Wydawca: Poligraf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 216 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapomnieć Różę - Ewa Barańska

Mało kto podejrzewa, że inteligentna i dobrze sytuowana grupa młodzieży z porządnych domów, uczęszczająca do renomowanego liceum, ciesząca się dobrą opinią, za maską kultury i poprawności skrzętnie ukrywa bezwzględność i sadystyczne skłonności. To drugie demoniczne oblicze znają tylko oni sami i ich zaszczute ofiary. Strach i zmowa milczenia nakręcają spiralę strachu, nienawiści i agresji, a brak hamulców moralnych sprawia, że brutalność przyjmuje coraz okrutniejsze formy.

Do licealnej klasy opanowanej przez bezwzględną grupę młodocianych oprawców trafia utalentowana literacko Róża Kaufman. Zanim na dobre się zaaklimatyzuje w nowym środowisku,  staje się obiektem kpin i przemocy. Jak daleko potrafią posunąć się zdegenerowani uczniowie? Jak i czy w ogóle Róża poradzi sobie z prześladowaniem? Czy zło uczynione innym zawsze musi być ukarane? I wreszcie pytanie najważniejsze: Czy inteligencja chroni przed zmarnowaniem sobie życia?

Opinie o ebooku Zapomnieć Różę - Ewa Barańska

Fragment ebooka Zapomnieć Różę - Ewa Barańska

Do Ciebie

Zamiast prologu

 

 

Kiedy ktoś chce zwierzyć się komuś z najgłębszych tajemnic albo po prostu tak po ludzku się wygadać, potrzebuje bratniej duszy, u której znajdzie zrozumienie. Bywają to przyjaciele, rodzeństwo, rodzice albo w ostateczności najbardziej lubiany nauczyciel. Czasem jednak z różnych względów brzemię, które chce się zrzucić z serca, jest tak haniebne i tak kompromitujące, że każdy przyzwoity powiernik musi zareagować pogardą, konsternacją albo nawet odrazą. Można też swój sekret powierzyć psychoanalitykowi albo wyznać księdzu przy spowiedzi, jednakże zarówno psychoanalityk, jak i spowiednik powierzone im łajdactwa traktują jak oddany do utylizacji odpad. I jest dla mnie bez znaczenia, czy ten ktoś wysłuchuje hipokrytów i fałszywców takich jak ja z racji chwalebnej misji, jaką przyjął na siebie, by prowadzić grzeszne dusze do Boga, czy też w celu poprawienia samopoczucia matołom, szajbusom, świrom i innym popaprańcom w ramach wykonywania zawodu lekarza. Nie odpowiada mi, że obu obowiązuje tajemnica, oraz świadomość, że będę dla nich tylko zdefiniowanym bądź to przez katechizm, bądź to przez psychiatrię zaburzonym przypadkiem, który należy uzdrowić i sprawę odłożyć ad acta. Tymczasem ja potrzebuję oceny, ale nie żadnego eksperta czy rzeczoznawcy od błędów młodości, lecz kogoś takiego jak Ty.

Po długim namyśle, jak do Ciebie dotrzeć, zdecydowałam się powierzyć swój sekret wszystkim, ale jakby nikomu. Setki czy nawet tysiące czytających osób to spora grupa, lecz jednocześnie każda z nich to ta jedna jedyna przebiegająca wzrokiem po każdym utrwalonym na papierze słowie, które wcześniej wykiełkowało w moim sercu i dojrzało w umyśle. To Ty poznasz najmroczniejsze zakamarki mojej duszy i w swoim sumieniu je osądzisz. Przyjmę każdy wyrok, pragnę jednak głębokiej refleksji i uczciwego rozważenia, czy naprawdę to właśnie Ty jesteś tą najwłaściwszą osobą, by jako pierwsza rzucić we mnie kamieniem.

Refleksje nad dwoistością mojej natury

 

 

Patrząc w przeszłość, uświadamiam sobie, że najwięcej kłopotów przysporzyła mi dwoistość mojej natury, że bezmyślne wygłupy, arogancka podłość, bezrefleksyjna niefrasobliwość i pyszałkowate draństwo efektem kuli śnieżnej doprowadziły do tragedii, która ostatecznie obarczyła mnie brzemieniem wyrzutów sumienia nie do udźwignięcia.

