Zatęsknię za tobą jutro - Heine Bakkeid - ebook
Opis

Gdy osiągnie się dno, droga wiedzie już tylko w jedną stronę – na północ… Thorkild Aske, były oficer śledczy, wychodzi właśnie z więzienia i daje się namówić na podróż do opuszczonej morskiej latarni na dalekiej północy, gdzie zaginął niedawno młody człowiek. Szaleją jesienne sztormy, nadchodzi kolejna polarna noc. Aske szybko uświadamia sobie, że na smaganej wiatrami wysepce nie jest sam… „Zatęsknię za tobą jutro to pierwsza powieść kryminalna Bakkeida stanowiąca bardzo udany debiut. Doskonały styl autora uwidocznia się w opisach zarówno niebezpieczeństw czających się w morskich głębinach, jak i zagrożeń drzemiących w ludzkiej świadomości”. Hamar Arbeiderblad „Za jedną z najlepszych cech Zatęsknię za tobą jutro trzeba uznać atmosferę niesamowitości i wplecione w fabułę elementy nadprzyrodzone”. Stavanger Aftenblad „Niezwykły talent do budowania napięcia […] idzie w parze z wyraźną skłonnością do gotyckich, groteskowych motywów. Styl Bakkeida jest czuły i pełen goryczy zarazem, autor wykazuje się także imponującą wiedzą o ludzkim ciele”. Aftenposten

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

JEG SKAL SAVNE DEG I MORGEN

Copyright © Heine Bakkeid 2016

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz, Małgorzata Hordyńska

This publication of this translation has been made possible through the financial support of NORLA, Norwegian Literature Abroad.

Publikacja tej książki była możliwa dzięki finansowemu wsparciu NORLA - Norwegian Literature Abroad.

ISBN: 978-83-8110-265-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Są takie dni, gdy się nie widzi, że góry jeszcze stoją.

Przychodzą godziny, gdy wszystko tonie

w przypływie na czarnym morskim piasku.

Chwile, gdy nie zna się nikogo.

Wassmo

Siedem minut

Trzy minuty po piątej zaczynam nagle żałować. Żal jest gwałtowny, paniczny, szarpie moim ciałem, gdy rozpaczliwie próbuję zaczerpnąć powietrza. Miotam się, trzęsę i wierzgam nogami, bezskutecznie usiłując się uwolnić.

Dwie minuty później płuca porzucają wreszcie desperacką walkę. Nie potrzeba mi już tlenu, wiszę po prostu na linie i czuję, jak wyłączają się kolejne podzespoły.

Osiem po trzeciej słyszę, jak o kafelki pod moimi stopami uderza woda. Z gardła dobywa się ochrypły skowyt, łzy albo para wodna ściekają po policzkach, spłukując to, co ze mnie zostało, do odpływu w podłodze. Marznę.

I wtedy ją widzę. Stoi przede mną, szara jak reszta pomieszczenia. Chcę się śmiać, krzyczeć z radości, że znów jesteśmy razem. Próbuję otworzyć usta, by jej o tym powiedzieć, wyznać, że jestem tak szczęśliwy, jak tylko potrafi być człowiek. Ale zamiast tego słyszę łoskot i w następnej chwili leżę na podłodze. Woda z więziennego prysznica obmywa mi twarz, a czarna wskazówka ściennego zegara przesuwa się o kolejną minutę.

Dziesięć po piątej.

Środa

Rozdział 1

Stavanger to miasto miękkich psich kup. Wyrastają z ziemi niczym małe asfaltowe grzyby, barwiąc okolicę różnymi odcieniami brązu na ten swój własny, zasrany sposób.

Przeskakuję nad kolejnym asfaltowym grzybem, spiesząc ulicą Pedersgata w kierunku centrum. Urząd Pracy mieścił się wcześniej na parterze, wielkie okna otwartej biurowej przestrzeni wychodziły na Klubbgata i jezioro Breiavatnet. Przechodnie mogli dzięki temu spoglądać na siedzących w środku biedaków, rozpaczliwie usiłujących kryć się przed sąsiadami i znajomymi za sztucznymi roślinami w doniczkach, biurowymi przegrodami i abażurami lamp, a jednocześnie próbujących wyjaśnić, czemu nie mają pracy. Odkąd ostatni raz byłem w mieście, ten teatr aspołecznych jednostek zdążył zmienić nazwę i otworzyć swe podwoje w nieco bardziej tradycyjnie urządzonym lokalu tuż po sąsiedzku.

Pobieram numerek z automatu i siadam na czerwonej sofie w pomieszczeniu bez okien i tlenu – czymś w rodzaju naziemnego bunkra, gdzie woń potu, brudnych stóp i generalny smród życiowej porażki wydzielany przez klientelę atakują zmysły już od progu. Pomimo wszystkich otaczających mnie ludzi panuje tu cisza jak makiem zasiał. Zakłóca ją tylko sporadyczny szmer zażenowanych głosów i stukanie w klawisze.

– Trzydzieści osiem?

Urzędniczka wychyla się zza drzwi biura i toczy wzrokiem po poczekalni. Gdy tylko do niej podchodzę, podaje mi na powitanie wiotką dłoń i wpuszcza mnie do środka.

– Jestem Iljana – mówi z silnym wschodnioeuropejskim akcentem, opadając na fotel. – Proszę siadać.

– Dziękuję – odpowiadam, zajmując miejsce.

Iljana ma czarne sztywne włosy upięte nad karkiem. Ubrana jest w szary kostium z wielkimi ciemnymi guzikami, takimi, z jakich robiło się kiedyś oczy pluszowym misiom.

– W czym mogę panu pomóc?

Podaję jej numer ewidencyjny i osobowy, Iljana odwraca się ode mnie i zaczyna stukać w klawiaturę.

– Thorkild Aske?

– To ja.

– Rejestrował się pan już wcześniej jako osoba poszukująca pracy?

– Nie.

Podaję jej pismo od kuratora społecznego z więzienia w Stavanger.

Iljana czyta, pochylając się nad biurkiem. Kiedy wreszcie kończy, posyła mi nieznaczny uśmiech. Ma drobne zęby, nienaturalnie drobne, prawie jak dziecięce mleczaki, i oczy tak szare jak jej kostium.

– No dobrze, Thorkildzie. – Składa dłonie na kolanach. – Kurator pisze, że zdecydowałeś się wziąć udział w programie ponownej socjalizacji po odbytym wyroku. To świetnie. – Kładzie nacisk na świetnie i znów się uśmiecha.

Kiwam głową.

– Byłem na spotkaniu w Urzędzie do spraw Reintegracji Społecznej, znaleźli mi mieszkanie, przydzielili psychiatrę i lekarza rodzinnego, przeszedłem najróżniejsze badania. Zapisali mnie do grupy terapeutycznej, żebym mógł rozmawiać o przeszłości, zacząć planować przyszłość i zerwać z życiem kryminalisty. Jakby kto mnie zapytał, to jestem w stu procentach zresocjalizowany.

Moja rozmówczyni nie widzi w moich słowach nic zabawnego i odwraca się do monitora.

– Skończyłeś akademię policyjną.

Przegląda moją kartotekę, nie przestając mówić.

– Funkcjonariusz policji, aspirant, komisarz, wybrany do pracy w Biurze Kontroli, potem zatrudniony na stałe w Jednostce Specjalnej do spraw Policji. – Waha się, dotyka drobnych siekaczy koniuszkiem języka, po czym znów się do mnie odwraca.

Wyprzedzam ją.

– To taka policja ścigająca policjantów.

– Ach tak. – Kiwa głową. – W takim razie to naturalne, że gdy już będziesz gotowy, zaczniemy szukać podobnej pracy, prawda?

Odwzajemniam jej uśmiech.

– Utrata stanowiska – mówię, czując, jak wracają ból w policzku i mrowienie w żołądku. Mam tak sucho w ustach, że mówienie sprawia mi trudność.

– Słucham?

