Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapłata - Simon Kernick

Dennis Milne jest byłym policjantem i płatnym zabójcą na pół etatu. Zabija złych ludzi, którzy w jego mniemaniu zasłużyli na śmierć. Obecnie przebywa w Manilii i czeka na swoją kolejną ofiarę: młodą kobietę, która narobila sobie wielu śmiertelnych wrogów.

DI Tina Boyd przebywa w Manilii i szuka człowieka odpowiedzialnego za śmierć jej ukochanego, mimo, że wie, że zabójca jest bardzo niebezpieczny i bezwzględny. Jest zdeterminowana, żeby doprowadzić do sprawiedliwości, nawet jeśli miałoby ja to zabić.

Kiedy oboje się spotkają, nadejdzie czas zapłaty.

Opinie o ebooku Zapłata - Simon Kernick

Fragment ebooka Zapłata - Simon Kernick

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:

THE PAY­BACK

Co­py­ri­ght © Si­mon Ker­nick 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­ria Frąc 2014

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Zdjęcie na okładce: © Wolf Ket­tler/Ar­can­gel Ima­ges

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-061-7

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

Ko­mi­sarz Tina Boyd od lat próbuje dopaść Pau­la Wise’a stojącego za kil­ko­ma zabójstwa­mi. Kie­dy do­wia­du­je się o śmier­ci Nic­ka Pen­ny’ego, dzien­ni­ka­rza, który śle­dził po­dej­rzaną działalność Wise’a, nie wie­rzy w ofi­cjalną wersję zgo­nu – sa­mobójstwo. Na­pad­nięta przez dwóch ban­dytów, nie ma wątpli­wości, na czy­je zle­ce­nie działali. Wie, że próba jej za­bi­cia i śmierć Nic­ka są ze sobą powiązane, i podąża je­dy­nym tro­pem, jaki uda­je jej się od­kryć – przed swo­im rze­ko­mym sa­mobójstwem Nick kon­tak­to­wał się z dzien­ni­ka­rzem z Ma­ni­li, Pa­tem O’Rior­da­nem. Tina leci na Fi­li­pi­ny, ale nie może się z nim spo­tkać…

…bo wcześniej do­cie­ra do nie­go Den­nis Mil­ne, płatny zabójca, za­wsze sku­tecz­ny. Nie jest zwy­rod­nial­cem, za­wo­du so­bie nie wy­brał, wy­brało za nie­go życie. Za­bi­ja lu­dzi, którzy na to zasługują – tak uspra­wie­dli­wia własne działania. Tyle że w przy­pad­ku O’Rior­da­na nie jest to już ta­kie oczy­wi­ste, nie mówiąc o ko­lej­nym zle­ce­niu, którego ce­lem jest ko­bie­ta, do tego po­li­cjant­ka.

SI­MON KER­NICK

Jest jedną z naj­większych gwiazd bry­tyj­skie­go thril­le­ra. De­biu­to­wał w 2003 r., ale do­pie­ro opu­bli­ko­wa­na trzy lata później po­wieść Ści­ga­ny nadała rozpędu jego ka­rie­rze. Nie­od­par­cie ko­jarzące się z pi­sar­stwem Lee Chil­da błyska­wicz­ne tem­po i gwałtow­ne zwro­ty ak­cji w połącze­niu z do­sko­nałym re­se­ar­chem spra­wiły, że ko­lej­ne po­wieści Ker­nic­ka – m.in. Cel i Ostat­nie 10 se­kund – tra­fiły na szczy­ty bry­tyj­skich list be­st­sel­lerów.

www.si­mon­ker­nick.com

Tego au­to­ra

ŚCI­GA­NY

OSA­CZO­NY

TER­MIN

CEL

OSTAT­NIE 10 SE­KUND

ZAPŁATA

OBLĘŻENIE

NIE DAJ SIĘ ZABIĆ

Książkę tę de­dy­kuję Soi Ran­gnam,która miesz­kała w po­ko­ju 927 w Vic­to­ry Exe­cu­ti­ve Re­si­den­cesw Bang­ko­ku od li­sto­pa­da 2006 r. do sierp­nia 2008 r.Ty i tyl­ko Ty wiesz, kim je­steś,i bar­dzo Ci dziękuję, że mnie zna­lazłaś

Pro­log

Kie­dy tyl­ko mężczy­zna w czer­ni wszedł do małego za­gra­co­ne­go biu­ra z aktówką w jed­nej ręce i wiel­kim pi­sto­le­tem w dru­giej, Nick Pen­ny zro­zu­miał, że nad­szedł kres jego długiej, cza­sa­mi wy­bit­nej ka­rie­ry na­dep­ty­wa­nia lu­dziom na od­ci­ski. W końcu tra­fiła kosa na ka­mień.

– Był pan nie­grzecz­ny – po­wie­dział przy­bysz po an­giel­sku z sil­nym ob­cym ak­cen­tem, pod­chodząc do biur­ka. Trzy­mał pi­sto­let, ce­lując pro­sto w jego pierś z zim­nym, wy­ra­cho­wa­nym uśmie­chem na skądinąd zupełnie zwy­czaj­nej twa­rzy.

Pen­ny za­marł w bez­ru­chu na krześle.

– Proszę – szepnął, czując łomo­ta­nie ser­ca w pier­si. – Nie chcę umie­rać.

– Nikt nie chce umie­rać, pa­nie Pen­ny – oznaj­mił spo­koj­nie mężczy­zna. – Nie­ste­ty, w tej kwe­stii nie ma pan wy­bo­ru.

Pen­ny od­ru­cho­wo za­mknął oczy i zgrzytnął zębami, cze­kając wy­strzału.

Ale mężczy­zna nie pociągnął za spust. Usiadł na­prze­ciw­ko nie­go.

– Ma pan wybór w in­nej spra­wie – podjął. – Może pan wy­brać sposób, w jaki pan odej­dzie. – Gdy Pen­ny otwo­rzył oczy, skinął w stronę jego no­te­su. – Chcę, żeby pan na­pi­sał trzy krótkie li­sty. Pierw­szy do żony, z prośbą o wy­ba­cze­nie oraz z prze­pro­si­na­mi za oszu­ki­wa­nie i za to, co pan ma za­miar zro­bić. Na­zwie ją pan Nat i pod­pi­sze się jako Nick. Dru­gi list skie­ru­je pan do swo­jej byłej ko­chan­ki z wyjaśnie­niem, że nie może pan już dłużej znieść tego napięcia. Zwróci się pan do niej „T” i pod­pi­sze „Pan P”. Trze­ci list będzie do pańskich córek, Elli i Ame­lie. Po­pro­si je pan o wy­ba­cze­nie i doda, że ma pan na­dzieję, iż pew­ne­go dnia zro­zu­mieją pańską de­cyzję. Oczy­wiście ten list pod­pi­sze pan „Ko­chający Tata”.

Pen­ny drgnął, słysząc wzmiankę o córkach. Pa­trzył na przy­by­sza, za­sta­na­wiając się, skąd ma o nim tyle in­for­ma­cji. Zna nie tyl­ko imio­na członków jego ro­dzi­ny, ale wie również o ko­bie­cie, z którą dys­kret­nie spo­ty­kał się przez trzy mie­siące. Pen­ny dokładał sta­rań, żeby za­cie­rać za sobą ślady, bo nie chciał nie­po­trzeb­nie de­ner­wo­wać Na­ta­lie, a mimo to zupełnie obcy człowiek do­wie­dział się o ro­man­sie. Co więcej, wie­dział na­wet to, jak piesz­czo­tli­wie na­zy­wała go ko­chan­ka do cza­su ze­rwa­nia, co nastąpiło dwa ty­go­dnie temu. Pan P. Uwiel­biał, kie­dy to mru­czała, gdy byli ra­zem w łóżku.

Mężczy­zna mu­siał założyć podsłuch w jej i w jego domu, co ozna­czało, że jest za­wo­dow­cem – o czym zresztą świad­czyły jego spokój, pew­ność sie­bie i obojętna mina. Dla Pen­ny’ego zna­czyło to również, że może zdoła go prze­ko­nać do zmia­ny zda­nia.

– Proszę posłuchać, musi ist­nieć sposób, w jaki możemy to roz­wiązać – po­wie­dział, sta­rając się nie oka­zać stra­chu.

– Oba­wiam się, że nie – od­parł mężczy­zna z tym sa­mym wy­ra­zem twa­rzy. – Na­pi­sze pan te li­sty. Po­tem po­wie­si się pan na bel­ce na sznu­rze, który panu dam.

Pen­ny od­ru­cho­wo zerknął na belkę biegnącą pod su­fi­tem biu­ra, świa­do­my, że utrzy­ma jego ciężar, po czym spoj­rzał na siedzącego przed nim mężczyznę. Trud­no mu było uwie­rzyć, że to się dzie­je na­prawdę. Za­wsze wie­dział, że z jego pracą wiąże się ry­zy­ko, ale na­wet w naj­gor­szych kosz­ma­rach nie prze­wi­dział, że będzie pa­trzeć w lufę pi­sto­le­tu i błagać o życie.

– Proszę… – szepnął.

– Niech pan za­cznie pisać, pa­nie Pen­ny. I niech się pan nie mar­twi, gdy­by pan za­po­mniał, co na­pi­sać. Mogę dyk­to­wać.

Pen­ny zmarsz­czył brwi.

– Nie może mnie pan do tego zmu­sić – oświad­czył ze znacz­nie większą pew­nością sie­bie, niż na­prawdę od­czu­wał. – To pi­sto­let ka­li­bru dzie­więć mi­li­metrów. Zro­bi pie­kiel­ny hałas, jeśli tu wy­pa­li, a nie ma pan tłumi­ka. – Wie­dział, że biu­ro na dole jest pu­ste, a fa­cet wy­naj­mujący sąsied­nie rzad­ko się po­ja­wia, lecz może in­truz się prze­stra­szy i za­sta­no­wi dwa razy, za­nim po­sta­no­wi go za­strze­lić.

Nie udało się. Mężczy­zna ob­da­rzył go nie­znacz­nym, bla­dym uśmie­chem.

– To praw­da. Ale nie muszę go używać. Mam coś znacz­nie lep­sze­go. – Wciąż w nie­go ce­lując, po­chy­lił się, odpiął za­trza­ski aktówki i wyjął z niej mały czar­ny net­bo­ok. Otwo­rzył go jedną ręką i położył na biur­ku, ekra­nem w stronę Pen­ny’ego. – Proszę wcisnąć en­ter i po­wie­dzieć mi, co pan wi­dzi.

Z na­ra­stającym prze­rażeniem Pen­ny zro­bił, co mu ka­za­no.

I za­marł.

Gry­mas bólu wy­krzy­wił jego twarz.

– Jezu…

Na ekra­nie zo­ba­czył dom, w którym miesz­kał z Na­ta­lie i dziećmi, wi­dzia­ny spo­między drzew na końcu ogro­du. Ob­raz lek­ko drżał, co wska­zy­wało, że ktoś fil­mu­je ręczną ka­merą. Na pierw­szym pla­nie wid­niał ba­tut i pla­sti­ko­wy do­mek, z którego dziew­czyn­ki już wy­rosły. O tej po­rze roku wcześnie się ściem­niało i w domu paliły się światła. Prze­rażony, że być może już im się coś stało, na­gle do­strzegł kogoś w oknie. Roz­po­znał syl­wetkę Na­ta­lie z kasz­ta­no­wy­mi włosa­mi związa­ny­mi w ku­cyk. Krzątała się po kuch­ni, pew­nie robiła her­batę dla dziew­czy­nek. Obiek­tyw skie­ro­wał się pro­sto na nią i za­raz po­tem jego żona zajęła większą część ekra­nu. Na­le­wała wodę do czaj­ni­ka, nie mając pojęcia, że jest ob­ser­wo­wa­na.