Zawsze byłam rozdarta pomiędzy dwiema skrajnościami skrajności. Najlepszym przykładem jest mój stosunek do mamy. Z jednej strony oczekiwałam, by była dobra i wyrozumiała, pragnęłam mieć w niej autorytet i moralny drogowskaz, z drugiej – nie chciałam, żeby wtrącała się w moje sprawy, dawała forsę i nieograniczoną wolność, no i, rzecz jasna, akceptowała wszystkie, nawet najgłupsze pomysły. Albo światopogląd, gdzie równolegle funkcjonował zachwyt dla klarownej definicji dobra z wyjątkową pobłażliwością dla własnych mankamentów. Zresztą to właśnie tolerowanie swych wad charakteru legło u podstawy przyszłej życiowej dewizy: należy znać swoje prawa i cudze obowiązki. A do tego doszła ta najbardziej wredna forma zakłamania – konformizm. Nie pamiętam, kiedy dokonałam odkrycia, że jakość mojego wizerunku w oczach innych zależy wyłącznie ode mnie. Z pewnością stało się to pod wpływem mojej babci, która w ramach nauki dobrych manier konsekwentnie kładła mi do głowy, że chociaż kłamstwo jest czymś złym i niewłaściwym, to jednak nie mówi się prawdy, kiedy prawda może sprawić komuś przykrość. Słowem, taktowny człowiek nie wali chamską prawdą między oczy. Czyli kłamać „dla dobra innych” jest cool! Będąc wyjątkowo bystrym dzieckiem, raz dwa doceniłam wartość dodaną tej taktyki jako sposób na unikanie lub przynajmniej łagodzenie przykrych konsekwencji swoich grzeszków. Co więcej, zaczęłam doskonalić tę umiejętność, a nie było to trudne, gdyż w telegraficznym skrócie problem sprowadzał się do zasady, by postępować zgodnie z oczekiwaniem innych, nawet wtedy, gdy myśli się inaczej.

Ponieważ wśród rozlicznych zalet los nie poskąpił mi aktorskich talentów, powiem więcej: obdarzył mnie naturalnym wyczuciem roli, bezzwłocznie wykreowałam trzy wizerunki Irminy: jeden dla rodziców, drugi dla belfrów, trzeci dla reszty świata. Cała trudność polegała na niemyleniu masek i trzymaniu wszystkich z dala od absolutnej prawdy o sobie. Pozostał jeszcze do spacyfikowania wewnętrzny sędzia, który na okrągło recenzował moje postępowanie. A wszystko dlatego, że od dzieciństwa wpajano mi, że każda osoba ma moralną busolę zwaną sumieniem… i takie różne bla, bla, bla… Z tego powodu w podstawówce prowadziłam pełne skruchy wewnętrzne dialogi. Jednakże w gimnazjum, kiedy sumienie niczym jakaś ciotka przyzwoitka rozpoczęło notorycznie krępować mój luz (wypada – nie wypada), zakłócać imprezowy rytm (lektura czy dyskoteka) oraz psuć wszystko, co nadaje życiu treść, koloryt, siłę napędową… i w ogóle sens, zaczęłam się stawiać. Nie potrzebowałam sumienia, które nie zabiegałoby wraz ze mną o moje własne potrzeby. Poza tym głupotą byłoby przy rozlicznych problemach wynikających z dwoistości natury, obciążać się dodatkowo obowiązkiem ciągłych wyborów między sumieniem a pokusą. Reasumując, cel polegający na przekabaceniu wewnętrznego sędziego na swoje kopyto został osiągnięty.

Przez długi czas ten sposób bycia przynosił same korzyści. Byłam lubiana zarówno w szkole, jak i poza nią, w domu wręcz wynoszona pod niebiosa, no i rzecz jasna stawiana za wzór licznym kuzynkom, kuzynom i mniej udanym dzieciom znajomych rodziny. Powiedzieć, że mama, tata i babcia z mojego powodu puchli z dumy, to mało.

Pozycję towarzyską wypracowaną w szkole podstawowej ugruntowałam w gimnazjum, w liceum zaś, i to renomowanym Norwidzie, wywindowałam ponad szczyty Himalajów. Było to możliwe z racji przyjaźni z, podobnie jak ja, charyzmatycznymi dziewczynami.

