Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapłata - Małgorzata Rogala

Wciągająca powieść kryminalna rozgrywająca się we współczesnej Warszawie.

Syn znanego adwokata został zamordowany w toalecie modnego klubu. Śledztwo gmatwa się i komplikuje, a policjantka prowadząca dochodzenie przypuszcza, że zabójstwo wiąże się z osobistą tragedią jej najlepszej przyjaciółki, której chłopak przed laty zginął w niejasnych okolicznościach… Zapłata to wciągająca powieść kryminalna, mówiąca o zwykłych ludziach, ich wyborach i skomplikowanych relacjach, a także o sekretach, które wyszły na jaw, ponieważ popełniono okrutną zbrodnię.

Opinie o ebooku Zapłata - Małgorzata Rogala

Fragment ebooka Zapłata - Małgorzata Rogala

MAŁGORZATA

ROGALA

ZAPŁATA

Copyright © Małgorzata Rogala, MMXV

Wydanie I

Warszawa

Mojemu synowi Bartkowi – za opowieść o bieganiu z nożem po mieście

***

Rok 1993

Miała jedenaście lat, gdy pierwszy raz ją dotknął. Tkwiła przed nim rozebrana do majtek, a on wodził po jej ciele chłodną membraną stetoskopu. Potem zajrzał do gardła i w uszy, a następnie poprosił:

– Odwróć się, Agatko, sprawdzimy kręgosłup.

Kiedy stanęła plecami do niego, a przodem do siedzącej na sofie matki, powiedział, żeby się pochyliła. Stanął za nią tak blisko, że dotykał udami dziewczęcych pośladków, osłoniętych bawełnianą bielizną w niebieskie kwiatki. Oparł dłoń na drobnej szyi.

– Będę teraz przesuwać palce po kręgach, a ty prostuj się powoli.

– Napijesz się herbaty? – spytała Elżbieta Górska, wstając z miejsca.

– Chętnie. – Joachim Mazur, lekarz pediatra, uśmiechnął się z wdzięcznością. – Już kończymy.

– W takim razie wstawię wodę. – Matka dziewczynki wyszła do kuchni, zamykając za sobą drzwi.

Agata, prostując plecy, poczuła przesuwające się wzdłuż kręgosłupa szorstkie palce, które po przebyciu swojej drogi wślizgnęły się pod gumkę majtek i zatrzymały między pośladkami. Dziewczynka drgnęła.

– Spokojnie, tam jest końcówka kręgosłupa – powiedział lekarz. – Nazywa się kość ogonowa, wiesz? – Odsunął się i odwrócił ją przodem do siebie. Agata stała zmieszana, ze spuszczoną głową. Joachim położył dłonie na jej ramionach, a potem zsunął niżej, dotykając pączkujących piersi. Zesztywniała, gdy poczuła jego krótkie, owłosione palce. W tym momencie do pokoju weszła Elżbieta Górska. Pediatra bez pośpiechu zdjął ręce z ciała jej córki.

– Możesz się ubrać, Agatko – powiedział do dziewczynki i odwrócił się w stronę jej matki. – Zaczyna dojrzewać, robi się z niej mała kobietka. Porozmawiaj z córką o miesiączkowaniu, Elżbieto. Jeśli chodzi o kaszel, to tylko niegroźna infekcja. Zaraz wypiszę receptę.

Agata założyła spodnie i bluzkę i szybko opuściła pokój. Z łomoczącym sercem, wciśnięta między pluszaki tłoczące się na łóżku w jej sypialni, czekała, aż wujek wypije herbatę i wyjdzie. Tak naprawdę nie należał do rodziny, ale ponieważ był wieloletnim przyjacielem Zdzisława Górskiego, ojca Agaty, mówiła do niego „wujku”.

Wieczorem powiedziała mamie, że Joachim dziwnie ją badał. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale czuła, że było inaczej niż do tej pory. On zachowywał się inaczej. W taki sposób, że czuła się zawstydzona. A do tego poczerwieniał na twarzy i miał szkliste oczy.

Elżbieta Górska spojrzała na córkę ze zdumieniem i roześmiała się.

– Ależ co ty mówisz, Agatko! – zawołała. – Wujek jest lekarzem, badał cię, co w tym dziwnego? Jestem mu wdzięczna, że nie musimy czekać w kolejce w przychodni. Przyjeżdża do nas na każde wezwanie, wystarczy zadzwonić.

– Wolę iść do przychodni – odpowiedziała córka z ponurą miną.

Matka wzruszyła ramionami.

– Dziecięce fanaberie.

Od tamtej pory Agata unikała Mazura. Kiedy przychodził, uciekała do swojego pokoju, tłumacząc się, że ma dużo lekcji do odrobienia, i nie chciała jeść czekolady, którą przynosił w prezencie, chociaż słodycze były w domu rzadkością. Zdzisław uważał, że kobiety powinny dbać o linię, dlatego nadwyżkę gotówki wolał przeznaczać na alkohol.

Kilka tygodni po tamtym wydarzeniu doktor Mazur przyjechał z pakunkiem. Elżbieta naszykowała kolację i poleciła córce usiąść ze wszystkimi przy stole. Kiedy zajęli miejsca, Joachim wyjął z teczki butelkę whisky i postawił na blacie. Potem sięgnął po leżącą na komodzie paczkę.

– A to dla Agatki.

Zdzisławowi Górskiemu rozbłysły oczy.

– Przyjacielu, rozpieszczasz nas. Flaszka, prezenty dla małej…

– Nie ma o czym mówić. Byłem na sympozjum w Monachium, trafiłem na wyprzedaże. – Joachim machał lekceważąco ręką. – Nie mam żony i dzieci, Agatka jest dla mnie jak córka. – Podał pakunek dziewczynce, siedzącej ze zwieszoną głową.

– Agata, co z tobą? Podziękuj wujkowi – warknął ojciec. – Jak cię wychowałem?

– Dziękuję – mruknęła.

– Nie rozpakujesz?

