Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaślepienie - Karin Slaughter

 

 

Nie czytaj tego sam. Nie czytaj po zmroku. Ale koniecznie przeczytaj!

Senne miasteczko Heartsdale w amerykańskiej Georgii ogarnia panika po znalezieniu przez Sarę Linton, miejscową lekarkę i koronera w jednej osobie, zwłok Sibyl Adams – wykładowcy z miejscowego college’u. Sibyl ginie, zaatakowana przez brutalnego mordercę, w toalecie miejscowego baru, wkrótce po zjedzeniu lunchu. Zostaje okrutnie zgwałcona, na jej brzuchu morderca wycina nożem znak krzyża. A jednak dopiero w trakcie sekcji zwłok do Sary Linton dotrze cały wymiar okrucieństwa nieznanego mordercy. Dochodzenie w sprawie zabójstwa obejmuje szef miejscowej policji, Jeffrey Tolliver, były mąż Sary. Kiedy po kilku dniach zginie kolejna młoda kobieta, Jeffrey zrozumie, że zbrodnia na Sibyl Adams nie była przypadkowym i jednorazowym atakiem. Do świadomości mieszkańców spokojnego hrabstwa Grant dociera straszliwa świadomość, że w okolicy grasuje sadystyczny seryjny morderca. Jeffrey Tolliver nie jest osamotniony w śledztwie, które prowadzi. Pałająca żądzą zemsty Lena Adams, siostra zamordowanej Sibyl, jest jedyną kobietą, służącą w miejscowej policji. W poszukiwaniach zabójcy uczestniczy też Sara Linton. Już wkrótce okaże się, że kluczem do schwytania mordercy jest pewien starannie strzeżony sekret z jej przeszłości.

O ile morderca nie dopadnie jej pierwszy...

 

Świetny powieściowy debiut.

Nigel, booklore.com

 

Czasami historia wciąga cię już od pierwszego rozdziału i nie pozwala oderwać się aż do ostatniego zdania. Tak właśnie było z „Zaślepieniem”.

Lesley Dunlap, themysteryreader.com

 

Jeśli lubisz odważne, trzymające w napięciu thriller, musisz dać szansę Karin Slaughter.

Wendy Darling, goodreads.com

 

Powieść kryminalna w najlepszym wydaniu.

Michael Connely

Opinie o ebooku Zaślepienie - Karin Slaughter

Fragment ebooka Zaślepienie - Karin Slaughter

ZA­ŚLE­PIE­NIE

KA­RIN SLAU­GH­TER

prze­ło­żył

Piotr Kuś

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Blind­si­gh­ted

Prze­kład Piotr Kuś

Pro­jekt okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Ko­rek­ta Mo­de­stia Ka­ta­rzy­na Sar­na

Co­py­ri­ght © by Ka­rin Slau­gh­ter, 2001

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie II

War­sza­wa

ISBN 978-83-7881-077-3

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

wab.com.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla taty, któ­ry na­uczył mnie ko­chać Po­łu­dnie i dla Bil­lie Ben­nett, któ­ra na­mó­wi­ła mnie, abym o tym na­pi­sa­ła

PONIEDZIAŁEK

1

Sara Lin­ton usia­dła wy­god­niej w krze­śle, mam­ro­cząc do słu­chaw­ki te­le­fo­nu ła­god­ne: „Tak, mamo”. Przez krót­ką chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy w koń­cu na­dej­dzie taki dzień, kie­dy mat­ka uzna­ją za wy­star­cza­ją­co do­ro­słą, aby nie udzie­lać jej rad w każ­dej spra­wie.

– Tak, mamo – po­wtó­rzy­ła Sara, stu­ka­jąc ołów­kiem w blat biur­ka. Czu­ła, jak jej po­licz­ki ogar­nia go­rą­co, a do ser­ca wdzie­ra się za­kło­po­ta­nie.

Usły­sza­ła de­li­kat­ne pu­ka­nie do drzwi i po chwi­li nie­pew­ny głos:

– Dok­tor Lin­ton?

Sara z tru­dem ukry­ła przed mat­ką ulgę.

– Mu­szę już koń­czyć – po­wie­dzia­ła do mat­ki, któ­ra, za­nim się roz­łą­czy­ła, i tak rzu­ci­ła jej jesz­cze ja­kieś krót­kie upo­mnie­nie.

Nel­ly Mor­gan otwo­rzy­ła sze­rzej drzwi i rzu­ci­ła Sa­rze gniew­ne spoj­rze­nie. Jako dy­rek­tor ad­mi­ni­stra­cyj­ny kli­ni­ki dzie­cię­cej w He­ar­st­da­le, Nel­ly była jej bli­ską współ­pra­cow­nicz­ką. Kie­ro­wa­ła kli­ni­ką, od­kąd Sara się­ga­ła pa­mię­cią, na­wet wte­dy, gdy Sara sama była tu­taj pa­cjent­ką.

– Masz czer­wo­ne po­licz­ki – za­uwa­ży­ła Nel­ly.

– Przed chwi­lą na­krzy­cza­ła na mnie mama.

Nel­ly zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Za­kła­dam, że mia­ła waż­ny po­wód.

– Cóż… – wes­tchnę­ła Sara z na­dzie­ją, że to za­koń­czy te­mat.

– Mam wy­ni­ki ba­dań la­bo­ra­to­ryj­nych Jim­my’ego Po­wel­la – po­in­for­mo­wa­ła Nel­ly, wciąż wpa­tru­jąc się ba­daw­czo w Sarę. – I ko­re­spon­den­cję – do­da­ła, wrzu­ca­jąc po­tęż­ną ster­tę ko­pert do prze­zna­czo­ne­go na ten cel ko­szy­ka. Pla­sti­ko­wa siat­ka na dnie aż wy­gię­ła się pod cię­ża­rem pa­pie­ru.

Sara, wziąw­szy do ręki faks z wy­ni­ka­mi ba­dań, znów cięż­ko wes­tchnę­ła. W do­bre dni dia­gno­zo­wa­ła za­pa­le­nia uszu i bóle gar­deł. Dzi­siaj bę­dzie mu­sia­ła po­wie­dzieć ro­dzi­com, że ich dwu­na­sto­let­ni syn cier­pi na bia­łacz­kę.

– Nie­do­brze, praw­da? – od­ga­dła Nel­ly. Pra­co­wa­ła w kli­ni­ce wy­star­cza­ją­co dłu­go, aby na­uczyć się czy­ta­nia ra­por­tów la­bo­ra­to­ryj­nych.

– Nie­do­brze – przy­zna­ła Sara, prze­cie­ra­jąc po­wie­ki. – Bar­dzo nie­do­brze. – Za­my­śli­ła się na chwi­lę, po czym za­py­ta­ła: – Po­wel­lo­wie są w Di­sney World, praw­da?

– Tak. Świę­tu­ją uro­dzi­ny Jim­my’ego. Dziś wie­czo­rem po­win­ni być z po­wro­tem.

Sara po­czu­ła, jak ogar­nia ją smu­tek. Wciąż nie przy­zwy­cza­iła się do tego, że cza­sa­mi musi prze­ka­zy­wać po­dob­nie smut­ne wia­do­mo­ści.

– Za­pi­szę ich na ju­tro rano, na sam po­czą­tek – za­pro­po­no­wa­ła Nel­ly.

– Dzię­ki – mruk­nę­ła Sara, wsu­wa­jąc ra­port do tecz­ki z do­ku­men­ta­mi Jim­my’ego Po­wel­la. Po­pa­trzy­ła na ścien­ny ze­gar i wes­tchnę­ła w du­chu. – Czy na­praw­dę już jest ta go­dzi­na? – Zdzi­wi­ła się, spraw­dza­jąc czas na ze­gar­ku na ręce. – Pięt­na­ście mi­nut temu mia­łam spo­tkać się z Tes­są na lun­chu.

Nel­ly po­pa­trzy­ła na wła­sny ze­ga­rek.

– Tak póź­no? Chy­ba jest już bli­żej ko­la­cji.

– Wcze­śniej nie mo­głam się umó­wić – od­par­ła Sara, po­rząd­ku­jąc pa­pie­ry na biur­ku. Przy­pad­ko­wo ude­rzy­ła w usta­wio­ne pio­no­wo sko­ro­szy­ty z do­ku­men­ta­mi i ich ster­ty po­le­cia­ły z ha­ła­sem na pod­ło­gę. – Cho­le­ra ja­sna! – za­klę­ła.

Nel­ly za­czę­ła jej po­ma­gać, jed­nak Sara po­wstrzy­ma­ła ją ru­chem ręki. Poza tym, że nie lu­bi­ła, jak ktoś po niej sprzą­tał, mia­ła po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy Nel­ly, uklęk­nąw­szy na pod­ło­dze, zdo­ła pod­nieść się o wła­snych si­łach.

– Daj spo­kój, po­ra­dzę so­bie – po­wie­dzia­ła Sara i ze­braw­szy z pod­ło­gi pa­pie­ry, rzu­ci­ła je na biur­ko. – Masz dla mnie coś jesz­cze?

Nel­ly bły­snę­ła uśmie­chem.

– Szef Tol­li­ver na trze­ciej li­nii.

Sara przy­kuc­nę­ła, czu­jąc, jak prze­bie­ga po niej dreszcz stra­chu. Peł­ni­ła w mie­ście obo­wiąz­ki pe­dia­try i ko­ro­ne­ra. Jef­frey Tol­li­ver, jej były mąż, był sze­fem po­li­cji. Ist­nia­ły tyl­ko dwa po­wo­dy, dla któ­rych mógł­by te­le­fo­no­wać do niej w środ­ku dnia, i ża­den nie wy­da­wał się szcze­gól­nie przy­jem­ny.

Sara wsta­ła i pod­nio­sła słu­chaw­kę, już na po­cząt­ku nie po­zo­sta­wia­jąc Jef­frey­owi wąt­pli­wo­ści, jak bar­dzo ucie­szył ją tym te­le­fo­nem.

– Le­piej, żeby ktoś nie żył – wark­nę­ła.

Głos Jef­freya był znie­kształ­co­ny; od­ga­dła, że ko­rzy­sta z te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go.

– Przy­kro mi, ale cię roz­cza­ru­ję – po­wie­dział i po chwi­li do­dał: – Cze­kam na po­łą­cze­nie od dzie­się­ciu mi­nut. A gdy­by to była pil­na spra­wa?

Sara za­czę­ła wrzu­cać do­ku­men­ty do swo­jej tecz­ki. W kli­ni­ce prze­strze­ga­no nie­pi­sa­nej za­sa­dy, zgod­nej z jej ży­cze­niem, że za­nim Jef­frey usły­szy przez te­le­fon jej głos, musi przejść praw­dzi­wą ge­hen­nę nie­mal nie­skoń­czo­ne­go ocze­ki­wa­nia. Była na­wet zdzi­wio­na, że Nel­ly po tak dłu­gim cza­sie pa­mię­ta­ła jesz­cze, iż Jef­frey wciąż cze­kał.

– Sara?

Po­pa­trzy­ła na drzwi i mruk­nę­ła:

– Wie­dzia­łam, że po­win­nam już daw­no stąd iść.

– Co? – Głos Jef­freya zwie­lo­krot­ni­ło echo spo­wo­do­wa­ne po­łą­cze­niem z te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym.

– Po­wie­dzia­łam, że kie­dy spra­wa jest pil­na, za­wsze ko­goś przy­sy­łasz – skła­ma­ła Sara. – Gdzie je­steś?

– W col­le­ge’u – od­parł. – Cze­kam na uczel­nia­ne psy. – Ter­mi­nem tym okre­ślał lu­dzi z ochro­ny Grant In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy, sta­no­we­go uni­wer­sy­te­tu po­ło­żo­ne­go w cen­trum mia­sta.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła.

– Po pro­stu chcia­łem wie­dzieć, co u cie­bie sły­chać.

– Wszyst­ko w naj­lep­szym po­rząd­ku – od­burk­nę­ła, wy­cią­ga­jąc z po­wro­tem do­ku­men­ty z ak­tów­ki i za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go przed chwi­lą je tam upchnę­ła. Prze­bie­gła wzro­kiem kil­ka kart i mimo wszyst­ko po­zo­sta­wi­ła je w bocz­nej kie­sze­ni. – Je­stem już spóź­nio­na na lunch z Tess. Cze­go chcesz?

Zda­wał się ura­żo­ny jej oschłym to­nem.

– Wczo­raj spra­wia­łaś wra­że­nie roz­ko­ja­rzo­nej – po­wie­dział. – W ko­ście­le.

– Wca­le nie by­łam roz­ko­ja­rzo­na – od­burk­nę­ła, od­ru­cho­wo prze­glą­da­jąc pocz­tę. Za­mar­ła, uj­rzaw­szy wi­do­ków­kę. Jej cia­ło nie­mal ze­sztyw­nia­ło. Fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła Emo­ry Uni­ver­si­ty w Ala­ba­mie, uczel­nię, któ­rą ukoń­czy­ła. Na od­wro­cie, obok jej ad­re­su w kli­ni­ce, ktoś sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wał: „Dla­cze­góż o mnie za­po­mnia­łaś?”.

– Sara?

Na czo­ło wy­stą­pił jej zim­ny pot.

– Mu­szę już koń­czyć.

– Saro, ja…

Odło­ży­ła słu­chaw­kę, nie da­jąc Jef­frey­owi szan­sy na do­koń­cze­nie zda­nia. Do­rzu­ci­ła do tecz­ki, oprócz wi­do­ków­ki, jesz­cze trzy ko­per­ty i nie­zau­wa­żo­na przez ni­ko­go, wy­szła z ga­bi­ne­tu bocz­ny­mi drzwia­mi.

Kie­dy Sara zna­la­zła się na dwo­rze, ośle­pi­ły ją ja­skra­we pro­mie­nie słoń­ca. W po­wie­trzu uno­sił się jed­nak chłód. Ciem­ne chmu­ry, su­ną­ce ku mia­stu, za­po­wia­da­ły deszcz, naj­póź­niej pod wie­czór.

Mi­nął ją czer­wo­ny thun­der­bird. Z okna po­ma­cha­ła do niej dzie­cię­ca rącz­ka.

– Hej, pani dok­tor Lin­ton! – za­wo­ła­ło dziec­ko.

Sara rów­nież po­ma­cha­ła i od­po­wie­dzia­ła okrzy­kiem. Prze­cho­dząc przez traw­nik przed col­le­ge’em, prze­ło­ży­ła tecz­kę z ręki do ręki. Na­stęp­nie skrę­ci­ła chod­ni­kiem w pra­wo, zmie­rza­jąc w kie­run­ku Main Stre­et. Nie mi­nę­ło pięć mi­nut i była na miej­scu.

