Zapadnij w serce - Ginger Scott - ebook
lub
Opis

Autorka książki „Chłopak taki jak ty” przywraca wiarę w drugą szansę

Po tragicznych wydarzeniach z przeszłości Rowe próbuje poukładać sobie życie na nowo. Chociaż każdego dnia towarzyszy jej strach, który zostawia głębokie blizny na duszy, dziewczyna decyduje się na odważny krok. Wyjeżdża na studia z dala od rodzinnego domu.

Kiedy na drodze dziewczyny staje przystojny Nate, Rowe powoli rozważa wyjście ze swojej skorupy. Zaprzyjaźnia się z popularnym sportowcem, skrycie zastanawiając się, czy jest warta czegoś więcej.

Czy jest gotowa zakochać się na nowo i pozwolić, aby ktoś pokochał ją? Czy uda się jej pogodzić z przeszłością i zacząć żyć bez strachu?

__

O autorce

Ginger Scott – autorka wielu książek Young adult i New adult, będąca jedną z najpopularniejszych na Amazonie. Oprócz pisania wciągających romansów uwielbia sport, który chętnie wplata w swoje powieści. Od zawsze operowała słowem, współpracując przy edycji magazynów i prowadząc bloga. Chętnie opowiada historie olimpijczyków, polityków, aktorów, przestępców i naukowców. Prywatnie mama, zawodowo urodzona pisarka. Debiutowała w 2013 roku, a jej książka „Zapadnij w serce” zdobyła pierwsze miejsce w rankingu Amazona w kategorii młodzieżowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 420

Popularność


Mamie

Rowe

Postanowiłam wybrać McConnell w chwilowym przypływie odwagi. To było jedno z tych popołudni, gdy wszystko mnie przytłaczało, a dokumenty z tego college’u przyciągały wzrok i nie dawały mi spokoju.

Dwa lata edukacji domowej prowadzonej przez kobietę, która wykłada ekonomię na uniwersytecie stanowym, każdego przygotowałyby do zdania egzaminów SAT śpiewająco. Pytania były tak naprawdę łatwe. Szybko skończyłam i nawet nie sprawdziłam odpowiedzi, jak każą wszystkie podręczniki przygotowujące do testów. Oddałam kartę odpowiedzi pracownikowi kampusu, który nadzorował egzamin, i zmyłam się z sali. Trzy tygodnie później dostałam pocztą informację, że uzyskałam niemal maksymalny wynik: 2390 punktów. To oznaczało stypendia. A stypendia dawały różne możliwości.

Całymi miesiącami walczyłam z pomysłem wyjazdu na studia. Nie jestem gotowa iść między ludzi, żyć samodzielnie. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek miała być na to gotowa. Poza tym po tych dwóch latach edukacji domowej odwykłam od kontaktów towarzyskich. A przecież na studiach chodzi głównie o to.

Rodzice namawiali mnie, bym wyjechała daleko, sądząc, że nie wiem, że to blef. Miałam jednak nadzieję, że zorientują się, że ja blefuję, kiedy podałam im przez stół list informujący o przyjęciu mnie do McConnell.

Ale nic nie powiedzieli. Tata uśmiechnął się i spojrzał na matkę, i choć oboje ciężko oddychali, byli gotowi na ten krok. Ja nie. Nadal nie jestem. W zasadzie całkiem mi do tego daleko. Jednak chcę być gotowa. Rozpaczliwie potrzebuję być gotowa. Siedemset dni temu zamknęłam się w bańce i z niej tylko obserwowałam życie innych ludzi. Największy romans przeżyłam, oglądając reality show, w którym jedna para się w sobie zakochała. Jedyny bal na zakończenie liceum, w jakim wzięłam udział, widziałam w filmie. Czuję się tak, jakbym walczyła sama z sobą – serce pragnie wzruszeń, ale lęk więzi je w klatce.

Mimo wszystko jakoś dotrwałam do tego punktu, w którym trzymam w ręku mapkę wskazującą drogę do mojego pokoju w Hayden Hall na terenie kampusu McConnell. Rodzice zrobili z tego wyjazdu wycieczkę samochodową. Przejazd z Arizony do Oklahomy trwa piętnaście godzin, ale tata wytrwał całą drogę za kółkiem – chyba martwił się, że zmienię zdanie, jeżeli się zatrzyma. Zastanawiałam się, czy tego nie zrobić. Niemal pękłam na stacji benzynowej w Nowym Meksyku, rycząc jak bóbr w toalecie Texaco. Tak bardzo nie chciałam rezygnować z poczucia bezpieczeństwa, które dawał mi dom, ale jeszcze bardziej bałam się, co ze mną będzie, jeżeli w nim zostanę.

Umierałam tam, to jasne. Może nie dosłownie, ale na pewno nie żyłam pełnią życia. Odhaczałam dni w kalendarzu, kroczek po kroczku robiłam jedną rzecz i przechodziłam do następnej. Jak mogłam żyć? Mój umysł wypełniało poczucie winy, przez które życie było niemożliwe.

Teraz, stojąc z rączką kufra na kółkach w dłoni i rodzicami ciągnącymi walizki za plecami, nie jestem pewna, czy to była dobra decyzja.

– Rowe, daleko jeszcze, skarbie? Wypociłam ze cztery litry wody. Ta wilgoć w powietrzu jest koszmarna – mówi mama, wachlując się jedną z ulotek, które dostałam podczas spotkania wprowadzającego.

Pochodzę z Arizony, więc sądziłam, że upały są mi niestraszne, ale najwyraźniej nigdy nie czułam prawdziwej wilgoci. Bezrękawnik kleił mi się do pleców i widziałam, że idący przede mną tata miał ten sam problem z podkoszulkiem. Czułabym wstyd, gdyby wszyscy obecni na terenie kampusu nie wyglądali identycznie – jakby każdy z nas próbował wygrać Ryzykantów.

Wreszcie widzę na chodniku słup z tabliczką kierującą do Hayden Hall, odwracam się do mamy i wskazuję znak głową.

– Dzięki Bogu! – stwierdza melodramatycznie. Puszczam to mimo uszu. Nie upłynie godzina, a Tom i Karen Stantonowie będą już daleko stąd i zostanę całkiem sama. Więc mimo że matka doprowadzała mnie do szału przez ostatnie dwa lata, teraz kurczowo trzymam się każdej cechy jej osobowości, przerażona tym, jak sobie poradzę, kiedy ona już odjedzie.

Wsiadamy do małej windy, jedziemy na drugie piętro i odnajdujemy mój pokój na końcu korytarza po prawej. Trzysta trzydzieści trzy – pamiętam, że kiedy dostałam dokumenty informujące o przydzieleniu pokoju w akademiku, ten numer wydał mi się szczęśliwy. Szczęśliwy. Teraz czuję wszystko oprócz farta.

Drzwi są otwarte i zauważam, że dwa z trzech łóżek są już zajęte. Wolne zostało tylko to stojące najbliżej drzwi – oczywiście to ostatnie miejsce, które bym wybrała, i mama dostrzega niepokój malujący się na mojej twarzy.

– Może uda wam się przesunąć łóżka, dać twoje bardziej do rogu – mówi i delikatnie ściska moje ramię, po czym stawia jedną z walizek obok mebla, który ma być moim łóżkiem przez następne osiem i pół miesiąca.

Mogę tylko pokiwać głową. Tata wsuwa resztę moich rzeczy do pokoju i kładzie walizkę na łóżku, żebym mogła zacząć się rozpakowywać. Zabrałam ze sobą wszystko, co posiadam. Chyba z jakiegoś powodu wydawało mi się, że otoczenie się moimi szpargałami sprawi, że to miejsce będzie bardziej przypominać dom, że uda mi się przetrwać w mojej bańce i nie będę musiała za często opuszczać pokoju.

– Jeszcze jej nie poznałam. Boże, mam nadzieję, że nie będzie totalną suką czy coś! – mówi jedna z blondynek wchodzących do pokoju. Mama odkasłuje, żeby zwrócić ich uwagę, i kiedy kierują głowy w naszą stronę, widzę, że jedna z nich jest zawstydzona. Niestety nie ta, która publicznie wyraziła życzenie, żebym nie była suką.

– Och, super. Jesteś! – mówi ta pewna siebie, podchodząc do mnie z wyciągniętą ręką, niemal jakby witała mnie we własnym domu. To źle wróży, jestem pewna.

