeli skutek szoku, i liczyła, że przy odrobinie cierpliwości zdoła przezwyciężyć opór niedoszłej samobójczyni. Marlene bowiem, choć się nie odzywała, była w pełni świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Reagowała na ruch, dźwięki i ludzi, którzy wchodzili do jej pokoju. Zaciskała usta, gdy nie smakował jej szpitalny posiłek, i odwzajemniała uściski. Tylko uśmiechu Ina nie widywała na jej twarzy. Ujrzała go tylko raz, gdy próbując zyskać zaufanie pacjentki, opowiedziała jej o swojej miłości do morza, a szczególnie do Darss. Wtedy Marlene spojrzała na terapeutkę z rozrzewnieniem, jakby ta obudziła w niej wspomnienie dawnego szczęścia, a Ina poczuła, że mogłyby znaleźć wspólny język.

Na przeszkodzie stanął jednak Gerd Adamski.

– Damy sobie radę – powiedział piekarz, odebrawszy żonę po wypisie. Fizyczne rany Marlene Adamski co prawda się zagoiły, ale niedoszła samobójczyni nie stała jeszcze pewnie na nogach, toteż mąż troskliwie odprowadził ją do swojego audi. Chociaż mżyło, Ina wyszła z nimi na parking.

Pan Adamski zatrzasnął drzwi od strony pasażera i obchodząc auto, powiedział cichym, zduszonym głosem:

– Marlene za ciężko pracowała. Piekarnia, chór, dom… Za dużo wzięła na swoje barki. Nie miała chwili dla siebie.

– Możliwe – odparła Ina. – Ale ludzie zwykle nie skaczą z balkonu tylko dlatego, że mają przepełniony kalendarz. To może być katalizator, ale nie przyczyna. Dlatego zalecałabym pańskiej żonie kontynuację psychoterapii. Mój gabinet w Ahrenshoop jest jedynym na całym półwyspie, ale jeśli woleliby państwo skorzystać z pomocy kogoś innego, zapisałam kilka adresów moich kolegów w Rostocku.

Gerd Adamski wyciągnął rękę na pożegnanie. Niekształtna i włochata dłoń po pięćdziesięciu latach zagniatania ciasta była bardzo silna, lecz jej mocny uścisk wcale nie okazał się nieprzyjemny.

– Dziękuję, pani doktor. Jestem naprawdę bardzo wdzięczny, że zajęła się pani Marlene, ale teraz już sobie poradzimy. Trochę uwagi i troski…

– Troska wystarczy w ogrodzie, by naprostować skrzywione drzewka – odrzekła Ina nieco zniecierpliwiona, lecz po chwili łagodnym tonem postanowiła stonować wymowę swych słów. – Oczywiście pańska troska jest bardzo ważna, ale muszę raz jeszcze podkreślić, że proces rekonwalescencji dopiero się zaczyna. To, że pańska żona nie mówi, jest najlepszym, aczkolwiek nie jedynym, tego dowodem.

– Z tym też sobie poradzimy – powiedział Gerd Adamski z niezachwianą pewnością siebie, po czym uprzedzając odpowiedź Iny, dodał: – Pani doktor, wiem, że chce pani dla Marlene jak najlepiej, ale naprawdę, damy sobie radę. Jest pani psychologiem i mówi mi o motywach, psychoterapii i tego typu rzeczach, ale my jesteśmy prostymi, ciężko pracującymi ludźmi. Piekarzami. Rozumie pani?

Powiedział to w taki sposób, jakby każdy piekarz musiał raz w życiu spróbować się zabić, a jeśli przeżył, był już do końca życia odporny na samobójcze myśli – zupełnie jak po przebyciu świnki. Oczywiście Ina nie po raz pierwszy spotkała się z niechęcią do psychologów i psychoterapii. Z własnego doświadczenia wiedziała, że z jednej strony przejawiają ją ludzie sukcesu, którzy uważają, że wezmą się w garść bez niczyjej pomocy, z drugiej zaś – ci, którzy sądzą, że terapia jest dobra dla mięczaków. Granica między tymi dwiema kategoriami była płynna, lecz Gerd Adamski bez dwóch zdań zaliczał się do tej drugiej grupy.

Chcąc nie chcąc, terapeutka pozwoliła zatem Marlene odejść i chociaż chwilami wciąż ją wspominała, z czasem całkowicie pochłonęli ją nowi pacjenci.

Potem jednak zdarzyło się coś dziwnego: w ciągu dwóch dni Ina odebrała kilka głuchych telefonów. Kiedy podnosiła słuchawkę, nikt się nie odzywał, ale nie było też słychać głośnego oddechu ani dyszenia, a po kilku sekundach dzwoniący się rozłączał.

W końcu, kierowana przeczuciem, spytała:

– Pani Adamski? Marlene?

Ponieważ tym razem połączenie nie zostało od razu przerwane, psycholożka postanowiła odwiedzić Marlene i przekonać ją, by ta zgodziła się na prywatną terapię. Chciała pomóc swojej dawnej pacjentce, a zarazem miała nadzieję, że spotkania z milczącą samobójczynią będą odskocznią od monotonnych zajęć w klinice i poszerzą jej zawodowe horyzonty.

Jak się miało wkrótce okazać, ta decyzja raz na zawsze zmieniła życie Iny.

***

Ina mieszkała na Darss od ponad roku, lecz aby trafić do domu Adamskich, musiała kilka razy pytać miejscowych o drogę. W końcu, raczej przypadkiem niż dzięki otrzymanym instrukcjom czy wskazaniom GPS-u, dotarła do maleńkiej osady o nazwie Wieck.

Gdy dojechała do końca wąskiej, obsadzonej krzewami asfaltowej szosy, wspaniały widok natychmiast wynagrodził jej trudy podróży. Po jednej stronie drogi pod ogromną kopułą nieba rozpościerała się dziewicza łąka. Kilka skarłowaciałych drzew, miliony falujących na wietrze traw i blade słońce za postrzępionymi chmurami. Niby nic takiego, ale widok dosłownie zapierał dech w piersi. Ina poczuła na twarzy chłodną bryzę i ogarnęła ją pokusa, by się dosłownie zanurzyć w tym cudownym krajobrazie. Po drugiej stronie szosy wąska ścieżka wiodła ku oddalonej o jakieś trzydzieści metrów laguny. Cienki woal mgły unosił się z wody i niespiesznie sunął w dal. Powietrze smakowało solą i pachniało świeżo rozkopaną ziemią.

