Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zatańcz ze mną - Fiona Harper

Coreen lubi być w centrum zainteresowania. Ubiera się i maluje jak gwiazda filmowa z lat pięćdziesiątych. Podoba się mężczyznom, ale Nicholas, jedyny, na którym jej zależy, nie zwraca na nią uwagi. Zdesperowana prosi o pomoc wieloletniego przyjaciela, Adama. Podczas najbliższego przyjęcia udają parę, by wzbudzić zazdrość Nicholasa. Wszystko idzie zgodnie z planem, dopóki Adam nie poprosi Coreen do tańca…

 

Opinie o ebooku Zatańcz ze mną - Fiona Harper

Fragment ebooka Zatańcz ze mną - Fiona Harper

Fiona Harper

Zatańcz ze mną

Tłumaczenie:

Małgorzata Zipper

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nie da się zmienić natury kobiety…

Refleksje Coreen

Numer 1. Moim zdaniem nic tak nie zdobi kobiety, jak odpowiedni mężczyzna spoglądający z oddaniem w oczy, a ja jestem zawsze nienagannie ubrana.

Spojrzałam na faceta, który wpadł jak burza do kawiarni. Przez niego o mało nie poplamiłam karmelowym cappuccino najlepszej sukienki w grochy. Nie dość, że nie przepuścił mnie w drzwiach, to nawet nie spojrzał w moim kierunku.

Nie dopuszczałam do siebie myśli, że przestałam działać na mężczyzn. Mógł mnie nie zauważyć, uciekając przed nadchodzącym deszczem.

Trzymając dwa papierowe kubki gorącej kawy, usiłowałam otworzyć drzwi łokciem. Nie udało się. Nie miałam innego wyboru, tylko potraktować je biodrem.

Znalazłam się na Greenwich High Street. Spojrzałam w złowrogo zachmurzone niebo. Letni wieczór przypominał listopadową aurę. Na szczęście nie miałam daleko.

Jego strata, pomyślałam. Uniosłam wysoko głowę i ruszyłam, kołysząc biodrami jak Marylin Monroe w „Pół żartem, pół serio”. Obejrzałam ten film przynajmniej pięćdziesiąt razy, zanim udało mi się osiągnąć perfekcyjny efekt. Taki wysiłek zasługiwał na podziw przechodniów.

Zgrabnie stąpając w lakierkach na szpilce, dotarłam do rogu Church Street, minęłam ruchliwe skrzyżowanie prowadzące do Nelson Street. Nie zwracałam najmniejszej uwagi na rząd kremowych budynków z początku dwudziestego wieku, których widok zawsze wprowadzał mnie w dobry nastrój. Zazwyczaj witałam uśmiechem właścicieli okolicznych sklepików.

Na samym rogu znajdowała się kawiarenka serwująca wyłącznie ekologiczne produkty. Zamknięta o tej porze, rano tętniła życiem. Było to ulubione miejsce młodych matek, które pchały przed sobą najmodniejsze spacerówki, wymieniając poglądy na temat ekskluzywnych prywatnych przedszkoli i żłobków. Następne drzwi prowadziły do popularnego wśród studentów antykwariatu. Zaraz obok była ciastkarnia Susie’s z witryną kuszącą najróżniejszymi rodzajami kunsztownych wypieków. Wszystko to wyglądało tak apetycznie, że nawet osoby rygorystycznie przestrzegające diety zatrzymywały się na chwilę, oblizując usta. Dalej znajdowały się tajska restauracja, kiosk z prasą i sklep oferujący praktycznie wszystko, pod warunkiem że było w kolorze różowym.

No i wreszcie mój własny, Coreen’s Closet, prawdziwe królestwo stylowej odzieży używanej, perełki z odzysku, które mogły śmiało konkurować z najlepszymi placówkami tego typu w całym Londynie.

Humor wcale mi się nie poprawił, kiedy przekroczyłam próg sklepu, wywieszając tabliczkę „Zamknięte”.

Nikt nawet na mnie nie spojrzał. Zdarzyło mi się to chyba po raz pierwszy i wcale dobrze nie wróżyło.

– Co cię gnębi? – spytała Alice, kiedy podałam jej kubek bezkofeinowej kawy z mlekiem. Moja wspólniczka reprezentowała eteryczny typ urody – płomiennie rude włosy, jasna cera, szczupła sylwetka. No, obecnie wcale nie taka szczupła. Była w siódmym miesiącu ciąży.