Agata niezgrabnie rozerwała papier. Ze środka wypadły dżinsowe spodnie i zielony sweterek zapinany na guziki w kształcie czterolistnych koniczyn.

– Piękny! – Mama klasnęła w dłonie. – A dżinsy akurat potrzebne, nie mogłeś lepiej trafić. Właśnie miałam kupić jej nowe, bo ze starych wyrosła.

– Może przymierzysz, Agatko? – zaproponował Joachim z uśmiechem. – Mam nadzieję, że wybrałem właściwy rozmiar.

– Tak, przymierz – poparła go Elżbieta.

Agata wstała i poszła do swojego pokoju. Zamknąwszy za sobą drzwi, rzuciła ubrania na podłogę i stanęła nad nimi z zaciśniętymi pięściami. Miała ochotę wziąć nożyczki i pociąć na paski nowe spodnie i sweter, ale wtedy na pewno dostałaby od taty lanie. Kopnęła więc tylko podarowane rzeczy w róg pomieszczenia i zwinęła się w kłębek na łóżku. Po kilku minutach ktoś nacisnął klamkę. Do pokoju wsunęła się głowa mamy.

– Agatko, dlaczego leżysz? Źle się czujesz?

– Głowa mnie boli – odpowiedziała zachrypniętym głosem.

Elżbieta podeszła do córki i położyła chłodną dłoń na jej czole.

– Jesteś rozpalona, chyba masz gorączkę. – W oczach matki błysnął niepokój. – Dobrze, że wujek akurat jest.

– Nie, mamo, wszystko w porządku. – Agata poderwała się z łóżka. – Już dobrze.

– No, nie wiem. – Matka patrzyła z troską. – Lepiej niech Joachim cię obejrzy, skoro jest pod ręką – zdecydowała i zawołała w stronę uchylonych drzwi.

Mazur zjawił się natychmiast.

– Co my tu mamy? – Wyjął z torby stetoskop. Zajrzał Agacie w oczy, sprawdził węzły chłonne. – Rozbierz się do połowy – poprosił. – Zbadam cię.

– Ale… Ja naprawdę… – Dziewczynka skuliła się, czując ucisk w gardle i brzuchu.

– Dziecko, przestań się wygłupiać. Miałeś rację, rzeczywiście chyba zaczyna dojrzewać. – Elżbieta zwróciła się do Joachima. – Ostatnio wciąż ma muchy w nosie.

Agata z niechęcią zdjęła bluzkę.

– Koszulkę też – poprosił pediatra. – A teraz stań przede mną. A ty, Elu… Czy mogłabyś przynieść łyżeczkę do herbaty? Skończyły mi się szpatułki, a muszę obejrzeć gardło naszej małej pacjentki – roześmiał się.

Kiedy Górska wyszła, spojrzał na Agatę.

– Nie bój się, nic złego ci nie zrobię. To będzie nasza tajemnica. – Jedną ręką przesuwał głowicę stetoskopu po jej ciele, a drugą położył na małej piersi. – Jak będziesz miła, dostaniesz dużo prezentów. Wszystko, o czym zamarzysz.

Agata zesztywniała. Mdłości napłynęły gwałtowną falą i zanim zdążyła pomyśleć, zwymiotowała prosto na koszulę siedzącego przed nią na łóżku Joachima. Doktor Mazur poderwał się, a do pokoju wróciła Elżbieta.

– Boże, co tu się stało?!

– Agatka zwymiotowała – poinformował pediatra. – Wygląda na grypę żołądkową. Przez kilka dni lekka dieta i dużo płynów. Gdyby gorączkowała, daj jej paracetamol albo ibuprofen. Będzie dobrze – uspokoił zatroskaną matkę.

– Dziękuję, ale twoje ubranie… – zaczęła Górska, ale jej przerwał.

– To nic, przy dzieciach różne rzeczy się zdarzają. Zdejmę i schowam do plastikowej torby. Tylko Zdzisiek musi mi pożyczyć jakąś koszulę, żebym miał w czym wrócić do domu. Zajmij się dzieckiem, Elu. Pójdę zmienić ubranie.

Po tamtych dwóch wydarzeniach z Joachimem, jak na złość, Agata zaczęła częściej chorować. Niewypowiedziane słowa stawały w gardle i dławiły, jakby wywołując kolejny stan zapalny. Jeszcze raz spróbowała szukać pomocy u matki, ale Elżbieta Górska tylko się zdenerwowała:

– Dziecko, co ty opowiadasz?! Wujek zna cię od urodzenia, leczył cię tyle razy, jak możesz mówić takie rzeczy? Dobrze, że ojciec tego nie słyszy. – Kręciła głową z dezaprobatą, ale została w pokoju, gdy Agata znów złapała infekcję i konieczna była kolejna wizyta. Tylko że wtedy Joachim trzymał ręce przy sobie.

W szkole mimowolnie unikała kontaktu i stopniowo odsuwała się od koleżanek. Najpierw chciała opowiedzieć im o doktorze Mazurze, ale potem zrezygnowała. Wstydziła się. Miała obawy, że nie uwierzą i ją wyśmieją, tak jak matka. Albo powiedzą innym, którzy i tak nie zrozumieją. Koleżanki zaczynały oglądać się za chłopakami. Szeptały, chichotały, rzucały spojrzenia, chodziły za nimi po szkole. Agata nie mogła tego znieść i coraz częściej przerwy międzylekcyjne spędzała sama. Któregoś dnia poprosiła mamę o kupno biustonosza.

– Wstydzę się rozbierać na wuefie – powiedziała. – Inne dziewczyny już noszą staniki.

– Jasne – odpowiedziała Elżbieta Górska, gładząc córkę po policzku. – Najwyższy czas, wygląda na to, że będziesz miała duże piersi. Po mnie.

Stanik nie uchronił Agaty przed dotykiem Joachima. Doktor Mazur, kiedy tylko miał okazję, sięgał do jej piersi. Nauczyła się oddzielać od swojego ciała. Było ich dwie: ona i tamta, która stała z obnażonymi piersiami przed poczerwieniałym na twarzy, sapiącym Joachimem. To nie ja, to ona, myślała.