Dom państwa Adamskich również stanowił prawdziwe cudo. Kryta strzechą bladoniebieska piętrowa chata otoczona była murkiem z polnych kamieni, a krzewy róż w ogródku sprawiały, że całość wyglądała jak na obrazku. W domu spokojnie mogłaby się pomieścić sześcioosobowa rodzina, lecz Ina wiedziała, że Gerd i Marlene Adamscy mieszkają sami. Dopiero później psychoterapeutka dowiedziała się, że kiedy w 1991 roku małżonkowie kupili tę chatę, była ona w dość opłakanym stanie, lecz nowi właściciele stopniowo zdołali ją odnowić, dodając pewne elementy, które nie do końca pasują do takiej budowli – na przykład balkon.

W 1991 roku Marlene miała mniej więcej tyle lat, co Ina obecnie, czyli zbliżała się do czterdziestki, i prawdopodobnie nie pożegnała się jeszcze z marzeniami o posiadaniu licznej rodziny. A może to wcale nie wielkość domu zdecydowała o jego zakupie, tylko jego malownicze położenie lub po prostu atrakcyjna cena?

Terapeutka zadzwoniła kilka razy do drzwi, lecz nikt nie odpowiedział. Poczuła się zawiedziona, gdyż zadała sobie sporo trudu, by się spotkać z Marlene, z drugiej jednak strony pomyślała, że może jej dawna podopieczna wróciła do pracy w piekarni, co stanowiłoby dobry znak.

Po chwili jednak Ina dostrzegła gospodynię – Marlene siedziała na tym samym balkonie, z którego kilka tygodni wcześniej skoczyła.

– Marlene? To ja, Ina Bartholdy.

– Czego pani chce?

To były pierwsze słowa, jakie terapeutka usłyszała z ust swej pacjentki. Głos Marlene brzmiał nieco głucho i szorstko i nie pasował do emanującej serdecznym, matczynym ciepłem postaci, którą Ina w głębi duszy uznawała za niemal archetypiczny wzorzec piekarzowej.

– Wiem, że przyjeżdżam bez zapowiedzi – odparła psycholożka wymijająco. – Byłam przypadkiem w okolicy i pomyślałam, że panią odwiedzę.

Ściśle rzecz biorąc, nie było to kłamstwo, gdyż Ina faktycznie miała tego dnia coś jeszcze do załatwienia w pobliżu Wieck. Zamierzała właśnie poprosić Marlene, by ta ją wpuściła do środka, gdy gospodyni wstała i znikła w domu.

I to by było tyle, jeśli chodzi o psychoterapię, pomyślała Ina, lecz po chwili rozległo się buczenie elektrycznego zamka. Terapeutka weszła do środka.

W chacie było dość chłodno, a nade wszystko niewiarygodnie cicho. Wszystkie okna były zamknięte i przez grube mury do środka nie docierał nawet śpiew ptaków. Nie było też słychać tykania zegara.

– Marlene?

Ina zajrzała do salonu, a potem do kuchni i dopiero wtedy zrozumiała, że gospodyni czeka na nią na górze.

Krętymi schodami weszła na piętro i zobaczyła otwarte na oścież drzwi sypialni. Marlene, odwrócona plecami, siedziała na balkonie. Na okrągłym stoliku, tak jak tamtego feralnego dnia, znów stały kawa i ciasto, a spojrzenie niedoszłej samobójczyni błądziło po roziskrzonych wodach laguny, po których bezgłośnie sunęły żaglówki. Wrześniowe słońce rozświetlało skrytą za ciemnymi okularami twarz gospodyni.

Ina spokojnie rozejrzała się po sypialni, która, podobnie jak reszta domu, została urządzona nieco staromodnie, ale bardzo schludnie. Dębowe sprzęty – komoda z lustrem, pusty stojak na garnitur i drewniane łóżko, przy którym leżał mały dywanik – choć od dawna nieodnawiane, były bardzo zadbane. Całość utrzymano w beżowo-brązowej tonacji. Psycholożka szukała czegoś niezwykłego, jakiejś ekstrawaganckiej lampy, azjatyckiego zegara, oprawionego w ramki dziecinnego obrazka, lecz niczego takiego nie dostrzegła – ani tutaj, ani w sieni, ani w salonie, ani na schodach. Ściany wydawały się niemal gołe – tylko tu i ówdzie pojawiał się jakiś drukowany obrazek z kwiatami czy pejzażyk. Ina pomyślała, że w porównaniu z tym, jak wspaniale dom prezentuje się z zewnątrz, wnętrza wyglądają bardzo przeciętnie – ot, zwykła wiejska chata.

Terapeutka wyszła na balkon i oparłszy się obiema rękoma o balustradę, dyskretnie spojrzała w dół. Czy można się zabić, skacząc z pierwszego piętra? Może próba samobójcza Marlene była tylko formą demonstracji, wołania o pomoc? Może pani Adamski należy do tej kategorii ludzi, którzy nagrywają stosowną wiadomość na poczcie głosowej czwórki przyjaciół, a potem zażywają pokaźną, acz nie śmiertelną dawkę środków nasennych, podświadomie licząc, że ktoś ich w ostatniej chwili znajdzie i uratuje? Tego typu myśli często nawiedzały Inę, gdy przeglądała akta swojej milczącej pacjentki, lecz na miejscu okazało się, że sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Skacząc z tego balkonu, z pewnością można było się zabić. Parter był wyjątkowo wysoki, grunt z tej strony gwałtownie opadał, a w dole ciągnął się murek. Upadek z siedmiu metrów na gołe kamienie mógł się skończyć dużo gorzej niż tylko zwichnięciem ramienia, wstrząsem mózgu i kilkoma guzami. Mimo to wciąż bez odpowiedzi pozostawało zasadnicze pytanie: Czy podjęta przez Marlene próba samobójcza była rozpaczliwym wołaniem o pomoc, czy też biedaczka faktycznie nie widziała innego wyjścia?

