Żart - Tomasz Mackiewicz - ebook + książka

Żart ebook

Tomasz Mackiewicz

0,0
9,99 zł

lub
Opis

Niewielkim miastem na Suwalszczyźnie wstrząsa seria morderstw. Tymczasem do starej willi nad jeziorem wprowadzają się nowi lokatorzy. Kim są stroniący od ludzi samotnicy? Dlaczego kupili dom w miejscu, z którego wszyscy uciekają? Czy ich pojawienie się może mieć związek z tajemniczą śmiercią trzech kobiet?
Gdy niewinna zabawa stanie się grą, w której stawką jest życie…
Czy przypomnisz sobie, co zrobiłaś?
Czy znowu skłamiesz, że to był tylko Żart?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 347




 

Tomasz Mackiewicz

ŻART

Projekt okładki

Mirosława Seremak

Zdjęcie na okładce

Roope Salonen

http://www.rs-foto.com/

Korekta

Agnieszka Wnuk

Małgorzata Stempowska

Copyright © by Tomasz Mackiewicz, 2017

ISBN 978-83-947316-0-1

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.
Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Konwersja do epub

***

Siedziała na starym, podniszczonym krześle. W samej koszuli nocnej, lekko pochylona do przodu, z łokciami opartymi na kolanach. W ten sposób łatwiej mogła powstrzymać coraz intensywniejsze drżenie rąk. Zastrzyk, który jej podano, działał co prawda kojąco, wywoływał jednak skutki uboczne. Zawsze miała słaby wzrok, ale teraz wokół rozciągała się mleczna mgła, przez którą ledwo dostrzegała trzymaną tuż przed oczami lekko postrzępioną kartkę papieru.

Czytała powoli, co chwila gubiąc wątek, jakby trudność sprawiało jej samo zrozumienie tańczących przed oczami słów. Wszystko wydawało się niewyraźne, pozbawione znaczenia. Poza przyjemnymi falami ciepła, delikatnie rozbijającymi się o barierę skóry.

Zadania nie ułatwiało jej to, że z trudem mogła rozszyfrować litery zapisane dziwacznym, nieczytelnym charakterem pisma. Z ich ostrych, urywanych krawędzi emanowała nienawiść. Nienawiść, przed którą najchętniej schowałaby się do środka, w najdalszy zakątek samej siebie, gdzie nie pozostało już nic poza błogim ciepłem wypełniającym każdą komórkę ciała.

Nie miała jednak wyboru, musiała odegrać swoją rolę do samego końca.

Kiedy wreszcie skończyła, wyprostowała się z trudem, rozchyliła zdrętwiałe palce i kartka opadła na podłogę jak martwy biały motyl. Mrużąc oczy, spojrzała jeszcze raz w stronę kamery i przez chwilę, gdy ukryty za nią cień nieznacznie się poruszył, wydawało się jej, że rozpoznaje znajomy zarys twarzy.

‒ Dlaczego?

To było jej ostatnie pytanie, zanim rozległ się cichy, gwałtowny świst i osunęła się bezwładnie na podłogę.

***

Dorota Kamińska zgasiła papierosa i zmrużyła zmęczone oczy, wpatrując się po raz kolejny w jaskrawy wyświetlacz telefonu. Dwudziesta pierwsza trzydzieści. Mrok zagarnął już odległe zabudowania, drzewa, drogę, aż w końcu zaczął pochłaniać taras, na którym siedziała, coraz bardziej zziębnięta i zrezygnowana. Musiała wytężać wzrok, żeby dostrzec gasnące zarysy znajomych kształtów, nagle przemienionych w niepokojące odległe fantasmagorie.

Wiktor nadal nie wracał. Jakby zupełnie do niego nie docierało, że mają wystarczająco wiele powodów do zmartwień, i musiał dokładać do tego wszystkiego jeszcze swoje rzekome weekendowe zlecenia.

Nigdy wcześniej nie wyprowadzał jej z równowagi aż do tego stopnia. Zlecenia. I do tego w piątkową noc. Czy mógł wymyślić coś bardziej banalnego? Albo naprawdę uważał ją za idiotkę, której można wmówić każdą brednię, albo po szesnastu latach spędzonych razem czuł się już na tyle pewnie, że nie widział nawet potrzeby ukrywania swoich skoków w bok.

W takich chwilach miała dosyć wszystkiego. Jego niewierności, własnego milczenia, codziennej samotnej walki o utrzymanie pensjonatu i perspektywy bankructwa, która od jakiegoś czasu spędzała jej sen z powiek. Tak jakby cały świat się sprzysiągł, żeby odebrać Dorocie tę resztkę dobrego samopoczucia, w jakie zawsze wprowadzały ją ciepłe lipcowe wieczory.

Tego lata było ich wyjątkowo dużo, a mimo to interesy szły fatalnie. Codziennie zamykała bar wcześniej, bo poza miejscowymi pijaczkami, którzy przynosili powyciągane z rowów butelki i kupowali za kaucję po dwa najtańsze piwa, nikt i tak nie przychodził.

Ostatnie wydarzenia odstraszyły prawie wszystkich turystów, także tych, którzy przyjeżdżali tu od lat. Nic dziwnego, że nawet jej pensjonat, jeden z lepszych w Pomstowie, świecił pustkami. Do tego stopnia, że coraz częściej zastanawiała się, czy nie rzucić tego wszystkiego i nie zacząć znów od początku, gdzie indziej, gdziekolwiek.

I pomyśleć, że do tej pory z roku na rok zyskiwała kolejnych stałych gości, a jeśli miała jakikolwiek powód do zmartwień, to wyłącznie obawę, czy da radę dalej sama prowadzić ów całkiem dochodowy biznes. Coraz poważniej myślała o zatrudnieniu kogoś do pomocy, snuła nawet plany otworzenia kolejnego pensjonatu albo przynajmniej niewielkiego salonu spa. Teraz jednak wyglądało na to, że złote czasy definitywnie się skończyły. Zanosiło się na mocne zaciskanie pasa, jeśli w ogóle miała co marzyć o dalszym spłacaniu kredytu i utrzymaniu się na fali.

Jeszcze rok temu słychać było zewsząd niesione przez jezioro odgłosy zabaw do białego rana. A teraz? Był upalny lipcowy weekend, a mimo to panowała niemal zupełna cisza. Tylko cykady jak zawsze nic sobie nie robiły z ludzkich spraw. Jeśli za dnia snuły się jeszcze po rynku nieliczne pary zakochanych, to wyłącznie dlatego, że jakimś cudem nie dotarła do nich wiadomość o grasującym w okolicy mordercy.

Poza tym Pomstowo wyglądało na wymarłe. Od kiedy w mediach zrobiło się głośno o dwóch niewyjaśnionych zabójstwach, prawie z dnia na dzień zmieniło się w miasto widmo.

Tym bardziej zaskoczyła ją wiadomość, że będzie miała nowych sąsiadów. Tydzień temu ktoś w końcu wprowadził się do opuszczonej willi tuż obok pensjonatu Kamińskich. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych strasząca teraz rudera należała do najbogatszej rodziny w okolicy i prezentowała się całkiem okazale. Potem właściciele zmarli, a ich spadkobiercy wyprzedali całą ziemię na działki. Chętnych nie było tylko na dom, o który podobno długo się procesowali i który od lat powoli popadał w ruinę.

– Ktoś wreszcie doprowadzi ten bajzel do porządku – stwierdziła Monika, dopijając herbatę, i jak zwykle zaczęła się nad sobą użalać. Jej też nie wiodło się najlepiej. Miała podkrążone oczy i wyglądała na jeszcze bardziej przygnębioną niż zazwyczaj. – Ty przynajmniej nie masz sklepu i tego całego szmelcu w środku. Co ja z tym zrobię? Wyrzucę? Mówię ci, to nie tysiąc i jeden drobiazgów, tylko tysiąc i jeden zasranych problemów.