Tes­sa sie­dzia­ła za prze­pie­rze­niem w naj­od­le­glej­szym ką­cie pu­ste­go baru i ja­dła ham­bur­ge­ra. Nie wy­glą­da­ła na za­do­wo­lo­ną.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – ode­zwa­ła się Sara, pod­cho­dząc do sio­stry. Spró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć, jed­nak Tes­sa nie za­re­ago­wa­ła na uśmiech.

– Mó­wi­łaś, że bę­dziesz o dru­giej. Jest już pra­wie dru­ga trzy­dzie­ści.

– Mia­łam mnó­stwo pa­pier­ko­wej ro­bo­ty – wy­ja­śni­ła Sara, wsu­wa­jąc ak­tów­kę pod stół. Tes­sa, po­dob­nie jak oj­ciec, była hy­drau­li­kiem. Hy­drau­li­cy bar­dzo rzad­ko od­bie­ra­li te­le­fo­ny z proś­bą o pil­ną in­ter­wen­cję, któ­re z ko­lei dla Sary były chle­bem co­dzien­nym. Dla­te­go wła­śnie jej ro­dzi­na nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, jak za­ję­ta bywa le­kar­ka, i iry­to­wa­ła się z po­wo­du jej bez­u­stan­nych spóź­nień.

– Dzwo­ni­łam o dru­giej do kost­ni­cy – po­in­for­mo­wa­ła ją Tes­sa, na­bi­ja­jąc fryt­kę na wi­de­lec. – Ale już cię tam nie było.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem Sara usia­dła, po­pra­wia­jąc dło­nią fry­zu­rę.

– Wpa­dłam po dro­dze na chwi­lę do kli­ni­ki i tam za­sta­ła mnie mama. – Urwa­ła, przed wy­gło­sze­niem sta­łej kwe­stii: – Prze­pra­szam, po­win­nam do cie­bie za­dzwo­nić. – Tes­sa mil­cza­ła, Sara do­da­ła więc: – Albo bę­dziesz na mnie zła przez resz­tę lun­chu, albo ku­pię ci ciast­ko cze­ko­la­do­we z kre­mem.

– Sko­ro pła­cisz… – Tes­sa dała się udo­bru­chać.

– Umo­wa stoi – po­wie­dzia­ła Sara z ulgą. Wy­star­cza­ło jej, że roz­zło­ści­ła się na nią już dzi­siaj mat­ka.

– A sko­ro mó­wi­my o roz­mo­wach te­le­fo­nicz­nych – rzu­ci­ła Tes­sa i Sara w tej sa­mej chwi­li od­ga­dła, ku cze­mu zmie­rza. – Mia­łaś wia­do­mo­ści od Jef­freya?

Sara unio­sła się i wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni dwa bank­no­ty pię­cio­do­la­ro­we.

– Za­dzwo­nił do mnie, za­nim opu­ści­łam kli­ni­kę.

Tes­sa ro­ze­śmia­ła się tak gło­śno, że moż­na ją było usły­szeć w ca­łej re­stau­ra­cji.

– Co mó­wił?

– Prze­rwa­łam mu, za­nim zdo­łał po­wie­dzieć coś istot­ne­go – od­par­ła Sara i wrę­czy­ła sio­strze pie­nią­dze.

Tes­sa wsu­nę­ła pię­cio­do­la­rów­ki do tyl­nej kie­sze­ni nie­bie­skich dżin­sów.

– A te­le­fon od mamy? Chy­ba jest na cie­bie wku­rzo­na.

– Sama je­stem na sie­bie wku­rzo­na.

Dwa lata po roz­wo­dzie, wciąż nie po­tra­fi­ła uwol­nić się od by­łe­go męża. Sara na prze­mian nie­na­wi­dzi­ła Jef­freya Tol­li­ve­ra i sie­bie samą za tę sy­tu­ację. Pra­gnę­ła, aby mi­nął cho­ciaż je­den dzień, pod­czas któ­re­go nie mu­sia­ła­by o nim my­śleć, cho­ciaż dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny ży­cia bez nie­go. Taki dzień nie przy­da­rzył się jej ani wczo­raj, ani dzi­siaj.

Nie­dzie­la Wiel­ka­noc­na za­wsze mia­ła dla mat­ki duże zna­cze­nie. Sara nie była szcze­gól­nie re­li­gij­na, jed­nak w tę jed­ną nie­dzie­lę w roku, chcąc za­do­wo­lić Ca­thy Lin­ton, wkła­da­ła raj­sto­py i szła grzecz­nie do ko­ścio­ła. Nie spo­dzie­wa­ła się, że spo­tka tam Jef­freya. Ką­tem oka uj­rza­ła go do­pie­ro, kie­dy śpie­wa­no pierw­szy hymn. Sie­dział trzy rzę­dy za nią, po pra­wej stro­nie; od­nio­sła wra­że­nie, że spo­strze­gli sie­bie na­wza­jem w tej sa­mej chwi­li. Sara pierw­sza zmu­si­ła się, żeby od­wró­cić wzrok.

Sie­dząc w ko­ście­le, wpa­tru­jąc się w księ­dza i nie sły­sząc ani jed­ne­go z jego słów, Sara czu­ła spoj­rze­nie Jef­freya na swo­jej szyi. Jego in­ten­syw­ność spra­wi­ła, że za­czął ją ob­le­wać go­rą­cy pot. Mimo że sie­dzia­ła w ko­ściel­nej ław­ce, z mat­ką po jed­nej stro­nie i z Tes­są oraz oj­cem po dru­giej, nie­mal fi­zycz­nie czu­ła, jak jej cia­ło pod­da­je się wzro­ko­wi Jef­freya. Wio­sna. Było coś ta­kie­go w tej po­rze roku, że zmie­nia­ła się w zu­peł­nie inną oso­bę.

Za­czę­ła wier­cić się w ław­ce, my­śląc o do­ty­ku Jef­freya i o tym, jak jego dło­nie piesz­czą jej skó­rę, aż po­czu­ła pod że­bra­mi ło­kieć Ca­thy Lin­ton. Wzrok mat­ki po­wie­dział jej, że do­sko­na­le wie, co cór­ce cho­dzi po gło­wie, i wca­le jej się to nie po­do­ba. Ca­thy nie­cier­pli­wie skrzy­żo­wa­ła nogi i wy­pro­sto­wa­ła się, całą swą po­sta­wą mó­wiąc cór­ce, że pój­dzie do pie­kła za to, iż pod­czas mszy świę­tej w Nie­dzie­lę Wiel­ka­noc­ną my­śli o sek­sie.

Na­stą­pi­ła mo­dli­twa, po­tem ko­lej­ny hymn. Po cza­sie, któ­ry uzna­ła za wy­star­cza­ją­co dłu­gi, lek­ko od­wró­ci­ła gło­wę, by spoj­rzeć na Jef­freya. Roz­cza­ro­wa­na, zo­ba­czy­ła, że ma gło­wę opusz­czo­ną na pier­si, jak­by spał. Na tym po­le­gał cały pro­blem z Jef­frey­em: w jej wy­obra­że­niach był o wie­le lep­szy niż na­praw­dę.

Tes­sa ude­rzy­ła dło­nią o sto­lik, zwra­ca­jąc na sie­bie uwa­gę Sary.

– Sara!

Sara przy­ło­ży­ła dłoń do pier­si, świa­do­ma, że jej ser­ce bije rów­nie moc­no jak po­przed­nie­go po­ran­ka w ko­ście­le.

– Co?

Tes­sa po­sła­ła jej zdzi­wio­ne spoj­rze­nie, jed­nak, na szczę­ście, na tym po­prze­sta­ła.

– Co po­wie­dział Jeb?

– Co masz na my­śli?

– Wi­dzia­łam, jak roz­ma­wia­łaś z nim po mszy – od­par­ła Tes­sa. – Co ci po­wie­dział?

Sara przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy skła­mać, czy nie, wresz­cie od­par­ła:

– Chciał mnie za­pro­sić na dzi­siaj na lunch, ale po­wie­dzia­łam mu, że je­stem już umó­wio­na z tobą.

– Mo­głaś prze­cież zmie­nić pla­ny.

Sara wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Umó­wi­li­śmy się na śro­dę wie­czór.

Tes­sa je­dy­nie kla­snę­ła dłoń­mi.

– Do­bry Boże – jęk­nę­ła Sara. – Po co ja to zro­bi­łam?

– Na pew­no nie dla Jef­freya – od­par­ła Tes­sa. – Mam ra­cję?

Sara wy­cią­gnę­ła z prze­gród­ki na ser­wet­ki kar­tę dań, cho­ciaż wca­le nie mu­sia­ła na nią spo­glą­dać. Od­kąd skoń­czy­ła trzy lata, ona sama i inni człon­ko­wie jej ro­dzi­ny ja­da­li w „Grant Fil­ling Sta­tion” przy­najm­niej raz w ty­go­dniu i je­dy­ną zmia­ną, jaka w tym cza­sie za­szła, było do­da­nie do menu przez wła­ści­cie­la, Pete’a Way­ne’a, kru­chych orzesz­ków ziem­nych, a to na cześć Jim­my’ego Car­te­ra.

Tes­sa się­gnę­ła po­nad sto­łem i de­li­kat­nie wy­cią­gnę­ła kar­tę z dło­ni sio­stry.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­ta­ła.

– To chy­ba ta pora roku – od­burk­nę­ła Sara, grze­biąc w ak­tów­ce. Zna­la­zła wresz­cie i wy­cią­gnę­ła wi­do­ków­kę.

Tes­sa nie wzię­ła kart­ki do ręki, Sara od­wró­ci­ła ją więc i gło­śno prze­czy­ta­ła tekst:

– „Dla­cze­góż o mnie za­po­mnia­łaś?”

Po­ło­ży­ła kart­kę na sto­li­ku, cze­ka­jąc na re­ak­cję sio­stry.

– Czy to z Bi­blii? – za­py­ta­ła, cho­ciaż do­sko­na­le wie­dzia­ła.

Sara wyj­rza­ła przez okno, sta­ra­jąc się nad sobą za­pa­no­wać. Na­gle wsta­ła i po­wie­dzia­ła:

– Mu­szę umyć ręce.

– Sara!

Mach­nię­ciem ręki zby­ła za­nie­po­ko­je­nie Tes­sy, pró­bu­jąc wziąć się w garść. Po chwi­li do­tar­ła do to­a­le­ty. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów drzwi do jej dam­skiej czę­ści za­ci­na­ły się, dla­te­go moc­no szarp­nę­ła za klam­kę. W środ­ku było chłod­no. Po­sadz­ka skła­da­ła się z bia­łych i czar­nych kwa­dra­tów. Zna­la­zł­szy się tu­taj, Sara od razu się uspo­ko­iła. Opar­ła się o bia­łą ścia­nę i przy­ło­ży­ła dło­nie do twa­rzy, pró­bu­jąc ze­trzeć z niej kil­ka ostat­nich go­dzin dzi­siej­sze­go dnia. Wciąż prze­śla­do­wa­ła ją i drę­czy­ła świa­do­mość złych wy­ni­ków la­bo­ra­to­ryj­nych Jim­my’ego Po­wel­la. A prze­cież już dwa­na­ście lat temu, pra­cu­jąc na in­ter­nie w Gra­dy Ho­spi­tal w Atlan­cie, po­zna­ła śmierć, na­wet do niej przy­wy­kła. Gra­dy miał naj­lep­szy od­dział chi­rur­gicz­ny na ca­łym Po­łu­dnio­wym Wscho­dzie i Sara prze­ży­ła już nie­jed­no. Na przy­kład przy chłop­cu, któ­ry po­łknął pacz­kę ży­le­tek, albo na­sto­lat­ce, któ­rą pod­da­no abor­cji wie­sza­kiem do ubrań. To były strasz­ne przy­pad­ki, jed­nak nie­za­ska­ku­ją­ce w tak wiel­kim mie­ście.

Przy­pad­ki ta­kie jak Jim­my’ego Po­wel­la ude­rza­ły Sarę szcze­gól­nie bo­le­śnie. Mia­ła to być jed­na z nie­licz­nych spraw, gdy przy­da­dzą się jed­no­cze­śnie jej obie pro­fe­sje. Jim­my Po­well, któ­ry lu­bił oglą­dać stu­denc­kie me­cze ko­szy­ków­ki i któ­ry miał jed­ną z naj­więk­szych ko­lek­cji sa­mo­cho­dzi­ków na re­so­rach, ja­kie Sara kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła, naj­praw­do­po­dob­niej nie prze­ży­je ko­lej­ne­go roku.

Cze­ka­jąc, aż zlew wy­peł­ni się zim­ną wodą, ścią­gnę­ła wło­sy gum­ką i zgar­nę­ła je na ple­cy w po­sta­ci luź­ne­go koń­skie­go ogo­na. Po­chy­li­ła się nad zle­wem, kie­dy na­gle po­czu­ła mdły, słod­ki za­pach. Pete naj­praw­do­po­dob­niej prze­płu­kał rury octem, chcąc po­zbyć się z nich kwa­śne­go odo­ru. Była to sta­ra sztucz­ka hy­drau­li­ków, jed­nak Sara nie­na­wi­dzi­ła za­pa­chu octu.

Wstrzy­ma­ła od­dech, po­chy­la­jąc się nad zle­wem, na­cie­ra­jąc twarz wodą, pró­bu­jąc się tro­chę roz­bu­dzić. Spoj­rze­nie w lu­stro, na ja­kie zdo­by­ła się po chwi­li, prze­ko­na­ło ją, że nic się nie zmie­ni­ło, a je­dy­nie po­chla­pa­ła so­bie ko­szu­lę.

– Wspa­nia­le – mruk­nę­ła z nie­chę­cią.

Osu­szy­ła ręce o spodnie i ru­szy­ła w kie­run­ku ka­bin. Obej­rzaw­szy z nie­chę­cią dwie spo­śród nich, skie­ro­wa­ła się do tej prze­zna­czo­nej dla nie­peł­no­spraw­nych. Otwo­rzy­ła drzwi.

– Och… – jęk­nę­ła i na­tych­miast się cof­nę­ła. Sta­nę­ła do­pie­ro wte­dy, gdy po­czu­ła z tyłu na udach brzeg ce­ra­micz­ne­go zle­wu. Scho­wa­ła ręce za sie­bie i przy­trzy­ma­ła się jego brze­gu. W ustach po­czu­ła ja­kiś me­ta­licz­ny smak. Kil­ka­krot­nie głę­bo­ko ode­tchnę­ła, żeby nie ze­mdleć. Opu­ści­ła gło­wę, za­mknę­ła oczy, po­li­czy­ła do dzie­się­ciu i do­pie­ro wte­dy od­wa­ży­ła się je otwo­rzyć.

