Zapiski z Afryki, Kenia–Tanzania–Zanzibar - Anna Nieckula-Roberts - ebook
Opis

„Zapiski z Afryki” to wciągająca, pełna przygód, ciekawostek i praktycznych informacji relacja z podróży na Czarny Ląd, a dokładniej do Kenii, Tanzanii i Zanzibaru. Autorka urzeczona Afryką postanowiła podążyć śladami podróżników i amatorów safari z Europy i Ameryki, którzy ciągnęli tutaj przez ostatnie 100 lat, ale tym, co ją najbardziej fascynowało, były zwierzęta. I tak dzięki niej możemy rozkoszować się wspaniałymi opisami afrykańskiej przyrody, poznawać zwyczaje rdzennych mieszkańców i podglądać dzikie zwierzęta. Tak, podglądać, bo tekst wzbogacony  jest o wspaniałe fotografie.
Książka zawiera również informacje, które mogą się przydać każdemu, kto ma zamiar i ochotę wybrać się do Afryki. Jest to swoistego rodzaju przewodnik, pełen praktycznych porad, ciekawostek historycznych dotyczących odwiedzanych miejsc oraz tak ważnych dla przybyszów z zewnątrz opisów miejscowych zwyczajów, bez których znajomości można się czasami narazić na niebezpieczeństwo. Warto więc mieć tę książkę przy sobie, kiedy planuje się wyprawę na Czarny Ląd i kiedy się już tam jest.

Czytając „Zapiski z Afryki” czujemy się tak, jakbyśmy tam byli razem z Autorką. Wspaniałe przeżycie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 316

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna Niec­ku­la-Ro­berts

Za­pi­ski z Afry­ki

Ke­nia–Tan­za­nia–Zan­zi­bar

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Po­li­graf, 2013

© Co­py­ri­ght by Anna Niec­ku­la-Ro­berts

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ża­den frag­ment nie może być pu­bli­ko­wa­ny ani re­pro­du­ko­wa­ny bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okład­ki: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek, Mag­da­le­na Mu­szyń­ska

Zdję­cie na okład­ce: Ste­phan © Fo­to­lia.com

Zdję­cia we wnę­trzu książ­ki: Anna Niec­ku­la-Ro­berts, Anna Waw­rzy­niak

Mapa: © Co­py­ri­ght by Open­Stre­et­Map

Ko­rek­ta: Klau­dia Dróżdż, Mo­ni­ka Wój­to­wicz, Ma­ciej Za­lew­ski

Skład: Woj­ciech Ław­ski

ISBN: 978-83-63506-24-7

Wy­daw­nic­two Po­li­graf

ul. Młyń­ska 38

55-093 Brze­zia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.Wy­daw­nic­two­Po­li­graf.pl

Książ­ka wy­da­na  w Sys­te­mie Wy­daw­ni­czym For­tu­net™

www.for­tu­net.eu

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla wie­lu po­dróż­ni­ków Afry­ka jest obiek­tem po­żą­da­nia,

mi­ło­ści od pierw­sze­go wej­rze­nia,

miej­scem prze­bu­dze­nia i po­now­nych na­ro­dzin.

John He­min­gway

Kenia

Ke­nia to kraj, któ­ry jest speł­nie­niem ma­rzeń po­dróż­ni­ka. Na­tu­ral­ną jego gra­ni­cę sta­no­wi tur­ku­so­wy Oce­an In­dyj­ski, a naj­wyż­szy szczyt, ma­je­sta­tycz­ny, wy­ga­sły dziś wul­kan Ke­nia był on­giś wyż­szy niż Mo­unt Eve­rest. Cho­ciaż zbo­cza wul­ka­nu przez wie­ki ule­ga­ły ero­zji, to dzi­siaj ma on wy­so­kość też nie­ma­łą – 5200 m n.p.m. Jest dru­gim pod wzglę­dem wy­so­ko­ści szczy­tem w Afry­ce po Ki­li­man­dża­ro. Ke­nia jest ide­al­nym miej­scem, aby za­kosz­to­wać Afry­ki w mi­nia­tu­rze. Cze­ka­ją tu­taj na po­dróż­ni­ków ma­low­ni­cze pla­że Oce­anu In­dyj­skie­go, któ­re­go cie­płe wody ob­fi­tu­ją w rafy ko­ra­lo­we. Cze­ka­ją roz­le­głe rów­ni­ny, ży­zne te­re­ny rol­ni­cze, gó­rzy­ste zbo­cza Aber­da­re czy Ma­sy­wu Ke­nia, rze­ki i je­zio­ra, w tym naj­więk­sze je­zio­ro Afry­ki – Je­zio­ro Wik­to­rii, a przede wszyst­kim naj­pięk­niej­sze na świe­cie par­ki na­ro­do­we, m.in. Ma­sai Mara, Tsa­vo, Aber­da­re, Na­ku­ru… W Ke­nii moż­na zo­ba­czyć pier­wot­ną przy­ro­dę, zwie­rzę­ta pa­są­ce się na bez­kre­snej sa­wan­nie, lasy rów­ni­ko­we, wy­nio­słe, ośnie­żo­ne szczy­ty gór­skie, spa­lo­ne słoń­cem pu­sty­nie się­ga­ją­ce aż po ho­ry­zont, ci­che gór­skie do­li­ny, nie­ska­zi­tel­nie bia­łe pla­że z pal­ma­mi ko­ko­so­wy­mi. Po­znać moż­na ple­mio­na, któ­re żyją tak, jak ich przod­ko­wie, i za­cho­wu­ją nie­zmien­ne od wie­ków zwy­cza­je. Zwie­dzić moż­na tęt­nią­ce ży­ciem mia­sta: Na­iro­bi czy Mom­ba­sę. Zo­ba­czyć miej­sca, któ­re za­pra­sza­ją do przy­go­dy lub tyl­ko wy­po­czyn­ku, po­zna­wa­nia nie­zna­nych kul­tur czy upra­wia­nia spor­tów. Przez Ke­nię prze­bie­ga Wiel­ki Rów Wschod­ni bę­dą­cy czę­ścią Wiel­kich Ro­wów Afry­ki. Ich wi­dok za­pie­ra dech w pier­siach, ale sła­wę zy­ska­ły nie tyl­ko wśród mi­ło­śni­ków pięk­nych kra­jo­bra­zów. Zna­ne są też dzię­ki licz­nym od­kry­ciom ar­che­olo­gicz­nym – tu wła­śnie zna­le­zio­no szcząt­ki pra­czło­wie­ka i miej­sce to przy­po­mi­na nam, że Afry­ka była ko­leb­ką ludz­ko­ści.

Rozdział IJak to wszystko się zaczęło

Pierw­si bia­li po­dróż­ni­cy i Wiel­ka Piąt­ka

Po­dróż do środ­ko­wow­schod­niej Afry­ki roz­po­czę­łam od Ke­nii. Przy­by­łam na prze­ło­mie wrze­śnia i paź­dzier­ni­ka, w naj­lep­szym jak mi się zda­wa­ło okre­sie. Moim ma­rze­niem było zo­ba­czyć i za­kosz­to­wać Afry­ki z bli­ska, a tym, co mnie naj­bar­dziej fa­scy­no­wa­ło, były zwie­rzę­ta. Chcia­łam po­dą­żyć śla­da­mi po­dróż­ni­ków i ama­to­rów sa­fa­ri z Eu­ro­py i Ame­ry­ki, któ­rzy cią­gnę­li tu­taj przez ostat­nie 100 lat.

Z po­cząt­kiem XX wie­ku dzi­ka afry­kań­ska przy­ro­da za­czę­ła przy­cią­gać rze­sze ob­co­kra­jow­ców żąd­nych przy­gód, a wraz z nimi, co waż­niej­sze, przy­by­wa­ły ich pie­nią­dze. Wy­my­ślo­no więc spe­cjal­ny ro­dzaj usług, czy­li wy­pra­wy w głąb bu­szu, naj­pierw my­śliw­skie czy po­dróż­ni­cze, któ­re z bie­giem cza­su za­mie­ni­ły się w dość nie­win­ne wy­ciecz­ki do par­ków na­ro­do­wych. Na­zwa­no je „sa­fa­ri”, bo w ję­zy­ku su­ahi­li sa­fa­ri zna­czy po­dróż.