– Złapią go i wszystko wróci do normy. – Dorota próbowała pocieszyć koleżankę, chociaż bez większego przekonania. Sama nie bardzo wierzyła w swoje zapewnienia. Minął już przeszło miesiąc od pierwszego zabójstwa, a sprawca nadal pozostawał nieuchwytny. Do tego jeszcze w mieście nie widać było żadnych szczególnych oznak, które świadczyłyby o tym, że policja traktuje sprawę priorytetowo. Wieczorami krążyło trochę radiowozów i tyle. W dodatku wszystko wskazywało na to, że śledztwo utknęło w martwym punkcie.

– Pewnie, że złapią, ale jak znam życie, to najwcześniej we wrześniu, jak już będzie po wszystkim. Musiało mu się rzucić na głowę akurat w czerwcu? – Monika spojrzała na przyjaciółkę, jakby naprawdę oczekiwała odpowiedzi.

– Rzucić na głowę?

– Odpierdolić, jeśli wolisz. To musi być jakiś pojeb. Słyszałaś, żeby ktoś zdrowy na umyśle zaciukał ot tak dwie przypadkowe kobiety? Normalni ludzie zabijają z konkretnych powodów, po prostu kiedy muszą. Albo dla zysku. Sama mam kilka osób na liście i założę się, że ty też.

– Na pewno jakiś przyjezdny – odpowiedziała Dorota, zapalając kolejnego papierosa.

– I w tym problem! Przyjedzie taki, zrealizuje swoje fantazje i już go nie ma. Potem wraca do swojego biurka w korpo, brandzluje się i marzy o kolejnych wypadach za miasto. Ja pierdolę, idę do domu.

– Odprowadzić cię? Już ciemno – zaoferowała Kamińska.

Monika machnęła tylko ręką.

– O niego się lepiej martw. Jak go spotkam, to urwę skurwielowi jaja.

Mimo to odprowadziła ją kawałek. Pensjonat położony był nieco na uboczu od innych zabudowań, przy nieoświetlonej drodze, wokół której rozciągał się niewielki zagajnik. Za nim Monika miała już niedaleko, wystarczyło skręcić w uliczkę prowadzącą w stronę rynku, gdzie latarnie rozpraszały ciemność bezgwiezdnej nocy.

Dorota wróciła na taras i spojrzała w stronę sąsiedniej posesji. W oknach na parterze paliło się światło, jedyny znak ludzkiej obecności. Za dnia willa nadal sprawiała wrażenie opuszczonej.

Było w tym jednak coś zastanawiającego. Pomijając fakt, że jacyś ludzie zdecydowali się zamieszkać tu właśnie teraz, gdy wszyscy omijali Pomstowo szerokim łukiem, jeszcze jedna rzecz nie dawała Dorocie spokoju – przeprowadzka odbyła się błyskawicznie, w pośpiechu. Ledwo zdążyła się zorientować, że ktoś kupił sąsiedni dom, a tajemnicza para, którą widywała czasem z daleka, już zdołała się wprowadzić.

Ze swojego tarasu miała doskonały punkt obserwacyjny na całą okolicę, a mimo to ani razu nie dostrzegła na ich posesji żadnych ekip remontowych czy samochodów dostawczych. Tak jakby świeżo upieczeni właściciele po prostu weszli do środka i od razu się urządzili. Bez remontu, który na pewno był konieczny, sądząc po tym, jak dom wyglądał z zewnątrz, z zaledwie kilkoma własnymi meblami i tym, co mieli pod ręką.

Nie to jednak było najdziwniejsze w ich nagłym pojawieniu się w Pomstowie.

Dorota Kamińska od początku miała wrażenie, że zna skądś swoją nową sąsiadkę, mimo że nie potrafiła przypomnieć sobie nawet jej imienia. Nigdy nie miała zresztą pamięci do imion, ale twarze to co innego. Twarzy nie zapominała. A ta, chociaż minęło przecież tyle lat, wydawała się znajoma i przywoływała jakieś niejasne, odległe wspomnienia z dzieciństwa.

Mogłaby przysiąc, że gdzieś już widziała tę kobietę. Jednak za każdym razem, kiedy próbowała przywoływać w myślach postacie z dawnych czasów, z niepokojem uświadamiała sobie, że pamięć coraz bardziej ją zawodzi.

Tymczasem sytuacja stawała się z każdym dniem coraz bardziej niezręczna. Widywały się przecież niemal codziennie. Czasem dostrzegała sąsiadkę na podwórku, gdy podlewała kwiaty albo rozwieszała pranie, a mimo to nadal nie wiedziała, czy witać się z nią jak z obcą osobą, czy udawać, że doskonale ją pamięta.

Któregoś dnia zaczęła więc z ciekawości wertować wyciągnięte ze strychu stare albumy ze zdjęciami i ku swojemu zdziwieniu znalazła kilka szkolnych okolicznościówek, robionych co roku dla upamiętnienia kolejnego etapu edukacji. Na każdej z nich widać było grupkę karnie ustawionych w dwóch rzędach dzieci i siedzącą obok wychowawczynię, zawsze w tych samych dużych rogowych okularach. Zmieniały się tylko cyfry na niewielkiej trzymanej przez jedną z uczennic tabliczce: IVa, Va, VIa, VIIa, VIIIa. Na kolejnych fotografiach twarze były coraz bardziej dojrzałe, ubrania i fryzury mniej dziecięce, a nauczycielka – starsza. Większości tych ludzi nie widziała od lat, a mimo to, pod wpływem niespodziewanego znaleziska, ukryte głęboko w pamięci imiona natychmiast wróciły na swoje miejsca. Jednak nie ta twarz i nie to imię. Kobiety nie było na żadnej fotografii albo zmieniła się przez te lata tak bardzo, że nie sposób już było ją rozpoznać.

Kim ty, do diabła, jesteś? – przemknęło Dorocie przez myśl, gdy chowała wspomnienia z powrotem na zakurzoną półkę wśród rupieci.

Kiedy opowiedziała o tym Wiktorowi, spojrzał na nią jak na idiotkę.

– Nie masz innych problemów?

– Po prostu mnie to ciekawi, bo jestem pewna, że skądś ją znam – odpowiedziała urażona. Bolała ją nie tyle reakcja męża, ile fakt, że przestała już przejmować się jego humorami i wolała machnąć na nie ręką, niż wdawać się w kolejne jałowe kłótnie. A to znaczyło, że nieuchronnie docierali do etapu, w którym ludzie żyją już nie z sobą, ale obok siebie. I żadne z nich nie robiło nic, by to zmienić.

Nie oczekiwała płomiennej, romantycznej miłości do grobowej deski. Zawsze bała się jednak, że skończą jak jej rodzice: obojętni wobec siebie, drażliwi, każde ze świadomością, że życie mogło ułożyć się inaczej, lepiej, ciekawiej. I że już na to wszystko za późno. Teraz coraz wyraźniej uświadamiała sobie, że od co najmniej kilku lat jej własny związek zmierzał dokładnie w tę samą stronę. Nie jak łódka niesiona prądem w dół wodospadu, co przynajmniej miałoby jakąś dramaturgię, ale jak tratwa unieruchomiona na bagnistej mieliźnie, z której nie da się popłynąć ani w lewo, ani w prawo.

Wiedziała, że się nie rozwiodą. Ona z powodu przekonań, a Wiktor choćby z wrodzonej awersji do załatwiania nużących formalności. Poza tym także dlatego że w gruncie rzeczy było mu z nią dobrze. Miał wolność, święty spokój, codziennie obiad i czas potrzebny do twórczej pracy, z której jednak na razie nic nie wychodziło.

