Zapraszamy do Trójki - Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz - ebook
Opis

Dlaczego Wojciech Mann nie został dyrektorem Trójki? Kto przez okrągły rok spał na podłodze w pokoju Marka Niedźwieckiego? Czyj głos zabrzmiał jako pierwszy na antenie Trójki? Jak wypłynął karp i dlaczego? Który z dyrektorów zaczął urzędowanie od remontu redakcyjnych toalet? Po raz pierwszy historię kultowej stacji opowiadają ludzie, którzy ją tworzyli i tworzą. Z oddaniem, pasją i niesłabnącą wiarą w misję.

„Ludzie potrzebują tego, żeby do nich mówić. I w tym tkwi siła radia. Mówić pięknie do ludzi, których się nie widzi”.

Piotr Baron

„To nie jest po prostu praca. Z Trójką łączy mnie najdłuższa dojrzała relacja w życiu. To już 9. rok wzajemnego przyciągania, fascynacji i cichych dni...”

Agnieszka Szydłowska

„Myślę, że za to wszystko, co Trójka zrobiła dla polskiej kultury i kilku pokoleń Polaków, należy się jej Order Orła Białego”.

Michał Nogaś

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 230

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WARSZAWA 2012
Ta książka nie jest podręcznikiem historii Programu Trzeciego Polskiego Radia. Nie do wszystkich twórców udało nam się dotrzeć, nie wszyscy znaleźli dla nas czas, a inni posłali nas do diabła. Niektórych już nie ma.
Ta książka to wyraz wdzięczności dla tych, którzy stworzyli i tworzą Trójkę.
Ewa Winnicka
Cezary Łazarewicz
1
PIERWSZA NIEDZIELA, czyli kto nacisnął guzik

Stefan Popoff miał wibrujący głos i falujące włosy. Włosów nie widać na jedynym dostępnym zdjęciu w Muzeum Powstania Warszawskiego, bo twarz strzelca „Sława” z batalionu „Tum” zasłania wielki hełm na głowie. Przy nekrologach, które wydrukowano 30 lat po Powstaniu, zdjęcia nie było w ogóle, tylko krótka informacja – lat 48, dziennikarz, spiker i lektor Polskiego Radia. Ani wzmianki, że to on wypowiedział pierwsze słowa na antenie w niedzielę 1 kwietnia 1962 roku o godzinie 20: „Tu Program Trzeci z Warszawy. Z wrodzoną nam skromnością muszę od razu na wstępie zaznaczyć, że nasz dzisiejszy program przedstawia się imponująco”.

Niestety, nie była to prawda.

Według „Trybuny Ludu” tamta niedziela była pierwszym wiosennym dniem roku. Zaświeciło słońce, przestało siąpić, a temperatura w Warszawie skoczyła do 9 stopni Celsjusza.

Dzień wcześniej z Genewy powrócił minister spraw zagranicznych Adam Rapacki. W imieniu Polski Ludowej prowadził tam ofensywę dyplomatyczną, przewodnicząc międzynarodowemu komitetowi rozbrojeniowemu.

Rozpoczynała się wizyta Franka Jamesa Welcha, wiceministra rolnictwa USA, który przyleciał zobaczyć, jak funkcjonują nasze PGR-y.

Archiwalny arkusz pierwszego wieczoru Programu Trzeciego z 1 kwietnia 1962 roku

Warszawę paraliżowały korki, bo właśnie z powodu przebudowy alei Świerczewskiego (dzisiejszej „Solidarności”) zamknięto ruch na placu Dzierżyńskiego (obecnie Bankowym). W ramach żartu primaaprilisowego dziennikarze zapraszali na plac Defilad, gdzie słonie z warszawskiego zoo o godzinie 13 miały tańczyć twista. W Teatrze Polskim wystawiano Króla Leara (godzina 19), we Współczesnym Zamek w Szwecji (godziny 13 i 19), a w Ateneum – Dwoje na huśtawce (godzina 14.30). W kinie dominowały produkcje: radziecka – Kocham cię, życie (panoramiczny), polska – Młodość Chopina, i czechosłowacka – Ukryte skarby. Z telewizji, w której był wówczas tylko jeden kanał, wiało nudą. Niedzielny program rozpoczynał się o 12.15 polskim filmem Awantura o Basię, a kończył o 20.15 radzieckim melodramatem Żegnajcie, gołębie. Były jeszcze dwa programy Polskiego Radia ze swoimi audycjami: wojskowymi, rolnymi i ideologiczną Falą 56.

Z ZESZYTU TELEFONISTKI

Zapraszamy do Trójki

23.10.1999, godz. 6–9

autor: Cezary Królak

przy telefonie: Maja Borkowska

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Kilkakrotnie w ciągu audycji dzwonił słuchacz, który twierdził, że jest KU MATO, po czym milczał przez 10 minut do słuchawki.

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Słuchaczka poczuła się urażona, że nie jesteśmy w stanie przysłać specjalisty od mierzenia decybeli pod jej blok, gdzie ma się odbyć impreza muzyczna.

Rewolucja UKF – program jest, odbiorników brak

Wcześniej w studiach radiowych przy ulicy Myśliwieckiej technicy przygotowywali się do rewolucji technicznej polegającej na emisji cyklicznego programu radiowego w paśmie UKF. Po raz pierwszy stały program radiowy zamiast na falach długich, średnich lub krótkich miał być wyemitowany na ultrakrótkich (eksperymentalne transmisje trwały już od czterech lat).

– To było epokowe wydarzenie – twierdzi Sławomir Pietrzykowski, reżyser Teatru Polskiego Radia, dziennikarz, lektor i realizator dźwięku, od roku 1950 związany z Polskim Radiem (jego głos do dziś można usłyszeć w sygnale nadawanej w Jedynce Kroniki sportowej). Wtedy, w 1962 roku, ogarnęła go duma, że to wszystko się udało. – Gdyby nie Sokorski, nic by z tego nie wyszło – mówi.

Włodzimierz Sokorski był ministrem kultury w rządzie Bolesława Bieruta, komunistą, ale cynikiem. Być może dlatego po odwilży października 1956 roku potrafił się odnaleźć w nowych czasach. Trafił do Komitetu Radia i Telewizji, został prezesem i miał władzę, o jakiej mogą tylko pomarzyć współcześni prezesi korporacji medialnych. Pozycja w aparacie partyjnym sprawiła, że przekonał wojsko, milicję i bezpiekę, by przekazały Polskiemu Radiu nieużywane częstotliwości radiowe, na których później emitowano Trójkę. – To dzięki niemu po raz pierwszy w Europie Wschodniej wyemitowano program radiowy na falach ultrakrótkich – mówi Pietrzykowski.

„Ta rewolucyjna technologia pozwala emitować krystalicznie czysty dźwięk” – pisali wówczas inżynierowie, co oznacza, że dźwięk był pozbawiony szumów, trzasków i przesterowań.

– Problem był jeden – wspomina Pietrzykowski. – Jak tego słuchać?

W Polsce nie produkowano jeszcze odbiorników z UKF.

Nowa forma dotarcia

Trójkę wymyślili Stanisław Stampf’l i jego żona Dżennet. Tak twierdził Włodzimierz Sokorski, gdy dwa lata przed śmiercią pytała go o to dziennikarka Trójki Anna Semkowicz.

On – były akowiec, literat, współtwórca słuchowiska Matysiakowie, w drugiej połowie lat 50. był podwładnym Sokorskiego, sprawując wysokie stanowisko dyrektora programowego Polskiego Radia. Ona – dziennikarka, współautorka Matysiaków, pracowniczka Radiokomitetu. Mówi, że to nie jej, ale zmarłemu w 1980 roku mężowi Trójka zawdzięcza swoje powstanie.

– Mąż prowadził politykę otwartych drzwi. Każdy mógł przyjść do jego gabinetu z dobrym pomysłem – wspomina. Gabinet dyrektora Stampf’la mieścił się na Myśliwieckiej, po lewej stronie od wejścia, tuż przy nieistniejącej dziś bibliotece. W soboty po południu odbywały się tu burze mózgów. – Chcieliśmy mieć swoje dobre radio, konkurujące z europejskimi stacjami – dodaje Dżennet Stampf’l.

Królem młodzieżowego eteru na przełomie lat 50. i 60. były Radio Monte Carlo i Radio Luxembourg. Tylko tam można było usłyszeć muzykę na żywo, najświeższe hity Elvisa Presleya, The Shadows oraz młodych, wyluzowanych konferansjerów. Na świecie trwała właśnie rockandrollowa rewolucja, dziewczyny zakładały coraz krótsze spódniczki, a chłopcy coraz bardziej obcisłe spodnie. W tym samym czasie w Programie Pierwszym i Drugim Polskiego Radia toczyła się ideologiczna walka o kształtowanie moralności socjalistycznej i marksistowskiego poglądu na świat.

– Wiedzieliśmy, że nikt nie chce tego słuchać – przyznał po latach Sokorski. – Szukaliśmy nowych form dotarcia do społeczeństwa.