– Czasami zdarzają się chwile, kiedy nie mamy już sił i nie wiemy, co zrobić – odezwała się cicho Ina. – I wtedy poddajemy się impulsowi. Poruszamy lekko kierownicą i uderzamy czołowo w pędzącą z naprzeciwka ciężarówkę, skaczemy pod wjeżdżający na dworzec pociąg… Nie planowaliśmy tego. Jechaliśmy do pracy lub po zakupy, gdy nagle…

Terapeutka umilkła i spojrzała na swoją dawną pacjentkę. Chociaż Marlene miała na twarzy okulary przeciwsłoneczne, widać było, że wpatruje się w Inę.

– Czy tak właśnie było z panią? – spytała psycholożka.

Czyżby pani Adamski obudziła się pewnego dnia i ni z tego, ni z owego uznała, że jej życie nie ma sensu? Że mąż, dom, kilkoro znajomych i piekarnia to za mało? Czyżby padła ofiarą chwilowego nastroju? Wahania hormonów?

Na twarzy Marlene tańczył refleks światła odbitego od wykopanego w ogrodzie małego stawu. Żółta plamka drgała na jej wysokim czole, zaczesanych do tyłu jasnych, lekko posiwiałych włosach, obwisłych policzkach, otoczonych zmarszczkami ustach i miękkiej, krągłej brodzie. Ina czekała na jedno słowo, które dałoby jej jakiś punkt zaczepienia. Choćby skinienie głową, drgnienie warg. Ale nic takiego nie nastąpiło. Jedynym ruchomym elementem na twarzy gospodyni była plama światła.

Terapeutka wiedziała, że musi przełamać milczenie pacjentki. Tylko jak? Czuła, że fakt, iż pani Adamski wpuściła ją do środka, musi coś znaczyć.

– W ostatnich dniach odbierałam głuche telefony. Podejrzewam, że to była pani. Mam rację?

Marlene, niemal nie poruszając ustami, rozchyliła lekko wargi i Ina odniosła wrażenie, że w wąskiej ciemnej szparce między nimi zaczyna się z trudem formować słowo.

Nie rozległ się jednak żaden dźwięk.

Terapeutka odczekała jeszcze chwilę, wsłuchując się w szum wiatru i radosne ćwierkanie ptaków.

– Dlaczego tak trudno się pani przede mną otworzyć?

Usta Marlene znowu się rozchyliły, jakby gotując się do wypowiedzenia pierwszego słowa. Ina pomyślała, że granica między milczeniem a mową jest dla niedoszłej samobójczyni niczym przyprawiająca o zawrót głowy przepaść – wystarczył krok, by ją pokonać, lecz Marlene nie była go w stanie zrobić. Może w jej oczach to, co czekało na nią po drugiej stronie, nie było warte wysiłku? A może było tak przerażające, że aby się wyrwać z milczenia, musiałaby się zdobyć na prawdziwy heroizm? Chociaż Ina praktycznie nie znała swojej pacjentki, czuła, że Marlene ma w sobie dość odwagi, by to zrobić. Świadczyły o tym jej oczy, które nigdy nie patrzyły na świat zalęknione – ani wtedy, gdy otworzyła je, odzyskawszy w klinice przytomność, ani potem, gdy terapeutka zaczęła jej zadawać trudne pytania.

***

Również historia życia pani Adamski świadczyła o tym, że kobiecie tej nie brak odwagi. Odwiedzające ją w szpitalu kuzynki opowiedziały Inie o tym, jak dziewiętnastoletnia Marlene wplątała się w Dreźnie w romans z radzieckim żołnierzem. W tamtych czasach w NRD używano w odniesieniu do takich historii określenia „wplątać się”, a radziecki kapral nie uchodził za zbyt dobrą partię, zwłaszcza gdy dziewczyna wybierała się na studia nauczycielskie. Ponieważ przyszła studentka zupełnie jawnie prowadzała się z młodym żołnierzem, ludzie obrzucali ją wyzwiskami. Niektórzy otwierali nawet specjalnie okna, by nazwać ją dziwką, po czym z trzaskiem je zamykali. W końcu któregoś dnia mężczyzna, dla którego poświęciła swe dobre imię i zaryzykowała przyszłość, znikł. Marlene nigdy więcej o nim nie słyszała. Rok później znowu się zakochała, ale i ten wybranek nie przypadł do gustu jej drobnomieszczańskim rodzicom. Mimo to dziewczyna, nie zważając na sprzeciw najbliższych – oraz urzędników ministerstwa oświaty – przerwała studia i wyszła za mąż za meklemburskiego piekarza.

– Wie pani, że wszystko, co od niej usłyszę, zostanie między nami – powiedziała Ina, próbując ośmielić pacjentkę.

Wargi Marlene rozchyliły się nieco szerzej i być może w końcu udałoby jej się przełamać wewnętrzny opór, gdyby w tym samym momencie nie rozległ się trzask zamykanych drzwi, a zaraz potem głos wołającego ją męża. Niedoszła samobójczyni natychmiast zamknęła się w sobie.

Kilka sekund później Gerd Adamski wszedł do sypialni i zmierzywszy Inę ponurym wzrokiem, wyraźnie dał jej do zrozumienia, co sądzi o tej niezapowiedzianej wizycie. Czując na sobie lodowate spojrzenie, terapeutka poczuła się jak bokser, który przed walką patrzy w oczy swemu przeciwnikowi.

– Dzień dobry, pani doktor, co za niespodzianka. – Głos piekarza brzmiał zaskakująco miękko. – Co panią do nas sprowadza?

– Dzień dobry, panie Adamski. Chciałam się tylko upewnić, że z pańską żoną wszystko w porządku.

– Jak pani widzi. Żona czuje się dużo lepiej.

– Cóż, w takim razie… Czy mogłabym z panem zamienić dwa słowa? Jeśli można, na osobności.

– Prawdę mówiąc, chciałem zaproponować to samo. Proszę tędy.

Skrywając swą irytację za maską przesadnej uprzejmości, gospodarz przepuścił Inę w drzwiach i wyciągnąwszy rękę, wskazał drogę na dół. Zmierzając w kierunku schodów, terapeutka spostrzegła otwarte drzwi do innego pokoju, które wcześniej umknęły jej uwadze. Zauważyła, że meble stojące w środku są nowiusieńkie i bardzo eleganckie, ale piętrzą się na nich talerze, torebki po chipsach i mnóstwo części elektronicznych. Czyżby w domu był ktoś jeszcze?, pomyślała.

– Proszę, pani doktor – ponaglił Inę gospodarz, a jego potężny brzuch znalazł się tak blisko niej, że niemal ją zepchnął ze schodów.