Odkręcam butelkę wody, którą ze sobą przyniosłem, i piję w nadziei, że to mi pomoże.

– Zostałem skazany również na utratę stanowiska.

– Na jak długo?

– Na tak długo, jak żyję – odpowiadam, zakręcam butelkę i stawiam ją na podłodze przy krześle. Mrowienie twarzy przechodzi powoli w tępy, pulsujący ból. – I jeden dzień dłużej.

– Co w takim razie planujesz robić?

– Miałem nadzieję, że pani mi to powie. – Podnoszę znów butelkę, zaciskam na niej palce. Ból, zapach, światło, niedostatek tlenu, fakt, że muszę tu siedzieć i rozmawiać z kolejnym obcym, decydującym o moim losie człowiekiem, sprawiają, że ogarnia mnie niepokój. Tęsknota za pomieszczeniem bez powierzchni odbijających światło. Mimo to wiem, że muszę przez to przejść, by wypłynąć po drugiej stronie. Ulf mówi, że inaczej się nie da.

Iljana znów spogląda na pismo od kuratora, po czym pochyla się nad klawiaturą.

– Tu jest napisane, że chce się pan ubiegać o zasiłek przejściowy na okres leczenia?

Kiwam głową.

– Wciąż jest pewien kłopot z ustaleniem, w jakim stopniu jestem zdolny do pracy po moim – kreślę w powietrzu znak cudzysłowu – wypadku. Mimo to, razem z funkcjonariuszami więziennymi, kuratorem, personelem szpitala, kapelanem, lekarzem rodzinnym, psychologiem i moim przyjacielem psychiatrą, doszedłem do wniosku, że powinienem postarać się w dłuższej perspektywie czasu wrócić do życia zawodowego.

– Wypadku?

– To chyba też jest tam gdzieś odnotowane? – Wskazuję na pismo. – Istota ludzka Thorkild Aske próbowała się powiesić na rurze wspólnego więziennego prysznica po kilku miesiącach odsiadki. I to jeszcze w samym środku ferii zimowych.

– I co się stało? – pyta moja rozmówczyni zbita z tropu.

– Rura pękła.

Iljana wbija we mnie wzrok, jakby się bała, że w każdej chwili mogę ją, albo samego siebie, zaatakować plastikowym bananem z misy na jej biurku.

– Cóż – zaczyna z wahaniem. Nabiera powietrza i chrząka. – Zastanawiasz się w takim razie nad przyuczeniem do innego zawodu?

– A niby jakiego? – Ściskam ścianki butelki, aż po moich palcach zaczyna ściekać woda, kapiąc na podłogę. – Czterdziestoczteroletni inżynier przemysłu naftowego z uszkodzeniem mózgu? A może makler giełdowy? Asystent dentystyczny?

Iljana zerka ukradkiem na zegar w prawym rogu komputerowego ekranu i mówi z nowym entuzjazmem:

– Proponuję poczekać na rozpatrzenie podania o zasiłek przejściowy. Tymczasem rozejrzymy się za możliwymi drogami powrotu do pracy zarobkowej, wyłączając zawody policyjne. – Naciska znów kilka klawiszy, klika myszką, coś gdzieś wpisuje, wreszcie kończy zadowolona i odwraca się do mnie: – A co myślisz o stanowisku w call center?

Rozdział 2

Postanawiam spróbować zajeść ból w policzku i brzuchu i kupuję sobie kanapkę w kafejce zaraz obok Urzędu Pracy. Obieram następnie kurs w górę Hospitalgata i dalej przez Pedersgata, kierując się do kawalerki niedaleko mostu, którą przydzielili mi w Urzędzie do spraw Reintegracji.

W skrzynce pocztowej znajduję katalog firmy meblowej i zaadresowany do mnie list. Wiem, co jest w kopercie. Zawsze przychodzi to samo, jedyne, co się zmienia, to wiek dzieci. Rosną, mimo że ich twarze nigdy nie są identyczne. W pierwszym liście dostałem zdjęcia niemowlaków z czasopism i katalogów. Na początku przysyłała mi też wycinki z dziecięcymi łóżeczkami, grzechotkami, butelkami ze smoczkiem i pompkami do odciągania pokarmu.

Zabieram katalog i list, wspinam się po schodach i wchodzę do kawalerki. Kładę pocztę na stole między sofą i ławą pod telewizor, na której brakuje telewizora, po czym idę do aneksu kuchennego i wyciągam dozownik do leków z szafki nad kuchenką turystyczną. Otwieram środkowy pojemniczek, wysypuję zawartość środkowej przegródki na dłoń, łykam tabletki i popijam je wodą z butelki. Włączam ekspres do kawy i siadam z listem na sofie.

Tym razem w kopercie leżą dwa wycinki. Jeden z nich przedstawia siedmio- albo ośmioletniego chłopca o lekko kręconych włosach, ubranego w kolorowy T-shirt z nadrukiem rybki w kapeluszu i z maską nurka, pływającej wokół rafy koralowej. Tekst pod spodem głosi: „Ubrania stworzone, by świetnie się w nich bawić – dżinsy, T-shirty, kurtki i wiele innych. Kolorowa i trwała odzież, która zachwyci każde dziecko”.

Na drugim wycinku widnieje dziewczynka w tym samym wieku. Ma na sobie, według podpisu, krótką kurteczkę w kolorze pudrowego różu z odpinanym kołnierzem ze sztucznego futerka, dżinsy rurki i pasujący do nich T-shirt. „Mamy spodnie na co dzień i od święta, praktyczną odzież idealną do zabawy, stroje na specjalne okazje i nie tylko…”

Wkładam wycinki z powrotem do koperty, którą razem z katalogiem przesuwam na skraj stołu, po czym rozpieram się na sofie i przymykam oczy.

Dzwoni telefon.

– No i? – odzywa się chropowaty męski głos silnym bergeńskim dialektem. Jego właściciel zaciąga się chciwie, niemal lubieżnie, dymem z papierosa. Ulf Solstad jest lekarzem psychiatrą i liderem mojej nowo powołanej grupy wsparcia. – Jak ci poszło na spotkaniu?

Poznałem Ulfa pod celą w więzieniu w Stavanger, gdzie odsiadywał wyrok osiemnastu miesięcy za wymuszenie, co najwyraźniej nie wpłynęło wcale negatywnie na liczbę jego klientów. Wręcz przeciwnie, jest teraz przez miejscowych bogaczy z problemami poważany jeszcze bardziej, niż zanim trafił za kratki.

– Super – odpowiadam kwaśno. – Wróży mi się świetlaną przyszłość w sektorze call center.

– Weź się w garść. – Ulf nienaturalnie przeciąga „a”, nawet jak na bergeńczyka. – Po prostu zaciśnij zęby i biegnij z innymi szczurami przez ten labirynt zbudowany dla takich jak ty. To wszystko po to, żeby odsiać słabsze osobniki. Obiecuję, że jak już wywalczymy zasiłek przejściowy, to nie minie wiele czasu, nim na stałe zasilisz szeregi jednostek aspołecznych. A tymczasem: trzymaj się na socjalu.

– Co?

– Słuchaj – rzuca Ulf, podczas gdy ja wyzwalam się z miękkiego uścisku sofy w poszukiwaniu butelki z wodą. – Jestem zaszczycony, że zaprosiłeś mnie do swojej grupy wsparcia, i obiecuję, że zrobię, co do mnie należy, byś wrócił do życia, którego pragniesz, Thorkildzie. – Słyszę, jak skwierczy żar papierosa.

– Potrzebuję więcej sobrilu. – Chwytam butelkę z wodą, która spadła na podłogę i wtoczyła się pod sofę. – Zaraz mi się skończy. Poza tym musimy zwiększyć dawkę oxycotinu.

– Bóle się nasiliły?

– Tak – mówię. – Na dodatek mam skurcze w nogach, kiedy chodzę.

– Może lepiej zastanowimy się nad dawkowaniem neurontinu?

