Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zapomniane dzieci Hitlera - Ingrid von Oelhafen, Tim Tate

Ta książka to osobiste wspomnienia osoby urodzonej w okresie drugiej wojny światowej, porwanej od rodziców ze względu na „aryjski” wygląd, przymusowo „adoptowanej” przez dobrze sytuowaną niemiecką rodzinę i zgermanizowanej. Autorka opisuje powojenne losy – własne oraz przybranej matki, korzystając z odnalezionego dziennika tej ostatniej, a także poszukiwanie swoich korzeni i odkrywanie hitlerowskiego programu Lebensborn, wylęgania idealnych aryjskich dzieci.


Jednocześnie jest to analiza historyczna, napisana w czasie, kiedy świat pęka, kiedy dzieli go coraz większa wrogość między narodami, regionami czy religiami. Część tej wrogości rozkwita w postaci wojen: jedna wspólnota etniczna wycina drugą, jedna grupa wyznaniowa wysadza w powietrze tych, których uważa za gorszych w oczach ich Boga.

Opinie o ebooku Zapomniane dzieci Hitlera - Ingrid von Oelhafen, Tim Tate

Fragment ebooka Zapomniane dzieci Hitlera - Ingrid von Oelhafen, Tim Tate

Tytuł oryginału: Hitler’s Forgotten Children

Przekład: Jolanta Sawicka

Projekt okładki:

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

Na okładce wykorzystano zdjęcie pochodzące z zasobów NAC

© 2016 by Ingrid von Oelhafen and Tim Tate

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0371-1

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

Wstęp

KREW

Historia ta jest przesiąknięta krwią. Krwią młodych mężczyzn rozlaną na wojennych polach bitewnych; krwią cywilów – ludzi starych i młodych, kobiet i mężczyzn – która spływała ulicznymi ściekami miast, miasteczek i wsi całej Europy; krwią milionów ludzi zabitych podczas pogromów i ofiar Holocaustu zamordowanych w obozach śmierci.

Ale również krwią jako ideą. Nazistowskim przekonaniem – absurdalnym i obrzydliwym, jak się dziś wydaje – o istnieniu „dobrej krwi”, drogocennego ichor, eterycznej cieczy, którą należało zlokalizować, zabezpieczyć i upowszechnić. I jej nieodłącznej towarzyszki: „złej krwi”, którą z kolei należało zidentyfikować, a następnie bezwzględnie wyplenić.

Jestem dzieckiem wojny zasadzającej się na krwi i przesiąkniętej krwią – jej niemieckim dzieckiem. Urodziłam się w 1941 roku w piekle II wojny światowej; dorastałam w rzeczywistości, jaką po sobie pozostawiła – a także w cieniu jej brutalnej potomkini, ciągnącej się w nieskończoność zimnej wojny.

Moja historia to historia podobnych do mnie milionów mężczyzn i kobiet. Jesteśmy ofiarami obsesji Hitlera na punkcie krwi, a jednocześnie beneficjentami powojennego cudu gospodarczego, który przekształcił nasz zniszczony kraj, międzynarodowego pariasa, w siłę napędową współczesnej Europy.

Nasza historia to historia pokolenia wyrosłego w cieniu krwawej hańby, które jednakowoż nauczyło się walczyć o uczciwość i przyzwoitość.

Ale moja własna historia to również historia przeszłości trzymanej w głębokiej tajemnicy, wciąż okrytej całunem milczenia i wstydu. To ostrzeżenie przed tym, co dzieje się, kiedy krew otacza się kultem, traktuje jak podstawowy element określający ludzką wartość i – co za tym idzie – wykorzystuje jako usprawiedliwienie najstraszliwszych zbrodni, jakich człowiek dopuścił się względem drugiego człowieka.

Jestem mianowicie dzieckiem Lebensborn.

Jedno słowo, jedno stare germańskie słowo, wykrzywione i zniekształcone przez słowotwórców narodowego socjalizmu, tak że stało się wyjątkowo zatrważające nawet w wielce bogatym i dziwacznym leksykonie hitlerowskiej Rzeszy. Co oznaczało w czasach nazistowskiego obłędu? Co oznacza dziś? Aby znaleźć odpowiedź – aby odkryć swoją własną historię – musiałam odbyć długą i bolesną podróż. Była to niewątpliwie podróż w sensie fizycznym, która zawiodła mnie do różnych zakątków współczesnej Europy, ale też ekspedycja historyczna, często wymagająca przykrego powrotu do Niemiec sprzed 70 lat i zagłębiania się w burzliwą historię krajów najechanych przez armie Hitlera.

Poszukiwanie prawdy o tym, kim jestem i kim byłam, zmusiło mnie również do podróży psychologicznej w głąb wszystkiego, co znałam i z czym dorastałam, postawienia sobie fundamentalnych pytań: kim jestem i co to znaczy być Niemcem.

Nie będę udawać, że to historia łatwa; nie zawsze też będzie łatwa do czytania – nie może taką być. Ale kiedy już będziecie ją czytali – jeżeli będziecie – pamiętajcie, proszę, że przeżyć tę historię również nie było łatwo.

Nie jestem z natury skłonna do otwartego wyrażania uczuć. Uzewnętrznianie emocji – tak powszechne w społeczeństwie XXI wieku – przychodzi mi z trudem. Spędziłam życie, tak sądzę, próbując tłumić swoje własne ja, podporządkowywać swoje uczucia okolicznościom, w jakich dorastałam, a również potrzebom innych ludzi.

Ale mocno wierzę, że to historia, której trzeba wysłuchać. Co więcej, dużo więcej, trzeba ją zrozumieć. Nie jest wyjątkowa, jeżeli mamy na myśli fakt, iż wciąż żyje wielu ludzi, którzy przetrwali w dużej mierze to samo, co ukształtowało również moje życie i moje czasy. Ale wbrew regułom gramatyki są w życiu stopnie wyjątkowości: tak więc, mimo że łączy mnie trwała więź z tysiącami innych, którzy przeżyli nikczemny i wynaturzony eksperyment, jakim było Lebensborn, to, o ile mi wiadomo, nikt nie dzieli ze mną tych szczególnych zakrętów losu, historii i geografii, które zdeterminowały 74 lata, jakie spędziłam na tej ziemi.

Lebensborn. Słowo to przewija się przez moje życie jak krew krążąca w ciele; tajemnicza i potężna rzeka, której koryta i biegu nie widać gołym okiem. Aby ją zobaczyć, aby ją zrozumieć, potrzeba czegoś więcej niż tylko powierzchownego spojrzenia; aby znaleźć jej źródło – a co za tym idzie, korzenie tej historii – konieczne jest dogłębne i nachalne spenetrowanie miejsc bardzo starannie ukrytych.