Na to­a­le­cie sie­dzia­ła Si­byl Adams, wy­kła­dow­czy­ni z col­le­ge’u. Gło­wę mia­ła od­chy­lo­ną do tyłu i opar­tą o ścia­nę wy­ło­żo­ną ka­fel­ka­mi, jej oczy były za­mknię­te. Spodnie mia­ła opusz­czo­ne do ko­stek, nogi roz­chy­lo­ne. Mia­ła roz­pru­ły brzuch. Przy jej sto­pach ze­bra­ła się już ka­łu­ża krwi, któ­ra wciąż ka­pa­ła na po­sadz­kę.

Sara z tru­dem zmu­si­ła się do dzia­ła­nia. Przy­klę­kła przed mło­dą ko­bie­tą. Ko­szu­la Si­byl była pod­cią­gnię­ta do góry, zo­ba­czy­ła więc sze­ro­kie pio­no­we na­cię­cie na jej brzu­chu, któ­re prze­po­ło­wi­ło jej pę­pek i koń­czy­ło się na wzgór­ku ło­no­wym. Ko­lej­ne cię­cie, znacz­nie głęb­sze, bie­gło pod jej pier­sia­mi. To z tego cię­cia po­cho­dzi­ła więk­szość krwi; wciąż ście­ka­ła stru­mie­nia­mi wzdłuż cia­ła ko­bie­ty. Sara przy­ło­ży­ła dłoń do rany, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać krwa­wie­nie, lecz krew je­dy­nie po­cie­kła po­mię­dzy jej pal­ca­mi, jak­by wy­ci­ska­ła gąb­kę.

Wy­tar­ła ręce w ko­szu­lę i po­chy­li­ła gło­wę Si­byl do przo­du. Z jej ust wy­do­był się jak­by ci­chy jęk, jed­nak Sara nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, czy był to je­dy­nie syk po­wie­trza wy­do­sta­ją­cy się z mar­twe­go cia­ła, czy bła­ga­nie o po­moc wciąż ży­ją­cej ko­bie­ty.

– Si­byl? – szep­nę­ła Sara, z tru­dem ar­ty­ku­łu­jąc to jed­no sło­wo. W jej gar­dle za­gnieź­dzi­ła się, ni­czym let­nie prze­zię­bie­nie, kula ogrom­ne­go stra­chu. – Si­byl? – po­wtó­rzy­ła, sta­ra­jąc się kciu­kiem otwo­rzyć jej oczy.

Cia­ło ko­bie­ty było go­rą­ce, jak­by zbyt dłu­go po­zo­sta­wa­ło w moc­no na­sło­necz­nio­nym miej­scu. Na jej pra­wym po­licz­ku wi­docz­na była duża szra­ma. Pod­bi­te oko świad­czy­ło, że otrzy­ma­ła moc­ne ude­rze­nie pię­ścią. Kie­dy Sara do­tknę­ła si­ne­go miej­sca, pod jej pal­ca­mi za­chrzę­ści­ły pęk­nię­te ko­ści.

Kie­dy przy­ci­ska­ła pal­ce do tęt­ni­cy na szyi Si­byl, ręce jej drża­ły. Od­nio­sła wra­że­nie, że wy­czu­wa puls, jed­nak nie była tego pew­na, gdyż tak bar­dzo trzę­sły się jej wła­sne dło­nie. Za­mknę­ła oczy, kon­cen­tru­jąc się, pró­bu­jąc od­se­pa­ro­wać od sie­bie te dwa wra­że­nia.

Nie­spo­dzie­wa­nie cia­ło za­chwia­ło się i opa­dło na Sarę. Upa­dła na po­sadz­kę. Krew zna­la­zła się te­raz i na niej, i na Si­byl. Sara in­stynk­tow­nie spró­bo­wa­ła wy­do­stać się spod drga­ją­cej w kon­wul­sjach ko­bie­ty. Uda­ło jej się to, ale z ogrom­nym tru­dem, gdyż po­sadz­ka była śli­ska od krwi. Prze­wró­ci­ła Si­byl na ple­cy i umie­ści­ła jej gło­wę w swo­ich dło­niach jak w ko­ły­sce, pró­bu­jąc dać jej ostat­nie uko­je­nie. Na­gle drże­nie usta­ło. Przy­ło­ży­ła ucho do ust Si­byl, chcąc usły­szeć, czy ta od­dy­cha. Nie­ste­ty, Sy­bil nie wy­da­wa­ła już żad­nych dźwię­ków.

Ukuc­nąw­szy, Sara za­czę­ła uci­skać klat­kę pier­sio­wą ko­bie­ty, pró­bu­jąc przy­wró­cić ży­cie do jej ser­ca. Za­ci­snę­ła pal­ce na jej no­sie i wdmu­cha­ła po­wie­trze do ust. Pierś Si­byl unio­sła się nie­znacz­nie, ale to było wszyst­ko. Sara splu­nę­ła kil­ka­krot­nie, chcąc oczy­ścić wła­sne usta, ale szyb­ko po­ję­ła, że jej wy­sił­ki są już da­rem­ne. Oczy Si­byl były mar­twe, resz­ta po­wie­trza wy­pły­nę­ła z jej płuc z gło­śnym świ­stem. Spo­mię­dzy nóg po­pły­nę­ła stru­ga ury­ny.

Si­byl była mar­twa.

2

Hrab­stwo Grant zy­ska­ło na­zwę od do­bre­go Gran­ta, nie Ulys­se­sa, lecz Le­mu­ela Prat­ta Gran­ta, któ­ry bu­do­wał li­nie ko­le­jo­we i w po­ło­wie XIX wie­ku po­pro­wa­dził li­nię z Atlan­ty da­le­ko do po­łu­dnio­wej Geo­r­gii i wresz­cie aż do mo­rza. To na zbu­do­wa­nych przez nie­go to­rach po­cią­gi wo­zi­ły przez Geo­r­gię weł­nę i inne to­wa­ry. To dzię­ki tej li­nii na ma­pie po­ja­wi­ły się ta­kie mia­sta jak He­arts­da­le, Ma­di­son, Avon­da­le i jesz­cze kil­ka miast w Geo­r­gii, ochrzczo­nych jego na­zwi­skiem. Na po­cząt­ku woj­ny se­ce­syj­nej Grant stwo­rzył plan obron­ny na wy­pa­dek, gdy­by Atlan­ta zo­sta­ła ob­lę­żo­na; nie­ste­ty, le­piej wy­cho­dzi­ło mu bu­do­wa­nie szla­ków ko­le­jo­wych niż pla­ny fron­to­we.

W cza­sach wiel­kie­go kry­zy­su miesz­kań­cy Avon­da­le, He­arts­da­le i Ma­di­son po­sta­no­wi­li po­łą­czyć swo­je po­li­cje, stra­że po­żar­ne oraz szkol­nic­two. Dzię­ki temu funk­cjo­no­wa­nie naj­waż­niej­szych służb sta­ło się tań­sze, a po­nad­to oka­za­ło się dla władz ko­le­jo­wych de­cy­du­ją­cym ar­gu­men­tem za tym, by utrzy­mać po­łą­cze­nie do Grant. Hrab­stwo jako ca­łość było znacz­nie więk­szą i sil­niej­szą jed­nost­ką niż po­szcze­gól­ne mia­sta od­ręb­nie. W roku 1928 w Ma­di­son zbu­do­wa­no bazę woj­sko­wą, któ­ra z ko­lei ścią­gnę­ła do nie­po­zor­ne­go Grant lu­dzi z ca­łe­go kra­ju. Kil­ka lat póź­niej Avon­da­le sta­ło się waż­ną sta­cją ko­le­jo­wą na tra­sie Atlan­ta-Sa­van­nah. Po kil­ku la­tach w He­arts­da­le po­wstał Grant Col­le­ge. Hrab­stwo do­sko­na­le pro­spe­ro­wa­ło przez pra­wie sześć­dzie­siąt lat, za­nim tej pro­spe­ri­ty nie za­ha­mo­wa­ło za­mknię­cie bazy woj­sko­wej, re­ce­sja i „Re­aga­no­mi­ka”, w cią­gu trzech lat za­da­jąc ogrom­ne cio­sy go­spo­dar­kom Ma­di­son i Avon­da­le. Gdy­by nie Grant Col­le­ge, któ­ry szczę­śli­wie w 1946 roku prze­kształ­co­no w uni­wer­sy­tet tech­nicz­ny spe­cja­li­zu­ją­cy się w agro­biz­ne­sie, smut­ne losy sio­strza­nych miast po­dzie­li­ło­by rów­nież He­arts­da­le.

Za­tem Grant Col­le­ge był wła­ści­wie naj­waż­niej­szą in­sty­tu­cją w mie­ście, a pierw­sze za­da­nie, ja­kie sta­wiał przed Jef­frey­em Tol­li­ve­rem bur­mistrz mia­sta, brzmia­ło: „Je­śli nie chcesz stra­cić po­sa­dy, niech lu­dzie z nim zwią­za­ni będą uśmiech­nię­ci i za­do­wo­le­ni”. Jef­frey po­stę­po­wał zgod­nie z in­struk­cją i kie­dy za­dzwo­nił jego te­le­fon ko­mór­ko­wy, prze­by­wał wła­śnie na spo­tka­niu z sze­fa­mi ochro­ny cam­pu­su, dys­ku­tu­jąc nad pla­nem dzia­łań wo­bec co­raz częst­szych ostat­nio kra­dzie­ży ro­we­rów. W pierw­szej chwi­li nie roz­po­znał gło­su Sary i po­my­ślał, że ktoś się po pro­stu wy­głu­pia. W cią­gu ośmiu lat do­sko­na­le ją po­znał i jej głos nig­dy nie brzmiał tak de­spe­rac­ko. Te­raz głos Sary drżał, kie­dy wy­po­wia­da­ła dwa sło­wa, któ­rych już nig­dy nie spo­dzie­wał się usły­szeć z jej ust: „Po­trze­bu­ję cię”.

Wy­jeż­dża­jąc z bra­my col­le­ge’u, Jef­frey na­tych­miast skrę­cił w lewo i po­gnał lin­col­nem town car przez sze­ro­ką Main Stre­et w kie­run­ku re­stau­ra­cji. Wio­sna na­de­szła tego roku wcze­śnie i drze­wa, ro­sną­ce wzdłuż uli­cy, roz­kwi­ta­ły, roz­po­ście­ra­jąc nad jezd­nią bia­ły bal­da­chim. Ko­bie­ty z Zie­le­ni Miej­skiej sa­dzi­ły wła­śnie tu­li­pa­ny na wą­skich klom­bach od­dzie­la­ją­cych jezd­nię od chod­ni­ka. Kil­ko­ro dzie­ci ze śred­niej szko­ły za­mia­ta­ło po­bo­cza, od­ra­bia­jąc za­pew­ne ja­kąś karę. Wła­ści­ciel skle­pu z odzie­żą wy­sta­wił stra­gan na chod­nik, z ko­lei sklep z ar­ty­ku­ła­mi że­la­zny­mi ofe­ro­wał sprze­daż pro­sto z ob­szer­nej we­ran­dy. Jef­frey wie­dział, że sce­ny te sta­no­wią wiel­ki kon­trast wo­bec tego, co cze­ka na nie­go w re­stau­ra­cji.

Opu­ścił bocz­ną szy­bę, po­zwa­la­jąc, aby do go­rą­ce­go wnę­trza sa­mo­cho­du do­sta­ło się świe­że po­wie­trze. Kra­wat za­czął go ci­snąć w szy­ję, dla­te­go bez na­my­słu ścią­gnął go i rzu­cił na sie­dze­nie. W my­ślach wciąż po­wta­rzał so­bie po­szcze­gól­ne sło­wa Sary, chcąc wy­do­być z nich wię­cej niż tyl­ko krót­kie, oczy­wi­ste fak­ty. A były one na­stę­pu­ją­ce: w re­stau­ra­cji zo­sta­ła za­szty­le­to­wa­na Si­byl Adams.

Dwa­dzie­ścia lat służ­by w po­li­cji ra­czej nie przy­go­to­wa­ło Jef­freya na taką wia­do­mość. Po­ło­wa jego ak­tyw­no­ści za­wo­do­wej przy­pa­dła na pra­cę w Bir­ming­ham, w Ala­ba­mie, gdzie mor­der­stwa rzad­ko ko­goś za­ska­ki­wa­ły. Nie było ty­go­dnia, by nie mu­siał zaj­mo­wać się przy­najm­niej jed­nym za­bój­stwem, zwy­kle spo­wo­do­wa­nym skraj­ną nę­dzą pa­nu­ją­cą wśród miesz­kań­ców Bir­ming­ham. A to źle po­szła ja­kaś nar­ko­ty­ko­wa trans­ak­cja, a to do­mo­wa kłót­nia wy­mknę­ła się spod kon­tro­li, a prze­cież broń pal­na była ła­two do­stęp­na i nikt spe­cjal­nie dłu­go się nie wa­hał przed po­cią­gnię­ciem za spust. Gdy­by Sara za­dzwo­ni­ła z Ma­di­son, a na­wet z Avon­da­le, jej wia­do­mość nie zdzi­wi­ła­by Jef­freya. Nar­ko­ty­ki i co­raz licz­niej­sze mło­dzie­żo­we gan­gi sta­wa­ły się tam po­waż­ny­mi pro­ble­ma­mi. He­arts­da­le było jed­nak wśród trzech miast praw­dzi­wą pe­reł­ką. W cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu lat je­dy­nym po­dej­rza­nym zgo­nem w He­arts­da­le była śmierć star­szej ko­bie­ty, któ­rą do­padł atak ser­ca w chwi­li, kie­dy za­sko­czy­ła wła­sne­go wnu­ka na kra­dzie­ży jej te­le­wi­zo­ra.

– Sze­fie? – usły­szał z ra­dia.

Się­gnął po mi­kro­fon.

– Tak?

Kon­tak­to­wa­ła się z nim Mar­la Simms, ope­ra­tor­ka z ko­mi­sa­ria­tu.

– Za­ję­łam się wszyst­kim, o co pan pro­sił.

– Do­brze – od­parł i po chwi­li do­rzu­cił: – Te­raz ci­sza ra­dio­wa, do­pó­ki nie wy­dam no­wych in­struk­cji.

