Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żar letniej nocy - Kimberly Lang

 

 

Tego fatalnego ranka Lorelei obudziła się naga w cudzym łóżku. Pomimo upiornego bólu głowy próbowała sobie przypomnieć, jak i z kim spędziła ostatnią noc. Była na weselu siostry, wypiła morze szampana, a potem? Najpierw trzeba sprawdzić, kim jest facet obok. Nie, tylko nie Donovan! Wygląda jak model, ale brakuje mu klasy. Zupełnie nieodpowiedni dla dziewczyny z jej pochodzeniem. Jeśli pochwali się najnowszym podbojem, w Nowym Orleanie będzie huczeć od plotek…

Opinie o ebooku Żar letniej nocy - Kimberly Lang

Fragment ebooka Żar letniej nocy - Kimberly Lang

Kimberly Lang

Żar letniej nocy

Tłumaczenie: Anna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przebudziła się naga w cudzym łóżku, a uczucie dyskomfortu wzmogło się jeszcze, gdy dostrzegła, że ktoś śpi obok.

Mężczyzna.

Jasne światło poranka, które wdzierało się pod zaciśnięte powieki Lorelei LaBlanc, potęgowało ból głowy, gdy z wysiłkiem próbowała połapać się w tym, co też, do jasnej cholery, mogło się wydarzyć… a konkretnie z kim tak naprawdę spędziła tę noc.

Przymusiła się, by leżeć nieruchomo, bo gdyby zerwała się z pościeli, mogłaby przebudzić niezidentyfikowanego kochasia, a nie chciała stawiać temu czoła, zanim nie złoży do kupy wydarzeń tej nocy.

Myśl, Lorelei, myśl.

Niestety miała potężnego kaca, więc myślenie było bolesnym procesem. Jak dużo wypiła szampana?

Wesele Vivi i Connora przebiegło gładko, bez żadnych zgrzytów, czterystu gości bawiło się doskonale. Kościół jeszcze nigdy nie był tak pięknie przystrojony, zarządzający hotelem przeszli samych siebie w perfekcyjnej organizacji, wystrój i jedzenie były bez zarzutu. Siedziała przy głównym stole, ale kiedy zaczęły się tańce, a szampan popłynął szeroką strugą… Od tego momentu wspomnienia zaczęły się zamazywać, choć pamiętała drobną, pozbawioną napastliwości wymianę zdań z Donovanem St. Jamesem na temat…

Otworzyła szeroko oczy.

Boże, tylko nie…

Chaotyczne, niekompletne obrazy wydarzeń ostatniej nocy nagle nabrały ostrości i z niepokojącą szybkością konkretyzowały się w jej mózgu.

Ostrożnie, unikając gwałtownych ruchów, które mogły spotęgować kaca, przekręciła się na bok. Jasne. Donovan we własnej osobie leżał na wznak z obnażoną piersią, prześcieradło zakrywało niedbale biodra i jedną nogę. Ręce splecione pod głową, oczy szeroko otwarte.

Zaklęła cicho pod nosem.

– Jestem tutaj, księżniczko.

Rozzłościła ją nuta rozbawienia w jego głosie.

– Co tu się, do diabła, wydarzyło?

Okazał się na tyle bezczelny, by zamiast składnej odpowiedzi rzucić wymowne spojrzenie na pomięte prześcieradło, którym Lorelei usiłowała się okręcić w odruchu spóźnionej skromności, i unieść znacząco brew. Może jednak tak lepiej, bo absolutnie nie miała ochoty wysłuchiwać tego całego bla, bla, bla na temat, jaki to mieliśmy seks.

– Mam na myśli… – odchrząknęła – …jak? Dlaczego?

– Jak? Litry szampana i kolejki tequili. A dlaczego? – Wzruszył ramionami. – Zabij mnie, nie mam pojęcia.

Tequila wiele wyjaśniała. Nie służyła jej. Kolejna głupota, którą popełniła, ale żeby była to aż taka głupota?! Z Donovanem St. Jamesem? I co teraz? Zrobiło jej się zimno. Jeśli na oczach wszystkich…Rodzina ją wyklnie, a już pierwsza zrobi to siostra.

– Błagam, tylko mi nie mów, że dałam publiczny występ podczas przyjęcia -wyszeptała.

– Trochę mi się to wszystko zamazuje, ale raczej nie. Wydaje mi się, że przyjęcie skończyło się na długo przedtem.

Odrobinę jej ulżyło. Zrobienie z siebie idiotki nie boli tak bardzo, jeśli nie ma na to świadków. Niemniej musi jakoś uporać się z tym, że uprawiała seks z Donovanem St. Jamesem.