A zacząć musimy w mieście położonym w kraju, który już nie istnieje.

Rozdział pierwszy

Mężczyzn (…) należy rozstrzelać, kobiety uwięzić i przetransportować do obozów koncentracyjnych, a dzieci wyrwać z ojczyzny i zakwaterować na terenach starej Rzeszy.

Reichsführer Heinrich Himmler, 25 czerwca 1942 roku

Cilli, Jugosławia pod okupacją niemiecką, 3–7 sierpnia 1942 roku.

Boisko szkolne było pełne ludzi. Setki kobiet – młodych i starych – kurczowo ściskało ręce swych dzieci i szukało sobie miejsca na niemiłosiernie zatłoczonym podwórzu; stojący w pobliżu żołnierze Wehrmachtu, z karabinami przewieszonymi przez ramię, przyglądali się rodzinom powoli napływającym z miast i wiosek całego regionu.

Kobiety te stawiły się na rozkaz swoich nowych niemieckich panów – z dziećmi, które polecono im przyprowadzić do szkoły na „badania medyczne”. Przybywających aresztowano i kazano im czekać. Otto Lurker, komendant policji i służby bezpieczeństwa w regionie, przypatrywał się zrelaksowany i obojętny – z rękami w kieszeniach – jak boisko zapełniało się rodzinami. Lurker był niegdyś strażnikiem więziennym pilnującym Hitlera, teraz został jego prawą ręką, głównym poplecznikiem Führera w Dolnej Styrii. Miał rangę SS-Standartenführera – paramilitarny odpowiednik pułkownika w armii – ale tego ranka ubrany był nieformalnie w dwuczęściowy cywilny garnitur.

Jugosławia znajdowała się pod rządami nazistowskimi od szesnastu miesięcy. W marcu 1941 roku, kiedy do sojuszu z Rzeszą przystąpiły kraje ościenne z regionu bałkańskiego – Węgry, Rumunia i Bułgaria – Hitler zaczął wywierać nacisk na władcę królestwa, księcia regenta Pawła, aby on również się podporządkował. Wraz ze swym gabinetem książę ustąpił wobec tego, co nieuchronne, oficjalnie związując Jugosławię z siłami Osi. Jednakże armia jugosłowiańska zdominowana przez Serbów zorganizowała zamach stanu i zastąpiła Pawła jego krewnym, księciem Piotrem[1].

Wiadomość o rewolcie dotarła do Berlina 27 marca. Hitler potraktował zamach jako osobistą zniewagę i wydał Dyrektywę nr 25, formalnie uznając kraj za wroga Rzeszy. Führer rozkazał swym armiom „unicestwić Jugosławię militarnie i jako państwo”. Tydzień później Luftwaffe rozpoczęła niszczycielskie bombardowania, zaś dywizje piechoty Wehrmachtu i czołgi Panzer Corps przetaczały się przez miasta i wioski. Królewska Armia Jugosławii nie mogła równać się z wojskiem realizującym niemiecki Blitzkrieg i 17 kwietnia kraj skapitulował.

Okupanci przystąpili natychmiast do wypełniania instrukcji Hitlera, czyli do rozmontowywania wszelkich pozostałości państwa. 65000 ludzi – głównie intelektualistów i nacjonalistów – wygnano, zamknięto w więzieniach lub zamordowano, a ich domy i majątek przekazano nowym niemieckim panom. Używanie języka słoweńskiego zostało zakazane.

Niemniej jednak do końca 1941 roku i w pierwszej połowie 1942 grupy partyzanckie pod wodzą komunisty Josipa Broz Tito stawiały zdecydowany opór najeźdźcom. Odwet Niemców był brutalny: gestapo napadało zarówno na bojowników, jak i na cywilów, w rezultacie czego tysiące ludzi deportowano do obozów koncentracyjnych w Rzeszy. Wybranych stracono, co miało stanowić ostrzeżenie przeciwko dalszemu oporowi. W ciągu dziewięciu miesięcy od września 1941 roku pod murem więziennego dziedzińca w Cilli ustawiono i rozstrzelano w trybie doraźnym 374 mężczyzn i kobiet. Fotografowie zarejestrowali te morderstwa dla potomności i w celach propagandowych.

Dwudziestego piątego czerwca Heinrich Himmler – drugi po Hitlerze najpotężniejszy i budzący największy strach człowiek w nazistowskich Niemczech – wydał swojej tajnej policji i funkcjonariuszom SS rozkaz zlikwidowania partyzanckiego ruchu oporu.

Niniejsza kampania posiada wszelkie niezbędne elementy, aby unieszkodliwić społeczeństwo, które poparło bandytów i zapewniło im napływ ludzi, broń i schronienie. Mężczyzn z takich rodzin, a często nawet ich krewnych, należy rozstrzelać, kobiety uwięzić i przetransportować do obozów koncentracyjnych, a dzieci wyrwać z ojczyzny i zakwaterować na terenach starej Rzeszy. Oczekuję specjalnego raportu na temat liczby dzieci i ich wartości rasowej.

W tak krwawych okolicznościach na boisku szkolnym zgromadziły się tamtego sierpniowego poranka 1262 osoby – wielu było ocalałymi krewnymi partyzantów straconych dla przykładu, jako ostrzeżenie dla reszty ludności. Zebrani czekali teraz na to, co im zgotuje los.

Była wśród nich rodzina z pobliskiej wioski Sauerbrunn. Johann Matko pochodził z rodu znanych partyzantów – jego brat Ignaz był jednym z tych, których ustawiono pod murem więzienia w Cilli w lipcu i rozstrzelano. Cztery miesiące wcześniej Johann został wywieziony do obozu koncentracyjnego Mauthausen. Po siedmiu miesiącach pozwolono mu wrócić do domu do żony Heleny i trójki ich dzieci: ośmioletniej Tanji, jej brata Ludviga – wówczas sześcioletniego – i dziewięciomiesięcznego niemowlaka, Eriki.

Kiedy doliczono się już wszystkich rodzin, wydano rozkaz podzielenia zgromadzonych na trzy grupy – w jednej miały się znaleźć dzieci, w drugiej kobiety, w trzeciej mężczyźni. Pod kierunkiem Lurkera żołnierze wkroczyli do akcji i wyrywali dzieci z uścisku matek; niemiecki fotograf uwieczniał te wstrząsające sceny dla ogarniętych obsesją archiwistów Rzeszy. Na rolkach filmu udało mu się uchwycić strach i przerażenie zarówno kobiet, jak i dzieci; zrobił też mnóstwo zdjęć malców, dopiero uczących się chodzić, trzymanych w budynkach szkolnych w niskich kojcach wyłożonych słomą.