Pen­ny ode­rwał oczy od ekra­nu i pa­trzył na in­tru­za, który pod­niósł do ucha komórkę i wy­szcze­kał po ro­syj­sku jakiś roz­kaz. Ka­me­rzy­sta położył ka­merę na zie­mi, kie­rując obiek­tyw w swoją stronę. Cofnął się o kil­ka kroków i na ekra­nie uka­zała się górna połowa jego ciała. Miał na so­bie ciem­ne ubra­nie i ko­mi­niarkę. Pen­ny’emu ser­ce za­marło, gdy do­strzegł w jego ręku wiel­ki nóż myśliw­ski, połyskujący w poświa­cie księżyca.

– Ten człowiek jest moim wspólni­kiem – wyjaśnił rze­czo­wo mężczy­zna. – Cze­ka na moje roz­ka­zy. Jeśli każę, wej­dzie do pańskie­go domu i na oczach wa­szych córek po­derżnie gardło pańskiej żonie, a po­tem zaj­mie się nimi.

Pen­ny z tru­dem przełknął ślinę. Zro­biło mu się nie­do­brze.

– Nie możecie… – jęknął drżącym głosem.

– Możemy, pa­nie Pen­ny, niech się pan nie łudzi… chy­ba że zro­bi pan to, co po­wie­działem.

– Prze­cież to tyl­ko dzie­ci! – krzyknął z roz­paczą, trąc ręką czoło. Chciał rzu­cić się na tego człowie­ka, ro­ze­rwać go na strzępy, ale wie­dział, że jest bez­sil­ny.

Mężczy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To nie moja spra­wa. I na wy­pa­dek gdy­by pan myślał, że żar­tuję, po­zwolę so­bie dodać, że mój wspólnik jest psy­cho­tycz­nym sa­dystą. Na szczęście mogę na nim po­le­gać. Zabił już dla mnie trzy oso­by. Ani wiek, ani płeć ofiar nie mają dla nie­go zna­cze­nia.

– Boże…

– Jeśli jed­nak zro­bi pan to, co każę, nie spo­tka ich krzyw­da.

– Skąd mam wie­dzieć, że pan nie kłamie? Skąd mam wie­dzieć, że pan ich nie za­bi­je?

– Mo­je­mu klien­to­wi zależy tyl­ko na pańskiej śmier­ci. Poza tym chce, żeby pana śmierć wyglądała… – Umilkł na chwilę. – Nie bu­dziła po­dej­rzeń. Ro­zu­mie pan?

Pen­ny mimo woli po­ki­wał głową.

– Jeśli na­pi­sze pan li­sty sa­mobójcze, a następnie się po­wie­si, wte­dy nie będzie wyglądało to po­dej­rza­nie, ale jeśli będzie­my zmu­sze­ni zabić pańską ro­dzinę, wte­dy oczy­wiście sy­tu­acja się zmie­ni, co przy­spo­rzy kłopotów mo­je­mu klien­to­wi. Wo­li­my tego uniknąć. Oczy­wiście, pańska śmierć będzie cio­sem dla żony i córek… bez wątpie­nia będą zroz­pa­czo­ne… jed­nak ta­kie roz­wiąza­nie będzie dla nich znacz­nie lep­sze niż dru­ga możliwość.

– Wiem, kim jest pański klient – oznaj­mił Pen­ny, za­sta­na­wiając się gorączko­wo i czując przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Jak każdy człowiek w ta­kiej sy­tu­acji nie mógł po­go­dzić się z myślą, że cze­ka go śmierć. Roz­pacz­li­wie szu­kał pla­nu, który po­zwo­li mu prze­trwać. Ja­kie­go­kol­wiek pla­nu. – Proszę posłuchać, te­raz wiem, że ta spra­wa mnie prze­ra­sta, więc na­tych­miast zre­zy­gnuję z dal­sze­go do­cho­dze­nia. Nig­dy nie na­piszę o tym ani słowa. Obie­cuję. – Ude­rzył się pięścią w pierś na znak, że mówi poważnie. Miał na­dzieję, że to wy­star­czy.

Nie wy­star­czyło. Mężczy­zna znów się uśmiechnął.

– Nie wierzę, pa­nie Pen­ny. Mój klient też nie wie­rzy. Albo na­pi­sze pan te li­sty i zro­bi, co mówię, albo każę mo­je­mu wspólni­ko­wi wy­mor­do­wać pańską ro­dzinę. Niech pan spoj­rzy na nóż i wy­obra­zi so­bie, jak prze­ci­na gardła pańskiej żony i córek, gdy błagają o litość. Krzyczą, ale nikt ich nie słyszy, bo wasi sąsie­dzi miesz­kają po­nad sto metrów da­lej. Na tym po­le­ga pro­blem z miesz­ka­niem w od­osob­nie­niu, praw­da?

Pen­ny pokręcił głową.

– Jezu… – załkał, gdy w końcu do nie­go do­tarło, że jego życie pra­wie na pew­no się skończy. – Boże…

– Ma pan dzie­sięć se­kund na podjęcie de­cy­zji.

Za­nim zo­stał oj­cem, za­wsze się śmiał, gdy jego zna­jo­mi oj­co­wie mówili, że bez wa­ha­nia od­da­li­by życie za swo­je dzie­ci. Nig­dy nie po­tra­fił tego pojąć. Do­pie­ro te­raz, gdy miał dwie piękne córki, z ab­so­lut­nym prze­ko­na­niem przy­znał im rację. Mówiąc szcze­rze, nie poświęciłby życia dla Na­ta­lie; w ich małżeństwie od daw­na nie było miłości. Dla ko­chan­ki też by tego nie zro­bił. Zawróciła mu w głowie, może na­wet ją ko­chał, ale za­wsze wie­dział, że ro­mans nie będzie trwać wiecz­nie. Jed­nak Ella i Ame­lie… tu­taj nie było żad­nych wątpli­wości. Zda­wał so­bie sprawę, że siedzący na­prze­ciw­ko nie­go mężczy­zna jest śmier­tel­nie poważny, po­nie­waż wie­dział, kim jest jego klient i do cze­go ten potwór jest zdol­ny.

Pen­ny przeklął się w du­chu, że wmie­szał się w tę sprawę, że tak łatwo dał się wy­tro­pić i wciągnąć w pułapkę, że kupił stojący na od­lu­dziu do­mek, w którym ktoś bez zwra­ca­nia na sie­bie uwa­gi mógł wy­mor­do­wać jego ro­dzinę. Prze­kli­nał się za wszyst­ko, choć było za późno, żeby co­kol­wiek zmie­nić.

Wbił oczy w bladą twarz mężczy­zny, bez po­wo­dze­nia próbując zna­leźć odro­binę człowie­czeństwa w tym zim­nym, pro­fe­sjo­nal­nym ro­bo­cie.

– Jak możesz żyć w zgo­dzie z własnym su­mie­niem? – za­py­tał w ostat­nim, in­stynk­tow­nym od­ru­chu bun­tu.

Zabójca po­zwo­lił so­bie na znaczący uśmie­szek.

– Przy­cho­dzi mi to znacz­nie łatwiej, niż ci się wy­da­je – od­parł, wyj­mując linę z aktówki.

Pen­ny otwo­rzył no­tes i zaczął pisać.

Część pierw­sza

TOPÓR SIĘ WZNO­SI

1

Hong­kong jest królem no­wo­cze­snych miast dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku, ar­chi­tek­to­nicz­nym cu­dem, który po­ry­wa cię, w chwi­li gdy opusz­czasz lot­ni­sko i je­dziesz gładką, nie­mal pustą drogą po wiel­kich mo­stach roz­piętych jak sta­lo­we szkie­le­ty nad nie­bie­sko­sza­rym mo­rzem pełnym dżonek i frach­towców. Sie­dem mi­lionów lu­dzi za­miesz­ku­je te roz­pro­szo­ne górzy­ste wy­sep­ki, niektóre wciąż porośnięte sub­tro­pi­kalną roślin­nością jak tysiąc, może na­wet mi­lion lat temu. Rośnie na nich również las dra­pa­czy chmur, które jak­by na wyścigi pną się ku nie­bu w kłęby białej mgły, często przy­wie­rającej do górskich szczytów. Czy lu­bisz wiel­kie mia­sta, czy nie, Hong­kong cię uwie­dzie i nic na to nie po­ra­dzisz.

Oso­biście nie prze­pa­dam za me­tro­po­lia­mi. Pra­wie dwa­dzieścia lat spędziłem w Lon­dy­nie i wy­star­czyłoby mi to na parę wcie­leń. Obec­nie moim do­mem jest gorące, sen­ne mia­sto Lu­ang Pra­bang, które leży w la­sach północ­ne­go La­osu, le­d­wie kil­ka­set ki­lo­metrów od Hong­kon­gu w li­nii pro­stej, ale mi­lion ki­lo­metrów da­lej pod każdym in­nym względem, i jest o nie­bo lep­sze dla kogoś ta­kie­go jak ja. Mimo to wciąż czułem pełen sza­cun­ku po­dziw, gdy pa­trzyłem przez okno taksówki wiozącej mnie na wyspę Hong­kong i do celu mo­jej podróży.

Byłem tu tyl­ko raz, ja­kieś półtora roku temu, żeby zabić człowie­ka – bez­czel­ne­go i sko­rum­po­wa­ne­go bry­tyj­skie­go eks­pa­ta, który uważał się za nie­zwy­ciężone­go, choć wca­le taki nie był. Ale to zupełnie inna hi­sto­ria. Po­wo­dem obec­nej wi­zy­ty było spo­tka­nie z człowie­kiem, dla którego od cza­su do cza­su pra­co­wałem. Na­zy­wał się Ber­tie Scha­gel i był Ho­len­drem.

Za­zwy­czaj lubię Ho­lendrów. Są to­wa­rzy­scy i za­wsze do­sko­na­le mówią po an­giel­sku, co ułatwia roz­mowę. Ber­tie Scha­gel też wy­bor­nie znał ten język, nie był jed­nak miłym człowie­kiem. Prawdę mówiąc, był jed­nym z naj­bar­dziej odrażających lu­dzi, ja­kich znałem – a w ciągu mo­je­go życia miałem pe­cha po­znać ta­kich wie­lu. Ale za­wdzięczałem mu wol­ność i od trzech lat upo­mi­nał się o spłatę długu. To on przysłał mnie tu zeszłym ra­zem, żebym zabił tego eks­pa­ta, po­nie­waż li­kwi­do­wa­nie lu­dzi dla in­nych lu­dzi było jed­nym z pod­sta­wo­wych źródeł jego do­cho­du, a w dzi­siej­szym bez­względnym świe­cie glo­bal­ne­go ka­pi­ta­li­zmu nie na­rze­kał na brak pra­cy.

