Zastępcza miłość - Beata Majewska - ebook + audiobook
Opis

Wielki świat, zakazane uczucie i kusząca propozycja…

Julia, skromna studentka z Polski, przyjmuje nietypowe zlecenie od amerykańskiego milionera, które całkowicie odmienia jej życie. Przed Julią otwiera się inna rzeczywistość, w której luksus, wielkie pieniądze i zdradzieckie intrygi są na porządku dziennym. Pośrednikiem w transakcji jest czarnoskóry Diamond King. Jednocześnie między nim a Julią rodzi się uczucie. Jest to jednak miłość niemożliwa, która nie powinna się zdarzyć. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, gdy w rodzinie milionera dochodzi do tragedii, co stawia pod znakiem zapytania powodzenie całego przedsięwzięcia…
Czy ta historia zakończy się jak bajka o Kopciuszku?

Autorka książki, Beata Majewska, to polska pisarka, która wydała dotychczas kilkanaście świetnie przyjętych powieści. Jest autorką poczytnych książek obyczajowych: „Konkurs na żonę”, „Bilet do szczęścia”, „Zdążyć z miłością”, „Baśnik”, „Moja twoja wina”, „Zapisane w chmurze”. Publikuje też pod pseudonimem Augusta Docher. Jej debiutancka saga „Wędrowcy” szybko zyskała uznanie czytelników. Napisała również „Anatomię uległości”, „Kryształowe serca”, „Płatki wspomnień” oraz powieści młodzieżowe. Prywatnie mama, żona i babcia. Kocha swoją rodzinę, dom na wsi i podróże.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 35 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Beata Majewska, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © WindNight/shutterstock.com

Zdjęcie Beaty Majewskiej: © Małgorzata Garkowska

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Fortuna

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-53-2 (EPUB); 978-83-66229-54-9 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Ponoć chwilę przed śmiercią każdemu z nas wyświetla się historia całego życia. Tak mówią ci nieliczni, którzy to przeżyli. Ja też zobaczyłam taką historię. Siedziałam naprzeciwko swojej Śmierci, twarzą w twarz, lecz to nie ją widziałam, a moje życie. Cudowne życie, może zbyt krótkie, jeszcze niepełne i pozbawione wielu radosnych chwil, będących udziałem człowieka, ale piękne.

Co dziwne, te wszystkie obrazy, które z prędkością światła przesuwały się przed moimi oczami, trwały na tyle długo, bym za każdym razem czuła ciepło w sercu. Ciepło było coraz większe i głębsze, obejmujące we władanie całą moją duszę, pozbawiające strachu i świadomości, że w obliczu śmierci jesteśmy zupełnie sami. Samotni nawet. Tylko my i nasza Śmierć.

Słyszałam swój radosny śmiech. Widziałam własne stopy, jeszcze małe, obute w kolorowe sandałki, wzlatujące w powietrze z każdym pchnięciem ogrodowej huśtawki. Czułam w ustach smak cukrowej waty i jej lepkość, bo kawałek puszystej chmurki przylgnął do mojego policzka. Wyświetlił się każdy z najlepszych momentów mojego życia, nawet te już dawno zapomniane, jeszcze z czasów wczesnego dzieciństwa.

A kiedy moje serce przepełniły miłość, radość i szczęście, takie bardzo osobiste, znane tylko mnie, nagle wszystko się skończyło...

ROZDZIAŁ 1

Ludzie powoli opuszczali plac, jedni zadowoleni, inni nieco rozczarowani uroczystą zmianą warty przed pałacem Grimaldich. Julia niestety należała do tej drugiej grupy. Specjalnie wstała bardzo wcześnie, by dotrzeć tutaj na czas, i nawet pokusiła się o nagranie filmiku telefonem, ale plan, żeby wstawić go na Facebooka, upadł. Uznała, że nie warto. Skoro zmiana warty na żywo nie wywarła na niej większego wrażenia, tym bardziej nie zrobi tego film. Powoli przespacerowała się w stronę jednej z wąskich uliczek, by skryć się w cieniu, a kiedy napotkała pierwszy szyld informujący, że w tym miejscu można napić się kawy, weszła do środka.

Oczywiście nie usiadła, zanim nie sprawdziła, ile kosztuje kawa w tym uroczym i przytulnym lokalu. Ku jej zdziwieniu mała włoska kawiarenka Salute serwowała napoje w całkiem znośnych cenach, Julia złożyła więc zamówienie i zajęła miejsce przy równie małym stoliczku. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w czasie nagrywania filmiku coś jej umknęło, dlatego wyjęła telefon i skrupulatnie przeglądała nagranie, próbując odgadnąć, co chciała jej podpowiedzieć intuicja.

Kawa była przepyszna, jak można się było spodziewać, i na pewno pomogła w lepszej koncentracji, ale nawet to nie sprawiło, że Julia wpadła na prawidłowy trop. Raczej to trop wpadł na nią i kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na kogoś, kto stanął przy jej stoliku i głębokim męskim tembrem zadał pytanie, czy można się przysiąść, nagle w jej głowie kliknęła mała zapadka. Bingo! Poczuła, że ciało reaguje natychmiastowo: oblała ją fala potu, a serce przyspieszyło. To było to! A dokładnie ten ktoś! Musiała podświadomie zarejestrować tego mężczyznę. Może zbyt często na nią zerkał, gdy stał kilka metrów od niej i zamiast przyglądać się jak wszyscy wartownikom w białych reprezentacyjnych ubraniach, patrzył na Julię? A może to właśnie jego szukała na filmie? Spiekła raka na samą myśl.

Jedyne, co mogła mieć na swoje wytłumaczenie, to wygląd intruza. Nie dość, że górował wzrostem nad większością przybyłych na plac turystów, to jeszcze jego strój i uroda...! Ciemnoskóry gigant był przystojny, przyciągał wzrok wszystkich pań: i tych, które oglądały pokaz monakijskich wartowników, i chwilowych bywalczyń kawiarenki. I żeby tylko kobiece oczy błądziły za nim...

– Można? – ponowił pytanie mężczyzna, posługując się jak poprzednio językiem angielskim.

Rozejrzała się bezradnie, jakby szukała odpowiedzi u innych gości kawiarni.

Swoją drogą, kiedy zajęli wszystkie stoliki? Przecież było kilka wolnych, gdy Julia tutaj wchodziła. Dałaby sobie rękę uciąć. Teraz przy każdym ktoś siedział i tylko obok niej zostało puste krzesło.

– Mówisz po angielsku? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, dodał: – Kawa pita na stojąco gorzej smakuje.

W końcu odzyskała głos.

– Proszę. Niech pan usiądzie.

– Co za ulga. Zacząłem myśleć, że jesteś niemową.

„Jezu! Ma tupet! Ale z taką prezencją też bym miała”. Przez krótką chwilę przypatrywała mu się bezkarnie, korzystając z tego, że mężczyzna wyjmował plastikową rurkę z opakowania, a biorąc pod uwagę wielkość jego dłoni i palców, to było naprawdę niełatwe zadanie. Musiał uchwycić ciekawskie spojrzenie Julii, bo błysnął zębami i rzucił:

– Jubilerska precyzja. I jak pokaz? – Wskazał brodą na jej aparat telefoniczny.

– Hm...

– Bez szału?

– A tobie się podobało? – Postanowiła zwrócić się nieco bardziej poufale.

– Za pierwszym razem? Nie.

– Aha. – Na moment znów zabrakło jej słów. – A za kolejnymi?

– Jeszcze bardziej nie.

– To po co przyszedłeś?

– Na plac czy tutaj? – Leniwie mieszał zawartość wysokiej szklanki.

– Nie wiem. – Julia poczuła, że jej policzki ponownie nabierają koloru.

– Tutaj, żeby napić się kawy, a tam, by wyłowić z tłumu taką ślicznotkę jak ty.

Nie powstrzymała parsknięcia śmiechem. Co by nie mówić, lubiła komplementy, ale nie takie banalne. Postanowiła odpłacić mu pięknym za nadobne i pochwaliła jego ciuchy.

– Niezłe, prawda? – Poprawił ze sztucznym kobiecym wdziękiem kołnierzyk polówki. – Ma się te znajomości w branży. Modowej – dodał ze swadą. – Żona bossa jest modelką i gnębi każdego, obdarowując ciuchami z pokazów. Lubisz modę?

– Ja? – Julia spojrzała krytycznie na swoje uda przysłonięte bawełnianymi szortami, które kupiła kilka lat temu bodajże w Tesco albo w jakimś innym supermarkecie, skąd zresztą pochodziła większość jej ciuchów. – Nie interesuję się modą. Źle trafiłeś. – Spojrzała na jego lewy nadgarstek.

„Ten zegarek musiał kosztować fortunę. Koszulka pewnie też”. Aż taką abnegatką nie była, by nie rozpoznać dyskretnego logo jednego z najdroższych domów mody na świecie, wyhaftowanego na obrąbku listwy przy kieszonce.

– Ładnemu we wszystkim ładnie – uraczył ją truizmem.

– Dziękuję.

– Diamond. – Wyciągnął prawą dłoń, którą Julia prawie od razu uścisnęła.

Dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że to ona pierwsza powinna ją podać, ale chyba nie każdy znał zasady savoir-vivre’u, a już na pewno nie ten bardzo pewny siebie koleś.

– Julia – bąknęła cicho, zabierając rękę.

– Juliette. – Mlasnął. – Pasuje ci to imię.

– Naprawdę masz na imię Diamond? – Uniosła brwi. – Oryginalnie.

– Zgadza się. To kobiece imię, ale moja matka nie przywiązuje do tego wagi. Podobało się jej i właśnie dlatego zostałem tak ochrzczony. Trochę głupio.