Żadna kobieta z temperamentem nie zakwestionowałaby jej gustu. Miał wygląd modela z wybiegów: zielone oczy, kruczoczarne włosy, lekko falujące i tak ostrzyżone, by dodawały mu niebezpiecznego uroku, do tego cera jak kawa z mlekiem… Przydałaby się filiżanka na uśmierzenie kaca… Wysoko sklepione kości policzkowe i kwadratowa szczęka, której nie ocieniał świeży zarost, świadczyły o mieszanym dziedzictwie, tak charakterystycznym dla całego Nowego Orleanu. Wspaniałym, jeśli ktoś potrafił wziąć to, co najlepsze, i odrzucić resztę.

Donovan z pewnością plasował się wysoko w skali jeden do dziesięciu, ale jeśli o nią chodziło, dobry wygląd był jego jedynym atutem. Dlaczego w ogóle pojawił się na tym weselu? Musiało to być czysto biznesowe, grzecznościowe zaproszenie. W końcu co najmniej setka gości znalazła się tam z tego powodu. Tyle że St. Jamesowie należeli do najgorszego rodzaju nowobogackich, którzy za pieniądze kupowali wpływy i szacunek społeczny. Gdyby Donovan miał choćby odrobinę klasy, nie przyjąłby zaproszenia, które na sto procent przysłano mu z grzeczności.

No, ale za pieniądze, jak wiadomo, nie da się kupić klasy.

A ona poszła z nim do łóżka. Musiała osiągnąć kosmiczny stan upojenia, żeby kompletnie stracić poczucie godności. Nigdy więcej nie weźmie alkoholu do ust!

– Lorelei, nie patrz tak na mnie. Też nie jestem zachwycony obrotem sprawy.

Usiadł, jak zauważyła, bardzo powoli – pewnie miał takiego samego jak ona astronomicznego kaca – i sięgnął po ubranie. Odwróciła wzrok, nie dość szybko jednak, aby nie zauważyć szerokich ramion, wąskiej talii i kształtnych, naprawdę kształtnych i jędrnych pośladków. Kolejny punkt na skali jeden do dziesięciu i…Na jego plecach były oznakowane śladami po paznokciach.

Widomy dowód, że jej się podobało. Szkoda tylko, że nie pamiętała, co przyczyniło się do powstania tych śladów. Pili, tańczyli, gadali, i nagle zaiskrzyło? Niestety z Donovanem St. Jamesem! A efekt taki, że kac dokucza jej piekielnie. Cóż, w takiej sytuacji to nieuniknione, za to przyjemnie obolałe mięśnie dobitnie świadczyły o dobrej zabawie.

Zapadła niezręczna cisza. Pomimo reputacji, jaką się cieszyła, Lorelei nie radziła sobie najlepiej podczas poranków „po”. Jakoś przez to przebrnie. Przytrzymując przy piersi ciągnące się za nią prześcieradło, skierowała się do łazienki. Naprawdę usłyszała coś w rodzaju westchnienia, gdy drzwi się za nią zamknęły, czy tylko jej się wydawało?

Nie spodobał się jej widok w lustrze. Przemyła twarz wodą, próbując, na ile to możliwe, zmyć czarne koła od tuszu wokół oczu. Rozczesała palcami zmierzwione włosy i użyła płynu do płukania ust z hotelowego zestawu kosmetyków. W każdym razie była teraz bardziej podobna do ludzi. Wygładziła suknię i włożyła ją.

Mogła mieć tylko nadzieję, że nikt nie zobaczy jej, jak wraca do pokoju, bo nic dobitniej nie świadczy o nocnej rozpuście niż sukienka koktajlowa noszona przed śniadaniem. Pół roku ciężkiej pracy diabli by wzięli.

Na razie miała pilniejszy do rozwiązania i wcale nie mniej stresujący problem, z którym musi uporać się, gdy wreszcie otworzy drzwi łazienki.

– No i dobrze – zwróciła się do swojego odbicia w lustrze – masz to zrobić z godnością. – Odetchnęła głęboko i wyszła z łazienki.

Donovan stał przy oknie, patrząc na Canal Street, ale odwrócił się natychmiast, gdy usłyszał odgłos otwierania drzwi. Włożył dżinsy – gdy człowiek budzi się w swoim hotelowym pokoju, ma ten niezaprzeczalny luksus, że nawet po najdzikszych ekscesach może się przebrać w stosowne ubranie – ale koszuli już nie. Lorelei z trudem opanowała się, by nie błądzić oczami po jego torsie, kiedy podał jej butelkę wody.

Gdy skinęła głową w podzięce, Donovan powiedział:

– Jest też aspiryna. – Na moment zniknął w łazience, a gdy wrócił, potrząsnął buteleczką. – Chcesz?

Od tego potrząsania zadzwoniło jej w głowie. Z satysfakcją spostrzegła, że skrzywił się na dźwięk, który sam wywołał.