Prawdę mówiąc, nie­wie­le wie­działem o Ber­tiem Scha­ge­lu. Ile­kroć miał dla mnie ro­botę, ze względów bez­pie­czeństwa za­wsze spo­ty­ka­liśmy się w różnych miej­scach w Azji Południo­wo-Wschod­niej i nie miałem pojęcia, gdzie miesz­ka na stałe. Nie znałem na­wet jego nu­me­ru te­le­fo­nu. Kon­tak­to­wał się ze mną przez pocztę hot­ma­il, przy­syłając wia­do­mości z różnych ad­resów i za­wsze ogra­ni­czając do mi­ni­mum liczbę szczegółów. Kie­dy chciał, żebym coś zro­bił, pisał wia­do­mość w fol­de­rze ro­bo­czym kon­ta e-ma­ilo­we­go, do którego tyl­ko my dwaj mie­liśmy dostęp, i po­da­wał, gdzie się spo­tka­my. Ka­so­wałem wia­do­mość po prze­czy­ta­niu i pisałem od­po­wiedź, zwy­kle po­twier­dzając moje sta­wien­nic­two. W ten sposób żadna wia­do­mość de fac­to nie była prze­syłana przez sieć, co zna­czyło, że na­sza ko­re­spon­den­cja nie może być przez ni­ko­go mo­ni­to­ro­wa­na. Scha­gel był wyjątko­wo ostrożny w in­te­re­sach. Szcze­rze mówiąc, nie mógłbym na­wet po­wie­dzieć, czy na­prawdę na­zy­wa się Ber­tie Scha­gel – po­dej­rze­wałem, że to mało praw­do­po­dob­ne. Wie­działem na pew­no, że jest bez­li­to­sny, i gdy­bym tyl­ko mógł prze­stać dla nie­go pra­co­wać, daję słowo, że bym to zro­bił.

Ale przy­najm­niej na ra­zie byłem z nim związany, więc kie­dy wołał, biegłem na we­zwa­nie, a on do­brze wie­dział, że się zja­wię.

Kazałem taksówka­rzo­wi za­trzy­mać się przed L’Ho­tel, lśniącą czter­dzie­sto­piętrową bu­dowlą w dziel­ni­cy Cau­se­way Bay. Kie­dy od­je­chał, pod­niosłem torbę, do której Scha­gel kazał mi za­pa­ko­wać ubra­nia na trzy dni, i po­szedłem Cau­se­way Bay Road z mo­no­li­tycz­ny­mi bu­dowlami piętrzącymi się po obu stro­nach do zie­lo­nej oazy Vic­to­ria Park.

Było późne popołudnie, nie­ty­po­wo ciepłe i par­ne jak na luty, i słońce wyszło zza chmur, opa­dając nad półwy­spem Ko­ulun. W jed­nym z ogrodów gru­pa star­szych osób ćwi­czyła tai-chi, a na ław­kach wzdłuż ale­jek sie­działy pary w różnym wie­ku. Niektórzy trzy­ma­li się za ręce, ciesząc się ciepłem i swo­im to­wa­rzy­stwem.

Szedłem ze spusz­czoną głową. Nie chciałem na­po­tkać ni­czy­je­go spoj­rze­nia. Ci lu­dzie mo­gli so­bie być tu­tej­szy­mi Chińczy­ka­mi, którzy praw­do­po­dob­nie nie roz­po­zna­li­by we mnie zbiegłego byłego an­giel­skie­go po­li­cjan­ta, od pra­wie dzie­sięciu lat po­szu­ki­wa­ne­go przez In­ter­pol za mor­der­stwo, ale z gorz­kie­go doświad­cze­nia wie­działem, że nie ma cze­goś ta­kie­go jak nad­miar ostrożności. Rozglądając się ukrad­ko­wo, czułem za­zdrość. Jako ucie­ki­nier od daw­na żyłem w sta­nie per­ma­nent­nej sa­mot­ności i wi­dok dzie­lo­ne­go z bliską osobą spo­koj­ne­go życia wzma­gał mój ból, po­nie­waż sta­le mi przy­po­mi­nał o tym, co stra­ciłem.

Prze­szedłem kładką nad sześcio­pa­smową Vic­to­ria Hi­gh­way i przy­po­mi­nając so­bie in­struk­cje, ru­szyłem wzdłuż no­wo­cze­sne­go na­brzeża por­tu Cau­se­way Bay, zdu­mio­ny pa­nującą tu ciszą. W końcu do­tarłem do ka­mien­nych schodów pro­wadzących nad wodę, gdzie pod­ska­ki­wał mo­to­ro­wy pon­ton. Nie­zna­jo­my biały mężczy­zna w bawełnia­nej ko­szul­ce i oku­la­rach prze­ciwsłonecz­nych lek­ko skinął głową, gdy zszedłem na dół i wgra­mo­liłem się na pokład, po czym bez słowa zapuścił sil­nik i odbił od brze­gu.

W por­cie stały różne łodzie, te naj­droższe naj­bliżej brze­gu, a dżonki naj­da­lej, stłoczo­ne przy fa­lo­chro­nie. Nic więc dziw­ne­go, że na­sza podróż zakończyła się rap­tem po pięćdzie­sięciu me­trach, gdy do­bi­liśmy do bur­ty jed­ne­go z naj­bar­dziej ele­ganc­kich, naj­droższych jachtów. Ber­tie Scha­gel nie był człowie­kiem, który oszczędza kosz­tem własnej wy­go­dy.

Dru­gi biały mężczy­zna, w ko­szul­ce i oku­la­rach prze­ciwsłonecz­nych, po­ja­wił się na pokładzie i złapał cumę, gdy wcho­dziłem po tra­pie. Pośli­zgnąłem się na włóknie szkla­nym, a on złapał mnie za ramię, chro­niąc przed upad­kiem. Po­dziękowałem mu ski­nie­niem głowy, roz­po­znając go z ostat­nie­go spo­tka­nia z Scha­ge­lem w pew­nym ho­te­lu w Sin­ga­pu­rze. Byłem lek­ko zakłopo­ta­ny, że stra­ciłem chłodne opa­no­wa­nie, ja­kie lubiłem pre­zen­to­wać w tego ro­dza­ju sy­tu­acjach.

Fa­cet wska­zał w kie­run­ku dol­ne­go pokładu. Po raz ostat­ni spoj­rzałem na za­chodzące słońce i wszedłem przez otwar­te drzwi w kli­ma­ty­zo­wa­ny chłód słabo oświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia. Gru­by mężczy­zna o bar­dzo dużej głowie sie­dział w obi­tym skórą fo­te­lu, który, choć wiel­ki, wy­da­wał się za mały, żeby go po­mieścić. Ber­tie Scha­gel miał za­cze­sa­ne do tyłu rzed­niejące siwe włosy i był ubra­ny w czar­ny gar­ni­tur z roz­piętą pod szyją czarną ko­szulą odsłaniającą gru­be, gęste włosy na klat­ce pier­sio­wej. Z wielką szklanką ja­kie­goś al­ko­ho­lu w jed­nej ręce i z wy­pa­lo­nym do połowy kubańskim cy­ga­rem w dru­giej – nie­sa­mo­wi­cie przy­po­mi­nał pio­sen­ka­rza Meat Lo­afa w ele­ganc­kim ko­stiu­mie fi­nan­si­sty Gor­do­na Gek­ko z fil­mu Wall Stre­et.

– Den­ni­sie, do­brze, że je­steś – po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem, na­wet nie próbując wy­do­stać się z fo­te­la, co zresztą trwałoby o wie­le za długo. – Sia­daj. Na­pi­jesz się cze­goś?

Nor­mal­nie bym odmówił, bo nig­dy nie lubiłem mie­szać in­te­resów z przy­jem­nościa­mi ani spędzać z Scha­ge­lem więcej cza­su, niż było to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne, ale czułem się roz­bi­ty po lo­cie z Bang­ko­ku. Od­parłem, że chętnie wy­piję piwo.

– Sin­gha, jeśli pan ma – dodałem.

– Mamy wszyst­ko – oznaj­mił Scha­gel, po czym odwrócił głowę i krzyknął przez ramię, żeby ktoś je przy­niósł.

Kil­ka se­kund później przez drzwi za jego ple­ca­mi weszła ciem­noskóra Taj­ka o ufar­bo­wa­nych na blond włosach, niosąc piwo. Miała nie więcej niż osiem­naście lat, czy­li co naj­mniej trzy­dzieści mniej niż Scha­gel, i była ubra­na w ob­cisłe dżin­so­we szor­ty i jesz­cze bar­dziej ob­cisły ja­skra­woróżowy top, który jak dru­ga skóra opi­nał jej chłopięce ciało. Gdy położyła podkładkę na te­ko­wym sto­li­ku i po­sta­wiła na niej bu­telkę, Scha­gel po­chy­lił się i z lu­bieżnym łypnięciem dał jej bo­le­sne­go klap­sa. Dziew­czy­na drgnęła z za­sko­cze­nia, ale poza tym nie oka­zała, że coś się stało. Wyszła z ka­bi­ny, nie patrząc mi w oczy.

Było ja­sne, że Scha­gel poniżył ją z uwa­gi na mnie. Można by pomyśleć, że fa­cet znaj­du­je w tym jakąś oso­bliwą przy­jem­ność. Pew­ne­go razu, gdy mie­liśmy umówio­ne spo­tka­nie, mu­siałem cze­kać, wysłuchując, jak wrzesz­czy na kogoś w sąsied­nim po­ko­ju (nie do­wie­działem się, czy obiek­tem ata­ku był mężczy­zna, czy ko­bie­ta, bo słychać było tyl­ko jego głos). Zakończył ty­radę, wy­mie­rzając temu komuś głośny po­li­czek, po czym wta­ra­ba­nił się do po­ko­ju i po­wi­tał mnie jed­nym z tych swo­ich chy­trych, po­ro­zu­mie­waw­czych uśmieszków. Chy­ba w ten sposób mi przy­po­mi­nał, że on jest sze­fem i rządzi, że może robić wszyst­ko, co chce, i ani mnie, ani ni­ko­mu in­ne­mu nie uda mu w tym prze­szko­dzić.

Tyl­ko raz odmówiłem wy­ko­na­nia jego roz­kazów. Chciał, żebym zabił miesz­kającą w Ku­ala Lum­pur Ro­sjankę w śred­nim wie­ku, na zle­ce­nie jej męża, biz­nes­me­na, który, jak się zda­je, nie chciał za­wra­cać so­bie głowy roz­wo­dem. Poza tym mąż mu­siał być na nią nieźle wku­rzo­ny, bo zażyczył so­bie, żeby ją po­rwać, wy­wieźć w ja­kieś ustron­ne miej­sce i uciąć jej głowę przed ka­merą, a następnie do­star­czyć mu na­gra­nie.

Nie­odmien­nie dzi­wi mnie albo smu­ci ludz­kie wy­na­tu­rze­nie. Gdy Scha­gel po­wie­dział mi o ro­bo­cie, myślałem, jak ni­sko upadłem, sko­ro biorę udział w ta­kiej roz­mo­wie. Za­pro­po­no­wał mi sto pięćdzie­siąt tysięcy do­larów – trzy­krot­ność sumy, której zwy­kle się spo­dzie­wam – i było ja­sne, że sam zgar­nie znacz­nie więcej. Jed­nak od­rzu­ciłem pro­po­zycję.