– Nie miałam na myśli tego, czy jest damskie, czy męskie, tylko jego znaczenie.

– Znaczenie? Znaczenie ma fajne. I adekwatne.

– Ktoś ci mówił, że jesteś zarozumiały? – Przechyliła głowę.

– Nie. A jestem?

– Błagam. – Zachichotała.

– Pogadajmy lepiej o tobie. Skąd pochodzisz?

– A ty?

– Ze Stanów.

– Ja z Polski.

– Naprawdę?

– Tak, jestem Polką. Nie słyszałeś o takim kraju?

– Słyszałem.

Julka parsknęła pod nosem.

– Co słyszałeś?

Nie zawiódł jej, gdy jako pierwsze wymienił nazwisko Lecha Wałęsy, później padło niezbyt udolnie wypowiedziane: Karol Wojtyła, ale gdy Diamond z trudem wystękał coś, co brzmiało jak „marikurisklodowski”, Julii opadła szczęka.

– Łał. Słyszałeś o Skłodowskiej? Brawo. – Ostentacyjnie klasnęła w dłonie.

– No widzisz. – Błysnął zębami. – Jeszcze znam Chopin.

– Kompozytor czy wódka?

– Jest taka wódka? – Zainteresował się. – Lubię rosyjską wódkę.

– Rosyjską? – Julia wywróciła oczami. – To polska wódka i gwarantuję, że jest lepsza od najlepszej rosyjskiej.

– Muszę spróbować. Pijesz alkohol? – Teraz to on przechylił lekko głowę.

– Rzadko. – Nie chciała wyjść na sztywniarę, więc skłamała. A to właśnie dzięki całkowitej abstynencji mogła wstać wczesnym rankiem i przyjechać tutaj pierwszym autobusem z Saint-Laurent. Majka i Iga na pewno jeszcze odsypiały nocne szaleństwa, a zwłaszcza kilka butelek wina, które rzekomo „degustowały”. – Lubię piwo, ale tylko w lecie, wino też, czasami wypiję jakiegoś drinka.

– To trochę dziwne.

– Co?

– Że nie lubisz alkoholu. Słowianie lubią pić, wszyscy o tym wiedzą.

– A Amerykanie to grubasy – sarknęła, patrząc na niego spod przymrużonych powiek. – Wszyscy o tym wiedzą.

– Masz mnie. – Zaśmiał się.

– Nienawidzę, gdy ktoś wrzuca wszystkich do jednego worka. – Znów prześlizgnęła się wzrokiem po jego umięśnionym torsie i bicepsach rozpychających rękawki białej polówki. Była pewna, że koszulka skrywała wypracowany ćwiczeniami idealny sześciopak.

– Przepraszam. Wyglądasz jak typowa młoda Rosjanka, stąd nieporozumienie.

– A jak wygląda typowa młoda Rosjanka?

– Jak ty. Jest wysoka, szczupła, zgrabna, ma jasne długie włosy, niebieskie oczy i...

– Jezu! – jęknęła Julka. – Po pierwsze, nie mam niebieskich oczu, tylko szare, a po drugie, kto tu jest wysoki? Przy tobie czuję się jak krasnal.

– Sześć stóp i pięć cali.

– Czyli?

– Poczekaj. Muszę policzyć. – Udawał, że się zastanawia. – Sto dziewięćdziesiąt siedem centymetrów.

Zachichotała.

– To ponad trzydzieści więcej, niż wynosi mój wzrost. Mówiłam? Krasnoludek.

– Szkoda, bo z taką urodą mogłabyś zostać modelką.

– Co za banał. – Pokręciła głową.

– Dasz mi swój numer?

– Nie.

– Czemu?

– Nie daję numeru telefonu obcym facetom, zwłaszcza takim, którzy lubią śledzić i napastować Bogu ducha winne ślicznotki. – Zrobiła palcami znak cudzysłowu.

– Nie jestem obcy, przecież mnie znasz.

– Znam kolegów, z którymi studiuję.

– A co studiujesz?

– Zarozumiały, wścibski i nachalny Diamond.

– Taki jestem. – Zarżał, skupiając na moment uwagę prawie wszystkich klientów kawiarenki. – Coś ci dam, nieufna, ostrożna i niezbyt miła panno Juliette z Polski. – Wyjął portfel, a z niego biały kartonik. – To moja wizytówka, żebyś mnie lepiej poznała.

– I tak nie dostaniesz mojego numeru. – Julia nawet nie spojrzała na nią.

– Weź. – Przesunął tekturowy prostokącik po stole. – Może się przydać.

– A po co?

– A po co są wizytówki?

– Wybacz, ale zaraz stąd wyjdę i już nigdy się nie spotkamy, więc po co mi namiary na ciebie?

– Jakie masz plany?

– Na dzisiaj?

– Możesz mi powiedzieć o wszystkich. Na dzisiaj, na jutro i na całe życie.

– Jesteś jakiś dziwny. – Julia parsknęła pod nosem. – Przyczepiłeś się do mnie, a ja naprawdę nie jestem zainteresowana. Nie, nie mam chłopaka, dziewczyny też nie mam i w najbliższym czasie nie zamierzam się z nikim wiązać. Jednorazowe przygody tym bardziej mnie nie interesują, dlatego zmień obiekt zainteresowania, panie Diamond. Przewodnika po Monako też mi nie potrzeba.

– A kasa?

– Jaka kasa?

– Może potrzebujesz pieniędzy?

– Każdy potrzebuje, ja też, ale na pewno nie od ciebie.

– A jeśli to będą bardzo duże pieniądze? – Kilka razy znacząco uniósł i opuścił brwi.

– Co to znaczy „bardzo duże pieniądze”?

– Sto tysięcy.

– Czego?

– Czego chcesz. Ty wybierz walutę.

– Okej... – Z trudem zapanowała nad kolejnym parsknięciem pod nosem. – Niech będzie. Wprawdzie nie wiem, na czym polegałaby moja praca dla ciebie, ale za sto tysięcy bitcoinów jestem skłonna wiele zrobić. Płatne w przeliczeniu na dolary lub funty, oczywiście z góry i na wskazane przeze mnie konto. Ewentualnie w gotówce.

– Spryciara. – Diamond obnażył zęby. – Nieźle. Właśnie kogoś takiego mi trzeba. Nie dość, że ładna, to niegłupia.

– To komplement?

– A nie? – Odchylił się na krześle, aż lekko pod nim zatrzeszczało. – Moja oferta brzmi: sto tysięcy w dowolnie wybranej walucie, oczywiście mówię o normalnej walucie, nie krypto. Dolce, funty, franki. Jaką chcesz. Ćwiartka sumy płatna przed robotą, a reszta po wykonanym zleceniu.

– Jasne. – Julia uśmiechnęła się od ucha do ucha, bo zaczynała ją bawić ta rozmowa. – Mówisz, że mam wybrać normalną walutę i bez względu na kurs wypłacisz mi sto tysiaków?

– Nie ja. Mój boss.

– Okej. Niech będzie dinar kuwejcki.

– Mogę sprawdzić kurs? – Diamond wyjął swojego smartfona i pytająco spojrzał na Julię.

– Ależ proszę, sprawdzaj, a ja w tym czasie skorzystam z toalety. – Podniosła się z krzesła i zabrawszy z blatu stolika telefon oraz torebkę, wyszła do łazienki, chichocząc w duszy, ponieważ akurat ta waluta była najdroższa na całym świecie i tajemniczy boss Diamonda musiałby wyłożyć grubo ponad milion złotych za równie tajemniczą usługę jej zleconą.

Postanowiła zadzwonić do Majki, bo co by nie mówić, z jednej strony trochę jej schlebiało zainteresowanie ciemnoskórego przystojniaka, do złudzenia przypominającego francuskiego aktora Omara Sy, lecz z drugiej – czuła się coraz bardziej nieswojo w jego towarzystwie. A co, jeśli facet nie odpuści i zacznie ją śledzić? Miała w planach oceanarium i nie tylko, wolała zwiedzić te wszystkie super miejsca sama, ewentualnie w towarzystwie dziewczyn.

– Majka? – zapytała, nie poznawszy zachrypniętego głosu przyjaciółki. – Wstałyście?

– Godzinę temu.

– Przyjedziecie tu?

– A musimy?

– Błagam, przyjedźcie.

– Nudzisz się. Wiedziałam. – Dobiegło ją głośne ziewnięcie. – Przyjedziemy. Za godzinę może być?

– A szybciej?

– Boże, ale trujesz. Iga jest w łazience. Wymiotuje.

– Mimo to przyjedźcie. Jest naprawdę super. Widziałam zmianę warty, pogoda świetna, a ludzi nie za dużo. Możecie wziąć taksówkę, podwiezie was pod sam pałac. – Zamilkła, myśląc, czy powinna im powiedzieć o niekończących się schodach, prowadzących na wzgórze pałacowe, ale postanowiła to przemilczeć. – To gdzie się spotkamy?

– W oceanarium.

– A nie lepiej pod pałacem? – Nie uśmiechało się jej iść tam samej.

– Będziemy w oceanarium.

– A może pod katedrą? – zaproponowała bliższe miejsce. Chciała tam pójść ze względu na obraz Jezusa Miłosiernego i pamiątkową tablicę, będącą uhonorowaniem Jana Pawła II. Lubiła polskie akcenty odnajdywane za granicą i zawsze robiła im mnóstwo zdjęć. – Też chciałyście zobaczyć – przypomniała.

– Julka, miej litość. Iga ledwo żyje, a ja jestem niewierząca.

– Nikt ci nie każe się modlić.

– Ryba piła. Na pewno mają tam taką, zrobię wam zdjęcie i wstawię na Fejsa z podpisem: „Siostry bliźniaczki”.

– Ha, ha, ha.