Terapeutka zeszła na dół i skierowała się do salonu, w którym jak zauważyła, panował względny porządek, choć tu i ówdzie zalegała warstwa kurzu. Gdy tylko zostali z gospodarzem sami, Gerd Adamski natychmiast zrzucił maskę grzeczności.

– Jeśli chodzi o pani niezapowiedzianą wizytę, to muszę powiedzieć, że wcale mi się to nie podoba – stwierdził.

– Czy gdybym się zapowiedziała, pozwoliłby mi pan porozmawiać z żoną?

– Powiem otwarcie: nie. I mam ku temu powody.

– Zechce mi je pan wyjawić?

– Nie muszę.

– Oczywiście. Chciałabym jednak zrozumieć pański punkt widzenia.

– Nie mam nic więcej do powiedzenia.

– Panie Adamski, zakładam, że chce pan, by żona wróciła do pełni sił. A jeśli tak, to nie rozumiem, dlaczego nie zgadza się pan na to, abym ją odwiedzała. Przecież w niczym jej nie zaszkodzę.

– Za pozwoleniem, w tej kwestii mam odmienne zdanie. Zrobiliśmy duże postępy, bez pani pomocy.

– Na czym polegają te postępy? – spytała Ina, starając się zachować spokojny, rzeczowy ton.

– Rozmawialiśmy i Marlene obiecała mi, że nigdy więcej tego nie zrobi.

– Aha – westchnęła terapeutka.

Miała ochotę wyjaśnić swemu rozmówcy, że w takich przypadkach obietnica pacjenta jest warta tyle, co słowo dane sędziemu przez recydywistę, lecz uznała, że złośliwości i polemiczny ton tylko wzmogą niechęć piekarza.

– Panie Adamski, od dawna pracuję w zawodzie i przez lata zebrałam wiele doświadczeń, które pozwalają mi dostrzec rzeczy nie dla każdego widoczne.

– Za to ja znam swoją żonę lepiej niż ktokolwiek na świecie.

– Oczywiście. Proszę jednak zauważyć, że pańska żona już raz zrobiła coś, czego pan nie przewidział. Coś, czego pan nie mógł przewidzieć. To, co dręczy pańską żonę, tkwi tak głęboko, że nie da się tego dostrzec gołym okiem ani wydobyć w krótkiej rozmowie. Dlatego chciałabym pana prosić o podpisanie tego dokumentu. Dzięki temu mogłabym objąć pańską żonę terapią na koszt kasy chorych.

Gerd Adamski wziął dokument w obie dłonie i odsuwając go nieco od oczu, spokojnie przeczytał jego zawartość. Ina doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że piekarz nigdy go nie podpisze. On również o tym wiedział, lecz męska duma kazała mu odegrać to przedstawienie – nie tylko przed Iną, ale również przed samym sobą. Musiał pokazać, że wszystko starannie rozważył i że to do niego należy ostatnie słowo. Że wie najlepiej, co dobre dla niego i – co w sumie na jedno wychodzi – dla jego żony. Ina nie miała wątpliwości, że to Gerd Adamski zarządza rodzinnym interesem, a taka rola wymaga przestrzegania ściśle określonych procedur, stąd cały ten teatr.

– Nie podpiszę tego. Pani ma swoje metody, a my mamy swoją.

– Na czym ta metoda polega? – spytała Ina.

Piekarz z ciężkim westchnieniem wstał z niskiej sofy.

– Nie musimy się pani tłumaczyć.

Ina chciała właśnie zapytać, kogo piekarz ma na myśli, mówiąc „my”, gdy w salonie zjawiła się Marlene. Nie patrząc ani na terapeutkę, ani na swego męża, sięgnęła po leżący na stole dokument, podpisała go i zanim ktokolwiek z obecnych zdążył otworzyć usta, wróciła na górę. Ina natychmiast chwyciła kartkę i zostawiwszy gospodarza w salonie, podążyła za swą pacjentką, lecz kiedy dotarła na piętro, drzwi sypialni były zamknięte.

Wizyta dobiegła końca, przynajmniej tego dnia.

Czternaście miesięcy wcześniej

Dziwna z nas kompania, pomyślała Marlene, stawiając na stole ciasto z wiśniami i spoglądając na zgromadzonych gości. Równie dziwny był powód, dla którego zbierali się raz w miesiącu – zawsze w domu Marlene i Gerda, ponieważ żona Daniela nie mogła się dowiedzieć o tych spotkaniach, mieszkanie Boda było za małe, a u Romy trzeba było uważać, żeby się przypadkiem do czegoś nie przykleić. Od dwóch lat regularnie naradzali się przy kawie i cieście, ale tego popołudnia wreszcie miała zapaść ostateczna decyzja, toteż wśród zgromadzonych dało się wyczuć nerwowość. Wyrażała się ona w nienaturalnym milczeniu, purpurowych twarzach, ukradkowych spojrzeniach, spoconych dłoniach.

– Jeszcze ciepłe – powiedziała Marlene do Daniela, przerywając przytłaczającą ciszę. – Specjalnie upiekłam bez masła i jaj, użyłam też mleka sojowego. Tak będzie dobrze, prawda?

Przed poprzednią naradą zapomniała, że Daniel jest weganinem i nie je masła, jaj ani mleka, których, ma się rozumieć, użyła do ciasta. Była na siebie zła i tym razem nie powtórzyła błędu. Z dumą ukroiła wyjątkowo duży kawałek i patrzyła, jak Daniel próbuje jej wypieku.

– I? – spytała.

– Znakomite. Naprawdę świetne, pani Adamski.

– Cieszę się, że panu smakuje. Myślę jednak, że znamy się już na tyle dobrze, by mówić sobie po imieniu. W końcu tworzymy coś w rodzaju szajki, a w szajce wszyscy mówią sobie po imieniu, prawda?

– Nie jesteśmy żadną szajką! – oburzył się mąż Marlene.

– Mój drogi, to był tylko niewinny żart.

Gerd Adamski mruknął coś pod nosem i włożył sobie do ust kawałek wegańskiego ciasta.

– Nie mam nic przeciwko temu – odrzekł Daniel. – Pod warunkiem że wszyscy przejdziemy na ty.