Nie je­stem do­brym człowie­kiem. Zabiłem w moim życiu lu­dzi, którzy praw­do­po­dob­nie na to nie zasłużyli. Prawdę mówiąc, je­stem tego pe­wien. Działałem jako sędzia, ława przy­sięgłych i kat, kie­dy nie miałem ab­so­lut­nie żad­ne­go pra­wa tego robić. Ale kosz­to­wało mnie to wie­le nie­prze­spa­nych go­dzin. Bu­dziłem się w środ­ku nocy, spo­co­ny i prze­rażony, gdy du­chy przeszłości na­wie­dzały moje sny – wie­działem, że będą ze mną do końca mo­je­go życia i praw­do­po­dob­nie na­wet po śmier­ci. Mam po­czu­cie mo­ral­ności. Lubię myśleć, że li­kwi­duję lu­dzi, którzy zro­bi­li coś złego, nie są nie­win­ni. Ta ko­bie­ta nie była ni­cze­mu win­na, dla­te­go się nie zgo­dziłem, wiedząc, że od tej de­cy­zji zależy moje zdro­wie psy­chicz­ne.

Scha­gel nie przyjął tego do­brze. Gro­ził mi i prze­ko­ny­wał, że w każdej chwi­li może kazać mnie aresz­to­wać, a wte­dy resztę życia spędzę w więzie­niu. Mógł to zro­bić. Wie­dział o mnie znacz­nie więcej niż ja o nim i załatwił mi fałszy­we pa­pie­ry, którymi się te­raz posługi­wałem. Poza tym w prze­ci­wieństwie do mnie miał kil­ku potężnych przy­ja­ciół. Nie ustąpiłem jed­nak i w końcu zre­zy­gno­wał. Nie wydał mnie władzom. Przy­pusz­czam, że byłem dla nie­go zbyt użytecz­ny. Nie­ste­ty, kil­ka ty­go­dni później prze­czy­tałem w ga­ze­cie, że w rze­ce Klang tuż pod Ku­ala Lum­pur zna­le­zio­no po­zba­wio­ne głowy ciało pięćdzie­sięcio­sześcio­let­niej ko­bie­ty. Od­rzu­ce­nie pro­po­zy­cji po­pra­wiło mi sa­mo­po­czu­cie, ale Ro­sjan­ce nie­wie­le po­mogło.

Pod­niosłem piwo i pociągnąłem długi łyk, roz­ko­szując się chłodem i sma­kiem chmie­lu.

– Cze­mu za­wdzięczam przy­jem­ność prze­by­wa­nia w pańskim to­wa­rzy­stwie, pa­nie Scha­gel?

– Pro­sto do rze­czy, Den­ni­sie. To u cie­bie lubię. – Uśmiechnął się jak jasz­czur­ka i splótł pal­ce, głośno strze­lając knyk­cia­mi. – Wo­bec tego ja też po­wi­nie­nem przejść pro­sto do rze­czy. Jest ro­bo­ta na Fi­li­pi­nach… jak ro­zu­miem, znasz ten kraj.

Skinąłem głową. Fi­li­pi­ny. Nie byłem tam od sześciu lat i na­tych­miast zacząłem się za­sta­na­wiać, skąd Scha­gel wie, że ten kraj jest mi zna­ny. Ja na pew­no mu tego nie po­wie­działem i o ile wiem, nikt nie miał pojęcia, że spędziłem tam trzy lata po uciecz­ce z Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ale na ra­zie to odpuściłem.

– Kim jest cel?

– Ir­landz­ki eks­pat, od daw­na miesz­kający w Ma­ni­li. Na­zy­wa się Pa­trick O’Rior­dan. – Scha­gel sięgnął za fo­tel po szarą ko­pertę, którą mi podał.

Otwo­rzyłem ją i wyjąłem czar­no-białe zdjęcie for­ma­tu A4, przed­sta­wiające wy­spor­to­wa­ne­go białego mężczyznę po pięćdzie­siątce, z szopą kędzie­rza­wych białych włosów i pew­nym sie­bie półuśmie­chem, jak­by w jego świe­cie wszyst­ko do­brze się układało. Praw­do­po­dob­nie tak było.

– Za­da­nie po­win­no być pro­ste – kon­ty­nu­ował Scha­gel. – Klient za­pew­nia, że pan O’Rior­dan ni­cze­go nie będzie się spo­dzie­wać.

Cza­sa­mi lu­dzie, których bie­rzesz na cel, po­dej­rze­wają, co nad­cho­dzi, i po­dej­mują środ­ki ochro­ny albo spraw­dzają, czy nie są śle­dze­ni, co nie­co utrud­nia ich tro­pie­nie. Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia do­bre jest to, że zwy­kle ta­kie za­cho­wa­nie ozna­cza, iż są cze­muś win­ni. Ale jeśli Pa­trick O’Rior­dan – kim­kol­wiek jest – ni­cze­go się nie spo­dzie­wa, to możliwe, że jest nie­win­ny. Albo głupi. Tak czy owak, trochę wytrąciła mnie z równo­wa­gi świa­do­mość, że w tej chwi­li fa­cet zaj­mu­je się swo­imi zwykłymi spra­wa­mi, nie zdając so­bie spra­wy, że tysiące ki­lo­metrów da­lej dwie oso­by roz­ma­wiają o jego śmier­ci.

– Kim jest? – za­py­tałem.

– Dzien­ni­ka­rzem piszącym do „Ma­ni­la Post”.

– Ktoś musi na­prawdę nie lubić jego pra­cy.

Scha­gel się uśmiechnął.

– Owszem. Wiesz, że na Fi­li­pi­nach gi­nie więcej dzien­ni­ka­rzy niż w każdym in­nym kra­ju na świe­cie?

– Nie wie­działem – od­parłem, choć in­for­ma­cja mnie nie za­sko­czyła. Z doświad­cze­nia wiem, że Fi­li­pi­ny są nie­pra­worządnym, sko­rum­po­wa­nym kra­jem, gdzie lu­dzie ze wszyst­kich śro­do­wisk trak­tują pi­sto­let jako pierw­szy, a nie ostat­ni sposób roz­wiąza­nia pro­ble­mu.

– Pan O’Rior­dan miesz­ka z żoną w mieście. Klien­to­wi zależy na zli­kwi­do­wa­niu dzien­ni­ka­rza, ale jeśli żona wej­dzie w pa­radę… – Scha­gel wzru­szył ra­mio­na­mi i jego wiel­ka głowa jak­by się w nie za­padła. – Będziesz mu­siał się jej po­zbyć.

Nie za­re­ago­wałem na ten lek­ki, bez­tro­ski ton. Po jego mi­nie po­znałem, że spraw­dza moją re­akcję. Chciał mieć pew­ność, że za­strzelę ko­bietę, jeśli sta­nie mi na dro­dze.

Za­py­tałem go o wy­so­kość zapłaty.

– Wy­na­gro­dze­nie wy­no­si sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy do­larów, płatne w zwykły sposób po wy­ko­na­niu za­da­nia.

Zwykły sposób po­le­gał na prze­le­wie pie­niędzy z fir­my przy­kryw­ki za­re­je­stro­wa­nej w Hong­kon­gu na pa­nam­skie nu­me­ro­wa­ne kon­to ban­ko­we, które Scha­gel otwo­rzył dla mnie trzy lata temu. Stamtąd prze­le­wałem je na kon­to w Bang­kok Bank (również założone przez Scha­gela) i kie­dy chciałem, trans­fe­ro­wałem pie­niądze do ban­ku w La­osie. Wiel­kość wypłat nig­dy nie była na tyle duża, żeby za­in­te­re­so­wać władze, i choć miałem z tym spo­ro za­cho­du, taki sposób był o wie­le mniej po­dej­rza­ny niż prze­rzu­ca­nie wiel­kich sum z kra­ju do kra­ju.

Scha­gel wy­dmuchnął dym z cy­ga­ra.

– W Ma­ni­li do­sta­niesz nowy pi­sto­let z tłumi­kiem. Użyj go. Klient chce, żeby O’Rior­dan zo­stał zli­kwi­do­wa­ny we własnym domu, a kie­dy go załatwisz, masz podłożyć ogień.

Skinąłem głową na znak, że to mi od­po­wia­da, choć zgo­da ozna­czała, że pra­wie na pew­no będę mu­siał też zabić jego żonę, co napełniło mnie obłudnym nie­sma­kiem.

– Je­dy­ny wa­ru­nek jest taki, że za­da­nie musi zo­stać wy­ko­na­ne szyb­ko. Bar­dzo szyb­ko. Za­re­zer­wo­wałem ci bi­le­ty na lot Ca­thay Pa­ci­fic na dwu­dziestą drugą. Czas po­wro­tu nie jest określony, ale klient chce, żeby cel zginął ju­tro przed czter­nastą cza­su miej­sco­we­go. Dla­te­go zapłata jest wyższa niż zwy­kle.

– Nie mogę tego za­gwa­ran­to­wać, pa­nie Scha­gel. Nie lubię pośpie­chu w tego ro­dza­ju ro­bo­cie. Wie pan o tym. Zbyt wie­le rze­czy może pójść źle.

– Właśnie dla­te­go klient przy­szedł do mnie. Chce, żeby zajął się tym za­wo­do­wiec. Ktoś, kto po­tra­fi działać szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie. – Machnął w moją stronę cy­ga­rem. – Wie­lo­krot­nie do­wiodłeś, Den­ni­sie, że je­steś pro­fe­sjo­na­listą. Zrób to dla mnie. Ju­tro o czter­na­stej O’Rior­dan ma być mar­twy, w prze­ciw­nym ra­zie nie wywiążę się z umo­wy, co za­szko­dzi mo­jej re­pu­ta­cji.

Zacząłem coś mówić, ale uniósł dłoń, dając do zro­zu­mie­nia, że spra­wa nie pod­le­ga dys­ku­sji, więc wolałem nie próbować. Wska­zał ko­pertę w mo­jej ręce.

– Jest tam również te­le­fon. W no­tat­kach znaj­dziesz ad­re­sy domu i miej­sca pra­cy pana O’Rior­da­na, a także kil­ku lo­ka­li, do których zagląda.

– A jeśli nie ma go w mieście? – za­py­tałem, wyj­mując z ko­per­ty no­we­go iPho­ne’a.

– Mam in­for­ma­cje z wia­ry­god­ne­go źródła, że jest.

Wy­da­wało się, że klient Scha­ge­la całkiem spo­ro wie o człowie­ku, na którego śmier­ci mu zależy, ale to aku­rat było mi na rękę. Po­twier­dzo­ne in­for­ma­cje ułatwiają wie­le rze­czy.

– W komórce jest wpi­sa­ny nu­mer te­le­fo­nu do używa­nia w sy­tu­acjach awa­ryj­nych, gdy­byś mu­siał się ze mną skon­tak­to­wać. Możesz to zro­bić o każdej po­rze. Za­dzwoń, zo­staw wia­do­mość, a ja od­dzwo­nię w ciągu go­dzi­ny. Kie­dy po­twier­dzisz, że za­da­nie zo­stało wy­ko­na­ne, wy­ka­suj wszyst­ko z te­le­fo­nu i pozbądź się go w taki sposób, żeby nie zo­stał zna­le­zio­ny. Za­pa­miętałeś twarz celu?

Skinąłem głową, scho­wałem iPho­ne’a do kie­sze­ni dżinsów i oddałem mu ko­pertę ze zdjęciem.