Afry­ka sta­ła się „zi­mo­wym do­mem dla ary­sto­kra­tów”, któ­rzy przy­jeż­dża­li na Czar­ny Ląd wa­bie­ni afry­kań­ski­mi opo­wie­ścia­mi o świe­cie zwie­rząt, jaki mało kto wi­dział, snu­ty­mi przez do­świad­czo­nych by­wal­ców, wu­jów i stry­jów przy her­bat­ce przy ko­min­ku. Przed laty po­dróż­ni­cy przy­jeż­dża­li nie tyl­ko po to, aby zo­ba­czyć zwie­rzę­ta, lecz przede wszyst­kim aby za­brać do ro­dzin­nych kra­jów cen­ne tro­fea. Gdy dziś zwie­dza­my re­zy­den­cje ary­sto­kra­tów, pa­ła­ce i zam­ki, za­uwa­ża­my, że wie­le z nich zdo­bią tro­fea już dziś nie­moż­li­we do zdo­by­cia. Na ścia­nach wi­szą gło­wy lwów i ba­wo­łów, a nie­kie­dy na­wet – jak u Po­toc­kich w Łań­cu­cie – stół de­ko­ru­je wy­pra­wio­na z pie­ty­zmem noga ży­ra­fy.

Głów­nym ce­lem tych wy­praw była tzw. Afry­kań­ska Wiel­ka Piąt­ka, zwie­rzę­ta naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ne dla pie­sze­go my­śli­we­go, czy­li słoń, ba­wół, no­so­ro­żec, lew i lam­part. Am­bi­cją każ­de­go my­śli­we­go było za­strze­le­nie i do­łą­cze­nie do ko­lek­cji wszyst­kich przed­sta­wi­cie­li piąt­ki. Te uzna­wa­ne dzi­siaj za bez­dusz­ne i bez­myśl­ne po­lo­wa­nia były na­der po­pu­lar­nym spor­tem wśród bia­łych my­śli­wych przez wie­le dzie­się­cio­le­ci XX wie­ku. Wy­sta­wia­no zwie­rzę­tom przy­nę­ty, przy­go­to­wy­wa­no za­sadz­ki, a wszyst­ko po to, aby sta­ły się ła­twym ce­lem dla strzel­ców. Li­czy­ły się tyl­ko tro­fea z wła­sno­ręcz­nie za­bi­tych zwie­rząt, np. skó­ry na pod­ło­dze sa­lo­nu, któ­re były w owym cza­sie obo­wiąz­ko­wym ele­men­tem wy­stro­ju ary­sto­kra­tycz­nych do­mów eu­ro­pej­skich i nada­wa­ły ich wła­ści­cie­lo­wi sła­wę zdo­byw­cy. Od sta­ro­żyt­no­ści nie ma­lał po­pyt na sło­nio­we kły i rogi no­so­roż­ców. W la­tach 70. XX wie­ku, gdy na broń stać było pra­wie każ­de­go, a kość sło­nio­wa war­ta była for­tu­nę, za­bi­ja­nie zwie­rząt przy­bra­ło taką ska­lę, że sło­niom i no­so­roż­com gro­zi­ło wy­gi­nie­cie. Tyl­ko przez sie­dem pierw­szych lat tego dzie­się­cio­le­cia za­bi­to po­ło­wę ze 120 tys. ke­nij­skich sło­ni.

Na szczę­ście, w roku 1977 rzą­dy za­ka­za­ły po­lo­wań i do dnia dzi­siej­sze­go je­dy­ną zdo­by­czą dla po­dróż­ni­ków są fil­my i zdję­cia. Wiel­ką Piąt­kę roz­sze­rzo­no do Wiel­kiej Sió­dem­ki, do­da­jąc do li­sty ge­par­da i li­ka­ona. Obec­nie sta­no­wią one ma­rze­nie każ­de­go tu­ry­sty, któ­ry chciał­by uwiecz­nić je na fo­to­gra­fii. Po­lu­je się na nie, ale już tyl­ko z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym.

Sa­fa­ri

Sa­fa­ri, jak już wspo­mi­na­łam, wzię­ło się z ję­zy­ka su­ahi­li i ozna­cza dłu­gą po­dróż. Trze­ba przy­znać, że choć cza­sem jako tu­ry­ści mu­si­my zno­sić nie­wy­go­dy, kurz po­kry­wa nas od stóp do głów, a kie­dy in­dziej je­ste­śmy prze­mo­cze­ni do su­chej nit­ki, to daje nam ta wy­pra­wa wra­że­nia, któ­re za­pa­mię­ta­my do koń­ca ży­cia.

Po­dró­żu­jąc przez afry­kań­skie mia­sta, prze­ko­na­łam się, jak wie­le biur po­dro­ży ofe­ru­je swą po­moc przy or­ga­ni­za­cji sa­fa­ri. Już na lot­ni­sku by­łam za­cze­pia­na przez lo­kal­nych agen­tów na­ma­wia­ją­cych do sko­rzy­sta­nia z ich usług. Wie­dzia­łam jed­nak, że le­piej zdać się na spraw­dzo­ne biu­ro, bo po­mył­ka w tej ma­te­rii może po­dróż­ni­ka dro­go kosz­to­wać. Po­szu­ki­wa­nia naj­lep­sze­go za­czę­łam, bę­dąc jesz­cze w Ame­ry­ce, i wy­bór ten za­jął mi nie­co cza­su. Do­brzy or­ga­ni­za­to­rzy sa­fa­ri po­win­ni od­po­wia­dać za stan tech­nicz­ny po­jaz­dów, wy­ży­wie­nie, sprzęt kem­pin­go­wy oraz kom­pe­ten­cje kie­row­ców i prze­wod­ni­ków. Dla mnie naj­waż­niej­sze było po­sia­da­nie dżi­pa z prze­wod­ni­kiem, któ­ry bę­dzie mó­wił po an­giel­sku, a we­dle za­pew­nień wła­ści­cie­li biu­ra miał też do­sko­na­le znać te­ren i przy­ro­dę.

Naj­po­pu­lar­niej­szym środ­kiem trans­por­tu pod­czas sa­fa­ri w Ke­nii są mi­kro­bu­sy, moż­na też wy­na­jąć lan­dro­ve­ry lub to­yo­ty Land Cru­iser. Sa­mo­cho­dy są spe­cjal­nie prze­ro­bio­ne, tak by ła­two moż­na było ob­ser­wo­wać zwie­rzę­ta przez otwie­ra­ne da­chy i by dzię­ki na­pę­do­wi na czte­ry koła mo­gły spraw­nie po­ko­ny­wać afry­kań­skie bez­dro­ża.

Ceny sa­fa­ri są tak roż­ne, jak róż­ne są jego for­my. Naj­bar­dziej po­pu­lar­ne sa­fa­ri dżi­pem z otwie­ra­nym da­chem, z an­glo­ję­zycz­nym kie­row­cą, któ­ry jest zwy­kle też prze­wod­ni­kiem, kosz­tu­je śred­nio 100–150 do­la­rów za dzień. Przy czym trze­ba wziąć pod uwa­gę, że na ogół po­ło­wa tej ceny to opła­ta za wstęp do par­ku.

W nie­któ­rych miej­scach po­pu­lar­ne są też sa­fa­ri kon­ne czy sa­fa­ri na wiel­błą­dach. To ostat­nie or­ga­ni­zo­wa­ne jest przez by­łych my­śli­wych, naj­czę­ściej przez człon­ków ple­mie­nia Sam­bu­ru. Sie­dzia­łam na wiel­błą­dzie już nie­jed­no­krot­nie i wy­da­je mi się, że nie jest to zbyt wy­god­ne, więc ta for­ma po­dró­ży nie nę­ci­ła mnie wca­le. In­nym mi­nu­sem po­dob­nej wy­pra­wy jest fakt, że zwie­rzę­ta nie po­dej­dą na od­le­głość kil­ku me­trów po­wiedz­my do sta­da lwów. Ale z pew­no­ścią dla nie­któ­rych sa­fa­ri na wiel­błą­dach to cie­ka­wa przy­go­da. Inną moż­li­wo­ścią jest sa­fa­ri luk­su­so­we, pod­czas któ­re­go prze­wod­nik in­dy­wi­du­al­nie opro­wa­dza klien­tów po wy­bra­nych przez nich par­kach. Jed­nak cena ta­kiej przy­go­dy nie jest mała, waha się od 500 do 1000 do­la­rów za dzień.

Śro­do­wi­sko na­tu­ral­ne Ke­nii to skarb na­ro­do­wy, a se­zon tu­ry­stycz­ny trwa przez cały rok. Wy­bie­ra­jąc się tam, war­to jed­nak pa­mię­tać o dwóch po­rach desz­czo­wych w tej czę­ści świa­ta. Dłu­ga trwa od mar­ca do lip­ca, krót­ka pora jest mię­dzy paź­dzier­ni­kiem i grud­niem. W tym okre­sie więk­szość dróg w par­kach może być nie­prze­jezd­na, dla­te­go wła­śnie wy­bra­łam się do Afry­ki pod ko­niec wrze­śnia.