Pewnego dnia doktor Mazur włożył dłoń między jej uda i ścisnął.

– Jak przyjdzie pora, zrobię z ciebie prawdziwą kobietę – szepnął, owiewając twarz Agaty nikotynowym oddechem. – Nigdy nie pozwolę, żeby jakiś niezdarny gówniarz wprowadził cię w dorosłość.

Agata nie była pewna, co dokładnie oznaczały te słowa, ale domyśliła się, że coś okropnego. Wujek Joachim, gdy to mówił, polizał jej ucho. Po tym zdarzeniu leżała w wannie i długo szorowała całe ciało mydłem i szczotką.

Kiedy postanowiła, że ukradnie ojcu jeden z jego pistoletów i zastrzeli doktora Mazura, w jej życiu pojawiła się Justyna Lipiec. Dziewczynka mieszkała z rodzicami w tym samym bloku na Brazylijskiej i tak jak Agata chodziła do pobliskiej podstawówki na rogu Zwycięzców i Międzynarodowej. Pewnego dnia stanęła przed drzwiami mieszkania Górskich i zadzwoniła do drzwi. Agata, która miała już prawie dwanaście lat, uważała młodszą córkę sąsiadów za smarkulę i ledwie odpowiadała na jej powitanie, gdy mała mówiła „cześć”. Dlatego z niechęcią otworzyła drzwi, zastanawiając się, czego Justyna może od niej chcieć.

– Stało się coś? – burknęła.

– Mogę u ciebie odrobić lekcje?

– Co? – Agata otworzyła szeroko oczy. – Nie masz swojego domu? Jestem zajęta.

– Tata znów wypił i mama na niego krzyczy. Nie mogę się skupić.

Agata wyszła na klatkę schodową i zaczęła nadsłuchiwać.

– Rzeczywiście wrzeszczą. Właź.

– Twoich rodziców nie ma? – spytała Justyna, wchodząc do dużego pokoju. Usiadła na krześle i wyjęła z plecaka podręczniki.

– Wrócą wieczorem. Chcesz coś do picia?

– Poproszę herbatę, jeśli to nie kłopot.

Agata poszła do kuchni. Czekając na zagotowanie wody, zerknęła ukradkiem do pokoju. Sąsiadka rozłożyła jeden z podręczników i zaczęła pisać coś w zeszycie. Po chwili przestała i włożyła do ust końcówkę długopisu. Wyglądała tak, jakby intensywnie nad czymś rozmyślała. Agata patrzyła na nią, dopóki czajnik nie zaczął gwizdać. Zalała wrzątkiem torebki z herbatą i wyjęła cukiernicę.

– Słodzisz? – zawołała w stronę pokoju.

– Łyżeczkę – odpowiedziała Justyna i znów zaczęła pisać.

Po chwili Agata wróciła do pokoju i postawiła na stole dwa kubki z parującym napojem.

– Właściwie ja też mogę teraz odrobić lekcje – stwierdziła i poszła po swoje rzeczy. Przez godzinę siedziały razem, skupione nad pracami domowymi. Po tym czasie Justyna przerwała ciszę niespodziewanym wyznaniem.

– Wiem, co ci robi tamten lekarz.

Agata wypuściła z rąk długopis i poczuła, jak jej ciało ogarnia fala gorąca. Policzki zaczęły płonąć, a żołądek zacisnął się w supeł.

– Co powiedziałaś? – Łzy napłynęły jej do oczu.

– Wiem, co ci robi doktor Mazur, ale nie bój się, nikomu nie mówiłam i nie powiem.

Agata poderwała się od stołu.

– Zabieraj swoje rzeczy i wynocha! Już!

Zauważyła strach w oczach Justyny. Dziewczynka sięgnęła po plecak i zaczęła pakować książki i zeszyty. Potem podniosła się i skierowała w stronę przedpokoju.

– Mnie też to zrobił – powiedziała cicho, wychodząc na klatkę.

Agata złapała ją za ramię i wciągnęła z powrotem do mieszkania. Drżącymi rękami przekręciła zamek w drzwiach.

– Do pokoju! Chodź. Jeszcze ktoś usłyszy.

Usiadły z powrotem przy stole.

Justyna zaczęła mówić pierwsza.

– To było w przychodni.

– A twoja mama?

– Doktor Mazur powiedział jej, żeby poszła do rejestracji po czystą kartę, bo stara była cała zapisana.

– Powiedziałaś jej?

– Nie. – Justyna pokręciła głową. – Wstydziłam się… Włożył mi rękę w majtki… Powiedział, że to musi być nasza tajemnica, bo jak komuś powiem, to nikt mi nie uwierzy i wszyscy zaczną uważać mnie za kłamczuchę. A potem zobaczyłam, że to samo robi tobie.

– Jak to… „zobaczyłaś”?

– Przez okno. Mieszkacie na parterze. Widziałam, jak wkładał rękę pod twój stanik, a potem… niżej.

– Przestań! Rozumiesz? Przestań! Nie mów tak! – Agata schowała głowę w ramiona i zaczęła płakać. Szloch wstrząsał całym jej ciałem. – Idź stąd! – krzyczała stłumionym głosem. – Odczep się ode mnie!

– Zobaczyłam go przez otwarte okno i poznałam. Byłam ciekawa, czy…

– Co?! – Agata uniosła twarz zalaną łzami. – Patrzyłaś na to?

– Tak. Przepraszam… Chciałam coś zrobić, ale nie wiedziałam co. Nawet nie miałam aparatu.

– Zaraz zwariuję. – Agata otarła oczy wierzchem dłoni. – Jakiego aparatu?!

– Normalnego, fotograficznego. – Justyna wzruszyła szczupłymi ramionami. – Tata mi kupił. Jest fotografikiem, ale mama mówi, że to gówniana praca i pieniędzy z tego nie będzie. Jak się kłócą, to krzyczy, że tata powinien wziąć się do porządnej roboty.

Agata pomyślała, że gdyby ona powiedziała słowo „gówniana”, ojciec wymyłby jej usta mydłem.