– Posłuchaj – powiedziała, czując się, jakby grała w kiepskim filmie – chyba oboje jesteśmy zgodni przynajmniej w tym, że to się nie powinno zdarzyć.

– To oczywiste.

Zdusiła chęć wyrzucenia z siebie ciętej riposty, gdy tak ochoczo, a więc tym bardziej obraźliwie jej przytaknął. Z godnością, Lorelei, z godnością, napomniała siebie w duchu.

– Więc udawajmy, że nic się nie wydarzyło. Ja nikomu o tym nie opowiem, ty o tym nie napiszesz.

Sądząc po minie Donovana, nie spodobała mu się aluzja do jego zajęcia. Lorelei zmartwiła się, że popełniła błąd taktyczny. Jeszcze w szkole Donovan z upodobaniem dopiekał kolegom, a gdy dorósł, uczynił z tego intratny zawód. Niweczył kariery, rujnował ludziom życie, niszczył całe rodziny. Szeptano, że poluje na kolejną wielką aferę. Nikt nie chciał znaleźć się pod jego ostrzałem, nikt przy zdrowych zmysłach nie zadzierał z nim.

– Zajmuję się ważnymi społecznie tematami i sama uznasz, że ten się do takich nie zalicza. A nawet gdyby… cóż, dla takiego epizodu szkoda zachodu i papieru.

Do cholery z godnością. Nie puści tego mimo uszu.

– Rzeczywiście – stwierdziła. – Drobiazg, który zaraz uleci z pamięci.

– No właśnie. Bez problemu o tym zapomnisz i po sprawie.

– Jasne, w mig zapomnę i po sprawie. – Skłamała, ale Donovan nigdy się o tym nie dowie, więc było to bezpieczne kłamstwo, które na dodatek dawało jej szansę zachować fason, gdy będzie zbierała resztę ubrania.

Wieczorowa torebka została upuszczona zaraz za drzwiami, komórka, szminka, karta magnetyczna do hotelowego pokoju Lorelei leżały na podłodze. Tuż obok jej pantofel i krawat Donovana, dalej jego buty. Ścieżka wstydu i upokorzenia prowadząca do łóżka.

Ciekawe, czy jest jakaś czynność bardziej pozbawiona godności niż poszukiwanie majtek, pomyślała, podnosząc marynarkę Donovana i potrząsając nią. Nie ma. Uklękła i zajrzała pod łóżko. Widok rozdartego opakowania po prezerwatywie uśmierzył jedną z jej obaw, ale gdy dostrzegła jeszcze dwa inne, poczuła zażenowanie. Niestety, ani śladu majtek.

– Jeśli tego szukasz… – zawiesił głos.

Gdy zerknęła na Donovana, zobaczyła, że kołysze jej majtkami zawieszonymi na jednym palcu. Ugryzła się w język i ograniczyła do pogardliwego spojrzenia. Gwałtownym ruchem schwyciła majtki i spróbowała wcisnąć je do małej wieczorowej torebki. Były mikroskopijne, a jednak się nie zmieściły, zamek nie zaskoczył. Nie pozostało jej nic innego, jak z pałającymi policzkami włożyć je. Ku swojemu rozbawieniu nieco się uspokoiła, gdy tego dokonała. Wygląda na to, że gacie są dla kobiety zbroją, skomentowała w duchu.

Wyprostowana podeszła do drzwi i zaczęła studiować plan ewakuacji na wypadek pożaru. Czerwony X na pokoju 712 wyznaczał jej obecne położenie. Łatwo było stąd dostać się do schodów przeciwpożarowych i zejść na niższe piętro, minąć kilka par drzwi i już był jej pokój. Świetnie. Nikła szansa, że natknie się na kogoś znajomego.

– Planujesz drogę ucieczki?

Odwróciła się i zobaczyła Donovana z pilotem w ręku, opartego na spiętrzonych poduszkach. Nawet na nią nie spojrzał, w jego głosie wyczuła znudzenie. Dla niego był to jeden z wielu takich samych poranków. Ciekawe, pomyślała, dlaczego mnie to nie dziwi?

– Właśnie. Do widzenia, Donovan. Mam nadzieję, że nieprędko cię znów zobaczę. – Nie czekając na odpowiedź, uchyliła drzwi i zerknęła na korytarz.

Pusto. Mniej więcej setka ludzi skorzystała z otwartego dla gości weselnych baru i noclegu w hotelu, Lorelei liczyła więc na to, że szczęście nie opuści jej jeszcze przez kilka minut. Przemknęła do schodów przeciwpożarowych, szpilki stukały na stopniach, gdy schodziła najszybciej, jak mogła w obcisłej sukience. Na szóstym piętrze wyciągnęła z torebki kartę, odetchnęła głęboko i zerknęła na korytarz. Dwoje ludzi, ale nie wyglądali znajomo. Na wszelki wypadek odczekała jednak, aż wsiądą do windy, zanim pośpieszyła do swojego pokoju.