To on przekonywał Władysława Gomułkę do nowego pomysłu na radio. Musi być nowa muzyka, nowy teatr i literatura – powtarzał mu. A o nim samym mówił: – Był człowiekiem z otwartą głową, tylko w sprawach ekonomicznych był dogmatyczny.

Gomułka odpowiadał bez przekonania: – Może masz rację? Moje wnuczki mówią to samo. Może za 20 lat się okaże, że to one miały rację, a nie ja.

Wesoły wentyl

Aby Biuro Polityczne, najwyższy organ PZPR-u, mogło zatwierdzić powstanie nowego, eksperymentalnego programu, trzeba było przedstawić jego koncepcję. Powstawała ona w gabinecie dyrektora Stampf’la przy Myśliwieckiej i w jego mieszkaniu przy Górnośląskiej w Warszawie. Według zaleceń władzy nowa stacja miała się stać wentylem bezpieczeństwa – rodziła się wtedy, gdy Gomułka rozprawiał się z ostatnimi reliktami październikowej odwilży, likwidując ostatnie przebłyski niezależności. W lutym 1962 roku komuniści rozgonili Klub Krzywego Koła, który był namiastką intelektualnej opozycji, rozpoczynając tym proces łajania inteligencji za „cynizm, nihilizm i uleganie dekadencji Zachodu”.

Dżennet Stampf’l pamięta, że nad programem oprócz jej męża pracowali dwaj inni radiowcy – dziennikarz i późniejszy pomysłodawca festiwalu opolskiego Jerzy Grygolunas oraz spiker Stefan Popoff: – Jeśli ktoś może aspirować do roli ojców założycieli, to właśnie oni i Włodzimierz Sokorski. Podpis tego ostatniego figuruje pod dokumentem powołującym do życia naczelną dyrekcję Programu Trzeciego Polskiego Radia.

TRZY PO TRZY

Siatkówka niższych lotów

Piotr Baron podał kiedyś informację, że światowe władze siatkówki zamierzają wprowadzić zawody dla osób niższego wzrostu, na mniejszym boisku, z niżej zawieszoną siatką. Temat wydawał się znakomity, by go pogłębić. Zadzwoniłem do największego znanego mi w polskim dziennikarstwie speca od siatkówki. Podlizuję mu się i próbuję umówić się na nagranie, licząc na ciekawy komentarz. I słyszę: „Wie pan, mam prawie 40 stopni gorączki, leżę w domu, gdzie od dwóch dni nie mam ciepłej wody. Ledwo widzę na oczy i – mówiąc szczerze – mam w dupie siatkówkę dla liliputów”.

Krystian Hanke

Witold Pograniczny i Marek Gaszyński prowadzili na początku lat 60. w malutkiej Rozgłośni Harcerskiej rockandrollową audycję. Pewnego dnia na swoim biurku znaleźli list od dyrektora Stampf’la z „dużego radia” (tak nazywano Program Pierwszy i Program Drugi): „Bardzo proszę o skontaktowanie się ze mną w sprawach programowych. Proszę o telefoniczne uzgodnienie terminu z moim sekretariatem pod numerem 8 31 61”.

– Prawdopodobnie chce cię ochrzanić za nadawanie tego szalonego rock and rolla – powiedzieli szefowie Rozgłośni Harcerskiej, gdy Pograniczny pokazał im list od dyrektora Stampf’la. Z ulicy Konopnickiej, gdzie mieściła się Rozgłośnia Harcerska, na Myśliwiecką było niedaleko. Marzeniem każdego chłopca pracującego w harcerskim radiu była praca w prawdziwym, dużym radiu, którego słuchają miliony.

Witold Pograniczny: – Pan Stampf’l miał tak olbrzymi gabinet, że przez dwie minuty się do niego zbliżałem. (Żona Stampf’la mówi jednak, że było to ledwo 25 metrów kwadratowych). Pograniczny zapamiętał siedzącego przy wielkim biurku wytwornego, starszego pana (Stampf’l miał wtedy zaledwie 42 lata). Choć nie wyglądał na miłośnika bigbitu, powiedział: – Radio musi taką muzykę nadawać.

Potem dodał: – Panowie ruszą UKF. To nieprzyzwoita jakość dźwięku i ta nowa muzyka musi się tam znaleźć dzięki wam. Bo ten nowy program będzie skierowany do młodych.

Cel był jasny – odciągnąć młodych od słuchania Radia Monte Carlo i Radia Luxembourg.

Marek Gaszyński jest ostatnim żyjącym pracownikiem stacji, który pół wieku temu pomagał w jej uruchomieniu. – Stampf’l miał otwartą głowę i wiedział, że coś trzeba zrobić z tym trochę już anachronicznym radiem – opowiada. – Czuł, że trzeba otworzyć się na młodych twórców, pokolenia akademickie i na nową muzykę. „Niech pan Lucjan Kydryński dalej robi swoje piękne, klasycznie prowadzone audycje w Jedynce i Dwójce, ale Trójkę oddajmy młodym” – to było jego myślenie.

Trójka powstawała, by ożywić ten nudny i zachowawczy program Polskiego Radia. Żeby dać łyk wolności, pobudzając przy okazji również młodych twórców, takich jak Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Jacek Janczarski, Jan Pietrzak czy Stefan Friedmann. Po wstępnej rozmowie Stampf’l przekazywał ludzi Janowi Piaseckiemu z redakcji literackiej Polskiego Radia, któremu powierzył rolę organizatora nowego przedsięwzięcia. (Dziś wspomina się o nim jedynie jako mężu Zofii Posmysz, autorki książki Pasażerka, na podstawie której Andrzej Munk nakręcił głośny film pod tym samym tytułem). Piaseckiego przerosła rola organizatora wyłaniającego się z chaosu kanału radiowego, więc szybko zastąpił go oficer LWP i poeta wojskowy Edward Fiszer. Gaszyński: – Czasem nas skrzyczał, czasem zbeształ, a potem zapominał, wybaczał, pogłaskał po głowie i mówił: „Nie martwcie się, chłopaki”. Traktował mnie i Witka Pogranicznego niemal jak swoich synów.

Ryzyko zawodowe

Pierwszym sukcesem Trójki było to, że udało się przyciągnąć grupę ciekawych ludzi – od muzykologa Jana Webera i kompozytora Mateusza Święcickiego, po reporterkę Walentynę Toczyską, poetę Tadeusza Kubiaka i najmłodszych w zespole, 20-latków Pogranicznego i Gaszyńskiego.

Gaszyński: – My, młodzi chłopcy, weszliśmy nagle w świat dorosłych, którzy nas przewyższali wiedzą, kulturą i umiejętnościami. Czuliśmy się dobrze razem i lubiliśmy z sobą przebywać. Po pracy nasze starsze koleżanki i doświadczeni dziennikarze zabierali nas do siermiężnej knajpy dziennikarzy na Foksal, gdzie były wódeczka, tatarek i ozorek. Pozwalali nam być z sobą, uczyć się od nich, co było jednym z najważniejszych doświadczeń, które nas kształtowały.

Stampf’l chętnych do pracy w Trójce szukał w dwóch istniejących programach i kusił wyższymi pensjami i honorariami. Ryzyko było duże, bo programów Jedynki i Dwójki słuchały wtedy miliony, a Trójka to przecież był wielki eksperyment. Trudno było także uwierzyć w propagandowe zapewnienia kierownictwa warszawskich Zakładów Radiowych Kasprzaka, że zaleją rynek radioodbiornikami zdolnymi odbierać Trójkę. Większość słuchaczy w swoich domowych radiach miała fale długie, na których słuchało się Warszawy Pierwszej i Drugiej, średnie, gdzie można było znaleźć Radio Luxembourg, i krótkie, na których nadawały Głos Ameryki i Radio Wolna Europa.

(Z badań przeprowadzonych w 1964 roku przez Redakcję Studiów i Oceny Polskiego Radia wynikało, że Trójkę może odbierać tylko 17,9 procent słuchaczy).

Przejście do nowego programu było pójściem w niepewne.

– Ale my byliśmy przekonani, że robimy coś ciekawego – opowiadała Aniela Jasińska, kierowniczka redakcji literackiej. – Mój wnuk mówi mi dzisiaj, że w więzieniu nie można było niczego zrobić. Ale my uważaliśmy, że nawet w więzieniu można robić szachy z chleba. Więc w tej Trójce zrobiliśmy te szachy i mieliśmy do tego ogromny gaz.

Myśliwiecka

W 1950 roku przeniesiono redakcję Polskiego Radia z alei Stalina (dzisiejsze Aleje Ujazdowskie) do budynków przy ulicy Myśliwieckiej, gdzie kiedyś mieściły się koszary wojskowe. Znalazły się tu redakcje Teatru Polskiego Radia, literacka i publicystyczno-informacyjna. Dwanaście lat później próbowano tu wcisnąć jeszcze jeden zespół.

Z ZESZYTU TELEFONISTKI

Przychodzi Dobroń do lekarza

26.10. 1999, godz. 21–22

autorka: Grażyna Dobroń

przy telefonie: Halina Wachowicz

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Słuchacz spytał, co to jest fruktianizm. Po wytłumaczeniu przeze mnie, co to jest, niestety nadal domagał się wejścia na antenę. Tematem audycji nie były diety, dlatego podałam mu telefon do Grażynki do pokoju. Ale nie był zadowolony.