Wolała się tym nie zadręczać. I dlatego, nie do końca nawet zdając sobie z tego sprawę, cały czas szukała czegoś, czym mogłaby zająć myśli. Tajemnica nowych właścicieli willi doskonale się do tego celu nadawała. Mijały jednak kolejne dni, a Dorota wciąż nie potrafiła sobie przypomnieć, skąd zna tę niepozorną szczupłą brunetkę, z którą nie miała do tej pory okazji zamienić więcej niż kilka grzecznościowych słów.

W końcu postanowiła więc po prostu zaprosić ją na kawę i zwyczajnie pogadać. Jeśli faktycznie kiedyś się znały, to nie widziały się co najmniej dwadzieścia pięć lat, a teraz miały mieszkać płot w płot, co samo w sobie stanowiło okazję do odnowienia starej znajomości. Nawet jeśli pamięć płatała jej figle i nigdy wcześniej się nie spotkały, nie musiały przecież zostawać przyjaciółkami. Wystarczyło się przedstawić, uśmiechnąć i odbębnić rytualne powitanie.

Wiedziała już, że mężczyzna, który zamieszkał z brunetką, wychodzi codziennie rano i wraca około szesnastej, z kolei ona najczęściej przesiaduje w domu. Furtka była uchylona. Dorota podeszła do drzwi i zapukała, ale nikt nie otworzył.

„Stara nieznajoma”, jak zaczęła ją nazywać, wyraźnie unikała jakiegokolwiek kontaktu.

Odniosła takie wrażenie już za pierwszym razem, gdy zobaczyła sąsiadkę na spacerze. Kobieta wysiadała właśnie z samochodu, jednocześnie szukając w torebce telefonu, który dawał o sobie znać głośną melodią popularnego przeboju. Kiedy Kamińska się do niej zbliżyła, brunetka dała tylko znać na migi, że się śpieszy, i szybko zniknęła za drzwiami. Podobnie skończyła się następna próba nawiązania znajomości. Za drugim razem Dorota zauważyła nieznajomą w sklepie i jej uwadze nie umknął kolejny zastanawiający fakt. Chociaż tego dnia było wyjątkowo pochmurno, kobieta nosiła duże ciemne okulary. W dodatku potraktowała Kamińską jak intruza, narzucającego się osobie niemającej najmniejszej ochoty na zacieśnianie kontaktu. Nie powiedziała wprost, że nie życzy sobie towarzystwa, jednak można to było natychmiast wyczuć z niecierpliwego tonu głosu i nerwowego zachowania. Była taktowna, ale nieprzystępna. Wymieniły więc tylko kilka grzecznościowych uwag i brunetka pożegnała się szybko, nawet nie starając się wymyślić jakiegoś sensownego usprawiedliwienia poza zdawkowym: „Przepraszam, śpieszę się”.

I Dorota znowu poczuła się jak idiotka. Z drugiej strony zachowanie kobiety wydawało jej się coraz bardziej podejrzane. Skoro przypadek sprawił, że zamieszkały obok siebie, zwyczaj nakazywał udawać, że zależy im na odnowieniu znajomości albo przynajmniej na poprawnych sąsiedzkich stosunkach. Nieznajoma łamała tę niepisaną zasadę tak ostentacyjnie, że musiało kryć się za tym coś więcej niż tylko brak czasu, a nawet osobista niechęć, do której nie mogła mieć przecież żadnych podstaw.

Czy chodziło o niego? Brunetka zamieszkała w willi z jeszcze bardziej nieprzystępnym postawnym mężczyzną około czterdziestki, co w połączeniu z okularami w stylu żony damskiego boksera nasuwało oczywiste wnioski. Tylko że wszystkie te obserwacje można było zinterpretować na wiele innych sposobów. Śmierć w rodzinie, nałóg, choroba, depresja – różne okoliczności sprawiają, że człowiek staje się odludkiem i zapomina o dobrym wychowaniu. Jedno było pewne – nowa sąsiadka nie należała do najszczęśliwszych ludzi na ziemi. Dorota Kamińska postanowiła ustalić, co się za tym kryje.

Dziwaczne – tylko tak umiała opisać zachowanie kobiety. Im dłużej obserwowała sąsiedni dom, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że naprawdę coś było na rzeczy. Nieznajoma niemal cały czas spędzała zamknięta w środku. Jeśli wychodziła, to najczęściej tylko po to, żeby zrobić szybkie zakupy, po których natychmiast wracała i do końca dnia nie pokazywała się już na zewnątrz. Nie miała też z nikim kontaktu, oczywiście jeśli nie liczyć mieszkającego z nią mężczyzny, który regularnie znikał na pół dnia, a wieczorami zamykał się razem z partnerką w czterech ścianach willi.

Wydawało się też, jakby sam dom niewiele ich interesował i przygotowali go na swój pobyt wyłącznie do tego stopnia, żeby dało się w nim zamieszkać, bez żadnych wygód, byle mieć dach nad głową.

Przez pierwsze dwa dni, na ile mogła to ocenić, obserwując z oddalenia ich okna, tylko pobieżnie uprzątnęli wnętrza, wynieśli na dwór niepotrzebne rzeczy i pomalowali ściany. Nigdy jednak nie zauważyła, żeby światło w willi paliło się na górze, tak jakby do życia wystarczały im jedynie pospiesznie odnowione pomieszczenia na parterze.

Z zewnątrz dom nadal wyglądał dokładnie tak jak wtedy, gdy się do niego sprowadzili. Nie mówiąc już o czymś, co kiedyś musiało być całkiem uroczym ogrodem, a teraz przypominało raczej miniaturową dżunglę. Dorota ani razu nie widziała też, by zeszli nad jezioro, chociaż willa była położona tuż nad wodą. Za taki luksus z pewnością musieli zapłacić więcej, niż kosztowałaby ich jakakolwiek inna posesja w okolicy. Nawet sporo więcej, a mimo to nie wykazywali najmniejszego zainteresowania malowniczą plażą, z której rozciągał się wspaniały widok na drugi brzeg.

Nie potrafiła w żaden sensowny sposób wytłumaczyć, kim byli i co robili nowi sąsiedzi. Dlatego postanowiła narazić się na kolejną śmieszność i spróbować jeszcze raz nawiązać kontakt.

Nie chodziło jej już o odnowienie domniemanej znajomości, co po tylu latach było raczej niemożliwe, a już na pewno nikomu niepotrzebne, ani nawet o kawę, którą na dobrą sprawę zaproponowała wcześniej bardziej z grzeczności niż z autentycznej potrzeby nawiązania kontaktu z bądź co bądź obcą kobietą. Była po prostu coraz bardziej ciekawa, co się za tym wszystkim kryje.

Z tą myślą podniosła się z fotela i wróciła do pustej sypialni.

– Nic się za tym nie kryje, masz po prostu paranoję – usłyszała następnego dnia od Moniki, która wróciła właśnie znad jeziora i energicznie wycierała mokre włosy. Przyjaciółka odwiedzała ją teraz codziennie i wyglądało na to, że już zupełnie machnęła ręką na sklep, który i tak przynosił same straty. Dużo więcej uwagi poświęcała samej sobie, o czym świadczyła nowa, zbyt jaskrawa i niepasująca do niej, blond fryzura.

Monika Szelągowska była szczupłą, niewysoką i całkiem ładną kobietą pod czterdziestkę. Dorota zawsze zazdrościła jej nienagannej figury, małego, zgrabnego nosa i klasycznych rysów twarzy. Sama miała raczej typowo słowiańską urodę, o ile coś takiego w ogóle istnieje. Chociaż z pewnością nikt nie uznałby jej za brzydką, patrzyła w lustro bez większego zachwytu. Trochę zbyt wąskie usta, mysie włosy, które nigdy nie chciały dać się zakręcić, i jakieś sześć–siedem kilo za dużo, z czym od lat nie mogła sobie poradzić – wszystko to razem wzięte sprawiało, że określała się krytycznie jako typ pszenno-buraczany. Poza tym Monika ogólnie trzymała się zdecydowanie lepiej. W przeciwieństwie do Doroty, co pachniało wręcz jakimś paktem z diabłem, prawie nie miała zmarszczek. Do tego jeszcze – w lepszych okresach – wciąż biła od niej młodzieńcza energia, prawdopodobnie dlatego, że nigdy do końca nie dorosła.