– Nie – ucinam, przyciskając palec do poszarpanej tkanki policzka. Już po chwili czuję, jakby płonęła mi cała twarz. – Boli mnie od niego głowa. Od risperdalu zresztą też. Źle reaguję na te leki.

– Thorkildzie, już o tym rozmawialiśmy. Neurontin to środek na nerwobóle, najprawdopodobniej będziesz musiał go brać już do końca życia. A risperdal jest lekiem przeciwpsychotycznym, którego nadal potrzebujesz. I to bardzo. Ludziom się zawsze wydaje, że dobrze im zrobi więcej benzodiazepin. Bo działają przeciwlękowo, podobnie zresztą jak oxy. Zawsze tak jest, ale wiesz przecież, że to są leki silnie uzależniające. To od nich zaczniemy zmniejszać dawki i będziemy stopniowo obserwować, jak się odnajdujesz z powrotem na wolności, prawda?

– Nie mogę spać – odburkuję i spycham pocztę na podłogę obcasem buta. Wiem, że mój rozmówca ma rację, i strasznie mnie to irytuje.

– Na pewno możesz – odpowiada Ulf spokojnie. – Po to przecież ci zapisałem sarotex. – Kaszle chwilę, po czym ciągnie: – Wciąż wszystkie bierzesz, prawda?

– Co masz na myśli?

– Leki. Bierzesz je?

– Oczywiście.

– Risperdal też?

– Tak.

– Wiesz, że ich potrzebujesz, Thorkildzie?

– Tak, wiem – odpowiadam z przesadnym pośpiechem.

– Daj spokój! – wcina się Ulf. – Nie jestem tym twoim pieprzonym garbatym kapelanem, który ciągnie ludzi na siłę do nieba. – Znów brakuje mu tchu. Popsułem mu jego papierosowy rytuał, z pewnością zacznie od początku, kiedy tylko poczuje, że zaczyna już palić filtr.

– Mówił, że jestem jak pszczoła bez kwiatów.

– Kto?

– Kapelan.

– Żartujesz sobie?

– Nie.

Ulf zapala kolejnego papierosa, wzdychając do słuchawki.

– Opowiedz mi tę historię, Thorkildzie. Zrobisz to dla mnie?

Postanawiam nie psuć mu tej chwili i opowiadam.

– Jestem pszczołą w świecie bez kwiatów i to moja decyzja, na co spożytkuję czas, który mi został do zimy.

– Zimy? – Ulf się zaciąga i wypuszcza dym w harmonijnym rytmie. Słyszę to przez słuchawkę. Wdzięczność w każdym wdechu i wydechu.

– Zimy, która wcześniej czy później nadejdzie w życiu każdego z nas – ciągnę, czując, jak moje mięśnie zaczynają się rozluźniać. Zapadam się w sofę, pozwalam, by mebel wciągnął mnie między swoje poduszki. Błogosławione tabletki sprawiają, że ból rozpuszcza się powoli i znika.

– Żartujesz sobie ze mnie, prawda? Powiedz, że sobie żartujesz, Thorkildzie.

– Nie. Nie żartuję. – Zupełnie jakbym słuchał rozbijających się o skały fal. Szzzzp… Puuuuuh… Szzzzp… Puuuuuh.

– W życiu nie słyszałem takich bzdur. Szzzzp… Puuuuuh. Mogę to wykorzystać?

– Proszę bardzo!

– Słuchaj – zaczyna Ulf w chwili, kiedy mam się rozłączyć. Ton jego głosu podnosi się na tyle, by popsuć miły nastrój. – Chciałbym z tobą o kimś pomówić.

– Ach tak?

– O kimś, kogo znasz. Od dawna.

Waha się, przeciąga zdania, jakby jeszcze nie był do końca pewien, czy to coś, o czym powinien mi mówić, zanim cała grupa wsparcia rozpatrzy sprawę.

– Kto to?

– Wuj Frei – mówi w końcu Ulf i dodaje: – I jego była żona, Anniken Moritzen.

– Arne Villmyr? – Czuję, jak ogarnia mnie niepokój. Natychmiast zasycha mi w gardle, a światło przeciskające się do środka zza wiszącego w oknie polarowego koca razi mnie w oczy. – A o co chodzi?

– Nie o Frei – odpowiada Ulf niechętnie, jakby wciąż nie był do końca przekonany do tego, co ma zaraz zrobić. – Arne i jego była żona mają syna…

– Arne jest gejem – przerywam mu ze złością. Nie podoba mi się kierunek, który przybiera ta wymiana zdań, rośnie we mnie chęć, by po prostu się rozłączyć i odciąć od światła i dźwięków.

– Tak czy inaczej – odpowiada spokojnie Ulf, nie dając mi pretekstu do zakończenia rozmowy – ma byłą żonę i syna…

– A co mnie to obchodzi? – Zaciskam powieki, odwracam twarz od koca i wdzierającego się do środka światła.

– Daj mi, proszę, skończyć – szepce Ulf, wydmuchując głośno dym. – Jest tak: Anniken Moritzen to moja pacjentka. I potrzebuje… – Waha się przez chwilę, zaciąga papierosem i kończy: – Oni oboje potrzebują pomocy. Ich syn zaginął.

– Nie jestem prywatnym detektywem.

– Nie, broń Boże – zgadza się Ulf. – Ale Anniken to moja przyjaciółka i nie wiem, ile w tej sytuacji jestem w stanie dla niej zrobić. Poza tym macie z Arnem swoją historię, od której i tak nie uciekniesz, a on mnie teraz prosi, żebyś się z nimi spotkał. Tyle chyba jesteś mu winien?

Zaczynają mnie boleć twarz, oczy i głowa.

– Proszę – syczę przez zaciśnięte zęby. – Nie dzisiaj, nie teraz.

– Pogadaj z nimi. Posłuchaj, co mają do powiedzenia.

– Nie mam ochoty.

Ulf znowu wzdycha.

– Wyciągnąłeś los, Thorkildzie, zszedłeś do piwnicy i wróciłeś na powierzchnię. Odmieniony. – Znów z trudem łapie oddech i gasi papierosa. Wypalonego zaledwie do połowy, zniszczonego. – Nie pozwól, by ta kawalerka stała się twoją kolejną więzienną celą. Musisz w końcu wyjść do ludzi i ustalić, kim chcesz być w tym swoim nowym życiu na wolności.

– Wiem – odpowiadam niechętnie i znów zapadam się w sofę. Otwieram oczy, zmuszam się, by spojrzeć na płonące za kocem światło, i odwracam wzrok dopiero wtedy, gdy zaczynają łzawić mi oczy.

– Co powiedziałeś?

– Że wiem.

– Na pewno? – Ulf Solstad zniża głos, który przybiera terapeutyczny ton. – OK – mówi po chwili czekania na moją odpowiedź. Oddech ma nieco spokojniejszy. – Zajrzyj do mnie później, to porozmawiamy przy okazji o dawkowaniu leków. Chcesz? Przyjdziesz?

Trzecie podejście do spokojnego wypalenia papierosa Ulf Solstad będzie musiał zrobić sam.

Rozdział 3

Arne Villmyr stoi obok Anniken Moritzen, siedzącej w biurowym krześle z dłońmi splecionymi na blacie biurka. Za plecami mają trzy okna zajmujące całą ścianę, za którymi rozciąga się widok na przemysłową dzielnicę Forus z jej hałaśliwymi autostradami, fragmentami miejskiej zieleni i obiektami komercyjnymi. Arne jest ubrany ze smakiem, tak samo jak przed niemal czterema laty, gdy spotkałem się z nim po raz pierwszy w jego willi w Storhaug. Od tego czasu przerzedziły mu się włosy, a twarz pobladła.

– Thorkild Aske? – pyta Anniken Moritzen, nie wstając z krzesła.

– Tak – odpowiadam i zbliżam się do niej niechętnie.

– Miło mi – mówi tonem sugerującym coś wręcz przeciwnego. Biją od niej obojętność i lekka pogarda, a gdy w końcu podaje mi dłoń na powitanie, prawy kącik jej ust nie reaguje na impuls wysłany z mózgu i nie wędruje do góry. Zamiast uśmiechu na jej twarzy pojawia się bolesny grymas.