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Jeden ze słuchaczy zaproponował, żeby wszyscy słuchacze, którzy dzwonią do nas z problemami zdrowotnymi, podawali na antenie swoje prywatne telefony. Wtedy inni słuchacze, którzy mieli podobne problemy, będą mogli do nich zadzwonić i im pomóc.

– Trójka narodziła się w jednym pokoju – opowiada Ewa Ziegler, późniejsza redaktor naczelna. Obserwowała te narodziny z drugiego końca korytarza, ze swojego pokoiku naczelnej redakcji programów literackich. – Po korytarzach kręcili się nowi ludzie. Twierdzili, że pracują nad nową koncepcją programową.

Główny sztab dowodzenia mieścił się na parterze w sekretariacie Stanisława Stampf’la. Kilkunastoosobowy zespół pielgrzymował tam systematycznie (trzy pokoje w amfiladzie redakcja otrzymała znacznie później, gdy program zaczął być już emitowany w eter).

– Wielogodzinne cotygodniowe zebrania zespołu były wielką burzą mózgów i nikt z nich nie uciekał – wspomina Gaszyński. – Dziewczyny przynosiły coś do jedzenia, my coś do picia. Pomysły się rodziły, a my potrafiliśmy z sobą godzinami rozmawiać.

Walentyna Toczyska: – Mieliśmy mnóstwo pomysłów, tylko niewielu z nas można było zmobilizować do ich realizacji, ponieważ byliśmy zajęci przygotowywaniem następnych. Po jakimś czasie zaczęto nas pilnować, by oprócz koncepcji powstawały również audycje. A to nie było takie łatwe.

Po latach pytano Gaszyńskiego, Pogranicznego i Święcickiego, jak to się wszystko zaczęło. Kto był pierwszy? Jak tę pierwszą niedzielę z Trójką zapamiętali?

Żaden nie zapamiętał niczego szczególnego. Nawet Mateusz Święcicki, którego audycja Mój magnetofon miała być pierwszą wyemitowaną w eter (taśma z nią była w archiwum Polskiego Radia jeszcze w latach 70., przechowywana pod numerem 1. Niestety, gdzieś zginęła). Mój magnetofon wymyślił Stampf’l i była to odpowiedź na potrzeby wychudzonego rynku muzycznego. – Precyzyjniej należałoby ją nazwać audycją piracką – tłumaczył Pograniczny. Patent na nią był prosty. Trzeba było zdobyć zachodnią płytę i zgrać ją na taśmę. Później prezenter mówił: „Uwaga, proszę przygotować magnetofony”, i startował taśmę.

Tak Polska zdobywała wtedy najnowsze światowe przeboje.

Pierwszy raz

Marek Gaszyński próbował sobie przypomnieć swoją pierwszą audycję. – Mogły tam być angielskie lub amerykańskie rock and rolle i obowiązkowo jakieś piosenki polskie, ale nie smęty. Może Karin Stanek, może Marek Tarnowski lub Helena Majdaniec? – próbuje wygrzebać coś z pamięci.

Czerwonych Gitar jeszcze wtedy nie było, Niebiesko-Czarnych – też, ani nawet Czesława Niemena. Od 1960 roku grał natomiast gdański zespół bigbitowy Czerwono-Czarni, który rok przed powstaniem Trójki wydał swój pierwszy singiel. Ale to niemożliwe, by ich piosenki pojawiły się na antenie w kwietniu 1962 roku, bo Sławomir Pietrzykowski pamięta, że dopiero w wakacje Mateusz Święcicki powiedział, że ta pierwsza bigbitowa grupa przyjedzie do Warszawy. Poprosił wtedy Pietrzykowskiego, by zarezerwował dla nich studio i spróbował coś nagrać, byle po polsku. Obowiązywało już zarządzenie redaktora naczelnego Trójki wprowadzające pewne ograniczenia – nagrania polskich zespołów muszą być wykonywane w języku ojczystym, bo inaczej nie zostaną wyemitowane na antenie.

TRZY PO TRZY

Mikrofun

Prowadziłyśmy z moją przyjaciółką Magdą Nurkiewicz nocną audycję „Babskim okiem”, do której zaprosiłyśmy psychologa Krzysztofa Wieleckiego. Naszym realizatorem był Janek Gadomski, który uwielbiał rozmawiać przez telefon ze swoimi koleżankami. Kiedy zaczynał rozmowę, to świat przestawał dla niego istnieć.

W pewnym momencie Magda powiedziała: „Chciałabym podnieść problem...”, a ja uniosłam ręce do góry. Wiem, że to nic śmiesznego, ale wtedy pękałyśmy ze śmiechu. Jedynym, który wytrzymał, był profesor Krzysztof Wielecki, któremu Magda, zanim zakrztusiła się śmiechem, zdążyła zadać pytanie, więc zaczął na nie odpowiadać. Magda nie słuchała, bo schowała się pod biurko, żeby nie śmiać się prosto do mikrofonu. Ja zawinęłam się w różowe, welurowe zasłony wiszące w studiu. Tylko profesor Wielecki zachował kamienną twarz, widząc, co się dzieje, sam zadawał pytania i sam na nie odpowiadał. Pomyślałam, że mogę jeszcze uratować sytuację, gdy dam Jankowi za konsoletą znak, by puścił muzykę. Ale on siedział bokiem zatopiony w rozmowie. Musiałam cichuteńko wyjść ze studia i wyrwać naszego realizatora z objęć Amora. Był bardzo zdziwiony, skąd się wzięłam w reżyserce. Nic nie zauważył.

Iwona Wieraszko

Gaszyński upiera się, że polskie piosenki musiały być emitowane od pierwszego dnia. – Byliśmy zafascynowani muzyką angloamerykańską i chętnie puszczalibyśmy ją na okrągło, ale na to nie pozwalało kierownictwo redakcji – tłumaczy. – Kolejne wewnętrzne zarządzenie pozwalało na dziesięć piosenek wyemitować tylko cztery po angielsku.

– A reszta?

– Cztery polskie, a kolejne z krajów demokracji ludowej, Włoch lub Francji – mówi Gaszyński. – W ten sposób pomagaliśmy naszym młodym zespołom rozpoczynającym estradowe życie. Inaczej muzycy by się zniechęcili, machnęli ręką. Po co tworzyć polskie piosenki, jak wiadomo, że Presley jest lepszy i to jego przeboje pójdą w radiu? U nas było miejsce i dla Presleya, i dla Maćka Kossowskiego, i dla Adriano Celentano.

Audycję Piosenki, jakich nie było Gaszyński z Pogranicznym nagrywali na taśmy. Choć byli autorami, ich głosy nie mogły pojawić się w programie.

Gaszyński: – Pisaliśmy tylko teksty audycji. Ich odczytywaniem zajmowali się zawodowi lektorzy: Witold Filler, Danuta Mancewicz i Jerzy Pijanowski.

Nagrane taśmy odsłuchiwało kierownictwo redakcji. Czasem prosili o poprawki lub dogrywki. Taśma wędrowała do cenzora, a potem do redakcji, gdzie czekała na emisję. Do końca nie było wiadomo, która i kiedy zostanie wyemitowana.

Nie zachował się nawet strzępek taśmy z tamtego dnia. Nie ma też fotografii (Pietrzykowski przypomina, że był to czas zimnej wojny i ze względów bezpieczeństwa obowiązywał całkowity zakaz fotografowania).

Zresztą nie było czego fotografować. Od 6 rano na Trójkowej fali retransmitowany był Program Drugi Polskiego Radia. O 20 słuchacze zamiast Rewii piosenki Lucjana Kydryńskiego, nadawanej w Dwójce, usłyszeli Scherzo cis-moll Fryderyka Chopina (taki sygnał dla nowego programu zaproponował pianista Roman Jasiński, kierownik redakcji muzycznej Polskiego Radia).

Z ZESZYTU TELEFONISTKI

Zapraszamy do Trójki

27.10.1999, godz. 6–9

autor: Marek Wałkuski

przy telefonie: Natalia Hubner

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Słuchaczka żąda, byśmy zmusili polityków, by wstrzymali wszystkim urzędnikom w kraju pensje, aby z zaoszczędzonych pieniędzy spłacić dług ZUS.

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Słuchacz był oburzony, że nie znam języka niemieckiego. To, że znam angielski, absolutnie go nie satysfakcjonuje, bo – jak twierdzi – Anglia nas zdradziła w czasie II wojny światowej. Przyznałam słuchaczowi rację, że Niemcy praktycznie dotrzymali słowa.

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Po „Salonie politycznym” głównie uwagi na temat stanu umysłowego gościa. „Babcia” dzwoniła tylko cztery razy.

Tuż potem przez dwie minuty mówił Stefan Popoff, przedstawiając program na wieczór. I była to jedyna audycja na żywo tego dnia.