Mar­la mil­cza­ła, nie za­da­jąc py­ta­nia, któ­re wi­sia­ło w po­wie­trzu. He­arts­da­le wciąż było ma­łym mia­stecz­kiem i z tru­dem uda­wa­ło się tu utrzy­mać co­kol­wiek w ta­jem­ni­cy. Ale Jef­frey nie za­mie­rzał po­zwo­lić, by plot­ka o mor­der­stwie za­czę­ła roz­prze­strze­niać się, po­cząw­szy od ko­mi­sa­ria­tu. Chciał utrzy­mać in­for­ma­cję w ta­jem­ni­cy naj­dłu­żej, jak to tyl­ko było moż­li­we.

– Zro­zu­mia­no? – rzu­cił py­ta­nie.

– Tak, pro­szę pana.

Wsu­nął do kie­sze­ni kurt­ki te­le­fon ko­mór­ko­wy i wy­siadł z sa­mo­cho­du. Na stra­ży przed re­stau­ra­cją stał już Frank Wal­la­ce, naj­star­szy de­tek­tyw z jego ze­spo­łu.

– Ktoś wszedł albo wy­szedł? – za­py­tał Jef­frey.

Frank za­prze­czył ru­chem gło­wy.

– Brad pil­nu­je tyl­nych drzwi – po­wie­dział. – Alarm jest roz­łą­czo­ny. Prze­stęp­ca sko­rzy­stał praw­do­po­dob­nie z tyl­nych drzwi.

Jef­frey obej­rzał się. Bet­ty Rey­nolds, wła­ści­ciel­ka skle­pu z dro­bia­zga­mi, pil­nie za­mia­ta­ła chod­nik, rzu­ca­jąc ku re­stau­ra­cji po­dejrz­li­we spoj­rze­nia. Bez wąt­pie­nia wkrót­ce za­czną się tu scho­dzić lu­dzie, je­że­li nie z cie­ka­wo­ści, to przy­najm­niej na ko­la­cję. Od­wró­cił się z po­wro­tem do Fran­ka.

– Nikt ni­cze­go nie wi­dział?

– Nic a nic – po­twier­dził Frank. – Przy­szła tu­taj pie­szo z domu. Pete mówi, że by­wa­ła tu­taj co po­nie­dzia­łek, kie­dy w re­stau­ra­cji jest już pu­sto po lun­chu.

Jef­frey ski­nął gło­wą i wszedł do środ­ka. Je­dy­na w He­arts­da­le sta­cja ben­zy­no­wa, przy któ­rej mie­ści­ła się tak­że re­stau­ra­cja, znaj­do­wa­ła się w po­ło­wie Main Stre­et. Wy­so­kie czer­wo­ne prze­pie­rze­nia, znisz­czo­ne bia­łe bla­ty sto­łów, chro­mo­wa­ne ba­rier­ki i dziu­ra­we wi­kli­no­we ko­sze na od­pad­ki su­ge­ro­wa­ły, że re­stau­ra­cji nie mo­der­ni­zo­wa­no od dnia, kie­dy daw­no temu otwo­rzył ją oj­ciec Pete’a. Ory­gi­nal­ne były na­wet ko­lo­ro­we płyt­ki z li­no­leum, tak znisz­czo­ne, że prze­świ­ty­wał spod nich czar­ny pod­kład. Jef­frey ja­dał tu lunch nie­mal co­dzien­nie w cią­gu ostat­nich sied­miu lat. Re­stau­ra­cja uspo­ka­ja­ła go, była źró­dłem otu­chy, czymś do­brze zna­nym i przy­tul­nym, po­ma­ga­ją­cym wy­rzu­cić z gło­wy my­śli, któ­re po­ja­wia­ły się w trak­cie pra­cy wśród naj­gor­szych szu­mo­win. Jef­frey ro­zej­rzał się te­raz po jej wnę­trzu i do­tar­ło do nie­go, że już nig­dy nie spoj­rzy na nią tak samo.

Przy ba­rze sie­dzia­ła Tes­sa Lin­ton, z gło­wą scho­wa­ną w dło­niach. Na­prze­ciw­ko niej stał Pete Way­ne i bez­myśl­nie wpa­try­wał się w okno. Jef­frey po raz dru­gi w ży­ciu zo­ba­czył go w re­stau­ra­cji bez pa­pie­ro­we­go ka­pe­lu­sza na gło­wie; pierw­szy raz mia­ło to miej­sce w dniu, w któ­rym eks­plo­do­wał prom ko­smicz­ny Chal­len­ger. Wło­sy Pete’a ścią­gnię­te były gum­ką i po­sta­wio­ne na czub­ku gło­wy, dzię­ki cze­mu jego twarz zda­wa­ła się bar­dziej po­cią­gła niż w rze­czy­wi­sto­ści.

– Tess? – ode­zwał się Jef­frey. Sta­nął przy niej i po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu. Opar­ła o nie­go gło­wę i roz­pła­ka­ła się. Jef­frey po­gła­dził jej wło­sy i ski­nął gło­wą Pete’owi.

Pete Way­ne na co dzień był we­so­łym czło­wie­kiem, te­raz jed­nak jego twarz wy­ra­ża­ła ab­so­lut­ny szok. Le­d­wie zwró­cił uwa­gę na Jef­freya i nadal wpa­try­wał się w duże fron­to­we okno re­stau­ra­cji. Jego war­gi po­ru­sza­ły się, jed­nak z ust nie do­cho­dził ża­den dźwięk.

Mi­nę­ło kil­ka­na­ście se­kund peł­nej na­pię­cia ci­szy i wresz­cie Tes­sa wy­pro­sto­wa­ła się. Przez chwi­lę prze­cie­ra­ła po­wie­ki i nos pa­pie­ro­wą ser­wet­ką, aż Jef­frey po­dał jej chu­s­tecz­kę. Po­cze­kał; aż się wy­smar­ka i wresz­cie za­py­tał:

– Gdzie jest Sara?

Tes­sa zwi­nę­ła chu­s­tecz­kę.

– Nadal w to­a­le­cie. Nie wiem… – Tes­sa na chwi­lę urwa­ła. – Tam było tyle krwi. Nie chcia­ła mnie wpu­ścić.

Jef­frey po­ki­wał gło­wą i zgar­nął ko­smyk wło­sów z jej twa­rzy. Sara była bar­dzo opie­kuń­cza wo­bec młod­szej sio­stry i pod­czas ich mał­żeń­stwa ta opie­kuń­czość prze­szła rów­nież na nie­go. Na­wet po roz­wo­dzie Jef­frey od­no­sił wra­że­nie, że Tes­sa i Lin­to­no­wie wciąż są jego ro­dzi­ną.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­tał.

Po­ki­wa­ła gło­wą.

– Idź do niej. Te­raz ona cię po­trze­bu­je.

Jef­frey sta­rał się nie my­śleć o tym, że gdy­by Sara nie była ko­ro­ne­rem w hrab­stwie, wca­le by go nie po­trze­bo­wa­ła i na pew­no by się dzi­siaj nie zo­ba­czy­li. Wie­le to mó­wi­ło o ich wza­jem­nych sto­sun­kach: ktoś mu­siał umrzeć, żeby znów mo­gli zna­leźć się jed­no­cze­śnie w tym sa­mym po­miesz­cze­niu.

Zmie­rza­jąc na tyły re­stau­ra­cji, czuł, że po ple­cach prze­bie­ga­ją mu ciar­ki. Wie­dział, że sta­ło się coś strasz­ne­go, gwał­tow­ne­go. Wie­dział, że ktoś za­mor­do­wał Si­byl Adams. Poza tym, szar­piąc za drzwi dam­skiej to­a­le­ty, nie miał po­ję­cia, cze­go się po­wi­nien spo­dzie­wać. Ale to, co zo­ba­czył, po pro­stu ode­bra­ło mu od­dech.

Sara sie­dzia­ła na pod­ło­dze, na środ­ku po­miesz­cze­nia, z gło­wą Si­byl Adams uło­żo­ną na swych ko­la­nach. Wszę­dzie była krew, po­kry­wa­ła zwło­ki i Sarę, któ­rej ko­szu­la i spodnie były od przo­du całe mo­kre, jak gdy­by ktoś ob­lał ją czer­wo­ną far­bą. Pod­ło­gę zna­czy­ły krwa­we śla­dy obu­wia oraz od­ci­ski dło­ni, jak­by nie­daw­no sto­czo­no tu­taj dzi­ką wal­kę na śmierć i ży­cie.

Jef­frey stał w pro­gu, sta­ra­jąc się jak naj­szyb­ciej dojść do rów­no­wa­gi.

– Za­mknij drzwi – wy­szep­ta­ła Sara i po­ło­ży­ła dłoń na czo­le Si­byl.

Wy­ko­nał po­le­ce­nie i prze­szedł kil­ka kro­ków wzdłuż ścia­ny. Otwo­rzył usta, ale wciąż nie mógł nic po­wie­dzieć. Oczy­wi­ste py­ta­nia na­su­wa­ły się same, jed­nak ja­kaś część jego umy­słu wca­le nie chcia­ła po­znać od­po­wie­dzi, a je­dy­nie pra­gnę­ła za­brać Sarę z tego po­miesz­cze­nia, wsa­dzić ją do sa­mo­cho­du i je­chać przed sie­bie tak dłu­go, aż żad­ne z nich nie zdo­ła przy­po­mnieć so­bie ani wy­glą­du, ani za­pa­chu tej ob­skur­nej to­a­le­ty. W po­wie­trzu uno­sił się odór prze­mo­cy, gę­sty i wstręt­ny. Już samo prze­by­wa­nie tu­taj spra­wia­ło, że Jef­frey czuł na so­bie brud.

– Wy­glą­da jak Lena – po­wie­dział wresz­cie, ma­jąc na my­śli sio­strę bliź­niacz­kę Si­byl Adams, de­tek­ty­wa w jego ko­mi­sa­ria­cie. – Przez chwi­lę my­śla­łem… – Po­trzą­snął gło­wą. Nie zdo­łał po­wie­dzieć nic wię­cej.

– Lena ma dłuż­sze wło­sy.

– Ta­aak – przy­znał. Nie po­tra­fił ode­rwać wzro­ku od ofia­ry. W pew­nym okre­sie wi­dy­wał mnó­stwo ma­ka­brycz­nych scen, jed­nak aż do tej pory nie po­znał oso­bi­ście żad­nej ofia­ry mor­der­stwa. Nie znał Si­byl Adams zbyt do­brze, jed­nak w ta­kim ma­łym mie­ście jak He­arts­da­le każ­dy był są­sia­dem każ­de­go.

Sara od­chrząk­nę­ła.

– Czy po­wie­dzia­łeś już Le­nie?

Py­ta­nie spa­dło na nie­go ni­czym cięż­ki młot. Po za­le­d­wie dwóch ty­go­dniach spra­wo­wa­nia funk­cji sze­fa po­li­cji w He­arts­da­le przy­jął Lenę Adams do pra­cy pro­sto z aka­de­mii w Ma­con. Na po­cząt­ku czu­ła się tu­taj jak Jef­frey, obco. Po ośmiu la­tach pro­mo­wał ją na de­tek­ty­wa. A te­raz za­mor­do­wa­no jej sio­strę, na ich wła­snych śmie­ciach, za­le­d­wie dwie­ście jar­dów od ko­mi­sa­ria­tu. Po­czu­cie oso­bi­stej od­po­wie­dzial­no­ści za to zda­rze­nie przy­tło­czy­ło go.

– Jef­frey?

Na­brał w płu­ca po­wie­trza, a po­tem po­wo­li je wy­pu­ścił.

– Wie­zie wła­śnie ja­kieś do­wo­dy do Ma­con – od­parł po chwi­li. – Skon­tak­to­wa­łem się z pa­tro­lem z au­to­stra­dy i ka­za­łem jak naj­szyb­ciej ją tu­taj przy­wieźć.

Sara pa­trzy­ła na nie­go w mil­cze­niu. Jej oczy były za­czer­wie­nio­ne, jed­nak nie pła­ka­ła. Jef­frey cie­szył się przy­najm­niej z tego, po­nie­waż jesz­cze nig­dy nie wi­dział Sary pła­czą­cej. Po­my­ślał, że je­śli do­cze­ka ta­kiej chwi­li, to coś w nim pęk­nie.

– Wie­dzia­łeś, że była nie­wi­do­ma?

Jef­frey oparł się o ścia­nę. Do tej pory nie pa­mię­tał o tym szcze­gó­le.

– Na­wet nie zo­ba­czy­ła za­gro­że­nia – wy­szep­ta­ła Sara.

Opu­ści­ła gło­wę i po­pa­trzy­ła na Si­byl. Jak zwy­kle Jef­frey nie po­tra­fił od­gad­nąć, nad czym jego była żona te­raz się za­sta­na­wia. Po­sta­no­wił, że po­cze­ka, aż ode­zwie się do nie­go. Bez wąt­pie­nia po­trze­bo­wa­ła kil­ku mi­nut, żeby ze­brać my­śli.

Wsu­nął ręce do kie­sze­ni i za­czął oglą­dać po­miesz­cze­nie. Na­prze­ciw­ko zle­wu, o któ­re­go wie­ko­wo­ści naj­le­piej świad­czył fakt, że kur­ki do cie­płej i zim­nej wody umiesz­czo­no po prze­ciw­nych stro­nach misy, znaj­do­wa­ły się dwie ka­bi­ny to­a­le­ty. Nad zle­wem wi­sia­ło znisz­czo­ne, po­pla­mio­ne lu­stro. W su­mie po­miesz­cze­nie nie li­czy­ło wię­cej niż dwa­dzie­ścia stóp kwa­dra­to­wych, jed­nak czar­ne i bia­łe ka­fel­ki spra­wia­ły, że zda­wa­ło się jesz­cze mniej­sze. Ciem­na krew, któ­ra ka­łu­żą ze­bra­ła się pod zwło­ka­mi, nie po­pra­wia­ła wra­że­nia. Klau­stro­fo­bia nig­dy nie była pro­ble­mem Jef­freya, jed­nak mil­cze­nie Sary, ni­czym czwar­ty wy­miar, przy­tła­cza­ło go te­raz, w tej ma­łej to­a­le­cie. Po­pa­trzył na bia­ły su­fit, by na­brać choć tro­chę dy­stan­su.

Wresz­cie Sara ode­zwa­ła się. Jej głos był już sil­niej­szy, brzmia­ła w nim więk­sza pew­ność.

– Kie­dy ją zna­la­złam, sie­dzia­ła na se­de­sie, w ka­bi­nie.