Zdjęłam wieczko, pociągnęłam łyk cappuccino i się uśmiechnęłam. Opierała się o ladę, jakby zaraz miała się przewrócić.

– Źle wyglądasz – zauważyłam.

– Wielkie dzięki – odparła z cieniem ironii.

Odstawiłam kawę i poszłam na zaplecze. Wróciłam z torebką Alice i parasolką.

– Idź do domu. Zadzwoń, niech Cameron po ciebie przyjedzie. Sama poradzę sobie z przyjęciem nowego towaru.

Usiłowała protestować, ale nie zwracałam na to najmniejszej uwagi. Wyjęłam z torebki Alice telefon komórkowy, nacisnęłam numer jej męża i gdy usłyszałam sygnał, wręczyłam jej komórkę. Nie minęło piętnaście minut, a pojawił się opiekuńczy małżonek. Byłam pewna, że zaraz przygotuje jej gorącą kąpiel, wymasuje opuchnięte stopy i postara się spełnić każdy kaprys przyszłej matki.

Przecież taka jest rola mężczyzny, pomyślałam.

Oczywiście, nie chodziło mi o podtrzymywanie głowy podczas porannych mdłości. Nie byłam na to gotowa i jeszcze długo nie będę, ale spełnianie zachcianek to zupełnie inna sprawa.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za Alice, udałam się do biura na zapleczu. Otworzyłam notes w błyszczącej fioletowej oprawie i wzięłam się do pracy. Zwykle sprawiała mi wielką frajdę. Byłam emocjonalnie związana ze wszystkimi ciuszkami i akcesoriami. Z pewnym smutkiem myślałam, że kiedyś będę musiała rozstać się ze skarbami, które udało mi się zgromadzić na niewielkiej powierzchni sklepu, ale przecież musiałam jakoś zarobić na kosmetyki, no i na życie.

Za oknem powoli zapadał zmierzch. O tej porze ulica była raczej opustoszała, nie licząc grupek studentów z pobliskiego uniwersytetu, którzy zaopatrywali się tutaj w tanie jedzenie, a przede wszystkim w tanie piwo. Prawdziwy ruch w modnych barach i winiarniach zaczynał się trochę później. Praktycznie nikt nie zatrzymywał się przed witryną, a było co podziwiać – suknie wieczorowe i torebki wyszywane koralikami, które odbijały światło tysiącem kolorowych iskierek.

Usiadłam na podłodze pomiędzy ciasno rozwieszonymi wieszakami. Marszczona czerwona sukienka w białe grochy rozłożyła się w idealny wachlarz. Odgarnęłam z czoła kosmyk czarnych włosów, który wysunął się ze starannie ułożonej fryzury.

Zajęłam się sortowaniem obuwia. Pierwsze wpadły mi w ręce srebrne botki na platformie. Sprawdziłam ich stan zużycia i rozmiar. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zatrzymać ich dla siebie. Czasami dla zabawy ubierałam się w takim stylu, ale najbardziej kochałam modę z lat pięćdziesiątych.

Według dzisiejszych standardów, promowanych przez chude jak patyk modelki, miałam zbyt pełne kształty. Byłam zbyt mało wysportowana, bez wyraźnie zaznaczonych mięśni, no i zdecydowanie zbyt blada. Moje krągłości należały do innej epoki, do czasów, w których rządziły syreny o wargach podkreślonych czerwoną szminką, a idealne kobiece kształty przypominały bardziej klepsydrę niż deskę do prasowania.

To głupie z mojej strony, że usiadłam po turecku. Zdrętwiały mi stopy. Kiedy usiłowałam je rozprostować, idealnie wykrochmalona halka zaszeleściła, zagłuszając dźwięk kropel deszczu obijających się o szybę.

Odstawiłam kozaczki na półkę, sięgając po boski czarny pantofelek ozdobiony kokardką. Przez chwilę mu się przyglądałam. Dotarło do mnie, że nie odhaczyłam na liście srebrnych kozaków.

Westchnęłam. Tego wieczoru dotyk satyny i jedwabiu jakoś nie sprawiał mi przyjemności. Nie wiedziałam, czemu coś było nie tak. Udało mi się osiągnąć wszystko, do czego dążyłam. Nie musiałam już przestępować z nogi na nogę za straganem, przeklinając nieprzewidywalną angielską pogodę. Coreen’s Closet stanowił solidną inwestycją na przyszłość. Spółka z mężem Alice okazała się strzałem w dziesiątkę. W ten sposób powstał szybko rozwijający się sklep ze stylową odzieżą używaną, jeden z najbardziej obiecujących w południowym Londynie.