Co za idiotyczny pech! Karta magnetyczna nie zadziałała.

Donovan był zadowolony, że wyszła nadąsana. Obudził się piętnaście minut przed nią i przez cały ten kwadrans wyobrażał sobie, w jak niezręcznej sytuacji się znajdzie, gdy ona się obudzi. Lecz oto Lorelei wyraźnie mu pokazała, jak bardzo jest tym wszystkim rozdrażniona i zniesmaczona. Nic lepszego nie mógł oczekiwać.

Ze wszystkich kobiet, które pojawiły się na tym w ostatniej dekadzie najbardziej wyczekiwanym weselu, musiał wyrwać akurat Lorelei LaBlanc. Chodził z Vivi i Connorem do szkoły, a teraz, choć nie byli bliskimi znajomymi, jednak łączyły ich interesy i obracali się w tych samych towarzyskich kręgach. Wprawdzie niektórzy uważali go za intruza o podłym pochodzeniu, ale nikt nie odważyłby się rzucić mu tego w twarz. Nie stały za nim pokolenia przodków od pieluszek tresowanych w nienagannych manierach i posyłanych do elitarnych szkół, ale nawet on wiedział, że gdy tuż po przyjęciu weselnym zaciąga się siostrę panny młodej do łóżka, to nie postępuje się zbyt elegancko.

Udawać, że to się nigdy nie wydarzyło? Znakomity pomysł. Choć jeszcze lepszy to taki, by przyjąć potężną dawkę aspiryny oraz kawy i spróbować poczuć się znów jak człowiek. Miał jednak poważne wątpliwości, czy zdoła tego dokonać przez najbliższych kilka dni.

Mały ekspres i nie najlepszej jakości kawa musiały na razie wystarczyć. Uruchomił go i wkrótce w pokoju rozszedł się ten jedyny w swoim rodzaju zapach.

W pełni zapracował sobie na łomot kowalskich młotów w czaszce. Stracił rachubę wypitych tequili, zupełnie jakby chodziło o zakład, kto pierwszy zwali się pod stół. Okej, bywa i tak, jednak chodzi nie o to, co zrobił, ale z kim. On i Lorelei bardzo się nie lubili i nigdy, co oczywiste, nie balowali razem. Jakim więc cudem doszło do tej sytuacji?

Chodziła do tej samej szkoły, tyle że kilka klas niżej od niego, więc w tamtych czasach nie było szans, żeby zetknęli się w tym samym towarzystwie. Szkołę Świętej Katarzyny wybierali dla swoich dzieci rodzice z najznamienitszych rodzin Nowego Orleanu nie tylko z uwagi na poziom, ale i by chronić pociechy przed zetknięciem się z dołami społecznymi. Przyjmowano do niej jedynie kilku stypendystów organizacji charytatywnych, co miało świadczyć o czynnym popieraniu szczytnej idei „wyrównywanie szans”. Zapamiętał Lorelei jako zepsutą, narcystyczną, wywyższającą się ponad innych dziewczynę. Nawet w późniejszych latach, gdy ze stypendysty stał się synem jednego z najhojniejszych donatorów Świętej Katarzyny, nie zniżyłaby się do tego, by go zauważyć.

Dziwne, ale akurat za to ją szanował. Nieważne, jak bardzo była płytka, na pewno nie aż tak bardzo jak większość jej znajomych i przyjaciół, którzy wraz z rosnącym bogactwem rodziny St. Jamesów wyraźnie zmieniali swój stosunek do niego. Natomiast na Lorelei absolutnie to nie działało.

Za to tequila owszem.

Miał jeszcze kilka godzin, zanim się wymelduje. Ogarniała go coraz większa senność. Drzemka to też dobry lek na kaca. Ale jeśli pojedzie do domu, prześpi się we własnym łóżku, które nie przesiąkło perfumami Lorelei. To prawda, raczej słabo pamiętał to, co się wydarzyło tej nocy, wystarczająco jednak dużo, by zapach tych perfum znów rozbudził w nim pożądanie, a zadrapania na plecach zaczęły palić żywym ogniem.

Cóż, nie da się ukryć, że Lorelei ma temperament.

Włączył telewizor i znalazł kanał z wiadomościami, żeby zapełnić czas, aż kawa się zaparzy. A może przy okazji jakiś news go natchnie? Wciąż nie zdecydował, jaki temat wybrać na poniedziałkowy felieton. Może taki, może owaki… Naprawdę głowa źle pracuje na kacu.