– A kim jest twoja mama? – spytała.

– Okulistką.

– I nie powiedziałaś jej, że Mazur cię obmacywał? – Agata wytarła chusteczką oczy i cieknący nos. – Na pewno by ci uwierzyła, przecież jest lekarzem.

– A twoja mama kim jest? – spytała Justyna.

– Pracuje w banku.

– I też jej nie powiedziałaś?

– Próbowałam, kilka razy, ale nie uwierzyła – odpowiedziała Agata i łzy znów napłynęły jej do oczu.

– No widzisz. A tata? Kim jest?

– Instruktorem strzelectwa.

– Powiedz mu, to zabije Mazura – poradziła Justyna.

– Jeszcze by mi przylał, tata jest bardzo nerwowy. Wujek Joachim jest jego najlepszym przyjacielem. Sama go zabiję. Wiem, gdzie tata trzyma klucz do szafki z pistoletami.

– No widzisz, a ja, gdybym miała wtedy aparat, zrobiłabym zdjęcia. Wtedy musiałby przestać.

– Smarkulo, o czym ty mówisz? – Agacie udało się wziąć głęboki wdech.

– Nie mów tak do mnie, już dawno skończyłam dziesięć lat, a za parę miesięcy będę miała jedenaście. – Justyna spojrzała na Agatę poważnymi piwnymi oczami. – Tata nauczył mnie wszystkiego; umiem robić zdjęcia i wywoływać. Mamy w domu ciemnię – poinformowała coraz bardziej zaskoczoną Agatę. – Dlatego szkoda, bo prawie zawsze mam przy sobie aparat. A wtedy nie miałam.

– I co byś zrobiła z tym zdjęciem?

– Mogłybyśmy iść do przychodni i nastraszyć doktora Mazura. Wtedy już nigdy by nam tego nie zrobił.

– Straszna z ciebie mądrala – stwierdziła Agata.

– Tata mówi, że mam sobie radzić w życiu i każe mi być samodzielną. – Justyna oparła podbródek na dłoniach. – Mamy przeważnie nie ma w domu, a jak jest, to mówi, że tata miesza mi w głowie – powiedziała i nagle jej oczy rozbłysły, a usta rozciągnęły się w uśmiechu. – Wiem! Zrobimy jak w filmach.

– Czyli co?

– Wyślemy mu list. – Sąsiadka podskoczyła na krześle. – Tylko musisz zdobyć jego adres. Wiesz, gdzie mieszka?

– Wiem, ale jeszcze sprawdzę w takim dużym notesie. – Agata, oszołomiona, była gotowa zgodzić się na wszystko. – Mama zapisuje w nim wszystkie telefony i adresy.

– Wytniemy litery z gazety i nakleimy na kartkę papieru. – Justyna popatrzyła w sufit, jakby szukała natchnienia. – Oszukamy go… Zrobimy taki napis: „Mam zdjęcie. Jak jeszcze raz to zrobisz jakiejś dziewczynce, powiem wszystkim. Życzliwy znajomy”.

– Dlaczego „życzliwy znajomy”? – zdziwiła się Agata. – Nienawidzę go.

– Tak było w filmie.

– Dobrze, niech będzie – zgodziła się. – Kiedy to zrobimy?

– Jutro po lekcjach. Będziesz sama w domu?

– Tak.

– Macie jakieś gazety?

– Tak.

– Ja też przyniosę. – Justyna wstała. – To do jutra.

Nazajutrz zrobiły to, co zaplanowały. Siedząc w zgodnym milczeniu, wycięły potrzebne litery i zaczęły naklejać na kartkę z bloku rysunkowego. Wcześniej sprawdziły w słowniku, przez jakie „ż” pisze się „życzliwy” i upewniły się co do pisowni słowa „zdjęcie”.

– Dlaczego jesteś dla mnie taka miła? – spytała Agata, smarując klejem przedostatnią literę.

– Lubię cię. Jesteś inna niż dziewczyny ze starszych klas. – Justyna właśnie skończyła adresować białą kopertę, którą przyniosła z domu. Starając się pisać jak dorośli. – Chcę, żebyś została moją przyjaciółką na śmierć i życie. Zgadzasz się?

– Ale…

– Wiem, że jestem troszkę młodsza od ciebie, ale mój tata mówi, że jestem dojrzała jak na swój wiek – pochwaliła się. – Ja też chcę być fotografikiem, jak on. A ty? Kim chcesz być?

– Ja? – zastanowiła się Agata.

Kiedyś chciała być aktorką, potem fryzjerką, a ostatnio, po przeczytaniu wyciągniętych z maminej biblioteczki Trzech diamentów, pilotem szybowca. Teraz pomyślała, że wszystko jedno, najważniejsze, żeby już nikt nie był w stanie jej skrzywdzić. Zwilżyła językiem warstwę kleju na brzegu koperty.

– Będę policjantką – postanowiła.

Rok 2005

Mocne kopnięcie od tyłu w zgięcia kolan sprawiło, że stracił równowagę. W tym samym momencie ten, który stał z przodu, uderzył go w twarz. Kiedy upadł na plecy, na jego ciało posypały się ciosy wymierzane przez dwie pary nóg w skórzanych sportowych butach. Zasłaniał się rękami, licząc, że na kilku kopniakach się skończy. Miał nadzieję, że wyładują swoją złość i dadzą mu spokój. Jednak sprawcy dopiero się rozkręcali, uderzenia były coraz bardziej bolesne. Spadały jak grad na ramiona, boki i brzuch, który próbował osłonić, kuląc się coraz bardziej. Wtedy zaczął prosić, żeby przestali, ale w odpowiedzi otrzymał silne kopnięcie w głowę. Przeszywający ból sprawił, że znieruchomiał. Pod zamkniętymi powiekami rozbłysły tysiące świateł, czuł, że z ucha wypłynęło mu coś ciepłego. Z trudem podniósł rękę i dotknął lepkiej cieczy. Zaczęli kopać go w głowę i twarz, wydając przy każdym uderzeniu ciche tryumfalne okrzyki. Znów próbował się bronić. Pełzał i zasłaniał rękoma. Wydawało mu się, że słyszy krzyk, ale bolesne pulsowanie w głowie i uszach sprawiało, że nie mógł rozróżnić dźwięków. Tracił oddech. Kiedy uświadomił sobie, że więcej nie będzie w stanie znieść, nagle ból minął. Ze zdziwieniem patrzył na uciekających napastników, słyszał wycie syreny i obserwował ludzi, którzy przenieśli go do karetki i podłączyli do aparatury. Ktoś wbił mu igłę w ciało, ktoś inny krzyknął:

– Tracimy go.