Kil­ka słów o Ke­nii

Ke­nia ma wspa­nia­łe po­ło­że­nie, roz­po­ście­ra się po obu stro­nach rów­ni­ka na wschod­nim wy­brze­żu Afry­ki. Oprócz Etio­pii, So­ma­lii, Su­da­nu Po­łu­dnio­we­go, Tan­za­nii i Ugan­dy od wscho­du jejoko­ło 500-ki­lo­me­tro­wą gra­ni­cą jest Oce­an In­dyj­ski. Im­po­nu­ją­ce ma­sy­wy wul­ka­nicz­ne, z któ­rych naj­więk­sze to Ke­nia (Mo­unt Ke­nya) 5199 m n.p.m., El­gon 4302 m n.p.m. i Aber­da­re 4001 m n.p.m. spra­wia­ją nie­zwy­kłe wra­że­nie. Na Ke­nii, dru­giej pod wzglę­dem wy­so­ko­ści gó­rze Afry­ki, mo­że­my na­po­tkać w wyż­szych par­tiach licz­ne lo­dow­ce utrzy­mu­ją­ce się przez cały rok, po­mi­mo lo­ka­li­za­cji na sa­mym rów­ni­ku.

Prze­jeż­dża­jąc wy­ży­ny, trud­no mi było so­bie wy­obra­zić, że te­re­ny te mi­lio­ny lat temu były roz­le­głą rów­ni­ną. Wy­bu­chy wul­ka­nów i trzę­sie­nia zie­mi do­pro­wa­dzi­ły do wy­pię­trze­nia się dzi­siej­szych ma­sy­wów, a tak­że do utwo­rze­nia jed­ne­go z naj­bar­dziej zja­wi­sko­wych ukształ­to­wań na kuli ziem­skiej – Wiel­kich Ro­wów Afry­ki. Na te­re­nie Rowu Wschod­nie­go, któ­ry bie­gnie przez Etio­pię, Ke­nię, Tan­za­nię i Mo­zam­bik, Mary i Lo­uis Le­akey od­kry­li szcząt­ki istot czło­wie­ko­wa­tych. Od tego cza­su uwa­ża się, że praw­do­po­dob­nie miesz­ka­li tu tak­że pierw­si lu­dzie. O tym wspa­nia­łym od­kry­ciu na­pi­szę wię­cej w roz­dzia­le po­świę­co­nym Tan­za­nii. W ogrom­nej do­li­nie, jaką jest Rów Wschod­ni, znaj­du­ją się licz­ne je­zio­ra, z któ­rych naj­słyn­niej­sze to Je­zio­ro Ru­dol­fa (zna­ne tak­że pod na­zwą Je­zio­ro Tur­ka­na) i Na­ku­ru. Po­łu­dnio­wo-za­chod­nia część kra­ju gra­ni­czy z naj­więk­szym je­zio­rem kon­ty­nen­tu – Je­zio­rem Wik­to­rii.

Ke­nia peł­na jest miejsc war­tych zo­ba­cze­nia, a kil­ka z nich znaj­du­je się na Li­ście Świa­to­we­go Dzie­dzic­twa Kul­tu­ro­we­go i Przy­rod­ni­cze­go UNE­SCO. Przede wszyst­kim jest tam ma­syw Ke­nia oto­czo­ny par­kiem na­ro­do­wym, po­nad­to Je­zio­ro Ru­dol­fa, naj­więk­sze afry­kań­skie je­zio­ro al­ka­licz­ne zwa­ne ze wzglę­du na ko­lor mo­rzem ne­fry­to­wym. Żyją w nim licz­ne en­de­micz­ne ro­śli­ny i zwie­rzę­ta. Oprócz tego wpi­sa­no na li­stę jed­no z naj­star­szych miast su­ahi­li – ze­spół mia­sta Lamu, gdzie moż­na spo­tkać się z kul­tu­rą i ar­chi­tek­tu­rą su­ahi­li oraz świę­te lasy kaya ludu Mi­ji­ken­da. Te pier­wot­ne lasy po­ra­sta­ją do dziś ke­nij­skie wy­brze­że i kry­ją XVI-wiecz­ne osa­dy for­ty­fi­ko­wa­ne ludu Mi­ji­ken­da, któ­re­go cza­row­ni­cy do dziś od­pra­wia­ją w la­sach ta­jem­ne ry­tu­ały.

Ke­nia ma ok. 38 mln miesz­kań­ców (choć róż­ne źró­dła po­da­ją róż­ne licz­by). Te 38 mln to aż 42 ple­mio­na; oprócz barw­nych, naj­bar­dziej zna­nych Ma­sa­jów, są to m.in. pół­noc­ne ludy Sam­bu­ru, Tur­ka­na czy Ki­ku­ju. Ofi­cjal­ny­mi ję­zy­ka­mi są su­ahi­li i an­giel­ski, na­to­miast w po­szcze­gól­nych re­gio­nach mówi się na­rze­cza­mi miesz­ka­ją­cych tam ple­mion. Nie tyl­ko ję­zy­ków jest mnó­stwo, lecz tak­że wy­znań. Sza­cu­je się, że po­ło­wa lud­no­ści Ke­nii to chrze­ści­ja­nie, za­rów­no ka­to­li­cy, jak i pro­te­stan­ci, a na­wet nie­wiel­ki od­se­tek pra­wo­sław­nych. To efekt chry­stia­ni­za­cji mi­syj­nej. Wie­le dla roz­wo­ju ka­to­li­cy­zmu zro­bi­li Por­tu­gal­czy­cy, po­dob­nie jak Bry­tyj­czy­cy dla pro­te­stan­ty­zmu. Chrze­ści­jań­stwo ke­nij­skie jest nie­co od­mien­ne od tego, nam zna­ne­go. Na jego kształt mia­ły wpływ afry­kań­skie tra­dy­cje. Bę­dąc na afry­kań­skiej mszy ka­to­lic­kiej, po­cząt­ko­wo zdzi­wi­łam się, że za­miast or­ga­nów za­gra­ły bęb­ny, a lu­dzie za­czę­li gło­śno śpie­wać, kla­skać, na­wet tań­czyć. Ke­nij­czy­cy w ten spo­sób wy­ra­ża­ją uczu­cia re­li­gij­ne. Msza zwy­kle trwa­ła od dwóch do trzech go­dzin, a w cen­tral­nym miej­scu ka­pli­cy stał krzyż z przy­bi­tym do nie­go czar­no­skó­rym Chry­stu­sem. Oko­ło 6–10% Ke­nij­czy­ków to mu­zuł­ma­nie. Wy­da­je się, że to mało, nie­mniej jed­nak są mia­sta – ta­kie jak Mom­ba­sa – nie­mal w stu pro­cen­tach mu­zuł­mań­skie. Nic w tym dziw­ne­go, bo Ara­bo­wie pe­ne­tro­wa­li te­ry­to­rium Ke­nii już od VII wie­ku. Róż­ne są sza­cun­ki od­no­śnie do licz­by ani­mi­stów – źró­dła po­da­ją od 10 do na­wet 50%. Po­wo­dem tej roz­bież­no­ści jest spo­ry eklek­tyzm re­li­gij­ny Ke­nij­czy­ków. Czę­sto spo­ty­ka­łam lu­dzi, któ­rzy, mimo iż wy­zna­ją chrze­ści­jań­stwo, nadal prak­ty­ku­ją ob­rzę­dy rdzen­nych, afry­kań­skich re­li­gii. Ani­mizm, czy­li wia­ra w du­chy, ma sil­ne opar­cie w lo­kal­nej men­tal­no­ści. Sły­sza­łam od miej­sco­wych wie­le opo­wie­ści o do­brych i złych du­chach przod­ków za­miesz­ku­ją­cych busz i sa­wan­nę. W tra­dy­cyj­nych spo­łecz­no­ściach Ke­nii duże zna­cze­nie ma cza­row­nik – czę­sto je­dy­na oso­ba udzie­la­ją­ca po­mo­cy me­dycz­nej. Oprócz zna­jo­mo­ści zwy­cza­jo­wych spo­so­bów le­cze­nia umie on też pod­po­rząd­ko­wać so­bie du­chy. Ko­rzy­sta­nie z po­mo­cy cza­row­ni­ka łą­czy się więc z ani­mi­zmem. Tra­dy­cyj­ne wie­rze­nia afry­kań­skie ce­chu­je kult przod­ków i wia­ra w ma­gię. Przy czym Afry­ka­nie wie­rzą nie tyl­ko w ma­gię ochron­ną i lecz­ni­czą, lecz tak­że w zło­śli­we cza­ry…