– Cześć, jestem Rowe – mówię szeptem. Fakt, nie odzywam się często, więc bywa, że rozgrzanie strun głosowych zajmuje mi chwilę, ale wiem, że powiedziałam to na tyle głośno, żeby usłyszała, więc jej reakcja wydaje mi się obraźliwa.

– Sorki… powiedziałaś Rose? – pyta głośno, ze zmarszczoną twarzą, jakbym właśnie nakarmiła ją starymi brokułami. Wszystko w niej jest ostre i drażniące.

– Rowe – powtarzam, a ona dalej się gapi. – Jak… jak w łódce. – I nawet macham rękami, jakbym wiosłowała.

– Aaaa. Słodko – stwierdza i odwraca się w stronę swojego łóżka, na którym leżą sterty ubrań. – Ja jestem Paige. A to Cassidy.

– Cass – dorzuca ta druga, potrząsając głową z zaciśniętymi ustami i wskazując na Paige. Sądzę, że chodzi jej o to, żeby nie brać słów Paige do siebie. Żaden problem, już wrzuciłam ją i cały ten pokój do kategorii „jak najszybciej się stąd wyrwać”. – Lubię, jak mówi się na mnie Cass. Paige i mnie miło cię poznać.

Paige nawet już nie słucha naszej rozmowy, teraz bardziej interesuje ją komórka i osoba, która właśnie do niej napisała. Stoję w akademiku dla studentów pierwszego roku, ale nic w zachowaniu Paige nie świadczy o tym, że jest pierwszoroczniakiem. Jest wysoka i zaokrąglona wszędzie tam, gdzie trzeba, a jej skóra ma ciepły brązowy odcień, jaki wyobrażam sobie u ratowników na plażach Florydy. Jej blond włosy są długie i wycieniowane, każde pasemko znajduje się na swoim miejscu, okalając jej krystalicznie niebieskie oczy niczym złota rama.

Cass też jest blondynką, ale bardziej przypomina rzeczywistą osobę. Włosy ma ściągnięte w kucyk i widzę, że miała delikatny makijaż, ale w ciągu dnia wilgoć prawie całkowicie jej go pozbawiła.

To jasne, że przypadła mi rola dziwaczki, tej, która tu nie pasuje. Szczerze mówiąc, tego właśnie się spodziewałam. Dwa lata temu los sprawił, że już nigdy nie będę nigdzie pasować – niczym zraniony superbohater wytatuowany kryptonitem. I gdy tak stoję w gładkiej koszuli i dżinsowych krótkich spodenkach, bez makijażu, z brązowymi oczami, orzechowymi włosami zwiniętymi w kok, nadal przesuszonymi po prysznicu wziętym niemal dobę temu, różnica między mną a wszystkimi innymi jest jeszcze wyraźniejsza.

– Obie przyjechałyśmy wczoraj. No i wybrałyśmy łóżka, mam nadzieję, że to okej? – wyjaśnia Cass i siada na swoim materacu. Na szczęście to ten leżący bliżej mojego.

– W porządku. Obojętne mi, gdzie śpię – odpowiadam, wiedząc, że mama się ucieszy, że płynę z prądem. Ale w myślach obiecuję sobie, że gdy tylko rodzice sobie pójdą, skoczę do recepcji z piekielną nadzieją, że gdzieś na kampusie znajdzie się wolne łóżko oddalone od drzwi więcej niż kilka kroków.

Po godzinie rozpakowywania i błahych rozmów z Cass rodzice w końcu wyjeżdżają. Nie udało mi się ukryć łez napływających do oczu, kiedy mama przytuliła mnie na pożegnanie, a tata tylko pomachał mi z drzwi, wiedząc, że jest z ich dwojga słabszy i uległby, gdybym poprosiła go o zabranie mnie z powrotem do domu.

Rozczarowaniom nie było końca: dziewczyna w recepcji poinformowała mnie, że każdy pokój w kampusie ma już komplet. Powiedziała mi, żebym przyszła po zakończeniu naboru członków do organizacji studenckich, ponieważ wiele osób przeprowadza się jednak do dormitoriów swoich bractw. Ale to będzie za miesiąc. Miesiąc – uda mi się przetrwać miesiąc. Prawda?

Paige zniknęła niemal tuż po tym, gdy ją poznałam, i muszę przyznać, że poczułam ulgę. Będę musiała włożyć sporo pracy w dopasowanie się do jej osobowości. Na szczęście Cass sama miała do rozpakowania mnóstwo rzeczy, więc resztę późnego popołudnia spędziłam ze słuchawkami w uszach i muzyką ustawioną wystarczająco głośno, żeby zagłuszyć wszystko inne.

Prawdopodobnie ubrania, muzyka i durnowate zdjęcia zapewniłyby mi zajęcie na resztę wieczoru, ale Cass macha żywo rękami, pokazuje na uszy i mówi coś bezgłośnie, żeby przykuć moją uwagę, więc wreszcie ulegam i zdejmuję słuchawki.

– Przepraszam, ustawiłam dość głośno…

– No, zauważyłam. Tak przy okazji, masz dobry gust muzyczny. – Lubię Cass. Ma szczery uśmiech i przypomina mi koleżanki ze szkoły średniej Hallman High. W dodatku dostrzega wielkość Jacka White’a i Broken Bells. Założę się, że Paige to raczej typ Katy Perry.

– Dzięki. – Nie wiem, jak podtrzymać rozmowę, więc patrzę pospiesznie na jej rzeczy i szukam czegoś, żeby odwzajemnić komplement. – Ładna narzuta.

To prawdopodobnie najzwyklejsza narzuta na świecie. Szara i z metką, więc nawet nie domowej roboty. Gdy tylko to mówię, czuję się idiotycznie, ale sposób, w jaki Cass rozpromienia się i chichocze, nie sprawia, że czuję się głupio, więc do niej dołączam. Po raz pierwszy od dwóch lat czuję się znowu jak nastolatka – taka normalna, której nie budzą koszmary, która nie słyszy w snach krzyków.

Zauważam rzeczy, na które większość osób nie zwraca uwagi: Cass ma na sobie purpurową koszulkę z dekoltem w szpic i białe szorty z mankietami na nogawkach. Paznokcie u stóp ma niebieskie, z odpryskami, a na prawej kostce ma bransoletkę z kilkoma ciemnoniebieskimi paciorkami na sznurku. Mam tak od dnia, w którym zawalił mi się świat. Jakbym próbowała zrekompensować sobie fakt, że nic nie zauważyłam, kiedy było to naprawdę ważne.

– Podoba ci się? – Dopiero po dłuższej chwili orientuję się, o czym mówi Cass, ale w końcu dociera do mnie, że złapała mnie na wpatrywaniu się w jej bransoletkę.

– Tak, sorki. Patrzyłam na te paciorki. Są piękne – odpowiadam z nadzieją, że Cass nie przyszło na myśl, że mam jakiś fetysz stóp czy coś takiego.

– Dzięki. Moja mama ma sklep z koralikami, więc robię całe mnóstwo takich rzeczy. Mogę zrobić i dla ciebie, jeśli chcesz.

Dla niej ten gest pewnie jest mały i nieznaczący. Ale ja uśmiecham się i kiwam głową, a w żołądku czuję z emocji lekkie trzepotanie przypominające motyle na myśl o pierwszej randce. Jakimś cudem osiągnęłam niemożliwe. Jakimś cudem udowodniłam sobie, że się myliłam. Jakimś cudem… zdobyłam koleżankę.

Rowe

Tak późnym wieczorem w łazienkach jest ciemno, pomijając kilka zapalonych lamp, żeby studenci mogli trafić. To wszystko w ramach oszczędzania energii, bycia ekologicznym. Istnieje rozpiska sugerowanych godzin korzystania z natrysków, ale ja wolę być sama. Światła na korytarzu są przygaszone, ale jest wystarczająco jasno, żebym zobaczyła, czy korzystam z kabiny położonej najbliżej drzwi. To jest ten element, którego obawiałam się najbardziej – publiczne branie prysznica. Jednak większość dziewcząt prawdopodobnie będzie się myć rano, więc ja planuję robić to późno w nocy – w ciemności.

Cass i Paige wyszły. Cass próbowała mnie namówić, żebym do nich dołączyła, ale przekonałam ją, że jestem wykończona po podróży. Nie wszyscy dotarli jeszcze na kampus, ale przyjechało wielu pierwszoroczniaków, więc w mieszkaniach na peryferiach miasta odbywa się kilka imprez.