Chciał powiedzieć, że wszystko jest w porządku, ale nie mógł nawet poruszyć ustami. Odetchnął ostatni raz i zasnął.

Rozdział 1

Rok 2013

Założyła bieliznę i wyjęła z szuflady opalizujące samonośne pończochy. Ostrożnie naciągnęła je i przeszła się po pokoju, żeby sprawdzić, czy szeroka koronka z silikonowym spodem dobrze przylgnęła do ud. Na drzwiach wisiała prosta sukienka bez rękawów, w kolorze mlecznej czekolady, idealna na gorący wieczór w klubie. Rozpięła suwak, wsunęła się w materiał i wygładziła na biodrach. Włożyła stopy w czarne szpilki i dopiero wtedy spojrzała w lustro. Długie rude włosy spadały miękko na ramiona, zielone oczy lśniły, a głęboki dekolt odsłaniał smukłą szyję ozdobioną srebrnym łańcuszkiem z pojedynczą perłą. Przeciągnęła pomadką po wargach, musnęła pudrem nos i sięgnęła po perfumy. Poison Christiana Diora wydawały się idealne. Spryskała skórę za uszami i wtarła kilka kropli w nadgarstki. Pokój wypełnił się znajomym, ciepłym, kwiatowym aromatem, który z upływem czasu przechodził w orientalną woń mieszanki ziół, suszonych owoców, kadzideł i żywic. Zrobiła głęboki wdech, po czym wolno wypuściła powietrze. Zajrzała do czarnej torby i sprawdziła, czy jest w niej to, czego potrzebowała. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, będzie mogła zrealizować pierwszą część swojego planu. Usiadła i ponownie zrobiła kilka spokojnych oddechów, by uspokoić bijące w szaleńczym tempie serce. Była jeszcze szansa, żeby się wycofać. Mogła zastąpić szykowny strój powyciąganą bawełnianą koszulką w rozmiarze XXL, rozłożyć się przed telewizorem i dziewiąty raz obejrzeć Dobry rok z Russellem Crowe’em. A potem śnić o domku w Prowansji. Mogła. Ale nie chciała.

Jako jeden ze stałych bywalców Mariusz Leśniak wchodził do klubu bez kolejki. Z miną pełną wyższości omijał kłębiący się przed wejściem tłum zdany na łaskę i niełaskę klubowych selekcjonerów. Mężczyzna bardzo lubił piątkowe wieczory w Casablance, spędzane w gronie znajomych. Muzyka rozsadzała ściany, na parkiecie kręciły się chętne panienki, a alkohol przynosił wytchnienie po pracowitym tygodniu w kancelarii. Tego wieczoru Mariusz szczególnie potrzebował rozluźnienia. Po południu pokłócił się z ojcem, jednym ze wspólników kancelarii. Poszedł do niego, żeby poprosić o zatrudnienie Iwony na stanowisku recepcjonistki. Mieli wakat, brakowało osoby do odbierania telefonów, a ona szukała lepiej płatnej pracy. Kiedy ojciec usłyszał, o kogo chodzi nie przebierał w słowach i w całej krasie ukazał swój choleryczny temperament.

– Nie chcę mieć z nimi do czynienia, rozumiesz?! – wrzeszczał za zamkniętymi drzwiami. – Z żadnym z nich! I wiesz dlaczego! Masz się trzymać od nich z daleka! – nakazywał synowi, jakby ten wciąż był szczeniakiem z podstawówki. Leśniak senior miał władzę i wydawało mu się, że może wszystkim dyktować swoje warunki. W wielu wypadkach może i tak było, ale w tym jednym nie. Z ludźmi, od których miał się trzymać z daleka, Mariusz był związany na dobre i złe. Łączyła ich wspólna przeszłość, której nie dało się zapomnieć i wymazać. Dlatego młody Leśniak potrzebował wytchnienia. Chciał się rozluźnić i odgonić ponury nastrój. Minęło parę godzin i wypił kilka drinków, zanim powiedział Iwonie, że ojciec odmówił. Była wściekła, widział, że z trudem hamowała się, żeby nie wybuchnąć. Potem poszła na parkiet uwodzić Andrzeja Zawrotnego, a on został, żeby dalej opróżniać stojącą przed nim szklankę.

Teraz siedział rozparty na kanapie i omiatał wzrokiem rudą laskę, z którą wcześniej kilka razy skrzyżował spojrzenia. Siedziała sama, zajmując miejsce przy małym stoliku, blisko wyjścia z sali. Mariuszowi wydawało się, że ją zna, ale nie potrafił umieścić kobiety w żadnym kontekście. W miarę jak wieczór mijał, coraz trudniej było mu zebrać rozbiegane myśli. Zamrugał oczami, żeby przywrócić ostrość widzenia, zajrzał do pustej szklanki i uznał, że chyba wypił już za dużo. A może nie za dużo, tylko tempo było za szybkie? Chrzanić to, pomyślał i wzruszył ramionami. W końcu chciał się wyluzować.

Ruda wstała od stolika i poszła w kierunku toalet.

– Stary, zamów mi… jeszcze… raz to samo – zwrócił się do siedzącego obok przyjaciela. – Idę się… odlać.

Janek Wilga zerknął na zegarek.

– Dochodzi trzecia, zaraz spadamy. Masz dość.

– Nie… pieprz… Zaraz wracam.

