Wydawca: Znak Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 56 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapasy z życiem - Eric-Emmanuel Schmitt

Jun jest zbuntowanym nastolatkiem żyjącym na ulicach Tokio, z dala od rodziny, o której nie chce rozmawiać. Jego życie zmienia się, gdy spotyka mistrza sumo, który zdaje się nie zauważać jego drobnej postury i ciągle powtarza, że „widzi w nim grubego gościa”. Upór mistrza sprawia, że Jun odwiedza szkołę sumoków, w której zapoznaje się z tajemniczymi praktykami sztuk walki. Dzięki nim odkryje w sobie siłę oraz zyska wiarę we własne możliwości. I może nawet sam zostanie mistrzem.... Poznając prawdę o sobie, chłopiec odnajdzie również harmonię oraz dostrzeże miłość życia.

Opinie o ebooku Zapasy z życiem - Eric-Emmanuel Schmitt

Fragment ebooka Zapasy z życiem - Eric-Emmanuel Schmitt

Eric-Emmanuel Schmitt

Zapasy z życiem

przekład

Agata Sylwestrzak-Wszelaki

WYDAWNICTWO ZNAK

KRAKÓW 2010

Tytuł oryginału

Le sumo qui ne pouvait pas grossir

Copyright © Editions Albin Michel – Paris, 2009

Projekt okładki

Olgierd Chmielewski

Fotografia na okładce

waga z kamieniami: © Kadir Barcin/www.istockphoto.com

piórko: © Kari Hoglund/www.istockphoto.com

Redakcja

Klementyna Suchanow

Adiustacja Katarzyna Mach

Korekta

Katarzyna Onderka Ewa Polańska

Łamanie

Marcin Prokop

Copyright © for the Polish translation

by Agata Sylwestrzak-Wszelaki

ISBN 978-83-240-1428-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Byłem chudy, długi, płaski, ale Shomintsu, przechodząc obok mnie, ciągle powtarzał:

– Widzę w tobie grubego gościa.

Irytujące. Z przodu wyglądałem jak wyschnięta skóra śledzia naciągnięta na zapałkę, a z profilu… z profilu w ogóle nie było mnie widać, zostałem stworzony tylko w dwóch wymiarach, nie w trzech; jak na rysunku, brakowało mi wypukłości.

– Widzę w tobie grubego gościa.

Przez pierwsze dni nie odpowiadałem, bo często sobie nie dowierzam: czasem wydaje mi się, że ludzie atakują mnie słowami, minami, gestami, ale potem, gdy dotarło do mnie, że Shomintsu mówi serio, zacząłem sobie tłumaczyć, interpretować jego słowa, a nawet marzyć. Paranoja, chyba tak się nazywa ten rodzaj powtarzającej się iluzji, tak, mam paranoję – pomyślałem – a w dodatku alergię.

– Jun, spokojnie, tylko się męczysz – napominałem się. – Ten stary kulas nie mógł tego powiedzieć.

Nie muszę dodawać, że za trzecim razem, gdy Shomintsu zbliżał się do mnie, nastawiłem uszy jak bramkarz nogi przed strzałem przeciwnika, nie było mowy o tym, bym przepuścił choć słowo, uronił chociaż jedną sylabę, wychwyciłbym najcichszy dźwięk, jaki ten naiwniak wydałby, zwracając się do mnie:

– Widzę w tobie grubego gościa.

– Spadaj!

Tym razem byłem pewien, że dobrze usłyszałem.

Za to on sprawiał wrażenie, jakby mnie w ogóle nie słyszał: uśmiechnął się i szedł sobie dalej, jak gdyby nie zauważył mej reakcji.

Następnego dnia zatrzymał się znów i zawołał, z natchnioną miną, niczym ktoś, komu nagle przyszło coś do głowy:

– Widzę w tobie grubego gościa!

– We łbie ci się pomieszało czy co?

Nie było sposobu, żeby się go pozbyć. Bach! – codziennie to samo.

– Widzę w tobie grubego gościa.

– Weź się lecz!

W końcu zacząłem mu właśnie tak odpowiadać co rano, zmieniając trochę wersję, w zależności od stopnia irytacji: „Załóż okulary, dziadku, bo wpadniesz na ścianę!”, „Czubków zamykają za mniejsze odchyły!”, a nawet: „Nie wkurzaj mnie, bo będziesz musiał połknąć te trzy zęby, które ci zostały”.

Shomintsu, niewzruszony, wciąż kłapał jadaczką i szedł dalej, zadowolony, spokojny, odporny na to, że mu nawtykałem. Jak żółw. Miałem wrażenie, że przez te trzydzieści sekund rozmawiałem z żółwiem, tak bardzo pomarszczona była jego twarz, pozbawiona owłosienia, zielonobura, przewiercona maleńkimi oczkami zamaskowanymi pod obwisłymi powiekami, tak, żółw, którego wyschnięta szyja uginała się pod ciężarem czaszki, po czym znikała w fałdach doskonałego garnituru, nakrochmalonego jak sztywna skorupa. Doszedłem do tego, że zastanawiałem się nawet, jaka choroba powodowała to niezmienne zachowanie: ślepy czy głuchy? upośledzony czy matoł? W kwestii jego ułomności wybór był aż za duży.