Zróż­ni­co­wa­nie wy­zna­nio­we w Ke­nii, a tak­że w ca­łej Afry­ce sub­sa­ha­ryj­skiej, za­wsze wzbu­dza­ło we mnie za­chwyt dla tak wiel­kiej to­le­ran­cji w tak mło­dym pań­stwie de­mo­kra­tycz­nym. Jed­na z mo­ich zna­jo­mych za­kon­nic, pra­cu­ją­ca na mi­sji w Ke­nii, pew­nej nie­dzie­li wraz z du­chow­nym pro­te­stanc­kim po­dró­żo­wa­ła mię­dzy wio­ska­mi, od­wie­dza­jąc cho­rych. Po dro­dze za­bra­li jesz­cze dwo­je au­to­sto­po­wi­czów. Pech chciał, że na śli­skiej po noc­nych desz­czach szu­tro­wej dro­dze wpa­dli na za­krę­cie w po­ślizg, prze­ko­zioł­ko­wa­li i za­trzy­ma­li się na pniu ogrom­ne­go ba­oba­bu. Po­nie­waż wy­pa­dek ten zda­rzył się tuż obok ma­łej wio­ski, wnet zle­cie­li się z niej wszy­scy miesz­kań­cy wraz z sza­ma­nem. Wy­cią­gnię­to ich z sa­mo­cho­du, na szczę­ście ni­ko­mu nic po­waż­ne­go się nie sta­ło. Po wy­pad­ku wszy­scy jak je­den mąż – ksiądz pro­te­stanc­ki, za­kon­ni­ca ka­to­lic­ka, pa­sa­że­ro­wie, któ­rzy byli mu­zuł­ma­na­mi oraz sza­man – za­czę­li wzno­sić ręce do nie­ba i po­wta­rzać z ra­do­ścią w kół­ko w swo­im ję­zy­ku: Chwa­ła Bogu! Chwa­ła Bogu! Oto przy­kład re­li­gij­ne­go współ­ist­nie­nia made in Afri­ca.

Dla Ke­nii naj­waż­niej­sze źró­dła do­cho­du to rol­nic­two i tu­ry­sty­ka. Pro­duk­cja rol­na i eks­port pło­dów obej­mu­ją­cy głów­nie her­ba­tę, kawę, si­zal, ana­na­sy, ba­na­ny daje 60% przy­cho­dów pań­stwa. Resz­ta po­cho­dzi z kie­sze­ni tu­ry­stów

Roz­wój rol­nic­twa Ke­nia za­wdzię­cza kli­ma­to­wi rów­ni­ko­we­mu mon­su­no­we­mu. Na wy­brze­żu za­wsze jest go­rą­co i wil­got­no, a we­wnątrz kra­ju – go­rą­co i su­cho. Pory roku typu wio­sna, lato, je­sień, zima są tam nie­zna­ne. Kie­dy w Eu­ro­pie trwa zima, w Ke­nii moż­na za­żyć słoń­ca i cie­pła, za naj­cie­plej­szy mie­siąc uzna­je się ma­rzec, kie­dy tem­pe­ra­tu­ry do­cho­dzą do ok. 30 stop­ni, czy­li są cał­kiem zno­śne jak na Afry­kę. Ke­nia za­wdzię­cza to temu, że więk­szość jej ob­sza­rów leży na spo­rych wy­so­ko­ściach nad po­zio­mem mo­rza. W tej czę­ści świa­ta, jak wspo­mnia­łam wcze­śniej, wy­stę­pu­ją dwie pory desz­czo­we, dłu­ga i krót­ka (kwie­cień–czer­wiec, li­sto­pad). Od pór roku uza­leż­nio­na jest tzw. wiel­ka mi­gra­cja czy­li spek­takl prze­miesz­cza­nia się zwie­rząt po­mię­dzy Par­kiem Se­ren­ge­ti (Tan­za­nia) i Ma­sai Mara (Ke­nia). Mi­gra­cja zwie­rząt to je­den z naj­więk­szych przy­rod­ni­czych fe­no­me­nów. Nic dziw­ne­go, że aby zo­ba­czyć ten dy­na­micz­ny akt, do Ke­nii i Tan­za­nii przy­jeż­dża ty­sią­ce tu­ry­stów. Wę­drów­ka ok. 2 mln zwie­rząt była i jest te­ma­tem wie­lu fo­to­gra­fii oraz fil­mów przy­rod­ni­czych.

Przy­lot do Na­iro­bi

Do po­dró­ży przy­go­to­wa­łam się so­lid­nie – zna­łam pod­sta­wo­we fak­ty, wie­dzia­łam cze­go szu­kać, co mnie in­te­re­su­je, co chcę obej­rzeć. Nie­mniej jed­nak gdy o 6 rano przy­le­cia­łam do sto­li­cy Ke­nii – Na­iro­bi i po raz pierw­szy prze­je­cha­łam przez mia­sto, by­łam pod wiel­kim wra­że­niem. Na­iro­bi jest jed­nym z czte­rech miast na świe­cie, gdzie znaj­du­je się sie­dzi­ba ONZ, jest też jed­nym z naj­waż­niej­szych miast w Afry­ce. Mie­ści się tu­taj głów­ny ośro­dek biz­ne­su i po­mo­cy hu­ma­ni­tar­nej w tej czę­ści świa­ta.

Lot­ni­sko, na któ­rym wy­lą­do­wa­łam, nosi imię Jomo Ke­ny­at­ty, ke­nij­skie­go pre­zy­den­ta, któ­ry ode­grał głów­ną rolę w do­pro­wa­dze­niu pań­stwa do nie­pod­le­gło­ści. Ke­nia to sto­sun­ko­wo mło­de pań­stwo, do­pie­ro w roku 1963 sta­ła się nie­pod­le­gła. Wcze­śniej była czę­ścią ko­lo­nii bry­tyj­skiej.

Lot­ni­sko w Na­iro­bi oka­za­ło się jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych por­tów lot­ni­czych w Afry­ce, ale nie tyl­ko tam. Znaj­du­ją się na nim wszyst­kie nie­zbęd­ne udo­god­nie­nia dla po­dróż­nych, w tym ca­ło­do­bo­wa wy­mia­na wa­lut, pocz­ta, re­stau­ra­cje, skle­py wol­no­cło­we i bary. Gdy tyl­ko ode­bra­łam mój ba­gaż, uda­łam się do kan­to­ru, aby wy­mie­nić do­la­ry ame­ry­kań­skie na ke­nij­skie szy­lin­gi (KSH). Za jed­ne­go do­la­ra do­sta­łam ok. 70 szy­lin­gów. Już po paru mi­nu­tach mia­łam w kie­sze­ni bank­no­ty stu­szy­lin­go­we z uśmiech­nię­tym ob­li­czem Ke­ny­at­ty, a tak­że pięć­dzie­siąt­ki i dwu­dziest­ki z wi­ze­run­kiem ko­lej­ne­go pre­zy­den­ta Da­nie­la Moi. Je­den szy­ling to sto cen­tów. Oczy­wi­ście, jak przy­sta­ło na kraj ży­ją­cy z tu­ry­sty­ki, w więk­szo­ści miejsc moż­na pła­cić kar­ta­mi kre­dy­to­wy­mi, ale i ame­ry­kań­skie do­la­ry są chęt­nie przyj­mo­wa­ne w skle­pach z pa­miąt­ka­mi czy par­kach na­ro­do­wych. Od­pra­wa wi­zo­wo-pasz­por­to­wa od­by­ła się spraw­nie i już po kil­ku­na­stu mi­nu­tach opu­ści­łam lot­ni­sko. Po­dob­nie jak więk­szość przy­jezd­nych mia­łam wizę po­by­to­wą do 90 dni, któ­ra kosz­to­wa­ła mnie 50 do­la­rów.