– Będziemy za godzinę. Pod oceanarium.

Julii nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. I tak Majka trochę ją zaskoczyła. Była pewna, że po wczorajszym chlaniu obie przyjaciółki zostaną w łóżkach do wieczora, więc nie mogła narzekać. Wróciła do stolika z mocnym postanowieniem, że pożegna Diamonda, o ile w ogóle tam jeszcze na nią czekał, wszak zamarudziła w toalecie prawie kwadrans, a potem pójdzie zwiedzać katedrę Świętego Mikołaja. „Przecież nie polezie za mną do kościoła. Aż tyle tupetu nie ma”. Niestety, Diamond czekał. Rozpromienił się na jej widok i od razu oświadczył, że dinar kuwejcki nie wchodzi w grę, ale funt szterling jak najbardziej.

– Twój boss to zwykła sknera – powiedziała, stojąc przy stoliku. – Będę zmykać. Fajnie się gadało, ale mam w planach...

– Poczekaj, usiądź – poprosił Diamond.

– Ale po co?

– Obiecuję, zajmę ci pięć minut i możesz iść.

– Nie. Spieszę się. – Przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę.

– To weź chociaż wizytówkę.

– Jak wezmę, dasz mi spokój?

– Pod warunkiem że dasz mi jeszcze numer telefonu. – Diamond wstał, zabrał kartonik i prawie wepchnął jej do ręki.

– Nie ma mowy.

– Nie ma sprawy. – Kolejny raz pokazał śnieżnobiałe zęby. – Nie będziesz miała nic przeciw, żebym ci przez chwilę towarzyszył?

– Będę. – Zrezygnowana Julka schowała wizytówkę do tylnej kieszeni szortów i z niedowierzaniem pokręciła głową. – Stalker. Zdajesz sobie sprawę, że to karalne?

– Bez obaw. Zajmę ci równe pięć minut. – Spojrzał na zegarek.

Wyszli z kawiarni, a Julia od razu rozejrzała się czujnie wokół. Na szczęście prócz gorącego powietrza i oślepiających promieni słonecznych towarzyszyło im sporo ludzi. Turyści wypełniali wąską wybrukowaną uliczkę, a większość zmierzała w tę samą stronę, w którą skierowali się Julia i Diamond.

– Wiesz, dlaczego cię zaczepiłem? – zagaił.

– Nie mam pojęcia.

– Bo wydałaś mi się znajoma. Jesteś podobna do żony mojego bossa.

– Fascynujące. – Postanowiła odpowiadać zdawkowo i nie dać się wkręcić w rozmowę.

– Nie interesuje cię dlaczego?

– Dlaczego co?

– Dlaczego wszystko. Raz, że jesteś podobna, a dwa, że pochodzisz z Polski.

„Przed chwilą sądziłeś, że jestem Rosjanką. Boże, co za palant”.

– Coś jeszcze?

– Nie spytałaś, jaki charakter miałaby twoja praca dla bossa.

– Nie szukam pracy.

– Czasami praca znajduje nas.

– Zapamiętam – bąknęła z przekąsem.

– Boss i jego żona szukają dziewczyny.

– Co?! – pisnęła Julia i stanęła w miejscu jak wryta. – To jakiś żart? Odczep się, bo wezwę policję. – Jej oczy ciskały gromy na Diamonda, który sprawiał wrażenie, jakby nic sobie z tego nie robił.

I rzeczywiście tak było. Mimo niewinnej dziewczęcej urody, zgrabnego, lekko zadartego noska, uroczych słodkich ust przypominających kształtem truskawkę, łagodnie pofalowanych włosów, złotych jak łany dojrzałej pszenicy, i wyjątkowo kobiecego, dźwięcznego głosu panna Julia miała ostry charakterek. Od razu to wyczuł i przygotował się mentalnie na wyzwanie.

– Spokojnie. – Podniósł obie ręce. – Nic ci nie grozi. Jeszcze trzy minuty i już mnie nie ma. Daj powiedzieć, co mam do powiedzenia, i znikam. Słowo.

– To mów. – Julia założyła ręce na piersi i wbiła w niego groźny wzrok, choć było jej trochę niewygodnie, zważywszy na to, jak wysoko musiała zadrzeć głowę.

– Na wizytówce zobaczysz, jak nazywa się mój boss. Jest amerykańskim biznesmenem, a jego żona to popularna modelka. Pochodzi ze Słowacji, na pewno ją znasz. Jej pseudonim artystyczny to Gaby.

– Nie znam.

„W dupie mam słowackie modelki. Niesłowackie też mam gdzieś” – warknęła w duszy.

– Znajdziesz ją w necie. Wpisz do wyszukiwarki.

– Okej, sprawdzę. Do rzeczy.

– Chodzi o to, że boss i Gabriela szukają odpowiedniej kandydatki, by... – Nachylił się i resztę zdradził Julii na ucho.

– Czy ja śnię? – Tylko tyle była w stanie z siebie wydobyć.

– Nie, nie śnisz. Przejdźmy tam, bo przeszkadzamy. – Diamond chwycił zbaraniałą do cna dziewczynę za łokieć i przeprowadził bliżej ściany jednej z uroczych kamieniczek wybudowanych wzdłuż rue de Vedel. – Posłuchaj – zaczął, gdy skryli się w cieniu – masz prawo być zaskoczona i...

– Serio? – przerwała mu, gdy odzyskała trochę rezonu.

– Wiem, to brzmi dziwnie i pewnie się boisz, ale niepotrzebnie. Masz wizytówkę, zerknij do sieci. Zobaczysz, że nie kłamię. Znajdziesz bez problemów zarówno mojego bossa, jak i jego żonę, a nawet mnie. To żadna ściema. Mój szef, Matthew Green, poszukuje odpowiedniej dziewczyny, która im pomoże, oczywiście za sowitym wynagrodzeniem. Jedna czwarta oferowanej stawki płatna dwa tygodnie po udanym zabiegu, a druga transza po urodzeniu dziecka. Przewidzieli liczne bonusy i dodatki, koszty utrzymania w czasie ciąży, pokrycie wszelkich wydatków związanych z badaniami i inne. Na przykład koszty pobytu w...

– Stop! – Julia nareszcie oprzytomniała do końca. – Stop! Dość. – Pomachała rękami przy głowie. – Dość tego.

– Ale o co ci chodzi? – Diamond zmarszczył czoło.

– Mam nadzieję, że to głupi żart. Zresztą bez względu na to, czy twoja propozycja to żart, czy mówisz serio, i tak nie ma mowy. Nie chcę tego słuchać. Pięć minut już na pewno minęło. – Zerknęła na lewy nadgarstek Diamonda. – Miło było cię poznać, ale naprawdę muszę lecieć.

– Nie żartuję. To poważna oferta.

– Możliwe. – Julia miała wrażenie, że tkwi przed wyjątkowo upartym akwizytorem, a jej ewentualne obawy już dawno zastąpiła irytacja. – Daj mi spokój, okej?

– Jasne. Nie ma tematu. – Nagle Diamond odpuścił. – Miło było cię poznać. – Wyciągnął prawą dłoń.

– Ciebie też. Trzymaj się. – Julia odpowiedziała silnym uściskiem dłoni. Przez moment zastanawiała się, czy czegoś nie dodać na usprawiedliwienie, ale skoro Amerykanin milczał, ona tym bardziej nie zamierzała na nowo zaczynać głupiej dyskusji. – To cześć.

– Cześć.

Kusiło ją, żeby się obejrzeć, ale uznała, że to może zachęcić Diamonda. „Zobaczy, że się oglądam, podbiegnie i znów się zacznie. Co to w ogóle za durny pomysł?”. Szła, co rusz potrząsając głową, że przytrafiła się jej taka przygoda. Pokonała kilkanaście metrów i zatrzymała się przy witrynce małego sklepu z pamiątkami pod pozorem obejrzenia wystawy. Przytknęła nos do szyby, lekko odwróciła głowę i zezując w lewo, sprawdziła, czy gdzieś wśród tłumu nie góruje ciemnoskóra i lśniąca łysina Diamonda. Na pewno by ją zauważyła. Na jej szczęście, lecz także ku niespodziewanemu rozczarowaniu, nie stwierdziła obecności natręta.

Znów przeszła kilkanaście metrów, a kiedy po prawej spostrzegła kolejną małą i przytulną kawiarenkę, weszła do chłodnego wnętrza bez wahania. Musiała skorzystać z toalety, lecz przede wszystkim skusił ją napis o darmowym dostępie do internetu. Pół godziny zajęło jej surfowanie po sieci. Diamond niewątpliwie mówił prawdę, a przynajmniej tę część dotyczącą prawdziwości danych osobowych. Najpierw znalazła jego szefa, później słowacką modelkę, a wśród członków zarządu którejś z firm tworzących gigantyczny holding, należący w głównej mierze do Matthew Greena, natrafiła na zdjęcie Diamonda.

– Ho, ho. Nieźle. – Z podziwem przeglądała notkę biograficzną.

Nie tylko ukończył studia na Uniwersytecie Columbia, lecz także z wyróżnieniem zaliczył tamtejszą Szkołę Biznesu i jeszcze kilka innych specjalistycznych kursów. Zdobył również tytuł MBA na Uniwersytecie w Pensylwanii, a nawet odbył, zupełnie niezwiązane z ekonomią, dwuletnie szkolenie medyczne.

– Człowiek orkiestra – mruknęła, widząc, jakie zainteresowania ma Diamond.