– Wszystko da się wytłumaczyć – ciągnęła Monika. – Poza tym co cię to obchodzi? To ich sprawa.

– Nie wierzę, że nie jesteś ciekawa – skwitowała Dorota i wróciła do swoich obowiązków. Dzień był wyjątkowo upalny i nieliczni goście, których dotąd nie odstraszyły morderstwa, wylegiwali się nad wodą. Miała więc niewiele do roboty. Odkurzyła szybko puste pokoje, zrobiła zakupy, podlała rośliny i przez resztę czasu snuła się między fotelem na tarasie a barem, wysłuchując paplaniny Moniki, która coraz bardziej działała jej na nerwy. Czasem tylko ktoś zabłąkał się po piwo i przynajmniej na chwilę miała wtedy przyjaciółkę z głowy.

Kończyła właśnie obsługiwać ostatniego klienta, kiedy Monika znów pojawiła się w drzwiach.

– Idę na chwilę do sąsiadów – oznajmiła nieoczekiwanie i zanim Dorota zdążyła zareagować, już jej nie było.

Wróciła kilka minut później, wyraźnie niezadowolona.

– Nikogo nie było.

– Po co tam w ogóle polazłaś?

– No przecież chciałaś ją poznać.

Kamińska zaczęła żałować, że podzieliła się z przyjaciółką swoimi podejrzeniami. Mogła się przecież domyślić, że nic dobrego nie może z tego wyniknąć.

– I co o tym wszystkim myślisz? – spytała.

Monika wzruszyła ramionami.

– Pewnie ma cię za wariatkę. Zaglądasz jej w okna, łazisz za nią jak nienormalna, co się dziwisz?

W pierwszej chwili Dorota miała ochotę ją opieprzyć. Ale czy ona sama nie zachowywała się podobnie? Wiktor miał rację, robiła z siebie kretynkę. Zawracała głowę obcej osobie tylko dlatego, że pomyliła ją z kimś innym. Czyżby powoli zmieniała się we wścibską, zgorzkniałą wiejską babę, która we wszystkim doszukuje się tematów do plotek?

Pozbyła się Moniki pod jakimś pretekstem, wróciła do pustego baru i wyjęła z lodówki butelkę żołądkowej. Słodkawy zimny płyn trochę poprawił jej nastrój.

Wiktor wrócił tego dnia wcześniej niż zwykle. Na szczęście w ostatniej chwili usłyszała znajomy warkot parkującej toyoty i zdążyła schować napoczętą wódkę. Kiedyś widok tego ciemnookiego bruneta działał na nią mocniej niż najlepszy drink. I wcale nie przeszkadzało jej to, że mężowi daleko było do ideału męskiej urody. Spora jak na jego wiek łysina, widoczna nadwaga... Jeszcze kilka lat temu te niedoskonałości wręcz dodawały mu uroku. Teraz, kiedy wszedł, ledwo zwracając na nią uwagę, uznała tylko, że wygląda na zmęczonego i nieobecnego. Jak zawsze, kiedy miał wyrzuty sumienia.

– Cześć. – Uśmiechnął się nieznacznie i nalał sobie piwa. – Nie zamykasz baru?

– Chciałeś mi coś powiedzieć? – spytała obcesowo, próbując udawać mniej pijaną, niż była. Nie przychodziło jej to łatwo. Spojrzał na nią uważnie i posmutniał jeszcze bardziej.

– Jutro jadę na wystawę do Warszawy. Wracam we wtorek.

– OK – odpowiedziała obojętnie. W tej chwili naprawdę było jej to obojętne.

– O co ci chodzi? Nie rozumiesz, że to dla mnie szansa?!

Wyjął nerwowo z kieszeni kawałek papieru i podsunął jej tak blisko, że litery natychmiast się rozjechały. Poczuła nagle mdłości i odruchowo zamknęła oczy.

– Proszę, imienne zaproszenie. Z datą i miejscem.

Nie miała siły dłużej odgrywać trzeźwej. Oparła się o blat i odpowiedziała zrezygnowana:

– Daj mi już spokój, o nic mi nie chodzi.

– To nie zachowuj się tak, jakbym jechał na jakąś orgię.

Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Powiedziała, akcentując wyraźnie każde słowo:

– To nie zachowuj się tak, jakbyś jechał na jakąś orgię.

Nie odpowiedział. Westchnął tylko głęboko, jak niewinny skazaniec po usłyszeniu drakońskiego wyroku, po czym schował ostrożnie zaproszenie i wyszedł. Nie pamiętała, jak trafiła z powrotem do sypialni. Zasnęła natychmiast, a jej ostatnią myślą było to, że chciałaby mieć wreszcie własne łóżko, którym nie musiałaby się z nikim dzielić.

Kiedy obudziła się rano z nieznośnym bólem głowy, Wiktora już nie było. Zawsze wstawał wcześnie i zostawiał po sobie nienaganny porządek. Pod tym jednym względem był taki sam jak wtedy, gdy go poznała. O rzeczy troszczył się bardziej niż o ludzi.

Chrzanić go – pomyślała i obiecała sobie już nigdy więcej nie zadręczać się przegranymi sprawami.

Natomiast co do nieznajomej, postanowiła jej na razie unikać. Wydawało się, że nie będzie to trudne, bo sąsiadka z uporem kontynuowała życie odludka i tak jak dotąd przeważnie siedziała zamknięta w czterech ścianach. Jedynym śladem jej obecności był cień, który Kamińska dostrzegała czasem kątem oka za szczelnie zasłoniętymi oknami willi. A gdy wpadły na siebie przypadkiem na mieście, uśmiechnęła się, nieco zakłopotana, rzuciła krótkie „dzień dobry” i obie poszły w swoją stronę.

Coś jednak nadal nie dawało Dorocie spokoju, jakaś niejasna myśl, że ta dziwna kobieta naprawdę ma poważne kłopoty. Tym bardziej że dystans, jaki wyczuwała z jej strony, wydawał się czymś więcej niż tylko skrępowaniem, które często odczuwa się w nowym środowisku lub wobec dawnych znajomych spotkanych po latach. Za każdym razem, gdy widziała ją przemykającą (właśnie tak chodziła nieznajoma: jakby cały czas próbowała pozostać w cieniu i zwracać na siebie jak najmniej uwagi) w ciemnej sukience i dużych czarnych okularach, miała wrażenie, że mija ją cień człowieka, istota tak szczelnie zamknięta we własnej skorupie, że przypominała raczej zjawę niż osobę z krwi i kości.

***

Kolejną zagadkę stanowiła dla Doroty kobieta, która kilka dni temu niespodziewanie wynajęła u niej pokój. Na oko trzydziestoletnia, niska, szczupła, ruda, z mocno podkreślonymi zielonymi oczami i ubrana, jakby właśnie wracała z pogrzebu Cobaina, nie wyglądała na kogoś, kto ceni sobie sielską atmosferę Pomstowa.

Pojawiła się, niezapowiedziana, jedynie z niewielką walizką i od razu oświadczyła, że zostaje na co najmniej trzy tygodnie. Zupełnie jakby z góry wiedziała, że mimo szczytu sezonu w pensjonacie czeka na nią wolne miejsce.