Afry­ka sta­ła przede mną otwo­rem, a przy­wi­ta­ło mnie wscho­dzą­ce nad nią słoń­ce oraz ser­decz­ni Ke­nij­czy­cy. Uno­szo­ny cie­płym wia­trem kurz wzno­sił się nad uli­ce i zdo­bił ho­ry­zont ja­sno­brą­zo­wą bar­wą. Po­ran­ne pro­mie­nie prze­dzie­ra­ły się mię­dzy pnia­mi drzew i bu­dyn­ka­mi. Był ja­sno, pięk­nie, no i cóż – cie­pło…

Na ze­wnątrz cze­kał na mnie kie­row­ca, któ­ry miał być tak­że moim ke­nij­skim prze­wod­ni­kiem. Po­wi­tał mnie sze­ro­kim bia­łym uśmie­chem. Ubra­ny był w ja­sną ko­szu­lę i moc­no sfa­ty­go­wa­ne ciem­nie por­t­ki. Za­krzyk­nął: – Jum­bo, jum­bo friend! – „Wi­taj­cie przy­ja­ciół­ko” w ję­zy­ku su­ahi­li i an­giel­skim. Za­wsze do­brze znać an­giel­ski, ale zna­jo­mość kil­ku słów w su­ahi­li, któ­rym po­słu­gu­je się obec­nie ok. 50–60 mln lu­dzi, zwłasz­cza w środ­ko­wej i wschod­niej Afry­ce, nie za­szko­dzi. Su­ahi­li to ję­zyk z ro­dzi­ny ban­tu i ma wie­lo­wie­ko­wą hi­sto­rię, jest jed­nym z ok. 2 tys. afry­kań­skich ję­zy­ków uży­wa­nych na kon­ty­nen­cie i oko­licz­nych wy­spach. Su­ahi­li, jak się oka­zu­je, to nie taka pro­sta spra­wa – ma 20 dia­lek­tów. Mało nam zna­ny su­ahi­li jest jed­nym z waż­niej­szych ję­zy­ków świa­ta, od­gry­wa rolę ję­zy­ka kon­tak­to­we­go, czy­li we­hi­ku­lar­ne­go. Afry­ka­nie uży­wa­ją go w cza­sie po­dro­ży czy kon­tak­tów han­dlo­wych na ob­sza­rach o du­żej róż­no­rod­no­ści ję­zy­ko­wej. Jest czymś w ro­dza­ju ję­zy­ka an­giel­skie­go w Eu­ro­pie, gdzie też prze­cież każ­dy kraj ma swój wła­sny ję­zyk, ale gdzie­kol­wiek się po­je­dzie w więk­szych mia­stach czy waż­niej­szych in­sty­tu­cjach po­ro­zu­mie­my się po an­giel­sku. Dla od­róż­nie­nia ję­zy­kiem we­hi­ku­lar­nym w Afry­ce Za­chod­niej jest hau­sa.

Od my­śli na te­mat su­ahi­li ode­rwał mnie głos prze­wod­ni­ka: – Mam na imię Jo­seph, ty mu­sisz być Ania. – Nim się spo­strze­głam, po­rwał moje wa­liz­ki i za­pa­ko­wał na tył ma­łe­go busa.

W środ­ku sie­dzia­ło jesz­cze czwo­ro lu­dzi, któ­rzy oka­za­li się mo­imi to­wa­rzy­sza­mi po­dro­ży.

Na pierw­szy rzut oka po­obi­ja­ny bus z za­rdze­wia­ły­mi bo­ka­mi i za­ry­so­wa­ną przed­nią szy­bą nie wzbu­dzał we mnie za­ufa­nia. Póź­niej oka­za­ło się jed­nak, że nie spo­sób zna­leźć po­jazd le­piej na­da­ją­cy się na wy­bo­iste ke­nij­skie dro­gi. Wy­mia­na szy­by nie mia­ła sen­su, gdyż jak tyl­ko uje­cha­li­śmy ka­wa­łek dro­gi za mia­sto, ka­mie­nie z szu­tro­wej dro­gi za­czę­ły pod­ska­ki­wać w po­wie­trzu i za­ry­so­wa­ły szy­bę w ko­lej­nych miej­scach. Nie­ste­ty, kiep­sko ro­bi­ło się zdję­cia przez taką szy­bę „z cha­rak­te­rem”. Małe po­je­dyn­cze sie­dze­nia po obu stro­nach busa były twar­de i sprę­ży­ste. Gdy tyl­ko na­je­cha­li­śmy na więk­szy ka­mień, pod­ska­ki­wa­li­śmy do góry, o mało nie za­ha­cza­jąc gło­wa­mi o dach i wy­da­wa­li­śmy okrzy­ki typu: „O Mat­ko Bo­ska” lub „Co z nami bę­dzie” w kil­ku ję­zy­kach sy­mul­ta­nicz­nie. Po ja­kimś cza­sie przy­wy­kli­śmy do busa i do Jo­se­pha, a na­wet po­lu­bi­li­śmy na­sze pod­nieb­ne akro­ba­cje na ma­łych sie­dze­niach.

Przez te kil­ka dni Jo­seph bez koń­ca ob­da­ro­wy­wał mnie fa­scy­nu­ją­cy­mi opo­wie­ścia­mi o Ke­nii i jej miesz­kań­cach, a przy oka­zji ćwi­czy­łam z nim nie­zbęd­ny słow­nik su­ahi­li. Każ­dy Eu­ro­pej­czyk, Azja­ta czy Ame­ry­ka­nin, nie­waż­ne jak dłu­go prze­by­wa w Ke­nii czy w Tan­za­nii, chcąc nie chcąc na­uczy się kil­ku zwro­tów w ję­zy­ku su­ahi­li.

Jo­seph na­uczył mnie no­wych przy­dat­nych słów, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi przez całą wy­pra­wę. Szyb­ko za­ła­pa­łam bez koń­ca po­wta­rza­ją­cą się w pio­sen­kach ha­ku­na ma­ta­ta, czy­li „nie ma pro­ble­mu”. Oczy­wi­ście waż­ne było jum­bo – „cześć” lubha­ba­ri – „jak się masz”, asan­te sana– „dzię­ku­ję” oraz to­wa­rzy­szą­ce mi każ­de­go dnia pole, pole– „po­wo­li, bez po­śpie­chu”. Wy­ra­że­nie to wspa­nia­le od­zwier­cie­dla cha­rak­ter Ke­nij­czy­ków, czy­li wiecz­ny re­laks. Ni­ko­mu w Ke­nii się nie spie­szy. Spra­wy, któ­re w Eu­ro­pie za­ła­twia­ne są od ręki, w Ke­nii mogą za­jąć dni lub ty­go­dnie. I nikt się tym nie stre­su­je.

Szyb­ko do­wie­dzia­łam się od dzie­ci wo­ła­ją­cych do mnie, że je­stem Mzun­gu, czy­li Bia­ła lub Eu­ro­pej­ka.

Wkrót­ce prze­ko­na­łam się, że dla miej­sco­wych je­stem taką samą atrak­cją, jak oni dla mnie. Róż­ni­ca po­le­ga­ła na tym, że ja sie­dzia­łam za szy­bą z apa­ra­tem w ręku, z za­chwy­co­ną ale i nie­pew­ną miną, nie­śmia­ło pró­bu­jąc ro­bić zdję­cia prze­chod­niom. Tym­cza­sem po dru­giej stro­nie szy­by Ke­nij­czy­cy przy­zwy­cza­je­ni do nie­szko­dli­wych tu­ry­stów za­mknię­tych szczel­nie w dżi­pach bądź bu­sach ma­cha­li do nas za­ma­szy­ście z wiel­ki­mi uśmie­cha­mi na twa­rzach, dzie­ci po­ka­zy­wa­ły pal­ca­mi i szep­ta­ły mię­dzy sobą. Inni zaś byli zu­peł­nie obo­jęt­ni na na­szą „od­mien­ność”, szli w tłum­nych po­cho­dach do pra­cy, gdyż wła­śnie roz­po­czy­nał się dzień w wiel­kim mie­ście… A ulicz­ni sprze­daw­cy za­czy­na­li po­ścig za upa­trzo­nym bu­sem, któ­ry sta­wał co chwi­lę na świa­tłach.

Ka­lej­do­skop ko­lo­rów, za­pa­chy kawy, ku­rzu i świe­żej tra­wy…

Pierw­szy dzień w Ke­nii był dla mnie przede wszyst­kim dniem po­dró­ży. Naj­pierw przez za­tło­czo­ną sto­li­cę, póź­niej przez ma­leń­kie wio­ski roz­sia­ne po­mię­dzy ko­lo­ro­wy­mi, ma­ły­mi po­let­ka­mi. Zmie­rza­łam w stro­nę wzgórz Aber­da­re, gdzie mia­łam za­miar spo­tkać się oko w oko ze zwie­rzę­ta­mi.

