Zapach śmierci - Simon Beckett - ebook + audiobook

300 osób właśnie czyta

Opis

Szósta część bestsellerowej serii thrillerów z antropologiem sądowym Davidem Hunterem w roli głównej.

Pewnego letniego wieczoru David Hunter – antropolog sądowy – odbiera telefon od dawnej znajomej z pracy. Kobieta potrzebuje opinii w pilnej sprawie.

W opustoszałym, czekającym na rozbiórkę szpitalu Świętego Judy gdzie bywają bezdomni, dilerzy i narkomani znaleziono częściowo zmumifikowane ciało. Nawet Hunter nie potrafi określić, od jak dawna mogło tam leżeć. Wiadomo tylko jedno: to ciało młodej ciężarnej kobiety.

Po zapadnięciu się podłogi strychu wychodzi na jaw kolejny z mrocznych sekretów szpitala. Oczom policjantów ukazuje się ukryta sala zastawiona łóżkami. W niektórych nadal ktoś leży…

Pozornie prosta z początku sprawa przeradza się w obłąkańczy koszmar. Nikt z otoczenia Huntera nie może czuć się bezpiecznie…

Szpital upomni się o kolejne ofiary.

Ludziom zwykle wydaje się, że natychmiast rozpoznaliby Zapach śmierci. Że rozkładowi towarzyszy szczególna, charakterystyczna woń, paskudny trumienny odór. Mylą się.

Simon Beckett jest brytyjskim dziennikarzem i pisarzem. Zasłynął jako autor thrillerów kryminalnych, których głównym bohaterem jest antropolog sądowy – David Hunter. Jego książki zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Simon Beckett mieszka wraz z żoną w Sheffiled w Anglii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 42 min

Lektor:

Popularność


ROZDZIAŁ 1

Ludziom zwykle wydaje się, że natychmiast rozpoznaliby zapach śmierci. Że rozkładowi towarzyszy szczególna, charakterystyczna woń, paskudny trumienny odór.

Mylą się.

Proces rozkładu jest bardzo złożony. Żeby żywy niegdyś organizm zamienił się w szkielet, obrócił w kości i minerały, najpierw musi przejść długą biochemiczną drogę. Owszem, niektóre gazy wydzielane w tym procesie są nieprzyjemne dla ludzkiego węchu, ale to jedynie część szerokiego asortymentu zapachów. Gnijące ciało produkuje setki lotnych związków organicznych, z których każdy ma specyficzne cechy. Wiele z nich – zwłaszcza te powstające na środkowych etapach rozpadu ciała, związane z gniciem i wzdęciem – niezaprzeczalnie śmierdzą. Na przykład trisiarczek dimetylu przypomina zapachem zepsutą kapustę. Kwas masłowy i trimetyloamina przywodzą na myśl odpowiednio wymiociny i nieświeżą rybę. Z kolei indol cuchnie fekaliami.

A jednak w niższych stężeniach indol ma delikatny, kwiatowy aromat, ceniony przez producentów perfum. Heksanal – gaz wydzielany zarówno na początku, jak i pod koniec procesu rozkładu – przypomina zapachem świeżo skoszoną trawę, butanol roztacza zaś woń opadłych liści.

Woń rozkładu może obejmować wszystkie te nuty zapachowe, tworząc bukiet tak złożony jak w dobrym winie. A ponieważ nieprzewidywalność jest dominującą cechą śmierci, to ta nieraz anonsuje swoją obecność zupełnie inaczej.

Czasami w najmniej oczekiwany sposób.

– Proszę patrzeć pod nogi, panie doktorze – ostrzegł mnie idący przede mną Whelan. – Wystarczy jeden nieuważny krok i spadnie pan piętro niżej.

Nie musiał mi przypominać. Schyliłem się pod belką stropową, ostrożnie stawiając stopy. Na przepastnym strychu było jak w piecu. Powietrze w niskiej przestrzeni pod dachem z łupków nagrzewało się przez cały dzień, a maska na twarzy utrudniała oddychanie. Elastyczny kaptur kombinezonu ochronnego wrzynał mi się w twarz. Spróbowałem raz jeszcze otrzeć z czoła pot, ale udało mi się go tylko trochę rozmazać.

Poddasze starego szpitala było ogromne. Ciągnęło się we wszystkie strony, ginąc w mroku poza zasięgiem tymczasowo ustawionych źródeł światła. Na podłodze ułożono chodnik z aluminiowych płytek, który z każdym krokiem rytmicznie uginał się i prostował pod naszym ciężarem.

Miałem nadzieję, że legary pod spodem nie są spróchniałe.