Pasjami zajmował się strzelectwem, windsurfingiem i jazdą konną, a w wolnych chwilach słuchał i tworzył muzykę z gatunku rap. Próbowała odnaleźć jakieś przecieki dotyczące jego życia prywatnego, ale tych było bardzo mało. Bez wątpienia niespełna trzydziestoletni Diamond King, bo tak miał na nazwisko, co oczywiście bardzo rozbawiło Julkę, był kawalerem, a na wszelkich zdjęciach, z reguły z eventów czy przyjęć, występował albo sam, albo w towarzystwie jakiejś atrakcyjnej, ciemnoskórej jak on kobiety. Mimo to żadna z tych ślicznotek się nie powtarzała, co mogło wskazywać na ulotność wzajemnej relacji.

– Dobra. Dość tego. – Julia przez chwilę patrzyła na wizytówkę, zastanawiając się, czy ją zachować, czy może potargać na małe kawałeczki i wrzucić do pierwszego lepszego kubła. W końcu zdecydowała i wizytówka trafiła do kieszonki portfela.

Nagle jej telefon cicho zawibrował. Natychmiast odebrała.

– I gdzie ty jesteś? – Głos Majki nie brzmiał przyjaźnie.

– A wy?

– A my? – przedrzeźniła jej ton. – A my pod oceanarium.

– Jezu. – Dopiero teraz spostrzegła, że minęła umówiona godzina. – Już tam pędzę.

– Nie mam słów.

– Sorki.

Julka wypadła z kawiarni i spóźniona pobiegła w stronę oceanarium, nie mając pojęcia, że jej przygoda z Diamondem Kingiem – i nie tylko z nim – wcale się nie skończyła.

***

Oceanarium było świetne. Gdzie temu gdyńskiemu do tego miejsca. Nie dość, że mieściło się w przepięknym zabytkowym budynku, to jeszcze posiadało imponujące okazy. Dziewczyny miały szczęście trafić na karmienie małych rekinów i już to wprawiło je w zachwyt. Zrobiły mnóstwo zdjęć, a Majka nakręciła długaśny filmik z rybkami nemo, który później próbowała bezskutecznie wstawić na Facebooka. Opuściły oceanarium po kilku godzinach i zmęczone wracały przepiękną Avenue Saint Martin, podziwiając urocze wille po drugiej stronie jezdni – wszystkie te domy wyglądały jak z bajki i były otoczone prawdziwym morzem kwiatów pnących się po idealnie czystych elewacjach.

– Nawet chodnik jest nie z tego świata. – Majka nie potrafiła się nadziwić, że ktoś wykonał go z lśniących płytek klinkieru. – Tu jest jak w raju!

– O tak. Monako jest prześliczne – zgodziła się z nimi Iga.

Tylko ona była tu wcześniej, i to kilka razy. Siostra jej babki, ciocia Maria, mieszkała w niedalekim Saint-Laurent od ponad trzydziestu lat. Wyszła za mąż za Francuza, swojego rówieśnika, i we dwójkę żyli sobie spokojnie w pobliżu tego rajskiego zakątka. Niestety, ciocia Maria owdowiała kilkanaście lat temu. Odtąd przez cały lipiec wynajmowała swój mały domek rozlicznej rodzinie z Polski, a sama odwiedzała w tym czasie młodszego brata, mieszkającego w rodzinnym Poznaniu. Tylko dlatego stać było Igę i jej rodziców na takie wyjazdy i coroczny pobyt na Lazurowym Wybrzeżu. Ciotka nie pobierała żadnych opłat, nigdy by się nie zgodziła nawet na jedno euro zapłaty, przeciwnie – zostawiała dom z dobrze zaopatrzoną spiżarnią i lodówką, by przyjezdni z Polski mogli od razu poczuć jej gościnność. Iga dla odmiany postanowiła w tym roku przyjechać tu bez rodziców, za to z przyjaciółkami. Trochę się obawiała, zwłaszcza długiej trasy, ale wszystko, przynajmniej na razie, było w porządku.

– Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tu dziesięć dni. – Majka szła, rozglądając się wokół. – Kiedy to minęło? Jeszcze trzy i musimy się pakować. Szkoda.

– Uhm. Bardzo – odezwała się cicho Julka.

Ona też była tu pierwszy raz, bo podobnie jak Majkę i Igę nie stać ją było na takie wczasy, rodziny za granicą nie miała, a już w takim pięknym i drogim miejscu? Iga była prawdziwą szczęściarą.

– To co? Jutro ogród egzotyczny i jaskinia? – Majka przypomniała o jeszcze niezrealizowanym punkcie programu. – Czy plaża?

– Plaża – odpowiedziała natychmiast Julia i zerknęła na idącą po lewej stronie Igę.

– Nie. Błagam. Jestem czerwona jak rak. – Biedna Iga jako jedyna nie mogła prawie wcale plażować. Ze swoimi rudymi włosami, bladą piegowatą cerą i najbardziej wrażliwym na słońce fototypem musiała uważać. – Zostanę w domu, ale wy, jak chcecie, idźcie.

– Okej – zgodziła się Majka. – Niech będzie jutro plaża, choć w sumie wolałabym tu przyjechać.

– Plaża, proszę. A ogród możemy zostawić na pojutrze.

– Jak chcesz. – Nieco zdziwiona przyjęła słowa Julki, wśród nich największej i najbardziej zagorzałej miłośniczki zwiedzania.

Uszły kilka metrów, gdy nagle zza zakrętu wyłonił się biały samochód. Już z daleka widziały, że to kabriolet, i to bardzo wypasiony kabriolet, a za kierownicą siedzi ciemnoskóry mężczyzna. Przejechał obok nich niezbyt szybko. Majka dałaby głowę, że na ich widok wyraźnie zwolnił, a już na pewno nie miała żadnych wątpliwości co do zachowania kierowcy. Nie tylko obrócił głowę w ich stronę, ale też machnął im ręką i wykrzyknął coś, co brzmiało jak „helołpolszka”.

– Widziałyście?! – Majka stanęła jak wryta.

– Ale co? – wykrztusiła z trudem Julia, modląc się, żeby Diamond, bo właśnie to on siedział za kierownicą białego porsche, nie zawrócił.

– Jaki koleś! I jaki wózek! Jezu! – Majka chwyciła się za serce i wniosła wzrok ku niebu. – Jak babcię kocham, co za widok! Chcę tego gościa na zawsze. Chcę jego, jego furę i dom, który na pewno tu ma. – Mogła mieć rację, wszak znajdowały się w dzielnicy willowej Monako, a pokonywana przez nie droga wiodła wzdłuż ulicy z zakazem jazdy dla wszystkich poza garstką szczęśliwców mających tutaj domy. – Jakie ciacho... – jęknęła, próbując dostrzec go w oddali, niestety samochód zniknął za kolejnym zakrętem.

– Niezły był – potwierdziła Iga. – Ale oni wszyscy tutaj jeżdżą takimi furami, że szczęka opada.

– Ale ten był nieziemski. I Murzyn. Mniam! Ale musi być słodki. – Majka nadal przeżywała. – Słyszałyście, co krzyknął? – spytała, gdy ledwie ruszyły z miejsca.

– Nie. Ja nic nie słyszałam. – Julka poczuła, jak wzdłuż kręgosłupa spływa jej kropla potu. Najchętniej kazałaby dziewczynom przyspieszyć i skryć się gdzieś w jednej z monakijskich kawiarenek, a tak w ogóle to chciałaby jak najszybciej stąd wyjechać pierwszą złapaną taksówką.

– Na pewno krzyknął „halo”. – Majka zmarszczyła czoło. – Ale coś jeszcze. Polska? To możliwe, że krzyknął Polska? – Spojrzała na milczącą Julię. – Słyszałaś?

– Nic nie słyszałam. Chodźcie szybciej. Okropnie chce mi się siku.

Ku jej uldze już nie natrafiły na „nieziemskiego Murzyna” i w spokoju wróciły do miasteczka. Nazajutrz, zgodnie z umową, Iga została w domu, szczęśliwa, bo wreszcie mogła coś przeczytać, a nie tylko łazić po świecie i oddawać się nielubianemu „plażingowi”. Julka z Majką zabrały ręczniki i poszły się opalać.

– Tak sobie myślę... – zagaiła Majka, wyjmując z torby szczotkę.

– Co sobie myślisz?

– Zasadniczo nie wiem, co mam myśleć. – Zdjęła gumkę i zaczęła rozczesywać długie pasma ciemnobrązowych włosów. – O tobie.

– O mnie? – zdziwiła się Julka. – Ale o co ci chodzi?

– O wczoraj. Coś jest na rzeczy.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Julka zerknęła z niepokojem na przyjaciółkę.

– Najpierw dzwonisz spanikowana i każesz nam natychmiast przyjechać do Monako. Potem się spóźniasz, a wisienka na torcie to spotkanie z tym kolesiem.

– Z jakim kolesiem?

– Nie udawaj głupiej. Obserwowałam cię. Zbielałaś na gębie jak twarożek bieluch. Coś zaszło między wami? Znasz go?

– Skąd taki pomysł? – Julia prychnęła. – Skąd mam znać jakiegoś Murzyna w porszaku? Dobrze się czujesz?

– Doskonale. W przeciwieństwie do ciebie. – Majka wskazała brodą na jej dłoń międlącą nerwowo róg ręcznika. – Znam cię, koleżanko, i wiem, kiedy coś ukrywasz. Więc?

– Zaczepił mnie w kawiarni – odpowiedziała po dłuższym namyśle Julia. Drgnęła nerwowo, bo ledwie się przyznała, a Majka wykrzyknęła:

– Mam cię! – Wrzuciła szczotkę do torby i wlepiła w przyjaciółkę świdrujący wzrok. – Opowiadaj.

– Nie ma nic do opowiadania. – Julia już żałowała, że nie potrafiła się powstrzymać przed chlapnięciem prawdy. – Siedziałam w kawiarni, zaraz po zmianie warty pod pałacem, a on się przysiadł, bo nie było wolnych miejsc. Chwilę pogadaliśmy i tyle.