Prawdę mówiąc, mało kto docieka, jakie czynniki wpływają na odbiór innych osób. Znawcy tematu twierdzą, że decyduje pierwsze wrażenie trwające zaledwie kilka sekund. Tak czy owak Edyta Hańska, Kinga Kalat, Judyta Jurecka i ja, czyli Irmina Lisowska, jeszcze przed pierwszym dzwonkiem instynktownie przylgnęłyśmy do siebie, by tak wespół trwać na dobre i na złe. Oczywiście, niemalże automatycznie, zyskałyśmy status klasowej elity. To nasza czwórka narzucała styl bycia, decydowała, co ujdzie, a co jest obciachem, nasza przychylność nobilitowała nawet szare myszki albo pogrążała ważniaków w towarzyskiej nicości. Tej wyższości nie uważałam za coś nagannego. Wręcz przeciwnie. Podzieliłam opinię Kingi, że to za sprawą ewolucji czy też opatrzności jednostki silniejsze dominują nad słabszymi, a inteligentniejsze nad głupszymi. Co więcej, to osobnikom naszego pokroju została powierzona stymulacja postępu cywilizacyjnego, rozwoju kultury i takie w ogóle sralis-mazgalis, gdyż jak pokazał czas, to wszystko nie było funta kłaków warte. Wtedy uważałam, że mam szczęście, dzisiaj odnoszę wrażenie, że sam diabeł maczał w tym palce.

Klasa liczyła trzydzieści jeden osób, w tym szesnastu chłopaków. Niejako dla równowagi wśród nich również powstała czteroosobowa grupa „ważniaków” złożona z Dawida Walczaka, Tomka Neumana, Leszka Majchra i Bartka Blecha. Niekwestionowaną gwiazdą wśród nich był Dawid. Nam, siedemnastolatkom, jawił się jako fascynujący i świetnie ubrany przystojniak. Podejrzewam, że od początku wszystkie cztery miałyśmy bzika na jego punkcie, lecz każda z nas hołdowała zasadzie, którą moja babcia wyrażała krótko i obrazowo: skuteczniejsza jest pułapka, która nie gania za myszami, żeby je złapać.

Nasze liceum zaliczane do najlepszych w kraju było dostępne tylko dla najlepszych uczniów, ale i tak po kilku tygodniach wyodrębniła się trójka superprymusów, zwanych krótko kujonami – Sabina Rojtkop, Łukasz Sulik i Karolina Tulska. A ponieważ wszystko we wszechświecie jest względne, pozostali uczniowie mimo zdolności i pilności zostali zakwalifikowani do tak zwanego planktonu.

Zanim minął miesiąc, w pełnej krasie ujawnił się wrodzony talent Kingi do intryg, co zapewniło naszej czwórce dominację nad klasą. Stałyśmy się wyrocznią w sprawach stylu i mody, decydowałyśmy, co jest trendy, a co nie, kto jest cool, a kto zwykłym śmieciem. Grupa Dawida przyjęła inną taktykę, aby wykazać swoją wyższość: obierała jakiegoś pechowca na obiekt kpin, potem tygodniami darła z niego łacha, a jak się za bardzo szpulał, lądował głową w kiblu albo dostawał wycisk w drodze do domu.

Jak Boga kocham! Dzisiaj pisząc o tym, nie dowierzam, że był czas, kiedy te odrażające czyny działały na nas niby afrodyzjak, tylko dlatego, że stał za nimi zniewalająco piękny chłopak. A to był dopiero początek. Nasze poczynania nabrały impetu w drugiej klasie, gdy którejś październikowej soboty całą czwórką wybrałyśmy się do Czarnego Kota.

Miłe złego początki

 

 

Miał to być zwykły wypad na dyskotekę. Przekraczając próg liceum, mentalnie wkracza się do przedsionka dorosłości. Można się zachłysnąć łatwiejszym dostępem do wielu rzeczy nadających życiu nowy koloryt, a dotychczas zakazanych albo przynajmniej ograniczanych. Jednakże potrzebowaliśmy niemalże roku, by zaistnieć na polu szerszym niż klasa.