– Zna pan tę część miasta? – zapytał Whelan przez ramię. Akcent wskazywał, że komisarz wychował się daleko na północ od Londynu, raczej nad Tyne niż nad Tamizą. Był przysadzistym mężczyzną po czterdziestce. Kilkanaście minut wcześniej, kiedy po mnie wyszedł, miałem okazję zobaczyć jego sztywne siwe włosy i brodę, wilgotne i oklapłe od potu. Teraz głowę i twarz miał niemal całkowicie zasłonięte maską i białym kombinezonem.

– Niezbyt.

– Tak, to nie jest okolica, w którą chciałoby się zapuszczać bez ważnego powodu. A nawet i wtedy niekoniecznie. – Schylił się, żeby przejść pod skośną belką. – Uwaga na głowę.

Poszedłem w jego ślady. Mimo specjalnych płytek poruszanie się po strychu nie było najłatwiejsze. Grube drewniane belki krzyżowały się nisko nad głowami, gotowe roztrzaskać czaszkę każdemu, kto nie schyli się wystarczająco nisko, na wysokości kostek zaś wiły się stare rury czyhające na nieuważnie postawioną stopę. Raz po raz, wydawałoby się, że w zupełnie przypadkowych miejscach, na drodze wyrastały osmalone ceglane kominy, blokując przejście i wymuszając okrężny przebieg aluminiowych chodników.

Odgarnąłem pajęczynę, która musnęła mnie po twarzy. Mnóstwo ich zwisało z surowych desek dachu, oblepione brudem przypominały wystrzępione lambrekiny teatralne. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu, zmieniająca żółty niegdyś materiał izolacyjny pomiędzy legarami we wstrętny brązowy futrzak. Pyłki kurzu wirowały w powietrzu, lśniły w jasnym świetle. Pomimo maski czułem pył w oczach i ustach.

Uchyliłem się gwałtownie, bo nie tyle zauważyłem, ile wyczułem jakiś nagły ruch gdzieś w ciemności pod dachem. Kiedy jednak zadarłem głowę, nic nie zobaczyłem. Złożyłem to na karb zbyt bujnej wyobraźni i znów skupiłem się na patrzeniu pod nogi.

Przed nami, w kręgu jasnych lamp, znajdował się nasz cel. Grupka odzianych na biało postaci stała w jaskrawym świetle na nieco większej wysepce metalowych paneli rozłożonych wokół jednego z kominów. Dobiegał nas szmer rozmowy stłumionej przez maski na twarzach. Technik kryminalistyczny robił zdjęcia czegoś, co leżało u ich stóp.

Whelan zatrzymał się kilka kroków od grupy.

– Pani nadkomisarz? Jest już antropolog.

Jedna z osób zwróciła się w moją stronę. Niewielki fragment twarzy widoczny nad maską był zaczerwieniony i lśnił od potu. W bezkształtnym kombinezonie trudno byłoby określić płeć tej postaci, ale już nie pierwszy raz mieliśmy razem pracować. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że grupka stoi wokół czegoś zawiniętego w plastikową płachtę, przypominało to zrolowany dywan. Na jednym końcu opakowanie zostało częściowo rozwinięte.

Z dziury wystawała zmumifikowana twarz z pustymi oczodołami i karmelową skórą naciągniętą ciasno na kościach policzkowych.

Pochłonięty tym widokiem nie zwróciłem uwagi na niską belkę stropową i wyrżnąłem głową tak mocno, że aż mi zadzwoniły zęby.

– Ostrożnie – powiedział Whelan.

Potarłem się po głowie, czując raczej zażenowanie niż ból. „Świetne wejście”. Kilka par oczu zmierzyło mnie niechętnym spojrzeniem znad masek. Tylko kobieta, do której zwrócił się wcześniej Whelan, wyglądała na rozbawioną, a wokół jej oczu pojawiły się zmarszczki świadczące o wesołym uśmiechu.

– Witamy u Świętego Judy – powiedziała nadkomisarz Sharon Ward.

Dwanaście godzin wcześniej przebudziłem się z koszmaru. Zerwałem się gwałtownie, siadając wyprostowany na łóżku, niepewny, gdzie jestem, a ręka odruchowo powędrowała do brzucha, macając w poszukiwaniu lepkiej krwi. Skórę miałem jednak suchą i nienaruszoną, jeśli nie liczyć śladu po dawno zabliźnionej ranie.

– Wszystko w porządku?

Rachel podparła się na łokciu i położyła dłoń na mojej piersi, wyraźnie zaniepokojona. Światło dnia przesączało się przez ciężkie zasłony, wydobywając z mroku pomieszczenie, które dopiero teraz powoli nabierało znajomych kształtów.