– Stąd wie, że jesteś Polką?

– Tak.

– I dlatego krzyknął do nas „heloł Polska”?

– Prawdopodobnie mnie poznał.

– Wszystko jasne – stwierdziła Majka z satysfakcją, ale i ukłuciem zazdrości. Że też jej nigdy nie zdarzyła się taka zaczepka! Może to przez blond włosy Julki? Zerkała na nią, rozważając zmianę koloru zaraz po powrocie do Wrocławia, a może nawet tutaj. – I o czym gadaliście?

– Jezu! – jęknęła Julia. – O niczym szczególnym. Przedstawił się, ja też. Trochę mówiliśmy o Polsce i takie tam. – Przewróciła oczami. – Nic ważnego.

– Wiesz, jak się nazywa?

– No pewnie. Diamond.

– Diamond? – Majka wybałuszyła oczy. – Co za idiotyczne imię.

– Prawda? – Julia nadal nie traciła czujności, widząc, że przyjaciółka tak łatwo i prędko nie odpuści. – Powiedział, że to kobiece imię, ale podobało się jego matce.

– A nazwisko?

– Nie wiem. Mojego też mu nie zdradziłam.

– A co tu robi?

– Nie mam pojęcia.

– Mieszka w Monako?

– Jezu, nie wiem. – Julka się zniecierpliwiła. – Nie wiem, co tu robi, czy tu mieszka i tak dalej. Raczej nie mieszka, przecież jest Amerykaninem. Zaczepił mnie, bo nie było wolnych miejsc w kawiarni, a stoliczek, przy którym siedzieliśmy, był taki. – Pokazała rękami, jaką niewielką miał średnicę. – Gdy siedzisz nos w nos z kimś, ciężko zachować dystans.

– Oj, nie wkurzaj się tak. – Majka potrząsnęła głową, czując, że Julka nie do końca jest z nią szczera, a rozmowa między nią a tajemniczym Diamondem na pewno nie skończyła się na wymianie uwag o Polsce.

– Jak mam się nie denerwować, skoro poddajesz mnie przesłuchaniu? – fuknęła najeżona Julia.

– Nie uważasz, że trochę to dziwne z twojej strony, że nic nam nie powiedziałaś? Podejrzane?

– Wiesz co? Mam dość. – Julia wstała, a raczej zerwała się z ręcznika, i spojrzała w stronę morza. – Idę popływać.

– Idź.

Majka westchnęła ciężko, nie mając już nawet cienia wątpliwości, że coś się wydarzyło między jej przyjaciółką a ciemnoskórym właścicielem porsche. Tylko co?

ROZDZIAŁ 2

Włosy Julii jeszcze nie przestały pachnieć wiatrem wiejącym znad obsadzonych różami i lawendą wzgórz Marsylii, a już dopadła ją szara polska rzeczywistość. Dziewczyna wróciła późną nocą, a w południe, gdy wstała i poszła do kuchni, by porządnie przywitać się z mamą, bo w nocy nie było czasu na rozmowy, zastała ją siedzącą przy stole, ze wzrokiem tępo wbitym w blat.

– Mamuś? – Podeszła i ucałowała ją w głowę.

– Julcia. Jak dobrze, że już jesteś.

„Jestem już od kilku godzin”.

– Coś się stało?

– Nie, nic. – Teresa natychmiast uciekła spojrzeniem.

– Przecież widzę.

– Nieważne. Na pewno jesteś głodna, zrobię ci śniadanie. A może zjesz obiad? Jest pomidorowa, wczoraj zrobiłam.

– Zjem wszystko, ale najpierw powiedz, co się stało.

– Dostałam wiadomość od mecenas Pawlik.

– Jaką? – Julka natychmiast przysiadła na taborecie tuż obok matki.

Czuła, że to nie będą dobre wieści. Nazwisko Pawlik kojarzyło się jej tylko z jednym: z kłopotami. Pani adwokat broniła ojca Julii jako obrońca z urzędu i nadal nadzorowała jego sprawy.

– Twój ojciec za osiem miesięcy wychodzi.

– Co?! – Julkę aż zatchnęło. – Miał wyjść za trzy lata!

– Za dwa i pół – sprostowała Teresa. – Wypuszczają go wcześniej. Za dobre sprawowanie – szepnęła z goryczą pod nosem.

– Chwileczkę. – Do Julki nie docierała prawda. – Jak to wcześniej? To znaczy kiedy dokładnie? – Jej głos zabrzmiał piskliwie, niczym u chłopca przechodzącego mutację.

– Wychodzi w marcu. Albo kwietniu. Nie pamiętam. – Teresa wyjęła chusteczkę z kieszonki dżinsów i wydmuchała nos.

– No to niech wychodzi. Wzięłaś z nim rozwód. Niech sobie wychodzi i idzie, dokąd chce. Byle nie wracał tutaj.

– Czyli gdzie? Gdzie się podzieje jeśli nie tutaj? – Teresa odwróciła głowę, by spojrzeć w kuchenne okno przysłonięte gęstą szyfonową firanką. – Toż to jego dom, jego ojcowizna. My obie nie mamy tu żadnych praw. No może ty, bo jesteś jego córką, ale ja? Była żona?

– Już dawno powinnaś była dopisać się do majątku.

– Przestań. Raz, że już za późno i twoi dziadkowie nie mogą tego zrobić, a dwa, że nawet gdyby Bogdan dopisał mnie jako współwłaścicielkę, co by to dało? To. Jego. Dom. – Każde słowo brzmiało jak strzał z pistoletu. Trzask, trzask, trzask. Jak uderzenie w twarz z otwartej dłoni, które tak często spadało na Teresę, gdy jej mąż miał zły humor. A miał go prawie codziennie. – Nie mam prawa tu mieszkać.

– Masz.

– Owszem, mam jako twój opiekun prawny. Tymczasowo. Gdy ojciec wróci, będę musiała stąd zniknąć.

– Jeśli myślisz, że będę mieszkać sama z tatą... – Julce głos uwiązł w gardle. Zerwała się z krzesła i podbiegła do okna. Postała tam może sekundę i wróciła, by bezradnie opaść z powrotem na taboret. – Nie będę mieszkać z tym... z tym... – Brakowało jej słów. – Nie będę i już!

– Też tego nie chcę – wykrztusiła z trudem Teresa.

Wprawdzie Bogdan nigdy, przenigdy nie podniósł ręki na córkę, nawet nie krzyknął na małą, a pretensje i poszturchiwania żony zdarzały się wyłącznie, gdy byli ze sobą sam na sam, mimo to Julia świetnie zdawała sobie sprawę, co dzieje się w domu podczas jej nieobecności; im była starsza, tym bardziej. Nie dało się wytłumaczyć nieszczęśliwym przypadkiem każdego sińca czy otarcia, pojawiających się co chwilę a to na szyi mamy, a to pod okiem. Teresa kryła swojego oprawcę, najpierw przed teściami i córką, później tylko przed tą ostatnią, ale po pewnym czasie wszyscy domownicy wiedzieli o wyczynach Bogusia. To jego matka namawiała synową, by wreszcie zgłosiła to na policję, ale Teresa wytrzymywała. Dlaczego? Bo Boguś był dobrym ojcem. A przynajmniej tak się jej zdawało.

– Nie będę mieszkać z tatą. Nie spędzę tu z nim ani jednego dnia. Rozumiesz? – Julka kolejny raz wstała, żeby podejść do kuchenki. Nastawiła pełny czajnik, odkręciła gaz i wsparta pośladkami o blat szafki, patrzyła na zupełnie bezbronną i jeszcze bardziej bezradną mamę. Wszystko w niej krzyczało, gdy pomyślała, że ojciec znów zacznie się nad nią znęcać. A teraz dopiero będzie miał powody, wszak mama wzięła z nim rozwód. Zaraz po zaocznym ogłoszeniu wyroku zadzwonił do domu i odgrażał się, że kiedy skończy odsiadkę, policzy się z Tereską i pokaże jej, co to znaczy porzucać męża. – Mamo...

– Tak?

– Nic się nie da zrobić?

– A co?

– Nie wiem. Ta mecenaska nic nie poradzi? Nie ufam jej.

– Wiesz dobrze, że Pawlikowa gra z nami do jednej bramki.

– Niby tak, ale nie do końca. Skoro go wypuszczają wcześniej, może coś zawaliła.

– Przypominam, to jest obrońca taty, nie oskarżyciel.

– No wiem, ale sama mówiłaś, że trzyma naszą stronę.

– Właśnie dlatego mnie uprzedziła. Sprawa wraca do rozpatrzenia, a Pawlikowa mówi, że Bogdan ma spore szanse wyjść już na wiosnę. – Wyglądała żałośnie, bardziej zgarbiona niż zwykle i z zagubieniem w poczerwieniałych oczach.

– Szansę, a nie pewność.

– Dużą szansę. – Teresa głęboko westchnęła i wsparła głowę o zimną powierzchnię płytek, którymi wyłożono ściany kuchni. – Mówiła, że Bogdan przeszedł terapię. Bierze leki i ponoć jego problemy są nieco mniejsze, ale i tak...

– I tak się boisz – dokończyła za nią córka.

– Pomyślałam, że zniknę mu z oczu. Ta psychoza nie dotyczy dzieci czy kogokolwiek poza żoną. Może twój ojciec...

– Nie mów tak o nim, to nie jest mój ojciec. Nie po tym, co ci zrobił. Zresztą nigdy nie był moim ojcem. – Nawiązała do pogmatwanej historii życia matki. – Przysposobił mnie, dał swoje nazwisko, utrzymywał, ale to nie wystarczy, żeby być ojcem. Kiedyś myślałam, że mam super tatę. Kiedyś. – Julka zacisnęła wargi, aż pobielały.