Mariusz chwiejnym krokiem podążył za kobietą. Zszedł kręconymi schodami, ściskając gładką poręcz. Na dole, w przedsionku z dwoma fotelami, zachwiał się i wpadł prosto w ramiona rudej. Oparł się o kobietę, popychając ją na ścianę.

– Przepraszam – wybełkotał. Słowa z coraz większym trudem wydobywały się z jego ust. – Czy my… się… znamy? – Wciąż na niej wisiał, a ona nie protestowała.

– Spotkaliśmy się kiedyś.

– Wiedziałem, nie… zapominam… takich lasek…

Spróbował zajrzeć jej w oczy, ale obraz kobiecej twarzy był dziwnie rozmyty. Znów zamrugał.

– Zabawimy się? – wyartykułował z wysiłkiem.

– Wejdźmy do środka, tu ktoś może nas zobaczyć.

Ruda otworzyła drzwi z rysunkiem siusiającego chłopca i wepchnęła Mariusza do ostatniej kabiny. Opadł pośladkami na zamknięty sedes i przymknął oczy. Ręce opadły mu bezwładnie na boki.

– Hej, nie śpij. – Dziewczyna potrząsnęła nim, łapiąc za podbródek. – Chciałeś się zabawić.

Z trudem uchylił powieki.

– Co? – wymamrotał. – Kurwa… nie wiem, czy… dam radę… – zachichotał niespodziewanie. – Musisz… się postarać… – Jedną ręką zaczął manipulować przy guzikach od spodni, a drugą złapał kobietę za nadgarstek.

– Poczekaj, najpierw dam ci coś specjalnego. – Ruda uwolniła się z uścisku i przytknęła do jego ust brzeg butelki. – Zaraz poczujesz się o niebo lepiej. Otwórz usta – poleciła.

– Co to? – Przełknął posłusznie.

– Coś… czego jeszcze nie ma na rynku. Za miesiąc ludzie będą płacić za to ciężką kasę, a ty masz dziś za darmo. Gwarancja nieziemskiego odlotu. Pij.

Przymknął oczy i opróżnił do końca zawartość butelki.

– Grzeczny chłopiec – powiedziała, przeciągając palcami po jego policzku. – A teraz powiem ci, skąd się znamy.

Agata lubiła, kiedy światło poranka stopniowo rozjaśniało czerń nocy, łagodnie budząc ją ze snu. Wtedy otwierała oczy i leżąc jeszcze przez kilka minut, obserwowała delikatny ruch szyfonowej tkaniny zawieszonej w uchylonym, bez względu na pogodę, oknie. Widok bladozielonego materiału w drobne kolorowe kwiatki, rozświetlonego blaskiem budzącego się dnia, przywodził na myśl wiosenną łąkę i sprawiał, że nawet największy koszmar senny odpływał w mroki niepamięci.

Rzeczywistość rzadko pokrywała się z tym, co lubiła Agata. Tym razem obudził ją ostry dźwięk dzwoniącego telefonu. Gwałtownie wyrwana z płytkiego snu, który nadszedł, zdawałoby się, tuż przed chwilą, po krótkiej nocy wypełnionej przewracaniem się z boku na bok i liczeniem baranów, nie mogła zapanować nad przyspieszonym biciem serca. Z trudem uniosła powieki, wyciągnęła rękę po wibrującą komórkę i z powrotem zanurkowała pod kołdrę.

– Śpię – mruknęła do słuchawki.

– Wstawaj, mamy trupa. Będę u ciebie za pół godziny.

Starszy aspirant Agata Górska wysunęła nogi spod kołdry i spojrzała na zegar. Była czwarta dziesięć. Komisarz Sławek Tomczyk słynął z punktualności; mogła być pewna, że o czwartej czterdzieści zobaczy pod kamienicą, w której mieszkała, służbowego forda mondeo. W drodze do łazienki zrzuciła z siebie piżamę. Wzięła szybki prysznic i posmarowała wilgotną skórę balsamem, umyła zęby i przeciągnęła szczotką po jasnych włosach sięgających ramion. Może powinna je spiąć? Zapowiadał się upał. Założyła cienkie dżinsy i bawełnianą bluzkę z krótkim rękawem. Kiedy wsuwała stopy w tenisówki z nadrukowanymi różnokolorowymi kwiatkami, zegar wskazywał czwartą trzydzieści osiem. Dwie minuty później siedziała w samochodzie obok Sławka.

Trzy miesiące wcześniej została jego nową partnerką, gdy okazało się, że poprzednia współpracownica ma zagrożoną ciążę i lekarz wysłał ją na zwolnienie. Agata, mimo posiadanych kwalifikacji do pracy w wydziale zabójstw, na początku nie była zadowolona ze zmiany. Nie rozumiała, czym kierował się przełożony, podejmując taką decyzję i przydzielając ją do Tomczyka. W policji zaczęła pracować tuż po maturze, spełniając daną sobie obietnicę. Odbyła wymagane kursy i szkolenia i zrobiła wszystko, żeby dostać się do wydziału zajmującego się zwalczaniem handlu kobietami, stręczycielstwa i pedofilii. Dzięki swojemu zaangażowaniu, mimo młodego wieku, zdobywała coraz większe doświadczenie i poczuła smak pierwszych sukcesów. Po udziale w udanej obławie na handlarzy żywym towarem, przygotowanej wspólne z zielonogórską policją, awansowała na starszego aspiranta. Wydział zabójstw nie był tym, o czym marzyła. Zamiast oglądania nieboszczyków wolała pomagać udręczonym kobietom i biednym dzieciakom.

– Co mamy? – odezwała się, gdy wyjechali ze Skweru Oleandrów i skręcili w lewo, w Polną.

– Klub Casablanca na Chmielnej. Martwy mężczyzna znaleziony w toalecie. Reszty dowiemy się na miejscu. Nasi już tam są i zabezpieczają ślady.

– Aha.