Zgromadzeni pokiwali z aprobatą głowami i Marlene uśmiechnęła się zadowolona. Lubiła Daniela, chociaż jadał tak dziwne rzeczy jak parówki sojowe czy sznycle z pszenicy. Podejrzewała, że biedak robi to ze względu na swoją żonę, godząc się na jej dziwactwa, by nie burzyć spokoju w rodzinie. Daniel był bowiem szalenie taktownym człowiekiem – i właśnie dlatego Marlene nie do końca mu ufała. Chociaż… to nie najlepsze określenie. Bez wahania puściłaby z nim do zoo swoje wnuki – gdyby takowe miała – lub powierzyła mu klucze do domu, by go doglądał pod jej nieobecność. No i całkowicie zdałaby się na niego, gdyby miał wybrać dla niej lekturę – był w końcu bibliotekarzem. W sandałach, drucianych okularach i ubraniach z ekologicznego sklepu swej żony wyglądał trochę żałośnie, a trochę pociesznie. I właśnie z tego powodu Marlene mimo najlepszych chęci nie potrafiła sobie wyobrazić, że Daniel jest właściwą osobą do wykonania tego zadania.

– Czyli wszystko ustalone? – spytał Gerd, mlaszcząc, po czym z lekko skrzywionymi ustami odłożył widelec na talerz, odsunął od siebie ledwie tknięty kawałek ciasta i odchylił się na krześle, demonstrując pokaźny brzuch. – Zrobimy to pod warunkiem, że wszyscy się zgodzą. W przypadku takiej akcji inaczej się nie da. Jeśli choćby jedno z was powie „nie”, sprawa jest spalona. Głosujmy: kto jest za?

– Chwileczkę – przerwała mu Marlene. – Romy, znów żujesz gumę?

Młoda kobieta kiwnęła głową.

– Proszę, nie przy jedzeniu. Ile razy mam ci powtarzać? Wypluj ją.

– Już ją przykleiłam za zębami.

Marlene z przyganą, a zarazem dobrotliwie pokręciła głową.

– Pracujesz w piekarni, nie wypada żuć gumy, jedząc ciasto.

Romy wyjęła gumę z ust. Dziewczyna dopiero za trzecim razem zdała egzamin zawodowy i od niedawna pracowała w piekarni Adamskich, aczkolwiek ze względu na niski wzrost i tyczkowatą posturę trudno ją było uznać za ozdobę cechu piekarzy. Miała zaledwie metr pięćdziesiąt siedem i była tak szczupła, że gdyby nie fioletowe kosmyki, tu i ówdzie pojawiające się na jej głowie wśród czarnych loków, byłaby za kontuarem piekarni wręcz niewidoczna. Na domiar złego mocno się pociła i już po kilku minutach pracy wyglądała tak, jakby właśnie wyszła spod prysznica – a mimo to zawsze sprawiała wrażenie niedomytej.

– Możemy kontynuować? – spytał Gerd.

– Przepraszam, ale to było ważne – odpowiedziała Marlene.

– Proszę bardzo: głosujmy.

Zebrani kolejno podnieśli ręce – najpierw Gerd, potem Bodo, Romy i po chwili wahania Daniel.

W końcu wszystkie oczy zwróciły się na gospodynię.

– Och – wykrzyknęła Marlene, jakby zupełnie zapomniała, że też uczestniczy w głosowaniu.

Oczywiście była za, choć wolałaby załatwić tę sprawę inaczej. Zresztą chyba nie tylko ona, bo czuła, że inni myślą tak samo. Przecież nikt nie ma ochoty łamać prawa, jeśli to nie jest konieczne.

– W takim razie wszystko jasne – powiedział Gerd.

Marlene dolała gościom kawy i przez chwilę się zastanawiała, czy nie otworzyć szampana, ale uznała, że nie byłoby to na miejscu. Okazało się jednak, że Gerd ma w tej kwestii odmienne zdanie, gdyż spoglądając na żonę, zapytał:

– Marlene, może przyniesiesz butelkę wina?

Ponieważ nikt nie zaoponował, pani Adamski poszła do kuchni, podczas gdy pozostali zajęli się omawianiem ostatnich szczegółów. Do uszu Marlene docierały pojedyncze słowa: drzwi, kaptur, lina, taśma klejąca, audi, mercedes… Najtrudniejszą częścią całego planu było samo porwanie, ale to nie było jej zmartwienie. Tym mieli się zająć Gerd, Bodo i Daniel.

Ponieważ w lodówce nie było wina, gospodyni zeszła do piwnicy. Butelki leżakowały w regale zaraz za kotłownią, lecz pani Adamski po chwili wahania minęła ciężkie stalowe drzwi i zagłębiła się w nieużywany korytarz.

Dom został zbudowany na rozległym bunkrze z czasów drugiej wojny światowej, którego ściany wykonano z potężnego żelbetu. Podobno w trakcie nalotów przechowywano tu dzieła sztuki, chroniąc je przed alianckimi bombami. Ta część piwnicy stanowiła istny labirynt i Marlene nie lubiła się tutaj zapuszczać. Ostatni raz była tu… Dobry Boże, musiało minąć z dziesięć lat, odkąd wnuki jej kuzynki bawiły się tutaj w chowanego.

Żona piekarza otworzyła kolejne stalowe drzwi i weszła do rozległego, słabo oświetlonego pomieszczenia. Nie czuć tu było wilgoci ani stęchlizny, tylko chłód. Z sufitu zwisała naga żarówka. Oprawka się poluzowała i światło lekko mrugało. Marlene pomyślała, że trzeba wymienić żarówkę na mocniejszą i doprowadzić tu jakieś ogrzewanie.

Wkrótce będzie po wszystkim, westchnęła w duchu. Wreszcie! Nie mogła się doczekać dnia, kiedy ta historia dobiegnie końca – końca, który w tej chwili wydawał się równie odległy i nieuchwytny jak początek tej całej afery.

– Marleeeene – dobiegł z góry głos Gerda. – Chce nam się piić!

Pani Adamski wzięła butelkę i wróciła na górę. Rozstawiając kieliszki, patrzyła w twarze obecnych, zastanawiając się, co ich skłoniło do podniesienia ręki. Spoglądała na młodziutką ekspedientkę Romy, którą osobiście nauczyła zawodu i otoczyła iście matczyną miłością, Boda, który kumplował się z połową mieszkańców półwyspu, oraz Daniela, który ponad wszystko kochał swoją rodzinę. No i w końcu na Gerda. Każde z nich miało jakiś powód. Musiało mieć, bo inaczej nie zdecydowaliby się na tak rozpaczliwy krok.