– Czasami myślę, że psychoza Bogdana wzięła się właśnie z tego powodu.

– Z jakiego?

– Że nie jesteś jego biologiczną córką.

– Mamo, daj spokój. Tata doskonale wiedział, że masz dziecko. Gdy się pobraliście, miałam trzy lata. Trzy – powtórzyła dobitnie. – Chyba nie sądził, że przyniósł mnie bocian? Nie tłumacz go. To jest choroba, ale nie wszystko da się nią usprawiedliwić. – Julka naczytała się o zespole Otella aż nadto i nie potrafiła pojąć, czemu matka tak uparcie próbuje bronić byłego męża. – To nie ma żadnego znaczenia. Tata od zawsze taki był. Sama opowiadałaś, że w czasie wesela zrobił ci scenę, bo zatańczyłaś ze starostą i z jakimś wujkiem. Z wujkiem, czyli z krewnym. – Wzniosła do góry ręce. – Zresztą psycholożka mówiła, że to dotyka różnych mężczyzn. Bezdzietnych i kawalerów, którzy jeszcze się nie oświadczyli. Po prostu. Odbiło mu i tyle.

– Przecież się leczy.

– W więzieniu? – Julka potrząsnęła głową. – Już to widzę. W najlepszym razie dają mu leki. Ciekawe, czy je bierze.

– Wierzę, że tak. Czasami próbuję zrozumieć, dlaczego się z nim związałam. Myślę, że czułam się bardzo samotna, mimo że miałam ciebie; bez nadziei, że ułożę sobie życie i znów nie wydarzy się coś okropnego, jak śmierć twojego prawdziwego taty. Zakochałam się jak idiotka w pierwszym lepszym facecie, który był zaradny, przystojny, okazywał mi dobroć i zainteresowanie, a przede wszystkim zapewnił poczucie bezpieczeństwa. Pozorne oczywiście. Jestem ciekawa, czy Bogdan zdawał sobie sprawę, że wystarczyło rzucić mi jakiś ochłap, a ja od razu jadłam z ręki. Zmanipulował mnie, omamił. Schlebiały mi jego zazdrość i zaborczość. Niepojęte, jak mogłam tak koncertowo spieprzyć sobie życie.

– To on wszystko zepsuł. Nie ty. Zamiast gadać o moich wakacjach, rozmawiamy o nim. Nie chcę tak.

– Ja też nie chcę. – Teresa zatrzymała na córce zmęczone spojrzenie.

– Więc trzeba coś z tym zrobić. Stop! – Julia wyciągnęła przed siebie wyprostowaną dłoń. – Stop. Nic nie mów. Później o tym pogadamy.

– Dobrze.

– Dostanę wreszcie coś do jedzenia?

***

Julia nie mogła przeboleć, że jej ukochana mama nie je, nie śpi, nie rozmawia. Bez słowa wychodziła do pracy i tak samo w milczeniu z niej wracała. Kiedyś było inaczej. Frunęła do firmy jak na skrzydłach. Od lat pracowała w biurze rachunkowym w centrum Wrocławia, była ceniona za swoją fachowość i szybkość. Teraz, gdy dowiedziała się, że Bogdan wychodzi, wszystko na powrót w niej zgasło. Na nic zdała się prawie roczna psychoterapia, którą zaczęła wkrótce po osadzeniu męża. Poczucie obezwładniającego zagrożenia znów na nią spadło i nie pozwalało normalnie funkcjonować, a była przecież nadal młodą i atrakcyjną kobietą, mogącą cieszyć się życiem, a może nawet związać się z kimś innym? Chociaż to ostatnie ani jej było w głowie.

Jeśli Teresa sądziła, że będzie tylko gorzej, a gdy nieubłaganie nadejdzie marzec, jej życie zmieni się w koszmar, była w błędzie. Oczywiście próbowała szukać pomocy. Odwiedziła kilku prawników, poszła do fundacji opiekującej się ofiarami przemocy, zaprosiła dzielnicowego, świetnie znającego sytuację Rumianków, a zwłaszcza historię mało szczytnych dokonań Bogdana Rumianka, ale to wszystko traciło znaczenie w obliczu jej myśli, koszmarnych snów i coraz mocniej ogarniającej paniki.

I kiedy zaczął się sierpień, a ona już prawie straciła nadzieję, że powstrzyma czas, Julia poprosiła ją o rozmowę.

O ich nowym miejscu na ziemi...

***

Czy Julia miała wątpliwości? A kto by ich nie miał w takiej sytuacji? Przede wszystkim obawiała się, że temat, o ile w ogóle był jakiś temat, już dawno stał się nieaktualny. Niezliczoną ilość razy dziewczyna wklepywała numer Diamonda do telefonu i błyskawicznie go kasowała, jakby sam fakt wpisania szeregu cyferek mógł cokolwiek sprawić. W końcu się odważyła. Poczekała, aż mama wyjdzie do pracy, i nie myśląc zupełnie o ewentualnej różnicy czasowej, zadzwoniła do Diamonda. Zanim odebrał, czuła, że jej serce zastygło, ale gdy usłyszała jego głos, dziwnie obcy i ochrypły, skoczyło do galopu jak oszalałe.

– Halo. – Skupiła się, żeby mówić po angielsku, ale o dyskrecji kompletnie zapomniała. – Tu Julia Rumianek – przedstawiła się bezwiednie pełnym imieniem i nazwiskiem. – Czy rozmawiam z panem Diamondem Kingiem?

– Tak, przy telefonie.

– Nie wiem, czy mnie pamiętasz. Poznałeś mnie w Monako. – Zacisnęła mocniej palce na obudowie telefonu. – Julia z Polski.

– A! Panna Juliette? – Wyraźnie się ucieszył.

– Tak, to ja.

– I co u ciebie słychać?

– W porządku, dziękuję.

– Mam twój numer. – Zaśmiał się głośno. – Chyba że to numer kogoś innego.

– Mój.

– Mam spytać, czemu dzwonisz? Wiesz, która godzina?

Speszyła się okropnie. Usłyszała w tle coś podobnego do szelestu pościeli, a później odgłos gołych stóp wybijających niezbyt głośne, ale wyraźne kroki na posadzce.

– Trzecia w nocy. Obudziłaś mnie.

– Przepraszam. Jesteś w Stanach?

– A gdzie mam być?

– Nie wiem. W Monako?

– Nie jestem w Monako. Czemu dzwonisz?

– Chciałam z tobą porozmawiać.

– Oryginalny pomysł. Zważywszy na porę – dodał znaczącym tonem.

– Przepraszam. – Julia westchnęła, myśląc, że ten telefon to idiotyzm. – To nie będę ci przeszkadzać, śpij dalej.

– Hej, hej! Poczekaj! I tak już nie śpię. O co ci chodzi? Bo na pewno o coś ci chodzi, prawda?

– Czy tamta oferta jest aktualna? – Julia zacisnęła powieki w oczekiwaniu na odpowiedź.

– Tamta oferta?

– Wiesz która – wymamrotała, zawstydzona, że prawie nie mogła mówić.

– Ach, tamta?

Prawie widziała, jak Diamond wyszczerza swoje idealne filmowe uzębienie.

– Tamta owszem. A co? Zmieniłaś zdanie?

– A jeśli tak?

– Nie znając szczegółów? – Ewidentnie się z nią droczył.

– Wystarczą mi te, które zdradziłeś.

– Wychodzi na to, że powinniśmy poważnie pogadać. – W końcu się nad nią zlitował. – To kiedy?

– Kiedy co?

– Kiedy się spotkamy?

– A musimy?

– He, he, dziewczyno, naprawdę jesteś zabawna, tylko dlatego ci wybaczam. Pobudkę – dodał wyjaśniająco.

– Dobrze, spotkam się z tobą.

– Zapraszam. Mam całkiem niezły apartament, blisko Central Parku, więc powinno ci się podobać. Wprawdzie nie gościłem tu żadnej Polki, ale moje dotychczasowe przyjaciółki nie narzekały.

„On sika?!” – oburzyła się w duchu Julia. Zdobyła pewność, że właściwie zinterpretowała charakterystyczny odgłos, gdy po chwili dotarł do niej głośny szum spuszczanej wody. „Co za chamidło!”

– Nie przyjadę do ciebie! – fuknęła wkurzona.

– Nie przyjedziesz – zgodził się bez wahania. – Na razie to nierealne, ale możesz przylecieć.

– Nie ma mowy.

– To mamy problem – mruknął.

– Wiesz co? Byłam głupia, że do ciebie zadzwoniłam. Cześć.

Rzuciła aparat na blat stołu i zakryła dłońmi twarz. Czuła się okropnie. Teraz Diamond znał numer jej telefonu, a ona wyszła na kompletną kretynkę. Upokorzył ją i potraktował jak dziwkę na zamówienie.

– Idiotka! – Uderzyła pięściami w skronie. Już miała wstać, żeby pójść wziąć lodowaty prysznic, gdy telefon cicho zabrzęczał.

Podaj datę, godzinę i miejsce. Przylecę do Polski. Diamond.

***

„Powiedzieć Majce? Nie powiedzieć?” – Julka miotała się od ściany do ściany. Na szóstą umówiła się z Diamondem w kawiarni i była pełna obaw. Wszelakich. Po pierwsze, czy Diamond w ogóle się pojawi, po drugie, czy na pewno jego oferta nie była żartem, a po trzecie, po piąte i po pięćdziesiąte...

Nie mogła pogadać z mamą, bo ta nawet nie chciała o tym słyszeć. Wstępnie wprowadzona w temat, złożyła dłonie jak do modlitwy, wytrzeszczyła oczy i wygłosiła kilkuminutową pogadankę o wszelakich zagrożeniach czyhających na dziewiętnastolatki. „Nie słyszałam tych bzdur!” Pokręciła głową i to było na tyle w kwestii jej stanowiska.