Głównym punktem programu był 167-minutowy magazyn primaaprilisowy, którego autorami według okładek audycji zachowanych w archiwum Polskiego Radia byli poeta Tadeusz Kubiak i Juliusz Głowacki. Ten ostatni w latach 60. stał się autorem popularnych słuchowisk w Polskim Radiu i tekściarzem (napisał między innymi w 1964 roku piosenkarce Karin Stanek słowa przeboju Jedziemy autostopem).

Na pożółkłych arkuszach można jeszcze przeczytać, że nagranie składa się z pięciu taśm, cenzor o kryptonimie H-23 dopuścił je do emisji 29 marca i zaczyna się ono od słów: „Naszego dzisiejszego programu nie chcę...”.

Autorzy dopisali: „Spiker proszony o jakieś możliwie zabawne wypełnienie słowem żywem brakującej minuty (prima aprilis)”.

Ostatnie 11 minut tego dnia wypełniły opowieści sławnych polskich aktorek (nie napisano jakich), które zwierzały się reporterce Wiesławie Krajewskiej ze swojego prywatnego życia.

Trzygodzinny program zakończył się o godzinie 23.02 odegraniem hymnu narodowego.

– Może poszliśmy to uczcić na Foksal do dziennikarzy? – Tego dokładnie Marek Gaszyński nie pamięta. Nie przypuszczał, że ktoś będzie go pytał po pół wieku o takie szczegóły.

Trójkowy budzik, czyli Piotr Łodej, który zaczyna codziennie pracę o godzinie 4 rano
2
RODOWODY czyli w drodze do Trójki

Marek Gaszyński: Zgłosiliśmy się z moim szkolnym kolegą Witkiem Pogranicznym do Rozgłośni Harcerskiej, która mieściła się na drugim piętrze dawnego budynku YMCA przy ulicy Konopnickiej. Dlaczego tam? Bo skojarzyliśmy harcerstwo z młodością, a młodość z jazzem. Był 1958 rok. Muzyką młodych był jazz. Więc powiedzieliśmy, że chcemy robić audycję o gigantach jazzu. Pierwszą zrobiliśmy o Charliem Parkerze i Louisie Armstrongu. Odzew był niesamowity. Dlaczego? Bo byliśmy inni niż ówcześni królowie eteru – młodzi i odważni.

Z Konopnickiej po czterech latach trafiliśmy na Myśliwiecką.

Piotr Kaczkowski: Po raz pierwszy przyszedłem do Trójki w 1953 roku, gdy miałem siedem lat. Tu w każdą niedzielę była audycja dla przedszkolaków, w której Piotruś ze szkoły muzycznej, czyli ja, grał rzepkę [z wiersza Juliana Tuwima].

Regularnie zacząłem się pojawiać na Myśliwieckiej, gdy miałem 17 lat, i właściwie nie wyszedłem już z tego budynku.

Na początku przynosiłem płyty z magazynu, robiłem herbatę lub montowałem taśmę.

Pierwszą swoją piosenkę zapowiedziałem w 1962 roku. Tydzień wcześniej napisałem sobie wszystko na kartce, a Witold Pograniczny, któremu podlegałem, zatwierdził to do emisji. I mogłem zapowiedzieć piosenkę Beatlesów Love Me Do. Nieoczekiwanie w tej samej audycji zapowiedziałem piosenkę Heleny Majdaniec. Inny młody człowiek, który miał ją zapowiedzieć, po prostu nie dał rady. Oczywiście to nie działo się na żywo.

Maciej Zembaty (zmarł w 2011 roku; wypowiedź z 1997 roku):

Jako licealista napisałem scenariusz słuchowiska Wycieczka do Świdra według Gałczyńskiego. Gdy zacząłem to reżyserować, okazało się, że brakuje mi dźwięku jadącej lokomotywy. Z mojego liceum plastycznego najbliżej było na Myśliwiecką, gdzie przyszedłem wypożyczyć taśmę z efektem specjalnym. Tak mi się tu spodobało, że powiedziałem sobie: „Ja tu jeszcze wrócę”.

Udało się po maturze w 1964 roku. Studiowałem wtedy polonistykę i z Olą Kurczab prowadziłem cykliczną audycję Polszczyzna dla wszystkich. Braliśmy za to niezłe pieniądze, bo kiedyś z radia dało się wyżyć.

Jacek Fedorowicz: Na początku lat 70. Joanna Zadrowska z redakcji reportażu złożyła mi nobilitującą propozycję – stałego felietonu w Trójce. Dziesięć minut gadania o stałej porze w każdy poniedziałek rano. Tak to się zresztą nazywało: Zawsze w poniedziałek – Jacek Fedorowicz. Ogólny pomysł sprowadziła do wskazówki: „To powinno być coś w rodzaju poradnika Jak żyć?, w odcinkach i na wesoło”. Zastosowałem się. Udało mi się zrobić cykl felietonów poradniczych i były to porady prawdziwe. Owszem, żartobliwe w formie, ale można je było stosować w praktyce. Z opisu, jak się urządzać w socjalistycznym świecie, wyłaniał się kraj mający wszelkie cechy domu wariatów. Wybrane felietony zostały potem wydane w dwóch zbiorkach: W zasadzie TAK i W zasadzie ciąg dalszy. Przez wiele lat uważałem, że to jest najlepsze ze wszystkiego, co w życiu udało mi się zrobić. Szczególnie po recenzji Stefana Kisielewskiego w paryskiej „Kulturze”, że W zasadzie TAK to najbardziej antykomunistyczna książka wydana za pieniądze komunistów.

TRZY PO TRZY

Owsiak w czas

Magazyn „Brum”, który prowadziłem na zmianę z Piotrem Klattem i Kubą Wojewódzkim, zaczynał się o 15. Dziesięć minut wcześniej wszedłem do swojego mieszkania na Ursynowie, włączyłem radio i zacząłem się zastanawiać, kto dzisiaj poprowadzi audycję. I wtedy mnie olśniło, że przecież ja! Wybiegłem z domu jak oparzony i łamiąc wszystkie przepisy, pojechałem na Myśliwiecką. Na szczęście była tam Maria, która przez wiele lat pomagała Markowi Niedźwieckiemu przy jego audycjach. Gdy po serwisie informacyjnym mnie wciąż nie było, Maria zarządziła, że trzeba puścić muzykę, aż się zjawię. Wpadłem na ostatnie takty i od razu opowiedziałem żarcik, a potem już jak zawsze poleciał piątkowy magazyn „Brum”.

Jerzy Owsiak

Wojciech Mann: Prowadziliśmy w latach 60. najpierw na Nowym Świecie, a potem na Żoliborzu klub, w którym spotykały się nastolatki kochające muzykę, by jej słuchać, czytać o niej i rozmawiać, jak kto śpiewa. Nasza działalność wzbudziła zainteresowanie kolegów z Rozgłośni Harcerskiej, którym władza ludowa, o dziwo, pozwoliła na uruchomienie własnego nadajnika. Z uwagi na ograniczony zasięg stacji można tam było grać piosenki anglojęzycznych wykonawców. Wstępną propozycję pracy przyjąłem z zachwytem, ale też niepokojem, czy w gronie doświadczonych redaktorów moja osoba zostanie zaakceptowana. Pamiętam wysiłek, z jakim dukałem przemądrzałe zdania o płycie Fairytale Donovana.

Te harcerskie próby stałyby się pewnie ślepą uliczką, gdyby nie szefowie raczkującej Trójki, którzy szukali nowych ludzi do współpracy. Zwrócili się o pomoc do Rozgłośni Harcerskiej, licząc, że występująca tam młodzież jest już po pierwszej obróbce dziennikarskiej. Tak znalazłem się w pokojach redakcji muzycznej Trójki na Myśliwieckiej. Zacząłem mozolną drogę, by trafić na antenę.

Grzegorz Wasowski: Mój nieświadomy debiut radiowy nastąpił w roku 1956, w audycji na żywo Książeczki z mojej półeczki prowadzonej przez mojego tatę.

Szkoła w zasadzie mnie nie interesowała. Więcej czasu spędzałem na Agrykoli. Nie chcąc robić wstydu tacie, zdałem maturę. Dla rodziców też, mimo że mnie nie przymuszali, zdecydowałem się pójść na studia. Ale w roku 1968, kiedy ukończyłem liceum, przy rekrutacji na studia zaczęły obowiązywać punkty za dobre robotnicze pochodzenie. Utraciłem więc pierwszą szansę dostania się na studia, a kolejnych nie wykorzystałem. Tak naprawdę to nie chciałem ich wcale wykorzystywać, bo nigdy nie byłem fanem edukacji zinstytucjonalizowanej. Trzy miesiące przepracowałem w bibliotece Polskiego Wydawnictwa Muzycznego i 31 sierpnia 1971 roku trafiłem na staż do Programu Trzeciego. Stało się to po nieśmiałej propozycji mojego taty, „czy bym nie spróbował, bo może radio mnie zainteresuje”.