Nie bar­dzo wie­dząc, jak się za­cho­wy­wać, Jef­frey wy­cią­gnął mały no­tes. Z kie­sze­ni na pier­si wy­do­był dłu­go­pis i, w mia­rę jak Sara opo­wia­da­ła o wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło, aż do bie­żą­cej chwi­li, pra­co­wi­cie no­to­wał. Kie­dy z kli­nicz­ny­mi szcze­gó­ła­mi opi­sy­wa­ła śmierć Si­byl, jej głos był mo­no­ton­ny.

– Wte­dy po­pro­si­łam Tess, żeby po­da­ła mi mój te­le­fon ko­mór­ko­wy.

Sara urwa­ła, a Jef­frey od­po­wie­dział na jej nie­me py­ta­nie, za­nim po­now­nie otwo­rzy­ła usta.

– Nic jej nie jest – ode­zwał się. – Ja­dąc tu­taj, dzwo­ni­łem tak­że do Ed­die­go.

– Po­wie­dzia­łeś mu, co się sta­ło?

Jef­frey spró­bo­wał się uśmiech­nąć. Oj­ciec Sary nie na­le­żał do jego za­go­rza­łych zwo­len­ni­ków.

– Mia­łem szczę­ście, że nie rzu­cił słu­chaw­ki.

Sara nie zdo­ła­ła mu od­po­wie­dzieć uśmie­chem, jed­nak w koń­cu na­po­tka­ła wzrok Jef­freya. W jej oczach była ła­god­ność, ja­kiej nie wi­dział u niej od lat.

– Mu­szę prze­pro­wa­dzić wstęp­ne ba­da­nie, a po­tem bę­dzie moż­na za­brać ją do pro­sek­to­rium.

Jef­frey wsu­nął no­tes do kie­sze­ni, a Sara de­li­kat­nie uło­ży­ła gło­wę Si­byl na po­sadz­ce. Ukuc­nę­ła i wy­tar­ła dło­nie o no­gaw­ki spodni.

– Trze­ba umyć cia­ło, za­nim Lena je zo­ba­czy – po­wie­dzia­ła.

Jef­frey po­ki­wał gło­wą.

– Jest przy­najm­niej o dwie go­dzi­ny dro­gi stąd. Mamy więc czas. – Wska­zał na drzwi do ka­bi­ny. Za­mek z za­su­wą był z nich wy­rwa­ny. – Czy za­mek tak wła­śnie wy­glą­dał, kie­dy ją zna­la­złaś?

– Wy­glą­da tak od cza­su, kie­dy mia­łam sie­dem lat – od­par­ła Sara, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc na swo­ją tecz­kę. – Po­daj mi rę­ka­wicz­ki.

Jef­frey otwo­rzył tecz­kę, sta­ra­jąc się nie do­ty­kać plam krwi na alu­mi­nio­wym za­trza­sku. Z we­wnętrz­nej kie­sze­ni wy­do­był parę rę­ka­wi­czek z la­tek­su. Kie­dy się od­wró­cił, Sara sta­ła nad zwło­ka­mi. Wy­raz jej twa­rzy zmie­nił się. Cho­ciaż ubra­nie mia­ła od przo­du całe od krwi, w peł­ni nad sobą pa­no­wa­ła. Mu­siał jed­nak za­py­tać:
– Na pew­no chcesz to zro­bić? Mo­że­my we­zwać ko­goś z Atlan­ty.

Z wpra­wą na­cią­ga­jąc rę­ka­wi­ce, Sara po­trzą­snę­ła prze­czą­co gło­wą.

– Nie chcę, żeby do­ty­kał jej ktoś obcy.

Jef­frey do­sko­na­le ją ro­zu­miał. To była spra­wa tego hrab­stwa. I po­win­ni się nią zaj­mo­wać lu­dzie z hrab­stwa.

Okrą­ża­jąc zwło­ki, Sara opar­ła ręce na bio­drach. Jef­frey wie­dział, że musi obej­rzeć miej­sce zbrod­ni z od­po­wied­niej per­spek­ty­wy, na­brać dy­stan­su. Nie po­tra­fił ode­rwać wzro­ku od by­łej żony. Była wy­so­ką ko­bie­tą, mia­ła mniej wię­cej sześć stóp wzro­stu, bez jed­ne­go cala, głę­bo­ko osa­dzo­ne, zie­lo­ne oczy oraz ciem­no­ru­de wło­sy. Jef­frey mi­mo­wol­nie za­czął so­bie przy­po­mi­nać, jak było mu z nią do­brze. Nie­ste­ty, ostry głos przy­wo­łał go do rze­czy­wi­sto­ści.

– Jef­frey! – za­wo­ła­ła Sara, po­sy­ła­jąc mu gniew­ne spoj­rze­nie.

Wy­trzy­mał przez chwi­lę jej wzrok, świa­do­my, że przez kil­ka­na­ście se­kund jego my­śli wę­dro­wa­ły po zu­peł­nie in­nych, znacz­nie bez­piecz­niej­szych miej­scach. Wresz­cie od­wró­cił się ku ka­bi­nie. Wy­jął z tecz­ki Sary ko­lej­ną parę rę­ka­wic. Za­czął je po­wo­li na­cią­gać, a Sara tym­cza­sem mó­wi­ła:

– Tak jak już ci wy­ja­śnia­łam, kie­dy ją zna­la­złam, sie­dzia­ła na to­a­le­cie. Opa­dły­śmy na pod­ło­gę. Prze­to­czy­łam ją na ple­cy. – Unio­sła rękę Si­byl i spraw­dzi­ła skó­rę pod jej pa­znok­cia­mi. – Nic tu­taj nie ma. Wy­da­je mi się, że zo­sta­ła za­sko­czo­na. Aż do chwi­li, kie­dy na ra­tu­nek było już za póź­no, nie wie­dzia­ła, co się dzie­je.

– Uwa­żasz, że to się od­by­ło szyb­ko?

– Wca­le nie tak szyb­ko. Co­kol­wiek zro­bił na­past­nik, moim zda­niem sta­ran­nie to za­pla­no­wał. Kie­dy tu we­szłam, nie na­tknę­łam się na żad­ne śla­dy. Si­byl wy­krwa­wi­ła­by się na to­a­le­cie, gdy­bym nie za­pra­gnę­ła z niej sko­rzy­stać. – Sara od­wró­ci­ła gło­wę. – Albo i nie, gdy­bym nie po­ja­wi­ła się tu­taj tak póź­no.

Jef­frey chciał ją uspo­ko­ić.

– Nie mo­głaś wie­dzieć.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Na jej prze­gu­bach, w miej­scach, któ­re ude­rzy­ły o ba­rier­kę dla nie­peł­no­spraw­nych, są si­nia­ki. Poza tym – lek­ko roz­su­nę­ła ko­la­na Si­byl – po­patrz tyl­ko na jej nogi.

Jef­frey po­dą­żył wzro­kiem we wska­za­nym kie­run­ku. Skó­ra po we­wnętrz­nej stro­nie ko­lan de­nat­ki była star­ta.

– Co to ta­kie­go? – za­py­tał.

– To od musz­li klo­ze­to­wej – wy­ja­śni­ła Sara. – Pla­sti­ko­wa kla­pa ma ostre kan­ty. Są­dzę, że wal­cząc, za­ci­ska­ła nogi. Na kla­pie znaj­dziesz jesz­cze frag­men­ty skó­ry.

Jef­frey po­pa­trzył na to­a­le­tę, a po­tem znów na Sarę.

– My­ślisz, że pchnął ją na to­a­le­tę, a po­tem za­szty­le­to­wał?

Sara nie od­po­wie­dzia­ła mu. Wska­za­ła na­to­miast na nagi tu­łów Si­byl.

– Aż do po­ło­wy krzy­ża, na­cię­cie nie jest głę­bo­kie – za­czę­ła wy­ja­śniać, na­ci­ska­jąc na brzuch i otwie­ra­jąc ranę na tyle, by do­brze się jej przyj­rzeć. – We­dług mnie to był szty­let. Wi­dzisz ten kształt „v” po obu stro­nach na­cię­cia? – Sara bez wa­ha­nia wsu­nę­ła pa­lec wska­zu­ją­cy do wnę­trza rany. Kie­dy prze­su­wa­ła pa­lec, roz­legł się ci­chy syk za­sy­sa­ne­go po­wie­trza.

Jef­frey za­ci­snął zęby i od­wró­cił gło­wę. Kie­dy się opa­no­wał, na­tra­fił na py­ta­ją­ce spoj­rze­nie Sary.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­ta­ła.

Po­ki­wał gło­wą, bo­jąc się otwo­rzyć usta.

Sara po­now­nie po­ru­szy­ła pal­cem w ra­nie na klat­ce pier­sio­wej Si­byl. Z rany wy­pły­nę­ła wą­ska stru­ga krwi.

– Po­wie­dzia­ła­bym, że ostrze było sze­ro­kie przy­najm­niej na czte­ry cale – oznaj­mi­ła, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z Jef­freya. – Czy to cię osła­bia?

Jef­frey po­krę­cił prze­czą­co gło­wą, mimo że dźwięk, któ­ry wy­do­by­wał się z rany, kie­dy Sara po­ru­sza­ła w niej pal­cem, spra­wiał, że żo­łą­dek pod­ska­ki­wał mu do gar­dła.

Sara wy­cią­gnę­ła wresz­cie pa­lec ze zwłok i mó­wi­ła da­lej:

– Szty­let był bar­dzo ostry. Na­cię­cia zo­sta­ły wy­ko­na­ne zde­cy­do­wa­ny­mi, pew­ny­mi ru­cha­mi, dla­te­go twier­dzę, że mor­der­ca od sa­me­go po­cząt­ku wie­dział, cze­go chce.

– Co zro­bił?

Ton gło­su Sary był obo­jęt­ny.

– Prze­ciął jej brzuch. Dwo­ma pew­ny­mi ru­cha­mi, pio­no­wym, od góry do dołu, i po­przecz­nym. Na­stęp­nie wbił szty­let w gór­ną część brzu­cha. To był śmier­tel­ny cios. Przy­czy­ną zgo­nu oka­że się za­pew­ne we­wnętrz­ny krwo­tok.

– Wy­krwa­wi­ła się na śmierć?

Sara wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Na nic in­ne­go to te­raz nie wy­glą­da. Tak, wy­krwa­wi­ła się na śmierć. Trwa­ło to pew­nie oko­ło dzie­się­ciu mi­nut. Kon­wul­sje spo­wo­do­wał wstrząs, ja­kie­mu pod­da­ny zo­stał cały or­ga­nizm.

Jef­frey przez chwi­lę nie po­tra­fił opa­no­wać drże­nia, któ­re nie­spo­dzie­wa­nie nim za­wład­nę­ło. Wresz­cie wska­zał na ranę.

– To jest krzyż, praw­da?

Sara uważ­nie po­pa­trzy­ła na na­cię­cia.

– Po­wie­dzia­ła­bym, że tak. Ra­czej nie wy­glą­da to na nic in­ne­go, praw­da?

– Uwa­żasz, że to ma ja­kieś pod­ło­że re­li­gij­ne?

– A kto to może po­wie­dzieć, kie­dy mamy do czy­nie­nia z gwał­ci­cie­lem?

– Zo­sta­ła zgwał­co­na?

Jef­frey po­pa­trzył na Si­byl Adams, szu­ka­jąc oczy­wi­stych śla­dów gwał­tu. Jed­nak po we­wnętrz­nej stro­nie jej ud nie było si­nia­ków ani żad­nych ran.

– Zna­la­złaś coś? – za­py­tał.

Sara przez chwi­lę mil­cza­ła, wresz­cie od­po­wie­dzia­ła:

– Nie. To zna­czy, sama nie wiem.

– Co zna­la­złaś?

– Nic. – Ścią­gnę­ła rę­ka­wi­ce. – Tyl­ko to, o czym ci po­wie­dzia­łam. Do­koń­czę pra­cę w kost­ni­cy.

– Ja nie…

– Za­dzwo­nię do Car­lo­sa, żeby ją stąd za­brał – oznaj­mi­ła, ma­jąc na my­śli asy­sten­ta z pro­sek­to­rium. – Spo­tkaj­my się, kie­dy tu­taj skoń­czysz. – Jef­frey mil­czał, więc do­da­ła jesz­cze: – To nie mu­siał być gwałt, Jeff. Na­praw­dę. Po pro­stu zga­dy­wa­łam.

Jef­frey nie wie­dział, co po­wie­dzieć! Jed­ne­go, je­śli cho­dzi­ło o byłą żonę, był pe­wien: nie po­zwa­la­ła so­bie w pra­cy na luź­ne zga­dy­wan­ki.

– Saro? – za­py­tał. – Do­brze się czu­jesz?

Sara ro­ze­śmia­ła się po­nu­ro.

– Czy do­brze się czu­ję? – po­wtó­rzy­ła. – Chry­ste, Jef­frey, co za głu­pie py­ta­nie. – Po­de­szła do drzwi, lecz ich nie otwo­rzy­ła. Kie­dy po chwi­li ode­zwa­ła się, jej sło­wa były zde­cy­do­wa­ne i do­bit­ne: – Mu­sisz zna­leźć oso­bę, któ­ra to zro­bi­ła.

– Wiem.

– Nie bę­dzie ci ła­two, Jef­frey. – Po­sła­ła mu prze­szy­wa­ją­ce spoj­rze­nie. – To był ja­kiś ry­tu­al­ny atak, a nie przy­pad­ko­wy, je­den z wie­lu. Po­patrz na jej cia­ło. Po­patrz, jak ją tu­taj po­zo­sta­wio­no. – Sara urwa­ła, ale po chwi­li kon­ty­nu­owa­ła: – Kto­kol­wiek za­bił Si­byl Adams, sta­ran­nie to za­pla­no­wał. Wie­dział, gdzie ją znaj­dzie. Po­szedł za nią do to­a­le­ty. To było sta­ran­nie za­pla­no­wa­ne mor­der­stwo, po­peł­nio­ne przez ko­goś, kto chciał w ten spo­sób coś oznaj­mić.

Zda­jąc so­bie spra­wę, że Sara ma zu­peł­ną ra­cję, Jef­frey po­czuł, że krę­ci mu się w gło­wie. Wi­dział już kie­dyś po­dob­ne przy­pad­ki i do­sko­na­le wie­dział, co Sara ma na my­śli. To nie było dzie­ło ama­to­ra. Jego au­to­ro­wi cho­dzi­ło o coś znacz­nie bar­dziej dra­ma­tycz­ne­go niż śmierć jed­nej oso­by.