Dorota przyjęła ją oczywiście, bo w tej sytuacji każdy klient był na wagę złota, ale na wszelki wypadek postanowiła ulokować nieznajomą z dala od jedynych stałych gości, którym zależało na ciszy i spokoju. W takim miejscu jak Pomstowo każdy z mieszkańców dbał o reputację, a ta zależała w dużej mierze od tego, jakich ludzi przyjmowało się pod swój dach. Z tego względu Kamińska już dawno nauczyła się oceniać bliźnich na podstawie pierwszego wrażenia. Lepiej było od razu odmówić noclegu komuś, kto wydawał się podejrzany i mógł stanowić problem, niż narażać się później na skargi porządnych ludzi i sprzątać zarzygane pokoje.

Nowa wczasowiczka stanowiła przypadek trudny do zakwalifikowania. Z jednej strony jej wygląd i nonszalanckie zachowanie nie budziły zbytniej ufności, z drugiej jednak – wyciszona, zamknięta w sobie – nie wyglądała na imprezowiczkę, która może sprawiać kłopoty i zakłócać spokój. Tym bardziej że pojawiła się sama.

Kamińska postanowiła więc delikatnie pociągnąć rudą za język. Okazało się, że kobieta przyjechała z Warszawy, zamierza kończyć pracę nad książką, a położone w samym środku parku krajobrazowego Pomstowo wydało jej się idealnym miejscem do pracy. Nie wspomniała nic o zabójstwach, a w związku z tym Dorota również uznała, że nie ma powodu zastępować telewizji i informować o ostatnich wydarzeniach. Trzy tygodnie to prawie tysiąc złotych w kieszeni, nie licząc tego, co „pisarka” wyda w barze. Zwłaszcza że zapłaciła połowę z góry i kiedy wyłożyła pieniądze na stół, Dorota, już nieco spokojniejsza, odprowadziła ją do pokoju.

– Nie jest to Gołębiewski, ale myślę, że się pani spodoba.

Nawet teraz starała się trzymać jako taki standard i wszystkie pokoje, jakie miała do zaoferowania, wyglądały czysto i schludnie.

– Z widokiem na jezioro. – Wskazała na niewielkie okno, pod którym znajdowało się wąskie jednoosobowe łóżko. Oprócz tego w pokoiku był jeszcze stół nakryty białym obrusem, szafa na ubrania, a pod ścianą naprzeciwko okna – w pełni wyposażony aneks z przenośną kuchenką elektryczną i lodówką.

Kiedy „pisarka” otworzyła drzwi do łazienki, ze środka wydobył się intensywny zapach detergentów.

– Jeśli nie ma akurat ciepłej wody, to trzeba trochę poczekać. Wie pani, kiedy wszyscy naraz korzystają...

Kobieta machnęła ręką, co miało oznaczać, że nie widzi problemu w tej niewielkiej niedogodności. Wyglądała na zadowoloną.

– Jak na tę okolicę jest OK. Niczego więcej mi nie trzeba.

„Jak na tę okolicę”. Dorota przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć, zirytowana tym ostentacyjnym brakiem wyczucia. Opanowała się jednak szybko i dokończyła oprowadzanie.

– Śniadania podaję w barze, między ósmą a dziesiątą. Chyba że woli pani sama gotować. Tu – wskazała na aneks kuchenny – jest wszystko, czego potrzeba. Naczynia znajdzie pani w szafkach.

Kiedy przekazała już wszystkie niezbędne informacje i zamierzała życzyć gościowi udanego pobytu, ruda rzuciła niedbale bagaż na krzesło i położyła się na łóżku, nie zdejmując nawet czerwonych martensów, na których wciąż widać było ślady spaceru z oddalonego o dwa kilometry dworca.

Dorota powstrzymała się od komentarza i wyszła bez słowa. Nie mogła wybrzydzać w sytuacji, kiedy ledwo wiązała koniec z końcem. W pensjonacie mieszkała teraz tylko niezbyt zamożna rodzina z dziećmi, od lat przyjeżdżająca tym samym starym passatem, i właśnie ta niewychowana dziwaczka, której wydawało się, że jest pisarką. Przecież gdyby ktoś kupował to, co napisała, z pewnością nie musiałaby spędzać wakacji w podrzędnym pensjonacie.

Okazało się na szczęście, że dziewczyna nie sprawiała problemów. Całymi dniami wylegiwała się nad jeziorem, czytała albo chodziła na długie spacery, a wieczorami zamykała się w pokoju z butelką wina.

Z czasem Dorotę zaczęło bawić to, co na początku wydawało jej się w rudej irytujące. „Pisarka” nie owijała w bawełnę i zawsze waliła prosto z mostu. Nie przejmowała się przy tym w ogóle, jakie wrażenie może to wywołać. W jej zachowaniu było coś tak dziecięco naiwnego, że wręcz budziło sympatię. Kamińska uznała nawet, że mogłaby z czasem polubić dziewczynę, gdyby nie to, że ostentacyjnie unikała ona kontaktu i na kilometr było widać, że nie życzy sobie zawierania żadnych bliższych znajomości.

Poznały się trochę lepiej dopiero dwa dni temu, wieczorem. Dorota kończyła właśnie sprzątać bar, kiedy usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Brzmiało inaczej niż głośne dobijanie się pijaczków, do którego zdążyła się przyzwyczaić. Spojrzała przez wizjer i otworzyła drzwi. Gdyby był to ktoś obcy, po prostu by go przegoniła, ale dla gości zawsze robiła wyjątek i obsługiwała ich nawet po zamknięciu. Nauczyła się już dawno, że w tym interesie takie drobne gesty przekładają się na wymierne korzyści.

– Białe czy czerwone? – spytała, mrugając porozumiewawczo.

– Czerwone – rzuciła ruda i zmarszczyła czoło. – Ale mam jeszcze jedną sprawę. Zamyka pani drzwi na noc, a czasem chciałabym gdzieś wyjść.

Tego Dorota się nie spodziewała. Faktycznie ze względu na ostatnie wydarzenia postanowiła podjąć szczególne środki ostrożności, jednak do tej pory nikomu to nie przeszkadzało i wydawało się, że w tej kwestii między nią a gośćmi obowiązuje niepisana umowa: „Nie rozmawiamy o przykrych wydarzeniach i udajemy, że wszystko jest jak zawsze”.

Kobieta musiała dostrzec zdziwienie na twarzy Kamińskiej, bo dodała szybko:

– Rozumiem, dlaczego pani to robi, ale to przecież nie internat, nie możemy dać się zwariować i wprowadzać godziny policyjnej.

Musiała przyznać jej rację. Tego wieczoru po raz pierwszy zamieniły więcej niż kilka słów i nawet przeszły na ty, ale Dorota nadal nie potrafiła rozgryźć nowego gościa. Siedziały na tarasie i rozmawiały niezobowiązująco o wszystkim i niczym, a jednak cały czas odnosiła wrażenie, że dziewczyna próbuje pociągnąć ją za język i wydobyć od niej jakieś informacje. O sobie mówiła niewiele. Tyle tylko, ile widać uznała za niezbędne, żeby rozmowa toczyła się w miarę naturalnie i nie zamieniła w jawne przesłuchanie. Dorota dowiedziała się więc zaledwie, że Olga Wagner – bo tak nazywała się ruda – pracuje w niewielkim wydawnictwie w Warszawie, pisze czyjąś biografię, woli Suwalszczyznę od gór, a czerwone wino ceni wyżej od białego.

Poza tym to „pisarka” nadawała ton rozmowie. Pytała o pensjonat, o miasto i co chwila, niby przypadkiem, schodziła na temat zabójstw. Kamińska niechętnie opowiadała o sprawie, o której zresztą wiedziała niewiele. Tyle, ile można było wyczytać z gazet.

– Myślisz, że to był ktoś stąd? – spytała ją w pewnym momencie, niby od niechcenia, Olga.

– Wątpię. To małe miasto i wszyscy się tu znają. W takich miejscach mąż może zadźgać po pijaku żonę albo odwrotnie, ale zabić z zimną krwią dwie osoby? Nie, nie wydaje mi się to prawdopodobne.