Rozmyślania przerwał mu dźwięk hotelowego telefonu.

– Kogo czort tu nasłał? – mruknął zdumiony, po czym powiedział do słuchawki: – St. James. O co chodzi?

– Wpuść mnie – niemal wyszeptała jakaś kobieta.

– Kto mówi?

– Na litość boską! Są jakieś inne, które tego ranka mogą dobijać się do twoich drzwi?

– Dlaczego nie jesteś w swoim pokoju?

– Bo karta magnetyczna nie działa! – wysyczała Lorelei. – Utknęłam na klatce schodowej, więc bądź tak uprzejmy i wpuść mnie.

Musiał się roześmiać, gdy wyobraził sobie, jak ta dumna panna ukrywa się na schodach przeciwpożarowych. Niestety śmiech przypłacił kolejnym atakiem bólu głowy. Usłyszał, jak Lorelei oddycha głęboko raz i drugi, a potem, po intonacji sądząc, bo słów szczęśliwie nie wychwycił, wymrukuje ostrą wiązankę, niewątpliwie pod jego adresem. Odczuł pokusę, żeby ją tam zostawić, zabawić się kosztem Lorelei i utrzeć jej nosa, ale na pewno bardzo by się to nie spodobało Vivi i Connorowi. Musiał więc się poddać.

– Wchodź. – Odłożył słuchawkę i podszedł do drzwi.

Uchylił je i wytknął głowę. Lorelei rozbiła to samo, to znaczy wychylała się zza rogu. Kiedy przekonała się, że korytarz jest pusty, pognała do pokoju Donovana i z tego pośpiechu omal nie wyłożyła się jak długa. Szczęśliwie jednak cała i zdrowa wparowała do środka.

– Mogłaś po prostu zapukać.

Nie spodobała jej się ta uwaga, sądząc po wściekłym spojrzeniu, które mu posłała.

– To jeden wielki koszmar – warknęła.

– Po prostu pójdź do recepcji, to powtórnie zakodują twoją kartę magnetyczną.

Chociaż nie wydawało mu się to możliwe, posłała mu przesycone jeszcze większą wściekłością spojrzenie, w którym wyczytał wszelkie możliwe obelgi.

– Próbuję unikać ludzi. – Wskazała sukienkę. – To oczywiste, że nie spędziłam nocy w swoim pokoju, i jakoś nie palę się do tego, by zastanawiano się i plotkowano, gdzie mogłam ją spędzić i z kim.

– Od kiedy tym się przejmujesz? – Lorelei nosiła nazwisko LaBlanc. Jednym z przywilejów wynikających z przynależności do klanu LaBlanców było to, że zajmowało się wyjątkowe miejsce na ziemi. Innymi słowy, Lorelei mogła robić, co jej się żywnie podoba, bo doskonale wiedziała, że jest kompletnie bezkarna. I korzystała z tego.

– Przejmuję się. I na tym poprzestańmy. Po prostu zadzwoń i poproś o ręczniki czy cokolwiek. Ktokolwiek z obsługi tu przyjdzie, będzie miał kartę uniwersalną i wpuści mnie do pokoju.

– Błędne założenie – stwierdził z irytującym spokojem.

– Niby dlaczego? – zaperzyła się.

– Pracownik hotelowy, który chce zachować posadę, nie wpuści nikogo do pokoju, jeśli się nie upewni, czy ten ktoś rzeczywiście go zajmuje – wyjaśnił rzeczowo. – A weryfikacja tożsamości wymaga wizyty w recepcji.

Wprawdzie milczała, ale miną zgłaszała wściekły sprzeciw.

Czy ta kobieta naprawdę nie rozumie, o co chodzi? – zastanawiał się w duchu. Przecież nie miał do czynienia z idiotką… Za to z furiatką jak najbardziej.

Która już nie milczała, tylko znów wyrzuciła z siebie wiązankę słów, których damie nie wypada wypowiadać nawet w myślach, po czym opadła dramatycznie na łóżko. I natychmiast zerwała się z niego, jakby parzyło, a jej policzki płonęły.

Do twarzy jej z tym wzburzeniem, pomyślał. Rumieniec ożywił jasną skórę i podkreślił wysoko sklepione kości policzkowe. Co prawda Donovanowi trudno byłoby sobie wyobrazić, z czym Lorelei LaBlanc byłoby nie do twarzy. Nawet taka jak teraz, czyli na potężnym kacu, zwróciłaby powszechną uwagę. Sińce pod dużymi niebieskimi oczami, które właśnie miotały na niego kolejne błyskawice, tylko podkreślały eteryczność i subtelność rysów.