Podczas gdy matki czekały na zewnątrz, funkcjonariusze nazistowscy przystąpili do pobieżnego badania dzieci. Wyposażeni w odpowiednie tabelki oraz podkładki do pisania pedantycznie odnotowywali cechy charakterystyczne twarzy i ciała każdego dziecka.

Nie były to wszakże „badania medyczne” znane zwykłym lekarzom, lecz powierzchowna ocena „wartości rasowej”, na podstawie której dzieci przydzielano do jednej z czterech kategorii. Kiedy badany spełniał ostre kryteria Himmlera o tym, jak powinno wyglądać dziecko mające prawdziwie niemiecką krew, był umieszczany w kategorii 1 lub 2 – przez co formalnie wskazywano, że jest potencjalnie użytecznym nabytkiem dla populacji Rzeszy. Natomiast jakikolwiek cień czy ślad cech słowiańskich – i oczywiście jakakolwiek oznaka „dziedzictwa żydowskiego” – powodowały zaliczenie dziecka do kategorii 3 lub 4, które zostały przeznaczone dla tych o najniższym statusie rasowym. Te dzieci oznakowane jako Untermensch (podludzie) miały dla państwa nazistowskiego wartość wyłącznie jako przyszła niewolnicza siła robocza.

Podstawowy przesiew zakończył się następnego dnia. Część dzieci – te uznane za rasowo bezużyteczne – oddano rodzinom. Pozostałych 430 maluchów – od niemowląt do dwunastoletnich dziewczynek i chłopców – przejęli oprawcy. Pielęgniarki z niemieckiego Czerwonego Krzyża wpakowały dzieci do pociągów, którymi przewieziono je przez jugosłowiańską granicę do Umsiedlunslager – obozu tranzytowego – w Frohnleiten niedaleko austriackiego miasta Graz.

W tymże ośrodku zatrzymań nie zamknięto ich na długo. We wrześniu 1942 roku przeprowadzono kolejną selekcję – tym razem wykonali ją wyszkoleni „rzeczoznawcy rasy” z jednej z niezliczonych organizacji założonych przez Himmlera w celu zabezpieczenia i wzmocnienia banku „dobrej krwi”.

Zmierzono nosy i porównano ich długość oraz szerokość z wymiarami uznanymi oficjalnie za idealne; podobnie trącano, macano i fotografowano usta, zęby, biodra i narządy płciowe dzieci, aby oddzielić genetycznie cenne ludzkie ziarno od mniej wartościowych plew. Ten bardziej misterny i bardziej rygorystyczny przesiew pozwolił na powtórne, właściwsze zakwalifikowanie zniewolonych dzieci do jednej z czterech kategorii rasowych.

Starsze, przydzielone teraz do kategorii 3 lub 4, wywieziono do obozów reedukacyjnych w Bawarii w samym centrum nazistowskich Niemiec. Najlepsze z młodszych dzieci w dwóch wyższych kategoriach miały – w odpowiednim czasie – być przekazane do tajnego programu kierowanego osobiście przez Reichsführera. Był to projekt o nazwie Lebensborn. Wśród niemowląt przeznaczonych do ośrodków prowadzonych przez tę instytucję znalazło się dziewięciomiesięczne niemowlę, Erika Matko.

Rozdział drugi

1945 – ROK ZERO

Naszą wolą jest, aby ten kraj przetrwał tysiąc lat. Jesteśmy szczęśliwi, wiedząc, że przyszłość należy wyłącznie do nas!

Adolf Hitler, Triumf woli, 1935

O godzinie 2.40 w nocy 7 maja 1945 roku w małym budynku szkolnym z czerwonej cegły we francuskim mieście Reims Generaloberst Alfred Jodl, szef Sztabu Dowodzenia Wehrmachtu w Naczelnym Dowództwie niemieckich sił zbrojnych, podpisał bezwarunkową kapitulację Tysiącletniej Rzeszy. Akt kapitulacji w pięciu krótkich akapitach zdawał Niemcy i wszystkich mieszkańców tego kraju na łaskę czterech zwycięskich mocarstw sojuszniczych – Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Francji oraz Związku Radzieckiego – od godziny 23.01 następnego dnia.

Tydzień wcześniej Hitler i większość jego najbliższych współpracowników popełnili samobójstwo w berlińskim Führerbunker, głęboko pod ziemią. Główny poplecznik Hitlera, SS-Reichsführer Heinrich Himmler – człowiek nadzorujący cały nazistowski aparat terroru – uciekł, przebrany w szary, szorstki mundur z serży, jaki nosili prości żołnierze, wyposażony w fałszywe papiery stwierdzające, że jest sierżantem.

Było po wszystkim. Skończyło się sześć lat „wojny totalnej”, kiedy to moi krajanie przemierzali Europę, mordując i grabiąc. Teraz mieliśmy żyć w świecie, w którym zapanował pokój.

Kim byliśmy tego majowego poranka? Czym były Niemcy – niegdyś ojczyzna Bacha i Beethovena, Goethego i Schillera – w następstwie okropności Blitzkriegu, nie wspominając nawet o plugawym ludobójstwie, jakim było ostateczne rozwiązanie? Jak będzie wyglądał pokój dla zwycięzców i dla pokonanych? Miało się dopiero okazać, że to dwa bardzo różne pytania.

Ukuto nowy termin opisujący naszą sytuację w 1945 roku: die Stunde Null. W dosłownym tłumaczeniu oznacza to „godzina zero”; ale dla tlących się resztek Niemiec – kraju ruin, wstydu i głodu – był to raczej „rok zero”, jednocześnie koniec i początek.

Co oznaczało być Niemcem we wtorek 8 maja 1945 roku od godziny 23.01? Dla aliantów – nowych właścicieli każdej piędzi ziemi i każdego indywidualnego życia od Mozy na zachodzie po Niemen na wschodzie – Niemiec był kimś, kogo należało sobie podporządkować, stłamsić, wobec kogo należało zachować podejrzliwość. Nigdy więcej, mówiły cztery mocarstwa sojusznicze, nie dopuścimy do tego, aby wezbrały i rozlały się po całym kontynencie trujące, bliźniacze rzeki niemieckiego nacjonalizmu i militaryzmu. Aby urzeczywistnić te szlachetne ideały, planowano błyskawicznie wdrożyć konkretne mechanizmy i procedury – systemy, które, chociaż wtedy byłam zbyt młoda, żeby to rozumieć, miały nadać kierunek mojemu życiu.