Nie muszę długo czekać, aż zagrzeje się woda, więc po ponownym rozejrzeniu się po pomieszczeniu i wyjrzeniu za drzwi uznaję, że jest wystarczająco bezpiecznie, żebym mogła się rozebrać. Wiele natrysków znajduje się w otwartej przestrzeni, ale nie wyobrażam sobie, bym miała poczuć się wystarczająco dobrze we własnej skórze, by chodzić po łazience nago. Nawet gdyby boku mojego ciała nie pokrywały blizny, raczej nie potrafiłabym pokazać wszystkim swoich wdzięków.

Starannie układam ubrania na małej ławce tuż za kabiną i wchodzę do niej, zaciągając za sobą zasłonę. Serce bije mi jak szalone i muszę przypomnieć sobie o oddychaniu – powolnym i głębokim – żeby je spowolnić. Tęsknię za prysznicem w domu, w łazience rodziców, za dwojgiem drzwi z zamkiem. Brakuje mi szumu wentylatora, który rozpraszał moje myśli. Tu jest cicho, przez co myję się szybko, pospiesznie używając szamponu i odżywki, ledwo nakładając żel pod prysznic na skórę przed zakręceniem wody i owinięciem się w ręcznik.

Szybko naciągam przez głowę podkoszulek, w którym śpię, i pozwalam ręcznikowi opaść; kiedy zakładam bieliznę, rejestruję dźwięk wibrujących rur wodociągowych. Myśl, że nie jestem sama, wywołuje we mnie atak paniki i czuję zawroty głowy. Siadam na ławce i przyciskam do siebie brudne ubrania i ręcznik, pochylając się na tyle, żeby móc zajrzeć do każdej kabiny w poszukiwaniu stóp.

Jednak jestem sama. Dźwięk rur cichnie kilka sekund później, domyślam się więc, że woda spływała prawdopodobnie z piętra wyżej. Kończę się ubierać, wciągam bawełniane szorty i zakładam japonki, zanim wychodzę na korytarz.

– Dobry wieczór – mówi, strasząc mnie tak bardzo, że upuszczam rzeczy i wbijam się w ścianę. Przypominam więźnia z jednego z tych starych, czarno-białych filmów, który podczas ucieczki próbuje uciec przed snopem światła. – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć, ale pomyślałem, że jeżeli się nie odezwę, a ty zobaczysz mnie w ciemności, będzie jeszcze gorzej.

Zbiera z podłogi moje rzeczy, a mnie jakoś udaje się uspokoić puls na tyle, żeby zorientować się, że obcesowo obchodzi się z moją bielizną. O Boże! Łapię moje ubrania, ale nasze ręce plączą się ze sobą, przez co jeszcze bardziej panikuję i znowu wszystko upuszczam.

– No, chyba nieźle cię wystraszyłem, co? – Tłumi chichot. Jedyne, na czym mogę się skupić, to pozbieranie rzeczy i powrót do pokoju, choć nie umyka mi jego lekki południowy akcent. – Hej, wszystko w porządku?

Patrzę na niego dopiero wtedy, gdy łapie mnie za ramię. W ogóle nie jestem na to przygotowana i z pewnością go bawię, ponieważ rumienię się tak szybko, że mniej bym się ośmieszyła, spuszczając sobie puszkę farby na głowę. Jest śliczny. A nawet więcej niż śliczny – jest dokładnie takim chłopcem, o jakim fantazjowałam, kiedy miałam czternaście lat i marzyłam o wyjeździe na studia z Betsy, moją najlepszą przyjaciółką. Brązowe włosy na tyle długie na czubku głowy, żeby opadać na czoło i brwi, niebieskie oczy kryjące się pod ciemnymi rzęsami i ten niedogolony wygląd, który natychmiast przypomina mi, że wcale nie jest już chłopcem. Nie, stoję przed mężczyzną. Minęło dużo czasu, odkąd przebywałam w męskim towarzystwie, i jakoś przeoczyłam ten moment pomiędzy. On przypomina ogromny, chodzący, pozbawiony koszuli symbol życia z czasów, zanim odeszło wszystko, co kochałam. Zanim odeszła Betsy. I zanim mój pierwszy – i jedyny – chłopak odszedł razem z nią.

Muszę się odezwać. On najwyraźniej mieszka na moim piętrze i jeżeli teraz odejdę bez słowa, później będzie tylko niezręczniej, kiedy wpadnę na niego w windzie, na schodach albo na zajęciach.

– Przepraszam, adrenalina nadal krąży mi w żyłach, trudno mi było coś powiedzieć. – Przypominam sobie, żeby wypełnić płuca tlenem. To właśnie każe mi robić Ross, mój terapeuta, kiedy czuję, że świat zaczyna mnie przytłaczać. Zatrzymaj się. Głęboko odetchnij. Ross znajduje się tysiące kilometrów stąd, ale mam do niego dzwonić dwa razy w miesiącu. Przychodzi mi do głowy, że przez jakiś czas będę musiała to robić dwa razy w tygodniu.

– To zrozumiałe. – Południowy akcent. Dołeczki. Uśmiech. – Tak więc mieszkasz… tam? – pyta, machając ręką w stronę korytarza prowadzącego do mojego pokoju.

– Pokój trzysta trzydzieści trzy – odpowiadam. Po jakiego diabła podałam mu numer swojego pokoju? To zupełnie do mnie niepodobne i czuję, że także… niebezpieczne.

– Hmm… Miło cię poznać, Trzysta Trzydzieści Trzy. Mój to trzysta pięćdziesiąt siedem. – Podaje mi dłoń, a ja ściskam ją i czuję, że każda komórka jego palców mrowi pod moimi. Doznanie jest obce, przerażające i zarazem fantastyczne.

– Idziesz na którąś z dzisiejszych imprez, Trzydzieści Trzy? – Podoba mi się, że nazywa mnie numerem mojego pokoju. Fakt, że błyskawicznie nadał mi przezwisko, sprawia, że robi mi się ciepło w brzuchu, mimo że dla niego jest to zapewne całkowicie trywialne i bez znaczenia. Uzmysławia mi to również, że nie podałam mu swojego imienia. Powinnam to zrobić. Prawda?

– Nie, jestem wykończona. Przyjechaliśmy tu prosto z Arizony. I możesz mi mówić Rowe – odpowiadam, a serce bije mi jak szalone, chcąc już przejść przez tę część rozmowy. Nie wiem dlaczego, ale każdy kontakt z ludźmi powoduje we mnie takie wewnętrzne zmaganie, jakie w innych wywołuje publiczna przemowa. W moim przypadku to te króciutkie przemowy w cztery oczy sprawiają, że czuję się naga.

– Rowe. – Uśmiecha się po wypowiedzeniu mojego imienia i, na Boga, chcę, żeby jeszcze raz je wymówił. Jednocześnie kątem oka patrzę w kierunku swojego pokoju, a druga część mózgu, ta dominująca, próbuje mnie przekonać do powrotu w bezpieczne miejsce i ukrycia się. – Ja nazywam się Nate. I naprawdę się cieszę, że postanowiłem dziś wziąć prysznic.

To jest flirt. Przypominam to sobie mgliście, kiedy Nate uśmiecha się i rusza tyłem do swojego pokoju po drugiej stronie korytarza, patrząc na mnie wystarczająco długo, żebym poczuła dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Naśladuję go i również nie odwracam się od razu, zmuszając się do utrzymania uśmiechu na twarzy, do zakończenia wieczoru w tym dobrym nastroju, do wyrycia sobie w pamięci wyglądu Nate’a – nowej twarzy, całkiem nowej w moim życiu, tak odmiennej od demona, który każdej nocy nęka mnie we śnie.

Wykorzystuję nieobecność moich współlokatorek i odsuwam łóżko o metr czy dwa od drzwi, niemal zrównując je z oknem. Cass to zauważy, ale jestem pewna, że uda mi się przekonać Paige, że zawsze tak stało. I z jakiegoś powodu wydaje mi się, że Cass to potwierdzi.

Przygotowanie łóżka do snu to zawsze wielkie przedsięwzięcie. Mam cztery poduszki i dwa koce. Nie dlatego, że jest mi zimno – po prostu przekonałam się, że mojemu umysłowi łatwiej się odpoczywa, jeżeli na ciało napiera jakaś bariera. Wiem, że pianka i bawełna tak naprawdę mnie przed niczym nie uchronią, ale z jakiegoś powodu sprawiają, że sen przychodzi łatwiej. Biorę się zatem do pracy, zwijam i składam, aż wzdłuż jednej strony materaca mam coś w stylu fortu, o który mogę się opierać i mieć wrażenie, że jestem ukryta, kiedy śpię.