W tym okresie najbardziej nobilitowało bywanie w najdroższych klubach, a Czarny Kotbył pod każdym względem „naj”, czyli najdroższy, najbardziej ekskluzywny i kultowy. Nawet naszą czwórkę tylko od czasu do czasu stać było na bilety wstępu, niemniej słona cena za odlotowy wystrój, cudowną atmosferę, bajeranckie oświetlenie, przyjazną obsługę, barmana z zamiłowaniem do komponowania drinków oraz swobodny dostęp do alkoholi i innych używek miała swoje uzasadnienie. Od końcówki wakacji zaczęłyśmy w miarę regularnie bywać w Czarnym Kocie, a ten wypad miał być po prostu kolejnym upojnym wieczorem, jednakże licho postanowiło wtrącić swoje trzy…, a właściwie cztery grosze.

Ledwie usiadłyśmy przy barze i zamówiliśmy po drinku, gdy Judyta z błyskiem w oku zawołała:

– Niebywałe, zgadnijcie, dziewczyny, kto jeszcze zaszczycił ten przybytek swoją obecnością!

Spojrzałyśmy we wskazanym kierunku. Przy drugim końcu półkolistej lady ujrzałyśmy Dawida Walczaka i Tomka Neumana w towarzystwie dwóch nieznanych nam chłopaków w typie południowców spoza naszej szkoły. O kurdebalans, w sekundzie zrobiło się jeszcze fajniej. Zanim ustaliłyśmy, czy pomachać im przyjaźnie ręką, czy ostentacyjnie okazać obojętność, Dawid dopił drinka, wstał i podszedł do nas.

– Cześć, dziewczyny! – rzucił lekko.

– Cześć! – odpowiedziałyśmy zgodnym chórkiem.

– Zatańczymy, kiciu pasiasta? – Skłonił się dwornie przed Kingą, która akurat tego dnia ubrała się w sukienkę w tygrysie prążki.

Parsknęłyśmy śmiechem, a rozanielona Kinga wyszła z nim na parkiet.

– Podoba mi się ten w zielonym T-shircie. – Edyta wskazała brodą jednego z nieznajomych siedzących z Tomkiem.

Jak ogólnie wiadomo, dziewczyny lubią, gdy ich druga połówka jest po prostu ładna. Mając wybór między chłopcem mądrym, solidnym, ambitnym, zrównoważonym, wiarygodnym, pracowitym, lecz mało urodziwym, a pięknym jak Apollo i nic poza tym, w 99% wybiorą pięknisia. Ja także.

– Mnie też akurat on wpadł w oko, więc lepiej pogap się na didżeja, również niczego sobie ciacho – poradziła jej żartobliwie Judyta.

– Nie ma mowy, byłam pierwsza, a kto pierwszy, ten lepszy.

– Nieprawda, ja go zaklepałam…

Kiedy Edyta z Judytą licytowały się pociesznie, która z nich bardziej zasługuje na miłosną przygodę, przyjrzałam się bacznie nieznajomym. Najpierw temu w zielonym. Prawdę mówiąc, niewiele ustępował Dawidowi. I nie chodziło tu o modowe standardy, bo w tym miejscu stanowiły one normę. Mimo odległości i pulsujących świateł jego fizyczna atrakcyjność i męski seksapil ewidentnie biły po oczach. Chętnie włączyłabym się do licytacji, ale trzy rywalki do jednego serca to ani chybi zapowiedź potrójnych kłopotów. Pechowo drugi „nowy” diametralnie różnił się od przystojniaka w zielonym: byczy kark, szerokie bary i korekcyjne okulary w cienkich złotych oprawkach, które nadawały mu wygląd intelektualisty o wdzięku ochroniarza, a takie typy żadnej z nas nie kręciły.

Zresztą i tak wszyscy trzej siedzieli nieporuszeni, dopiero kwadrans później, gdy Dawid i Kinga wrócili z parkietu, padła propozycja wspólnego imprezowania.

Przystojniak w zielonej koszulce nazywał się Milan, miał smoliście czarne oczy i złoty kolczyk w lewym uchu. Nadin, czyli „ochroniarz” pozujący na intelektualistę, z bliska był tak samo szpetny jak z daleka, ale na szczęście był sympatyczny. Od tej chwili zabawa nabrała rumieńców. Zanim minęła godzina, przekonaliśmy się, że ulegamy tym samym emocjom, nadajemy na tych samych falach, a nawet śmieszą nas te same kawały, czyli łączy nas to, co lirycy nazywają wspólnotą dusz. Zanim wyszliśmy z lokalu, tworzyliśmy już zżytą paczkę i ta ekscytująca zażyłość sprawiła, że godzinę później zamiast najkrótszą drogą wrócić prosto do domów, bez zastanowienia ruszyliśmy spacerkiem przed siebie.