– Znałaś te kobiety?

Dorota pokiwała twierdząco głową.

– Niezbyt dobrze. Z widzenia.

– Były stąd?

– Tak. Obie mieszkały tu od urodzenia.

– A ty?

Alkohol zdążył zrobić swoje i Kamińska zaczęła opowiadać. O tym, jak chciała wyrwać się z Pomstowa, poznać świat, nowych ludzi. Jak wyjechała na studia na drugi koniec Polski, załapała się na roczne stypendium w Berlinie i tam poznała Wiktora.

Na początku wiodło im się całkiem dobrze. Zamieszkali w Krakowie, wynajęli niewielkie mieszkanie, oboje skończyli studia, znaleźli pracę. Aż w końcu poczuła, że życie w ciągłym biegu ją przytłacza, i coraz częściej łapała się na tym, że z sentymentem wspomina miejsce, od którego uciekła jako dziewczyna. Ku jej zaskoczeniu Wiktorowi spodobała się ta perspektywa.

– Trzeba się stąd wynosić jak najdalej, jeśli mam zostać kimś – stwierdził któregoś dnia, jednego z tych, kiedy nie był w stanie niczego namalować.

Ten „ktoś” stanowił mgliste wyobrażenie spełnionego i niezależnego artysty, za jakiego Wiktor zawsze chciał uchodzić. Być może podchwycił jej pomysł dlatego, że nikt, oprócz Doroty, nie potrafił dostrzec w nim ukrytego potencjału. Poza tym bez przerwy narzekał na duszny, zatęchły Kraków, w którym ‒ jak uparcie utrzymywał ‒ gusty kształtuje kolesiostwo i snobizm. Marzył o własnej pracowni za miastem, gdzie mógłby swobodnie rozwijać talent.

Wyjechali zatem, kupili na kredyt podniszczony opuszczony pensjonat i zakasali rękawy. A potem? Tego już nie wypowiedziała głośno, ale zwyczajnie utkwili tutaj, coraz bardziej oddalając się od siebie, zawiedzeni w swoich wygórowanych oczekiwaniach co do rozpoczęcia życia na nowo. Wtedy jeszcze nie uświadamiała sobie tak jasno jak teraz, że kiedy ona myślała o nich obojgu, on był skupiony przede wszystkim na sobie.

Wagner słuchała jej uważnie. Dorota odniosła nawet wrażenie, że zbyt uważnie jak na niezobowiązującą towarzyską konwersację. Spojrzała znacząco na zegarek. Dochodziła pierwsza w nocy. Olga, chcąc nie chcąc, wstała, wyraźnie niezadowolona, że jej dyskretne przesłuchanie dobiegło końca.

Wróciły do środka i pożegnały się. Tym razem ruda udała się prosto do swojego pokoju i nie protestowała, kiedy Kamińska zamknęła drzwi na klucz.

Po co zadawała te wszystkie pytania? Dorocie przemknęło przez myśl, że może tak naprawdę była dziennikarką wysłaną do Pomstowa przez jakiś brukowiec. Szybko jednak odrzuciła to przypuszczenie. Mało prawdopodobne, by ktoś z takim podejściem do ludzi mógł wybrać pracę w gazecie.

***

Monika przychodziła coraz wcześniej i nieraz przesiadywała całymi dniami, bardziej przeszkadzając, niż pomagając w prowadzeniu pensjonatu. Tego dnia też nie dała Dorocie spokoju. Sklep zamknęła już ostatecznie, a swoje tysiąc i jeden drobiazgów wyprzedawała powoli na Allegro. Zaofiarowała się co prawda, że sprzątnie podłogę w barze, i faktycznie sprawnie się z tym uwinęła, jednak czas mijał jej przede wszystkim na obijaniu się i narzekaniu na nużące wędrówki na pocztę i z powrotem. Kiedy znalazł się jakiś chętny na jedną z chińskich podróbek, którymi handlowała, musiała odstać swoje w kolejce i nadać przesyłkę. Często się przy tym myliła – a to zamieniała niechcący adresy, a to nazwiska, przez co drugie tyle roboty związanej z odkręcaniem i korektą transakcji dokładała sobie sama. Zdecydowanie nie była stworzona do prowadzenia biznesu. Szybko uświadomiła też sobie, że nawet przy najlepszej koniunkturze nie miała szans, by wyjść z tego wszystkiego przynajmniej na zero. Na sporą część asortymentu w ogóle nie było popytu. A nawet jeśli ludzie chętnie kupowali materace, maski i inne tego typu rzeczy przydatne w każde wakacje, to zazwyczaj za cenę o połowę niższą od sklepowej.

Wylegiwała się teraz na leżaku z jakimś kryminałem i wyraźnie niechętnie oderwała się od lektury, kiedy Dorota znów zaczęła opowiadać o ciemnych okularach nowej sąsiadki. Odłożyła książkę. Wiedziała, że nie było już mowy o czytaniu, przynajmniej dopóki Kamińskiej nie minie kolejny napad obsesji.

– No ale przyznaj, że coś w tym jest. Normalna kobieta tak się nie...

Chciała powiedzieć, że normalna kobieta tak się nie zachowuje, ale w porę ugryzła się w język. Dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo sposób bycia nieznajomej pasował do usposobienia Moniki, kiedy ta miewała swoje gorsze dni.

– Niby jak się nie zachowuje? Ja się tak czasem zachowuję, co nie znaczy, że ktoś mnie tłucze na dzień dobry i dobranoc.

Dorota westchnęła z rezygnacją.

– Ty to ty. Poza tym nie nosisz ciemnych okularów. Nie wydaje ci się to podejrzane? Nawet w pochmurny dzień.

– Może ma jaskrę? A może zrobiła sobie oczy i dlatego ma siniaki? To by zresztą tłumaczyło, dlaczego nie przyjęła twojego zaproszenia. Nie chciała, żebyś miała jeszcze więcej powodów do plotek.

– Możliwe. Ale co, jeśli on ją naprawdę krzywdzi?

– Daj sobie z tym spokój. Gdyby naprawdę potrzebowała pomocy, to by o nią kogoś poprosiła.

– OK, już nic nie mówię – odpowiedziała Dorota bez przekonania.

Nadal czuła, że coś w tym wszystkim śmierdzi. Przed willą cały czas stał zaparkowany samochód terenowy, ale dom wydawał się opuszczony. Od rana nikt do niego nie wchodził i nikt stamtąd nie wychodził.

– Ale jeśli dojdzie do jakiejś tragedii, to nie będzie moja wina – dodała. – Mówisz jak ci sąsiedzi z telewizji, którzy zawsze robią wielkie oczy, kiedy dowiadują się, że sąsiad zatłukł żonę siekierą. „A przecież był taki spokojny i uczynny”.

Monika roześmiała się nagle głośno, beztrosko i w tym samym momencie Dorota uświadomiła sobie, jak bardzo zazdrości przyjaciółce takiego niepowstrzymanego śmiechu, nawet jeśli ta zawdzięczała go lekom. Szelągowska przypominała dziecko: rozkapryszone, nieporadne, żyjące w swoim własnym świecie. Nigdy nie wiadomo było, o czym tak naprawdę myśli i jaka głupota za chwilę przyjdzie jej do głowy. Dziwne, że w ogóle jakoś dawała sobie dotąd radę, bo z takim podejściem do życia już dawno temu powinna była zwinąć manatki. Tymczasem zawsze spadała na cztery łapy, a teraz wydawało się, że mimo kłopotów znosi przeciwności losu znacznie lepiej niż ona.

Bywała co prawda irytująca, ale Dorota zrozumiała niedawno jeszcze jedno – jak bardzo potrzebowała teraz czyjegoś towarzystwa. Kiedy dzwoniła po nielicznych osobach, z którymi utrzymywała jeszcze kontakt, wszyscy z troską w głosie wymawiali się brakiem czasu. Mieli widocznie własne problemy, bo w okolicy strach o przyszłość zaczął już każdemu zaglądać w oczy.