Wyciągam rękę do Arnego Villmyra, ale on najwyraźniej nie zamierza odwzajemnić tego gestu.

– Mam jego zdjęcie. – Anniken Moritzen wyciąga fotografię z szuflady biurka.

– Świetnie! – Silę się na entuzjazm, pochylam nad nią i chwytam zdjęcie w obie dłonie, tak by nie wyślizgnęło mi się z rąk i nie spadło na podłogę.

– Zostało zrobione pięć miesięcy temu, kiedy byliśmy z wizytą u moich rodziców na Jutlandii. – Anniken mówi dialektem z dzielnicy Eiganes, nie próbując jednocześnie ukrywać swojego duńskiego pochodzenia. Ma jakieś pięćdziesiąt pięć lat, jest ubrana w granatową marynarkę i pasującą do niej spódnicę oraz białą koszulę, której dwa górne guziki są rozpięte. Uświadamiam sobie, że musi być o głowę wyższa od swojego byłego męża.

– Wygląda na świetne miejsce do wychowywania dziecka.

Spogląda na mnie, jakby chciała powiedzieć, że doskonale wie, co kombinuję, ale w końcu puszcza moją uwagę mimo uszu.

– To ostatnie jego zdjęcie, jakie mam. – Wbija wzrok w fotografię, jakby jej syn wciąż tam był, w ogródku jej rodziców, stał przy grillu i popijał wodę z syropem. Rasmus ubrany jest w czerwone szorty z logo Liverpoolu, sandały i białą czapkę kucharza. Ma opaloną twarz i atletyczną budowę ciała. Jego dziadek unosi kieliszek w geście toastu, a Anniken Moritzen siedzi na krześle i macha do obiektywu.

– Rasmus i jego koledzy ze szkoły pożeglowali w zeszłym roku dookoła świata. – Anniken spogląda rozmarzona na zdjęcie w moich rękach, jakby próbowała wycisnąć z niego ostatnie resztki drzemiących w nim wspomnień. – Ale po krótkim pobycie na północy Norwegii Rasmus wpadł na pomysł wyremontowania dawnego centrum konferencyjnego w tamtejszej latarni morskiej i otwarcia tam hotelu z atrakcjami.

– Atrakcjami?

– Nurkowanie wrakowe, łowienie ryb z harpunem, sporty na świeżym powietrzu. Rasmus mówi, że to teraz strasznie modne za granicą.

– Ile on ma lat? – pytam, chociaż znam odpowiedź. W autobusie do Forus przeczytałem artykuł z internetowego wydania lokalnej gazety z Tromsø, w którym pisano, że zaginiony dwudziestosiedmioletni mężczyzna najprawdopodobniej utonął, nurkując niedaleko miejscowości Skjellvik w gminie Blekøyvær.

– Nasz Rasmus ma dwadzieścia siedem lat.

– A kiedy tam pojechał?

– Anniken kupiła dla niego ten obiekt w lecie – mówi Arne. W oknie za jego plecami widzę, że wieczorna bryza zaczyna znów ściągać deszczowe chmury znad morza. Ich blade, szare kłęby pędzą na południowy wschód.

Anniken kiwa głową, nie patrząc na żadnego z nas.

– Centrum konferencyjne zamknięto w latach osiemdziesiątych, od tego czasu latarnia i cała wysepka, na której ją zbudowano, były opuszczone. Rasmus pojechał tam, jak tylko dobiliśmy targu, razem z kilkoma kolegami, którzy przez wakacje mieli mu pomóc w remoncie.

– Kiedy zaginął?

– Ostatni raz rozmawiałam z nim w piątek, przed pięcioma dniami. Policja znalazła jego łódź wczoraj rano. Są zdania, że wypłynął nurkować w sobotę albo w niedzielę.

– A ty? – Przenoszę spojrzenie na Arnego Villmyra, który spogląda przed siebie pustym wzrokiem, jak stojący na baczność żołnierz. Za jego plecami o szyby zaczynają bębnić pierwsze krople deszczu.

Arne kręci nieznacznie głową, w tej samej chwili chmury nad nami otwierają się z głośnym hukiem i woda zaczyna spływać po oknach szerokimi strumieniami.

– Nie mają ze sobą szczególnie dobrego kontaktu – odpowiada Annike, krzyżując ramiona na piersi, jakby siedziała na dworze, w deszczu, i próbowała się ogrzać.

– Był sam, kiedy zaginął? – pytam, odrywając wzrok od zdjęcia i przenosząc go na szary krajobraz za szybami.

– Tak, ostatni miesiąc spędził tam już bez kolegów.

– Dlaczego policja jest zdania, że utonął?

„Jeszcze trochę, Thorkildzie – powtarzam sobie w myślach w takt kropli bębniących o przemysłowe szkło. – Tylko kilka pytań i będziesz mógł wrócić do domu”.

– Nie znaleźli w łodzi sprzętu do nurkowania. Rasmus wypływa na szkiery niedaleko latarni i nurkuje przy nich, kiedy tylko ma wolną chwilę. W piątek powiedział mi, że wybierze się tam w weekend, jeśli pozwoli na to pogoda.

– Czy macie powody, by podejrzewać, że stało się z nim coś innego, że to nie był wypadek przy nurkowaniu?

– Nie. – Widzę malujące się na jej twarzy poirytowanie. Pewnie przerwałem jej w tym samym miejscu co wszyscy inni, z którymi kontaktowała się od dnia zaginięcia syna.

Ogarnia mnie chęć, by podejść do niej i mocno nią potrząsnąć, powiedzieć, że czas się obudzić. Skończyć śnić. Bo to, co robi, doprowadzi donikąd, złamie jej tylko serce i ją zniszczy. Jak wszystkie sny, które śnimy z otwartymi oczami.

– Pojechałam tam, gdy tylko straciliśmy z nim kontakt. Czułam, że coś jest nie tak. – Anniken Moritzen odwraca się do swojego byłego męża. – Mówiłam ci przecież. Gdyby wszystko było w porządku, toby oddzwonił. Zawsze oddzwania.

Arne kładzie ostrożnie dłoń na jej ramieniu i kiwa w milczeniu głową.

– Ale była tam straszna niepogoda – ciągnie Anniken. – Lensmann i jego zastępca nie chcieli mnie zabrać do latarni, obeszli się ze mną jak z jakąś rozhisteryzowaną babą, którą można najwyżej skierować do hotelu w Tromsø, sto kilometrów dalej, a sami siedzieli w swoich biurach z założonymi rękami. Nikt nie chciał mi pomóc, nikt nic nie robi. Tylko sobie siedzą, rozumiesz? Siedzą i próżnują, a mój chłopiec jest gdzieś tam na morzu i potrzebuje pomocy! – łka z goryczą. – To dlatego wróciłam do domu, Arne – szepce ze łzami w oczach. – Bo powiedziałeś, że znajdziesz kogoś, kto nam pomoże. Kogoś, kto będzie chciał słuchać. Pamiętasz? Obiecałeś, że znajdziesz pomoc.

Arne przymyka oczy i kiwa głową, raz za razem. Anniken Moritzen znów się do mnie odwraca.

– To ty, Aske. – Robi głęboki wdech i ociera oczy grzbietem dłoni. – Z tobą będą chcieli rozmawiać, jestem pewna. Ty go znajdziesz – mówi i uśmiecha się serdecznie do swoich myśli. Uchwycona rozpaczliwie iluzji, że jeszcze jest czas. – Tak, znajdziesz mojego Rasmusa.

Znów zerkam na mężczyznę na zdjęciu. W wieku Rasmusa byłem policjantem w Finnmarku i marnowałem czas, przekonując pijanych kierowców skuterów, by może jednak nie strzelali do znaków drogowych ze strzelb.

– Nie jestem prywatnym detektywem – zaczynam, odkładając fotografię na blat biurka.