Zerknęła na niego. Miał ciemne, zaczesane do tyłu włosy, które opadały na kark, prosty, średniej wielkości nos, identyczne jak jej niebieskie oczy i ładnie wykrojone wargi. Przed przeniesieniem Agata znała Tomczyka tylko z widzenia, czasem spotykali się w klubie sportowym, gdzie Sławek trenował aikido, a ona ćwiczyła techniki samoobrony. Po trzech miesiącach wspólnej pracy wiedziała, że Tomczyk jest punktualny, konkretny i słowny. Ponadto gustował w zielonej herbacie, co było przedmiotem żartów ze strony kolegów. Zbieranie informacji o nowym partnerze nie oznaczało, że Agata jest zainteresowana tym wysokim, barczystym mężczyzną o przenikliwym spojrzeniu. Lubiła po prostu wiedzieć, z kim ma do czynienia. Jej zaufanie w stosunku do płci przeciwnej było mocno ograniczone i wcale nie dlatego, że przeżyła zawód miłosny. Przeciwnie, nic takiego nie miało szansy zaistnieć, ponieważ każdy jej związek był skończony, zanim na dobre się zaczął. Nie miała czasu na spotkania z mężczyznami, którzy wcześniej czy później chcieli być ważniejsi od jej pracy.

– Kawy? – zaproponował Sławek, gdy okrążali plac Unii Lubelskiej, aby dostać się na Marszałkowską. – Fajne buty. Tęsknota za dzieciństwem?

– Kawy? – Zignorowała komentarz na temat swoich tenisówek. – Przecież ty…

– Czasem piję. Z tyłu leży termos.

Agata odchyliła klapkę po stronie pasażera, wyjęła dwa styropianowe kubki i napełniła je do połowy kawą. Jeden podała Sławkowi, a drugi podniosła do ust. Upiła łyk, a potem drugi, czując, jak krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach.

Delektując się czarnym, aromatycznym napojem i oglądając przez szybę budzące się do życia miasto, resztę drogi przebyli w zgodnym milczeniu.

Klub Casablanca mieścił się przy Chmielnej, na odcinku między Szpitalną a Nowym Światem. Był jednym z tych miejsc, do których bez problemu wpuszczano kobiety, natomiast mężczyzn przed wejściem poddawano surowej selekcji pod kątem wyglądu. Jeśli bramkarzowi nie spodobała się jakaś część garderoby wchodzącego, odsyłał delikwenta do domu. Można też było wypaść z kolejki za zbyt młody wygląd. Nie pomagało pokazywanie dowodu osobistego. Metryka była bez znaczenia, należało wyglądać tak, żeby stali bywalcy nie skarżyli się właścicielowi, że muszą obcować z gówniarzerią. Agata znała takie kluby, a zwłaszcza jeden, który na pewien czas stał się prawie jej drugim domem.

W drzwiach, nad którymi wisiał szyld w stylu Rick’s Café Américain, stało dwóch mundurowych.

– Cześć, zaprowadzę was – powiedział jeden z nich i poszedł przodem.

Agata rozejrzała się. Na ścianach wisiały duże, oprawione w antyramy portrety Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman, plakat reklamujący Casablankę i kilka fotosów z filmu. Wszystko w czerni i bieli. Połowę wnętrza lekko wystylizowano na klub Ricka, w drugiej zaś znajdował się parkiet do tańca. Całkiem klimatycznie, uznała Agata, tylko te kanapy trochę z innej bajki. Na jednej z nich, przy stoliku, siedziały trzy osoby, a za barem stał mężczyzna. Jego twarz zdradzała napięcie.

– Co mamy? – Spojrzała na kolegę w mundurze.

– Mariusz Leśniak, trzydzieści lat, prawnik. Bawił się ze znajomymi, jak w każdy piątkowy wieczór.

Agata mimowolnie drgnęła.

– To oni? – Tomczyk wskazał skinieniem głowy siedzących przy stoliku ludzi.

– Tak. A ten za barem to właściciel.

– Znam go, pogadam z nim później. Co z ofiarą?

– Poszedł do toalety, długo nie wracał, więc jego kumpel postanowił sprawdzić, czy wszystko w porządku. Znalazł go skulonego w kabinie, z twarzą w wymiocinach.

Zeszli kręconymi schodami. W przedsionku i w męskiej toalecie kręcili się technicy. Lekarz kończył oględziny zwłok.

– Co powiesz, Sergiusz? – zapytał Sławek.

– Wygląda na to, że coś zażył i nie wyszło mu na zdrowie. – Doktor Sergiusz Kot wyszedł do przedsionka i zdjął rękawiczki. – Dziwnie to wygląda. Facet leży skulony, z rękami przyciśniętymi do brzucha, twarz wykrzywiona z bólu.

– Cierpiał. – Agata bardziej stwierdziła, niż spytała.

– Tak. Specyfik, który łyknął, spowodował silny ból i wymioty. Brązowe, pieniste.

– Narkotyki?

– Powiem wam po sekcji i badaniach toksykologicznych. Weekend mam z głowy.

– Ślady walki, przemocy?

– Brak. Idę już, dam wam znać, jak będzie raport. Na razie!

Lekarz skinął głową na pożegnanie i skierował się w stronę schodów. Sławek Tomczyk odwrócił się do Agaty.

– Chodźmy na górę przesłuchać świadków. Ty pogadaj ze znajomymi ofiary, a ja pójdę do właściciela klubu po nagrania z monitoringu.

W sali, na skórzanej kanapie, siedziało dwóch mężczyzn i kobieta. Na prostokątnym stoliku stała popielniczka pełna niedopałków i puste szklanki. Kobieta gniotła w rękach chusteczkę jednorazową. Kilka białych skrawków spadło na czarną krótką spódnicę. Na widok Agaty poderwała się z miejsca.

– Możemy już iść do domu? Mam dziecko, muszę je niedługo odebrać od rodziców.

Agata pokazała odznakę.

– Starszy aspirant Agata Górska, wydział zabójstw. Najpierw muszę zadać państwu kilka pytań.

Zauważyła, że przez twarz kobiety przebiegł cień złości, zaraz jednak nad sobą zapanowała.

– My nic nie wiemy, prawda? – Odwróciła głowę w stronę mężczyzn.