Noc była chłodna, ale sucha, bezwietrzna i nastrojowa. Pyzaty księżyc w obramowaniu z chmur, żółte korony drzew jarzące się w świetle ulicznych lamp, postrzępione cienie igrające z barwnymi refleksami reklam, szmer sunących sznurem płomiennookich samochodów nadawały miastu bajkowy charakter, zaś procenty szumiące w naszych głowach wprawiały w sielski nastrój. Było super. Dzisiaj zapomniałam już, z jakiego powodu poszliśmy na bulwar Wisłoka, lecz doskonale pamiętam, że gdy tylko przysiedliśmy na mijanej właśnie ławce, moralne hamulce jakby diabli wzięli. Edyta usiadła na kolanach Milanowi, Kinga – Dawidowi, który niby od niechcenia, zaczął ją miziać po karku. Na szczęście Tomek i Nadin nie zdradzali chętki do bliższych kontaktów ani ze mną, ani z Judytą, lecz dla odmiany zaproponowali nam jointy. Nawiasem mówiąc, w budzie przy każdej okazji straszyli nas toksycznością narkotyków, groźbą zarażenia, Hiwem, żółtaczką i czym tam jeszcze, dlatego świadomi naszych obaw chłopcy zapewniali nas, że jest to towar nie tylko najwyższej klasy wybierany przez koneserów, ale również w klubowych bibułkach1.

Wcześniej z powodu tych przestróg lub też braku odpowiedniej zachęty nie ćpałam, jednakże wtedy bez żadnych wewnętrznych oporów sięgnęłam po skręta. Cóż, już starobiblijny Bóg miał okazję na własne oczy zobaczyć, że ludziom owoc zakazany najlepiej smakuje. I smakował. Miałam jedynie pietra, że zacznę kaszleć i narobię wiochy, ale szczęśliwie papieros przyjemnie pachniał, a słodkawy dym nie drapał w gardło.

Po tej sobocie nic już nie było takie samo. Dlaczego? Bo po pierwsze, pojęcie „ja” zastąpiliśmy pojęciem „my”; po drugie, zawiązaliśmy przestępcze przymierze, któremu przyświecała muszkieterska dewiza: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego2.

1 To znaczy, że bibułka zrobiona jest z najczystszego gatunku papieru niepozostawiającego po spaleniu popiołu.

2 Irmina nawiązuje do dewizy bohaterów powieści Trzej muszkieterowie francuskiego pisarza Aleksandra Dumasa – ojca (1802–1870).

Róża Kaufman

 

 

Wraz z ważniakami tworzyłyśmy siłę pozwalającą ostatecznie i nieodwołalnie rządzić klasą. Odkryłyśmy przy okazji, że frajda, jaką daje zabawa cudzym kosztem, jest lepsza niż najlepszy narkotyk i wciąga jak hazard. Ofiarą z reguły zostawał ktoś z grupy obciachowców, a trafić do niej mógł każdy z powodu chociażby wieśniackich nawyków, obciachowych ciuchów, ojca pijaka, puszczalskiej siostry albo czegokolwiek, co nam akurat nie pasiło. Mogło to być krzywe spojrzenie, rude włosy, piegi lub po prostu nasz kaprys a czyjś pech. Raz padało na tych, drugi raz na innych, aż wreszcie padło na Różę Kaufman, jednakże sama dała ku temu powód…

Róża siedziała w jednej ławce z Marleną, a obie tak mało znaczyły na klasowym rynku, że aż były niewidoczne. Można powiedzieć, sam koniec łańcucha pokarmowego. Ot, dwie szare plamy niemające nic ważnego do powiedzenia. Ta szarość stanowiła coś w rodzaju ich barw ochronnych zapewniających kamuflaż. Do czasu!