– Zapłacimy ci – wtrąca Arne Villmyr. – Jeśli niepokoisz się o pieniądze.

– Nie chodzi o to – szepcę. Mam już powiedzieć, że jest za późno. Że nikt nie znika na morzu w takich okolicznościach, by powrócić nagle tydzień później. Ale Arne Villmyr zdążył tymczasem zwolnić uścisk na oparciu krzesła i rusza do mnie, okrążając biurko.

– Chodź – mówi, chwytając mnie za ramię. Zdecydowanym gestem wskazuje na drzwi. – Dokończmy rozmowę na zewnątrz.

Zostawiamy Anniken Moritzen i wychodzimy na korytarz. Zatrzymujemy się dopiero przy windzie.

– No – mówi Arne, puszczając moje ramię. Wciska guzik windy i odwraca się do mnie: – Pomówmy w cztery oczy.

– Słuchaj… – zaczynam, ale on wchodzi mi w słowo.

– Mój syn nie żyje – oświadcza Arne Villmyr spokojnie, poprawiając swoją elegancką koszulę. – Nie ma tu czego badać – ciągnie. Spogląda na mnie. – Jedź tam, znajdź jego zwłoki i sprowadź je do domu.

– Boże. – Rozkładam bezradnie ramiona. – Ale jak?

– Pływaj, nurkuj, skacz przez płonące obręcze, w dupie mam, jak to zrobisz. Straciłem Rasmusa, odchodząc od mojej rodziny przed wieloma, wieloma laty. Ale on nie może tak po prostu zniknąć, jakby nigdy nie istniał. Musimy mieć grób, który będzie można odwiedzać. – Arne zaciska szczęki, jego spojrzenie staje się twardsze. – Zdołałem przekonać samego siebie, że ty jesteś w stanie nam to dać. Nazwij to spłatą starego długu czy jak tam sobie, kurwa, chcesz, po prostu znajdź go i przywieź do domu.

– Arne – zaczynam znowu. – Bardzo cię proszę. Nie wykorzystuj teraz tego, co się stało z Frei. Nie w ten sposób…

– Starczy, Thorkildzie – mówi Arne spokojnym, opanowanym głosem, mimo że widzę, jak jego pierś unosi się i opada pod koszulą. – Nie będziesz o niej mówił – ciągnie. – Jeszcze nie. Dopiero kiedy znajdziesz Rasmusa i sprowadzisz go do domu. Wtedy będziesz mógł wpełznąć z powrotem do nory, z której się wyczołgałeś, i robić przez resztę życia, co tylko uważasz. Ale do tego czasu ty szukasz, a ja płacę. OK?

Winda zdążyła przyjechać i wrócić na dół. Arne odwraca się i idzie do biura Anniken Moritzen. Zatrzymuje się w drzwiach zwrócony do mnie plecami. – Daj nam grób, Aske – mówi, kładąc rękę na klamce. – Kolejny grób. Do jasnej cholery, chyba nie żądam zbyt wiele?

Rozdział 4

W mojej kawalerce najbardziej szaro jest zawsze wieczorem. Słabe światło przedzierające się przez polarowy koc, który zawiesiłem w oknie salonu i jednocześnie sypialni, wzmacnia tylko trupi kolor wypełniający pokój od podłogi po sam sufit. Zza okna dochodzą do mnie szum deszczówki w rynnie i warkot aut jeżdżących w tę i z powrotem przez wantowy most między miastem a Grasholmen, Hundvåg i okolicznymi wyspami.

Leżę na sofie. Trzaski radia docierają do mnie jak z oddali, razem z miarowym chlupotem ekspresu do kawy.

Słyszę, jak Leonard Cohen oświadcza ochryple: …You who wish to conquer pain, you must learn what makes me kind… Ulf już na wczesnym etapie terapii zaproponował, żebym po wieczornej dawce leków włączał muzykę, by zapewnić ciału jak najwięcej ratujących przed bezsennością, uspokajających bodźców. Zazwyczaj wybieram radio i nieprzewidywalność, którą ze sobą niesie.

Przetaczam się na bok, odwracam twarz ku ciemności i krzesłu między ścianą a aneksem kuchennym, skąd dochodzi jakiś odgłos.

– Frei – wzdycham i siadam na sofie, w tej samej chwili, niczym dźwięk perfekcyjnie nastrojonej wiolonczeli, rozlega się znów głos Cohena: …You say you’ve gone away from me, but I can feel you when you breathe…

Cały pokój wypełnia się nagle ziemistym, kwaśnym zapachem. Wstaję ostrożnie z sofy. Czuję mrowienie w całym ciele. Podniecenie, radość na myśl o tym, co się za chwilę stanie.

Podchodzę do krzesła i wyciągam rękę w kierunku ciemności przede mną, radio znów trzeszczy i w miejsce muzyki dobywa się z niego zgrzytanie, a wreszcie szum, wplatając się harmonijnie w odgłosy jesiennej ulewy za oknem.

Tańczymy. Ciasno objęci, w takt szmeru lodówki w ciasnym aneksie kuchennym. Żadnej muzyki ani światła, tylko szelest deszczu i zachmurzone niebo nad nami. Nie czuję już pulsującego bólem policzka. Widzę tylko jej wargi, drżące lekko do rytmu, w którym delikatnie kołysze się jej ciało.

– Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę – szlocham konwulsyjnie i w tej samej chwili, gdy łzy zgromadzone w zmiażdżonych kanalikach wreszcie zaczynają płynąć, coś eksploduje pod skórą mojej twarzy.

Nieujarzmione włosy o barwie zboża straciły swoją barwę i połysk. Aromat nieznanych mi ekstraktów roślinnych, przypraw i wanilii zniknął, zastąpiła go ostra woń środków dezynfekujących i zimnej ziemi. Jej zapach, nasz zapach, wyparował, zmyty przez czas, który spędziliśmy z dala od siebie.

– Ale wróciłaś. – Splatam palce z jej palcami, przyciągam ją bliżej do siebie i próbuję zatopić twarz w jej włosach, oddychać jej zapachem, ale jej głowa opada ciężko na moją pierś.

– Chodź – wzdycham zmęczony, obejmuję ją w pasie i przytulam jeszcze mocniej.

Zataczamy się w kierunku sofy, z której ściągam koc i zakładam go sobie na ramiona niczym pelerynę, po czym także się kładę. Przyciskam do siebie jej zimne ciało i czuję, że drżę.

Drżę z radości.

Rozdział 5

Pierwszy dzień z Frei, Stavanger, 22 października 2011

Dopiero co wróciłem do pracy w Jednostce Specjalnej w Bergen po niemal rocznym pobycie w Stanach. Dostałem zlecenie w Stavanger i stałem właśnie na schodach willi w zachodniej części dzielnicy Storhaug, gdzie miałem się spotkać z adwokatem prowadzącym obie sprawy, którym miałem się tu przyjrzeć.

Pierwsza z nich dotyczyła pracownika sądu podejrzewanego o naruszenie tajemnicy służbowej w związku ze sprawą o odszkodowanie, w którą zaangażowane były dwie działające w mieście zagraniczne spółki naftowe. Druga sprawa była o wiele poważniejsza. Pewien funkcjonariusz z komendy w Stavanger oskarżył swojego kolegę o wielokrotne złamanie przepisów kodeksu karnego oraz ustawy o broni i amunicji. Miałem przesłuchać podejrzanego policjanta jeszcze w tym samym tygodniu.

– Kim pan jest? – zapytał ktoś za moimi plecami w chwili, gdy miałem zadzwonić do drzwi. Świeciło słońce, powietrze było ciepłe, mimo że jesień zdążyła już odcisnąć swoje piętno na liściach drzew. Odwróciłem się gwałtownie. Oczy miała wąskie, wyraziste, twarz owalną, okoloną lokami związanymi w całą serię węzłów.

– Thorkild Aske – odparłem, odsuwając się nieco na bok. – A pani?