Dla Niemców to egzystencjalne pytanie o tożsamość oznaczało coś zupełnie innego. Coś o znacznie mniej filozoficznym zabarwieniu, coś, co można by zaliczyć do kategorii odczuć fizycznych, politycznych i psychologicznych. A z tej trójcy najistotniejszy – najbardziej palący – był bez wątpienia aspekt fizyczny.

W maju 1945 roku Niemcy były pustkowiem: udręczoną tundrą pełną wysadzonych mostów, roztrzaskanych dróg, spalonych czołgów. W tygodniach i miesiącach agonii Rzeszy Hitler, zżerany przez szaleństwo i bezsilną wściekłość, wydał rozkaz stworzenia „miast twierdz”. Ojczyzny, oświadczył, należy bronić do ostatniej kropli czysto niemieckiej krwi i do ostatniej cegły niemieckich budynków. Nie wolno się poddać, uparcie powtarzał. Ostatnie dni jego samozwańczej rasy panów miały być Götterdämmerung, zmierzchem bogów, naznaczonym płomieniem i poświęceniem.

W rezultacie Niemcy stały się nie tyle szlachetnym stosem pogrzebowym, ile szeroką na tysiąc kilometrów rzeką ognia podsycanego próżnością Hitlera. Niemcy zmuszone do walki o każdy centymetr ziemi – i nękane alianckimi nalotami dywanowymi – przeobraziły się w postapokaliptyczną pustynię. W całym kraju budowle niegdyś potężnej Rzeszy obróciły się w rumowisko; w samym Berlinie zalegało 75 ton gruzu, piętrzył się on na niemal każdej ulicy, wzdłuż i wszerz. Podobnie jak Berlin wyglądały też inne niemieckie miasta: zniszczone, zrównane z ziemią przez bombardowania i walkę o każdy dom, w wyniku czego zostało uszkodzonych lub zmienionych w ruinę 70 procent wszystkich budynków. I wszędzie widać było ludzi – niegdyś aroganckich, a teraz wynędzniałych, z zapadniętymi oczami i policzkami; ludzi, którzy jeszcze niedawno ujarzmiali przedstawicieli ras uznanych za niższe, podporządkowując ich los żelaznej woli przyszłych Niemiec.

Kroniki filmowe i zdjęcia – alianckie, jako że niemieckie gazety były zamknięte od momentu kapitulacji – uwieczniły sceny przedtem niewyobrażalne. W pobliżu na wpół zniszczonych domów, rozerwanych, tak że okruchy kiedyś normalnego życia – kominek, strzępy tapety, resztki toalety – wyzierały nieprzyzwoicie tam, gdzie nie było już ochraniających je ścian, gromadziły się żywe duchy kobiet i dzieci. Sieroty, uchodźcy, starcy, ranni – jeden wielki dystopijny obraz ukazujący anonimowe ciała leżące na ulicy i przyglądające się im albo raczej omijające je szkielety, którym niewiele brakowało, aby wkrótce też dołączyć do grona umarłych.

Co robili? A właściwie co robiliśmy? W całych Niemczech, przynajmniej w miastach, przetrząsano ruiny, budowano prowizoryczne schronienia, szukano jedzenia i albo chowano się przed zwycięskimi wojskami okupacyjnymi, albo się z nimi bojaźliwie fraternizowano. Nie z wyboru, lecz z potrzeby. Albowiem bardziej nawet niż schronienia brakowało żywności.

W ostatnich tygodniach wojny gospodarka kraju – tak długo kierowana przez partię nazistowską z myślą o tejże partii – rozpadła się w gruzy, podobnie jak budynki. Jak na ironię pieniędzy było mnóstwo, ale grube zwitki banknotów i sterty monet na nic nie mogły się przydać. Jako że wszelkie dostępne zasoby kierowano na zaspokojenie potrzeb armii z pominięciem zwykłych ludzi, a także z powodu pozrywanych wskutek eksplozji torów kolejowych, co uniemożliwiało dystrybucję skromnych plonów zbieranych z pól, było niewiele albo wręcz nie było nic do kupienia za bezużyteczne wówczas marki.

Nasi nowi panowie najwyraźniej również nie mieli żadnej spójnej koncepcji tego, co z nami zrobić. Na przełomie lipca i sierpnia 1945 roku przywódcy państw alianckich – Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych – spotkali się w Poczdamie, aby zaplanować przyszłość[2]. W odróżnieniu od rozwiązania przyjętego po I wojnie światowej, kiedy po zwycięstwie nad Niemcami, nałożono na nie surowe kary i zażądano reparacji, ale nie wymazano państwa z mapy geograficznej i politycznej, w Poczdamie podjęto decyzję, że po zakończeniu wojny z Hitlerem kraj przestanie istnieć. W jego miejsce powstaną cztery oddzielne strefy okupacyjne, każda będzie miała innego właściciela, jednego ze zwycięzców wojny i będzie przez niego kierowana zgodnie z jego własnymi zasadami i planami.

Poza tymi postanowieniami niewiele było wspólnych rozważań o tym, co w praktyce zrobić z byłym państwem niemieckim po ostatecznym pokonaniu Hitlera i jego zbirów. Francja opowiadała się za podzieleniem Rzeszy na kilka niezależnych państewek, gdy tymczasem Ameryka rozważała przywrócenie w Niemczech stanu przedindustrialnego, gdzie państwo koncentrowałoby się na rolnictwie i było od niego zależne. Waszyngton w końcu ustąpił i przyjął do wiadomości, że pomysł, aby kilkadziesiąt milionów Niemców żyło jak średniowieczni chłopi, jest niewykonalny, a jednocześnie niedogodny. Alianci nie zastanawiali się jednak nad tym, jak ich oddzielne strefy okupacyjne będą funkcjonowały i w swych planach nie zajęli się monumentalnym problemem, jakim było wyżywienie zarówno podbitego narodu – ludność powiększyła się o ponad 10 milionów wskutek napływu uciekinierów ze wschodu – jak i olbrzymich armii wprowadzających pokój.

Żywność. Po prostu jej nie wystarczało – a bez funkcjonującego transportu nawet tego, co jeszcze gdzieś znajdowano, nie było jak przewieźć do miejsc, gdzie jedzenia brakowało najbardziej. Co gorsza, wśród okupujących armii rozpowszechnione było przekonanie, że dawno już należało dać Niemcom poczuć smak ich własnego lekarstwa. Czyż nazistowskie szaleństwo nie doprowadziło do rozmyślnego zagłodzenia niemal na śmierć europejskich wiosek, miast i miasteczek, a wręcz całych narodów? Czy nie nastał czas, aby Niemcy zebrały to, co zasiały?