Jeżeli w ogóle śpię.

Następnie czas na leki. Pierwszą dawkę wzięłam już kilka godzin temu, to była melatonina. Teraz łykam zolpidem. Przez długi czas odmawiałam brania pigułek. Nie chciałam iść przez życie na prochach. Ale nie spałam. W ogóle. A okazuje się, że brak snu miesza w mózgu i człowiek zaczyna widzieć różne rzeczy – takie, które powinno się widzieć wyłącznie we śnie.

Mimo że jestem na trzeciej kondygnacji, słyszę cykanie świerszczy za oknem. Lubię ten dźwięk. Jest równy i ciągły, mogę się na nim skupić. Zostawiam więc otwarte okno i ciepłe powietrze miesza się z klimatyzowanym, kiedy napływa przez moskitierę. Biorę do łóżka laptopa, siadam po turecku i loguję się na Facebook. Pisanie do Josha stało się rytuałem i teraz szereg moich wiadomości do niego bardziej przypomina pamiętnik. Jednak po wysłaniu już nigdy ich nie czytam. Po prostu zaczynam nową myśl w miejscu, w którym skończyłam, i nigdy nie wracam do poprzednich.

No i dotarłam. Jestem studentką. W college’u. Mieliśmy to zrobić razem, pamiętasz? I na pewno nie miałam wylądować w Oklahomie. Wiem, wiem – to wyłącznie moja wina. To ja dokonałam tego wyboru. Kampus jest tak naprawdę całkiem fajny. Wszystkie budynki zbudowano z czerwonej cegły, rosną tu ogromne drzewa. Wszystko jest takie… zielone. Mam dwie współlokatorki. Jedną lubię. Chyba uda mi się wytrzymać z drugą. To tydzień wprowadzający. Nie sądzę, że zdołam cały czas się chować w pokoju. Zresztą nie chcę tego robić. To mój wielki sprawdzian, pracowałam na niego przez dwa lata. Jednak moja odwaga malała z każdym przebytym kilometrem i obawiam się, że już nic mi z niej nie zostało. Jedna z moich współlokatorek, Cass – ta, którą lubię – usilnie starała się wyciągnąć mnie dziś na imprezę. Pewnie będę musiała ustąpić w sprawie niektórych wydarzeń towarzyskich, więc równie dobrze mogą to być te usankcjonowane przez uczelnię.

Przed wyjazdem odwiedziłam Twoją mamę. Zawiozła mnie do niej moja. Dobrze wygląda. Twojego taty nie było, więc się z nim nie pożegnałam, ale jestem pewna, że zobaczę go podczas jesiennej przerwy. To część umowy z rodzicami. Zabukowaliśmy dla mnie loty do domu na ten semestr. Wracam cztery razy. Pierwszy raz dopiero za miesiąc, więc będzie ciężko. Poza tym podróż samolotem… Bez towarzystwa… Wiem, że nie muszę Ci tego wyjaśniać. Chyba dlatego piszę. Chciałabym, żebyś mi odpisał.

Uściski

Rowe

Nie odpisze. Nigdy tego nie robi. Ale to nie powstrzyma mnie przed pisaniem do niego. Przesuwam kursor w kierunku ikony „Wyloguj się”, kiedy zaskakuje mnie dźwięk wiadomości przychodzącej. Tak na dobrą sprawę jedyną osobą, z którą nadal utrzymuję kontakt przez Facebook, jest moja mama, ale to nie na jej zdjęcie teraz patrzę.

To zdjęcie Nate’a z nagim torsem, zrobione gdzieś na plaży. Ten facet chyba nigdy nie zakłada koszuli. Otwieram wiadomość, ręka drży mi z nerwów, a mózg zaczyna zwalniać w reakcji na środek nasenny.

No więc pierwszą wiadomość wysłałem do dziewczynki o imieniu Row. Dwunastolatki. To było dziwne... Jestem pewny, że jej rodzice już mnie zablokowali, ponieważ to jej mama odebrała wiadomość. Tak czy inaczej, znalazłem Cię. Rowe, z „e” na końcu… Przynajmniej tak mi się zdaje, że to Ty. Może chciałabyś rozejrzeć się jutro ze mną po okolicy? Pójść na spacer koło 11.00? Daj znać.

357 ;-)

Nie wiem, jak to się robi. W ogóle nie wiem, jak to się robi. I nie jestem do tego w odpowiednim stanie. Flirt to jedno. Jest nieszkodliwy. Mogę traktować go jak rozrywkę. Chociaż nie powiem, żebym była w tym dobra. Ale plany? Plany prowadzą do różnych rzeczy. Nie mogę tych rzeczy robić, bo tworzy się wtedy wrażenie związku, a ja zdecydowanie nie wiem, jak zachowywać się w związku, skoro w całym życiu byłam raptem w jednym. Zresztą, byłabym dla tej drugiej osoby trucizną.

Zamykam laptopa i odpycham go od siebie, jak dziecko odsuwa talerz z warzywami. Świerszcze dalej cykają na dworze, słyszę też muzykę dobiegającą z odległego balkonu. Gdy się wsłuchuję, dochodzą mnie też chichot dziewczyn i radosne pokrzykiwanie chłopaków. Może to się dzieje tylko w mojej głowie – odtwarza się tło dźwiękowe, jakie na podstawie filmów wyobraziłam sobie dla college’u. A może to rzeczywiste dźwięki. Nie wiem, ponieważ do tej pory trzymałam się z boku, zbyt przelękniona, żeby być w centrum. Nienawidzę się za ten lęk.

Nadal mam wilgotne włosy, więc sięgam pod łóżko po suchy ręcznik, by przykryć poduszkę. Kiedy dostrzegam swoje odbicie w oknie, daje mi to do myślenia. Nic w moim wyglądzie nie jest wyjątkowe. Mam długie i proste włosy – w kolorze pekanu, tak jak oczy. Kiedyś, zanim odeszłam ze szkoły, byłam dobra w sportach, grałam w drużynie tenisa, a później z tatą, więc mam smukłe ciało. W niczym nie przypominam Paige – nigdzie się nie zaokrąglam, w mojej fizjonomii nie dzieje się nic a nic zmysłowego. Przeprowadzanie tej osobistej inwentaryzacji mnie rozśmiesza i śmieję się na całego.

Rano Nate prawdopodobnie nie będzie mnie nawet pamiętać, a ja tu szaleję i wyobrażam sobie scenariusz, w którym jesteśmy parą, totalnie oderwany od rzeczywistości. Jestem jedną z garstki dziewczyn, które dotarły jak dotąd do akademika, przyjemną opcją dla zabicia czasu, dopóki nie znajdzie się jakaś lepsza. No i w końcu to potencjalny przyjaciel, być może jedyna nadzieja na powiększenie liczby mojego kręgu znajomych z jednej osoby – jeżeli Cass w ogóle już się liczy – do dwóch.

Wiem, że za jakieś dwie minuty zrobię się tak senna, że mogłabym nieumyślnie zgodzić się na przekazanie Nate’owi narządów wewnętrznych, więc podnoszę klapę laptopa i piszę szybko, wykorzystując tę dziwną mieszaninę racjonalności i odwagi, która nagle opanowała moje ciało.

Świetny pomysł. Spotkajmy się przy windzie.

333

Nate

Wiem, że Tyson zacznie się ze mnie nabijać, gdy tylko się dowie. Ona jest totalnie w moim typie. Wiem, że go mam. Istnieje konkretny powód, dla którego ludzie mają swój typ: żeby eliminować kretynów. A mój typ wygląda dokładnie tak jak ona.

Mam dość dobry instynkt. To dlatego jestem łapaczem – potrafię przewidzieć złe rzuty, krótkie uderzenia i wszystko, co zamierza zrobić pałkarz. Ale moje instynkty nie ograniczają się tylko do boiska. Poza nim też potrafię „czytać” ludzi. A Trzydzieści Trzy? Nie jest rodzajem dziewczyny, który spędza godzinę, przygotowując się na wieczór. To typ niebieskich dżinsów i T-shirtów. Burgerów z frytkami.