– Frei – powiedziała, wspięła się na schody i stanęła obok mnie. Frei miała niewiele ponad dwadzieścia lat i niemal dorównywała mi wzrostem. – Co pan tu robi?

– Mam na godzinę piątą umówione spotkanie z Arnem Villmyrem. On tu mieszka, prawda?

– Jest pan z policji?

– W pewnym sensie.

Frei położyła dłoń na poręczy i odchyliła się lekko w tył, patrząc na mnie płonącym młodzieńczym spojrzeniem, aż musiałem się odwrócić, zawstydzony moim wiekiem i fizycznymi brakami.

– W jakim?

– Pracuję w Jednostce Specjalnej do spraw Policji, to taki urząd…

– Wcześniejsze Biuro Kontroli. – Uśmiechnęła się krzywo, zanim zdążyłem dokończyć, i otworzyła drzwi wolną ręką. – Co pan właściwie robi u wujka Arnego? Aresztuje go pan?

– Jak już mówiłem, jestem…

– Frei, to ty? Wchodź do środka i zamknij za sobą drzwi – rozległ się męski głos z wnętrza domu. – Chyba mamy pod werandą gniazdo os, nie chcę, żeby te cholery wleciały mi do salonu.

Mój wzrok powędrował na chwilę ku rozświetlonemu niebu, po czym znów spoczął na Frei. Dziewczyna weszła do środka, zdjęła sandały i ruszyła boso do salonu na końcu jasnego, wyłożonego parkietem korytarza.

– Jest tu jakiś facet – powiedziała na tyle głośno, bym mógł ją usłyszeć. – Policjant, chce z tobą rozmawiać…

Czwartek

Rozdział 6

Istota, która spogląda na mnie rano z lustrzanego odbicia, przypomina upiora z zaświatów. Cerę ma niezdrową i ziemistą od braku światła słonecznego i witamin. Oczy wąskie, podkrążone, i powieki, które dają się uchylić tylko do połowy.

Myję twarz i mokrymi opuszkami palców muskam ostrożnie bliznę pod okiem, mającą kształt półksiężyca, podążając za nią ku poszarpanej skórze na policzku, badam każdy krater i każdą wypukłość. Ból pojawia się niemal natychmiast.

– Nie mogę – szepcę do twarzy w lustrze, sięgając drżącymi dłońmi po dozownik z poranną porcją leków. – Przecież on wie. Nie jestem gotowy.

Połykam tabletki, ubieram się i podchodzę do okna, odsuwam polarowy koc, wyglądam na świat. To jeden z tych dni, słońce nie świeci, nie pada deszcz, wszystko jest niebieskawoszare, jakby światło dnia nie chciało się do końca włączyć.

Mam się już odwrócić, gdy moje spojrzenie pada na mężczyznę w kasku, ciasnym T-shircie i spodenkach kolarskich, zbliżającego się do mojego bloku na rowerze. Zatrzymuje się przed klatką schodową, podnosi wzrok, spoglądając na okno, w którym stoję, i wyjmuje komórkę. Ulf Solstad to potężny facet, mierzy niemal metr dziewięćdziesiąt wzrostu i jest prawie zupełnie łysy. Z tyłu głowy ma kępę gęstych rudych włosów, które związuje w kucyk przywodzący na myśl fryzurę samuraja.

Wypuszczam z rąk róg koca i cofam się w kierunku sofy. W tej samej chwili zaczyna dzwonić telefon.

– Dzień dobry, Thorkildzie – mówi zdyszany Ulf, gdy wreszcie odbieram. – Anniken Moritzen do mnie dzwoniła. Twierdzi, że właśnie dostała od ciebie SMS-a.

– Tak – opadam na sofę i próbuję się skupić na mrowieniu w policzku, wywołać je z kolejki bólu i pozwolić, by przejęło nade mną kontrolę.

– Nie mogę jechać.

– Czemu?

– Nie ma sensu.

– Bo?

– Arne mówi, że ich syn nie żyje.

– Pewnie ma rację.

– Boże – jęczę zrezygnowany. – To czego, do cholery, ode mnie oczekujesz?

– Robimy to dla Anniken – odpowiada spokojnie Ulf. – Pewnego dnia znajdą jej syna. Opuchniętego, obrzydliwego po całym tym czasie spędzonym w morzu z głodnymi rybami i krabami. Ale to wciąż jej dziecko, rozumiesz? Mówię ci, ona nie jest w stanie stawić czoła temu, co niedługo nastąpi. Znasz policyjny język, wiesz, jak się rutynowo postępuje w tych sprawach, orientujesz się co i jak. Dla niej to chyba przede wszystkim sposób, żeby udowodnić samej sobie, że się nie poddaje. A nikt nie rezygnuje, dopóki nie wie na pewno, Thorkildzie. Dopóki nie wypróbuje wszystkich możliwości. Zgodzisz się ze mną?

Nic nie mówię, siedzę tylko z komórką przyciśniętą do ucha, gapiąc się na polarowy koc w oknie.

– Zejdź do mnie, Thorkildzie – ciągnie Ulf, gdy nie odpowiadam.

– Nie. – Głos mi się załamuje, łzy w zmiażdżonych kanalikach nie znajdują drogi do oczu.

– To wpuść mnie, wejdę do ciebie.

– Nie chcę.

– Nie ruszę się stąd, dopóki do mnie nie zejdziesz albo nie wpuścisz mnie do środka.

– Nie możesz tak stać cały dzień – odparowuję, bo nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. – Musisz iść do pracy.

– Wystawię ci fakturę za dzisiejsze przedpołudnie – odpowiada Ulf, wciąż nie tracąc nad sobą kontroli, nie odpalając papierosa. Nie poddając się.

– Kurwa! – Zrywam się z sofy. – Że też można być tak upartym! Nie pojmuję. Mam tam niby jechać i wiosłować dookoła tej przeklętej wyspy w poszukiwaniu faceta, o którym wszyscy wiedzą, że nie żyje, utonął i zniknął na zawsze?

– Jest jeszcze inny powód, dla którego chcę cię tam posłać.

– Mianowicie?

– Elisabeth.

– Moja siostra? A co ona ma z tym wspólnego?

– Nic.

– Właśnie.

– Kiedy ostatnio się z nią widziałeś?

Wzruszam ze złością ramionami.

– Chcę, żebyś z nią pomówił, jak już tam będziesz.

– O czym?

– O sobie, o tym, przez co przeszedłeś.

– Czemu?

– Spójrz na to jako na niezbędną część twojego nowego życia, Thorkildzie. Nie jesteś już oficerem śledczym, tamten człowiek umarł, stracił twarz i stanowisko. Żyjesz teraz jak my wszyscy: nie zbierasz informacji, musisz ich udzielać. Nieważne, jak bardzo to dla ciebie bolesne.

Brutalność pedagogicznych przemów Ulfa może być trudna do zniesienia dla ludzi o delikatnym ego i zachwianej wierze w siebie. Całe szczęście, że moje ego jest martwe, a wiara w siebie dawno już się wyprowadziła w poszukiwaniu lepszych warunków rozwoju.

– Powinieneś otaczać się ludźmi, którym na tobie zależy – ciągnie Ulf. – Ale jednocześnie musisz funkcjonować w rozsądnych ramach poza swoim kołem terapeutycznym. Pierwszą osobą, którą wciągniemy w ten projekt, jest twoja siostra Liz, którą kochasz bardziej, niż być może chcesz się do tego przyznać przed samym sobą. Poza tym zastanowiłem się nad tym, o czym mówiliśmy wczoraj, i wypiszę ci receptę na oxynorm – ględzi dalej. – Będziesz go miał pod ręką, na wypadek gdybyś potrzebował czegoś o szybkim działaniu. Co o tym sądzisz?

Czuję w brzuchu mrowienie wędrujące powoli w górę kręgosłupa aż do potylicy, zaczynają pracować ślinianki.

– Ile?

– Tyle samo co ostatnio.

– A jeśli będę musiał tam zostać dłużej niż tydzień?

– Prześlę ci nową receptę mailem.