Taka zatem była prawdziwa spuścizna po Hitlerze: naród umierający z głodu – i głodzony; ludność zmuszona do rozpaczliwej walki o przetrwanie, w której kobiety, mężczyźni i dzieci wegetowali, spożywając połowę kalorii koniecznych do podtrzymania życia. W najlepszym razie. Kraj nie tylko pokonany i w połowie zniszczony, ale również całkowicie wymazany, zmieciony z powierzchni ziemi.

Kiedy nastał pokój, miałam trzy i pół roku. Byłam małym, spokojnym, wzorcowym niemieckim dzieckiem o blond włosach. Mieszkałam z matką, babką i młodszym bratem w Bandekow, maleńkiej osadzie w sercu Meklemburgii. Mieliśmy duży wiejski dom z pruskiego muru, charakterystyczny dla tego regionu, położony wśród lasów. Byliśmy, jak sądzę, typowym przykładem konkretnej klasy społecznej przedwojennych Niemiec, a jednocześnie, dla kontrastu, pospolitymi obywatelami powojennego kraju jako całości. Zarówno ze strony matki, jak i ojca nasza rodzina była stara, ciesząca się powszechnym uznaniem i pomimo ruiny gospodarczej, zamożna.

Moja mama Gisela była córką potężnego armatora z Hamburga. Andersenowie mieli nazwisko – należeli do arystokratycznej elity rządzącej, utworzonej przez starą hanzeatycką grupę, która zdobyła majątek na handlu, po proklamowaniu Hamburga wolnym miastem przez Kongres Wiedeński w 1815 roku.

Nasz dom w Bandekow należał do rodziny matki od wielu pokoleń; był własnością brata mojej babki, ale prawie na pewno używano go przed rokiem 1945 jako wiejskiego schronienia. Andersenowie mieli oczywiście swoją główną rezydencję w samym Hamburgu i tam mieszkał na stałe mój dziadek, babcia zaś dzieliła czas między oba domy.

Gisela była jednym z czworga dzieci Andersenów. Jej brat, służący w Wehrmachcie, został zabity w ostatnich dniach wojny; z jej starszą siostrą nie utrzymywano stosunków – co było efektem jakiegoś nieuczciwego postępku, o którym się nie mówiło, ale który zszargał szanowane poza tym rodzinne nazwisko – natomiast druga siostra matki, ciotka Ingrid (znana powszechnie jako Erika lub „Eka”), była dla mnie towarzyszką zabaw w dzieciństwie.

Kiedy skończyła się wojna, Gisela miała 31 lat; była młoda, wesoła – aczkolwiek w chłodny sposób, typowy dla jej uprzywilejowanej klasy – i ładna. Była też mężatką, ale jak się okazało, nie było to małżeństwo szczęśliwe.

Hermann von Oelhafen był zawodowym żołnierzem. Służył z wyróżnieniem w I wojnie światowej; został poważnie ranny w 1914 roku, a potem ponownie w 1915 roku i kiedy odniósł kolejną, ostatnią już ranę w 1917 roku, przyznano mu Żelazny Krzyż w uznaniu jego trudów. Podobnie jak Gisela pochodził z arystokratycznej rodziny; zarówno jego ojciec, jak i matka mogli poszczycić się wiele mówiącym „von” – wskazującym na przynależność do klasy wyższej – stawianym przed rodowym nazwiskiem.

Gisela była młoda i pełna życia, zaś Hermann stanowił jej przeciwieństwo. Był od Giseli o trzydzieści lat starszy i miewał poważne ataki epileptyczne. Nie wiem, czy właśnie to było powodem jego drażliwości i zgryźliwości; jestem natomiast pewna, że ich małżeństwo – zawarte w 1935 roku, w pierwszych, pełnych buty latach rządów Hitlera – w 1945 roku w zasadzie już nie istniało. Kiedy wyrastałam z niemowlęctwa i stawałam się dzieckiem, rzadko widywałam ojca; my mieszkaliśmy w wiejskim domu w Bandekow, a Hermann tysiąc kilometrów od nas w bawarskim mieście Ansbach.

Na pozór nie było zapewne nic dziwnego w tym, że Gisela – mężatka – mieszkała samotnie z dziećmi i matką. Nasza mała rodzina nie stanowiła wyjątku. W pierwszych miesiącach po wojnie była to sytuacja aż nadto typowa dla naszego obecnie rozmontowanego kraju: większość dorosłych mężczyzn – nawet bardzo młodych i bardzo starych – powołano do służby wojskowej i teraz albo już nie żyli, albo zostali uznani za zaginionych, albo siedzieli zamknięci w obozach dla jeńców wojennych rozrzuconych po całej Europie. Niemcy były krajem – ściśle biorąc byłym krajem – kobiet i dzieci.

Ale chociaż, jak się przekonamy, wojna odegrała pewną rolę w separacji moich rodziców, to nie ona stanowiła jej podstawą przyczynę. Była między nimi przepaść nie do pokonania – emocjonalne pęknięcie, które nie chciało dać się naprawić, nad którym nawet trudniej było zapanować niż nad podziałami narzuconymi ich krajowi. Byłam wówczas zbyt mała, żeby o tym wiedzieć; ale z tego właśnie powodu moje dzieciństwo stało się z czasem równie ponure jak pogarszająca się sytuacja polityczna, w jakiej się znaleźliśmy. Może nawet bardziej ponure.

Polityka. Po kwestiach fizycznych była to druga sprawa definiująca życie pod koniec wojny. Nie chodzi tu o politykę, jaką zna i ignoruje obecne pokolenie; nie o walkę o stanowiska i władzę w stabilnej demokracji między rywalizującymi partiami – nie, polityka w 1945 roku była krwawa i bezlitosna.

W ostatnich dniach wojny siły alianckie wdzierały się bezpardonowo do Niemiec ze wszystkich stron świata. Amerykańskie czołgi i amerykańscy żołnierze przetaczali się przez kraj w kierunku wschodnim z Francji, Belgii i Holandii; Brytyjczycy torowali sobie drogę na północ z Włoch i Austrii; ogromne armie Związku Radzieckiego gnały na zachód z kraju, który przed wojną nazywał się Polska. Kierował nimi wszystkimi nadrzędny imperatyw: podbić jak największą część terytorium Niemiec i przejąć kontrolę; to, co da się utrzymać, kiedy wojna ostatecznie się skończy, miało się stać, zgodnie z postanowieniami konferencji wielkich mocarstw, ich własnością – z bardzo niewielką perspektywą jakiegokolwiek kolejnego podziału[3]. W tych ostatnich tygodniach wiosny 1945 roku alianci zgłaszali swoje pretensje do granic powojennej Europy – a jednocześnie rozrzucali ziarno kolejnego konfliktu, które miało już wkrótce wykiełkować pod nazwą zimna wojna.