Miejscowości w tej części Polski dzieliły się na położone blisko jeziora i oddalone od wody. Pierwsze prosperowały całkiem nieźle dzięki turystom, drugie z roku na rok coraz bardziej podupadały. W pierwszych działały sklepy, pensjonaty, hotele i była praca, w drugich panowała bieda i wszędzie straszyły walące się chałupy. Gdyby ludzie przestali przyjeżdżać, właśnie tym stałoby się szybko Pomstowo – zapomnianą przez Boga zapadłą dziurą. I wielu musiałoby zaczynać wszystko od nowa.

– Co myślisz o Wiktorze? – Dorota zmieniła temat, by najogólniej, jak tylko było można, zacząć rozmowę o rozpadającym się związku.

Monika wzruszyła ramionami. Wszyscy wiedzieli, że Kamińskim się nie wiodło. Już od dłuższego czasu chodziły takie słuchy. Wiktor łapał jakieś tymczasowe fuchy, ale nie zamierzał szukać stałej pracy, bo wciąż upierał się przy swojej karierze malarskiej, która nijak nie chciała nabrać rozpędu. Trudno było się więc dziwić, że Dorota coraz bardziej traciła cierpliwość. „Wyszłam za malarza, który nie sprzedał ani jednego obrazu, i mam za swoje” – narzekała, kiedy nie mieli z czego opłacić rachunków. Wierzyła w jego talent na słowo, bo ani trochę nie znała się na sztuce i nie rozumiała prac męża, jedynej rzeczy, o której mógł rozmawiać całymi godzinami. Mimo to podziwiała go, kiedy opowiadał o malarstwie. Jego pewność siebie imponowała Dorocie, a popisy erudycji sprawiały, że była z niego dumna. Zapominała wtedy o coraz częstszych kryzysach, gdy konto świeciło pustkami i musiała sama walczyć o to, by jakoś związać koniec z końcem.

„Mój czas jeszcze nie nadszedł” – powtarzał często, próbując się usprawiedliwić i dodać żonie otuchy, ale coraz wyraźniej docierało do niej, że było to zaklinanie rzeczywistości. Może faktycznie Wiktor był wizjonerem. W każdym razie sam w to głęboko wierzył. Wzdrygała się jednak na myśl, że ten jego czas może nadejść za sto lat, i przypominała sobie czytaną dawno temu przygnębiającą biografię van Gogha.

Niekiedy delikatnie sugerowała mężowi, by pomyślał o stałej pracy. Rozsyłała też w jego imieniu ogłoszenia o nauce malarstwa, co było powodem coraz częstszych kłótni. Wiktor nie chciał nikogo uczyć. Twierdził, że tego typu edukacja jest zaprzeczeniem wszystkiego, czym powinna być prawdziwa sztuka. Mówiła wtedy, że mógłby w takim razie prowadzić kursy fotografii. Do tego trzeba przecież przede wszystkim talentu, a nie technicznej wiedzy, którą szybko można opanować.

„Jesteś świetnym malarzem, więc masz dobre oko” – komplementowała go na zachętę. Ale i takie pomysły doprowadzały Wiktora do pasji, bo uważał fotografię za podrzędne rzemiosło, a nie zamierzał rozmieniać swojego talentu na drobne.

Jego sprzeciw nie odstraszył zdesperowanej Doroty, która w końcu postanowiła postawić go przed faktem dokonanym. Załatwiła mu po kryjomu ucznia, uzdolnionego syna jakiejś swojej znajomej. Skończyło się na jednej lekcji.

Wiktor stawał się coraz bardziej obcy, opryskliwy, aż w końcu któregoś dnia po raz pierwszy wydało się jej, że wyczuła na ubraniu męża zapach innej kobiety.

– Mam wrażenie, że się zmienił, ale pewnie coś sobie ubzdurałam – dodała, sondując przyjaciółkę wzrokiem. Łatwo dało się jednak wyczuć, że sama nie wierzy we własne uspokajające zapewnienia.

– Daj spokój, ma po prostu doła i trudno się dziwić. Znajdzie nową robotę, staniecie na nogi i będzie jak dawniej. Nie wy pierwsi i nie ostatni macie problemy.

Ale Dorota najwyraźniej nie poczuła się uspokojona i ciągnęła swoje wynurzenia, biorąc odpowiedź Moniki za dobrą monetę. Naprawdę czuła potrzebę, by w końcu zwierzyć się komuś z tych podejrzeń. Szelągowska nie należała co prawda do ludzi umiejących pocieszać, ale przynajmniej można jej było zaufać, że nie rozpowie cudzych sekretów.

– Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałaś, że w takich sprawach pierwsze odczucie jest zazwyczaj trafne? Rok temu jeszcze myśleliśmy o dziecku, a teraz mam wrażenie, że mnie unika. No to wyobraź sobie, jakie mam w związku z tym odczucia.

Nie powiedziała wprost, że podejrzewa męża o zdradę, ale wyraźnie to zasugerowała. Monika pokiwała tylko głową, nie bardzo wiedząc, jak inaczej zareagować.

Wiktor od pewnego czasu faktycznie wydawał jej się inny niż kiedyś. Przygaszony, mniej pewny siebie, jakby coś naprawdę leżało mu na wątrobie. Nie zwracała na to jednak większej uwagi, w końcu każdy na jego miejscu straciłby dobry nastrój. Być może kryło się za tym nawet coś więcej, jakieś początki depresji. W każdym razie nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazł. Artyści bywają przewrażliwieni na swoim punkcie, zwłaszcza ci niedoceniani. Ale czy mógł zdradzać żonę? Nie wydawało się to prawdopodobne, a przynajmniej nie wyglądał na ten typ faceta. Chociaż kto wie.

Tymczasem Dorota wstała i zaczęła przechadzać się po tarasie, co jakiś czas rzucając ukradkowe spojrzenia na sąsiedni dom. Zaczynało się już ściemniać i przy odrobinie wysiłku można było dostrzec cień poruszający się po oświetlonym wnętrzu kuchni, mimo że kobieta w okularach i jej partner dbali o prywatność. Grube firanki stanowiły skuteczną osłonę przed wścibskimi spojrzeniami.

– Czy on cię nigdy nie... No wiesz... – zagadnęła znowu przyjaciółkę, która właśnie wróciła do przerwanej lektury.

Monika zamknęła książkę i z rezygnacją odłożyła ją na podłogę.

– Chryste... Nie, nie podrywał mnie.

– Nawet nie to miałam na myśli. Chodzi mi o to... – zawahała się chwilę. – Myślisz, że mógłby... To znaczy, czy mógłby mieć kogoś na boku?

– Nie wydaje mi się – odburknęła Szelągowska, jakby samym tonem głosu chciała oświadczyć, że nie zamierza kontynuować tej rozmowy.

Naprawdę trudno jej było wyobrazić sobie Wiktora wiodącego podwójne życie, a tym bardziej skutecznie ukrywającego swoje podboje. Kto jak kto, ale akurat on należał do tych facetów, którzy wpadliby już po pierwszym skoku w bok. Nie udźwignąłby psychicznie zdrady i zaraz pobiegłby namalować własną „zbrodnię”, a potem wyznałby wszystko skruszony i błagał o przebaczenie. Nie był typem Don Juana, raczej przeciwnie – introwertyka ‒ i nigdy nie zauważyła, żeby flirtował z jakąś kobietą. Jej też nigdy się nie narzucał, nawet na osobności. Problem tych dwojga tkwił zupełnie gdzie indziej i jak to zazwyczaj bywa, wydawał się oczywisty dla każdego postronnego świadka, tylko nie dla bezpośrednio zaangażowanych. Świadczył o tym sam fakt, że Dorota w ogóle podjęła ten temat z nią, a nie z mężem. Gdyby szczerze ze sobą rozmawiali, już dawno albo by się rozeszli, albo wspólnie naprawili to, co jeszcze dałoby się naprawić.