Dzięki szczupłej i proporcjonalnej budowie wydawała się wyższa, niż naprawdę była, a wymięta koktajlowa sukienka odsłaniała nogi, dzięki czemu wydawały się jeszcze dłuższe. Wspomnienie, jak go nimi oplotła…

Nie była tak słaba i krucha, na jaką wyglądała. A już na pewno nie miała kruchej osobowości.

– Co ja mam, do cholery, zrobić? – spytała ze złością, chodząc nerwowo po pokoju.

– Zadzwonię do Dave’a – westchnął z rezygnacją, sięgając po telefon.

– I ten Dave coś pomoże?

– Jest szefem ochrony. Załatwi to, oczywiście dyskretnie.

– Znasz tutejszego szefa ochrony? Tak przypadkiem?

– Tak. – Przestał szukać numeru telefonu Dave’a, kiedy na nią spojrzał i zobaczył, z jak wielką podejrzliwością mu się przygląda. – To jakiś problem?

– Problem? Po prostu bardzo użyteczna znajomość. – Wzruszyła ramionami. – Jak się pomyśli…

– O czym.

– O twojej pracy. Znajomość z szefem hotelowej ochrony może być… no… nadzwyczaj pomocna.

Obraźliwa sugestia, niezależnie od tego, że mógł się tego spodziewać, a także słyszał gorsze, bardzo go zirytowała. Jego felietony i komentarze ukazywały się w gazetach sprzedawanych w całym kraju. Prezentował w nich swoje poglądy oparte na tradycyjnych wartościach i pozyskał całe rzesze zwolenników. Nie musiało się jej to podobać, ale powinna uszanować, że swoją pozycję zdobył ciężką pracą, stosując uczciwe metody. Nie potrzebował płatnych wtyczek i tajnych informatorów, by pisać swoje teksty prasowe, bo ludzie sami się do niego zgłaszali i dostarczali wszelkich informacji.

– Wiesz co? – Cisnął telefon na łóżko. – Nie tylko nie jestem zobowiązany wyświadczać ci przysług, ale w szybkim tempie tracę na to ochotę.

Wargi Lorelei zacisnęły się w wąską kreskę. Widział, że walczy ze sobą, aby powstrzymać się od ciętej, szyderczej odpowiedzi. W końcu jednak skinęła głową i powiedziała:

– Masz rację. Przepraszam. I zadzwoń do znajomego.

Było to wymuszone i niezbyt szczere, ale wielkodusznie przyjął przeprosiny i zatelefonował do Dave’a. Pobieżnie wyjaśnił sytuację, to znaczy nie podał nazwiska Lorelei, nie powiedział, dlaczego znalazła się w jego pokoju i z jakiego powodu nie może pójść do recepcji, co na jej miejscu zrobiłby każdy normalny człowiek. Oczywiście rozbawiony Dave, przyjmując do wiadomości tak drastycznie okrojoną wersję i obiecując pomoc, przez chwilę snuł spekulacje na temat tajemniczej damy i tego, co się wydarzyło. Te spekulacje były tak śmiałe, że Donovan oczywiście nie ośmieliłby się powtórzyć ich Lorelei.

Gdy wreszcie się rozłączył, oznajmił:

– Jeden z ochroniarzy przyniesie ci kartę magnetyczną. Musisz spędzić tutaj jeszcze chwilę.

– Jakbym mogła pójść sobie gdzie indziej. – Podeszła do ekspresu i spytała: – Mogę? Inaczej zaraz umrę.

– Proszę.

Wzięła kawę i usiadła na skórzanym fotelu, krzyżując nogi w kostkach. Podniosła filiżankę do ust i upiła łyczek. Co za absurdalny obrazek! – pomyślał. Z rozczochranymi, rozsypanymi na ramionach i opadającymi na twarz włosami, w kosztownej, choć sfatygowanej sukience i butach na niebotycznych obcasach, siedziała naprzeciwko niego w skromnej pozie, jakby prowadzili grzeczną, oficjalną konwersację przy herbacie. A przecież dokładnie wiedział, jaką Lorelei ma na sobie bieliznę.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej niezręczna niż poprzednio. Może rzeczywiście powinniśmy zacząć jakąś konwersację? Tylko na jaki temat? – zachodził w głowę, w której czuł coś na kształt pustki.

Lorelei wyglądała na równie skonsternowaną jak on, nie poprawiło mu to jednak nastroju. Wygrałby zakład, że podczas lekcji tańca nie uczono grzecznych panienek, jak zachowywać się w podobnych sytuacjach. Przyglądała się z uwagą obrazowi wiszącemu na ścianie, jakby wyszedł spod ręki van Gogha czy Leonarda da Vinci, potem wpatrywała w kawę, jakby mogła z niej wyczytać przyszłość, w końcu skupiła uwagę na paznokciach. On z kolei wpatrywał się w ekran telewizora, udając żywe zainteresowanie porannym programem. W pewnym sensie zarabiał na życie w ten sposób, że zawsze miał coś do powiedzenia, ale tym razem nie był Donovanem Złotoustym

Wreszcie odchrząknęła i powiedziała:

– Jak rozumiem, napiszesz o ślubie i weselu.