Kiedy skończyły się walki, okazało się, że dom mojego ojca znalazł się w strefie brytyjskiej, a zatem jego dalszy los miał zależeć od tego, jak Londyn będzie rozumiał swoje prawa i obowiązki względem posiadanego terytorium. Natomiast Bandekow, gdzie mieszkałam z matką, babką i Dietmarem, moim bratem, był w strefie sowieckiej, a Moskwa miała zupełnie inne niż reszta aliantów pomysły na temat tego, jak rozmontować infrastrukturę nazistowskich Niemiec oraz co zrobić ze swoim kawałkiem dawnej Rzeszy.

Początkowo między aliantami panowała przynajmniej zgoda co do konieczności oddania w ręce sprawiedliwości żyjących jeszcze popleczników Hitlera. Utworzono trybunał składający się z przedstawicieli czterech mocarstw alianckich, który miał osądzić całą machinę narodowego socjalizmu; Göringa, Jodla, Hessa, von Ribbentropa i 20 innych przywódców państwa narodowosocjalistycznego zamknięto w celach Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze, gdzie oczekiwali na proces za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości. Poza Hitlerem i Goebbelsem najistotniejszym nieobecnym na tym apelu hańby był Himmler – człowiek, który stworzył SS i był mózgiem całego aparatu nazistowskiego terroru. Popełnił samobójstwo, zanim zdołano go przetransportować do Norymbergi.

Ostateczny proces i skazanie tych bezwzględnych zbrodniarzy wojennych były bez wątpienia tryumfem sprawiedliwości, ale jednocześnie było to apogeum kooperacji między mocarstwami okupacyjnymi. Po Norymberdze Ameryka, Wielka Brytania, Francja i Związek Radziecki przyjęły radykalnie inne podejście do kontrolowanych przez siebie regionów i ich ludności. Los milionów byłych Niemców zależał od tego, w której strefie zdarzyło się im być, kiedy skończyła się wojna. W bardzo niedługim czasie te wielkie polityczne podziały miały na zawsze zmienić życie członków naszej małej rodziny.

Kontrast pomiędzy czterema mocarstwami okupującymi Niemcy uwidaczniał się przede wszystkim w sposobie, w jaki traktowano byłych członków partii nazistowskiej. W ostatnich latach wojny ukuto w Waszyngtonie termin denazyfikacja: prezydent Franklin Roosevelt i jego doradcy uważali, że partyjne macki wkręciły się w każdy aspekt niemieckiego życia, od politycznego po sądownicze, od publicznego po osobiste. W maju 1945 roku partia nazistowska liczyła ponad 8 milionów członków – około 10 procent całkowitej liczby ludności. Jak więc należało załatwić sprawę splątywania się mechanizmów faszyzmu z istotą codziennego życia?

Poszukiwanie odpowiedzi nie ograniczało się oczywiście do Ameryki. Każde mocarstwo alianckie samodzielnie sprawowało władzę w swoim sektorze Niemiec; każde stało wobec problemu, jak wyrwać korzenie narodowego socjalizmu, a jednocześnie jakimś sposobem zapewnić dalsze funkcjonowanie własnej strefy okupacyjnej.

Pierwszym krokiem była delegalizacja partii. W proklamacji nr 2 Rady Kontroli Niemiec ogłoszono 20 września 1945 roku, że „Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników (NSDAP) zostaje całkowicie i ostatecznie rozwiązana i uznana za nielegalną” na całym terytorium dawnej Rzeszy.

Ale sama partia była tylko najbardziej widocznym ogniwem w zawiłej plątaninie organizacji nazistowskich. Podlegało jej ponad 60 innych oficjalnych struktur organizacyjnych, począwszy od cieszących się międzynarodową złą sławą organów takich jak SS, gestapo i Hitlerjugend po ugrupowania znacznie mniej znane (nawet w Niemczech), jak na przykład Komisja Rzeszy ds. Ochrony Krwi Niemieckiej czy Deutsche Frauenschaft, Narodowosocjalistyczna Wspólnota Kobiet. Wszystkie one zostały formalnie zdelegalizowane. Co ważniejsze, dawny związek z którąkolwiek z tych organizacji wystarczał, aby podejrzewać jej członka o sympatie nazistowskie.

Ani Hermann, ani Gisela – o ile mi wiadomo – nie byli członkami partii. Nigdy też nie słyszałam, żeby wyrażali faszystowskie poglądy czy poparcie dla Hitlera. Niemniej jednak ich osobiste historie – ojciec był żołnierzem zawodowym przez większą część wojny związanym z Wehrmachtem, a matka dawną członkinią Deutsche Frauenschaft – musiały doprowadzić do dochodzeń denazyfikacyjnych w strefach okupacyjnych, w których się po wojnie znaleźli.

I tu właśnie pojawiła się rozbieżność między podejściem amerykańskich władców regionu, w którym mieszkał ojciec i sowieckich panów kontrolujących sektor, gdzie mieszkaliśmy ja, matka i Dietmar. Ta rozbieżność zdecydowała o odmiennych kolejach naszego życia.

Amerykanie początkowo z zaciętością angażowali się w denazyfikację, ale potem stali się najbardziej pragmatyczni ze wszystkich okupujących Niemcy armii. Amerykańskie władze wojskowe szybko uświadomiły sobie, że bez względu na to, jak bardzo było to wskazane, prowadzenie szeroko zakrojonych czystek wśród podejrzanych o sympatie nazistowskie oznaczałoby, że całkowita odpowiedzialność za organizację codziennego życia spoczywałaby wyłącznie na amerykańskich ramionach – taki ciężar dla zmęczonego wojną społeczeństwa pragnącego powrotu żołnierzy do domu byłby po prostu zbyt wielki.

I tak mój ojciec, jak każdy dorosły człowiek w strefie amerykańskiej, musiał wypełnić kwestionariusz (nazywano go różnie: Fragebogen lub Meldebogen), w którym stwierdzał, że nie jest i nigdy nie był członkiem jakiejkolwiek organizacji nazistowskiej, ale nie było prawie żadnej kontroli czy szczegółowego badania tych dobrowolnych deklaracji. Po przeprowadzeniu powierzchownej weryfikacji, albo nawet i bez niej, większości ubiegających się wydawano oficjalne dokumenty orzekające, że są „dobrymi Niemcami”, nieskalanymi plamą faszyzmu. Szybko stały się one znane jako Persilschein – kartka papieru, która mogła zmyć do czysta przeszłość, tak dobrze jak proszek do prania.