W ciągu trzech ubiegłych lat kropnąłem czte­ry oso­by dla Ber­tie­go Scha­ge­la, który miał usta­lo­ny sposób działania. Postępował me­to­dycz­nie, uwzględniając wszyst­kie możliwości. Za­wsze był gotów roz­wiązać nie­spo­dzie­wa­ne pro­ble­my i nie zo­sta­wiał za sobą ab­so­lut­nie ni­cze­go, co mogłoby go powiązać z przestępstwem. Ale przy­najm­niej można było na nim po­le­gać, a w moim fa­chu to jest bez­cen­ne.

Wie­działem też, że nie należy za­da­wać zbyt wie­lu pytań. Od śmier­ci tam­tej Ro­sjan­ki nig­dy tego nie zro­biłem. Wciąż lubiłem myśleć, że ce­la­mi są wyłącznie nie­go­dziw­cy (i wszy­scy byli fa­ce­ta­mi), którzy zasłużyli na to, żeby źle skończyć, cho­ciaż nie mógłbym przy­siąc tego z ręką na ser­cu, zwłasz­cza te­raz, gdy się do­wie­działem, że O’Rior­dan jest dzien­ni­ka­rzem. Po­nie­waż jed­nak od­rzu­ciłem tamtą pro­po­zycję, wie­działem, że Scha­gel nie do końca mi ufa. Wolał, by jego lu­dzie byli tacy jak on, wy­zu­ci z wszel­kich uczuć. Na szczęście jesz­cze nie upadłem tak ni­sko, choć od cza­su do cza­su w po­nu­rych chwi­lach sa­mot­ności, kie­dy roz­myślałem nad swo­im miej­scem w świe­cie, za­sta­na­wiałem się, czy osta­tecz­ny upa­dek nie jest wyłącznie kwe­stią cza­su.

Scha­gel dopił drin­ka, po czym ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem su­ge­rującym, że na­sze spo­tka­nie do­biegło końca.

– Jeśli chcesz, wezwę taksówkę, która za­wie­zie cię na lot­ni­sko – za­pro­po­no­wał.

– Dziękuję, nie trze­ba. Ale chciałbym z pa­nem jesz­cze o czymś po­roz­ma­wiać.

Zro­bił po­dejrz­liwą minę.

– Na­prawdę? O czym?

Nie paliłem się do tej roz­mo­wy, lecz wie­działem, że nie mogę dłużej zwle­kać.

– O mo­jej eme­ry­tu­rze. Spo­ro dla pana zro­biłem, ale za­ra­biam na życie, pro­wadząc własną działalność, i za­mie­rzam rozkręcić in­te­res. Po tym zle­ce­niu chciałbym zakończyć naszą zna­jo­mość.

Scha­gel po­pa­trzył na mnie przez dym cy­ga­ra z lek­kim roz­ba­wie­niem, jak­bym opo­wie­dział mu kiep­ski dow­cip.

– Nie za­po­mniałeś, mam na­dzieję, co dla cie­bie zro­biłem?

Nie za­po­mniałem. To dla­te­go byłem jego dłużni­kiem. Gdy­by Ber­tie Scha­gel nie po­spie­szył mi na ra­tu­nek, resztę życia spędziłbym za krat­ka­mi. Nie zro­bił tego z al­tru­istycz­nych po­bu­dek, ale mimo to zro­bił.

– Nie – od­parłem. – Uważam jed­nak, że po tej ro­bo­cie, nu­mer pięć, mój dług będzie spłaco­ny.

– Wyciągnięcie cię z aresz­tu kosz­to­wało mnie spo­ro pie­niędzy i wysiłku. Władze bry­tyj­skie ści­gają cię za zabójstwo, a słyną z długiej pamięci. Jed­nak udało mi się za­pew­nić ci wol­ność. – Za­milkł na chwilę. – Na­dej­dzie czas, kie­dy twój dług zo­sta­nie spłaco­ny. Za­wsze ci to mówiłem. Na ra­zie je­steś mi jesz­cze po­trzeb­ny, ty i świad­czo­ne przez cie­bie usługi, i do­brze ci płacę za two­je sta­ra­nia, praw­da? Mimo że pew­ne­go razu odmówiłeś współpra­cy. – Odchrząknął. – Jeśli załatwisz dla mnie tę sprawę w usta­lo­nym cza­sie, wte­dy może zno­wu po­ga­da­my, zgo­da? Ale naj­pierw masz wy­ko­nać zle­ce­nie.

Trze­ba mu przy­znać, umiał prze­ko­ny­wać, a sposób, w jaki to ujął, nie­mal wywołał we mnie po­czu­cie winy, że po­ru­szyłem ten te­mat. Tak czy in­a­czej, mu­siałem zro­bić, co mi kazał, po­nie­waż na tym po­le­gał mój pro­blem: byłem zadłużony u niewłaści­wej oso­by.

– Zgo­da – od­parłem i wstałem, wiedząc, że mam wy­ru­szyć w podróż, która zo­sta­wi ko­lejną plamę na moim już zbry­zga­nym krwią su­mie­niu.

Ale gdy­bym miał choć cień po­dej­rze­nia, w ja­kiej strasz­nej ciem­ności się znajdę, złapałbym pierw­szy sa­mo­lot do domu i za­ry­zy­ko­wał ucieczkę, na­wet gdy­by ozna­czało to spędze­nie resz­ty mo­ich dni w więzie­niu.

2

Ich spoj­rze­nia były zim­ne i wy­zy­wające, choć wie­działa, że muszą być prze­rażeni. W końcu byli nie­mal dziećmi – naj­star­szy nie­daw­no skończył osiem­naście lat, po­zo­stała dwójka miała po sie­dem­naście – a dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny temu prze­wod­niczący ławy przy­sięgłych ogłosił, że są win­ni. Pra­wo an­giel­skie prze­wi­du­je tyl­ko je­den wy­rok za mor­der­stwo: dożywo­cie. De­cy­zja, kie­dy ska­za­ni będą mo­gli się ubie­gać o przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie, leży w ge­stii sądu. Wszy­scy w zatłoczo­nej sali sądo­wej wie­dzie­li, że pani sędzia nie będzie pobłażliwa. Oko­licz­ności przestępstwa były zbyt dra­stycz­ne. Ofia­ra, szes­na­sto­let­ni Mi­cha­el Fre­mi, był obie­cującym uczniem, który po­wi­nien świętować zakończe­nie szkoły śred­niej, bo otrzy­mał pięć ocen bar­dzo do­brych i ce­lujących. Nie­ste­ty, nie po­znał wy­ników eg­za­minów, po­nie­waż pew­ne­go piątko­we­go wie­czo­ru w sierp­niu ubiegłego roku trzech oskarżonych za­czaiło się na końcu jego uli­cy i na­padło na nie­go, gdy wra­cał do domu od ko­le­gi. Kil­ka dni wcześniej po­sta­wił się jed­ne­mu z nich, Kar­lo­wi Bray­ero­wi, który próbował ukraść jego ko­le­dze te­le­fon komórko­wy. Napaść była zemstą ban­dy Bray­era. W cza­sie krótkie­go, ale wyjątko­wo bru­tal­ne­go ata­ku, według świadków trwającego za­le­d­wie se­kun­dy, ugo­dzi­li go szes­naście razy, używając trzech noży. Je­den prze­bił ser­ce, inny prze­ciął tętnicę szyjną. Nig­dy tak na­prawdę nie było żad­nych wątpli­wości, że chcie­li go zabić.

Ko­mi­sarz Tina Boyd z wy­działu zabójstw Cam­den pełniła służbę tam­tej nocy i jako jed­na z pierw­szych zna­lazła się na miej­scu przestępstwa. Do­brze pamiętała, jak zroz­pa­czo­na mat­ka tuliła w ra­mio­nach mar­twe­go syna, nie chcąc po­zwo­lić mu odejść. Miał za­mknięte oczy i wy­raz nie­mal aniel­skie­go spo­ko­ju na młodej, gład­kiej twa­rzy. I krew. Tego też nie mogła za­po­mnieć. Było jej tak wie­le, że wciąż spływała do ście­ku, kie­dy się tam zja­wiła.

Szyb­ko złapa­li zabójców. W po­dob­nych spra­wach za­wsze tak bywa, co nie­odmien­nie pro­wo­ko­wało Tinę do za­sta­na­wia­nia się, dla­cze­go właści­wie te dzie­cia­ki to robią. Prze­cież muszą ro­zu­mieć, że re­zul­tat końcowy – aresz­to­wa­nie, wy­rok ska­zujący – jest nie­uchron­ny. Czy ich życie na­prawdę było aż tak jałowe? Nie­ste­ty, wie­działa, że od­po­wiedź brzmi twierdząco, i gdy stała w sali sądo­wej, patrząc na oskarżonych ze świa­do­mością, że wy­roki ska­zujące ozna­czają ko­lej­ny suk­ces jej ze­społu, wca­le nie czuła sa­tys­fak­cji.

Sędzia, ko­bie­ta w śred­nim wie­ku o wy­niosłej mi­nie, wyglądająca na­prawdę śmiesz­nie w pe­ru­ce i to­dze, za­brała głos i w sali za­padła ka­mien­na ci­sza.

Tina odpłynęła myślami, gdy sędzia opi­sy­wała bru­tal­ność przestępstwa i okru­cieństwo sprawców. Słyszała to wszyst­ko nie po raz pierw­szy i słowa za­wsze brzmiały sztucz­nie, głównie dla­te­go, że całko­wi­cie zależały od wer­dyk­tu ławy przy­sięgłych. Gdy­by przy­sięgli za­de­cy­do­wa­li, że oskarżeni działali w sa­mo­obro­nie, sędzia prze­pra­szałaby ich te­raz i oznaj­miała, że są wol­ni. Jedną z naj­większych bolączek bry­tyj­skie­go wy­mia­ru spra­wie­dli­wości było to, że nie­za­leżnie od tego, jak do­brze ona i jej ko­le­dzy przy­go­to­wa­li sprawę prze­ciw­ko aresz­to­wa­nym przez sie­bie lu­dziom, wy­nik zależał od ka­pry­su dwu­na­stu oby­wa­te­li, którzy często nie zna­li się na pra­wie.

Ktoś głośno krzyknął na ga­le­rii dla pu­blicz­ności za jej ple­ca­mi, gdy sędzia ogłosiła, kie­dy Karl Brayr będzie mógł się ubie­gać o przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie. Po sie­dem­na­stu la­tach, co ozna­czało, że sta­nie przed ko­misją naj­wcześniej w wie­ku trzy­dzie­stu pięciu lat, gdy jego młodość będzie nie więcej niż wy­blakłym wspo­mnie­niem. Bray­er po­wo­li, z roz­mysłem odwrócił się w kie­run­ku miejsc dla pu­blicz­ności i par­sknął z taką po­gardą, na jaką mógł się zdo­być.

Wte­dy pod­chwy­cił spoj­rze­nie Tiny. To ona przed­sta­wiła mu za­rzu­ty w po­ko­ju przesłuchań i te­raz na jej wi­dok po­wo­li prze­ciągnął pal­cem po szyi, bezgłośnie wy­po­wia­dając słowa: „Głupia dziw­ka”.

Uśmiechnęła się do nie­go z od­po­wied­nią dawką litości, po raz pierw­szy tego dnia czując się po­go­dzo­na ze świa­tem. Trze­ba by kogoś więcej niż ta­kie­go nadętego szcze­nia­ka jak Bray­er, żeby ją wy­stra­szyć, nie po tym, przez co przeszła w ciągu lat pra­cy. Wsa­dzałam za krat­ki lu­dzi, na których wi­dok włosy stanęłyby ci dęba, pomyślała, patrząc mu w oczy, za­do­wo­lo­na, że pierw­szy odwrócił od niej wzrok.