– Nie piszę do rubryki towarzyskiej, Lorelei. – Najwyraźniej nie miała bladego pojęcia, czym on się zajmuje. – Byłem tam w charakterze gościa i tylko gościa.

– Nie wiedziałam, że przyjaźnisz się z Vivi i Connorem.

– Zasiadamy z Vivi w dwóch radach nadzorczych, łączy nas zainteresowanie sztuką, a także mamy wspólnych przyjaciół. Wprawdzie nie jesteśmy ze sobą zbyt blisko, ale znam ich równie dobrze, jak co najmniej jedna trzecia zaproszonych.

– Są rozpoznawalną parą.

– To prawda.

– I to było fantastyczne przyjęcie, od początku do końca.

Dzięki reputacji i szacunkowi, jakim się cieszył Connor, wybitny kompozytor, pianista i wokalista, zaszczyciło je wiele znanych osobistości z całych Stanów, stawiła się też karnie cała nowoorleańska elita, która jak zawsze trzymała się razem. Vivi była w tym mieście bardzo ważną personą.

– Niczego innego się nie spodziewałem.

Lorelei skinęła głową i na tym temat się wyczerpał. Przynajmniej zabili kilka minut. Ile może zająć ochroniarzowi przyniesienie karty? Też o tym pomyślała, bo mruknęła niecierpliwie:

– Mogliby się pośpieszyć.

– Też bym chciał. Mam kilka rzeczy do zrobienia.

– Więc nie przeszkadzaj sobie.

Wziąć prysznic, zdrzemnąć się albo pojechać do domu. Nic z tego, dopóki ona jest w moim pokoju, pomyślał, mówiąc przy tym:

– Na pewno zaraz ktoś się pojawi.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Lorelei podskoczyła, a Donovan poszedł otworzyć. Lorelei westchnęła z ulgą, gdy przybysz przedstawił się jako asystent szefa ochrony. Poprosił ją o okazanie prawa jazdy, żeby zweryfikować tożsamość, a potem wręczył kartę magnetyczną.

– Czy życzy pani sobie, abym panią eskortował?

– Nie! – prawie wrzasnęła, ale zaraz zmitygowała się i dodała spokojnym tonem: – To nie jest konieczne, dziękuję.

Ochroniarz skinął głową i wyszedł. Ciekawe, w jaki sposób Dave wytłumaczył mu, na czym polega jego zadanie. Nie była to pewnie najbardziej niezwykła prośba, jaką przedstawiono ochronie, w końcu gościli tutaj przedstawiciele nowoorleańskiej elity i Donovan nie wątpił, że mogli mieć bardziej kontrowersyjne żądania. W swoich artykułach skupiał się na chłodnej analizie, a nie na szokującym opisie zdarzeń, jednak był pewien, że dałoby się opowiedzieć wiele soczystych historyjek z życia tego hotelu.

Lorelei odchrząknęła, kierując jego myśli na ich własną soczystą historyjkę.

– Zatem żegnam się ponownie. Dziękuję za pomoc i… hm… miłego dnia.

Dzięki Bogu, nie miotała się już jak wariatka po pokoju, niemniej wciąż odczuwał idiotyzm sytuacji, gdy zanim znikła, najpierw wysunęła głowę za drzwi, sprawdzając, czy nie ma nikogo na korytarzu, jakby brali udział w scenie z kiepskiego filmu szpiegowskiego.

Mógł przynajmniej liczyć na to, że już nie wróci. Co dziwne, nie cieszyło go to aż tak bardzo, jak powinno. Ale cóż, z Lorelei wszystko jest możliwe… oprócz nudy.

– Do diabła z nią! – rzucił ze złością, jednak mózg zdradziecko podsunął mu pewną wizję. Taką mianowicie, co mogłoby się zdarzyć podczas ich kolejnej wspólnej nocy.

Ta wizja pomogła mu podjąć decyzję, co powinien teraz zrobić.

Zimny prysznic, oto czego teraz najbardziej potrzebował.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wyrzuty sumienia… co za nieprzyjemna przypadłość! Dotąd niespecjalnie nękały Lorelei, nie dlatego jednak, że unikała sytuacji, które mogłyby je wywołać. Owszem, czasami żałowała tego czy owego, ale radziła sobie z tym, wyznając zasadę, że lepiej żałować jakiegoś postępku, niż ubolewać nad tym, że się go uniknęło. Więc dlaczego tak mocno przejmowała się Donovanem?