Sara wciąż nie była pew­na, czy ją zro­zu­miał, więc za­py­ta­ła:

– Czy uwa­żasz, że on po­prze­sta­nie na jed­nej ofie­rze?

Te­raz Jef­frey się nie wa­hał.

– Nie.

3

Lena Adams zmarsz­czy­ła czo­ło i bły­snę­ła świa­tła­mi w kie­run­ku ja­dą­cej przed nią hon­dy ci­vic. Na tym od­cin­ku tra­sy I-20 obo­wią­zy­wa­ło w Geo­r­gii ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści do sześć­dzie­się­ciu pię­ciu mil na go­dzi­nę, ale jak więk­szość miesz­kań­ców pro­win­cjo­nal­nej Geo­r­gii Lena uwa­ża­ła zna­ki dro­go­we je­dy­nie za su­ge­stie skie­ro­wa­ne do tu­ry­stów ja­dą­cych na Flo­ry­dę i stam­tąd po­wra­ca­ją­cych. Ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne hon­dy świad­czy­ły, że sa­mo­chód po­cho­dzi z Ohio.

– Ru­szaj się – wark­nę­ła, pa­trząc na pręd­ko­ścio­mierz. Z boku, po pra­wej stro­nie, mia­ła cię­ża­rów­kę na osiem­na­stu ko­łach, a z przo­du jan­ke­sa w hon­dzie ci­vic, któ­ry naj­wy­raź­niej nie miał za­mia­ru prze­kra­czać do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści. Przez chwi­lę Lena ża­ło­wa­ła, że nie po­je­cha­ła jed­nym z ra­dio­wo­zów z hrab­stwa Grant. Jaz­da by­ła­by nie tyl­ko bar­dziej płyn­na niż po­dróż jej wła­sną ce­li­cą, ale mia­ła­by do­dat­ko­wą przy­jem­ność ze stra­sze­nia kie­row­ców po­ru­sza­ją­cych się zbyt szyb­ko.

Nie­spo­dzie­wa­nie osiem­na­sto­ko­ło­wiec zwol­nił, po­zwa­la­jąc ci­vic, aby go wy­prze­dzi­ła. Lena po­ma­cha­ła we­so­ło kie­row­cy i od razu przy­spie­szy­ła.

Po­zo­sta­wiw­szy za sobą ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści z Ma­con, ce­li­ca jesz­cze bar­dziej przy­spie­szy­ła. Lena wy­cią­gnę­ła z pu­deł­ka ka­se­tę ma­gne­to­fo­no­wą. Na­le­ża­ła do Si­byl i na­gra­na była na niej mu­zy­ka dla kie­row­ców. Wsu­nę­ła ka­se­tę do od­twa­rza­cza i uśmiech­nę­ła się, kie­dy roz­po­zna­ła dźwię­ki Bad Re­pu­ta­tion Joan Jett. Pio­sen­ka była hym­nem sióstr, kie­dy cho­dzi­ły do szko­ły śred­niej. Spę­dza­ły wte­dy mnó­stwo wie­czo­rów, pę­dząc po bocz­nych dro­gach i śpie­wa­jąc na cały głos: „Gów­no mnie ob­cho­dzi moja re­pu­ta­cja”. Dzię­ki ich wuj­ko­wi to­le­ro­wa­no fakt, że były tro­chę po­strze­lo­ne. Dzię­ki mat­ce, Hisz­pan­ce z po­cho­dze­nia, nie mia­ły zu­peł­nie bia­łej skó­ry. No i nie były bied­ne.

Prze­wo­że­nie ma­te­ria­łów do­wo­do­wych do la­bo­ra­to­rium Biu­ra Śled­cze­go Sta­nu Geo­r­gia w Ma­con było w sche­ma­cie po­li­cyj­nych za­dań czyn­no­ścią nie­wie­le po­waż­niej­szą niż pra­ca ku­rie­ra, jed­nak Lena cie­szy­ła się, że otrzy­ma­ła to zle­ce­nie. Jef­frey po­wie­dział, że może wy­ko­rzy­stać ten dzień na uspo­ko­je­nie się; tak brzmiał eu­fe­mizm, ozna­cza­ją­cy, że po­win­na tro­chę po­wścią­gnąć swój tem­pe­ra­ment. Frank Wal­la­ce i Lena od pierw­szej chwi­li, kie­dy zo­sta­li part­ne­ra­mi, zma­ga­li się z tym sa­mym pro­ble­mem. W wie­ku pięć­dzie­się­ciu ośmiu lat Frank nie był za­chwy­co­ny, wi­dząc w po­li­cji ko­bie­tę, tym bar­dziej w roli swo­jej part­ner­ki. Usta­wicz­nie i bez skut­ku pró­bo­wał od­su­wać Lenę od naj­waż­niej­szych czyn­no­ści, tym­cza­sem i ona nie po­zo­sta­wa­ła mu dłuż­na w drob­nych zło­śli­wo­ściach. W koń­cu ktoś mu­siał wziąć górę. Po­nie­waż Fran­ko­wi bra­ko­wa­ło tyl­ko dwóch lat do eme­ry­tu­ry, Lena nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że po­sta­wi w koń­cu na swo­im.

W grun­cie rze­czy Frank nie był złym fa­ce­tem. Mimo za­awan­so­wa­ne­go wie­ku sta­rał się pra­co­wać jak naj­le­piej. W swe do­bre dni Lena zda­wa­ła się ro­zu­mieć, że nie­prze­jed­na­na po­sta­wa Fran­ka wo­bec niej wy­do­by­wa się z miej­sca znacz­nie głęb­sze­go niż jego ego. Był ty­pem fa­ce­ta, któ­ry za­wsze otwie­ra przed ko­bie­ta­mi drzwi i któ­ry, zna­la­zł­szy się w za­mknię­tym po­miesz­cze­niu, na­tych­miast zdej­mu­je ka­pe­lusz. Był na­wet ma­so­nem w lo­kal­nej loży. Nie po­tra­fił jed­nak zgo­dzić się na to, aby jego part­ner­ka mia­ła de­cy­du­ją­cy głos pod­czas prze­słu­cha­nia albo w trak­cie re­wi­zji w domu po­dej­rza­ne­go. W złe dni Lena ma­rzy­ła o tym, żeby za­mknąć go w ga­ra­żu ra­zem z sa­mo­cho­dem z włą­czo­nym sil­ni­kiem.

Jef­frey miał ra­cję, mó­wiąc, że po­dróż ją uspo­koi. Do Ma­con do­tar­ła trzy­dzie­ści mi­nut przed cza­sem. Lu­bi­ła swo­je­go sze­fa, bę­dą­ce­go cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem Fran­ka Wal­la­ce’a. Frank czę­sto kie­ro­wał się w pra­cy prze­czu­ciem i dzia­łał im­pul­syw­nie, pod­czas gdy Jef­frey dłu­go roz­wa­żał każ­dy ruch. Jef­frey był też męż­czy­zną, któ­ry nie zra­żał do sie­bie ko­biet i nie opo­no­wał, kie­dy wy­gła­sza­ły wła­sne opi­nie. Zna­cze­nie dla Leny miał też fakt, że to wła­śnie Jef­frey awan­so­wał ją na de­tek­ty­wa. Nie uczy­nił tego dla po­pra­wie­nia da­nych sta­ty­stycz­nych czy też dla uzy­ska­nia od­mien­ne­go wi­ze­run­ku niż jego po­przed­nik. Pra­co­wał prze­cież w hrab­stwie Grant, któ­re­go przed pięć­dzie­się­ciu laty nie umiesz­cza­no na­wet na szcze­gó­ło­wych ma­pach. Dał jej to sta­no­wi­sko dla­te­go, że ce­nił jej pra­cę i wy­si­łek in­te­lek­tu­al­ny, jaki w nią wkła­da­ła. Fakt, że była ko­bie­tą, nie miał w tym wy­pad­ku nic do rze­czy.

– Cho­le­ra – syk­nę­ła Lena, uj­rzaw­szy we wstecz­nym lu­ster­ku błysk nie­bie­skie­go ko­gu­ta na da­chu ja­dą­ce­go za nią sa­mo­cho­du. Zmniej­szy­ła pręd­kość, a kie­dy nie­daw­no przez nią wy­prze­dzo­na hon­da ci­vic mi­ja­ła ją, zje­cha­ła na po­bo­cze. Jan­kes na­ci­snął klak­son i po­ma­chał do niej. Mia­ła ocho­tę po­ka­zać mu środ­ko­wy pa­lec wy­sta­wio­ny do góry.

Po­li­cjant z pa­tro­lu nie spie­szył się z opusz­cze­niem sa­mo­cho­du. Lena się­gnę­ła do to­reb­ki, le­żą­cej na tyl­nym sie­dze­niu, w po­szu­ki­wa­niu swo­jej le­gi­ty­ma­cji. Kie­dy się od­wró­ci­ła, ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­ła, że po­li­cjant stoi za jej sa­mo­cho­dem. Dłoń trzy­mał na rę­ko­je­ści re­wol­we­ru. Lena sklę­ła się za to, że nie po­cze­ka­ła, aż po­dej­dzie do sa­mo­cho­du. Pew­nie po­my­ślał, że szu­ka bro­ni.

Po­ło­ży­ła le­gi­ty­ma­cję na ko­la­nach i pod­nio­sła ręce do góry. Wy­su­nę­ła gło­wę przez okno i po­wie­dzia­ła:

– Prze­pra­szam.

Po­li­cjant ostroż­nie po­stą­pił krok do przo­du. Przez cały czas żuł gumę. Zdjął ciem­ne oku­la­ry i za­czął uważ­nie przy­glą­dać się Le­nie.

– Po­słu­chaj – po­wie­dzia­ła, z rę­ka­mi wciąż unie­sio­ny­mi do góry. – Je­stem w po­dró­ży służ­bo­wej. Ja…

Nie po­zwo­lił jej do­koń­czyć.

– Czy mam może przy­jem­ność z de­tek­tyw Sa­le­ną Adams?

Opu­ści­ła ręce, po­sy­ła­jąc po­li­cjan­to­wi py­ta­ją­ce spoj­rze­nie. Był ra­czej ni­ski, ale gór­na część jego cia­ła była bar­dzo umię­śnio­na. Nie­wiel­kie­go wzro­stu męż­czyź­ni czę­sto pra­gną po­we­to­wać so­bie tę nie­do­sko­na­łość in­ten­syw­ny­mi ćwi­cze­nia­mi, roz­wi­ja­ją­cy­mi mię­śnie tu­ło­wia. Jego ra­mio­na były tak po­tęż­ne, że nie mógł trzy­mać ich pła­sko przy cie­le. Gu­zi­ki mun­du­ru miał za­pię­te pod samą szy­ję.

– Je­stem Lena – od­par­ła, wpa­tru­jąc się w ta­blicz­kę z jego na­zwi­skiem. – Czy my się zna­my?

– Nie, pro­szę pani. – Znów na­ło­żył oku­la­ry. – Mie­li­śmy wia­do­mość od pani sze­fa. Po­le­co­no mi eskor­to­wać pa­nią z po­wro­tem do hrab­stwa Grant.

– Słu­cham? – zdzi­wi­ła się Lena. Nie wie­rzy­ła wła­snym uszom. – Mój szef, Jef­frey Tol­li­ver?

Grzecz­nie po­ki­wał gło­wą.

– Tak, pro­szę pani.

Za­nim zdą­ży­ła za­dać mu ko­lej­ne py­ta­nia, skie­ro­wał się z po­wro­tem do swo­je­go sa­mo­cho­du. Po­cze­ka­ła, aż włą­czy się do ru­chu i ru­szy­ła za nim. Po­li­cjant w krót­kim cza­sie osią­gnął dzie­więć­dzie­siąt mil na go­dzi­nę. Nie­dłu­go mi­nę­li nie­bie­ską hon­dę, jed­nak Lena na­wet nie zwró­ci­ła na to uwa­gi. In­ten­syw­nie za­sta­na­wia­ła się, co też na­bro­iła tym ra­zem.

4

Cho­ciaż Cen­trum Me­dycz­ne Grant znaj­do­wa­ło się przy koń­cu Main Stre­et, ani tro­chę nie wy­glą­da­ło na miej­sce tak waż­ne, jak wska­zy­wa­ła­by jego na­zwa. Za­le­d­wie dwu­kon­dy­gna­cyj­ny, nie­wiel­ki szpi­tal, wy­po­sa­żo­ny był w sprzęt po­zwa­la­ją­cy na wy­ko­ny­wa­nie je­dy­nie drob­nych za­bie­gów. Więk­szy szpi­tal znaj­do­wał się pół go­dzi­ny jaz­dy stąd, w Au­gu­ście, i tam wła­śnie kie­ro­wa­no cho­rych w po­waż­niej­szych przy­pad­kach. Gdy­by w piw­ni­cy nie znaj­do­wa­ło się sta­no­we pro­sek­to­rium, cen­trum już daw­no za­adap­to­wa­no by na dom stu­denc­ki.

Tak jak po­zo­sta­ła część mia­sta, szpi­tal zbu­do­wa­ny zo­stał w cza­sach roz­kwi­tu, a więc w la­tach trzy­dzie­stych. Dwie pod­sta­wo­we kon­dy­gna­cje od tego cza­su wy­re­mon­to­wa­no i uno­wo­cze­śnio­no, jed­nak pro­sek­to­rium naj­wy­raź­niej nie było dla za­rzą­du szpi­ta­la aż tak waż­ne. Jego ścia­ny wy­ło­żo­no nie­bie­ski­mi ka­fel­ka­mi, któ­re były tak sta­re, że po­wo­li znów wra­ca­ły do mody. Przez su­fit, cały w pla­mach, wie­lo­krot­nie prze­cie­ka­ła już woda. Wy­po­sa­że­nie pro­sek­to­rium było sta­re, ale funk­cjo­nal­ne.

Ga­bi­net Sary znaj­do­wał się na ty­łach i od po­zo­sta­łej czę­ści pro­sek­to­rium od­dzie­lo­ny był du­żym oknem. Sara sie­dzia­ła wła­śnie przy biur­ku i pa­trzy­ła przez to okno, pró­bu­jąc ze­brać my­śli. W pro­sek­to­rium pa­no­wał ty­po­wy tu­taj lek­ki szum. Ci­cho szu­miał kom­pre­sor po­wie­trza w lo­dów­ce i woda wy­pły­wa­ją­ca z gu­mo­we­go węża, bo Car­los wła­śnie zmy­wał pod­ło­gę. Po­nie­waż po­miesz­cze­nie znaj­do­wa­ło się po­ni­żej po­zio­mu grun­tu, jego ścia­ny ra­czej ab­sor­bo­wa­ły niż od­bi­ja­ły dźwię­ki i zna­jo­my po­mruk dziw­nie uspo­ka­jał Sarę. Jej roz­my­śla­nia gwał­tow­nie prze­rwał ter­kot te­le­fo­nu.