Pokiwałem głową, czując, że uspokaja mi się oddech.

– Przepraszam.

– Znowu zły sen?

Mignęło mi wspomnienie plam ciemnej krwi i ostrza noża lśniącego w słońcu.

– Nie taki zły. Obudziłem cię?

– Mnie i cały dom. – Uśmiechnęła się na widok mojej miny. – Spokojnie, żartuję. Tylko się rzucałeś, nikt nie mógł tego usłyszeć. Śniło ci się to, co zawsze?

– Nie pamiętam. Która godzina?

– Trochę po siódmej. Właśnie miałam wstać i zrobić kawę.

Pozostałości koszmaru wciąż oblepiały mnie niczym zimny pot, ale spuściłem nogi na podłogę i wstałem.

– Poleż sobie, ja zaparzę.

Wciągnąłem jakieś ubrania, wyszedłem z sypialni i delikatnie zamknąłem za sobą drzwi. Kiedy znalazłem się sam na korytarzu, uśmiech zniknął z mojej twarzy. Wziąłem głęboki oddech, starając się otrząsnąć z resztek strasznego snu. To się nie stało naprawdę, powtarzałem sobie.

Nie tym razem.

W domu panował spokój charakterystyczny dla wczesnych godzin porannych nowego dnia. Ciszę podkreślało głośne, rytmiczne tykanie zegara. Poczłapałem do kuchni. Grubą wykładzinę podłogową zastąpiły kafelki, przyjemnie chłodne pod gołymi stopami. Chociaż powietrze było jeszcze trochę nagrzane po wczorajszym ciepłym dniu, kamienne ściany starego domu odpierały nawet największe fale gorąca, którymi raczyło nas w ostatnich dniach piękne babie lato.

Napełniłem kawiarkę i postawiłem na kuchence, a potem nalałem sobie szklankę wody z kranu. Wypiłem, stojąc przy oknie i patrząc na zielone łąki rozciągające się za sadem. Słońce już wisiało na nieprawdopodobnie błękitnym niebie. W oddali pasły się owce, a z boku rósł nieduży lasek – liście na drzewach już się czerwieniły. Jeszcze nie zaczęły spadać, ale niedługo miało się to zmienić. Widok przypominał fotografię w kalendarzu ze sklepu z pamiątkami, jakby nigdy nie mogło się tu wydarzyć nic złego.

O innych miejscach też tak kiedyś myślałem.

Jason opisywał ten drugi dom dzielony z Anją jako domek na wsi. W porównaniu z ich londyńską posiadłością, ogromną willą w Belsize Park, może i był to domek, ale to określenie nie oddawało mu sprawiedliwości. Budynek z kamienia o ciepłej barwie, typowego dla regionu Cotswolds, był starym, rozłożystym domiszczem z dachem krytym strzechą i mógłby z powodzeniem trafić na okładkę magazynu poświęconego architekturze i ogrodnictwu. Stał na obrzeżach malowniczego miasteczka, z pubem nagrodzonym gwiazdką Michelina i wąską główną ulicą, w każdy weekend zastawianą przez range rovery, mercedesy i bmw.

Kiedy Jason i Anja zaprosili nas na długi weekend, obawiałem się krępującej atmosfery. Byli moimi najlepszymi przyjaciółmi, jeszcze zanim moja żona i córka zginęły w wypadku samochodowym. Poznałem Karę u nich na imprezie, byli rodzicami chrzestnymi Alice, a ja ojcem chrzestnym ich córeczki Mii. Ku mojej uldze całkiem nieźle dogadywali się z Rachel, ale kolacja czy drinki raz na jakiś czas to zupełnie co innego niż spędzenie kilku dni w swoim towarzystwie. Poznaliśmy się z Rachel zaledwie kilka miesięcy wcześniej, podczas traumatycznego śledztwa w sprawie zbrodni na bagnach u wybrzeża Essex. Martwiłem się, że zabranie jej z dłuższą wizytą do przyjaciół z mojego dawnego życia może jej się wydać dziwne, że z powodu łączącej mnie z Jasonem i Anją wspólnej historii poczuje się wykluczona.

Wszystko jednak szło gładko. Nawet jeśli od czasu do czasu ogarniało mnie dziwne poczucie odklejenia, jakby stare życie nakładało się na nowe, nie trwało ono długo. Przez cały weekend włóczyliśmy się po lasach i polach Cotswolds, przesiadywaliśmy w pubach, nieśpiesznie jedząc obiad, i spędzaliśmy leniwie długie letnie wieczory. Były to pod każdym względem sielankowe dni.