Udało mi się ściągnąć większość stałych klientów, którzy wcześniej zaopatrywali się na moim straganie. Poza tym sklep wzbudzał coraz większe zainteresowanie wśród młodej zamożnej klienteli. Byli gotowi zapłacić każdą cenę za metkę z nazwiskiem znanego projektanta. Osiągnęłam wszystko, o czym marzyłam. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie rozpiera mnie w tej chwili poczucie satysfakcji, tylko siedzę na podłodze i gapię się bezmyślnie na buty.

Cóż, zazwyczaj robiłyśmy to z Alice. Bez niej było tu dziwnie cicho. Brakowało mi ploteczek, błahej rozmowy o niczym i dzielenia się radością, kiedy trafiałam na cudowną bluzkę wciśniętą między stertę rzeczy, o których zupełnie zapomniałam. Nieobecność Alice przypomniała mi o kolejnych drastycznych zmianach zachodzących w moim życiu.

Do niedawna otaczał mnie tłum koleżanek bez zobowiązań. W tej chwili każda z nich była z kimś związana. Wolały rozmawiać o malowaniu dziecinnego pokoju niż o malowaniu paznokci. Zaczynałam czuć się wyobcowana i samotna, a z własnego doświadczenia wiedziałam, co samotność może uczynić z człowiekiem.

Nie, żebym była zazdrosna.

Wyobraziłam sobie, że mieszkam w niewielkim domku z czerwonej cegły. Co wieczór oglądam tę samą twarz, gotuję obiad, martwię się nieopłaconymi rachunkami. Nie, to nie dla mnie. Zbyt przewidywalna szara codzienność. Uważałam, że z takiej sytuacji istnieją dwa wyjścia. Albo jeden z partnerów rezygnuje z marzeń i godzi się z nudą dnia codziennego, albo pewnego pięknego dnia opuszcza wspólne gniazdko, pozostawiając kartkę ze zdawkowymi słowami pożegnania.

Czyżbym ironizowała na temat szczęśliwych związków koleżanek? To nieprawda. Po prostu chciałam…

Problem w tym, że sama nie wiedziałam, czego chcę. Nie potrafiłam zdefiniować dziwnego niepokoju, który coraz częściej odczuwałam.

Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Kształtny biust wyeksponowany odpowiednim dekoltem sukienki. Już jako nastolatka miałam kobiecą sylwetkę, zaokrągloną we wszystkich właściwych miejscach. Dość wcześnie zorientowałam się, że przyjmując zalotną pozę i lekko wydymając usta, dziewczyna może osiągnąć praktycznie wszystko.

Teraz zdawało mi się, że powoli tracę poczucie rzeczywistości. Szczerze mówiąc, był taki jeden, który pozostawał obojętny na moje wdzięki.

Westchnęłam i nieobecnym wzrokiem spojrzałam na srebrne kozaczki.

Postanowiłam się ogarnąć. Sam fakt, że jakiś gbur nie przepuścił mnie w drzwiach kafejki, nie oznaczał, że przestałam być atrakcyjna.

Schowałam botki do pudełka, dodając opis wysokości obcasa. Odgarnęłam z czoła niesforny kosmyk włosów.

Zajęłam się sortowaniem okryć głowy i ozdób do włosów. Początkowo ignorowałam stukanie w szybę, przekonana, że to tylko deszcz, ale przecież nawet londyńska ulewa nie mogła robić tyle hałasu.

Wchodząc, wywiesiłam tabliczkę „Zamknięte”. Minęła już dziewiętnasta. Znając tempo dzisiejszej epoki internetu, gdzie wszystko jest natychmiast dostępne na kliknięcie, podejrzewałam, że to jakiś niecierpliwy klient.

Podniosłam się niechętnie z podłogi, wygładziłam sukienkę, gotowa odprawić z kwitkiem nieproszonego gościa. Przybrałam surowy wyraz twarzy. Była to jedyna sytuacja, w której uwodzicielska postawa była absolutnie niewskazana.

Przez zalaną deszczem szybę dostrzegłam parę ciemnych oczu i brązową czuprynę, ale nie rozpoznałam ich właściciela. Super, któryś z moich anonimowych wielbicieli znowu się uwziął, żeby mnie nękać, pomyślałam.