Zofia Kruszewska: Każdy, kto chodzi do szkoły muzycznej, chce być wirtuozem, by świat przed nim klękał i rzucał mu kwiaty pod nogi. A ja, mając 16 lat, chciałam zostać realizatorem dźwięku. W naszej szkole muzycznej pojawiła się absolwentka, która studiowała w Warszawie reżyserię muzyczną. Opowiadała o obcowaniu z muzyką, rejestrowaniu koncertów na taśmę i pracy z mikrofonem. Pomyślałam: „Chcę to robić”. Skończyłam reżyserię muzyczną i zamiast wracać na Śląsk, zostałam w Warszawie.

W grudniu 1970 roku zaczęłam pracę na Malczewskiego. Siedziałam przy konsolecie i płakałam. Nic nie rozumiałam ze slangu zawodowego, którym porozumiewali się moi koledzy. Przez cztery następne lata dostawałam gorączki przed każdym programem, który miał być na żywo.

Jan Chojnacki: Studiowałem handel zagraniczny, dzięki temu trafiłem na początku lat 70. do pracy w firmie Pagart, która wysyłała polskich artystów na zagraniczne występy. Miałem ten przywilej, że mogłem im w tych podróżach towarzyszyć. Człowiek wyjeżdżający za granicę był w tamtych latach zjawiskiem endemicznym. Byłem z zespołem Opery Łódzkiej w Finlandii, z olsztyńską Pantomimą Głuchych pojechałem do USA, a z Czesławem Niemenem na festiwal jazzowy do Indii. Towarzyszyłem też teatrowi Tadeusza Kantora, który był absolutną gwiazdą nowojorskiego teatru La MaMa. Dzięki tym wyjazdom miałem dostęp do sklepów płytowych za żelazną kurtyną, co czyniło mnie atrakcyjnym kąskiem dla Trójki. Poza tym byłem już zainfekowany bluesem.

Magda Jethon: Moja mama dowiedziała się o istnieniu Trójki pod koniec lat 60. To ona odkryła ITR [Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy], pierwszą satyryczną audycję w Trójce, którą pamiętam. Mama siadała przed trzeszczącym radioodbiornikiem z uchem przy głośniku i wołała całą rodzinę, byśmy tego posłuchali.

TRZY PO TRZY

Nie wyrokuj – weryfikuj!

Największa wpadka zdarzyła mi się przy okazji procesu ekstradycyjnego Edwarda Mazura oskarżonego o zlecenie zabójstwa generała Marka Papały. Dwa tygodnie przed decyzją sądu ogłosiłem na antenie Polskiego Radia, że Mazur został uniewinniony. Po 15 minutach zorientowałem się, że to nieprawda, i musiałem wszystko odwołać. Moja wpadka wzięła się z sądowego pisma, które wpadło mi w ręce. Tam przeczytałem, że Edward Mazur powinien zostać natychmiast wypuszczony z aresztu. Uznałem, że mam w rękach decyzję sędziego i że muszę to natychmiast przekazać do Polski. W tytule znajdowały się nazwa i adres sądu oraz wszystkie sygnatury akt, ale było to pismo adwokata Mazura skierowane do sądu, a nie odwrotnie.

Po dwóch tygodniach moje rewelacje ostatecznie się potwierdziły, ale ja dostałem twardą lekcję, że szybkość w mediach nie jest najważniejsza. Ważniejsze jest weryfikowanie zdobytych informacji.

Marek Wałkuski

Sześćdziesiąt minut na godzinę w wersji mikro. Od lewej: Jan Kaczmarek, Włodzimierz Plaskota, Marcin Wolski i Andrzej Zaorski
Andrzej Turski
Radio na gościnnych występach w Hucie Warszawa podczas karnawału Solidarności. Od lewej: Andrzej Zaorski, Andrzej Fedorowicz, Marian Opania, Marcin Wolski, Jerzy Woy-Woyciechowski
Realizatorka dźwięku Barbara Głuszczak, Sławomir Zieliński i Ewa Redel
Plenerowe studio Trójki w Jarocinie
„Srebrne Usta”, początek lat 90. Od lewej: Beata Michniewicz, Ryszard Jaźwiński, Grażyna Dobroń i Monika Olejnik
Kuba Strzyczkowski wśród słuchaczy
Chrzest waloński w Szklarskiej Porębie. Wyżej: Artur Andrus, z prawej: Grażyna Dobroń
„Pocztówka do św. Mikołaja”. Początek lat 90.
Tomasz Sianecki przy tzw. gebelsie, czyli studyjnym magnetofonie. Rok 1994
Kuba Strzyczkowski i Monika Olejnik podczas wykonywania odlewu ust na skwer Radiowej Trójki w Szklarskiej Porębie
Marek Niedźwiecki
Krystian Hanke i Maja Borkowska podczas porannej audycji Zapraszamy do Trójki
Henryk Sytner i Marek Niedźwiecki
Henryk Sytner od 42 lat organizuje „Wakacje na dwóch kółkach”...
Henryk Sytner i Grażyna Dobroń
...a od 30 – obozy narciarsko-taneczne
Wojciech Mann i Grzegorz Wasowski (gdy jeszcze występowali razem w radiu)
Barbara Marcinik w rozmowie z Wisławą Szymborską i Michałem Rusinkiem
Były dyrektor Trójki Grzegorz Miecugow jako gość Marka Niedźwieckiego
Zofia Sylwin odbiera złotą płytę
Jerzy Owsiak na początku lat 90.
Marek Wiernik, który na antenę Trójki wprowadził muzykę punkrockową

Miałam kilkanaście lat, ale wiedziałam już, co to jest aluzja polityczna. Jednak nie zawsze wszystko udało mi się zrozumieć – wtedy drugie dno tłumaczyli mi rodzice. To właśnie w ITR-ze, a potem w IMA [Ilustrowany Magazyn Autorów] pierwszy raz usłyszałam Jerzego Dobrowolskiego, Adama Kreczmara, Jonasza Koftę, Jacka Janczarskiego i Macieja Zembatego. Wciągnęła mnie ich twórczość i pokochałam to radio. Moja fascynacja nie zaczęła się od muzyki, jak to bywa w przypadku większości słuchaczy Programu Trzeciego, ale od satyry.

Po studiach na kilku kierunkach i kilku uniwersytetach zaczęłam myśleć o przyszłości. Rozpoczynając studia, nikt wtedy nie zastanawiał się, co będzie robił po ich ukończeniu. Refleksja przychodziła później. Chciałam robić coś interesującego i niebanalnego. Nigdy nie miałam natury grzecznej urzędniczki i potrzebowałam w życiu emocji. Zaczęłam myśleć o radiu.

Trafić można tam było tylko na dwa sposoby – albo drogą polityczną, albo po znajomości. Szczęśliwym trafem do mojego męża, który był chirurgiem, przyszła redaktor naczelna Trójki Ewa Ziegler. Gdy zmieniał jej ostatni opatrunek, namówiony zresztą przeze mnie, z wielkim oporem i niechęcią zapytał panią redaktor, czy dałaby szansę jego żonie. Od razu jednak zaznaczył, o czym dowiedziałam się wiele lat później, że jeśli się nie sprawdzę, to ma mnie wyrzucić. Ewa Ziegler powiedziała: „Niech przyjdzie”. Kiedy pierwszy raz pojawiłam się na Myśliwieckiej, byłam jednocześnie szczęśliwa i przerażona. Na korytarzu spotkałam moich idoli: Zembatego, Koftę, Janczarskiego.

Pani Ziegler poprosiła Alicję Widymską, żeby się mną zaopiekowała i pokazała mi podstawy pracy dziennikarskiej. Przez następne miesiące biegałam po mieście, nagrywałam dźwięki i uczyłam się montować taśmę, co nie było łatwym zadaniem. Po prawie roku reporterskiej pracy (za darmo, bo w końcu się uczyłam) Ewa Ziegler zaproponowała mi etat. Spełniło się moje marzenie.

Marek Wiernik: W latach szkolnych modulowanie radiowego głosu ćwiczyłem w toalecie. Przy świetnej akustyce zapowiadałem tam piosenki z mojej prywatnej listy przebojów. Wtedy już mój przyjaciel Janusz Kosiński kręcił się w okolicach Trójki i zapraszał czasem do radia, jeśli ktoś miał interesującą płytę. Ja już miałem pewne doświadczenie, bo w Rozgłośni Harcerskiej prowadziłem z Markiem Dutkiewiczem magazyn Festiwale bluesa.

Lata 70. dla dziennikarzy muzycznych były trudne. Wiele trzeba było się natrudzić, żeby czegokolwiek dowiedzieć się o zachodnich zespołach. Z kolegą chodziliśmy do Empiku, gdzie z angielskich gazet wycinaliśmy żyletką interesujące nas fragmenty. W ten sposób uczyliśmy się nazw zespołów i piosenek.

Do Trójki załapałem się po skończeniu studiów i powrocie z Anglii, gdzie przez pewien czas pracowałem. Zacząłem wtedy pisać o muzyce do gazet i jednocześnie negocjowałem zatrudnienie z Krystyną Kępską, szefową redakcji muzycznej Trójki. No i udało się mi się wystartować w 1979 roku.