Mi­gaw­ki z Na­iro­bi

Bia­ły bus ochrzci­li­śmy wdzięcz­nie duma,czy­li ge­pard, tłu­ma­cząc z su­ahi­li. Po­do­bień­stwo było ude­rza­ją­ce, ma­szy­na wy­da­wa­ła się naj­szyb­szym osob­ni­kiem spo­śród wszyst­kich in­nych po­ru­sza­ją­cych się po uli­cach miej­skich, au­to­stra­dach, a tak­że dro­gach w par­kach na­ro­do­wych. Na­sza „duma” do­ga­nia­ła i prze­ści­ga­ła wszyst­kich in­nych bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku. Oprócz tego mia­ła inne cen­ne wa­lo­ry – na­pęd na czte­ry koła i otwie­ra­ny dach. W środ­ku, poza wcze­śniej wspo­mnia­ny­mi sie­dze­nia­mi, była duża lo­dów­ka za­opa­trzo­na w wodę oraz whi­sky. Pierw­szy płyn, co oczy­wi­ste i na­tu­ral­ne, trze­ba mieć przy so­bie za­wsze i wszę­dzie. Dru­gi jed­nak wca­le nie ustę­pu­je mu pod wzglę­dem ko­niecz­no­ści po­sia­da­nia. Do­bra whi­sky pita rano na czczo uod­par­nia i od­tru­wa or­ga­nizm. Ma to duże zna­cze­nie zwłasz­cza w tro­pi­kal­nych kli­ma­tach, gdzie eu­ro­pej­skim or­ga­ni­zmom zaj­mu­je tro­chę cza­su, aby przy­wyk­nąć do miej­sco­we­go je­dze­nia, pi­cia i po­wie­trza. Oprócz tego do­bra jest w po­łu­dnie i wie­czo­rem…

Mie­li­śmy też ło­pa­ty, le­wa­rek i de­skę. Wszyst­kie te przy­rzą­dy mia­ły nam po­móc przy wy­do­by­wa­niu na­szej dumy z grzą­skiej zie­mi, np. po ule­wie. Jest to nie­zbęd­nik każ­de­go do­bre­go kie­row­cy, któ­ry po­ru­sza się po par­kach Afry­ki. No­wo­cze­śniej­szym zaś nie­zbęd­ni­kiem było CB-ra­dio, przez któ­re moż­na we­zwać po­moc w ra­zie prze­bi­te­go koła bądź ugrzęź­nię­cia.

Ba­ga­że Jo­seph wsa­dził na tył po­jaz­du, każ­dy z nas miał swo­je miej­sce przy okien­ku i tak usa­do­wie­ni mknę­li­śmy w ku­rzu i wśród pod­ska­ku­ją­cych ka­mie­ni w stro­nę mia­sta Aber­da­re. Mu­sie­li­śmy prze­je­chać przez część sto­li­cy Ke­nii. War­to może jesz­cze wspo­mnieć, że Na­iro­bi po­ło­żo­ne jest w cen­trum kra­ju na wy­so­ko­ści 1700 m. n.p.m., u pod­nó­ża gór Aber­da­re i u źró­deł rze­ki Athi. To jed­no z naj­no­wo­cze­śniej­szych miast czar­nej Afry­ki jest dla tu­ry­stów wy­god­nym po­sto­jem przed ru­sze­niem do par­ków na­ro­do­wych.

W cen­trum mia­sta do­mi­nu­ją im­po­nu­ją­ce wie­żow­ce, sze­ro­kie ale­je oraz buj­na ro­ślin­ność i za­dba­ne par­ki. Na przed­mie­ściach zaś znaj­du­ją się ele­ganc­kie domy z ogro­da­mi. Przy­po­mi­na­ły nam nie­co re­zy­den­cje z ame­ry­kań­skich fil­mów. Nic zresz­tą w tym dziw­ne­go, zie­mie te jako pierw­si zaj­mo­wa­li osad­ni­cy z za­chod­niej pół­ku­li, a tak­że bo­ga­ci Eu­ro­pej­czy­cy. Bu­do­wa­li oni swo­je domy i two­rzy­li wo­kół nich ogro­dy w sty­lu ka­li­for­nij­skim lub bry­tyj­skim w za­leż­no­ści od tego, skąd po­cho­dzi­li. W więk­szo­ści były one oto­czo­ne wy­so­ki­mi mu­ra­mi, aby przy­pad­kiem nie od­kryć scho­wa­nych za nimi ta­jem­ni­czych miesz­kań­ców. Inne – wręcz prze­ciw­nie, każ­dy, kto prze­jeż­dżał, mógł na­sy­cić się wi­do­kiem domu z roz­le­głym ogro­dem wy­peł­nio­nym buj­ną eg­zo­tycz­ną ro­ślin­no­ścią, w któ­rej schro­nie­nie znaj­do­wa­ły ba­jecz­nie ko­lo­ro­we pta­ki. Gdy tyl­ko opu­ści­li­śmy te za­chwy­ca­ją­ce przed­mie­ścia, zna­leź­li­śmy się w roz­le­głej dziel­ni­cy do­mów czyn­szo­wych, zbu­do­wa­nych po to, by zli­kwi­do­wać slum­sy. Jed­nak wo­kół tych do­mów z dnia na dzień wy­ra­sta­ją nowe slum­sy. Po uli­cach plą­czą się bez­dom­ne psy, a wiatr po­py­cha śmie­ci z jed­ne­go rowu do dru­gie­go. Gdzie­nieg­dzie wi­dać było szwen­da­ją­cych się lu­dzi; wy­glą­da­li na ta­kich, któ­rzy co nie wie­dzie­li, co ze sobą zro­bić, któ­rym bie­da za­glą­da w oczy.

Lu­dzie na uli­cy

Po pierw­szej go­dzi­nie jaz­dy moje pod­eks­cy­to­wa­nie no­wym miej­scem za­czę­ło prze­gry­wać ze zmę­cze­niem. Dłu­gi lot do Afry­ki i nie­koń­czą­ce się rze­ki sa­mo­cho­dów po­ru­sza­ją­cych się wbrew za­sa­dom jaz­dy znu­ży­ły nas wszyst­kich. Ob­ser­wo­wa­łam przez okno tęt­nią­cą ży­ciem me­tro­po­lię. Za­pcha­ne ron­da, brud­ne uli­ce, spo­ce­ni prze­chod­nie, po­obi­ja­ne sa­mo­cho­dy – oto co­dzien­ny wi­dok sto­li­cy. Mi­ja­li mnie sprze­daw­cy, ko­bie­ty ubra­ne w ko­lo­ro­we tra­dy­cyj­ne afry­kań­skie sza­ty zwa­ne kan­ga, męż­czyź­ni cią­gną­cy róż­ne­go ro­dza­ju wóz­ki wy­ła­do­wa­ne róż­ny­mi ru­pie­cia­mi. Jed­ni ubra­ni w łach­ma­ny, inni w gar­ni­tu­rach. Dzia­do­stwo mie­sza­ło się z ele­gan­cją. Wi­dzia­łam ozna­ki do­bro­by­tu i skraj­ne­go ubó­stwa. Po bliż­szym przyj­rze­niu Na­iro­bi oka­za­ło się mia­stem kon­tra­stów: od nie­sa­mo­wi­tej no­wo­cze­sno­ści i bo­gac­twa, do strasz­nej bie­dy i za­co­fa­nia. Lu­dzie spie­szą­cy do pra­cy w gar­ni­tu­rach mi­ja­li się z że­brzą­cy­mi ślep­ca­mi i bez­dom­ny­mi dzieć­mi.

Wę­dru­ją­cy lu­dzie po­ubie­ra­ni byli w ko­lo­ro­we tra­dy­cyj­ne, jak i eu­ro­pej­skie stro­je. Ich twa­rze zdra­dza­ły róż­ne po­cho­dze­nie et­nicz­ne. Za­uwa­ży­łam Sam­bu­ru, Tur­ka­na, Ma­sa­jów. Ko­bie­ty nio­sły dzie­ci na ple­cach za­wi­nię­te w kan­gi ni­czym małe sio­deł­ka. Na rogu uli­cy kil­ku­na­sto­let­ni chło­piec grał na bę­ben­ku, a jego ko­le­dzy pod­ska­ki­wa­li w rytm mu­zy­ki.

Wszę­dzie ro­iło się odma­ta­tu, czy­li ma­łych bu­sów speł­nia­ją­cych rolę ko­mu­ni­ka­cji pu­blicz­nej. Mi­ni­bu­sy ma­ta­tu mają 8 sie­dzeń i prze­pi­so­wo mogą prze­wo­zić 11 osób. Za­zwy­czaj jed­nak licz­ba pa­sa­że­rów jest co naj­mniej dwu­krot­nie więk­sza. Za­ba­wa po­le­ga na tym, że kie­dy ma­ta­tu sta­je na przy­stan­ku, na­ga­niacz po­zwa­la wejść do środ­ka tylu oso­bom, ile się zmie­ści, czy­li do mo­men­tu, gdy sam znaj­dzie się na ze­wnętrz­nej kra­wę­dzi. Aż trud­no uwie­rzyć, że tak wy­pcha­ny we­so­ły au­to­bus w ogó­le ru­szy z miej­sca. A jed­nak. Ten zwy­kle po­obi­ja­ny, ale za to ko­lo­ro­wy bu­sik sta­no­wi naj­pow­szech­niej­szy śro­dek ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej wie­lo­mi­lio­no­wej me­tro­po­lii, nie­po­sia­da­ją­cej me­tra, po­cią­gów miej­skich ani tram­wa­jów.