***

Co ja tu właściwie robię?, zastanawiał się kilka dni później Daniel, czatując wraz z Gerdem i Bodem w krzakach nieopodal domu Töllera. Był wczesny ranek, a w nocy padało, więc krople wody zwisały teraz ciężko z gałęzi rododendronu i przy byle poruszeniu spadały Danielowi za kołnierz, a następnie spływały lodowato w dół pleców, mieszając się w końcu z ciepłym potem.

Nie dam rady, pomyślał bibliotekarz, lecz mimo to w duchu raz po raz powtarzał sobie, co ma zrobić. Wiedział, że wszystko musi się odbyć szybko i sprawnie, tak żeby Töller nie miał szansy się obronić czy choćby wezwać pomocy. Chociaż… nawet gdyby zdołał krzyknąć, na nic by się to zdało. Jego dom leżał na uboczu, nad urwiskiem. Do szosy było prawie sto metrów, do tego szumiało morze, krzyczały mewy. Wąska ścieżka prowadząca obok domu mogła stanowić pewne ryzyko, ale po deszczu była całkowicie rozmiękła i o tak wczesnej porze raczej nie należało się na niej spodziewać żadnych spacerowiczów.

Mimo to, leżąc w zaroślach pod domem Töllera, Daniel czuł, jak wali mu serce.

– Przepraszam, ale nie dam rady – powiedział w końcu.

– Co? – Z gardeł dwóch jego wspólników zgodnie dobył się zduszony krzyk.

– Musi być jakiś inny sposób.

– Zgodziłeś się – szepnął stanowczo Gerd.

– Wtedy nie wiedziałem, jakie to będzie trudne – odparł Daniel. W jego głosie pojawiła się jakaś niepewna, płaczliwa nuta, co go mocno zirytowało.

– A co myślałeś? Że wyciągniemy czarodziejską różdżkę, powiemy abrakadabra i zamienimy go w słup soli? Zrobisz to, co ćwiczyliśmy, chłopcze. Koniec dyskusji.

Daniel nie cierpiał, kiedy Gerd mówił do niego „chłopcze”. Bibliotekarz miał trzydzieści sześć lat, a Gerd traktował go tak, jakby właśnie zaczął w piekarni Adamskich naukę zawodu.

– Nie – odparł Daniel.– Ja…

– Posłuchaj, nie możesz nam tego zrobić. Zaufaliśmy ci. Poza tym wszystko masz przećwiczone.

– Wiem, przepraszam, ale…

– Do diabła! Nie mamy czasu na takie bzdury. Weź się z łaski swojej w garść, chłopcze. Mój Boże, przecież nawet Romy albo Marlene mają w sobie więcej odwagi.

Bibliotekarz nie miał w zwyczaju odpowiadać opryskliwie, ale ponieważ Gerd był typem człowieka, z którym Daniel w innych okolicznościach nigdy w życiu nie usiadłby przy jednym stole, postanowił zrobić wyjątek. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, wtrącił się trzeci z porywaczy, który był dużo sympatyczniejszy od piekarza i do tego kilka lat młodszy od Daniela, dzięki czemu w jego głosie nie pobrzmiewała ta nieznośna protekcjonalna nuta.

– Jeśli się teraz wycofasz, wszystko przepadnie – powiedział Bodo. – Taka okazja się nie powtórzy. Rozumiesz?

Daniel próbował się opanować, ale bez powodzenia, i zamiast wziąć się w garść, wybuchnął płaczem.

– Cholera! – zaklął cicho Gerd. – Jeszcze zacznie zawodzić.

Bodo położył dłoń na ramieniu Daniela i w tym samym momencie drzwi, w które wpatrywali się od trzydziestu minut, nagle się otworzyły i zobaczyli Töllera. Mężczyzna stanął w progu, klepnął w kieszeń marynarki i wrócił do domu.

– Dasz radę? – spytał Bodo.

Ocierając łzy, bibliotekarz pokręcił głową.

– W takim razie musimy zrezygnować – powiedział Bodo, zwracając się do Gerda.

– Do diabła! – zaklął piekarz. – Gdybym was nie słuchał, wziąłbym dziadkowe parabellum, przystawił je Töllerowi pod nos. Potem bym go zapakował do wozu i gotowe. Ale nie! Szanowni państwo nie chcieli słyszeć o broni. Porywacze! Łatwiej byłoby zorganizować porwanie z buddyjskim mnichem i ostatnim wioskowym głupkiem.

– Ciii – syknął Bodo. – Wychodzi.

Dobra, zamknij oczy i zrób to!, powiedział sobie w duchu Daniel. Już ja wam pokażę! Dam radę. Teraz albo nigdy. Już!

Bibliotekarz zaciągnął głęboko na głowę kaptur, wyskoczył z zarośli i popędził po trawniku w stronę odwróconego plecami Töllera. Ten był już wprawdzie po sześćdziesiątce, lecz ze względu na jego posturę porywacze uznali, że najłatwiej będzie go obezwładnić, atakując z zaskoczenia, od tyłu.

Daniel miał za zadanie zarzucić Töllerowi na głowę worek na śmieci, aby ofiara nie widziała, kto ją zaatakował.

Bibliotekarz wykonał swoją część planu, jednak w tej samej sekundzie zorientował się, że coś poszło niezgodnie z wyćwiczoną choreografią: Gerd nie chwycił Töllera za ręce, a Bodo nie zakleił ofierze ust. Daniel wyskoczył z zarośli tak niespodziewanie, że jego towarzysze zostali daleko w tyle i cały plan się posypał.

Poranną ciszę rozdarł krzyk Töllera – czy też raczej głośne westchnięcie – a gdy Gerd wreszcie go obalił na ziemię, dało się słyszeć cichy trzask. Bodo próbował zakleić usta Töllera, lecz spóźniony przylepił kawałek taśmy do worka, który natychmiast się zsunął i w ogrodzie rozległy się kolejne, lekko zduszone krzyki.

Gerd i Bodo robili, co w ich mocy, by opanować sytuację. Przycisnęli masywne ciało sześćdziesięciolatka do ziemi i próbowali mu spętać ręce. Znów coś trzasnęło.

Daniel stał jak wryty i tylko patrzył. Nie był w stanie się poruszyć.