TRZY PO TRZY

Nie ta Edyta

Zdarzyło mi się, że przyszła do studia Edyta Geppert, a ja mówię, że witam Edytę Górniak. To jest najgorsza wpadka, bo nie ma jak z niej wybrnąć. Trzeba by powiedzieć: „Dziękuję państwu, proszę wyłączyć radio, następna audycja za tydzień”. Na szczęście Edytę Geppert bardzo to rozbawiło. I właściwie to nam ustawiło rozmowę. Bo ona jest taka wyciszona, poetycka, a tutaj nagle zaczęła się śmiać i zrobiło nam to fajną atmosferę. Ale do dzisiaj zapisuję sobie imię i nazwisko każdego gościa, który przychodzi, nawet jeśli to jest Andrzej Piaseczny, którego znam bardzo dobrze, czy Basia Trzetrzelewska, której imię i nazwisko pamiętam, nawet jak się obudzę w środku nocy.

Marek Niedźwiecki

Monika Olejnik: Skończyłam zootechnikę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, a potem podyplomowo dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Jeden z wykładowców powiedział mi wtedy, że nie nadaję się do telewizji, bo seplenię. Obiecał, że może nad tym popracować na prywatnych lekcjach, ale ja już nie chciałam. Wybrałam specjalizację radiową.

Był rok 1982. Trójka szukała nowych ludzi, umówiłam się więc na spotkanie ze Sławomirem Zielińskim, który był wicedyrektorem stacji. Miałam jaskrawe buty i włosy do kolan. Spóźnił się. A ja nakrzyczałam na niego, że to niepoważne. Myślę, że trochę się mnie wystraszył, ale uznał, że się nadaję. Pierwszego dnia największym zaskoczeniem był dla mnie Piotr Kaczkowski. Myślałam, że jest wysokim brunetem o brązowych oczach.

Piotr Baron: W piątej klasie szkoły podstawowej napisałem w wypracowaniu, że zostanę radiowcem. Dokładniej – Janem Ciszewskim, najsłynniejszym sprawozdawcą sportowym, jakiego znałem. Gdy miałem 14 lat, spotkałem go na mistrzostwach świata w hokeju na lodzie, które w 1976 roku odbywały się w Katowicach. Dał mi autograf i powiedział, żebym się bardzo starał i oglądał wszystkie relacje sportowe, bo komentator musi mieć wiedzę. Oprócz Jana Ciszewskiego zapamiętałem z tych mistrzostw niebieski kask szwedzkiego obrońcy Matsa Waltina, który mam do dziś. Krzyknąłem do niego: „Hi, mister”, i zamiast kija hokejowego, które dostawali od niego inni chłopcy, otrzymałem ten kask.

Byłem już po mutacji i wiedziałem, że jeśli poważnie myślę o radiu, to muszę ćwiczyć głos. Ćwiczyłem na domowym magnetofonie. Do szarego mikrofonu zapowiadałem grupę Slade, której piosenkę wcześniej nagrałem z radia. Marzyłem o pracy przy mikrofonie, ale z perspektywy chłopaka z Chorzowa to było jak chęć lotu na Marsa. Gdy mówiłem kolegom z podwórka, że chciałbym spróbować w radiu, to się ze mnie śmiali. Dla nich liczyło się, jak kto gra w piłkę i jak szybko biega.

Marzenia zaczęły się spełniać w 1984 roku, gdy studiowałem na Politechnice Śląskiej. Wygrałem wtedy konkurs na studencki reportaż. Nagrodą był staż w dowolnej redakcji w Polsce. Wybór był prosty. Przyjechałem do Warszawy, której zupełnie nie znałem, z wielkim plecakiem. Wiedziałem, że na dworcu jest mafia taksówkowa, więc na Myśliwiecką poszedłem piechotą.

Ten głos usłyszałem na korytarzu, zaraz po wejściu do budynku. Rozpoznałem, bo od lat go słuchałem. Gdy się obróciłem, zobaczyłem człowieka, do którego należał. Był ubrany w czerwoną, mocno wyciągniętą koszulkę trykotową, błękitne dżinsy i trampki. Byłem wstrząśnięty, bo radiowców wyobrażałem sobie jako ludzi chodzących w czarnych garniturach i białych koszulach. Niestety, to nie była pomyłka – głos Kaczkowskiego należał do faceta w wyciągniętym T-shircie. Kilka dni potem Piotr usłyszał moje pierwsze próby, podszedł i powiedział: „Ma pan piękny głos. Niech pan go nie zgubi”.

Grzegorz Miecugow: Mama kupiła mi radio Alina w roku 1972. Było to moje pierwsze radio z UKF. Od kiedy je miałem, słuchałem wyłącznie Trójki. Robiłem to na okrągło, przed pójściem do szkoły i po przyjściu. Rozpoznawałem wszystkie radiowe głosy.

Z ZESZYTU TELEFONISTY

Radio Retro

26.10.1999, godz. 23.30–1

autorzy: Anna Brzozowska, Jacek Ejsmond, Grzegorz Wasowski

przy telefonie: Maciej Chodkowski

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Zadzwoniła młoda dziewczyna i bardzo fajnie się z nią rozmawiało (mi też należy się coś od życia).

Jedyny list, który kiedykolwiek napisałem do radia, był właśnie do Trójki. Miałem wtedy 16 lat i prosiłem w nim Piotra Kaczkowskiego, żeby powtórzył dwie piosenki zespołu Wishbone Ash, które przypadkowo skasowałem na swoim magnetofonie. Piotr tego listu zupełnie nie pamięta.

Trójka mówiła mi o ważnych książkach, które trzeba przeczytać, i płytach, których warto posłuchać. Jako jedyna stacja nadawała muzykę, która mnie interesowała. Tam dowiedziałem się, kto to jest Edward Stachura, i zostałem z nim na całe życie. Moim ulubionym programem był magazyn wieczorny Między dniem a snem i poranny Między snem a dniem.

W 1974 roku przeniosłem się z Krakowa do Warszawy. Mieszkałem w wynajętym mieszkaniu w bloku na Wawrzyszewie. Chomiczówki jeszcze wtedy nie było, więc z okna widać było las. Pewnego dnia o świcie włączyłem jak zwykle radio Alina i słuchałem Piotra Kaczkowskiego. Zaczął opisywać przepiękny wschód słońca, który miał widzieć z okna swojego studia. Robił to tak sugestywnie, że zwlokłem się z łóżka, przeszedłem na drugą stronę mieszkania, by to zobaczyć na własne oczy. Stanąłem przed kuchennym oknem, podniosłem głowę i zamiast wschodzącego słońca zobaczyłem ciemną, ciężką chmurę i siąpiący drobny deszcz. Piotr opisywał nieistniejący wschód słońca, a ja pomyślałem: „Oto siła radia”.

Moim marzeniem była więc praca w radiu. Gdy w końcu tam trafiłem, nawet nie myślałem o Trójce. Wydawało mi się niemożliwe, żebym mógł pracować w tak elitarnym programie. Zdarzyło się to w sposób zupełnie niespektakularny. Gdy w 1987 roku pracowałem w Programie Czwartym, w tym samym budynku przy ulicy Myśliwieckiej, wicedyrektor Trójki Sławek Zieliński zaczepił mnie na korytarzu i zapytał, czy nie chciałbym pracować w Zapraszamy do Trójki. Wydawało mi się, że przenoszę się na inną planetę.

Kuba Strzyczkowski: W latach 80. prowadziłem kabaret w swoim liceum. Jedno z przedstawień zobaczył Grzegorz Miecugow i zaproponował nam współpracę z młodzieżowym programem w Czwórce. Tak trafiłem do programu Klub niebieskiej tarczy i pozwolono mi robić rozmowy z rówieśnikami.

Gdy Miecugow przeniósł się do Trójki, wziął mnie z sobą. Zajmowałem się odbieraniem telefonów, parzeniem herbaty i bieganiem po wino dla starszych koleżanek. Tak dotrwałem do początku lat 90., gdy w ramach eksperymentu powierzono mi prowadzenie porannego Zapraszamy do Trójki. Dla młodego człowieka prowadzenie tak prestiżowej audycji było niezwykłym wydarzeniem. Z tego zdenerwowania ciągle się myliłem. Efektem tego debiutu były liczne skargi słuchaczy. Prosili, by zrobić coś z tym panem, który złośliwie podaje złą godzinę.

Barbara Marcinik: Trójkę odkryłam bardzo późno, ale intensywne słuchanie podczas przygotowań do doktoratu przyniosło olśnienie: „To jest to. Muszę tam pracować”.

Jednym z moich nauczycieli akademickich był Andrzej Gronczewski, którego żona – Grażyna – pracowała w Trójce. To oni pomogli mi przekroczyć po raz pierwszy próg siedziby Programu Trzeciego w marcu 1985 roku.

Doktoratu nie napisałam. Praca naukowa i praca radiowa są bardzo trudne do pogodzenia. Wymagają innych sprawności i w jednakowym stopniu angażują. Trójka pochłania szczególnie.

Tomasz Sianecki: Nie myślałem nigdy o pracy w radiu, bo to był odległy świat. W drugiej połowie lat 80., gdy byłem już na studiach, usłyszałem głos mojego licealnego kolegi Sławka Szcześniaka, który prowadził w Trójce audycję. „Skoro on może, to dlaczego ja nie?” – pomyślałem.