Natomiast podejście radzieckie odznaczało się znacznie większą rygorystycznością. Może na skutek poważniejszych strat i zniszczeń niż w wypadku pozostałych mocarstw alianckich – albo może, co wielce prawdopodobne, z powodu bardzo klarownego planu Stalina co do przyszłości Związku Radzieckiego – Moskwa przyjęła podejście znacznie bardziej restrykcyjne.

Radziecka Administracja Wojskowa w Niemczech – znana pod akronimem SMAD – sprawowała władzę na rozległym terytorium od Odry na wschodzie po Łabę na zachodzie. Ławrientij Beria – budzący powszechny strach szef tajnej policji Stalina – wydał 18 kwietnia 1945 roku rozkaz nr 00315; upoważniał on do natychmiastowego internowania aktywnych nazistów i ważniejszych członków organizacji partyjnych: aby dokonać aresztowania, nie potrzebne było żadne śledztwo. Już na początku maja zgarnięto i uwięziono pierwszych z łącznie 123000 Niemców, których osadzono w dziesięciu specjalnych obozach utworzonych w strefie radzieckiej.

Istnienie tych więzień – prowadzonych przez NKWD, stalinowski odpowiednik gestapo, ulokowanych często na terenie dawnych nazistowskich obozów koncentracyjnych – było samo w sobie tajemnicą. Nie pozwalano na żadne kontakty zatrzymanych ze światem zewnętrznym, ale jak łatwo przewidzieć, sprawa wyszła na jaw. Przypadkowość aresztowań i internowań, co nie należało do rzadkości – w lutym 1946 roku prawdziwi członkowie partii stanowili mniej niż połowę ogólnej liczby więźniów – strach, że zostanie się zaciągniętym do jednego ze Schweigelager (dosłownie „obozów ciszy”), były ogromnym ciężarem dla i tak już przerażonej niemieckiej ludności pod sowieckimi rządami wojskowymi.

Prawie wszystko – anonimowy donos, członkostwo nawet w najmniej znaczącym stowarzyszeniu z okresu nazistowskiego, utrzymywanie kontaktu z kimkolwiek z trzech pozostałych stref okupacyjnych – wystarczało, aby usłyszeć pukanie do drzwi i zasłużyć sobie na transport do Schweigelager. Nazbyt często okazywało się, że to bilet w jedną stronę: prawie 43000 mężczyzn i kobiet zmarło za zasiekami z drutu kolczastego okalającymi te powojenne obozy koncentracyjne.

Czy moja matka zamartwiała się bez ustanku tym, jakie ryzyko stanowiła dla niej przynależność do Deutsche Frauenschaft albo nasze małe gospodarstwo w Bandekow? Nie wiem; von Oelhafenowie byli rodziną dyskretną, nigdy nie mieli skłonności do otwartych rozmów o emocjach, a jeszcze mniejszą do wspominania przeszłości. Ale teraz wiem coś, czego nie wiedziałam – nie mogłam wiedzieć – wówczas: znam tajemnicę tkwiącą głęboko w moim dzieciństwie, która wiązała Giselę, Hermanna i mnie z jedną z najbardziej złowrogich ze wszystkich organizacji nazistowskich i która na pewno zwiastowałaby dla nas kłopoty, gdyby została odkryta przez SMAD.

Czy było to dodatkowe zmartwienie zaprzątające głowę mojej matki? Na to pytanie także nie znam odpowiedzi. Wiem natomiast, że kiedy skończyło się lato i nadeszła zima tego burzliwego 1945 roku, Gisela była przerażona. A jej strach miał na imię gwałt.

W 1945 roku, kiedy sowiecka armia wdzierała się w głąb Niemiec, jej żołnierze opanowali jedno przede wszystkim zdanie: Komm, Frau. To był rozkaz, którego niewypełnienie w ogóle nie wchodziło w rachubę i który zawsze prowadził do takiego samego, nieuchronnego zakończenia.

Dziesiątki tysięcy – a może i dziesięć razy więcej – niemieckich kobiet zapłaciło swoimi ciałami za przerażająco brutalne traktowanie przez Hitlera rosyjskich miast i rosyjskiej ludności. Gwałt był w strefie sowieckiej czymś tak powszechnym – do tego stopnia, iż przestało to być nowiną – że w wypadku kobiet i dziewcząt, począwszy od wieku dojrzewania aż po wiek podeszły, pytanie brzmiało nie, czy zostały zgwałcone, tylko ile razy.

Co więcej, było to quasi-oficjalnie usankcjonowane. Chociaż w niektórych częściach strefy okupacyjnej dowódcy SMAD składali gołosłowne deklaracje o konieczności położenia kresu gwałtom na kobietach niemieckich, inni, ci, którzy próbowali ukrócić samowolę, zapłacili w rzeczywistości wysoką cenę. Pewien młody kapitan Armii Czerwonej zainterweniował, chcąc nie dopuścić do zbiorowego gwałtu na grupie dziewcząt i za trud, jaki sobie zadał, skazano go na dziesięć lat w obozie pracy; trybunał uznał go za winnego popełnienia zbrodni „burżuazyjnego humanizmu”.

Prawda była oczywiście taka, że ani obozy internowania, ani gwałty nie ograniczały się do sektora sowieckiego. Amerykanie uwięzili tysiące podejrzanych o nazizm i nierzadko przetrzymywali ich latami w przerażających warunkach, zaś francuscy żołnierze częstokroć bezcześcili niemieckie kobiety w miastach znajdujących się pod ich kontrolą. Ale w ostatnich miesiącach wojny to Hitler i Goebbels dolali oliwy do ognia, rozbudzając narodowy strach za pomocą nieustannego strumienia propagandy o brutalności Armii Czerwonej – i od momentu, kiedy sowieccy okupanci wdarli się na niemiecką ziemię, ziściły się najgorsze z tych przepowiedni.

Nasza mała rodzina była bezbronna i narażona na niebezpieczeństwo jak wszystkie inne – a może nawet bardziej. Mama i ciotka Eka były młode i ładne, a ponadto należeliśmy do znienawidzonej burżuazji. Mieliśmy duży dom, wygodny i dobrze zaopatrzony w jedzenie z farmy, ale jednocześnie stał on z dala od innych domostw, a w naszym obejściu nie było mężczyzn. Strach przed gwałtem – wręcz przerażenie – wisiał nad naszą rodziną przez całą zimę. Matka wspominała później – to jedno z bardzo nielicznych osobistych uczuć, o jakich mi powiedziała – jak ukrywała się pod łóżkiem, kiedy tylko docierały do niej pogłoski, że w pobliżu widziano żołnierzy Armii Czerwonej.