– Sara Lin­ton – po­wie­dzia­ła do słu­chaw­ki.

Spo­dzie­wa­ła się Jef­freya, a tym­cza­sem usły­sza­ła głos ojca.

– Cześć, ma­leń­ka.

Sara uśmiech­nę­ła się. Głos Ed­die­go Lin­to­na spra­wił, że zro­bi­ło się jej lżej na ser­cu.

– Cześć, tato.

– Po­wiem ci do­bry ka­wał.

– Na­praw­dę? – Pró­bo­wa­ła mó­wić lek­ko, swo­bod­nie, gdyż wie­dzia­ła, że hu­mor i dow­ci­py to w przy­pad­ku jej ojca spo­sób na zła­go­dze­nie stre­su. – Co to za ka­wał?

– Kie­dy za­czął to­nąć Ti­ta­nic, na jego po­kła­dzie spo­tka­li się pe­dia­tra, praw­nik i ksiądz. Pe­dia­tra za­wo­łał: „Ra­tuj­my dzie­ci!”. Praw­nik krzyk­nął: „Pie­prz­my dzie­ci!”. Ksiądz na­to­miast za­py­tał spo­koj­nie: „Czy mamy na to czas?”.

Sara ro­ze­śmia­ła się, bar­dziej na uży­tek ojca niż z ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go po­wo­du. Ed­die Lin­ton mil­czał, cze­ka­jąc, aż jego cór­ka coś po­wie. Wresz­cie za­py­tał:

– Jak się ma Tes­sie?

– Uda­ło jej się za­snąć – od­par­ła. – A co z tobą?

– Och, ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku.

Sara za­czę­ła ry­so­wać kół­ka w ka­len­da­rzu, któ­ry le­żał na jej biur­ku. Rzad­ko zda­rza­ło się, że coś bez­myśl­nie ba­zgro­li­ła, te­raz jed­nak mu­sia­ła coś zro­bić z rę­ka­mi. Ja­kąś czę­ścią sie­bie pra­gnę­ła spraw­dzić za­war­tość swo­jej tecz­ki, zo­ba­czyć, czy Tes­sa wpa­dła na to, by wło­żyć do niej wi­do­ków­kę.

Ed­die Lin­ton prze­rwał jej roz­my­śla­nia.

– Mama mówi, że masz przyjść do nas ju­tro na śnia­da­nie.

– Tak? – Sara za­czę­ła wry­so­wy­wać kwa­dra­ty w kół­ka.

Głos ojca stał się bar­dzo me­lo­dyj­ny.

– Będą to­sty, be­kon, ka­sza i wa­fel­ki.

– Hej! – za­wo­łał Jef­frey.

Sara unio­sła gło­wę. W ręki wy­padł jej dłu­go­pis.

– Prze­stra­szy­łeś mnie – po­wie­dzia­ła do Jef­freya. Po chwi­li ode­zwa­ła się do ojca: – Tato, tu jest Jef­frey…

Ed­die Lin­ton wy­dał se­rię nie­ar­ty­ku­ło­wa­nych dźwię­ków. Jego zda­niem do­brze by się sta­ło, gdy­by ktoś w koń­cu so­lid­nie wal­nął Jef­freya ce­głów­ką w gło­wę.

– W po­rząd­ku – rzu­ci­ła Sara do słu­chaw­ki, po­sy­ła­jąc Jef­frey­owi krzy­wy uśmiech. Bez sło­wa wpa­try­wał się w szkla­ną ta­blicz­kę na jej biur­ku. Ed­die Lin­ton za­le­pił na niej ta­śmą izo­la­cyj­ną na­zwi­sko TOL­LI­VER i na­pi­sał nad nią czar­nym ma­za­kiem LIN­TON. – Tato, zo­ba­czy­my się ju­tro rano. – Sara odło­ży­ła słu­chaw­kę, za­nim oj­ciec zdo­łał jesz­cze coś po­wie­dzieć.

– Niech zgad­nę, pew­nie prze­sy­ła mi po­zdro­wie­nia – mruk­nął Jef­frey.

Sara zi­gno­ro­wa­ła py­ta­nie, chcąc unik­nąć roz­mo­wy na oso­bi­ste te­ma­ty. Jej były mąż nie da­wał jed­nak za wy­gra­ną.

– Jak się ma Tes­sa? – za­py­tał.

– Do­sko­na­le – od­po­wie­dzia­ła Sara, wyj­mu­jąc oku­la­ry z pu­deł­ka. Za­ło­ży­ła je, po czym to ona rzu­ci­ła py­ta­nie: – A gdzie jest Lena?

Jef­frey po­pa­trzył na ścien­ny ze­gar.

– Mniej wię­cej go­dzi­nę dro­gi stąd. Frank da mi sy­gnał, kie­dy do jej przy­jaz­du po­zo­sta­nie ja­kieś dzie­sięć mi­nut.

Sara wsta­ła i po­pra­wi­ła na so­bie po­ży­czo­ną od ko­goś su­kien­kę. Wzię­ła prysz­nic już w szpi­ta­lu. Za­krwa­wio­ne ubra­nie umie­ści­ła w wor­ku na do­wo­dy rze­czo­we, na wy­pa­dek gdy­by po­trzeb­ne było w dal­szym toku spra­wy.

– Za­sta­na­wia­łeś się, co jej po­wiesz?

Jef­frey po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Mam na­dzie­ję, że za­nim doj­dzie do roz­mo­wy, uzy­skam już ja­kieś szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje. Lena jest po­li­cjant­ką. Bę­dzie chcia­ła usły­szeć kon­kret­ne od­po­wie­dzi.

Sara po­chy­li­ła się nad biur­kiem i za­stu­ka­ła w szy­bę. Car­los po­pa­trzył w jej kie­run­ku.

– Mo­żesz już iść! – za­wo­ła­ła. Po chwi­li wy­ja­śni­ła Jef­frey­owi: – Za­wie­zie prób­ki krwi i mo­czu do la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go. Zo­sta­ną zba­da­ne jesz­cze dzi­siaj w nocy.

– To do­brze.

Sara z po­wro­tem usia­dła na krze­śle.

– Masz ja­kieś do­dat­ko­we śla­dy z ła­zien­ki? – za­py­ta­ła.

– Za to­a­le­tą zna­leź­li­śmy jej la­skę i oku­la­ry. Ktoś je wcze­śniej wy­czy­ścił.

– Co z drzwia­mi do ka­bi­ny?

– Nic – od­parł Jef­frey. – To zna­czy, wca­le nie nic, ale to miej­sce od­wie­dzi­ła za­pew­ne każ­da ko­bie­ta miesz­ka­ją­ca w tym mie­ście. Matt do­li­czył się od­ci­sków pal­ców pra­wie pięć­dzie­się­ciu osób. – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni plik fo­to­gra­fii z po­la­ro­idu i rzu­cił je na biur­ko. Były na nich wi­docz­ne zwło­ki, a tak­że od­ci­ski bu­tów Sary i jej dło­ni na po­sadz­ce.

Sara wzię­ła do ręki jed­ną z fo­to­gra­fii i po­wie­dzia­ła:

– Chy­ba nie uła­twi­łam wam za­da­nia. Zo­sta­wi­łam na miej­scu mnó­stwo śla­dów. Wie­le in­nych pew­nie za­tar­łam.

– Ra­czej nie mia­łaś wy­bo­ru.

Nie od­po­wie­dzia­ła, ukła­da­jąc fo­to­gra­fie we wła­ści­wej ko­lej­no­ści.

Jef­frey kon­ty­nu­ował, po­twier­dza­jąc jej wcze­śniej­szą oce­nę.

– Kto­kol­wiek tego do­ko­nał, do­sko­na­le wie­dział, co robi. Wie­dział, że Si­byl pój­dzie do re­stau­ra­cji sama. Wie­dział, że jest nie­wi­do­ma. Wie­dział, że o tej po­rze dnia re­stau­ra­cja bę­dzie pu­sta.

– My­ślisz, że na nią cze­kał?

Jef­frey wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Wszyst­ko na to wska­zu­je. Mor­der­ca naj­praw­do­po­dob­niej wszedł i wy­szedł tyl­ny­mi drzwia­mi. Pete wy­łą­czył alarm, żeby moż­na było trzy­mać je otwar­te i wie­trzyć salę.

– No tak – wes­tchnę­ła Sara, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że tyl­ne drzwi czę­ściej były otwar­te niż za­mknię­te.

– Szu­ka­my za­tem osob­ni­ka, któ­ry znał jej przy­zwy­cza­je­nia, praw­da? Ko­goś, kto co nie­co wie­dział o zwy­cza­jach pa­nu­ją­cych w re­stau­ra­cji.

Sara nie chcia­ła tego po­twier­dzać, gdyż twier­dzą­ca od­po­wiedź na to py­ta­nie pro­wa­dzi­ła do wnio­sku, że za­bój­cą jest miesz­ka­niec Grant, czy­li ktoś, kto zna tu­tej­szych lu­dzi i miej­sca tak do­brze, jak może je znać tyl­ko re­zy­dent. W mil­cze­niu wsta­ła i po­de­szła do me­ta­lo­wej szaf­ki usta­wio­nej za biur­kiem. Wy­cią­gnę­ła z niej świe­ży far­tuch la­bo­ra­to­ryj­ny, wło­ży­ła go, po czym ode­zwa­ła się:

– Zro­bi­łam już zdję­cia rent­ge­now­skie i spraw­dzi­łam jej ubra­nie. Zwło­ki są go­to­we.

Jef­frey od­wró­cił się i po­pa­trzył na stół, znaj­du­ją­cy się na sa­mym środ­ku pro­sek­to­rium. Sara rów­nież spoj­rza­ła w tym kie­run­ku. Po­my­śla­ła, że po śmier­ci Si­byl Adams jest znacz­nie mniej­sza, niż zda­wa­ła się za ży­cia. Na­wet ona nie po­tra­fi­ła po­go­dzić się z my­ślą, jak moc­no śmierć zmniej­sza lu­dzi.

– Do­brze ją zna­łaś? – za­py­tał Jef­frey.

Sara przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się nad od­po­wie­dzią. Wresz­cie od­par­ła:

– Chy­ba tak. W ze­szłym roku obie zo­sta­ły­śmy za­pro­szo­ne do szko­ły śred­niej i opo­wia­da­ły­śmy o na­szej pra­cy za­wo­do­wej. Póź­niej cza­sa­mi wi­dy­wa­łam ją w bi­blio­te­ce.

– Bi­blio­te­ce? – zdzi­wił się Jef­frey. – Prze­cież była nie­wi­do­ma.

– Mają tam rów­nież książ­ki na ta­śmach. Tak są­dzę… – Sara za­trzy­ma­ła się przed nim i skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach. – Po­słu­chaj, mu­szę ci coś po­wie­dzieć. Kil­ka ty­go­dni temu bar­dzo po­sprze­cza­ły­śmy się z Leną.

Oczy­wi­ście, za­sko­czy­ła tym Jef­freya. Sama była za­sko­czo­na. W mie­ście żyło bar­dzo nie­wie­lu lu­dzi, z któ­ry­mi Sara nie po­tra­fi­ła­by się do­ga­dać. Lena Adams była jed­ną z ta­kich osób.

– Za­te­le­fo­no­wa­ła – za­czę­ła wy­ja­śniać – do Nic­ka Shel­to­na z Biu­ra Śled­cze­go Sta­nu Geo­r­gia, pro­sząc go o przy­sła­nie ra­por­tu do­ty­czą­ce­go ja­kiejś tru­ci­zny, a zwią­za­ne­go z jed­ną z pro­wa­dzo­nych przez nią spraw.

Jef­frey prze­chy­lił gło­wę na bok. Ni­cze­go nie ro­zu­miał.

– No i co?

Sara wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wciąż nie wie­dzia­ła, dla­cze­go Lena pró­bo­wa­ła dzia­łać za jej ple­ca­mi, zwłasz­cza je­śli bra­ło się pod uwa­gę fakt, iż Sara do­sko­na­le, w naj­lep­szej har­mo­nii współ­pra­co­wa­ła z Nic­kiem Shel­to­nem, agen­tem Biu­ra Śled­cze­go Sta­nu Geo­r­gia, któ­ry nad­zo­ro­wał hrab­stwo Grant.

– No i? – po­no­wił py­ta­nie Jef­frey.

– Nie ro­zu­miem, co Lena chcia­ła osią­gnąć, te­le­fo­nu­jąc bez­po­śred­nio do Nic­ka. Spię­łam się z nią. Nie po­pły­nę­ła krew, ale mu­szę po­wie­dzieć, że nie roz­sta­ły­śmy się jak przy­ja­ciół­ki.

Jef­frey wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by chciał po­wie­dzieć: „I co ja na to po­ra­dzę?”. Lena ro­bi­ła ka­rie­rę, czę­sto po­stę­pu­jąc aro­ganc­ko wo­bec in­nych lu­dzi. Daw­niej, kie­dy byli jesz­cze mał­żeń­stwem, Jef­frey czę­sto opo­wia­dał Sa­rze o swo­ich wąt­pli­wo­ściach zwią­za­nych z im­pul­syw­ny­mi po­czy­na­nia­mi Leny.

– Czy ona… – urwał na chwi­lę, ale za­raz do­dał: – Czy ona zo­sta­ła zgwał­co­na, Saro? Nie wiem…

– Za­czy­naj­my – po­wie­dzia­ła Sara szyb­ko.

Mi­nę­ła by­łe­go męża i skie­ro­wa­ła się do pro­sek­to­rium. Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę przy sza­fie i za­czę­ła szu­kać w niej far­tu­cha chi­rur­gicz­ne­go. Jesz­cze przez kil­ka se­kund za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go Jef­frey przy­pusz­cza, że Si­byl Adams zo­sta­ła nie tyl­ko za­mor­do­wa­na, ale tak­że zgwał­co­na.

– Saro? – za­py­tał. – Co się sta­ło?

Głu­pie py­ta­nie roz­zło­ści­ło ją.