– Cholera – zaklął Gerd szeptem, tak aby Töller nie rozpoznał jego głosu.

Bodo szybko zdjął kurtkę i owinął ją wokół głowy napadniętego, tłumiąc nieco jego krzyki, a potem skinął nerwowo na Daniela. Ten nie zrozumiał, czego Bodo od niego chce, i musiało minąć jeszcze kilka cennych sekund, nim pojął, że ma ściągnąć wiatrówkę. Niestety był tak spanikowany, że przyciął suwakiem koszulę i nie był w stanie zdjąć kurtki.

Mocując się z zamkiem, bibliotekarz nagle spostrzegł, że również Gerd macha w powietrzu ręką, spoglądając na niego piorunującym wzrokiem.

Czego znów chcesz? Daj mi spokój. Nie chciałem w tym uczestniczyć, ale tak długo mi suszyliście głowę, że…

W końcu jednak Daniel zrozumiał. Gerd pokazywał na piętrzącą się pod ścianą domu stertę porąbanego drewna. Nie zastanawiając się, co też piekarz zamierza, Daniel podał mu jedną ze szczap, Gerd zaś uderzył nią w głowę Töllera.

Zapadła cisza.

W końcu.

Lecz cisza ta miała w sobie coś przerażającego.

– Czy on… Czy on… – bibliotekarz nie był w stanie dokończyć zdania.

Bodo, który najwyraźniej znał się na takich sprawach, szybko sprawdził puls Töllera.

– Żyje – powiedział, po czym spojrzał na Gerda. – Zwariowałaś? Mogłeś go zabić!

Piekarz z trudem wstał z ziemi. Był mniej więcej w tym samym wieku i tej samej postury co leżący u jego stóp mężczyzna.

– To wina tego cholernego głupka! – Spiorunował Daniela wzrokiem. – Wyskoczył bez słowa. Niby po co przez tyle dni wszystko ćwiczyliśmy, co? Skończony kretyn. Zaczekaj, niech no cię tylko…

– Dość tego, to nic nie da! Musimy go stąd zabrać i opatrzyć. Na pewno ma wstrząs mózgu.

Daniel był Bodowi niewymownie wdzięczny za to, że ten załagodził sytuację. Widząc purpurową twarz Gerda, bibliotekarz niemal narobił w spodnie. Z drugiej strony ulżyło mu, że już po wszystkim. Może nie poszło idealnie zgodnie z planem, ale koniec końców najważniejsze, że obezwładnili Töllera. To był najtrudniejszy punkt całej operacji. Od tej pory Daniel nie miał już wiele do roboty i mógł odetchnąć z ulgą. Jednak już w następnej chwili przeżył szok, bo kiedy Bodo ostrożnie zdjął worek z głowy Töllera, ich oczom ukazała się zakrwawiona twarz.

Bibliotekarz odruchowo zrobił krok w tył.

– O Boże! Tylko nie to! – Gwałtownie ukrył twarz w dłoniach, strącając sobie z nosa okulary.

Gerd jęknął.

– Co znowu?! Człowieku, ty jesteś… Cholera, nie chce mi się gadać. Masz rację, Bodo, to na nic.

Daniel nigdy nie mógł patrzeć na krew, gdyż natychmiast robiło mu się niedobrze, ale świadomość, że ta zakrwawiona twarz to po części jego dzieło, sprawiła, że poczuł się jeszcze gorzej.

Te sprzeczne uczucia były niczym uderzenia metronomu zmuszającego serce do gwałtownego bicia, toteż Daniel nie spostrzegł tego, że Bodo prowizorycznie opatrzył nieprzytomnego, ani nawet tego, że wspólnie z Gerdem we trójkę z trudem ułożyli Töllera na tylnej kanapie mercedesa. Bibliotekarz działał zupełnie bezwiednie, niczym lunatyk.

Podróż dłużyła się niemiłosiernie. Gerd, który zwykle prowadził bardzo dynamicznie, tego ranka jechał wyjątkowo spokojnie, tak aby nie zwrócić niczyjej uwagi. Zgodnie z planem nie odzywali się, aby Töller, który powoli wracał do siebie, nie mógł później zidentyfikować ich głosów. Z drugiej strony milczenie sprawiało, że podróż przebiegała w nieco upiornej atmosferze. Warkot silnika, stukanie kierunkowskazu, cichy szum klimatyzacji i od czasu do czasu ciche jęki rannego. Jechali soczyście zielonymi alejami, mijając pola, nad którymi krążyły ptaki, oraz kościelne wieże odcinające się na tle czystego błękitu nieba. Gerd przepuścił grupę rowerzystów z dziećmi, machając do nich przyjaźnie.

Daniel wziął się nieco w garść. Owinięty i skrępowany, Töller nie wyglądał już tak groźnie. Nie bronił się ani nie próbował uciekać. Ponieważ Bodo związał nogi porwanego w taki sposób, by ten mógł stawiać drobne kroczki, nie musieli go nieść, co zważywszy na jego posturę, znacznie ułatwiało sprawę. Na stromych kamiennych schodach, które w jednej trzeciej wysokości zakręcały, Töller się potknął, ale na szczęście zdołał odzyskać równowagę.

Prostokątne, mierzące mniej więcej cztery na pięć metrów pomieszczenie, w którym go zamknęli, było niemal zupełnie puste. Na podłodze leżał jedynie świeżo obleczony materac, obok którego po jednej stronie stał wielki tekturowy kubek z wodą mineralną, a po drugiej – wiadro na nieczystości. Ruchy Töllera ograniczał ciężki, mniej więcej półtorametrowy łańcuch, z jednej strony przytwierdzony do osadzonego w ścianie stalowego kółka, z drugiej zaś zakończony obejmą na nodze więźnia. Gerd kupił ten łańcuch na pchlim targu w Rostocku i osobiście przymocował go do piwnicznej ściany.

Trzej porywacze przerwali milczenie dopiero, gdy opuścili piwnicę i weszli do salonu.

– No to najtrudniejsze za nami. Mamy go – powiedział Gerd. – Jeszcze tylko szybko wstawię mercedesa do garażu. Wszystko się dobrze skończyło, chociaż…

Piekarz urwał w pół słowa, lecz jego dwaj wspólnicy doskonale wiedzieli, do kogo odnosi się owo „chociaż”.