Jej palce były naturalne – żadnego wkurzającego, długiego, sztucznego gówna na paznokciach ani błyszczących kolorów. Miała do spania stary podkoszulek, a nie jakiś specjalny strój, który kosztuje więcej niż cała zawartość mojej garderoby. I chociaż prawdopodobnie przeraziłoby ją, że to zauważyłem, jej bielizna była prosta: gładka, biała, bawełniana. Ale nie w babcinym stylu. Majtki były malutkie i delikatne, bardzo daleko im było do babcinych. Przez te kilka sekund, gdy miałem je w ręku, wyobraziłem je sobie na niej i wierzcie mi, ta fantazja będzie mnie prześladować przez całą noc.

Nawet jej imię było doskonałe. Rowe. Zero miejsca na niewymawiane litery i serduszka. Cztery litery, prosto do sedna. No dobra, pewnie jestem wciąż lekko wcięty po tej imprezie, z której ulotniłem się godzinę temu, a gdy jutro zacznę poznawać jej osobowość, wszystko może się zepsuć. Ale dziś wieczorem postanawiam wierzyć, że ta dziewczyna jest idealna, a po alkoholu staję się marzycielem i romantykiem, więc daję się temu ponieść.

Spotykałem się z wieloma laskami i niektóre były bliskie ideału. Ale gdzieś po drodze zawsze pojawia się jakiś poważny problem. Sadie, moja była z liceum, była niemal perfekcyjna – dopóki nie przespała się z moim najlepszym przyjacielem na imprezie z okazji ukończenia szkoły. To był jej poważny problem, i to, jak wszystko wskazywało, już od kilku miesięcy. Mam tylko nadzieję, że nie odkryję problemu Rowe jutro, ponieważ chciałbym nacieszyć się chwilę tą sytuacją.

Bogu niech będą dzięki za Facebook. Obiecuję, że zrobię w tym tygodniu coś dobrego dla świata, bo ludzie powinni dziękować Bogu za coś znacznie ważniejszego od wynalazku jakiegoś maniaka komputerowego, który zarobił na nim miliardy. Ale w tym momencie jestem ogromnie wdzięczny za ten portal.

Rowe nie zamieszcza zbyt wielu postów. Może są prywatne? To trochę słabe, że wysyłam jej zaproszenie do znajomych, ale skoro już napisałem wiadomość, to co mi szkodzi przejść na kolejny poziom stalkingu? Wielka szkoda, że nie wrzuciła swojego zdjęcia. Prawdopodobnie uniknąłbym dzięki temu pomyłki z małolatą z Arkansas.

– Z czego tak cieszysz gębę? Oglądasz pornosy? – Tak. Nadchodzi gówno Tysona.

– Nie, dupku. To robię na twoim łóżku. – Nawet nie jestem zaskoczony, że rzuca we mnie zeszytem. Uchylam się w ostatniej chwili, ale trafia mnie rzuconą zaraz potem czapką.

Jak na faceta, który ma niesprawne nogi, mój brat jest całkiem zwinny. Jest częściowo sparaliżowany od niemal sześciu lat i to po części z jego powodu postanowiłem przyjechać do McConnella. Robi tu studia drugiego stopnia – MBA. A umowa, w której zobowiązałem się grać dla tutejszej drużyny, obejmowała wspólny pokój dla nas obu.

Jestem dobrym człowiekiem właśnie dzięki Tysonowi. Niektórym ciężko to dostrzec, bo mój brat potrafi być obcesowy i ordynarny, a dla kobiet jest prawdziwym dupkiem. Ale jednocześnie jest naprawdę sobą, nie usprawiedliwia się, niczego nie udaje. W dniu, w którym obudził się w szpitalu i usłyszał od lekarzy, że nie będzie chodził, zapytał ich, co będzie mógł robić. I od tamtej pory właśnie w te czynności wkłada całą swoją energię. Pewnie dlatego jest tak cholernie dobry w nauce.

To z jego powodu bardziej starałem się na boisku. Tyson grał w bejsbol lepiej ode mnie i łowcy talentów zainteresowali się nim tuż po podstawówce. Ale później zerwał rdzeń kręgowy, a wtedy bejsbol stał się moim marzeniem. Na początku grałem, bo miałem wrażenie, że jestem mu to winien, na zasadzie hołdu czy czegoś takiego. Ale przyłożył mi za to nie raz i nie dwa, więc teraz gram dla siebie. I tak jak on nie przepraszam za to, jaki jestem i czego chcę od życia. A w tej chwili jedyne, czego chcę, to dowiedzieć się więcej na temat Rowe.

– Szpiegujesz dziewczyny przez internet? Kurwa, chłopie, to chore. – Przyszpilił mnie do biurka swoim wózkiem, teraz nic przed nim nie ukryję.

– Poznałem dziewczynę. – Uśmiecham się.

– O Boże. Zrobisz się teraz ckliwy i w ogóle… Chłopie, dopiero co tu przyjechaliśmy! No dobra, kim ona jest? Pokaż mi, kogo prześladujesz.

Przechylam komputer, a Tyson zgarnia go na kolana. Zaczynam się denerwować, kiedy złośliwie się do mnie uśmiecha, i robi się jeszcze gorzej, kiedy zaczyna klikać w różne miejsca. Gdy wyciągam rękę, żeby odebrać mu komputer, po prostu odkręca się ode mnie, wbijając moją nogę w bok biurka i odpychając mnie potężnym przedramieniem.

– Odpisała do ciebie, młody – drażni się ze mną. Z jednej strony mam ochotę mu przywalić, z drugiej naprawdę chcę wiedzieć, co napisała. – Rowe, co? Nieźle. Wiesz, kogo przypomina, nie?

– Tak, tak, wiem. Mam swój typ. Pozwij mnie za to. – Znowu sięgam po sprzęt, ale on odwraca się całkowicie i przejeżdża na drugą stronę pokoju, podnosząc ramię, żeby znowu mnie zablokować.

– Pisze, żebyście spotkali się przy windzie. Nooo, co będziecie robić w windzie? Czytałeś mojego „Penthouse’a”?

– Nie bądź kutasem – burczę, kopiąc w jego wózek na tyle mocno, żeby odwrócić go w swoją stronę i zabrać laptopa. Tyson widzi, że pozwolił sobie na wystarczająco dużo, więc odpuszcza… Chwilowo.

– Wiesz, że jutro masz trening, nie?

– Kurwaaaa! – Chyba wydawało mi się, że jestem na wakacjach… Całkowicie zapomniałem o treningu. – Nie jest obowiązkowy – mówię z nadzieją, że poprze mój plan pójścia na wagary.

– Jasne. Pewnie, możesz go pominąć. To tylko jeden trening. To nie tak, że jesteś pierwszoroczniakiem walczącym o pozycję w drużynie czy coś… W końcu to spotkanie przy windzie jest ogromnie ważne. Może mieć wpływ na całą twoją przyszłość z… jak ona miała na imię?

– Rowe – mówię przez zaciśnięte zęby, próbując pohamować frustrację wywołaną przez Tysona. Wkurzam się, bo ma rację. I nadal jestem pewnie lekko pijany. I możliwe, że tylko wyobrażam sobie, co czułem, kiedy spotkałem ją na korytarzu.

Mamroczę kilka przekleństw pod nosem i zabieram laptopa z powrotem do łóżka, żeby odpisać Rowe.

Zapomniałem, że mam już inne plany na rano. Nie wrócę do lunchu. Jesteś wolna po południu? A może idziesz na spotkanie integracyjne? Daj znać.

57

– Dupek – mówię, rzucając zamkniętego laptopa pod stopy i przyciskając poduszkę do oczu, żeby nie docierało do mnie światło i… Tyson.

– Jestem po prostu twoim aniołem odpowiedzialności, bracie. Po to mnie masz – podśmiewa się. Pokazuję mu środkowy palec, po czym zasypiam i śnię o Rowe i tych cholernych bawełnianych majteczkach.

Rowe

Czuję się jak idiotka. Siedzę na korytarzu przy windzie już od dwudziestu minut i widziałam ponad dziesięcioro nowych studentów wprowadzających się do akademika. Niemal wszystkie pokoje są już pełne, rodzice strofują synów i córki, niektórzy płaczą, że nie chcą zostawać. Patrzę na to wszystko i doceniam, jak sprawnie moi rodzice przeprowadzili cały ten proces. Oni oczywiście kierowali się innymi pobudkami – gdyby zostali zbyt długo, wszyscy wycofalibyśmy się z tego planu. A ja nigdy bym nie dorosła.