Jeśli nie liczyć tego koszmaru.

Za moimi plecami woda zaczęła bulgotać, wypełniając kuchnię aromatem kawy. Zdjąłem kawiarkę z kuchenki i właśnie rozlewałem napój do dwóch kubków, kiedy usłyszałem ciężkie kroki na skrzypiących schodach. Nie musiałem się nawet odwracać, domyśliłem się, że to Jason.

– Cześć – powiedział, wtaczając się do kuchni jeszcze wyraźnie zaspany, wymięty i rozczochrany. – Wcześnie wstałeś.

– Chciałem się napić kawy. Mam nadzieję, że to nie problem.

– Nie ma sprawy, o ile dla mnie też wystarczy.

Klapnął na taboret przy wyspie kuchennej i bez większego zapału spróbował ciaśniej owinąć szlafrok frotté na swojej pękatej sylwetce, ale szybko dał sobie spokój. Z wycięcia szlafroka kipiały ciemne włosy, które pięły się z torsu po szyi aż do linii zarostu. Twarz porośnięta rzadką szczeciną i łysiejąca głowa zdawały się należeć do innego ciała.

Z pomrukiem wdzięczności przyjął ode mnie kubek z kawą. Poznaliśmy się jako studenci medycyny, w dawnych czasach, zanim życie skierowało mnie na zupełnie inną drogę. Wybrałem krętą ścieżkę kariery antropologa sądowego, Jason zaś został wziętym chirurgiem ortopedą, który mógł sobie pozwolić na dom na wsi w Cotswolds. Już w młodości nie należał do rannych ptaszków, a przez lata nic się w tym względzie nie zmieniło. Na pewno nie pomogło mu też wino wypite poprzedniego wieczoru.

Napił się kawy i aż go wykrzywiło.

– Pewnie nie masz żadnego sposobu na kaca?

– Mniej pić.

– Bardzo śmieszne. – Ostrożnie pociągnął mniejszy łyk z kubka. – Kiedy musicie się zbierać?

– Dopiero po południu.

Przyjechaliśmy moim „nowym” samochodem – używaną, ale porządną terenówką – a do Londynu mogliśmy wrócić nawet wieczorem. Jednak przypomnienie, że weekend zbliża się ku końcowi, a także myśl o następnym dniu sprawiły, że zakłuło mnie w sercu.

– O której Rachel ma jutro lot? – zapytał Jason, jakby czytał mi w myślach.

– Przed południem.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Wszystko w porządku?

– Jasne.

– To tylko parę miesięcy. Nic takiego.

– Wiem.

Jeszcze przez chwilę przyglądał mi się z namysłem, ale nie podjął wątku. Z grymasem bólu na twarzy podszedł do szafki i wyciągnął pudełko paracetamolu. Mięsistymi paluchami zgrabnie wycisnął z blistra dwie tabletki.

– Jezu, ale mnie łeb napierdala – powiedział, odkręcając butelkę wody mineralnej z lodówki. Popił tabletki i łypnął na mnie spode łba. – Nie zaczynaj.

– Nic nie mówię.

– Nie musisz. – Kiwnął ponaglająco ręką. – No dalej, wyrzuć to z siebie.

– Po co? Przecież to wszystko wiesz, nie powiem ci nic nowego.

Już w czasach studenckich Jason miał ogromny apetyt, nie tylko na jedzenie. Teraz jednak osiągnął wiek, w którym nieumiarkowanie zaczęło dawać o sobie znać. Zawsze mocno zbudowany, w ostatnim czasie jeszcze bardziej przytył, a rysy twarzy zaczęły się rozmywać w opuchliźnie pasującej do niezdrowego kolorytu cery. Jednak dopiero niedawno odnowiliśmy przyjaźń po wieloletniej przerwie, więc czułem, że nie wypada mi wprost poruszyć tego tematu, jak zrobiłbym dawniej. Ulżyło mi, że sam o tym wspomniał.

– Mam ostatnio dużo stresu w pracy. – Wzruszył ramionami, gapiąc się w okno. – Cięcia budżetowe, rosnące kolejki. Straszny bajzel. Czasem sobie myślę, że dobrze zrobiłeś, wykręciłeś się w samą porę.

Znacząco rozejrzałem się po pięknie urządzonej kuchni.

– Tobie też nie najgorzej się powodzi.

– Wiesz, o co mi chodzi. No ale nieważne, grunt, że może i trochę sobie ostatnio dogadzam, ale przecież nie wciągam koki ani nic takiego.

– To na pewno dobra wiadomość dla twoich pacjentów.