– Nie możemy go tam tak po prostu zostawić – zaoponował Bodo. – Facet ledwie się rusza. Nie da rady nawet sam się napić. Myślę…

– Na razie zaczekamy, aż ochłonie, a potem damy mu trochę więcej swobody – zadecydował Gerd. – Ty się w to, chłopcze, nie mieszaj, to moja działka. Ty masz inne zadanie i proponuję, żebyś jeszcze dziś zabrał się do roboty.

Podczas gdy Gerd i Bodo dyskutowali, Daniel spoglądał przed duże okno salonu na ogród. W dali, przez gęste gałęzie drzew i krzewów migotały wody laguny. W rzędzie brakowało jednego drzewa – brzozy, po której został tylko wystający kilka centymetrów nad ziemię pieniek. Na kawałku tej ściętej brzózki przez kilka dni ćwiczyli porwanie Töllera.

– Nieszczęsne drzewo umarło na darmo – wyznał bibliotekarz. – Wszystko się potoczyło inaczej. Ta piękna, biedna brzoza umarła na próżno.

Gerd i Bodo wymienili znaczące spojrzenia, lecz Daniel nie miał pojęcia, co sobie pomyśleli. Być może uważali go za mięczaka, dziwadło w sandałach i lnianej koszuli, filozofa, który współczuje ściętemu drzewu. W gruncie rzeczy było mu obojętne, co o nim sądzą. W sumie nie miał z tymi analfabetami nic wspólnego. Jedyne książki, jakie posiadał Bodo, to Cyfrowy świat jutra i Web 10.0, przywalone stertą czasopism komputerowych. Z Gerdem było jeszcze gorzej, bo dla niego literatura była jak opos: wiedział, że coś takiego istnieje, ale ani jej nie widział na oczy, ani nie miał pojęcia, do czego służy.

Daniel wyszedł i ruszył pieszo do domu. Miał dwa kilometry, z czego drugą połowę przebiegł. Ilekroć miał się spotkać z Gerdem, Marlene i pozostałymi, mówił Jette, że idzie pobiegać.

Jego dom stał na końcu nowej, położonej na uboczu, spokojnej uliczki. Ilekroć go widział, czuł, że robi mu się ciepło na sercu. Kryty strzechą dach mienił się w porannym świetle, jakby pomalowano go ochrą, górne, łukowate okno było uchylone, malwy w ogródku cudownie kwitły. Na tle niskich chmur i zielonych łąk nowiusieńka wiejska chata wyglądała jak z pocztówki i gdy turyści zatrzymywali się, by ją sfotografować, Daniela przepełniała prawdziwa duma.

Po powrocie do domu zawsze wciągał głęboko powietrze. W środku delikatnie pachniało żywicą, jak latem w iglastym lesie. Od czasu do czasu cicho trzaskało świeże drewno. Jeśli chodzi o wystrój, to w chacie dominowały wiklinowe plecionki i jaskrawe sznurkowe chodniki – wszystko wybrane osobiście przez Jette. Wszędzie też stały kwiaty z ich własnego ogrodu, a na ścianach wisiały obrazki – również przedstawiające kwiaty. Było czysto, spokojnie i cicho. Na regale ustawiono wykonane sześć lat wcześniej ślubne zdjęcie Daniela i Jette. Bibliotekarz przez chwilę zatrzymał na nim wzrok. Pobrali się późno, gdy mieli już dzieci, a do tego wzięli jedynie ślub cywilny, gdyż Jette nie była specjalnie wierząca. On jednak chodził do kościoła i modlił się – głównie ze względu na dzieci.

Nie do wiary, pomyślał. Właśnie porwałem człowieka. Dokonałem przestępstwa.

– Cześć – rzucił krótko, widząc żonę.

Jette była zajęta smażeniem naleśników. W południe zamykała sklep na dwie godziny i przygotowywała obiad dla męża i dwójki dzieci. Przykładała do tego wielką wagę, więc i Daniel, jako kierownik miejskiej biblioteki, robił sobie przerwę, by zjeść wspólnie z rodziną.

Kiedy wszedł, jego córeczka siedziała na swoim różowym krzesełku nachylona nad stołem. Jette nauczyła ją już rozmaitych robótek ręcznych i Felicia z zapałem oddawała się pracy. Chociaż miała dopiero siedem lat, ozdabiała wszystko, co tylko wpadło jej w ręce, i szybko stała się małą artystką. W domu żartowali już, że pewnego dnia to Felicia będzie projektować ubrania, które Jette sprzedaje w swoim sklepiku.

Mała jak zwykle zerwała się z miejsca, by uściskać ojca, a on wywinął nią młynka, na którego tak bardzo czekała. Daniel cieszył się tymi cudownymi chwilami, wiedząc, że już za kilka lat jego córeczce przestaną się podobać warkoczyki, śliczne piegi staną się jej utrapieniem, a różowy kolor zacznie przepełniać ją wstrętem. Wtedy Felicia przestanie też czekać na tatę.

Daniel przez chwilę ściskał mocno córeczkę w ramionach, delektując się każdą sekundą bliskości, po czym mała z dumą pokazała mu swoje ostatnie dzieło – haftowaną stokrotkę. Podciągnęła skarpetkę i zgrabnie niczym modelka wygięła nóżkę, a on z zachwytem klasnął i oboje wybuchli śmiechem. Przez moment był najszczęśliwszym tatą na świecie.

Zaraz jednak cień przesłonił mu ten cudowny świat. Zrozumiał, że nie ma odwrotu, gdyż tego ranka zrobili coś, czego nie da się cofnąć.

2

Wrzesień

Ina uśmiechała się przez całą drogę z Wieck do Zingst, gdzie miała do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Nuciła coś pod nosem, jak to czasem czynimy w piękny majowy dzień, gdy po miesiącach chłodu znów czujemy na skórze ciepłe promienie słońca. W rzeczywistości jednak lato się właśnie kończyło. Co prawda pogoda dopisywała i niektórzy sobie wmawiali, że jeszcze przez kilka tygodni będzie ciepło, lecz topniejący z dnia na dzień tłum turystów, coraz bardziej opustoszałe plaże i ścieżki oraz coraz czerwieńsze zachody słońca wyraźnie już zapowiadały to, co miało wkrótce nastąpić. Na myśl o jesiennych chłodach Ina poczuła dreszcz, lecz tego dnia nic nie było w stanie popsuć jej dobrego nastroju.