W życiu bym nie poszedł tam prosto z ulicy. Takiej śmiałości nie miałem. Na Myśliwiecką trafiłem w ramach studenckich praktyk i głównie zajmowałem się noszeniem taśm. Przypadek sprawił, że mi się udało. Redakcja wysłała mnie na maraton alkoholików i byłem tam jedynym dziennikarzem z magnetofonem. Reportaż bardzo się spodobał wicedyrektorowi Sławkowi Zielińskiemu, więc zwrócił na mnie uwagę. Po czasie Grzegorz Miecugow wprowadził mnie do Zapraszamy do Trójki. Czułem się spełniony, ale tylko przez dwa miesiące. Na kolejnym grafiku dyżurów już nie znalazłem swojego nazwiska.

Artur Andrus: Wiedziałem, że jest jakaś Trójka, ale mnie to w ogóle nie interesowało. Ja nie byłem na Trójce wychowany. Może dlatego miałem tyle bezczelności, żeby szukać tu pracy.

Po studiach trafiłem do Rozgłośni Harcerskiej i próbowałem tam czytać serwisy, ale mi się to nie podobało. Wiedziałem, że chcę się zajmować tylko kabaretem. Temu mogę poświęcić życie. Jako dziennikarz w latach 90. jeździłem na przeglądy kabaretowe. Tam spotkałem szefa Trójkowej rozrywki Andrzeja Zakrzewskiego. To on zaprotegował mnie u dyrektora Pawła Zegarłowicza, który w 1994 roku dał mi etat.

Prowadząc pierwszą Powtórkę z rozrywki, powiedziałem, że skecz Sęk napisany został przez Stanisława Tyma, i od razu zobaczyłem piorunujący wzrok realizatorki Zofii Kruszewskiej. Zapytała: „Czy przypadkiem nie przez Konrada Toma?”.

Monika Makowska-Wasowska: Marzyłam o pracy w Trójce, trafiłam do niej z ulicy – wśród publiczności audycji Tylko bez polityki, proszę. Zaopiekowali się mną jej autorzy – Anna Semkowicz i Paweł Sztompke, mogłam uczyć się, obserwując ich pracę. Stopniowo powierzali mi drobne zadania, wybierałam muzykę do audycji Anny.

TRZY PO TRZY

Reklamy do reklamacji

Zdarzyło mi się – choć nie wolno tego robić – skomentować reklamy tuż po ich zakończeniu. Zrobiłem to, bo mam świadomość, że słuchacz, który jest mi wierny od lat, mógłby poczuć dyskomfort, gdyby w jego ulubionej audycji pojawiały się przesłania, z którymi w żaden sposób nie jest w stanie się zgodzić, które budzą w nim obrzydzenie. Kilka razy zdarzyło mi się skomentować na przykład wykupione spoty polityczne, którymi z niezrozumiałych względów obudowywano „Siestę”.

Marcin Kydryński

Marcin Kydryński: Nie słyszałem żadnej audycji taty nadawanej na żywo w Polskim Radiu. Tata pojawiał się bardzo późno, a ja byłem grzecznym, 12-letnim chłopcem i chodziłem wcześnie spać. W stanie wojennym tata do radia nie wrócił. Kilka lat później, gdy mógł już wrócić, mnie radio nie interesowało. Chciałem być wędrowcem i kompozytorem. Awanturnikiem i artystą.

W latach 80. byłem sąsiadem Grzegorza Ciechowskiego i jego ówczesnej żony Małgosi Potockiej, którzy w 1988 roku przygotowywali koncert debiutów na festiwalu w Opolu. Uznali, że będzie zabawnie, kiedy jeden z koncertów poprowadzi syn wciąż słynnego opolskiego prezentera.

W Opolu udzieliłem wywiadu, w którym narzekałem na stan krytyki muzycznej. Przeczytał to Paweł Brodowski, naczelny „Jazz Forum”. „Skoro pan tak narzeka – powiedział – niech pan sam coś napisze”.

Nie miałem wyjścia. Pierwsze swoje teksty o zespole Walk Away i Wyntonie Marsalisie cyzelowałem miesiącami. Może było warto, bo przeczytał je Paweł Sztompke, szef redakcji muzycznej w Trójce, i zaprosił mnie do swojego radia. Pierwszą audycję nagrałem w maju 1989 roku.

Jerzy Owsiak: Przyjaźniłem się z Wojtkiem Waglewskim, którego Rozgłośnia Harcerska zaprosiła w 1988 roku na wywiad. Wojtek wziął mnie z sobą i dla żartu przedstawił jako właściciela zespołu Voo Voo. Jąkając się przez pięć minut, wygłosiłem słowotok o planach zespołu, wzbogacając go innymi moimi wadami wymowy. Zapytałem też, jak powinni się ubrać muzycy Voo Voo podczas najbliższej trasy koncertowej. Po kilku dniach spotkał mnie prowadzący audycję Janek Tomczak i poprosił, żebym wpadł do Rozgłośni i odpowiedział na listy słuchaczy w tej sprawie. Listy były trzy, i to od tej samej osoby.

Przyszedłem ze swoimi płytami – Malcolma McLarena i Demisa Roussosa, Greka, który śpiewał głównie po angielsku, ale tę płytę nagrał akurat po niemiecku. Roussos bardzo się słuchaczom spodobał, więc redaktorzy zapraszali mnie częściej, dając w końcu audycję do prowadzenia. Przymknęli oko, że mówię niegramatycznie, bo był duży odzew po moich audycjach.

Debiut w Rozgłośni Harcerskiej sprawił, że zainteresował się mną Piotrek Majewski z Trójki i zaprosił do współpracy przy magazynie Brum, który prowadziłem z Piotrem Klattem i Kubą Wojewódzkim. Trójka to była nobilitacja i najwyższa półka. Bez względu na to, kto był tam szefem, zawsze było serdecznie i miło. Pracowało się tam bez skrępowania.

Tomasz Gorazdowski: Gdy byłem na pierwszym roku studiów, mój kolega z podwórka Szymon Majewski dostał pracę w „Zetce”. Postanowiłem też spróbować w Radiu Kolor, które wtedy startowało. Sportem zajmował się tam Michał Olszański. Kto zna Michała, ten wie, jak bardzo jest otwarty i przyjacielski. Gdy spytałem o pracę, powiedział: „Panie Tomku, niech pan zadzwoni za tydzień”. Zadzwoniłem za tydzień. On: „Panie Tomku, niech pan zadzwoni za tydzień”. Dzwoniłem, dzwoniłem i nic. Spotkaliśmy się dopiero na piłkarskim turnieju mediów, w którym dzięki Majewskiemu zagrałem w drużynie „Zetki”. Pokonaliśmy Radio Kolor, w którym grał Olszański, a ja strzeliłem bramkę. Po przegranym meczu Michał przyznał, że mógł mnie wcześniej zatrudnić. Dwa dni później czytałem już serwisy w Kolorze.

W 1995 roku zostałem ze sportową pasją, ale bez pracy. Przeszedłem do Trójki, bo dyrektor Paweł Zegarłowicz chciał robić informacje sportowe trochę śmieszniej i trochę ciekawiej.

Marcin Łukawski: Chciałem zobaczyć, jak wygląda Trójka od wewnątrz. Dzięki Beacie Michniewicz pojawiłem się tu w 1996 roku. Trwał remont, więc przedzierałem się z Haliną Wachowicz, która była moim radiowym przewodnikiem, między workami z cementem stojącymi na korytarzu.

Byłem zagubionym studentem politologii i na zebraniach zespołu chowałem się za ścianą. Pierwszy reportaż zrobiłem o wynalazkach, których jeszcze nie ma, a powinny być. Na taśmę nagrałem 40 minut dźwięków i montowałem je przez tydzień, by skrócić do 2 minut 40 sekund. Udało się, ale reportaż nigdy się na antenie nie ukazał.

Michał Olszański: Byłem wychowawcą i dyrektorem w SOS-ie, legendarnej szkole dla nieprzystosowanych dzieciaków. To była moja pasja, ale w okolicy 1989 roku poczułem, że jestem wypalony. Model, który zaproponowaliśmy, przestał działać, dzieciaki potrzebowały już innej szkoły. Tymczasem w moim życiu zatarła się granica między pracą a domem. W naszym domu była świetlica, bez przerwy przychodzili jacyś ludzie ze szkoły, moje małżeństwo wisiało na włosku. Zacząłem rozglądać się za nowym zawodem. Zwrot ku dziennikarstwu był naturalny – moja mama pracowała w wydawnictwie, mój tata był dziennikarzem i pisarzem. Na początku lat 90. zgłosiłem się do powstającego właśnie Radia Kolor. Stworzyliśmy tam naprawdę świetny zespół, Kolor to była kuźnia talentów. Zostałem szefem redakcji sportowej i przyjąłem Tomka Gorazdowskiego, który świetnie grał w piłkę. Potem Tomek odszedł i wkrótce wylądował w Trójce. Paweł Zegarłowicz wymyślił, że Trójka powinna mieć redakcję sportową, i powierzył to zadanie Gorazdowskiemu. To on ściągnął mnie i Artura Kulikowskiego. I dobrze, bo Radio Kolor właśnie traciło płynność finansową.