Zbliżyłam się do drzwi. Wtedy rozpoznałam charakterystyczny szeroki uśmiech.

– Adam! – krzyknęłam radośnie.

To był on we własnej osobie. Jak zawsze z błyskiem w oku, wyciągnął rękę na powitanie. W drugiej dzierżył wielką papierową torbę.

– Gdzie się podziewałeś? – spytałam, wciągając go do środka. Sądziłam, że nadal przebywasz gdzieś w głębi dżungli.

– Właśnie wróciłem – odparł z rozbrajającym uśmiechem. W jego oczach zalśniły wesołe iskierki.

Spojrzenie Adama działało jak magnes. Praktycznie każda z moich koleżanek prosiła, żebym ją z nim umówiła.

Nigdy do tego nie doszło. Oczywiście oskarżały mnie, że jestem zbyt zaborcza i chcę mieć Adama dla siebie, ale z mojej strony był to zwykły instynkt samozachowawczy.

Kiedy znaleźliśmy się na zapleczu, poczułam apetyczny zapach jedzenia.

– To od Chińczyka – zawołałam z entuzjazmem.

Skinął głową, kładąc paczkę na samym środku stołu.

– Nie zastałem cię w domu, więc zadzwoniłem do Alice. Powiedziała, że rozkładasz w sklepie towar. Na pewno umierasz z głodu.

Uwielbiałam Adama Conrada. Nie tylko dlatego, że miał tak zwany siódmy zmysł. Na przykład przynosił coś do zjedzenia, kiedy skręcało mnie z głodu. Co więcej, zawsze zjawiał się z tym, na co akurat miałam ochotę. Nigdy nie pojawił się z pizzą, kiedy zamarzył mi się kebab.

Spojrzał na mnie zaskoczony, kiedy zdjęłam z półki koszyk z wikliny pomalowany na neonowy róż.

– Nadwyżka towaru z sąsiedniego sklepu – wyjaśniłam, wyjmując piknikowe talerze. – Wolisz w różyczki czy w stokrotki?

Lekko się skrzywił.

– A nie mogę zjeść prosto z pudełka? – spytał, rozpierając się na starej, obitej aksamitem kanapie, którą jakimś cudem udało się tu wcisnąć.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Sama wybierz wzór, który przyniesie najmniejszą ujmę mojej męskości.

– Niech będą stokrotki. – Mrugnęłam porozumiewawczo.

Uniósł brwi i się roześmiał. To cały Adam. Nie sposób było wyprowadzić go z równowagi. Kiedyś jego spokój działał mi trochę na nerwy. Wierzcie mi, nie szczędziłam wysiłków, żeby go zdenerwować. Obecnie doceniałam jego opanowanie. Sama byłam wybuchowa. Niektórzy nawet twierdzą, że mam trudny charakter. Zrównoważony przyjaciel był dla mnie prawdziwym darem niebios.

Nakładaliśmy jedzenie różowymi łyżkami na różowe talerze. Pałaszując ogromne porcje różowymi widelcami, dzieliliśmy się wydarzeniami z ostatnich dwóch miesięcy. Zwykle widujemy się znacznie częściej, ale tym razem Adam przebywał na długim służbowym wyjeździe. Według mnie były to raczej pełne przygód wakacje, o jakich marzy każdy chłopak, tyle że opłacone służbową kartą kredytową. Wspinał się na drzewa, podwieszał na linach drewniane domki i jeszcze mu za to płacili.

– Wszystko u ciebie w porządku? – spytał.

Spojrzałam na niego nieobecnym wzrokiem. Na talerzu leżał widelec wbity w krewetkę. Nie zauważyłam nawet, kiedy przestałam jeść.

– Tak.

Adam zmarszczył czoło.

– Jesteś jakaś przygaszona. Mało się odzywasz. Ani razu mi nie przerwałaś. To dla ciebie nietypowe. No i ciągle wzdychasz.

– Naprawdę? – Spytałam, ale nawet dla mnie nie zabrzmiało to przekonująco. Nie byłam gotowa na rozmowę o tym, co mnie gryzie, ale wpadł mi do głowy inny pomysł.

– Babcia wczoraj wspomniała – zanurzyłam krewetkę w słodko-kwaśnym sosie – że mój zegar biologiczny zaczyna coraz szybciej tykać.