Sędzia ogłosiła wy­rok, ska­zując jego kum­pli na dożywo­cie z możliwością zwol­nie­nia wa­run­ko­we­go po szes­na­stu la­tach. Roz­pra­wa się zakończyła i strażnicy wy­pro­wa­dzi­li trójkę oskarżonych, sza­moczących się ze złością, do końca po­zujących na ma­cho, gdy z jed­nej stro­ny ga­le­rii dla pu­blicz­ności padały wy­zwi­ska, a z dru­giej – słowa otu­chy wy­krzy­ki­wa­ne przez ich ro­dzi­ny.

Tina wy­mie­niła uścisk dłoni z dwo­ma ko­le­ga­mi, którzy również przy­szli na od­czy­ta­nie wy­ro­ku, po­tem po­chy­liła się nad krzesłami i uści­skała matkę Mi­cha­ela; Con­stan­ta Fre­mi uśmie­chała się przez łzy, gdy tar­gały nią skraj­ne emo­cje.

Kie­dy tyl­ko Tina wyszła z gma­chu sądu na ulicę, włączyła komórkę i za­pa­liła pa­pie­ro­sa. Po­wie­działa ko­le­gom – no­we­mu sze­fo­wi, nad­ko­mi­sa­rzo­wi Bo­bo­wi Le­vi­ne’owi i byłemu part­ne­ro­wi, kon­sta­blo­wi Da­no­wi Grie­ro­wi – że spo­tka się z nimi w ko­mi­sa­ria­cie. Była umówio­na w Fin­chley ze świad­kiem in­nej ulicz­nej napaści z użyciem noża, również zakończo­nej mor­der­stwem. Dwu­dzie­sto­let­nia sa­mot­na mat­ka, Gem­ma Han­son, za­stra­sza­na przez ro­dzinę spraw­cy, chciała odwołać ze­zna­nia przed wy­zna­czoną na kwie­cień roz­prawą. Tina wie­działa, że musi ją prze­ko­nać, by tego nie robiła, po­nie­waż bez niej do­wo­dy prze­ciw­ko po­dej­rza­ne­mu pra­wie na pew­no zo­staną pod­ważone. Za­stra­sza­nie świad­ka zda­rza się znacz­nie częściej, niż sądzi większość lu­dzi, a po­li­cja po pro­stu nie ma środków, żeby za­pew­nić ochronę każdemu, kto się na to skarży. Re­al­nie rzecz biorąc, mogła za­ofe­ro­wać Gem­mie tyl­ko słowa otu­chy i mało kon­kretną obiet­nicę, że w oko­li­cy zo­stanie zwiększo­na licz­ba po­li­cyj­nych pa­tro­li. Już za­in­sta­lo­wa­li przy­cisk alar­mo­wy, ale gdy ostat­nim ra­zem ko­bie­ta go wcisnęła, bo przez okno wpadła cegła, o włos mi­jając łóżecz­ko z dziec­kiem, miej­sco­wi po­li­cjanci zja­wi­li się do­pie­ro po kwa­dran­sie. Tina wie­działa, że jej za­da­nie nie będzie łatwe.

Schro­niła się w wejściu do skle­pu przed prze­ni­kli­wym lu­to­wym wia­trem i głęboko, nie­mal de­spe­rac­ko zaciągnęła się dy­mem, ciesząc się ostrym ko­pem ni­ko­ty­ny. W po­czcie głoso­wej miała tyl­ko jedną wia­do­mość – od sierżanta Roba We­ale’a z wy­działu zabójstw w Es­sex. Pro­sił, żeby się z nim skon­tak­to­wała, kie­dy znaj­dzie wolną chwilę. Choć nie roz­po­znała na­zwi­ska, była na tyle za­in­try­go­wa­na, że od­dzwo­niła.

Ode­brał po trze­cim sy­gna­le, przed­sta­wił się i podał sto­pień służbowy, mówiąc z sil­nym ak­cen­tem po­dob­nym do gwa­ry lon­dyńskiej.

– Tu Tina Boyd – po­wie­działa, po czym ostat­ni raz zaciągnęła się pa­pie­ro­sem i zgniotła nie­do­pałek ob­ca­sem. – Dzwo­nił pan do mnie.

– Tak, dziękuję, że się pani ode­zwała. Jak ro­zu­miem, utrzy­my­wała pani kon­tak­ty z dzien­ni­ka­rzem o na­zwi­sku Nick Pen­ny. Czy to praw­da?

Zjeżyła się, słysząc jego słowa.

– Tak, to mój zna­jo­my – od­parła ofi­cjal­nym to­nem.

– W ta­kim ra­zie mam dla pani złe wia­do­mości.

Od razu wie­działa ja­kie, ale i tak za­py­tała, czując skurcz w brzu­chu.

– Co się stało?

– Zmarł ubiegłej nocy. Wygląda na to, że popełnił sa­mobójstwo.

– Nie – oświad­czyła sta­now­czo. – To było mor­der­stwo. Sierżant We­ale odchrząknął.

– Prze­czu­wałem, że pani to po­wie. Je­stem te­raz na miej­scu zda­rze­nia. Chy­ba mu­si­my po­roz­ma­wiać.

3

Nick Pen­ny przez wie­le lat od­no­sił suk­ce­sy jako dzien­ni­karz śled­czy w ga­ze­cie „Gu­ar­dian”. Ujaw­niał ciem­ne spraw­ki różnych kor­po­ra­cji i rządów, do­pro­wa­dzając do dy­mi­sji wie­lu wy­so­ko po­sta­wio­nych osób po­dej­rza­nych o ko­rupcję. La­tem półtora roku temu Tina skon­tak­to­wała się z nim w związku z na­gra­nym przez sie­bie oskarżeniem do­tyczącym za­tu­szo­wa­nia mor­der­stwa, które zna­ny po­li­tyk wygłosił pod ad­re­sem Pau­la Wise’a, szem­ra­ne­go biz­nes­me­na powiąza­ne­go ze świa­tem przestępczości zor­ga­ni­zo­wa­nej. Wise, człowiek po­dej­rze­wa­ny o czer­pa­nie zysków z prze­my­tu nar­ko­tyków, pro­sty­tu­cji, ter­ro­ry­zmu i – co naj­bar­dziej obrzy­dli­we – pe­do­fi­lii, od daw­na był jej zmorą i w tym na­gra­niu wi­działa szansę na po­sta­wie­nie go przed sądem.

Po­li­tyk zo­stał za­bi­ty, za­nim miał okazję powtórzyć za­rzu­ty pod­czas pro­ce­su, i Tina się bała, że jeśli prze­każe na­gra­nie Pro­ku­ra­tu­rze Ko­ron­nej, taśma praw­do­po­dob­nie znik­nie, gdyż Wise miał wie­lu przy­ja­ciół na wy­so­kich szcze­blach. Mogła się nie zga­dzać z poglądami po­li­tycz­ny­mi Pen­ny’ego, ale całko­wi­cie mu ufała, a on od­wza­jem­nił jej za­ufa­nie, nakłaniając „Gu­ar­dia­na” do opu­bli­ko­wa­nia pełnego za­pi­su taśmy, choć zo­stała na­gra­na nie­le­gal­nie.

Z początku wyglądało na to, że w końcu Wise’a dosięgnie ręka spra­wie­dli­wości. Rząd bry­tyj­ski for­mal­nie wystąpił o jego eks­tra­dycję, mimo że nie miał pod­pi­sa­ne­go trak­ta­tu eks­tra­dy­cyj­ne­go z Cy­prem Północ­nym. Ale Wise nie żyłby tak długo, gdy­by łatwo dawał za wy­graną, i ko­rzy­stając z po­sia­da­nych środków fi­nan­so­wych, przy­puścił za­ciekły atak. Wy­najął naj­lep­szych praw­ników i po­zwał o zniesławie­nie „Gu­ar­dia­na”, Nic­ka Pen­ny’ego, a na­wet – czym wywołał naj­więcej kon­tro­wer­sji – spad­ko­bierców mi­ni­stra, który go oskarżył.

Było to mądre po­su­nięcie. Bry­tyj­skie re­gu­la­cje praw­ne do­tyczące zniesławie­nia należą do naj­su­row­szych w kra­jach roz­wi­niętych. Po kil­ku ty­go­dniach syn mi­ni­stra oświad­czył pu­blicz­nie, że nie wie­rzy, by głos na taśmie należał do jego ojca. Niedługo później spra­wa prze­ciw­ko spad­ko­bier­com mi­ni­stra zeszła z wo­kan­dy. Następnie sąd w Cy­prze Północ­nym od­rzu­cił wnio­sek o eks­tra­dycję, powołując się na brak do­wodów. W końcu rząd bry­tyj­ski zaczął się wy­co­fy­wać, kie­dy stało się ja­sne, że samo na­gra­nie (na­wet jeśli było praw­dzi­we) nie wy­star­czy, żeby ska­zać Wise’a, a nic in­ne­go nie wiązało go ze spi­skiem ani z in­ne­go ro­dza­ju działalnością przestępczą, o którą był po­dej­rze­wa­ny. Pen­ny zo­stał wy­rzu­co­ny z ro­bo­ty, gdy właści­cie­le „Gu­ar­dia­na” próbo­wa­li odciąć się od afe­ry.

Kie­dy Tina wróciła z długie­go urlo­pu w Ame­ry­ce Środ­ko­wej, spra­wa już daw­no zniknęła z pierw­szych stron ga­zet. Wise nie tyl­ko po­zo­stał na wol­ności, ale wręcz zaj­mo­wał po­zycję sil­niejszą niż kie­dy­kol­wiek, po­nie­waż te­raz tyl­ko nie­licz­ne oso­by chciały mu się do­brać do skóry.

Minęła pierw­sza, pra­wie dwie go­dzi­ny po te­le­fo­nie sierżanta We­ale’a, kie­dy Tina za­par­ko­wała swój sa­mochód przed dwu­piętro­wym bu­dyn­kiem z pre­fa­bry­katów w od­ległej części na wpół pu­ste­go kom­plek­su prze­mysłowe­go, gdzie Nick Pen­ny miał swo­je biu­ro. Od cza­su zwol­nie­nia z ga­ze­ty była to jego baza, skąd jako wol­ny strze­lec re­ali­zo­wał zle­ce­nia (a nie miał ich wie­le). Tu­taj również pro­wa­dził swo­je nie­ofi­cjal­ne śledz­two w spra­wie działalności Pau­la Wise’a, próbując zna­leźć jakąś szcze­linę w jego pan­ce­rzu, a Tina po­ma­gała mu w miarę swo­ich możliwości.

Pen­ny twier­dził, że z po­wo­du hałasu nie może pra­co­wać w od­da­lo­nym o kil­ka ki­lo­metrów siel­skim domu pod Gre­at Dun­mow, w którym miesz­kał z żoną i dwójką małych dzie­ci, ale za­wsze uważała, że chy­ba zwa­rio­wał, urządzając się w ta­kim miej­scu. Oko­li­ca była nie­przy­jem­na, od­lud­na i – co gor­sza – nie­bez­piecz­na dla człowie­ka zaj­mującego się tym, co on. Nikt nie chro­nił obiek­tu, a większość biur na sku­tek re­ce­sji stała pu­sta, więc nie­trud­no byłoby zli­kwi­do­wać tu kogoś bez świadków. Ostrzegła go przed taką sy­tu­acją, ale w od­po­wie­dzi usłyszała, że jest wyjątko­wo ostrożny. „Poza tym – po­wie­dział jej pod­czas jed­nej z ostat­nich rozmów – li­kwi­do­wa­nie mnie byłoby zbyt ry­zy­kow­ne. Je­stem za bar­dzo zna­ny”.