Jednak pomimo tego destruktywnego strachu powodziło się nam, prawdę mówiąc, dużo lepiej niż przeważającej części ludzi w strefie sowieckiej. Po pierwsze wiejskie ustronie dawało dach nad głową, czego, w przeciwieństwie do nas, nie miała olbrzymia większość mieszkańców zbombardowanych miast. Zima 1946–1947 roku była jedną z najsroższych, jak sięgnąć pamięcią; temperatura gwałtownie spadała do minus 30 stopni i dla milionów walczących o przetrwanie w zbombardowanych piwnicach swych dawnych domów oznaczało to brak jakiejkolwiek ochrony przez przenikliwym zimnem. Ponadto, jako że to, co pozostało z sieci kolejowej po ostatnich tragicznych miesiącach walk, armia radziecka błyskawicznie rozmontowywała i zabierała na wschód, do swojego kraju, w charakterze reparacji wojennych, praktycznie nie było jak dowieźć węgla; tysiące ludzi po prostu zamarzło na śmierć.

Ale to żywność – a raczej jej brak – stała się niemal z dnia na dzień problemem nadrzędnym. Niemieckie kartki żywnościowe wydane przez rozmontowane już państwo nazistowskie utraciły ważność; do zapasów, które poprzednio były dostępne – a pod koniec wojny nie było tego wiele – rościł sobie prawo SMAD, który musiał wyżywić swoich, Armię Czerwoną. W miastach w całym kraju obok strachu miernikiem poziomu egzystencji stał się głód.

Na terenach znajdujących się pod kontrolą Moskwy wprowadzone zostało racjonowanie żywności w nowej formie. Rosjanie stworzyli system pięciostopniowy: najwyższy poziom był zarezerwowany – co dziwne – dla intelektualistów i artystów; kolejny został przypisany kobietom – Trümmerfrauen, jak się je nazywało – które pracowały w grupach rozbierających w połowie zrujnowane budynki i usuwających gruz, często dysponując jedynie gołymi rękami. Ich kartki były dużo wartościowsze niż oficjalny zarobek w wysokości 12 marek niemieckich za każdy tysiąc oczyszczonych cegieł. Ciężka fizyczna praca była jedynym sposobem na przetrwanie i niemieckie kobiety przekopywały się przez ruiny swojego kraju, aby ocalić rodziny.

Wielkość racji żywnościowych na niższych poziomach spadała narastająco i dramatycznie. Najniższa kartka, zwana Friedhofskarte (dosłownie „bilet cmentarny”), była wydawana tym, którzy w oczach sowieckich panów nie pełnili żadnej pożytecznej funkcji: niepracującym gospodyniom domowym i osobom w podeszłym wieku.

Dwa nowe słowa dołączyły do coraz bogatszego leksykonu opisującego powojenne życie tej zimy. Pierwsze to Fringsen – pojawiło się ono, kiedy katolicki kardynał Kolonii, Josef Frings, formalnie pobłogosławił to, co wiele jego owieczek już robiło, a mianowicie kradzież umożliwiającą przetrwanie. Przestępczość rosła drastycznie; niezliczone (i w gruncie rzeczy nieliczone) były kradzieże i gwałty popełniane przez żołnierzy Armii Czerwonej, a na dodatek Niemcy pod okupacją sowiecką zaczęli zasadzać się na siebie nawzajem. W samym Berlinie każdego dnia odnotowywano średnio 240 rabunków i pięć morderstw.

Podczas gdy dla von Oelhafenów mieszkających w stosunkowo bezpiecznej wiejskiej Meklemburgii przestępczość miejska była głównie kolejnym źródłem wstydu i atawistycznego strachu, drugie nowe słowo miało bardzo realne znaczenie. Było to słowo Hamstern i chociaż zupełnie dosłownie znaczyło ono „chomikować”, w praktyce chodziło o nieustającą procesję mieszkańców miast na wieś i z powrotem; ludzie ci pragnęli za wszelką cenę przehandlować niewielki dobytek, jaki jeszcze posiadali, za jedzenie, którego my mieliśmy w stosunku do nich pod dostatkiem.

Taka zatem była rzeczywistość Stunde Null. Bieg życia wyznaczali nam trzej stali towarzysze: strach – zwłaszcza przed Armią Czerwoną i jej determinacją, żeby wziąć odwet na niemieckich cywilach za wojnę Hitlera – głód i zimno. Takie były Niemcy, nasz kraj i nasze życie, w dniu moich czwartych urodzin. Taka była nasza nagroda za tryumfy prześwietnej Rzeszy.

Czekało nas coś jeszcze gorszego – dużo większe zło. W roku 1946, kiedy psuły się stosunki między mocarstwami okupacyjnymi, intencje Moskwy wobec tych, którzy znaleźli się pod jej władzą, stały się jeszcze bardziej oczywiste. Ogołacając strefę z bogactwa i żywności, SMAD zaczął realizować proces odbierania nam jedynej iskierki nadziei, jaką mieliśmy, kiedy skończyła się wojna, nadziei na wolność.

Granice między czterema strefami stały się trudniejsze do przekroczenia. Wokół terytorium pod rządami radzieckimi w lipcu 1945 roku została utworzona „wewnętrzna granica Niemiec”, jak to określał SMAD. Przekraczających ją kontrolowano zdecydowanie nierygorystycznie, bo granica była patrolowana sporadycznie. Każdy, kto chciał przemieszczać się między sektorem radzieckim a strefami okupacyjnymi pozostałych aliantów, potrzebował oficjalnie Interzonenpass, ale i tak co najmniej półtora miliona Niemców uciekło do stref amerykańskiej i brytyjskiej. Teraz zaczęło się to zmieniać.

Latem 1947 roku – kiedy pod kierunkiem Moskwy czyniono przygotowania do ostatecznego przekształcenia SMAD w nową komunistyczną Niemiecką Republikę Demokratyczną – oficjalne punkty graniczne obsadzono świeżymi kontyngentami radzieckich żołnierzy. Nieoficjalne miejsca przekraczania granicy zostały wkrótce zablokowane za pomocą dopiero co wykopanych rowów i barykad z drutu kolczastego. Zaczynała się zimna wojna, a nasza mała rodzina w Bandekow, w której dorastałam, była po złej stronie przyszłej żelaznej kurtyny. Latem 1947 roku moi rodzice – oddzieleni od siebie tysiącem kilometrów oraz emocjonalną przepaścią rozbitego małżeństwa, rowem nie do przebycia – podjęli niezwykłą wspólną decyzję. Uzgodnili, że przyszedł czas na ucieczkę na Zachód.