– Co się sta­ło?! – Zna­la­zła far­tuch i za­trza­snę­ła drzwi. Me­ta­lo­wa rama za­trzę­sła się od siły ude­rze­nia. Sara od­wró­ci­ła się i ro­ze­rwa­ła her­me­tycz­nie za­mknię­ty pa­ku­nek. – Co się sta­ło? Je­stem zmę­czo­na two­imi py­ta­nia­mi: „Co się sta­ło?”, sko­ro cho­ler­nie do­brze wiesz, co się sta­ło. – Urwa­ła i za­czę­ła na­kła­dać far­tuch. – Za­sta­nów się tyl­ko, Jef­frey. Dzi­siaj w mo­ich ra­mio­nach zmar­ła ko­bie­ta. I to nie ja­kaś obca ko­bie­ta, ale ktoś, kogo zna­łam. Po­win­nam być w tej chwi­li w domu i od­stać swo­je pod go­rą­cym prysz­ni­cem albo pójść na spa­cer z psa­mi, ale za­miast tego je­stem tu­taj i za chwi­lę będę roz­ci­nać tę ko­bie­tę jesz­cze bar­dziej, niż ją roz­cię­to do tej pory. A ty so­bie tu spo­koj­nie sto­isz i py­tasz: „Co się sta­ło?”, za­miast ści­gać zbo­czeń­ców po ca­łym mie­ście!

Kie­dy ubie­ra­ła far­tuch, jej ręce trzę­sły się ze zde­ner­wo­wa­nia. Nie da­wa­ła so­bie rady z wsu­nię­ciem ra­mie­nia do rę­ka­wa i po­chy­li­ła się, aby so­bie to uła­twić, kie­dy wresz­cie Jef­frey ru­szył się, żeby jej po­móc.

– Nie po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy – wark­nę­ła.

Pod­niósł ręce do góry, jak­by się pod­da­wał.

– Prze­pra­szam.

Sara moc­no za­cią­gnę­ła sznur­ki, jed­nak przy wią­za­niu dwa koń­ce za­plą­ta­ły się.

– Cho­le­ra ja­sna – syk­nę­ła, pró­bu­jąc roz­su­płać wę­zeł.

– Może po­wiem Bra­do­wi, żeby wy­szedł z psa­mi?

Sara zre­zy­gno­wa­na opu­ści­ła ręce.

– Nie o to cho­dzi, Jef­frey.

– Wiem, że nie o to – od­parł i pod­szedł do niej.

Wziął sznur­ki do rąk, a Sara tyl­ko pa­trzy­ła, jak je po­wo­li roz­su­płu­je. Po chwi­li jej spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło ku czub­ko­wi gło­wy Jef­freya. Po­mię­dzy czar­ny­mi wło­sa­mi za­uwa­ży­ła kil­ka si­wych.

Roz­su­płał wę­zeł i uśmiech­nął się, jak­by ta pro­sta czyn­ność mo­gła wszyst­ko na­pra­wić.

– Go­to­we – po­wie­dział.

Sara ode­bra­ła od nie­go koń­ce sznur­ków i zwią­za­ła je w ko­kar­dę. Jef­frey do­tknął dło­nią jej pod­bród­ka.

– Nic ci nie do­le­ga – tym ra­zem stwier­dził, re­zy­gnu­jąc z py­ta­nia.

– Tak – po­twier­dzi­ła, ro­biąc krok do tyłu. – Nic mi nie do­le­ga. – Wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy la­tek­so­we rę­ka­wi­ce i po­sta­no­wi­ła wresz­cie uciąć tę roz­mo­wę. – Skończ­my ro­bo­tę, za­nim wró­ci Lena.

Po­de­szła do por­ce­la­no­we­go sto­łu sek­cyj­ne­go, przy­śru­bo­wa­ne­go do pod­ło­gi na środ­ku po­miesz­cze­nia. Za­okrą­glo­ny na koń­cach bia­ły stół dźwi­gał te­raz drob­ne cia­ło Si­byl. Car­los umie­ścił jej gło­wę na czar­nym blo­ku z gumy, a po­zo­sta­łą część zwłok okrył bia­łym prze­ście­ra­dłem. Gdy­by nie czar­na szra­ma nad jej okiem, moż­na było po­my­śleć, że Si­byl śpi.

– Do­bry Boże – mruk­nę­ła Sara, ścią­gnąw­szy prze­ście­ra­dło.

Do­pie­ro te­raz, z dala od miej­sca zbrod­ni, rany uka­za­ły się w ca­łej oka­za­ło­ści. W ja­skra­wym świe­tle pro­sek­to­rium moż­na było je obej­rzeć do­kład­nie i ze szcze­gó­ła­mi. Na­cię­cia na brzu­chu były dłu­gie, głę­bo­kie i ukła­da­ły się w per­fek­cyj­ny znak krzy­ża. Skó­ra frag­men­ta­mi marsz­czy­ła się, a w miej­scu, w któ­rym zbie­ga­ły się na­cię­cia, wi­docz­na była głę­bo­ka rana kłu­ta. Brze­gi ran były ciem­ne, nie­mal czar­ne. Szcze­li­ny w skó­rze Si­byl Adams otwie­ra­ły się ni­czym małe, wil­got­ne usta.

– W jej cie­le było nie­wie­le tłusz­czu – wy­ja­śni­ła Sara.

Wska­za­ła na brzuch, tam gdzie na­cię­cie było tro­chę szer­sze, tuż nad pęp­kiem. Szty­let wszedł tam głę­biej i skó­ra roz­sze­rza­ła się tu­taj ni­czym cia­sna ko­szu­la w miej­scu, w któ­rym od­pruł się gu­zik.

– Na pod­brzu­szu, gdzie ostrze na­ru­szy­ło je­li­ta, wi­docz­ny jest kał. Nie wiem, czy to na­cię­cie zo­sta­ło wy­ko­na­ne tak głę­bo­ko w ja­kimś celu czy przy­pad­ko­wo. W każ­dym ra­zie cała rana po­wsta­ła w wy­ni­ku jed­ne­go po­cią­gnię­cia ostrzem. – Sara wska­za­ła na brze­gi rany. – Tu­taj, na koń­cu rany, wi­docz­ne jest prąż­ko­wa­nie. Może fa­cet ob­ra­cał szty­le­tem do­oko­ła? Tak­że… – urwa­ła, wska­zu­jąc po­szcze­gól­ne frag­men­ty – …na jej rę­kach oraz na ba­rier­kach w to­a­le­cie wi­docz­ne są śla­dy eks­kre­men­tów. Wnio­sku­ję więc, że po otrzy­ma­niu cio­su przy­ło­ży­ła dło­nie do brzu­cha, a po­tem z ja­kie­goś po­wo­du zła­pa­ła nimi za po­rę­cze.

Pod­nio­sła gło­wę i po­pa­trzy­ła na Jef­freya, chcąc się prze­ko­nać, jak się czu­je. Zda­wał się przy­ro­śnię­ty do pod­ło­gi, jak­by za­hip­no­ty­zo­wa­ny wi­do­kiem zwłok Si­byl. Z wła­sne­go do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że umysł po­tra­fi pła­tać róż­ne nie­spo­dzian­ki, cza­sa­mi za­cie­ra­jąc ostry ob­raz prze­mo­cy. Na­wet dla niej wi­dok Si­byl w tej chwi­li był znacz­nie trud­niej­szy do znie­sie­nia, niż gdy­by wła­śnie wi­dzia­ła jej cia­ło po raz pierw­szy.

Przy­ło­ży­ła dło­nie do zwłok, zdzi­wio­na, że cia­ło wciąż jest cie­płe. Tem­pe­ra­tu­ra w pro­sek­to­rium za­wsze była ni­ska, na­wet la­tem, głów­nie dla­te­go, że znaj­do­wa­ło się pod zie­mią. Cia­ło Si­byl po­win­no być więc już znacz­nie chłod­niej­sze.

– Sara? – ode­zwał się Jef­frey.

– Nic – od­par­ła, nie­przy­go­to­wa­na jesz­cze, by wy­cią­gać wnio­ski. Na­ci­snę­ła ranę na środ­ku krzy­ża. – To z pew­no­ścią był szty­let – za­czę­ła. – To za­pew­ne ma dla cie­bie zna­cze­nie. Zwy­kle lu­dzie za­bi­ja­ją się no­ża­mi my­śliw­ski­mi z ząb­ka­mi, praw­da?

– Tak.

Wska­za­ła na roz­cią­ga­ją­cy się wo­kół rany frag­ment ciem­niej­szej skó­ry, jak­by opa­le­ni­zny. Po umy­ciu zwłok do­strze­ga­ła znacz­ne wię­cej niż w to­a­le­cie, kie­dy się na nie na­tknę­ła.

– To zo­sta­ło spo­wo­do­wa­ne ude­rze­niem rę­ko­je­ści, za­tem mor­der­ca wbił w cia­ło całe ostrze. Przy­pusz­czam, że kie­dy ją otwo­rzę, na­tknę się na odłam­ki uszko­dzo­ne­go krę­go­słu­pa. Kie­dy wło­ży­łam do rany pa­lec, wy­czu­łam nie­re­gu­lar­ne twar­de kra­wę­dzie. W ra­nie za­pew­ne znaj­du­ją się drob­ne frag­men­ty ko­ści.

Jef­frey po­ki­wał gło­wą, a Sara kon­ty­nu­owa­ła:

– Je­śli bę­dzie­my mie­li szczę­ście, uzy­ska­my tro­chę in­for­ma­cji na te­mat ostrza. Je­śli nie, to cho­ciaż do­wie­my się cze­goś o wiel­ko­ści pod­sta­wy rę­ko­je­ści. Kie­dy Lena już ją zo­ba­czy… mam na my­śli Si­byl… będę mo­gła usu­nąć i do­kład­nie zba­dać skó­rę. – Wska­za­ła na ranę w cen­trum krzy­ża. – Ude­rze­nie było bar­dzo sil­ne, za­kła­dam więc, że za­bój­ca po­chy­lał się nad ofia­rą. Szty­let wsu­nął się w cia­ło mniej wię­cej pod ką­tem czter­dzie­stu pię­ciu stop­ni. – Za­czę­ła oglą­dać ranę cię­tą. – Po­wie­dzia­ła­bym, że rana na pier­si po­cho­dzi od in­ne­go ostrza niż rana cię­ta na brzu­chu. To nie ma sen­su.

– Skąd ten wnio­sek?

– Na­cię­cia mają zu­peł­nie inne wzo­ry.

– Czym się róż­nią?

– Wła­ści­wie nie wiem – przy­zna­ła szcze­rze. Przez chwi­lę mil­cza­ła, znów kon­cen­tru­jąc się na ra­nie kłu­tej na środ­ku krzy­ża. – Fa­cet naj­praw­do­po­dob­niej sta­nął przed nią, z no­ga­mi ugię­ty­mi w ko­la­nach, rękę ze szty­le­tem cof­nął aż za ple­cy… – Sara za­de­mon­stro­wa­ła – …i ude­rzył w klat­kę pier­sio­wą Si­byl.

– Na­praw­dę uży­wał dwóch ostrzy?

– Do koń­ca nie je­stem pew­na – przy­zna­ła Sara, spo­glą­da­jąc po­now­nie na ranę brzu­cha. Coś się nie zga­dza­ło.

Jef­frey po­dra­pał się po po­licz­ku, pa­trząc na ranę na klat­ce pier­sio­wej.

– Dla­cze­go nie dźgnął jej w ser­ce? – za­py­tał.

– Po pierw­sze dla­te­go, że ser­ce nie znaj­du­je się na środ­ku klat­ki pier­sio­wej, a fa­cet chciał za­dać ude­rze­nie w sam śro­dek krzy­ża. Po dru­gie, ser­ce osła­nia­ją że­bra i chrząst­ki. Żeby się przez nie prze­bić, mu­siał­by ude­rzać szty­le­tem wie­lo­krot­nie, a to by znisz­czy­ło pra­wie do­sko­na­ły ry­su­nek krzy­ża, praw­da? – Sara urwa­ła na chwi­lę. – Gdy­by tra­fił w ser­ce, z rany za­czę­ło­by się wy­le­wać mnó­stwo krwi, i to z dużą szyb­ko­ścią. Może chciał tego unik­nąć? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­pa­trzy­ła na Jef­freya.

– Przy­pusz­czam, że gdy­by chciał się do­stać do ser­ca, dźgnął­by ją pod że­bra, ale mu­siał­by być do­bry, żeby tra­fić za pierw­szym ra­zem.

– Uwa­żasz, że miał ja­kąś wie­dzę me­dycz­ną?

– Czy wiesz, gdzie znaj­du­je się ser­ce? – od­po­wie­dzia­ła Sara py­ta­niem.

Jef­frey po­ło­żył dłoń z le­wej stro­ny swo­jej klat­ki pier­sio­wej.

– Do­kład­nie. Wiesz za­tem, że two­je że­bra nie łą­czą się na ca­łej dłu­go­ści w cen­trum.

– Co to jest? – za­py­tał, prze­su­wa­jąc dłoń do­kład­nie na śro­dek klat­ki pier­sio­wej.

– Mo­stek – od­par­ła. – Rana znaj­du­je się jed­nak tro­chę ni­żej. Nie wiem, czy przez przy­pa­dek czy też ta­kie ude­rze­nie zo­sta­ło za­da­ne ce­lo­wo.

– Co to zna­czy?

– To zna­czy, że je­śli ko­niecz­nie chcesz wy­ryć ostrzem krzyż na czy­imś tu­ło­wiu, a na środ­ku tego krzy­ża za­dać ranę kłu­tą, jest to naj­lep­sze miej­sce, żeby dźgnąć szty­le­tem tak, aby ostrze prze­szło nie­mal na wy­lot. Szcze­gól­nie, je­śli mamy do czy­nie­nia z ofia­rą w wie­ku Si­byl. Ile mia­ła lat? Trzy­dzie­ści kil­ka?

– Trzy­dzie­ści trzy.

– Tyle co Tes­sa – mruk­nę­ła Sara i jej my­śli na mo­ment po­wę­dro­wa­ły ku sio­strze. Otrzą­snę­ła się jed­nak szyb­ko i skon­cen­tro­wa­ła na zwło­kach. – W mia­rę jak czło­wiek się sta­rze­je, chrząst­ki klat­ki pier­sio­wej sta­ją się po pro­stu tward­sze.

– A może mor­der­ca nie chciał na­ci­nać jej pier­si?

Sara za­sta­na­wia­ła się nad tym przez chwi­lę.

– Tu­taj chy­ba nie o to cho­dzi. – Spró­bo­wa­ła po­szu­kać wła­ści­wych słów. – Nie wiem, ale wy­da­je mi się, że po­wi­nien wła­śnie ra­nić jej pier­si. Ro­zu­miesz, co mam na my­śli?