Któregoś dnia Kinga znalazła notes Róży z wierszami i od razu doceniła rarytas, jaki wpadł w jej ręce. Weszła na ławkę, przyjęła pozę aktora szykującego się do deklamacji erotyków Byrona i zawołała:

– Uciszcie się, przeczytam wam wypociny naszej klasowej poetki…

W tym momencie doskoczyła do niej Róża, próbując zapobiec kompromitacji, no i zaczęła się jazda. Kinga rzuciła notes do Judyty, Judyta do Dawida, Dawid do Tomka… Notes fruwał po całej klasie, bo nawet klasowy plankton ochoczo dołączył do zabawy, a czerwona jak upiór Róża biegała w kółko jak głupia. Wtem…

– Irmina, łap – zawołała w moim kierunku uchachana po pachy Edyta.

Miałam zaledwie dwie sekundy na decyzję: dołączyć do tej błazenady czy pomóc upokorzonej poetce i jakoś tak wyszło, że wybrałam trzecią opcję – pozwoliłam notesowi spaść na podłogę, a tym samym dać Róży szansę. Róża okazję wykorzystała skwapliwie i prawie całkowicie. Prawie, bo Kindze udało się wyszarpnąć z tego notesu tylko jedną jedyną kartkę, lecz trzeba trafu z fragmentem wiersza – nomen omen – o róży. Zaraz też wspięła się na ławkę i strojąc komiczne miny oraz wydając pseudorozkoszne jęki, zaczęła recytować:

…a chochoł różę otula,

Płonie w nim miłość słomiana.

Nie bój się zimy, kochana,

Nie bój się zimy, kochana…

 

Róża z płaczem wybiegła z klasy i do końca tygodnia nie przychodziła do szkoły. Nic to nie dało. Od poniedziałku zaczęła się fala docinków i przytyków w stylu: Ty, Kochanica Chochoła, słoma ci z majtek wystaje… Powiedz, czy słomiany penis zawsze stoi? E, Chocholica, czym związujesz swego kochasia, jak się rozsypie? Robisz powrósła czy wystarczy sznurek? W końcu Róża zaczęła traktować te docinki jak chłop gradobicie i tak dotrwała do końca roku szkolnego.

Fakt, że pomogłam Róży odzyskać notes z wierszami, wynikał z idiotycznego scenariusza napisanego przez życie. A zaczęło się całkiem niewinnie. Otóż na moim osiedlu w sąsiednim bloku od lat mieszkała szykowna i atrakcyjna mniej więcej czterdziestoletnia rozwódka, pani Regina – dobra znajoma moich rodziców. Wtem dwa lata temu jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść, że wychodzi ona za mąż za niejakiego Henryka Kaufmana. Ślub wzięli dokładnie w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Pan Kaufman sprawiał wrażenie mrukliwego smutasa, ale cała w skowronkach świeżo upieczona mężatka tryskała szczęściem i dobrym humorem. Jak ogólnie wiadomo, pierworodne potomstwo jest z reguły niedonoszone, więc już w czerwcu dobry Bóg pobłogosławił ich związek dorodnym bobaskiem, a z początkiem lipca zamieszkała u nich chuda jak szczapa dziewczyna o myszowatej urodzie i głowie całej w loczkach jak futerko karakułów. Ponieważ z jakiegoś powodu Kaufmanowie milczeli na jej temat, powszechnie uważano ją za najętą opiekunkę dziecka. Aż tu któregoś dnia mama przyniosła z podwórka sensację: myszowata jest córką pana Henryka z pierwszego małżeństwa, czyli pasierbicą pani Reginy.

– Wygląda na to, że przy okazji mają darmową służącą – skwitował kwaśno tata, który nie przepadał za sąsiadką.

– Przestań przesądzać z góry. Dziewczyna jest opóźniona w rozwoju i choć nigdy nie wiadomo, co taki matołek nawywija, Regina wzięła ją pod swój dach i ofiarnie zastępuje matkę. Chwała jej za to.

– I nie boi się matołkowi powierzyć niemowlęcia?

– Też ją o to spytałam.

– I co odpowiedziała?

– Że wyłącznie z poczucia obowiązku przyucza tę nieszczęsną dziewczynę do prowadzenia domu i pielęgnacji dzieci, gdyż wątpi, by nadawała się do czegoś więcej. Ale na wszystko ma czujne oko.

– Niebywałe! Z góry przesądza, że pasierbica nadaje się tylko na pomoc domową?