Paige i Cass były martwe dla świata, kiedy się obudziłam. To kolejna sprawka leków nasennych – kiedy już przestaną działać, moje oczy otwierają się gotowe do działania, niezależnie od tego, jak bardzo bym chciała, żeby pozostały zamknięte.

Obudziłam się chwilę po siódmej. Włosy wyschły mi przez noc, więc zrobiłam kreski eyelinerem, żeby wyglądać na więcej niż dwanaście lat, i wsunęłam buty do biegania, żeby udać się na zwiedzanie. Przebywanie na zewnątrz mnie stresuje. Ross mówi, że trauma wywołała u mnie lekką agorafobię, a najlepszym sposobem na uporanie się z nią jest codzienne zmuszanie się do zrobienia kolejnego kroku. Mam cztery dni do rozpoczęcia zajęć i jeżeli chcę dotrzeć na którekolwiek z nich, muszę zmobilizować się do wyjścia poza akademik. Tak właśnie spędziłam pierwsze trzy godziny poranka: chodziłam w tę i z powrotem dookoła recepcji. Później usiadłam w holu. Wreszcie wyszłam na zewnątrz i stanęłam na schodach, zmuszając się do policzenia do pięćdziesięciu. Do czasu, gdy uspokoił mi się oddech, okrążyłam cały budynek i była już niemal jedenasta. Od tamtej pory ciągle tu siedzę.

A on nie przychodzi. Zirytowało mnie, że jestem tym zaskoczona. Zaczynam myśleć, że to wszystko mi się przyśniło. Zolpidem czasami tak działa, sny wydają się bardzo rzeczywiste. Wyciągam telefon, żeby sprawdzić Facebook, i nawet widzę, że mam jakąś wiadomość, ale kiedy ona się ładuje, pod moim kolanem ląduje papierowy samolocik.

– Hej, możesz go odrzucić? – Patrzę wzdłuż korytarza i mój wzrok pada na dziwnie znajomą twarz. Całkiem jak Nate’a. Albo faceta, którego sobie wyobraziłam. Ale ten jest starszy i siedzi na wózku inwalidzkim. Ma rozbrajający uśmiech, a ja zaczynam się czuć tak, jakby ktoś stroił sobie ze mnie żarty.

Wstając, podnoszę samolot i sprawdzam, czy się nie pokrzywił, dopiero później mrużę oczy i ustawiam go w odpowiednim kierunku. Rzucam, a samolot ląduje parę metrów za mężczyzną, co z jakiegoś dziwnego powodu mnie uszczęśliwia. Tak, gdyby rzucanie samolocików było dyscypliną olimpijską, z pewnością wróciłabym do domu ze złotym medalem.

– Ej, niezły rzut. Dzięki – mówi, podjeżdżając do samolotu, żeby znowu go podnieść. Uśmiecham się i kiwam głową, obciągając szorty i tył koszulki, które zmarszczyły się od długiego siedzenia w rogu przy windzie. Ruszam właśnie, by zaszyć się z powrotem w pokoju, kiedy tajemniczy bliźniak Nate’a mnie zatrzymuje.

– Jesteś Rowe, prawda? – To dziwne, jak moje serce przyspiesza od tego pytania. Może jednak to mi się nie przyśniło?

– Tak, to ja – mówię, obejmując się rękami i ściskając żołądek, żeby zachować siłę.

– Najwyraźniej nie dostałaś wiadomości od Nate’a. – Zbliża się do mnie, a im bliżej się znajduje, tym bardziej znajome okazują się jego rysy. Jego twarz jest niemal dokładną kopią tej, którą widziałam poprzedniego wieczoru, tyle że oczy są nieco inne, a policzki pełniejsze. Jedyne, co udaje mi się zrobić, to wzruszyć ramionami. – Nate miał dziś rano trening. Wydaje mi się, że napisał do ciebie na Facebooku – mówi, a mnie nie udaje się powstrzymać: natychmiast wyjmuję komórkę.

Jestem pewna, że wyglądam na zdesperowaną, ale co tam, nie jestem dobra w te klocki. Nie ma sensu udawać. Uruchamiam aplikację i pierwsze, co widzę, to powiadomienie o odpowiedzi od Nate’a.

– Wiesz co, a może się ze mną przejdziesz? Zobaczymy, gdzie mamy zajęcia, a później pójdę na salę gimnastyczną. Może Nate skończy do tego czasu – mówi, już kierując się w stronę swojego pokoju z kluczem w ręce. Nie mogę wydobyć z siebie głosu, więc tylko patrzę to na niego, to na swój pokój, zastanawiając się, czy zdążę uciec. Moje plany udaremnia jednak Cass, która nagle pojawia się obok mnie w sportowym ubraniu.

– Przegapiłaś wczoraj zarąbistą imprezę. Idziesz dzisiaj ze mną na spotkanie integracyjne, nie wymówisz się tym razem – mówi, przeplatając swoje ramię przez moje. Jej też nie mam czasu odpowiedzieć, bo nagle wraca tajemniczy mężczyzna.

– Hej, chyba cię wczoraj poznałem – mówi do Cass, lekko unosząc kącik ust. To ten sam wyraz twarzy, który miał Nate, kiedy mi się przedstawiał. Od razu rozpoznaję tę minę jako pełny tryb flirtu.

– Tak, trochę gadaliśmy. Nieźle się nawaliłam. – Śmieje się, a ja jestem nieco zaskoczona. Tak naprawdę nie wiem dlaczego, przecież jestem świadoma faktu, że imprezowanie i picie w college’u to normalka. Ale myśl o tym cholernie mnie przeraża. Nigdy nie byłam pijana. Wypiłam w całym życiu ledwie jednego drinka. W końcu nie da się opuścić balu na zakończenie szkoły i chować cały czas w domu, po czym nagle zacząć imprezować na całego… Samo słuchanie tych dwojga, którzy zaledwie kilka godzin temu byli sobie całkowicie obcy, a teraz na moich oczach tworzą więź, śmieją się i flirtują, sprawia, że blizny na moim boku zaczynają boleć i kręci mi się w głowie.

– Zapomniałem, jak masz na imię? – pyta on i widzę, że udaje. W ogóle nie zna jej imienia, ale taki ma sposób, by je poznać.

– Cass – odpowiada ona i dosłownie chichocze. Każda mijająca sekunda tej wymiany zdań przekazuje mi nowe informacje na temat mojej współlokatorki.

– Cass, no tak! Ja jestem Tyson. – Wyciąga przede mną rękę, żeby uścisnąć dłoń Cass, i zauważam prężne mięśnie na jego ramieniu. Widzę, że Cass również je dostrzega i kiedy nasze spojrzenie krzyżuje się przelotnie, mam wrażenie, jakby próbowała mi coś przekazać. – Rowe i ja idziemy właśnie na salę gimnastyczną. Mieliśmy po drodze zatrzymać się przy kilku budynkach. No wiesz, obczaić sale, w których będziemy mieć zajęcia. Chcesz dołączyć? Wyglądasz, jakbyś zmierzała w tę samą stronę.

Cass marszczy brwi. Jest wyraźnie zdezorientowana – nie ma pojęcia, skąd Tyson i ja się znamy i dlaczego mamy wspólne plany. Naprawdę chciałabym udzielić jej odpowiedzi, ale sama nie wiem, jak znalazłam się w tej sytuacji, więc tylko się uśmiecham i wbijam ręce głębiej w kieszenie, obsesyjnie kreśląc kciukiem kółka wokół klucza, żeby się uspokoić.

– Jasne, świetny pomysł – odpowiada, znowu pociągając mnie za ramię, żebym szła blisko niej.

Zjeżdżamy windą w krępującej ciszy. Na niższym piętrze dosiada się do nas kilka osób i kiedy docieramy na parter, musimy czekać, aż wszyscy wysiądą. Mogę się skupić jedynie na drzwiach frontowych, przez które cały ranek ćwiczyłam wychodzenie i wchodzenie. Zawsze łatwiej mi się odważyć, by wyjść, kiedy nie jestem sama, a Cass sprawia, że czuję się swobodnie. Biorę więc głęboki wdech i stawiam krok za krokiem, aż w końcu wychodzimy na zewnątrz. Najwyraźniej zbyt mocno ściskam jej ramię, ponieważ gdy docieramy do następnego budynku, pochyla się i pyta, czy wszystko w porządku.

– Przepraszam – mówię, rozluźniając rękę. – Nie najlepiej radzę sobie z nieznajomymi.