Na pewno nie dlatego, że ludzie zaczną gadać. Zresztą nie było takiego zagrożenia, bo nikt o tym nie wiedział. Vivi i Connor wyjechali w podróż poślubną i siostra podczas pożegnania o niczym nie napomknęła, choćby tylko aluzyjnie. Lorelei czekała jak na szpilkach na plotki, ale najwyraźniej jej się upiekło. Miała szczęście, że podczas tych kilku godzin nie schrzaniła całego planu.

Czyli powodem zmartwienia był sam Donovan.

W ciągu ostatnich trzech dni wróciła jej częściowo pamięć wydarzeń, niestety nie w tych odsłonach, które ją najbardziej interesowały. Było oczywiste, że uprawiał seks z Donovanem St. Jamesem, ale chciałaby także mieć jakieś wspomnienia, jak to naprawdę wyglądało. Istniały wszelkie przesłanki, że było świetnie, ale poza tym ziała czarna dziura niepamięci, co bardzo ją zawstydzało.

Przekręciła się na drugi bok i wzruszyła poduszkę, bijąc w nią pięściami. Budziła się rozbita, zmęczona nocnymi majakami, w ciągu dnia prześladowało ją uczucie frustracji z nieokreślonego powodu.

Może właśnie dlatego nie potrafiła zracjonalizować całej sytuacji. Musiała sobie wszystko przypomnieć! Niech umysł przebije się wreszcie przez opary tequili wzmocnionej bąbelkami szampana, bo inaczej się nie dowie, co tak naprawdę ją nęka. Podejrzewała bowiem, że nie chodzi wcale o wyrzuty sumienia, tylko całkiem inne uczucie, którego nie potrafiła rozpoznać.

A teraz jeszcze miała halucynacje, bo zdawało jej się, że słyszy głos Donovana dochodzący z pokoju dziennego. Usiadła. Co do cholery! To nie halucynacja, rzeczywiście go słyszy. Zszokowana tak gwałtownie zerwała się z łóżka, że pościel spadła na podłogę. Dopiero w połowie drogi zdała sobie sprawę, jak bardzo jest śmieszna i żałosna. Ten głos dochodził z telewizora!

– Cześć – powiedziała Callie.

Siedziała na kanapie z filiżanką kawy i oglądała poranne wiadomości. Już ubrana, ze spakowanym plecaczkiem, była gotowa do wyjścia.

Położony przy Frenchman Street dom należał wprawdzie do Vivi, ale wyprowadziła się pół roku temu, kiedy wiadomość o jej zaręczynach z Connorem przedostała się do prasy. Był niewielki i nie zapewniał im prywatności, której potrzebowali. Lorelei rozkoszowała się samotnością przez dwa tygodnie, po czym zaproponowała najlepszej przyjaciółce pokój zajmowany przedtem przez Vivi.

Cieszyła się na jej towarzystwo, ale jak się okazało, nie miała zbyt często widywać Callie, która była zajętą osobą, a teraz jeszcze dzieliła czas na pracę i nowego faceta, którego poznała w bibliotece. Rzadko bywała w domu, przez co Lorelei czuła się tylko odrobinę mniej samotna.

Callie była uzależniona od oglądania wiadomości telewizyjnych. Interesowały ją tylko poważne tematy, nic o popkulturze czy ekscytujących ludzkich wyczynach, więc ekran telewizora wypełniała twarz Donovana perorującego o czymś niezgodnym z konstytucją. Callie wprost chłonęła każde jego słowo, ale Lorelei nie była pewna, czy interesowało ją to jako studentkę prawa, czy dlatego że wychodziło z ust zabójczo przystojnego Donovana.

Pożałowała, że nie kupiła mniejszego i gorszego telewizora. Widok jego twarzy na wielkim ekranie zelektryzował ją. Zignorowała to i postanowiła zachowywać się tak, jakby jej to nie dotyczyło. Poszła do kuchni i bardzo powoli przygotowała sobie kawę, ale nic to nie pomogło, Donovan mówił dalej jak nakręcony, ale co się dziwić, pomyślała kąśliwie, na pewno uwielbia brzmienie swojego głosu.

Nie mogła już dłużej marudzić i wróciła do salonu.

– Nie masz dziś wykładów? – spytała, siadając na przeciwległym końcu kanapy.

– Wysiadła klimatyzacja, odwołali zajęcia.

Stare budynki Nowego Orleanu, wznoszone jeszcze przed wynalezieniem klimatyzacji, budowano tak, że można było w nich wytrzymać nawet podczas sierpniowych upałów. Ale nie w nowych, z niskimi sufitami i zamontowanymi na stałe oknami.

– Spotykam się z moją grupą w bibliotece – dodała Callie. – A ty nie idziesz do pracy?