– Powiem! – Julia podjęła decyzję. Dotychczas dzieliły się z Majką wszystkimi sekretami. Znały się od dzieciństwa, mieszkały przy tej samej ulicy, dom naprzeciw domu, furtka w furtkę. Razem siedziały w ławce, skończyły to samo liceum i dopiero teraz ich drogi się rozeszły, bo Majka wybrała informatykę, a Julia studiowała anglistykę. – Dzwonić? Nie dzwonić? – Siedziała, obracając w dłoni telefon. W końcu wybrała numer przyjaciółki.

Dwie minuty później głośno trzasnęła bramka, a chwilę potem Majka wbiegła po schodach na piętro domu Julki.

– Co jest?

– No właśnie nie wiem. – Stropiona gospodyni wskazała jej miejsce, jakby nie wiedziała, że Majka zawsze rozwala się na łóżku. – Posłuchaj, mam problem.

– Widzę.

– Umówiłam się na spotkanie.

– Łał. Randka? Kim jesteś i co zrobiłaś z moją kumpelą, czarownico? – Przyjaciółka zachichotała.

– Żadna randka. Bardziej spotkanie dotyczące pracy.

– Szkoda. – Majka wydęła usta. – Co za problem?

Julia przysiadła na brzegu materaca, wzięła kilka głębokich wdechów i wykrztusiła, czując, że oblewa się rumieńcem po cebulki świeżo umytych włosów.

– Pamiętasz tego faceta, który jechał białym kabrioletem w Monako?

– Nie mów!

– Mówię.

– Umówiłaś się z NIM?! – pisnęła przyjaciółka Julii. – Ale jak? Gdzie? Kiedy? No mówże! – Podskoczyła na łóżku.

– Dzisiaj, o szóstej. W kawiarni.

– Nie! To się nie dzieje naprawdę. Takie rzeczy się nie zdarzają! – Majka przytknęła dłoń do serca. – To niemożliwe. – Patrzyła na przyjaciółkę z mieszaniną podziwu i niedowierzania.

– Bardzo możliwe, że niemożliwe i Diamond nie przyjdzie – wyjaśniła Julia.

– Przyjdzie? Mówiłaś, że on mieszka w Stanach. I specjalnie fatyguje się przez pół świata, żeby się z tobą spotkać w kawiarni?

– Głupie, no nie? – Julia zachichotała nerwowo. – Czyli okej, nie było tematu. Nigdzie nie idę.

– Czekaj. Jak to nie idziesz? A jak on przyleci? Nie rób jaj. Koleś jest z Ameryki, nie z Ząbkowic Śląskich. Daj mu szansę. W najgorszym wypadku na pocieszenie zjesz bezę z kremem i wrócisz.

– Czyli jednak powinnam pójść?

– Co za głupie pytanie. A tak w ogóle po co on się z tobą spotyka?

– Mówiłam. W sprawie pracy.

– Nie żebym ci zazdrościła czy coś... – zagaiła niezbyt szczerze Majka, bo tak naprawdę aż ją skręcało w dołku – ale wiesz, to może być jakaś ściema. Podpucha. Tyle się słyszy o różnych sytuacjach, porwaniach, sprzedaży do agencji towarzyskich, ewentualnie na organy i tak dalej. Co to za praca?

– Nie wiem, czy można nazwać to pracą. – Julia przygryzła kącik ust.

– Jak nie praca, to co?

– Majuś, nie gniewaj się, ale powiem ci później, okej?

– Ej! – Majka szturchnęła ją palcem w brzuch. – Tak się nie robi. Mów, co masz do powiedzenia, albo się wkurzę.

– Trudno. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Powiem ci po spotkaniu. – „O ile do niego dojdzie” – pomyślała. – Sorry. Jestem głupia, niepotrzebnie cię fatygowałam.

– Jak chcesz. – Majka przymrużyła oczy. – Słyszałam, że twój staruszek wraca. Znów się zacznie. Biedna ta twoja mama.

Oj! Celny cios! Jeśli chciała dokuczyć Julii, udało się jej znakomicie. Dziewczyna natychmiast pobladła, a jej spojrzenie, jeszcze przed chwilą pełne ekscytacji, zgasło niczym zdmuchnięty płomień świecy.

– Wraca – potaknęła Julia. – Skąd wiesz?

– Twoja mama mówiła mojej.

– Miał wyjść za dwa i pół roku.

– Wychodzi w marcu?

– Jakoś tak. – Julia zebrała w sobie siły, żeby podnieść się z łóżka. – Muszę ugotować obiad, a potem... – Dała Majce do zrozumienia, że koniec rozmowy.

– Przepraszam. Niepotrzebnie o tym wspomniałam. Nie gniewaj się.

– Nie gniewam się. Takie są fakty. On wraca. – Julia podeszła do okna, wsparła brzuch o parapet i mrużąc oczy, spojrzała na zalane słońcem podwórko. Lubiła to miejsce, a potem przestała lubić, gdy rodzice ojca, zwłaszcza ukochana babcia Gienia, odeszli. Wtedy zaczęła się prawdziwa jatka. Ojciec bił matkę prawie codziennie, aż w końcu wylądowała w szpitalu z pęknięciem podstawy czaszki i ze złamaną ręką. – Nasz kat wraca.

„Właśnie dlatego my musimy stąd uciec” – pomyślała twardo.

– Może z tobą pójdę? – Majka też wstała i po chwili dołączyła do Julii. – Pójdę z tobą jako wsparcie do tej kawiarni. Usiądę gdzieś z boku i będę was obserwować.

– A po co? – Julia jeszcze czuła ból w sercu po ciosie, który padł z ust niefrasobliwej przyjaciółki. – Poradzę sobie. – „To nie mój agresywny ojciec, tylko wyrośnięty amerykański chłopiec, któremu się udało” – westchnęła z goryczą w duszy.

– Gdzie się umówiliście?

Już miała odpowiedzieć, że w Dwóch Małpach, ale ugryzła się w język. Podskórnie wyczuwała, że Majka nie do końca jej sprzyja. „Ciekawe, czemu mi dokuczyła” – zachodziła w głowę, bo nigdy wcześniej przyjaciółka nie pozwalała sobie otwarcie na takie teksty.

– Jeszcze nie wiem. Zgadamy się przed spotkaniem – wybrnęła, nadal patrząc tępo na wybrukowany podjazd. – Mam zadzwonić o piątej i podać mu adres.

– To wiesz, możesz do mnie tyrknąć i...

– Nie trzeba, dzięki. Ogarnę, nie musisz się martwić. – Julia obróciła głowę, by spojrzeć na Majkę. Rozczarowanie jej postawą nie odpuszczało.

– To ja lecę. Jeszcze raz sorki.

– Nic się nie stało – skłamała gładko. – To ja przepraszam, że zadzwoniłam. – Nie wierzyła, że toczą między sobą taką drętwą gadkę. Nigdy wcześniej tak nie bywało.

– Oki. Spadam.

– Pa.

***

Julia żałowała, że nie poprosiła Majkę o radę. „Co mam założyć?” Wyciągała z szafy kolejne ciuchy. W końcu zdecydowała się na białą dziewczęcą sukienkę, haftowaną w bukieciki niezapominajek. Wymknęła się z domu przed powrotem matki. Zostawiła krótki list przypięty magnesem do lodówki i uciekła jak złodziej. Pałętała się bez celu po mieście i gdy nadeszła umówiona godzina, aż z niej parowało. Niestety, nie mogła już zawrócić, zwłaszcza gdy spocona i na nogach jak z waty przekroczyła próg kawiarni i prawie od razu dostrzegła czekającego na nią Diamonda.

On też natychmiast ją zauważył. Rozciągnął usta w uśmiechu, wstał, zapiął marynarkę i podszedł ku drzwiom.

– Cześć.

– Cześć.

– Bałaś się, że cię wystawię?

– To raczej ty mógłbyś mieć więcej powodów do obaw – odpowiedziała, czując, że jej gardło jest suche jak pieprz.

– Większe ryzyko? – Puścił jej oczko. – Lubię czasami odwiedzić Stary Kontynent, choć fakt, byłem tu niedawno.

– We Wrocławiu? – zażartowała, gdy prowadził ją do stolika.

– W Europie.

Na szczęście Diamond wybrał najbardziej ustronne miejsce w kawiarni, więc prawie nikt im nie przeszkadzał ciekawskimi spojrzeniami, które siłą rzeczy wysoki przystojniak przyciągał jak magnes.

– Wyglądasz inaczej niż wtedy – stwierdziła Julia i prawie natychmiast skrępowana zacisnęła wargi, aż pobielały.

– Tak? – Przeczesał tygodniowy odrost na głowie. – Opalenizna zlazła?

– Nie. – Zaśmiała się, choć wcale nie było jej do śmiechu. Jeszcze nie minął stres związany z obawą, że Diamond nie przyjdzie na spotkanie.

Naprawdę wyglądał inaczej. Przede wszystkim uderzyło ją to, że wybrał znacznie bardziej oficjalny strój niż w dniu ich poznania. Założył garnitur! „W takie ciepło?!” Nie mogła uwierzyć, że Amerykanin nie spływa potem, tym bardziej że prócz idealnie dopasowanego grafitowego garniaka miał na sobie koszulę i krawat: piękny, jedwabny, o jasnym srebrno-perłowym odcieniu.

– Ale się odstawiłeś.

– Ty też. Ślicznie. – Bezwstydnie taksował ją wzrokiem. – Dobrze ci w sukienkach. Masz niezłe nogi.

– Rentgen w oczach? – Wskazała brodą na drewniany blat kawiarnianego stolika.