Niewiele mnie te rewelacje obchodziły. Miałam swoje sprawy i swój krąg znajomych, a poza tym nastały właśnie wakacje i wraz ze swoją paczką wybierałam się na obóz do Złotych Piasków1. Tymczasem codziennie widywałam Myszowatą na pobliskim skwerku. Zawsze siedziała na tej samej ławce, w jednej ręce trzymała książkę, drugą poruszała wózkiem, bo bez kolebania smarkaczowi włączał się alarm głosowy. Początkowo, kiedy ją mijałam, rzucała mi anemiczne „cześć!”, które naturalnie ignorowałam, później na mój widok udawała, że jest zajęta zmienianiem pieluchy albo pochłonięta lekturą. I dobrze. Nie byłam nią zainteresowana jako ewentualną koleżanką.

Ku swemu zaskoczeniu w pierwszy dzień w szkole po wakacjach, po pierwszym dzwonku, weszła do naszej klasy wraz z wychowawczynią i zarazem polonistką Anną Zatycką, czyli krótko, swojsko i dowcipnie – Zatyczką. Gwar przycichł, a my pospiesznie pozajmowaliśmy miejsca prawie identycznie jak w ubiegłym roku. Piszę „prawie”, bo odpadła Arleta Król, więc Marlena Steczek siedziała sama w ostatniej ławce pod oknem. Tymczasem Zatyczka przywitała się, zapewniła kłamliwie, że z przyjemnością znów nas widzi, przedstawiła Różę i zaapelowała do naszych serc:

– Ponieważ po roku wspólnej nauki jesteście już ze sobą zżyci, okażcie nowej koleżance sympatię. Dołóżcie starań, by bez zbędnych stresów dołączyła do waszego grona – zawiesiła głos jakby w oczekiwaniu na oklaski bądź chociażby pomruk aprobaty, lecz reakcją było jedynie obojętne milczenie. – No dobrze. Usiądź, Różo, obok Steczkówny.

Kiedy Róża mijała moją ławkę i nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, odwróciłam głowę, by zasygnalizować, że relacje między nami pozostają bez zmian – żadnych poufałości. Odtąd ostatnia ławka pod oknem przez blisko osiem miesięcy, zarówno dla mnie, jak i reszty klasy, funkcjonowała w roli zapomnianej czarnej dziury, z której nie docierały żadne istotne informacje aż do chwili, gdy ta oferma posiała ten głupi notes.

1 Złote Piaski – kurort w Bułgarii nad Morzem Czarnym.

Górno, durno i bezkarnie

 

 

Jak ogólnie wiadomo, ryzyko daje najwięcej adrenaliny. Tego dreszczyku emocji przechodzącego przez ciało jak prąd można szukać, zarówno skacząc na bungee, głaskając kobrę, jak i łamiąc normy prawne. W tym ostatnim przypadku skala niebezpieczeństwa rozciąga się od „mała szkodliwość” aż do „niewybaczalna zbrodnia”. Było w czym wybierać, a bez względu na wybór chciało się coraz więcej. Poza tym samo życie wodzi człowieka na pokuszenie, a pomysły podsuwa sam diabeł. Od czasu do czasu miewaliśmy przebłyski zdrowego rozsądku i wtedy wypływał temat ewentualnych konsekwencji, jakie mogą wyniknąć z planowanego wybryku.

– Ten numer nam nie przejdzie – za każdym razem krakała złowieszczo Judyta.

– Z historii totalitaryzmu1 wynika, że teoretycznie wszystkie numery przechodzą. Nawet te najdziwaczniejsze – każdorazowo odpowiadała Kinga, a czas potwierdzał, że miała rację. Lecz kiedy zrodził się plan, by strzelić z fleka Sabinę Rajtkop, zarówno Edyta, jak i ja wzięłyśmy stronę Judyty.

– Nie, pomysł jest szalony! – zaprotestowałyśmy i zaczęliśmy przekonywać resztę paczki, że tym razem ryzyko jest zbyt wielkie.

– Ryzyko dla inteligencji jest jak przyprawa dla potrawy – skwitował luzacko Dawid.

– Przeczucie mówi mi…

– Bez paniki, dziewczyno, będzie dobrze – przerwał Judycie w pół zdania pomysłodawca tej inicjatywy, czyli Tomek Majcher.