Nigdy nie powiedziała przyjaciółce tego wprost, jednak prawda była taka, że Dorota już dawno przestała interesować Wiktora jako kobieta. Wystarczyło spojrzeć na tych dwoje, kiedy byli razem w jednym pomieszczeniu. I nie wymagało to wyjątkowej spostrzegawczości.

Monika wykorzystała moment wahania Doroty i wstała z fotela. Wolała uniknąć dalszego ciągu tej rozmowy i wybrała najprostszy sposób – ucieczkę.

– Muszę się przejść. Idziesz?

Tak jak się spodziewała, Kamińska pokręciła przecząco głową. Ale kiedy Monika zaczęła schodzić powoli po schodach tarasu, przyjaciółka spytała jeszcze:

– Powiedziałabyś mi, prawda? Gdybyś coś zauważyła?

– O to nie musisz się martwić.

Pół godziny później była z powrotem. Wieczór był wyraźnie chłodniejszy niż poprzednie, a poza tym w okolicy nie zostali już żadni faceci, na których można by zawiesić oko. Jeszcze jedna przykra konsekwencja ostatnich wydarzeń.

Zastała Dorotę w barze, siedzącą w kucki i szukającą czegoś zawzięcie na zapleczu. Kamińska była tak skupiona na przetrząsaniu półek, że ledwo zauważyła jej powrót. Monika włączyła telewizor i usiadła na zimnym, niewygodnym krześle. W środku było najwyżej osiemnaście stopni. Niezadowolona, że znowu musi wstać, wyszła na zewnątrz i przyniosła naręcze drewna. Kiedy rozpalała w kominku, Dorota wreszcie ogłosiła sukces.

– Ha! – krzyknęła, wyjmując z jakiegoś zakurzonego pudła dużą czarną lornetkę.

– Po co ci to? – spytała zaniepokojona Monika. Miała złe przeczucia. Kamińska rzadko okazywała entuzjazm, ale kiedy już do tego dochodziło, zazwyczaj nie wróżyło to niczego dobrego. W najlepszym przypadku oznaczało, że była pijana.

– Jak to po co? – Przyjaciółka mrugnęła do niej porozumiewawczo. ‒ Raczej po co ci to – wskazała na telewizor – skoro mamy lornetkę? Zgaś światło.

Z okna baru także widać było willę. Co prawda nie tak dobrze jak z tarasu, ale tu przynajmniej nie istniało ryzyko, że sąsiedzi zauważą niedyskretne spojrzenia. Dorota zastanawiała się przez chwilę nad wyborem najdogodniejszego punktu obserwacyjnego, w końcu przyniosła z sypialni koc i poduszkę, usiadła przed oknem i położyła lornetkę na parapecie, kierując ją prosto w okna domu naprzeciwko. Oceniła, że w ten sposób sama pozostanie w ukryciu. W pomieszczeniu było ciemno, więc nawet gdyby ktoś specjalnie jej wypatrywał, dostrzegłby jedynie niewyraźny cień, który równie dobrze mógłby wziąć za doniczkę albo jakiś bibelot.

– Widzisz coś? – Monika obsłużyła się sama i właśnie pałaszowała chipsy, z wyraźnym znudzeniem przełączając kanały. Przeczytała już wszystkie książki, które od lat leżały, czekając właśnie na takie okazje, a biblioteczka Doroty nie miała jej nic ciekawego do zaoferowania. – Cholera, za co ty płacisz? Nic nie ma w tej pieprzonej telewizji.

– Cicho, zapalili światło w salonie. – Kamińska nie odrywała lornetki od okna sąsiadów.

– Zrób sobie przerwę, głowa cię rozboli albo dostaniesz zeza – powiedziała karcąco Monika.

Wyłączyła telewizor. Równie dobrze mogła się pogapić w sufit, i to właśnie zamierzała robić już do końca wieczoru. Namiastkę serialu zapewniała jej Dorota, relacjonująca na bieżąco wydarzenia z willi naprzeciwko. Nie był to jednak thriller, raczej nudna opera mydlana.

– Chyba się kłócą. Daj chipsa.

Szelągowska postanowiła zignorować prośbę przyjaciółki. Nie zamierzała się ruszać sprzed kominka. Wydobywające się z niego ciepło rozkosznie ją rozleniwiało. Dzisiejszy wieczór miał być czasem obżerania się i gapienia w sufit. I tego zamierzała się trzymać.

– Nuda – usłyszała po chwili zawiedziony głos Kamińskiej. Widocznie kłótnia przybrała banalny obrót albo sąsiedzi postanowili iść spać.

– Zawiesiłaś się? – spytała Dorota Monikę, która z uporem realizowała swój plan nicnierobienia. – Ale z tym jej facetem jest coś nie tak – dodała po chwili. – Widziałaś go z bliska? Wczoraj minął mnie na ulicy i nawet się nie odezwał. Wygląda na niezłego psychola. Tak sobie nawet myślę... – zawiesiła teatralnie głos.

– Że?

– Że jeśli ktokolwiek byłby zdolny zabić niewinnych ludzi, to właśnie ktoś taki – dokończyła. Nadal tkwiła na swoim stanowisku obserwacyjnym, jednak chyba coraz bardziej znudzona jałowym wpatrywaniem się w cudze okna, przez które i tak niewiele było widać.

– Jaki?

– No taki jak ten tam.

Monika dopiero po chwili przypomniała sobie, że Dorota wciąż zajęta jest śledzeniem sąsiadów.

– Nawet go nie znasz. Skąd niby możesz to wiedzieć?

– To widać. Nie trzeba być psychologiem, żeby znać się na ludziach. On się w ogóle nie uśmiecha – podkreśliła ostatnie zdanie, po czym odwróciła się tyłem do okna, odłożyła lornetkę na podłogę i przetarła zmęczone oczy. – Głowa mnie od tego rozbolała. Masz jakiś ibuprom?

– W torebce. Tylko nie zjedz mi wszystkich.

Kamińska wstała i zaczęła przeszukiwać torbę przyjaciółki, narzekając pod nosem na panujący w środku bałagan. Dłuższą chwilę trwało, zanim wyjęła stamtąd niewielkie opakowanie i połknęła dwie tabletki.

– Problem trzeba zdusić w zarodku – stwierdziła sentencjonalnie. Zrobiła zamyśloną minę i wróciła do przerwanego wątku. – I ma takie dziwne spojrzenie. Jakby w ogóle nie mrugał.

– Każdy mruga, to odruch bezwarunkowy. Poza tym to raczej marny dowód na to, że ktoś jest mordercą. Nie mówiąc już o tym, że zmyślasz ‒ przecież nawet nie widziałaś go jeszcze z bliska.

– Dobra, dobra, ale mówię ci, on ma twarz psychopaty. Zupełnie bez wyrazu. Patrzy na ciebie i nigdy nie wiesz, co tak naprawdę myśli. Jakby nosił maskę. Tacy ludzie są zdolni do wszystkiego. Mogą całymi latami trzymać rodzinę w piwnicy i nie czują żadnych wyrzutów sumienia.

– Nie przesadzasz trochę? Nie każdy introwertyk jest psychopatą – przerwała jej Monika.

– Nie o to chodzi. Ty też masz przecież nierówno pod sufitem. – Dorota uśmiechnęła się porozumiewawczo. – Ale nie skrzywdziłabyś muchy. Ja mówię o ludziach, którzy patrzą się na ciebie tak, że aż ciarki przechodzą. I widać, że nic nie czują.

– Zapatrzeni...

– Co?

– Tak