– Nie, dobra pamięć. – Znów mrugnął porozumiewawczo.

Chciała zripostować, ale podeszła do nich kelnerka. Zamówili: on ulubioną mrożoną kawę, a Julia wodę bez gazu.

– Jak podróż?

– Doskonale. A twoja?

– Ja? Przecież ja tu mieszkam. Niedaleko.

– Jeszcze nie poznałem twojego nazwiska.

– Poznałeś. Rumianek.

– Coś oznacza?

Przez chwilę tłumaczyła, a nawet pokazała mu zdjęcie rośliny.

– Kwiatuszek? Księżniczka Daisy? – zażartował, patrząc w ekranik telefonu.

– To nie stokrotka. Rumianek. Nie mam pojęcia, jak brzmi po angielsku.

– Okej, panno Juliette. Będę niegrzeczny, gdy spytam o twój wiek? – Diamond wsunął rurkę do kawy, którą przed chwilą mu podano, i pociągnął łyk zimnego napoju.

– Dziewiętnaście lat.

– Zazdroszczę. Kiedy to było? – spytał z udawaną melancholią.

– Dziesięć lat temu.

– O! Panna Juliette mnie sprawdziła? – Kilka razy uniósł i opuścił brwi z aprobatą.

– Jestem ostrożna.

– Zauważyłem.

– Tak?

– A co, jeśli nie tobie pierwszej i nie ostatniej złożyłem ofertę?

– Nic. Co ma być? – Julia nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Coś ci pokażę. – Diamond sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął portfel, a stamtąd wizytówkę, ale ta była inna niż dobrze znany Julii biały kartonik z satynowym wykończeniem papieru. Wręczył go zdziwionej dziewczynie i z rozbawieniem patrzył na jej reakcję.

– Maxwell Casey? – przeczytała zdziwiona i podniosła na niego wzrok.

– Myślisz, że jestem naiwny i wręczam komu popadnie prawdziwą wizytówkę?

– To fałszywka? – upewniła się.

– Fałszywe dane, nieistniejący numer telefonu, ale adres mailowy istnieje. Nie chciałabyś czytać tych wiadomości. – Parsknął pod nosem.

– Po co ta konspiracja i czym sobie zasłużyłam na prawdziwą? – Oddała mu wizytówkę.

– Nie każda potencjalna ofiara – pokazał palcami znak cudzysłowu – się nadawała. Dlatego.

– Nadawałam się, ponieważ...

– Jesteś w miarę rozsądna i ostrożna. I nieufna.

– Zawsze sądziłam, że to wada.

– Czasami wada, a czasem zaleta.

– Co teraz? – Julia wzięła głęboki wdech.

– Mam ze sobą umowę.

– Jaką umowę? Nie będę nic podpisywać – zastrzegła od razu.

– Nie oczekuję tego. Chcę, żebyś ją przeczytała, zastanowiła się poważnie, a nawet, jeśli chcesz, skonsultowała z prawnikiem, chociaż od razu uprzedzam, że amerykańskie regulacje prawne dotyczące bycia surogatką istotnie się różnią od europejskich.

– Nie znam się na tym.

– Dlatego proponuję wizytę u prawnika.

– Wtedy wszystko się wyda.

– Nie. Umowa to szkic. Bez danych osobowych. Prócz niej otrzymasz wyczerpujące omówienie każdego punktu, ale lojalnie ostrzegam: nawet ja mam problem z prawidłową interpretacją każdej klauzuli i chyba najlepiej będzie, gdy trochę mi zaufasz i wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia.

– W porządku.

Dobry kwadrans Diamond wprowadzał Julię w główne warunki umowy, a gdy skończył, sięgnął po skórzaną teczkę, leżącą na sąsiednim fotelu.

– Oto dokumenty. – Wyjął sporą i wypchaną kopertę, wręczył dziewczynie i polecił lekturę w domu. – Okropne nudy, ale przeczytaj wszystko.

– Nawet to drobnym maczkiem? – spytała z przekąsem.

– Wszystko jest drobnym maczkiem.

– Nie boisz się... twój boss się nie boi, że...

– Nie będziesz chciała oddać dziecka? – Nachylił się nad stolikiem, by mieć więcej intymności.

– Tak.

– Oczywiście, że Matt i Gabrielle biorą pod uwagę taką sytuację.

– Co wtedy?

– Po to jest umowa.

– Każdą umowę można złamać. – Głos Julii zawibrował obawą.

– Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

– Hm.

– Hm – powtórzył po niej i błysnął zębami. – Myślę, że jesteś bardzo rozsądną, choć młodziutką panienką, to raz. A dwa, jestem prawie pewny, że ostatnio coś się wydarzyło, co skłoniło cię do zmiany decyzji. Mam rację?

– Masz. – Julia znów zagryzła wargę.

– Coś nieoczekiwanego i trudnego, a pieniądze od Matthew i Gaby pozbawią cię tego problemu.

– Mogę o coś spytać?

– Oczywiście, że tak.

– Mówiłeś, że pierwszą transzę, czyli dwadzieścia pięć procent całości, otrzymam czternaście dni po udanym zabiegu, a drugą po narodzinach dziecka. – Julia wzięła głęboki wdech. – Czy moglibyśmy się inaczej umówić?

– Co proponujesz?

– Odwrotną kolejność.

– Cóż. – Diamond znów siorbnął przez rurkę, wyssał ostatni łyczek kawy i odstawił pustą szklankę. – Muszę to skonsultować z Matthew. Teraz ja o coś spytam: czy mogę poznać przyczyny, które skłoniły cię do zmiany decyzji?

– Musimy... muszę kupić mieszkanie. Mam trochę oszczędności. Niewiele. Troszkę ponad dziesięć tysięcy. To byłaby zaliczka, a resztę sumy muszę dostarczyć w ciągu dwunastu miesięcy od wpłaty zadatku. W przeciwnym razie mieszkanie przepadnie. To okazja, bo apartament jest przeceniony.

– Nie orientuję się w cenach nieruchomości we Wrocławiu, ale czy nie mogłabyś poszukać tańszej oferty?

– Mieszkanie jest...

– Tak?

– W innym mieście.

– A ty nie będziesz w nim mieszkać sama – poddał jej.

– Nie.

– Z kim?

– Z mamą.

– Dlaczego twoja matka go nie kupi?

– Nie stać nas, a mama nie dostanie kredytu.

– A potrzebujecie mieszkania, bo...?

– Wolałabym o tym nie mówić. – Julia uciekła wzrokiem przed świdrującym spojrzeniem Diamonda.

– W umowie jest klauzula mówiąca o tym, że musisz nam przedstawić bardzo dokładnie sytuację rodzinną. To samo dotyczy wszelkich zagadnień związanych ze zdrowiem twoim i twojej rodziny.

– A po co? – Zaniepokoiła się. – Mam być tylko wynajętą macicą.

– Owszem, ale zdrowie dziecka zależy również od jakości tej macicy. Od zachowania jej właścicielki podobnie. Chyba nie zaprzeczysz?

Poczuła się jak niewolnica wystawiona na sprzedaż, ale czy miała inne wyjście? Mogła zrezygnować z jedynej szansy? Wzięła głęboki wdech.

– Mój ojciec jest w więzieniu. Skrócono mu wyrok i musimy z mamą opuścić dom. Znęcał się nad mamą, dlatego go wsadzili – powiedziała, patrząc Diamondowi prosto w oczy i nie mrugając swoimi ani razu. – Nie obawiaj się, to dla mnie obcy człowiek. Mój prawdziwy ojciec biologiczny zginął w wypadku, gdy mama była ze mną w ciąży. Mama jest... mama jest... – Nagle wzruszenie zbyt mocno zacisnęło swoje dłonie na gardle Julii. Dziewczyna zamilkła i rozpłakała się jak dziecko. – Przepraszam – wychlipała, szukając chusteczki.

– Proszę. – Ujrzała przed sobą męską dłoń z dużą batystową chustką ozdobioną fantazyjnym monogramem DK. – Przykro mi.

– Mama nie zasłużyła na takie traktowanie.

– Żadna kobieta nie zasłużyła.

– Mogę ją zachować? A przynajmniej pożyczyć? – spytała po chwili Julia, patrząc na zmiętą i mokrą szmatkę.

– Jest twoja.

– Co teraz?

– Nic. Wróć do domu, przeczytaj umowę, później jeszcze raz ją przeczytaj, skonsultuj z kimś i podejmij decyzję.

Spojrzała na wypchaną kopertę.

– To zrozumiałe, że masz wątpliwości. – Diamond trafnie odgadł, co kłębi się w głowie Julii. – Też bym miał.

– Czemu nie mam tyle szczęścia co ty?

– Szczęścia?

– Masz dobrą pracę, na pewno zarabiasz kokosy, a ja...

– Dopiero zaczynasz, prawda? Jesteś na drugim roku studiów?

– Owszem. Skąd wiesz? – Zmrużyła oczy.

– Wspominałaś, że masz dziewiętnaście lat.

– Poszłam rok wcześniej do szkoły.

– Naprawdę? – Julia miała wrażenie, że Diamond leciutko się zmieszał. – To nie tak z tym szczęściem. Moja rodzina nie narzekała na jego nadmiar. Ojciec pracował u ojca Matthew jako ogrodnik, a ja razem z nim. Któregoś dnia jego boss pożalił się, że Matt ma w nosie szkołę. Tata wpadł na niezły pomysł. Wykorzystał to, że ja i Matthew bardzo się zaprzyjaźniliśmy, i odbył ze mną rozmowę o duchu rywalizacji. Green senior przystał na propozycję, opłacił mi bardzo drogi koledż, do którego zaczął uczęszczać jego syn, i tak to się właśnie zaczęło.