Jed­nak to zro­bi­li.

Tina z za­sko­cze­niem zo­ba­czyła, że na par­kin­gu stoi tyl­ko je­den ra­diowóz i je­den nie­ozna­ko­wa­ny sa­mochód. Nie było taśmy po­li­cyj­nej i ani śladu eki­py kry­mi­na­li­stycz­nej. Przed drzwia­mi fron­to­wy­mi stał zmar­z­nięty mun­du­ro­wy we flu­ore­scen­cyj­nej ka­mi­zel­ce. Pen­ny zmarł nie­spełna dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny temu, więc brak eki­py na miej­scu zda­rze­nia mógł ozna­czać tyl­ko jed­no: po­li­cja nie uważa jego śmier­ci za po­dej­rzaną. Na­tych­miast ogarnęła ją złość.

Po­ka­zała po­li­cjan­to­wi le­gi­ty­mację i weszła po wąskich scho­dach do cia­sne­go po­ko­ju na pierw­szym piętrze, w którym była tyl­ko raz. Wi­dy­wa­li się re­gu­lar­nie od kil­ku mie­sięcy, ile­kroć jed­nak uznał, że ma jakiś trop wart omówie­nia, za­wsze na­le­gała na spo­tka­nie gdzieś, gdzie ist­niała mniej­sza możliwość podsłucha­nia roz­mo­wy. Wie­działa, że Pen­ny uważa ją za pa­ra­no­iczkę, zwłasz­cza że od­kry­te przez nie­go tro­py nie były wie­le war­te, ale znała ich prze­ciw­ni­ka na tyle, by wie­dzieć, że jest bez­li­to­sny i nie ma so­bie równych pod względem do­pro­wa­dza­nia spraw do sa­me­go mor­der­cze­go końca.

Młody człowiek w gar­ni­tu­rze i ręka­wicz­kach ochron­nych – je­dy­na oso­ba w po­ko­ju – pod­niósł się od lap­to­pa i odwrócił, gdy za­pu­kała do drzwi. Był wy­so­ki i potężnie zbu­do­wa­ny, miał krótkie ja­sne włosy i okrągłą, wesołą twarz, która jesz­cze nie do końca utra­ciła ślady dzie­cięcej pulch­ności. Tina oce­niła, że ma ja­kieś dwa­dzieścia sie­dem lat, choć mógłby ucho­dzić za młod­sze­go o trzy albo na­wet czte­ry lata.

Mężczy­zna po­wi­tał ją współczującym uśmie­chem i wyciągnął rękę.

– Ko­mi­sarz Boyd, dziękuję, że pani przy­je­chała. Je­stem sierżant Rob We­ale. Żona pana Pen­ny’ego po­wie­działa, że ostat­nio często się z nim pani spo­ty­kała.

– To praw­da – od­parła, gdy wy­mie­ni­li uścisk dłoni.

Po­wo­li ro­zej­rzała się po po­ko­ju. Był za­gra­co­ny, jak zeszłym ra­zem, kie­dy tu była. Na pa­ra­pe­cie piętrzyły się tecz­ki, ga­ze­ty i książki, a na podłodze stały po­za­my­ka­ne tek­tu­ro­we pudełka. Wyglądało na to, że wszyst­ko jest na swo­im miej­scu, z wyjątkiem krzesła Pen­ny’ego, które zo­stało wy­su­nięte zza biur­ka. Czuła, jak za­ci­skają się mięśnie jej szczęki, gdy przyglądała się rze­czom na jego biur­ku: zdjęcie dwóch uśmiech­niętych dziew­czy­nek, fo­to­gra­fia żony Na­ta­lie, po­pla­mio­ny ku­bek West Ham Uni­ted stojący pomiędzy lap­to­pem i prze­pełnioną po­piel­niczką z logo He­ine­ke­na. Właści­cie­le bu­dyn­ku dwa razy go upo­mi­na­li, żeby nie palił w biu­rze, ale, po­dob­nie jak ona, miał władze w no­sie. Wes­tchnęła. Lubiła Nic­ka Pen­ny’ego.

Nie było już ciała i tyl­ko lek­ki, pra­wie nie­wy­czu­wal­ny za­pach rozkładu w lo­do­wa­tym po­wie­trzu, prze­mie­sza­ny z wonią sta­re­go dymu, po­twier­dzał, co się tu­taj stało.

– Chciałaby pani po­roz­ma­wiać gdzieś in­dziej? Domyślam się, że prze­by­wa­nie tu nie jest dla pani przy­jem­ne.

– Nie trze­ba, nic mi nie jest – po­wie­działa, pragnąc pchnąć spra­wy naprzód. Zmu­siła się, żeby za­py­tać: – Jak zmarł?

– Po­wie­sił się – od­parł We­ale, wska­zując sta­lową belkę, która biegła nie­całe pół me­tra nad jego głową. – Stanął na krześle. Wypił spo­ro bom­bay sap­phi­re, za­nim to zro­bił. Kie­dy wczo­raj nie wrócił do domu, żona nie mogła się z nim skon­tak­to­wać i za­dzwo­niła na po­licję. Zna­leźli go mun­du­ro­wi z pa­tro­lu, gdy przy­je­cha­li tu­taj tuż przed dwu­dziestą drugą. Przy krześle leżała bu­tel­ka. Wstępne wy­ni­ki tok­sy­ko­lo­gicz­ne wska­zują, że w chwi­li śmier­ci miał trzy i dwie dzie­siąte pro­mi­la al­ko­ho­lu we krwi. Nie zna­my dokład­ne­go cza­su zgo­nu, ale le­karz sądowy uważa, że nastąpił pomiędzy sie­dem­nastą a dzie­więtnastą.

Oparła się ręką o biur­ko, bo na­gle ude­rzyła ją po­twor­ność tego zda­rze­nia.

– Zo­sta­wił list?

– Trzy li­sty. Je­den do żony, dru­gi do dzie­ci i trze­ci do oso­by, którą na­zy­wał T, pod­pi­sa­ny żar­to­bli­wym pseu­do­ni­mem. Praw­do­po­dob­nie ad­re­satką była jego ko­chan­ka. Ma pani pojęcie, kto to mógł być?

Tina mimo woli za­cisnęła szczękę, gdy spoj­rzała mu w oczy.

– Tak – od­parła. – To ja.

4

Sta­rając się za­cho­wać pro­fe­sjo­nal­ny spokój, choć tar­gały nią różne emo­cje – żal, za­wsty­dze­nie i przede wszyst­kim po­czu­cie winy – Tina za­py­tała, czy może zo­ba­czyć li­sty.

– Są au­ten­tycz­ne – po­wie­dział We­ale. – Jego żona roz­po­znała cha­rak­ter pi­sma. – On też był spe­szo­ny jej wy­zna­niem, wyraźnie nie spo­dzie­wał się cze­goś ta­kie­go. To spra­wiło, że wyglądał jesz­cze młodziej.

– Czy wi­działa ten, który na­pi­sał do mnie?

– Nie. – Sierżant z zakłopo­ta­niem po­tarł czoło. – Uzna­liśmy, że w tej chwi­li nic nie zy­ska­my, in­for­mując ją o jego ro­man­sie.

Ode­tchnęła z ulgą.

– Wiem, że nie musi pan po­ka­zy­wać mi listów, byłabym jed­nak wdzięczna, mogąc je obej­rzeć.

Po chwi­li za­sta­no­wie­nia We­ale skinął głową i z wyświech­ta­nej aktówki opar­tej o pudełko w kącie po­ko­ju wyjął trzy prze­zro­czy­ste to­reb­ki na do­wo­dy.

– Nie wol­no ich do­ty­kać, ale chy­ba zdoła pani prze­czy­tać przez folię.

Li­sty były rozłożone płasko w to­reb­kach i sierżant pod­no­sił je ko­lej­no, żeby mogła czy­tać. Wszyst­kie były bar­dzo krótkie, w każdym z nich Nick prze­pra­szał naj­bliższe mu oso­by za to, co ma za­miar zro­bić, i We­ale miał rację, wyszły spod jego ręki. Roz­po­znała cha­rak­te­ry­stycz­ne nie­chluj­ne pi­smo, a także uśmiech­niętą buźkę na końcu li­stu do córek. Po­dobną na­ry­so­wał na kart­ce uro­dzi­no­wej, którą przysłał jej kil­ka mie­sięcy temu. Na­zwał ją „T”, jak za­wsze, i pod­pi­sał się „Pan P”, jak cza­sa­mi na­zy­wała jego. Było też dla niej ja­sne, że bar­dzo się sta­rał, by pisać czy­tel­nie. Na­wet w naj­bar­dziej sprzy­jających oko­licz­nościach było to dla nie­go ogrom­ne wy­zwa­nie. Po wy­pi­ciu pół bu­tel­ki ginu spro­sta­nie mu wręcz gra­ni­czyło z cu­dem.

Przełknęła ślinę, dokładając sta­rań, żeby się nie roz­kleić w obec­ności sierżanta We­ale’a.

– Proszę posłuchać, nie je­stem tu, by osądzać, co między wami zaszło – po­wie­dział, cho­wając to­reb­ki do aktówki. – Po­sta­ram się do­pil­no­wać, żeby ta spra­wa nie wy­ciekła do mediów.

– Dziękuję.

– Jak długo pani się z nim wi­dy­wała?

Wes­tchnęła.

– Pra­co­wałam z nim od cza­su do cza­su może przez rok, a spo­ty­ka­liśmy się od trzech mie­sięcy. Roz­sta­liśmy się dwa ty­go­dnie temu.

– Kto ze­rwał? Pani czy pan Pen­ny?

– Ja. – Po chwi­li mil­cze­nia spoj­rzała mu pro­sto w oczy. – Zdaję so­bie sprawę, jak źle to wygląda, ale Nick nie popełnił sa­mobójstwa. Co pan wie o jego przeszłości?

– Wiem o jego star­ciu z Pau­lem Wise’em. I… – We­ale zro­bił zakłopo­taną minę – wiem o związku Wise’a z panią.

Sama wzmian­ka o Pau­lu Wi­sie prze­pełniła ją zim­nym, sil­nym gnie­wam.

– Obo­je z Nic­kiem szu­ka­liśmy do­wodów, które mogłyby zo­stać wy­ko­rzy­sta­ne do wzno­wie­nia pro­wa­dzo­nej prze­ciw­ko nie­mu spra­wy – po­wie­działa, nie widząc sen­su w za­ta­ja­niu celu ich spo­tkań. Zwierzch­ni­cy ją ostrze­gli, żeby nie wy­po­wia­dała się pu­blicz­nie na te­mat Wise’a ani nie próbowała sa­mo­dziel­nie pro­wa­dzić śledz­two pod groźbą zwol­nie­nia, ale prze­cież nie­ba­wem jej za­an­gażowa­nie i tak wyj­dzie na jaw. – Nick szu­kał in­for­ma­cji, a ja mu po­ma­gałam, gdy tyl­ko mogłam.