Zanim odpowiedzieli, Agata wyjęła notes i długopis.

– Proszę się przedstawić i pokazać dowody tożsamości. Pani pierwsza.

– Iwona Kawecka.

– Kim pani była dla ofiary, Mariusza Leśniaka?

– Znamy… Znaliśmy się od liceum. To przyjaciel mojego brata, Igora.

– A panowie? – Agata przeniosła wzrok na mężczyzn.

– Andrzej Zawrotny, kolega z kancelarii, razem pracowaliśmy – odpowiedział jeden z mężczyzn.

– Jan Wilga, również kolega z kancelarii. Studiowaliśmy razem prawo, przyjaźniliśmy się. Na trzecim i czwartym roku Mariusz załatwił nam praktyki w kancelarii swojego ojca. Po studiach załapaliśmy się tam do pracy.

– Nazwa i adres kancelarii?

– Leśniak i Wspólnicy, przy Nowym Świecie. – Wilga wyjął z portfela wizytówkę i położył na stole. – Proszę.

Agata obracała przez chwilę w dłoniach biały kartonik, a potem wsunęła go za okładkę notesu.

– Czy Mariusz Leśniak zachowywał się tego wieczoru inaczej niż zwykle? – zapytała.

Mężczyźni i kobieta popatrzyli na siebie.

– Nie. – Zawrotny pokręcił głową. – Wszystko było jak zawsze. Prawie w każdy piątek po pracy przychodzimy tu zabawić się trochę i odetchnąć po całym tygodniu. Mamy blisko z pracy.

– Pani też przychodzi co tydzień? – Agata zwróciła się do Kaweckiej.

– Nie. Mówiłam, że mam dziecko, jestem samotną matką. Jak rodzice zgodzą się wziąć małego na weekend, to wtedy wpadam.

– Czy coś szczególnego wydarzyło się tego wieczoru? Coś było inaczej niż zwykle?

– Chyba nie… – Jan Wilga zastanowił się. – No może to, że…

– Że?

– Mariusz sporo wypił. Narzucił dość szybkie tempo, chciał odreagować.

– Odreagować?

– Pod koniec dnia pokłócił się z ojcem.

– O co?

– Nie wiem, drzwi były zamknięte, słychać było tylko podniesione głosy. Potem Mariusz wyszedł z gabinetu ojca i trzasnął drzwiami. Do dziewiętnastej nie odezwał się ani słowem, siedział przy biurku i pracował.

– Co było dalej?

– Zaraz po pracy przyszliśmy tutaj.

– O której godzinie?

– Dziewiętnasta piętnaście, dwadzieścia.

– A pani? – Agata znów zwróciła się do kobiety.

– Ja przyjechałam o dwudziestej.

– Czy oprócz tego, że Mariusz Leśniak pił więcej niż zwykle, zdarzyło się coś, co zwróciło waszą uwagę? Może odbierał jakieś telefony, gdzieś odchodził, ktoś go zaczepiał?

– Nie. – Andrzej Zawrotny pokręcił głową. – Tu przychodzą głównie stali bywalcy, a inni są poddawani ścisłej selekcji. Poza tym jest bardzo dobra ochrona. Wszystko było jak zwykle, tyle tylko, że Mariusz więcej pił i nie chciał tańczyć. Pewnie gryzła go tamta kłótnia ze starym.

– O której godzinie poszedł do toalety?

– Dochodziła trzecia – odpowiedział Jan Wilga.

– Skąd pan wie tak dokładnie?

– Mariusz poprosił o zamówienie kolejnego drinka. Wtedy spojrzałem na zegarek i zobaczyłem, która godzina. Powiedziałem mu, że ma dość i powinniśmy już iść.

– Jak zareagował?

– Zignorował mnie i poszedł do toalety.

– Ile czasu go nie było?

– Około pół godziny. W tym czasie wróciła z parkietu Iwona z Andrzejem, trochę pogadaliśmy, a potem zdałem sobie sprawę, że Mariusz powinien być już z powrotem. – Wilga zdjął okulary i przetarł je serwetką. Agata zauważyła, że lekko drżą mu ręce. – Zażartowałem, że może przysnął gdzieś, i poszedłem po niego. Dwie pierwsze kabiny były otwarte, a trzecia zablokowana od środka. Zapukałem raz i drugi, ale nikt nie reagował. Więc wszedłem do środkowej, stanąłem na sedesie i zajrzałem do tej zamkniętej… – Urwał i przeczesał palcami włosy. – Kurwa, w życiu nie zapomnę tego widoku.

– Co pan zrobił?

– Pobiegłem na górę i zawiadomiłem ochronę. Oni wezwali was i pogotowie.

– Czy wtedy ktoś jeszcze był w toalecie? Mył ręce, właśnie wychodził? A może, schodząc, minął pan kogoś po drodze?

– Nie, nikogo nie zauważyłem.

– Czy Leśniak brał narkotyki?

Znów spojrzeli po sobie.

– Właściwie nie – odpowiedział Jan Wilga.

– Co to znaczy: „właściwie”? Brał czy nie?

– Na studiach przed egzaminami czasem coś łykał. Wszyscy łykaliśmy. No i czasem marycha na imprezie. Ale żeby tak regularnie, to nie. Ojciec by go zabił. A wcześniej wyleciałby z kancelarii. Stary Leśniak trzyma wszystkich ostro za pyski.

– Dziękuję, to na razie wszystko. – Agata oddała całej trójce dowody osobiste. – Możecie wracać do domu, ale proszę nie wyjeżdżać z miasta bez powiadomienia.

Zamknęła notes i patrzyła, jak zbierają się do wyjścia. Potem odprowadzała ich wzrokiem, aż zniknęli z pola widzenia. Wtedy oparła łokcie o stół i ukryła górną część twarzy w dłoniach. To nie mógł być przypadek, pomyślała, porządkując w głowie uzyskane dotychczas informacje.

Potem wyjęła wizytówkę kancelarii i popatrzyła jeszcze raz na czarne wypukłe litery na białym tle.