Odkładam telefon na ławę pod telewizor i przyciskam pięść do ust. Ból w policzku ustąpił, zniknął w tym jedynym cholernym momencie, w którym by mi się przydał.

– Kurwa, kurwa, kurwa! – syczę sobie w kułak i przygryzam palce, w końcu nabieram powietrza i sięgam po komórkę. Znów odsłaniam okno.

– OK – szepcę do telefonu. – Pojadę. Chodź na górę.

Ulf rozłącza się dopiero wtedy, gdy otwieram mu drzwi. Kiwa mi głową i włazi bezceremonialnie do środka, zrywa polarowy koc z okna, po czym opada na sofę, która wydaje z siebie żałosny jęk protestu.

– No dobrze, to kiedy ruszasz do Tromsø? O wpół do czwartej? OK. – Pstryka palcami i wskazuje skinieniem głowy aneks kuchenny.

Wzruszam ramionami.

– Co?

– Popielniczka, do cholery! – Ulf zdejmuje plecak, wyławia z niego portfel i paczkę Marlboro Gold, chwyta kartę Visa i papierosa, którego zapala jednym niecierpliwym ruchem i zaciąga się chciwie. – Bilet w jedną stronę.

Kwaśny zapach tytoniu wciska mi się w nozdrza, zatrzymuje pod skórą policzka. Odwracam się i idę do łazienki, sięgam po kosmetyczkę, wkładam do niej maszynkę do golenia, dozownik i torebkę z lekami, szczoteczkę do zębów oraz resztę kosmetyków. Wracam do kuchni, by spakować ekspres do kawy i radio turystyczne. Ulf kończy właśnie rozmawiać przez telefon.

– Hej, hej, hej! – woła z sofy osnuty chmurą dymu, gdy jego spojrzenie pada na ekspres, który owijam troskliwie ręcznikiem. – Nie potrzebujesz go. Na północy Norwegii też mają kawę.

– Ale ja lubię swoją – protestuję.

– Do jasnej chole… Chociaż niech ci będzie. – Macha na mnie ręką i wykrzywia usta. – Weź go sobie, spakuj jeszcze papier toaletowy, szczotę do mycia naczyń i suszarkę do butów, mam to gdzieś. – Wraca do rozmowy przez telefon. – Tak, halo? Mówił pan, że ile to wyjdzie?

Kończy wreszcie, zapala kolejnego papierosa, odwraca się do mnie i kiwa głową, przytrzymując dym w płucach.

– Wiesz co – mówi w końcu, wydmuchując dym. – Myślę, że ta podróż dobrze ci zrobi. Naprawdę dobrze…

Rozdział 7

Jest już ciemno, gdy samolot ląduje w Tromsø. Na ziemi leży cienka warstewka świeżego śniegu. Odbieram mój plecak i wychodzę na ziąb w poszukiwaniu taksówki. Kwadrans później siostra patrzy na mnie z niedowierzaniem.

– Thorkild? – Przytula mnie mocno.

– Cześć, Liz! – Dobrze jest móc ją objąć, wcale nie mam ochoty puszczać, kiedy ona chce się już uwolnić z uścisku.

– Wszystko z tobą dobrze? – Muska mój policzek swoim pulchnym palcem i mierzy mnie od stóp do głów spojrzeniem okrągłych oczu.

– Bombowo – odpowiadam.

– Kiedy wyszedłeś?

– Przed paroma dniami.

– Co tu robisz?

– Mam sprawę – odpowiadam.

– Sprawę? Wróciłeś do policji?

– Nie.

– A… ale – jąka się moja siostra, potrząsając głową.

– Mogę wejść?

– Ależ tak, oczywiście! – Liz wpuszcza mnie na korytarz. Przystajemy tam, patrząc na siebie w milczeniu. Wydaje się stara i zmęczona. Kończy w przyszłym roku pięćdziesiąt lat, ale wygląda na więcej. Oczy ma opuchnięte, jakby niedawno płakała. Jej ręce są grube i galaretowate, wciąż waży za dużo. Oboje się postarzeliśmy od naszego ostatniego spotkania.

– Jesteś smutny, Thorkildzie.

– Nie ma o czym mówić. A jak ty się miewasz?

Odsuwa się ode mnie nieznacznie.

– Bardzo dobrze.

– Nadal cię bije?

– Thorkildzie, obiecaj mi, że nie… – Widzę, jak w jej oczach wzbiera desperacja, i czuję, że coś się we mnie przewraca.

– Pytam tylko, czy twój mąż nadal cię leje. Sądząc po siniakach, które masz na szyi i twarzy, osiąga w swoim hobby kolejne poziomy.

– Nie mam teraz na to siły. Układa nam się z Arvidem całkiem nieźle, nie możesz tego zepsuć. Nie chcę… Nie pozwolę na to.

Kręcę głową i wchodzę w butach do salonu.

– Gdzie on jest?

– Thorkildzie! – piszczy moja siostra drżącym od histerii głosem, jakiego dorobiła się przez lata małżeństwa z agresywnym kierowcą tira, który nie potrafi trzymać łap przy sobie, i to w całkiem niewłaściwy sposób.

Słysząc skrzypienie podłogi na piętrze, wbiegam na górę, przeskakując po trzy, cztery stopnie naraz. Otwieram z impetem drzwi sypialni.

Arvid siedzi na łóżku ze zgarbionymi plecami i zerka na mnie niechętnie zza tłustych strąków ciemnych, brudnych włosów.

– Co tu robisz, do diabła? – udaje mu się wydusić, zanim go dopadam i wymierzam mu kopniaka w twarz. Arvid upada w tył i stacza się z łóżka, zamiera na podłodze z głową pod nocnym stolikiem.

W następnej chwili do pokoju wpada zdyszana Liz i zaczyna szarpać mnie za kurtkę, jęcząc i krzycząc.

– Co ty zrobiłeś?! Co ty zrobiłeś?!

Arvid podnosi się wreszcie, zasłaniając ucho dłonią. Wbija w Liz świdrujące spojrzenie.

– Widzisz? Widzisz, co zrobił? Ten kretyn jest groźny, mówiłem ci przecież. To potwór, rozumiesz?

Spluwa krwią i wyciera ręce w kamizelkę.

Liz odrywa się ode mnie i podbiega do męża. Gładzi go po twarzy, szepcąc uspokajające słowa.

Arvid odtrąca jej rękę i zbliża się do mnie.

– Lepiej, kurwa, uważaj, bo zgłoszę to na policję i wrócisz prosto za kratki, ty pieprzony morderco – warczy, mijając mnie. – Jeśli tu będziesz, jak wrócę, to ja nie ręczę za to, co się stanie.

Wbija mi łokieć pod żebro i trzaska drzwiami, wychodząc.

– Czy naprawdę tego chcesz od życia, Liz? – Siostra podała mi kawę, ciastka i słodkie podpłomyki; siedzimy na sofie w salonie, który nie zmienił się od mojej ostatniej wizyty. Jedyny nowy element stanowi skórzany fotel przed telewizorem. Niewątpliwie należący do Arvida.

– Nie jest tak, jak myślisz. – Liz spogląda na mnie i najwyraźniej postanawia skierować rozmowę na inne tory: – Widziałeś się z matką po tym, jak wyszedłeś? Zawsze o ciebie pyta, kiedy do niej dzwonię.

– Nie miałem jeszcze czasu.

– Mówią, że ostatnio jej się pogorszyło. – Liz zerka na półmisek z ciastkami. – Gdyby tylko te samoloty do Oslo nie były takie drogie. Teraz, jak Arvid jest na rencie…

– A ojciec?

– Nadal robi swoje. Jakiś czas temu widziałam go w wiadomościach w związku z budową nowej huty aluminium na Islandii. Podobno jest liderem kolejnej grupy aktywistów. Taka ekologiczna partyzantka. Nazywają się Kæfa Ísland.