Powiecie, że – aby się go pozbyć – wystarczyłoby unikać co rano tego skrzyżowania; tylko że nie miałem wyboru. Kiedy się ma piętnaście lat, trzeba zarabiać na życie. Zwłaszcza, jeżeli na nikogo się już nie liczy. Gdybym się nie rozkładał na rogu ulicy Szkarłatnej, pod biurowcem z różowych cegieł, w którym wydawano najgłupsze zdjęciowe komiksy w Japonii, w strategicznym miejscu pomiędzy wyjściem z metra a dworcem autobusowym, nie miałbym szansy na znalezienie wystarczającej do upłynnienia mojego towaru liczby klientów.

Tak naprawdę intrygował mnie ten Shomintsu, bo to, co głosił, było po prostu durne. Zupełnie co innego niż inteligentni ludzie z dobrymi chęciami, którzy przez cały dzień bombardowali mnie pytaniami w stylu: „Dlaczego chłopak w twoim wieku nie jest w szkole?”, „Twoja rodzina wie, że jesteś tutaj?”, „Czy rodzice się tobą nie zajmują? Nie żyją?”. Tyle rozsądnych, precyzyjnych pytań, na które nie odpowiadałem.

Ach tak, czasem padało też inne pytanie: „Nie wstydzisz się tego sprzedawać?”. Na takie okazje miałem gotową ripostę: „Nie, wstydziłbym się to kupować”, tylko że z niej nigdy nie skorzystałem, bo nie mogłem ryzykować, że zniechęcę ewentualnego frajera.

W każdym razie ten Shomintsu, który widział we mnie grubego gościa, miał jedną dobrą cechę: chodził z głową w chmurach, duchem był zupełnie w innym miejscu; w tym Tokio, gdzie cały tłum biegnie w jednym kierunku, ludzie są do siebie podobni, on wydawał się inny. Nie powiem, że czułem do niego z tego powodu sympatię. Nie, nie lubiłem nikogo, ale to go czyniło trochę mniej antypatycznym.

Bo muszę wam wyjaśnić, że w tamtym czasie cierpiałem na alergię – nietolerancję na cały świat. W tym na siebie samego. Interesujący temat medyczny, gdyby medycyna zajęła się moim przypadkiem: miałem alergię ogólną. Nic mnie nie pociągało, wszystko wydawało mi się odrażające, życie wywoływało u mnie swędzenie, od oddychania stawałem się kłębkiem nerwów, od rozglądania się naokoło miałem ochotę rozwalić sobie mózg o ścianę, od obserwowania ludzi dostawałem mdłości, od słuchania ich rozmów wyłaziła mi na skórze egzema, od patrzenia na ich brzydotę trzęsły mną dreszcze, a gdy ich odwiedzałem – nie mogłem oddychać; co do dotykania ich, na samą myśl o tym robiło mi się słabo. Krótko mówiąc, dopasowałem swoje życie do choroby: żegnaj, szkoło, nie miałem przyjaciół, wypełniałem obowiązki handlowe bez gadania, żywiłem się produktami przemysłu spożywczego – konserwami, zupami liofilizowanymi – i jadłem je w odosobnieniu, wciśnięty między deski jakiejś szopy, a w nocy spałem w opustoszałych miejscach, często cuchnących, tak bardzo zależało mi na tym, żeby być samemu.

Nawet myślenie mnie bolało. Zastanawiać się? Strata czasu. Przypominać sobie coś? Tego unikałem… Przewidywać? Też unikałem. Odciąłem się od przeszłości i przyszłości. Albo przynajmniej próbowałem. O ile wyczyszczenie pamięci nie sprawiło mi problemu (tak przykre tkwiły w niej wspomnienia), o tyle było mi ciężko powstrzymać się od snów o przyjemnościach. Zabraniałem sobie tego jednak, wiedząc, że po przebudzeniu, gdy zrozumiem, że są nierealne, będę się czuł, jakbym dostał w mordę.

– Widzę w tobie grubego gościa.

Co mi się wtedy stało, w tamten poniedziałek? Nie odpowiedziałem. Miałem głowę tak głęboko zanurzoną w wiadrze ponurych rozmyślań, że nie zauważyłem Shomintsu, tego, że się zatrzymał, spojrzał na mnie, przemówił.

Powtórzył głośno:

– Widzę w tobie grubego gościa.

Podniosłem na niego wzrok. Zauważył, że

właśnie go dosłyszałem, i nie ustępował:

– Nie wierzysz mi, kiedy cię zapewniam, że widzę w tobie grubego gościa.

– Słuchaj, żółwiu, mam gdzieś to twoje bredzenie! Nie chcę z nikim gadać, to mnie wykańcza! Jasne?

– Dlaczego?

– Mam alergię.

– Alergię na co?

– Alergię ogólną.

– Od kiedy?

– Wszyscy myślą, że alergia zaczyna się tak nagle, ciach, pewnego ranka budzisz się i masz alergię. Co za głupota! U mnie rozwijała się stopniowo. Nie jestem w stanie powiedzieć od kiedy. Mam tylko świadomość, że kiedyś byłem inny, bardzo dawno temu.

– Rozumiem, rozumiem… – powiedział cicho tonem znawcy tematu.

– Nie, nic nie rozumiesz! Nikt mnie nie rozumie, a ty najmniej. Ty najlepiej widzisz to, co nie istnieje!

– Twoją alergię?

– Nie, idioto! Grubego gościa we mnie!

Byłem wyczerpany: powiedziałem więcej niż

przez ostatnie pół roku. Żeby już z nim skończyć, podniosłem nogawkę spodni od dresu.

– Popatrz lepiej, żółwiu, kolana mam szersze od ud.