Adam zareagował dokładnie tak, jak się spodziewałam. Wybuchł histerycznym śmiechem.

– Nonsens – kontynuowałam, krzyżując ręce na piersiach.

Udawałam większą irytację, niż w rzeczywistości odczuwałam. Miałam nadzieję, że Adam połknie haczyk. – Nie słyszę żadnego tykania.

– Zatyczki do uszu – mruknął, nie odrywając wzroku od talerza, jakby liczył, ile krewetek mu jeszcze zostało do zjedzenia.

Rozejrzałam się po zapleczu. Nie miałam pojęcia, o czym mówił, ale przynajmniej nie wypytywał mnie o przyczyny złego nastroju.

Nagle zauważyłam pod biurkiem rozerwane tekturowe pudło pełne zimowych okryć na głowę, których nie zdążyłam posegregować. Na wierzchu leżało coś, co przypominało futrzane niebieskie kulki.

– To nauszniki – powiedziałam, unosząc je. – O tym mówiłeś?

– Niezupełnie. – Oblizał wargi. Spojrzał mi prosto w oczy, sięgając machinalnie do papierowej torebki. – Zatyczki do uszu to przenośnia. Nie słyszysz tego, czego nie chcesz słyszeć.

Zacisnęłam nerwowo palce.

– Będą do nich pasować klapki na oczy, oczywiście w grochy i na atłasowej podszewce.

Musiał się uchylić, inaczej niebieskie nauszniki wylądowałyby na jego twarzy.

– To, że nie słyszysz, wcale nie znaczy, że zegar nie tyka – zauważył. Szelmowski uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Patrzyłam bez słowa w talerz.

– Gdyby chodziło o kogoś innego, typowałbym nieszczęśliwą miłość. Podobno masz rzeszę wielbicieli, którzy chodzą za tobą krok w krok jak wierne pieski, gotowi na każde skinienie.

– Ciekawe, kto cię uraczył takimi rewelacjami. – Podejrzewałam, że któraś z zazdrosnych koleżanek, nie pierwszy raz próbowała zepsuć mi opinię.

– Sama się chwaliłaś… jakieś dwa lata temu. To było tego wieczoru, kiedy w drodze powrotnej z pokazu mody zepsuł się nam samochód. Czekaliśmy kilka godzin na holownik. Było sporo czasu na zwierzenia.

Całkiem prawdopodobne. Mogłam powiedzieć coś takiego, kiedy po udanym pokazie odczuwałam szczególne zadowolenie. Nie spodziewałam się jednak, że Adam wypomni mi to po kilku latach.

Zresztą wcale nie przesadzałam. Wystarczyło jedno mrugnięcie długich, starannie podkręconych rzęs, a gotowi byli spełnić każdy mój kaprys. Czasami ich prowokowałam zupełnie bez celu, tak dla zabawy.

Adam, rozparty na kanapie, nie przestawał się uśmiechać. Cały czas przyglądał mi się badawczo.

– Chyba wszystko zrozumiałem – odezwał się cicho.

Miałam przeczucie, że mnie rozszyfrował. Niestety zamiast obrócić to w żart, nagle stał się niezwykle poważny.

– Tak. – Skinął głową, jakby do swoich myśli. – Wreszcie trafiłaś na pieska, który nie przylatuje na każde zawołanie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wesprzyj głowę na moim ramieniu

Refleksje Coreen

Numer 2. Ktoś mógłby przypuszczać, że po takim czasie przywykłam i przestało mi zależeć na wrażeniu, jakie wywieram na mężczyznach. Nic bardziej mylnego. Kiedy nadejdzie taki dzień, założę rozciągnięty dres i przestanę o siebie dbać.

Adam przez chwilę wpatrywał się w sufit.

– Teraz wiesz, co trapi zwykłych śmiertelników. – Wybuchł ironicznym śmiechem.

Zwykle kiedy się śmiał, wprawiał mnie w doby humor. Tym razem tylko dolał oliwy do ognia.

– Przestań. – Podniosłam się z miejsca poirytowana. – Mylisz się. – Postanowiłam, że za nic w świecie nie przyznam mu racji.

Kto jak kto, ale Nicholas Chatterton-Jones nie zasługiwał na miano małego pieska. Był przystojny, świetnie zbudowany, elegancki i dystyngowany. Można było go porównać do szlachetnego myśliwskiego psa czystej rasy z sięgającym pokoleń rodowodem.