– Zdław Islandię? – śmieję się, widząc przed sobą płonące spojrzenie i długie srebrzyste włosy człowieka wrzeszczącego w histerycznej euforii za każdym razem, gdy policja próbuje odciągnąć jego i jego kompanów od kolejnego obiektu przemysłowego, kolejnej akcji protestacyjnej przeciwko kapitalistycznym siłom dominującym na naszej wulkanicznej wyspie. – Nic się nie zmienia.

– Przypominasz mi go. – Liz omiata spojrzeniem sieć blizn na moim policzku, po czym znów zagląda mi w oczy. – Prawie jakbym na niego patrzyła, tak go pamiętam z czasów, kiedy byliśmy mali. – Chichocze, całe jej masywne ciało faluje. – Rzecz jasna z wyjątkiem włosów. Czemu strzyżesz je tak krótko?

– W jakim sensie? – pytam głosem bez wyrazu, widząc, jak jej chwilowa radość przygasa. – W jakim sensie jesteśmy do siebie podobni? Chyba mówisz o tej wyjątkowej chemii, która nas łączy. Tej rdzy, którą obaj się pokrywamy, która nas zżera i niszczy wszystko i wszystkich, którzy wchodzą z nami w reakcję. To właśnie dostrzegasz?

– Thorkildzie, nie to miałam na myśli, przecież wiesz. Ty przecież nigdy byś… To, co się stało… Ty przecież nie…

– Więc o co ci chodzi?

– Ja tylko… – Liz sięga po podpłomyk. Jej wzrok znów wędruje w kierunku mojego policzka i blizn. – Zawsze byłeś taki przystojny – szepce i ukrywa twarz w dłoniach.

– Daj spokój, Liz – mówię, kładąc rękę na jej ramieniu i próbując bezboleśnie się uśmiechnąć. – Nie każdy może wyglądać po czterdziestce tak pięknie jak ty.

– Boże, przestań, Thorkildzie – piszczy moja siostra i spogląda na mnie pomiędzy palcami. – Nie żartuj sobie ze mnie, to nie jest miłe.

– Co? – Rozkładam ręce. – Ależ ja mówię poważnie.

Liz w końcu odsłania twarz.

– Słuchaj – zaczyna, dojadając podpłomyk i wycierając palce w spodnie. – Chyba nie możesz tu zostać.

– Spokojnie, Liz, nie mam takiego zamiaru – mówię. – Zabrali mi prawo jazdy, potrzebuję pomocy w wynajęciu auta.

– Arvidowi też nie jest łatwo. – Jej spojrzenie pada na pustą tacę, jakby to na niej, między okruszkami, spodziewała się znaleźć siłę, by nadal powtarzać sobie te wszystkie kłamstwa, bez których poszłaby na dno. Nieważne, ile kopniaków wymierzyłbym temu leniwemu troglodycie, on nadal będzie ją bił, a ona nadal będzie szukać ratunku i sił, by brnąć w to dalej w stosach ciastek. Liz wciąż wierzy, że to tylko faza, którą muszą przetrwać, że jeśli tylko przestanie robić te wszystkie rzeczy, które sprawiają, że on ją bije, to wszystko będzie dobrze.

Rozdział 8

Zatrzymuję auto z wypożyczalni, które załatwiła dla mnie Liz, na oznaczonym hotelowym parkingu i idę do recepcji. Melduję się i proszę o kartę parkingową. Podróż z Tromsø do gminy Blekøyvær, gdzie Arne Villmyr umówił mi na następny ranek spotkanie z lensmannem, zajmie trzy godziny, wliczając w to dwie przeprawy promem.

Dostałem pokój z czymś w rodzaju widoku. Na klockowate budynki, latarnie uliczne i asfalt. Paryż Północy skrywa się pewnie gdzieś wśród mroków za szybą. Zaciągam zasłony, otwieram plecak i wyciągam z niego ekspres do kawy, mimo że mam w pokoju elektryczny czajnik.

Jest już późno. Minęło wpół do ósmej i boli mnie całe ciało. Desperacka potrzeba pozbycia się przykrego mrowienia i niepokoju sprawia, że drżą mi dłonie, gdy sięgam po dozownik i otwieram przegródkę z wieczorną dawką leków.

Tabletki wyglądają na mojej dłoni jak małe jaja owadów. Wybieram dwa pomarańczowe risperdale o działaniu przeciwpsychotycznym i wrzucam z powrotem do dozownika, resztę połykam za jednym zamachem. Sięgam po filtr i torebkę z kawą, nalewam wody z kranu w łazience i włączam ekspres.

Gdy do szklanego dzbanka zaczynają kapać pierwsze krople, włączam turystyczne radio i po kolei gaszę wszystkie światła.

Rozbieram się i wpełzam pod kołdrę. Moje ciało zaczęło się już rozluźniać. Mętna ciemność zapada w pokoju, zapuszcza we mnie korzenie, otwiera drzwi, których nie potrafię ruszyć bez jej pomocy.

– Wreszcie – wzdycham, przyciskając kolana do klatki piersiowej. – Wreszcie jestem gotowy.

Leżę chwilę w oczekiwaniu, ale nic się nie dzieje. Klimatyzacja szumi, zimne światło ulicznych latarni wciska się przez zasłony, a ja utknąłem w miejscu.

W końcu siadam w łóżku i sięgam po opakowanie działających błyskawicznie oxynormów. Wyciskam z blistra dwa owadzie jaja, łykam je i znów się kładę.

Po kolejnym długim czasie oczekiwania, kolejnych tabletkach i kilku zrozpaczonych okrzykach ubieram się w końcu i wychodzę.

Widzę Arktyczną Katedrę po drugiej stronie mostu, na tle ciemnego, zimnego, polarnego nieba. Moja trasa wiedzie na nabrzeże i kończy się w centrum handlowym niedaleko przystani.

Idę prosto do perfumerii. Podnoszę ostrożnie flakoniki na wystawie i obwąchuję każdy z nich. Po zbadaniu w ten sposób wielu różnych buteleczek wybieram w końcu przezroczysty szklany flakon z czarną oleistą zawartością i srebrną zatyczką przywodzący na myśl mały zwęglony kawałek drewna opakowany w szkło i srebro, po czym idę z nim do kasy.

– Zapakować? – pyta ekspedientka, starannie umalowana kobieta po pięćdziesiątce z farbowanymi na czarno włosami, ciemnymi oczami i karminowymi wąskimi wargami.

Kiwam głową w roztargnieniu.

– Na pewno jej się spodoba. – Kobieta się uśmiecha i podaje mi torebkę z zapakowanym flakonem.

– Tak. – Zerkam do torebki i oglądam czerwony papier. – Może nie powinna była pani jednak pakować – zaczynam, ale ekspedientka chrząka, a do lady podchodzi starsza dama w puchowej kurtce, niosąc buteleczkę perfum z rysunkiem pszczoły i słowem honey wykaligrafowanym na szkle cienkimi czarnymi literami.

– Aha… – Ekspedientka zerka na mnie. – Może pan przecież wyjąć flakon z papieru, zanim pan go jej wręczy. – Mruga dwukrotnie i odwraca się do kobiety ze słojem miodu. – Na pewno je pani polubi – mówi z uśmiechem. – Zapakować?

Biorę torebkę i wychodzę.

Zaraz po powrocie do hotelu umieszczam pakunek na łóżku, tuż przy poduszce. Rozbieram się szybko i kładę, odklejam taśmę i zdejmuję papier.

Zapach perfum dobiega do moich nozdrzy z pudełka, zanim jeszcze je otworzyłem. Czuję, że powieki mam ciężkie, a mrowienie w nogach powoli zamiera. Muszę się spieszyć, wyciągam flakon drżącymi dłońmi, próbując jednocześnie zapanować nad zdenerwowaniem i podnieceniem.

Srebrny korek poddaje się bez oporu, odbezpieczam zamek blokujący atomizer. Naciskam go i z rozpylacza strzela mi prosto w twarz strumień perfum. Kicham, rozpylam ich jeszcze trochę, po czym osuwam się na łóżko i zamykam oczy.