– Naprawdę go nie znasz? – Śmieje się, nadal szepcząc i wskazując brodą na Tysona, który znajduje się na chodniku parę metrów przed nami.

– Poznałam go dopiero dziś rano – odpowiadam, kręcąc głową. Cass ponownie się śmieje i ciągnie mnie za rękaw, żebyśmy dogoniły Tysona.

– To skąd jesteście? – pyta Tyson, skupiając wzrok na Cass, a ja odczuwam ulgę, że nie muszę odzywać się pierwsza.

– Ja i siostra jesteśmy z Burbank – odpowiada Cass i widzę, że Tyson zastanawia się, jakim cudem mogę być z nią spokrewniona, skoro w ogóle nie jestem do niej podobna. Udzielam więc odpowiedzi na jego pytanie, jeszcze zanim je w ogóle zada.

– Och, nie. My nie jesteśmy spokrewnione. Cass i ja jesteśmy współlokatorkami. Ja jestem z Arizony – mówię, odwracając się do Cass i zastanawiając, o kogo, do cholery, jej chodzi.

– Ach, no tak. Przepraszam, moja siostra to nasza druga współlokatorka. Wczoraj wieczorem ją też poznałeś. Pamiętasz Paige?

To odkrycie tak mnie szokuje, że nie udaje mi się zachować myśli dla siebie.

– Co? – Zamieram w bezruchu. Cass nie udaje się powstrzymać śmiechu, gdy widzi moją reakcję.

– Wiem, nie mogłybyśmy się różnić bardziej, co? – stwierdza, wzruszając ramionami i uśmiechając się do nas. – Jesteśmy bliźniaczkami. Nikt nigdy w to nie wierzy.

– I nic dziwnego! Ty jesteś uprzejma i bystra, a Paige… wydaje się mieć inne cechy. – Próbuję zmienić kierunek, w jakim zmierza moja wypowiedź, zbyt późno orientując się, że właśnie nazwałam jej siostrę niegrzeczną i głupią. Prawdopodobnie jest za wcześnie, żebym zakładała, że mogę sobie na coś takiego pozwolić, i w duchu przeklinam swój brak obycia towarzyskiego. Na szczęście moja niedelikatna uwaga jeszcze bardziej bawi Cass.

– No nie? Moja siostra to prawdziwa suka!

Oczy prawie wychodzą mi z orbit i patrzę na Tysona, żeby się upewnić, czy dobrze usłyszałam, ale on tylko gapi się na nią i uśmiecha jeszcze szerzej niż wcześniej. Zastanawiam się, czy Cass wie, że mu się podoba. Zastanawiam się też, jak dobrze się wczoraj poznali.

– A ty skąd jesteś, Tysonie? – pyta Cass, lekko przygryzając dolną wargę. Zauważa jego spojrzenie i wydaje mi się, że jej się to podoba.

– Pochodzę z Luizjany, chociaż tutaj przeniosłem się prosto z Florydy. Robię studia drugiego stopnia, a mój brat jest na pierwszym roku. Pomyśleliśmy, że fajnie będzie razem mieszkać, więc poszliśmy na tę samą uczelnię. Mają tu świetne studia biznesowe i cholernie dobrą drużynę bejsbolową, więc się udało.

– Nate to twój brat – mruczę do siebie i kiwam głową. Czuję się, jakbym trafiła do odcinka serialu Beverly Hills 90210, i jestem naprawdę wdzięczna losowi, że wszystkie te rewelacje odkrywam już teraz, a nie muszę czekać do końca sezonu, żeby poukładać wszystkie klocki.

– Ach, tak. Chyba też go wczoraj widziałam. Moja siostra nie mogła się od niego odkleić – mówi Cass, a ja nagle czuję przypływ zazdrości. Zawstydza mnie to i jestem pewna, że oboje to zauważają, więc spuszczam wzrok na stopy i zaczynam szukać pęknięć w chodniku.

– A tak, pamiętam ją. Naprawdę ładna – mówi Tyson, a ja przechylam głowę na czas, żeby zobaczyć, jak ta sama emocja, którą dopiero co sama czułam, zalewa Cass. – Nie jest jednak w typie mojego brata.

Tyson przenosi wzrok na mnie i tak długo utrzymuje spojrzenie, że czuję się niekomfortowo i znowu wbijam wzrok w ziemię. Usiłuje mi powiedzieć, że to ja nie jestem w typie jego brata? Czy to było ostrzeżenie, żebym się wycofała, zanim się rozczaruję? A może po prostu potwierdzał moje założenie z wczorajszego wieczora, że Nate szuka przyjaciół. Niczego więcej. Mam nadzieję, że o to chodzi, bo im lepiej poznaję ludzi, tym mniejszą mam pewność, że jestem już gotowa chociaż na przyjaciół.

Idziemy główną ścieżką wiodącą przez środek kampusu i udaje mi się dostrzec po drodze każdy z budynków, w których będę miała zajęcia. Mój program składa się w większości z przedmiotów ogólnych. Nadal nie wybrałam głównego kierunku studiów, a doradca powiedział, że mogę poczekać semestr czy dwa, zanim się na coś zdecyduję. Nie jestem jednak pewna, czy to wystarczająco dużo czasu – nie mam pojęcia, co chcę zrobić ze swoim życiem. Nim wszystko się zmieniło, myślałam, że chcę być graficzką. Nie było ku temu żadnego prawdziwego powodu, nigdy też nie radziłam sobie jakoś szczególnie dobrze z programami komputerowymi, więc to marzenie rozpłynęło się, gdy przestałam poświęcać mu uwagę. Niestety w jego miejsce nie pojawiło się nic nowego.

– Nate jest tam. Znam trenerów, mogę z tobą wejść. Chciałby wiedzieć, że tu jesteś – mówi Tyson, a ja zauważam spojrzenie, jakie rzuca mi Cass. Już czuję, że będę musiała opowiedzieć jej o tym, jak wpadłam na Nate’a.

– Och, no dobrze. Sądzisz, że mogę tam wejść? Poczekam tutaj. Nie chcę w niczym przeszkodzić. – Zaczynam się wiercić, skóra mrowi mnie ze skrępowania. Tyson uśmiecha się i puszcza oczko, kiedy wymija mnie i ponagla.

– Nie przeszkodzisz. Chodź – nalega, patrzę więc na Cass, która nadal robi do mnie wymowną minę.

Głębokie oddechy. Bierz głębokie oddechy.

Idziemy przez długi korytarz do oddzielnej części ośrodka i widzę, że trenują tu uczelniani sportowcy. Teraz przypada sezon futbolu amerykańskiego, więc niemal wszyscy obecni na sali są ode mnie cztery razy więksi.

– O Boże, Rowe. Paige będzie taka wkurzona, kiedy się dowie, że byłyśmy tu bez niej. To dla niej jak sklep z mięśniakami. – Obie zostajemy przy drzwiach, ale lustrujemy całe pomieszczenie. W powietrzu unosi się lekki zapach potu, jednak nie jest odrażający. Nie mogę nic poradzić na to, jak reaguje na tę woń moje ciało. Rumienię się, kiedy jeden z ogromnych mężczyzn z nagim torsem przechodzi obok mnie i mówi „Przepraszam”, muskając ramieniem przód mojego ciała, kiedy mnie mija. Nagle się prostuję, wciągam brzuch i wypinam to, co stanowi moją klatkę piersiową.

– O, jest tam. Poczekaj, dam mu znać, że tu jesteś – oświadcza Tyson, przemieszczając się w głąb sali. Widzę w oddali profil Nate’a i natychmiast skupiam się na jego wyglądzie. Zdecydowanie mi się nie przyśnił. Wszystko jest tak, jak zapamiętałam, a kiedy nasze spojrzenia się spotykają, nagle przed oczami staje mi wczorajsze spotkanie i Nate trzymający moją bieliznę.

– Mienisz się wszystkimi odcieniami czerwieni – stwierdza Cass, nachylając się do mnie.

– Aż tak źle? – Kiedyś wydawało mi się, że będę kłamać, gdy ktoś przyłapie mnie na jakiejś emocji. Jednak coś w Cass sprawia, że czuję się swobodnie. Albo po prostu aktualnie jestem zbyt zmęczona ukrywaniem całej reszty, żeby przejmować się roztkliwianiem nad chłopakiem.

– Weź się w garść, kochana. Idzie tu.

Zanim do mnie dotrze, cały czas powoli wciągam powietrze nosem, więc kiedy Nate w końcu staje przede mną, nie panikuję, nie brakuje mi tchu.