Dla ko­goś, kto pierw­szy raz przy­jeż­dża do Ke­nii i chce sko­rzy­stać z pu­blicz­ne­go środ­ka trans­por­tu, tra­sa kur­so­wa­nia ma­ta­tu sta­no­wi za­gad­kę. Na ogół nig­dy nie wia­do­mo, skąd przy­je­dzie i jaka tego dnia bę­dzie jego tra­sa. Oprócz tego, jak się prze­ko­na­li­śmy ob­ser­wu­jąc ruch w Na­iro­bi, kie­row­cy ma­ta­tu pę­dzą na zła­ma­nie kar­ku i nie­wie­le zna­ją się na prze­pi­sach dro­go­wych. Dla­te­go zwy­kle od­ra­dza się tu­ry­stom ko­rzy­sta­nie z bu­sów jako środ­ka trans­por­tu.

Gdy tyl­ko nasz bus przy­sta­nął na chwi­lę, za­raz zja­wia­li się cze­ka­ją­cy na po­bo­czach sprze­daw­cy owo­ców, cho­rą­gie­wek, ba­te­rii i roż­nych in­nych ga­dże­tów, wy­da­wa­ło­by się po­trzeb­nych do wszyst­kie­go i za­ra­zem nie­po­trzeb­nych do ni­cze­go.

Sprze­daw­cy wy­cią­ga­li do nas ręce, po­zdra­wia­jąc przy­jaź­nie.

– Sasa, sasa mzu­ga­wi! – Wi­taj­cie bia­li lu­dzie!

– Jam­bo, ra­fi­ki! – Wi­taj­cie przy­ja­cie­le!

Ku­pi­łam pęk żół­tych ba­na­nów, a za nie­wy­da­ną resz­tę szy­lin­gów sprze­daw­ca zgo­dził się po­zo­wać do fo­to­gra­fii.

Za mia­stem skoń­czy­ła się as­fal­to­wa dro­ga. Po­dróż kon­ty­nu­owa­li­śmy po bi­tej na­wierzch­ni, miej­sca­mi prze­ora­nej po­przecz­ny­mi bruz­da­mi. Były to po­zo­sta­ło­ści po po­rze desz­czo­wej. Wzdłuż dro­gi, jak okiem się­gnąć, roz­cią­ga­ły się mniej­sze lub więk­sze po­let­ka. Były uło­żo­ne cha­otycz­nie, przy brze­gu rze­ki lub na wy­pa­lo­nej zie­mi, któ­rą po­przed­nio po­ra­sta­ły krza­ki. We­dle za­sa­dy: by­le­by coś uro­sło. Gdy tyl­ko koń­czy się pora desz­czo­wa i zie­mia jest do­brze na­wod­nio­na, miesz­kań­cy wio­sek ru­sza­ją do pra­cy w polu. Sie­ją pro­so, ku­ku­ry­dzę czy sor­go. Na kon­ty­nen­cie, gdzie głód jest naj­więk­szym nie­szczę­ściem, każ­dy plon to dar boży. Na po­lach ro­sły też ba­na­now­ce i choć na­zy­wa­ją ba­na­now­ce „drze­wa­mi” to w rze­czy­wi­sto­ści tu­taj są ogrom­ną tra­wą. Mogą osią­gnąć na­wet 15 m wy­so­ko­ści, co czy­ni je naj­więk­szą tra­wą na świe­cie. Nie zdzi­wił mnie wi­dok ko­biet sto­ją­cych przy dro­dze i sprze­da­ją­cych owo­ce. Za­trzy­ma­li­śmy się na chwi­lę, by znów za­ku­pić kil­ka ki­ści ba­na­nów.

Rozdział IIKolacja w towarzystwie słoni i bawołów

Krót­ka lek­cja hi­sto­rii

Po­dróż do Aber­da­re trwa­ła parę go­dzin. Oprócz cią­gle zmie­nia­ją­cych się wi­do­ków za oknem na­szą dro­gę uroz­ma­ica­ły opo­wie­ści Jo­se­pha. Już na po­cząt­ku na­sze­go po­by­tu w tym kra­ju przy­go­to­wał dla nas fa­scy­nu­ją­cą lek­cję hi­sto­rii. Przez chwi­lę po­czu­łam, że znaj­du­ję się w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń, gdzie roz­gry­wa­ły się wal­ki, ludz­kie tra­ge­die, nie­spra­wie­dli­wo­ści, a tak­że po­wsta­nia i ro­dzi­ły się na­dzie­je, któ­re za­pi­sa­ła hi­sto­ria. A hi­sto­ria tej czę­ści świa­ta jest tak sta­ra jak hi­sto­ria ludz­ko­ści.

Praw­do­po­dob­nie pierw­szy­mi lu­da­mi za­miesz­ku­ją­cy­mi te te­re­ny były ple­mio­na ku­szyc­kie, zbie­rac­ko-ło­wiec­kie. Przy­by­ły one z Etio­pii. Za nimi po­dą­ży­li człon­ko­wie ple­mion Ban­tu, któ­re za­sie­dli­ły te­re­ny dzi­siej­szej Afry­ki Wschod­niej.

Ten pięk­ny za­ką­tek zie­mi dłu­go po­zo­stał nie­od­kry­ty. Je­dy­nie te­re­ny nad­mor­skie czę­sto od­wie­dza­ły stat­ki han­dlo­we kup­ców arab­skich. Wy­brze­że Afry­ki Wschod­niej od wie­ków utrzy­my­wa­ło kon­tak­ty z od­le­gły­mi czę­ścia­mi świa­ta. Wia­try mon­su­no­we spra­wia­ły, że w cią­gu kil­ku ty­go­dni moż­na było do­trzeć z Ke­nii do po­łu­dnio­wych wy­brze­ży Pół­wy­spu Arab­skie­go, a w cią­gu dwóch mie­się­cy do In­dii. Od XI i XII wie­ku su­ahi­lij­ska lud­ność wy­brze­ża, dzię­ki na­pły­wo­wi lud­no­ści z Pół­wy­spu Arab­skie­go i Za­to­ki Per­skiej, zo­sta­ła pod­da­na is­la­mi­za­cji. Lud Su­ahi­li za­wdzię­cza przy­by­szom ze wscho­du nie tyl­ko re­li­gię, lecz tak­że zdol­no­ści ku­piec­kie oraz rze­mio­sło że­glar­skie. Od wie­ków mia­sta ta­kie jak Mom­ba­sa, Lamu czy Pate, któ­re ist­nie­ją do dzi­siaj, utrzy­my­wa­ły kon­tak­ty han­dlo­we z resz­tą świa­ta. Sta­ły się ośrod­ka­mi han­dlu nie­wol­ni­ka­mi, ko­ścią sło­nio­wą i ro­giem no­so­roż­ca.

W 1498 roku na cze­le wy­pra­wy Por­tu­gal­czy­ków ląd ten na­wie­dził wiel­ki po­dróż­nik Va­sco da Gama, któ­ry wła­śnie opły­wał Afry­kę w dro­dze do In­dii. Od tego cza­su Por­tu­gal­czy­cy pod­po­rząd­ko­wa­li so­bie znacz­ną część Afry­ki Wschod­niej, głów­ną bazą wład­ców por­tu­gal­skich był Mo­zam­bik, ale i w ke­nij­skiej Mom­ba­sie za­ło­ży­li ogrom­ną twier­dzę Fort Je­sus. Pod ko­niec XVII wie­ku rzą­dy w Ke­nii i Tan­za­nii prze­ję­li wład­cy Oma­nu.

W prze­ci­wień­stwie do wy­brze­ża miesz­kań­cy in­te­rio­ru żyli w gru­pach, któ­re nie na­le­ża­ły do żad­ne­go pań­stwa. Ple­mio­na były za­zwy­czaj ze sobą bli­sko spo­krew­nio­ne, a wła­dzę spra­wo­wa­ła star­szy­zna, któ­ra wy­zna­cza­ła wo­dza. Szcze­gó­le miej­sce w gru­pie mie­li przy­wód­cy sa­kral­ni, czy­li mó­wiąc pro­ściej – cza­row­ni­cy peł­nią­cy tak­że role zna­cho­rów i wiesz­czów.