– W jaki sposób?

– Prze­ka­zy­wałam mu in­for­ma­cje, których sam nie mógłby zdo­być. Ta­kie rze­czy. – Miała na­dzieję, że We­ale nie za­py­ta o szczegóły, po­nie­waż to, co robiła, mogło kosz­to­wać ją utratę pra­cy.

Po­wo­li po­ki­wał głową, wyraźnie mając kłopot z połapa­niem się w tym wszyst­kim.

– Zna­lazła pani coś użytecz­ne­go?

Nie od­po­wie­działa od razu. W rze­czy­wi­stości była ogrom­nie roz­cza­ro­wa­na do­ko­na­nia­mi Pen­ny’ego. Re­al­nie rzecz biorąc, zna­le­zie­nie do­wodów tam, gdzie or­ga­ni­za­cje ta­kie jak SOCA1 ze wszyst­ki­mi swo­imi możliwościa­mi po­niosły porażkę, było mało praw­do­po­dob­ne, i przez długi czas nie na­tra­fił na nic, co mogłoby się przy­dać. Kil­ka ty­go­dni temu zaczęła tra­cić na­dzieję, po­dej­rze­wając, że Pen­ny sta­je się bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny nią niż szu­ka­niem do­wodów prze­ciw­ko Wise’owi. Ona oczy­wiście miała od­mien­ne po­dejście i między in­ny­mi dla­te­go po­sta­no­wiła zakończyć ich związek.

– Nie. Gdy się spo­ty­ka­liśmy, roz­ma­wia­liśmy o jego osiągnięciach, choć nie szło mu do­brze. Przy­najm­niej tak myślałam.

– Roz­ma­wia­liście po zakończe­niu ro­man­su?

– Tak, ty­dzień temu przez te­le­fon. W ubiegły czwar­tek.

– Ja­kie wte­dy spra­wiał wrażenie?

– Wciąż był zde­ner­wo­wa­ny, że z nim ze­rwałam, ale po­go­dził się, że to ko­niec. Za­py­tał mnie, czy możemy się zejść. Za­prze­czyłam, a po­tem roz­ma­wia­liśmy o spra­wie i umówiliśmy się, że po­ga­da­my w tym ty­go­dniu. Sądzę, że mu­siał coś zna­leźć po tym ostat­nim te­le­fo­nie. Wi­działam, że przeglądał pan jego lap­top. Jest tam coś?

– W do­ku­men­tach jest plik za­ty­tułowa­ny „Pro­jekt”. Za­wie­ra szczegóły jego do­cho­dze­nia do­tyczącego działalności biz­ne­so­wej Wise’a, choć nie używał na­zwi­ska, tyl­ko li­te­ry „W”. Łatwe do od­gad­nięcia. Plik nie był zbyt do­brze ukry­ty i za­wie­ra nie­wie­le in­for­ma­cji, które mogłyby stać się pod­stawą do wszczęcia śledz­twa.

Tina po­pa­trzyła na otwar­ty lap­top. Wolałaby mieć do czy­nie­nia z kimś star­szym i bar­dziej doświad­czo­nym.

– Musi być coś więcej. Jest pan pe­wien, że wszędzie pan zaj­rzał?

– Przez dwa lata pra­co­wałem w CEOP2, pani ko­mi­sarz, zaj­mując się przegląda­niem za­war­tości twar­dych dysków z kom­pu­terów pe­do­filów – od­parł cierp­ko – więc wiem, cze­go szu­kać, i roz­bie­rałem tę ma­szynę na czyn­ni­ki pierw­sze przez nie­mal go­dzinę. Nic tam nie ma. – Za­milkł na chwilę. – Musi pani spoj­rzeć na sprawę z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia. Zna­lazłem człowie­ka po­wie­szo­ne­go w biu­rze. Bliższe śledz­two wy­ka­zało, że gro­ziła mu ru­ina fi­nan­so­wa, cze­kała go roz­pra­wa przed sądem, miał bar­dzo ni­skie do­cho­dy i ogrom­ne długi. Był wi­nien dwa­naście tysięcy funtów różnym in­sty­tu­cjom wy­dającym kar­ty kre­dy­to­we i trzy mie­siące za­le­gał ze spłatą kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go. – Tina otwo­rzyła usta, żeby mu prze­rwać, ale uniósł rękę. – Poza tym ko­bie­ta, z którą miał ro­mans, ze­rwała z nim dwa ty­go­dnie temu, co tyl­ko powiększyło stres. Zo­sta­wił trzy li­sty, wszyst­kie wy­dają się praw­dzi­we i na­pi­sa­ne jego własną ręką. Dla mnie to ozna­cza sa­mobójstwo. Nic, co pani po­wie­działa, nie prze­ko­nu­je mnie do zmia­ny zda­nia.

– Ro­zu­miem pańskie sta­no­wi­sko – oświad­czyła zgod­nie z prawdą. Będąc na jego miej­scu, myślałaby dokład­nie tak samo. – Tyle że Nick pro­wa­dził śledz­two do­tyczące człowie­ka, który nie tyl­ko był za­mie­sza­ny w wie­le mor­derstw, ale ma też na kon­cie fin­go­wa­nie sa­mobójstw. Sześć lat temu zle­cił zabójstwo mo­je­go chłopa­ka, ko­mi­sa­rza Joh­na Gal­la­na z po­li­cji me­tro­po­li­tal­nej, i kazał upo­zo­ro­wać sa­mobójstwo, łącznie z pod­ro­bie­niem li­stu.

– To zupełnie inna spra­wa, pani ko­mi­sarz. Nick Pen­ny nie sta­no­wił za­grożenia dla Pau­la Wise’a. Był skom­pro­mi­to­wa­nym dzien­ni­ka­rzem, którego cze­kała klęska fi­nan­so­wa i oso­bi­sta.

– Znałam Nic­ka. Mogę dać panu słowo, że nie był ty­pem sa­mobójcy. – Ale już mówiąc te słowa, zda­wała so­bie sprawę, jak pu­sto muszą brzmieć.

We­ale nie chciał się o to spie­rać. Wzru­szył sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi.

– Co w ta­kim ra­zie mam zro­bić?

– Bliżej przyj­rzeć się temu, czym Nick się zaj­mo­wał w ubiegłym ty­go­dniu. Dokład­nie prze­szu­kać jego lap­top. Coś zna­lazł, je­stem tego pew­na.

– W ta­kim ra­zie dla­cze­go pani o tym nie po­wie­dział? Przy­kro mi, ale określe­nie ro­dza­ju śmier­ci należy do ko­ro­ne­ra. To on za­de­cy­du­je, czy było to umyślne zabójstwo, czy sa­mobójstwo. W tej chwi­li je­stem prze­ko­na­ny, że ofia­ra zmarła śmier­cią sa­mobójczą, i nie mam ani środków, ani cza­su, żeby spróbować udo­wod­nić, że było in­a­czej.

Zaczął się od­wra­cać, dając jej do zro­zu­mie­nia, że roz­mo­wa skończo­na. Tinę ogarnął nagły gniew na myśl, że temu łaj­da­ko­wi Wise’owi ko­lej­ne mor­der­stwo uj­dzie na su­cho, po­nie­waż nikt nie jest do­sta­tecz­nie kom­pe­tent­ny ani da­le­ko­wzrocz­ny, żeby zro­zu­mieć, co się na­prawdę dzie­je.

– Bzdu­ra – warknęła głośniej, niż za­mie­rzała.

Sierżant ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem, które su­ge­ro­wało, że po­win­na li­czyć się ze słowa­mi. Ode­tchnęła głęboko, wiedząc, że musi ochłonąć. Na­ci­ska­nie nie miało sen­su. We­ale podjął de­cyzję i nie wyglądał na człowie­ka, który chętnie zmie­nia zda­nie. Sama jed­nak była prze­ko­na­na, że Nick Pen­ny zo­stał za­mor­do­wa­ny, a naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne wyjaśnie­nie przy­czy­ny zbrod­ni było ta­kie, że w ubiegłym ty­go­dniu zna­lazł coś ważnego.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa, wiedząc, że musi mieć tego rosłego sierżanta po swo­jej stro­nie. – Miałam ciężki dzień.

Ob­da­rzył ją współczującym uśmie­chem.

– Prze­pro­si­ny przyjęte.

– Zna­lazł pan jego komórkę? – za­py­tała.

– Tak, była w kie­sze­ni spodni.

– Ale tyl­ko jed­na?

We­ale po­pa­trzył na nią nie­pew­nie.

– Żona mówi, że miał tyl­ko je­den te­le­fon komórko­wy.

Tina pokręciła głową.

– Miał dwa. Dru­gi był na kartę. Kupiłam mu go, żeby do mnie dzwo­nił, i do pro­wa­dze­nia rozmów związa­nych ze śledz­twem w spra­wie Wise’a. Uznałam, że dla własne­go bez­pie­czeństwa nie po­wi­nien używać te­le­fo­nu za­re­je­stro­wa­ne­go na jego na­zwi­sko. Była to mo­to­ro­la K-je­den z klapką. Miał ją przy so­bie przez cały czas.

– Nie było dru­giej komórki w jego kie­sze­niach.

– Nie sądziłam, że będzie. – Wyjęła swoją komórkę. – Za­dzwo­nię. – Kie­dy wcisnęła nu­mer Pen­ny’ego, usłyszała na­graną wia­do­mość, że te­le­fon jest wyłączo­ny. Przy­pusz­czała, że tak już po­zo­sta­nie.

– To ni­cze­go nie zmie­nia – po­wie­dział We­ale, gdy scho­wała komórkę. – Ten te­le­fon może być gdzie­kol­wiek.

Jej zda­niem to wie­le zmie­niło.

– Wyświad­czy mi pan przysługę? Jeśli po­dam panu nu­mer komórki i nazwę ope­ra­to­ra, czy spraw­dzi pan roz­mo­wy wy­chodzące i przy­chodzące w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy i prześle mi wy­kaz pocztą elek­tro­niczną? – Kie­dyś sama mogłaby zdo­być ta­kie in­for­ma­cje, ale w ciągu ostat­nich kil­ku lat nagięła zbyt wie­le za­sad i obec­nie miała ogra­ni­czo­ne możliwości. – Proszę, jako przysługę.

Ob­rzu­cił ją ko­lej­nym nie­pew­nym spoj­rze­niem.

– Jeśli ktoś się do­wie…

– Nikt się nie do­wie. Tyl­ko rzucę okiem na bil­lin­gi i jeśli coś na­prawdę będzie się wyróżniać, po­wia­do­mię pana i pan się tym zaj­mie. Jeśli nie, podrę wy­dru­ki i na tym się skończy.

Po paru se­kun­dach na­mysłu po­ki­wał głową.

– Zgo­da, za­ufam pani.

– Do­trzy­muję słowa – oświad­czyła Tina, myśląc o obiet­ni­cy, którą złożyła sa­mej so­bie daw­no temu: że pew­ne­go dnia będzie sie­działa w sądzie i pa­trzyła, jak Paul Wise wysłuchu­je wy­ro­ku ska­zującego go na dożywo­cie. W tej chwi­li ta per­spek­ty­wa wy­da­wała się równie od­legła jak za­wsze. Jed­nak była pew­na, że Nick Pen­ny na coś się na­tknął, i jeśli tyl­ko zdoła się do­wie­dzieć, co to ta­kie­go, zno­wu za­cznie dep­tać Wise’owi po piętach.