Piotr Stelmach: Gdy miałem 12 lat, Piotr Kaczkowski zaprezentował w Minimaksie pierwszą płytę The Waterboys. Było to 31 października 1983 roku. Zapamiętałem tę datę, bo jak tu nie pamiętać daty swoich narodzin. A ja się właśnie powtórnie narodziłem. Przyrzekłem sobie wtedy, że i ja kiedyś będę pracował w tym radiu. Nigdy o tym swoim dziecięcym marzeniu nie zapomniałem. Myślałem o tym, chodząc do technikum gastronomicznego i studiując na filologii germańskiej. Zrobiłem krok w dobrym kierunku, zahaczając się w komercyjnym łódzkim Radiu Classic. Pewnego dnia na korkowej tablicy zawisło tam ogłoszenie: „Dziennikarska szkoła Polskiego Radia szuka talentów”.

Zgłosiło się prawie 300 chętnych, z których komisja wybrała 15. Byłem wśród nich. To nie dawało gwarancji, że będę pracował w Trójce, ale zapewniało, że będę się uczył radia od najlepszych.

Każdy student wybierał mistrza – osobę, którą chciałby podpatrywać i od której chciałby uczyć się zawodu. Mistrz miał doprowadzić ucznia do egzaminu końcowego. Moim zgodził się zostać Piotr Kaczkowski.

TRZY PO TRZY

Taśma pękła na żywo!

Zapowiedziałam kiedyś rozmowę z pewnym profesorem, którą wcześniej nagrałam, ale w studiu udawałam, że rozmawiamy na żywo. Puściłam taśmę i oczywiście nie siedziałam w studiu, bo nudno, tylko poszłam do reżyserki. I nagle taśma nie wytrzymała i pękła.

Realizatorkę zamurowało. O tym, żeby sklejać taśmę, nie było mowy. Jedyny sposób to złapać za koniec taśmy i przesuwać przed głowicą telefunkena ręcznie jak prząśniczka, żeby odtworzyć zapis. Gdy ona przesuwała, ja pobiegłam do studia. Ale co tu powiedzieć? Byłam potwornie zestresowana. Przyznać się, że audycja nie była na żywo i taśma pękła? Powiedziałam tylko: „Bardzo przepraszam, mamy awarię techniczną”.

Barbara Marcinik

Przez trzy miesiące codziennie dojeżdżałem z Łodzi na zajęcia. Na egzaminie końcowym przedstawiłem swój dyplomowy reportaż o koncercie The Rolling Stones w Warszawie w roku 1967. Po kilku dniach dostałem etat. Potem się dowiedziałem, że pan Piotr tuż po egzaminie zaapelował do komisji: „Dajcie temu facetowi etat, bo on gotów jest rozbić namiot na Myśliwieckiej i koczować w nim tak długo, aż dostanie tę pracę”.

Od tego momentu krok po kroku zacząłem uprawiać własny kawałek Trójkowego programu, mając w sercu dewizę Piotra Kaczkowskiego: „Początki u nas są trudne, a szczególnie pierwsze 30 lat”.

Michał Nogaś: Był grudzień 2000 roku, słuchałem Klubu Trójki. Gośćmi Magdy Jethon byli Edward Miszczak i terapeuta Jacek Santorski. Właśnie startowała polska edycja Big Brothera. Obaj rozmówcy przekonywali, że tego rodzaju programy są całkowicie bezpieczne dla uczestników, nie ma mowy o żadnej manipulacji i etycy mogą spać spokojnie. Rzuciło mną! Właśnie wróciłem ze stypendium w Holandii. Oglądałem tam ten program i widziałem, co się działo naprawdę. Gdy było nudno, organizatorzy dostarczali do domu Wielkiego Brata alkohol i... już było o wiele ciekawiej.

Zadzwoniłem oburzony do Trójki. Musiałem być przekonujący, bo panowie zaczęli się tłumaczyć, a Magda Jethon zaprosiła mnie potem na rozmowę.

Pierwsze moje zadanie dziennikarskie – od razu skok na głęboką wodę. Do programu o śmierci z przepracowania – karoshi – wymyśliliśmy eksperta z Japonii. To, że musiałem z nim rozmawiać po angielsku, było oczywiste. Musiałem też na niego „polować” w środku nocy w związku z tym, że Tokio leży w innej strefie czasowej. Od tego czasu problem przepracowania mam więc opanowany także od strony teoretycznej.

Jerzy Sosnowski: Na początku lat 90. pracowałem na Uniwersytecie Warszawskim. Szef mojego zakładu bywał zapraszany do redakcji edukacyjnej na Myśliwieckiej. To on mnie wciągnął do uczestnictwa w audycjach dla młodzieży w Programie Drugim Polskiego Radia.

Wkrótce szef telewizyjnego Pegaza Andrzej Rychcik zapytał, czy nie chciałbym popracować w telewizji, a ja pomyślałem, że spróbuję.

Po roku pracy na trzech etatach, gdy sypiałem cztery godziny na dobę, zrozumiałem, że dłużej tak nie pociągnę. Zrezygnowałem z telewizji i niebawem z uniwersytetu. Tymczasem Andrzej Rychcik z Pegaza wypłynął w Trójce i zaproponował mi prowadzenie audycji. Przyszedłem w styczniu 2001 roku. W radiu był konflikt, nowy dyrektor Witold Laskowski próbował naśladować stacje komercyjne. Starzy słuchacze organizowali protestacyjne strony internetowe. Ale w redakcji publicystyki kulturalnej, do której dołączyłem, udawało się zachować dotychczasowy styl Trójki i mieliśmy sporo swobody. I tutaj, ucząc się od koleżanek i kolegów z dłuższym stażem, zacząłem prowadzić Klub Trójki.

Z ZESZYTU TELEFONISTY

Trójkowy ekspres

29.10.1999, godz. 14.05–15

autor: Paweł Kostrzewa

przy telefonie: Mariusz Owczarek

. .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . .  . . .

Słuchaczka grzecznie zapytała, czy dziś audycję popołudniową poprowadzi Kuba Strzyczkowski. Ja grzecznie poinformowałem, że nie, gdyż autorem będzie dziś Tomasz Sianecki. Myślałem, że na tym się skończy, ale gdzie tam. Wtedy słuchaczka poprosiła, bym spytał Kubę, czy może jej przedstawić zaświadczenie o badaniach psychiatrycznych. Jeśli nie, to będzie się tego domagała od wszystkich redaktorów pojawiających się na antenie. No właśnie, czy ktoś ma takie badania?

Agnieszka Szydłowska: Wychowałam się muzycznie w zupełnie szalonej Radiostacji. Tam nie można było pracować na pół gwizdka – albo człowiek wpadał po uszy w życie redakcyjne, albo odchodził. Radiostację tworzyli indywidualiści, tylko charyzma szefa Pawła Sity utrzymywała w pionie tę redakcję. Miałam w Radiostacji audycje różnorodne, zajmowałam się też marketingiem i promocją. Bardzo przeżyłam zmianę właściciela stacji, a następnie jej przekształcenie w radio formatu. Później pracowałam w miesięczniku „Film”, kiedy szefami byli tam Igor Zalewski i Robert Mazurek, ale nie były to najszczęśliwsze chwile w moim życiu zawodowym – z jednej strony nowe i ciekawe wyzwania, z drugiej głód czerwonej lampki. Prowadziłam też telewizyjny Pegaz, ale szybko okazało się, że telewizja w takim wydaniu to nie mój żywioł. Na szczęście spotkałam Adama Fijałkowskiego, który słuchał moich programów w Radiostacji. Przyszłam do Trójki w 2003 roku, kiedy obowiązywała playlista, a dziennikarz mógł się odzywać w wyznaczonych z góry miejscach.

Zofia Kruszewska i Zofia Sylwin
© Copyright by Agora SA 2012
© Copyright by Wydawnictwo Obok
© Copyright by Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz
REDAKCJA: Justyna Wodzisławska
WSPÓŁPRACA: Magdalena Dąbkowska
KONCEPCJA WYKORZYSTANIA FOTOGRAFII W KSIĄŻCE ORAZ WYBÓR FOTOGRAFII ARCHIWALNYCH: Piotr Wójcik
FOTOREPORTAŻ WSPÓŁCZESNY Z ŻYCIA TRÓJKI: Piotr Wójcik Fundacja Opowiedz To – Picture This
KOREKTA: Marta Śliwińska
PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ DO DRUKU: Anna Biała
PROJEKT GRAFICZNY: Aleksandra Jasińska
OPRACOWANIE GRAFICZNE: Bestion
NA OKŁADCE WYKORZYSTANO FOTOGRAFIE: Michał Mutor/Agencja Gazeta
PRODUCENCI WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak
KOORDYNACJA PROJEKTU: Magdalena Kosińska
Wydanie I elektroniczne
ISBN: 978-832-681-034-3
WYDAWCA
Agora SA
ul. Czerska 8/10
00-732 Warszawa
Konwersja i edycja publikacji