Przez lata Por­tu­gal­czy­cy pro­wa­dzi­li ci­chą woj­nę z kup­ca­mi arab­ski­mi, ale naj­bar­dziej cier­pia­ła na tym cie­mię­żo­na rdzen­na lud­ność. Wraz ze wzro­stem za­po­trze­bo­wa­nia na nie­wol­ni­czą pra­cę w Ame­ry­ce za­ję­li się pro­ce­de­rem han­dlu nie­wol­ni­ka­mi, wy­pie­ra­jąc zaj­mu­ją­cych się tym na dużą ska­lę Ara­bów. Od XVII wie­ku rów­nież An­gli­cy przy­łą­czy­li się do tego rów­nie lu­kra­tyw­ne­go, co od­ra­ża­ją­ce­go biz­ne­su. Do­star­cza­li oni łącz­nie rocz­nie po ok. 50 tys. nie­wol­ni­ków do pra­cy w ko­pal­niach i na plan­ta­cjach obu Ame­ryk. Wiek XIX to zło­ty okres han­dlu nie­wol­ni­ka­mi. W jego dru­giej po­ło­wie kup­cy z wy­brze­ża – Ara­bo­wie i ludy Su­ahi­li za­głę­bi­li się w dzi­kie te­re­ny nie­od­kry­tej jesz­cze Ke­nii sku­sze­ni wi­zją uzy­ska­nia no­wych nie­wol­ni­ków, dzię­ki cze­mu cały wiek XIX stał się czar­nym okre­sem w hi­sto­rii Ke­nii. Roz­po­czę­ły się woj­ny do­mo­we i roz­sze­rzy­ło się nie­wol­nic­two.

Tak więc han­del czar­ny­mi nie­wol­ni­ka­mi, li­cząc od po­ło­wy XV wie­ku, trwał ok. 400 lat, w tym bar­dzo in­ten­syw­nie ok. 250 lat. Jego efek­ty dla Afry­ki były po­ra­ża­ją­ce. Całe re­gio­ny środ­ka kon­ty­nen­tu zo­sta­ły wy­lud­nio­ne, zni­kło wie­le ple­mion mu­rzyń­skich, gdyż we­dług sza­cun­ków, na każ­de­go do­wie­zio­ne­go do Ame­ry­ki ży­we­go Mu­rzy­na przy­pa­da­ło pię­ciu za­bi­tych w Afry­ce i zmar­łych w cza­sie trans­por­tu. Skraj­nie pe­sy­mi­stycz­ne ob­li­cze­nia mó­wią, że pro­ce­der han­dlu nie­wol­ni­ka­mi spo­wo­do­wał uby­tek w Afry­ce do 100 mln lu­dzi. Obec­nie uwa­ża się, że z Afry­ki po­rwa­no ok. 12 mln lu­dzi. Za­ha­mo­wa­ny, zo­stał więc roz­wój wie­lu kul­tur i ple­mion.

Pod ko­niec XIX wie­ku ob­sza­ry Ke­nii sta­ły się bry­tyj­skim Pro­tek­to­ra­tem Afry­ki Wschod­niej. Wraz z bry­tyj­ski­mi rzą­da­mi do Ke­nii przy­by­ła ko­lej, a z nią jej bu­dow­ni­czo­wie. Bry­tyj­czy­cy roz­po­czę­li bu­do­wę ko­lei łą­czą­cej Mom­ba­sę z Je­zio­rem Wik­to­rii. Wkrót­ce do Afry­ki za­czę­li ścią­gać bia­li osad­ni­cy, zaj­mu­jąc ży­zne te­re­ny w oko­li­cach Na­iro­bi, któ­re za­miesz­ki­wa­ły ludy Ki­ku­ju. Roz­po­czę­ły swo­ją dzia­łal­ność mi­sje, któ­re nie tyl­ko po­ma­ga­ły bied­nym miesz­kań­com Afry­ki, lecz tak­że pro­wa­dzi­ły szko­ły i szpi­ta­le. Głów­nym mia­stem bry­tyj­skie­go Pro­tek­to­ra­tu było Na­iro­bi, któ­re szyb­ko na­bie­ra­ło zna­cze­nia i w 1907 roku prze­nie­sio­no tam sie­dzi­bę rzą­do­wą z Mom­ba­sy.

Po­czą­tek XX wie­ku i okres po­wo­jen­ny był bar­dzo trud­ny dla Afry­ki. Wraz z wy­bu­chem woj­ny w Pro­tek­to­ra­cie wpro­wa­dzo­no stan wo­jen­ny. Śmierć po­nio­sło wie­lu miesz­kań­ców, a ob­sza­ry Wschod­niej Afry­ki na­wie­dzi­ły epi­de­mie i głód. W 1920 roku bry­tyj­ski Pro­tek­to­rat Afry­ki Wschod­niej prze­kształ­co­no w Ke­nię, któ­ra otrzy­ma­ła sta­tus ko­lo­nii ko­ron­nej. W kra­ju na­stą­pił po­zy­tyw­ny zwrot. Za­czę­to edu­ko­wać dzie­ci. Rdzen­ni miesz­kań­cy co­raz śmie­lej wal­czy­li o swo­je pra­wa do ode­bra­nych im ziem, a tak­że otwie­ra­li wła­sne przed­się­bior­stwa. Na cze­le Ki­ku­ju sta­nął Jomo Ke­ny­at­ta. W la­tach 40., po tym jak kry­zys ogól­no­świa­to­wy do­tknął rów­nież bia­łych miesz­kań­ców Afry­ki, na­stą­pił zryw po­wstań­czy Mau Mau. W la­tach 50. sy­tu­acja za­czę­ła się ko­rzyst­nie zmie­niać dla ogó­łu Afry­ka­nów. Po po­wsta­niu Mau Mau Wiel­ka Bry­ta­nia znacz­nie roz­luź­ni­ła kon­tro­lę nad Ke­nią, a w 1963 roku Ke­nia sta­ła się nie­za­leż­ną re­pu­bli­ką i ob­ra­ła so­bie za pierw­sze­go pre­zy­den­ta Jomo Ke­ny­at­tę. Jest on uzna­ny bez wąt­pie­nia za bo­ha­te­ra na­ro­do­we­go i na­le­ży przy­znać, że był jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych po­li­ty­ków XX wie­ku. Ke­ny­at­ta współ­pra­co­wał z Za­cho­dem dla do­bra swe­go ludu i był zwo­len­ni­kiem go­spo­dar­ki wol­no­ryn­ko­wej.

Po­mi­mo zbrod­ni nie­wol­nic­twa współ­pra­ca z przy­by­sza­mi z Eu­ro­py spra­wi­ła, że dzię­ki nim Ke­nia roz­wi­ja­ła się znacz­nie szyb­ciej niż inne pań­stwa w Afry­ce. I choć dzi­siaj pod­sta­wą tu­tej­szej go­spo­dar­ki jest rol­nic­two, Ke­nia jest świa­to­wym li­de­rem w pro­duk­cji wy­so­ko­ga­tun­ko­wej kawy, her­ba­ty i ana­na­sów, to wła­śnie tu­ry­sty­ka przy­spa­rza jej naj­wię­cej do­cho­dów.

Park Na­ro­do­wy Aber­da­re

Wschod­nią kra­wędź Wiel­kie­go Rowu sta­no­wi Pła­sko­wyż Cen­tral­ny. Miej­sce to znaj­du­je się w cen­trum kra­ju i ma sym­bo­licz­ne znacz­nie dla miesz­kań­ców. Głów­ną atrak­cją pła­sko­wy­żu są góry – dzi­kie pa­smo Aber­da­re oraz skry­ty w chmu­rach, spo­wi­ty śnie­giem naj­wyż­szy szczyt – Ke­nia (Mo­unt Ke­nya 5199 m n.p.m.), od któ­re­go kraj przy­jął swo­ją na­zwę. Na szczy­cie błysz­czą nig­dy nie­top­nie­ją­ce lo­dow­ce oto­czo­ne przez wrzo­so­we hale. Jesz­cze sto lat temu góra ta była sła­bo zna­na, a opo­wie­ści pierw­szych zdo­byw­ców o śnie­gu po­kry­wa­ją­cym wierz­cho­łek były trak­to­wa­ne jak baj­ki. Te­raz nie bra­ku­je biur po­dro­ży or­ga­ni­zu­ją­cych trek­kin­gi dla chęt­nych do wspi­nacz­ki. Wo­kół tych ma­sy­wów gór­skich utwo­rzo­ne są pięk­ne par­ki na­ro­do­we (Mo­unt Ke­nya, Aber­da­re, Meru i Ol Do­nyo Sa­buk).

Pla­no­wa­łam spę­dzić kil­ka dni w Aber­da­re, miej­scu gdzie w pierw­szej po­ło­wie XX wie­ku przy­by­ło wie­lu Eu­ro­pej­czy­ków uwie­dzio­nych le­gen­dą o Do­li­nie Szczę­śli­wo­ści. Urze­cze­ni tymi te­re­na­mi pi­sa­li: „jest tam wspa­nia­ły kli­mat, upraw­ne zie­mie, pięk­ne oko­li­ce”. Uwa­ża się, że pa­nu­je tam je­den z naj­lep­szych kli­ma­tów świa­ta i, co cie­ka­we, mimo że to Cen­tral­na Afry­ka, nie wy­stę­pu­ją tu tro­pi­kal­ne cho­ro­by spo­ty­ka­ne na ni­zi­nach.