– Hej, strasznie mi przykro, że popsułem nasze plany. Zapomniałem o treningu – mówi, a jego słowa są jak karmelki. Nigdy nie słyszałam takiego głosu. Dałabym wszystko, żeby przeczytał mi bajkę na dobranoc. Założę się, że nie potrzebowałabym wtedy zolpidemu.

– W porządku, nie ma sprawy. – Serce wali mi nierówno, tłucze jak szalone i obawiam się, że drży mi przez to głos.

– Kłamie, bracie – wcina się nagle Tyson, znowu pozbawiając mnie oddechu. – Spotkałem ją, gdy czekała przy windzie. Jakiś dupek ją wystawił.

Chcę się zapaść pod ziemię. Patrzę to na Tysona, to na Nate’a, to na Cass, która tylko wzrusza ramionami, ponieważ nie zdołałam jeszcze opowiedzieć jej o wczorajszym wieczorze.

– Nie, naprawdę. To moja wina. Nie sprawdziłam rano wiadomości – wyjaśniam, rzucając Tysonowi ostrzegawcze, mam nadzieję, spojrzenie. Będę musiała poćwiczyć miny, bo nie jestem do końca pewna, jak je robić. Ta najwyraźniej nie działa, ponieważ Tyson śmieje się cicho i wycofuje.

– Cholera, ten facet naprawdę jest dupkiem. Tak jak i jego brat – mówi Nate, drapiąc się pod brodą i machając w kierunku Tysona. Odwraca się do mnie z uśmiechem i widzę dołeczki w jego policzkach. – Zamierzałem zajrzeć do twojego pokoju, ale nie chciałem cię budzić. Ale wynagrodzę ci to. Głodna? Masz ochotę na lunch?

W brzuchu mi burczy i umieram z głodu. Ale myśl o zatłoczonej kafeterii sprawia, że natychmiast oblewa mnie pot.

– Rowe, muszę już iść. Za dziesięć minut mam spotkanie z trenerem personalnym – mówi Cass, zdejmując zegarek z ręki i chowając go do małej torby, którą ma ze sobą. – Zobaczymy się w akademiku.

Uśmiecham się i macham ręką, zaciskam dłoń i chowam ją z powrotem do kieszeni.

– No więc… Wygląda na to, że to ja jestem jej trenerem, bo mam spotkanie w południe. Kurewsko dobry dzień – mówi Tyson, patrząc na nas i uśmiechając się, czym nas rozśmiesza. – Zobaczymy się później, młody. Aaa… ta tutaj? Tak, jest totalnie w twoim stylu.

Chcę się zapaść pod ziemię.

Nate

Zabiłbym go, gdyby nie był moim bratem. Może i tak go zabiję. Widzę, że jest zawstydzona. Jej ciało jest jaskraworóżowe i prawie czuję promieniujące od niej gorąco.

Nie podoba mi się sposób, w jaki to zrobił, ale cieszę się, że wyraził swoją aprobatę. Nigdy nie lubił Sadie, mówił wprost, że jej nie ufa. Nie posłuchałem go. Najwyraźniej instynkt Tysona jest znacznie sprawniejszy od mojego. Skoro on uważa, że Rowe coś w sobie ma, to zdecydowanie zabieram ją na lunch. Muszę ją rozgryźć, zanim zjawi się reszta szkoły i będę musiał rywalizować o jej uwagę.

– To co powiesz? – pytam. Wydaje się zdenerwowana i mam wrażenie, że chce się wycofać. Może uda mi się znaleźć sposób chociaż na zrealizowanie pierwotnego planu. – Jeżeli nie jesteś głodna, po prostu przejdźmy się po mieście.

Przygryza dolną wargę i obejmuje się ramionami, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Widzę też, że podąża wzrokiem za odchodzącą przyjaciółką. Kurde. Próbuje się wyplątać.

– Albo nie. Jeśli jesteś zmęczona, rozumiem. Moja wina, że nie przyszedłem na naszą randkę. – Z jakiegoś powodu ostatnie słowo przykuwa jej uwagę, pospiesznie odwraca spojrzenie i napotyka moje, jej oczy rozszerzają się trochę. Kurwa, nie spodobało jej się słowo „randka”.

– Nie, ja… Właściwie chętnie coś zjem. Tyle że – zaczyna i spuszcza wzrok na stopy, patrząc na szurające buty zza ramion, którymi nadal mocno się oplata – jestem raczej wybredna. Czy moglibyśmy pójść gdzieś do miasta? Okej…?

Staram się zachować spokój, ale w duchu już się cieszę, że zgadza się na mój plan awaryjny. Dojście do miasta zajmie nam dobre dwadzieścia minut i już wiem, że zabiorę ją do Sally’s. Jedzenie jest dobre, ale obsługa cholernie powolna. Dzięki temu spędzę z nią przynajmniej parę godzin.

– Świetnie. W zasadzie jest pewne miejsce, które bardzo chciałbym sprawdzić. Może być?

Kiwa głową i uśmiecha się, nadal nerwowo ruszając stopami, ale nie odrywając ich od podłogi. Zauważam, że nie założyła skarpetek do butów do biegania i nie wiem czemu, ale nie mogę oderwać oczu od linii biegnącej wzdłuż jej łydki i sięgającej głęboko do kostki. To dziwne, jak może wyglądać tak łagodnie i silnie zarazem.

– Uprawiasz jakiś sport? – pytam, nadal wpatrując się w jej nogę.

– Trochę. A raczej kiedyś uprawiałam. Dobrze mi szło w tenisie – zdradza i w końcu rozluźnia górną część ciała. – Tyson powiedział, że grasz w bejsbol?

Jestem zachwycony tym, że nie ma pojęcia, kim jestem. Nie żebym był wybitnie sławny, ale w końcu odrzuciłem wiele szkół z pierwszej ligi, żeby tu przyjechać. Laska z wczorajszej imprezy na pewno wiedziała, kim jestem. A przynajmniej wiedziała, że jestem tutaj sportowcem. Mocno się skuła i powtarzała, że chce się spiknąć z jakimś mięśniakiem już w tym tygodniu.

Niektórzy kolesie uwielbiają to badziewie. Łatwe. Tyson też trochę to lubi, przynajmniej w danej chwili. Ale zazwyczaj jest na siebie wkurzony, kiedy następnego dnia musi stawić czoła dziewczynie, którą tak naprawdę nie jest zainteresowany. Ja wolę poczekać, aż znajdę kogoś godnego uwagi, kogo chciałbym zobaczyć też rano, a nie tylko w nocy.

– Tak, jestem łapaczem. – Chwilę czekam, żeby zobaczyć, jak zareaguje, ale moje słowa nie wywołują żadnej szczególnej reakcji. Kontynuuję, nagle czując, że będzie trzeba sporo pracy, żeby jej zaimponować. – Gram w zasadzie w każdym meczu. Wchodzę teraz za studenta ostatniego roku i to trochę dziwne, bo chyba częściej będą wystawiać mnie niż jego.

– Jesteś dobry? – Jej bezceremonialność jest zachwycająca, żeby nie powiedzieć onieśmielająca.

– Ha. No byłem wystarczająco dobry, żeby mnie tu zaprosili. Mam nadzieję, że jestem wystarczająco dobry, by chcieli mnie zatrzymać. – Mogę się tylko do niej uśmiechnąć, kiedy widzę, jak marszczy nos, zastanawiając się, czego musi się o mnie dowiedzieć w następnej kolejności. Cokolwiek… Niech pyta, o co tylko zechce.

Wchodzimy do głównego holu, więc kiwam głową trenerowi, żeby przekazać, że wychodzę, a on tylko macha ręką. Mam zamiar położyć Rowe rękę na plecach, żeby wyprowadzić ją na zewnątrz – zarówno dlatego, że chcę dać jej znać, w którym kierunku się udać, jak i dlatego, że chcę poczuć jej łopatki pod palcami. Ale zauważam, że zatrzymuje się przed drzwiami, widzę, że jej oddech przyspiesza, więc cofam ramię, zanim jej dotknę. Jest zdenerwowana.

– Czy ktoś jeszcze cię zaprosił?

– Co?

Wpatruje się w metalową kratę przy wejściu, więc nawet wyraz jej twarzy nie sugeruje, co ma na myśli.

– Bejsbol. Czy ktoś jeszcze zaprosił cię, żebyś dla nich grał?