– Moi przynajmniej jeszcze żyją.

Cięta riposta wyraźnie poprawiła mu humor. Gładząc się po brzuchu, ruszył do lodówki.

– Może kanapkę z bekonem?

Wyjechaliśmy z Rachel po obiedzie. Jason zrobił niedzielną pieczeń, skwierczące żeberka wołowe, w których przyrządzenie włożył dużo serca, a na deser była beza autorstwa Anji. Nalegała, żebyśmy zabrali trochę do domu, razem z grubymi plastrami pieczonego mięsa.

– Nie będziesz musiał robić zakupów – przekonywała, kiedy próbowałem odmówić. – Już ja cię znam. Jak tylko Rachel wyjedzie, albo zapomnisz o jedzeniu, albo będziesz się zadowalał tym, co akurat znajdziesz w lodówce. Nie można żyć o samych omletach.

– Wcale nie żyję o omletach – powiedziałem, ale nawet dla mnie zabrzmiało to niezbyt przekonująco.

– W takim razie nie powinieneś mieć nic przeciwko zabraniu małego co nieco, prawda? – zapytała Anja z uśmiechem.

Podróż powrotna do Londynu upłynęła nam w milczeniu. Był piękny wieczór, pola Cotswolds mieniły się zielenią i złotem, drzewa zaczynały przybierać rdzawy odcień zwiastujący nadchodzącą jesień. Jednak widmo jutrzejszego wyjazdu Rachel unosiło się między nami, psując atmosferę w samochodzie.

– To tylko trzy miesiące – powiedziała nagle Rachel, jakby kontynuowała niewypowiedziany dialog. – A Grecja jest całkiem blisko.

– Wiem.

Wcale nie tak blisko, ale wiedziałem, do czego pije. Wcześniej tego lata odrzuciła propozycję wyjazdu do Australii, gdzie mogłaby rozwijać swoją karierę oceanografki, więc nie miałem prawa narzekać na krótki wyjazd badawczy na Morze Egejskie.

– Lot trwa tylko cztery godziny. Mógłbyś mnie odwiedzić, może nawet zostać na dłużej.

– Wszystko w porządku, Rachel. Naprawdę. – Już uzgodniliśmy, że lepiej jej będzie skupić się całkowicie na nowej pracy. – Taki masz zawód, musisz jechać. Zobaczymy się niedługo.

– Wiem. Ale jest mi teraz strasznie ciężko.

Mnie też było ciężko. Domyślałem się, że to właśnie dlatego Jason i Anja (prawdopodobnie głównie Anja) zaprosili nas na weekend – żebyśmy czymś się zajęli i nie myśleli o wyjeździe Rachel.

Teraz jednak nie dało się już od tego uciec. Rachel przejrzała ubogą kolekcję płyt, które woziłem w samochodzie.

– Może to? The Cat Jimmy’ego Smitha?

– Może coś innego.

Rachel się poddała i włączyła radio. Już do końca podróży zamiast ciszy towarzyszyła nam nastawiona cicho audycja o hodowli alpak. Pola ustąpiły zabudowaniom rozlanych przedmieść, a wkrótce miejskim budowlom z betonu i cegły. Odruchowo chciałem się skierować do mojego starego mieszkania we wschodnim Londynie, ale się zreflektowałem. Nie mieszkałem tam już niemal od początku lata, ale ciągle dziwnie mi było jechać gdzie indziej.

Skręciłem w cichą ulicę wysadzaną drzewami. Minąłem białe georgiańskie domy w zadrzewionych ogródkach i pojechałem dalej, do górującego nad nimi apartamentowca – na tym tle rażąco nowoczesnego, choć zbudowano go w latach siedemdziesiątych. Ballard Court był kanciastym, betonowym molochem, dziesięciopiętrowym kompleksem, w którego szybach z przydymionego szkła odbijała się przytłumiona wersja wieczornego nieba. Mówiono mi, że to ważny przykład brutalizmu w architekturze, a ja bez oporów w to wierzyłem. Budynek niewątpliwie miał w sobie coś brutalnego.

Zatrzymałem się pod bramą i wpisałem kod na domofonie. Czekając, aż brama się otworzy, zagapiłem się bez entuzjazmu na piętrzące się w górze balkony, gdy nagle zorientowałem się, że Rachel mi się przygląda.

– Co tam?

– Nic – odparła, ale na jej ustach błąkał się uśmieszek.

Po wjeździe musieliśmy znowu poczekać, tym razem na otwarcie elektrycznej bramy do garażu podziemnego, ale w końcu zaparkowałem na przydzielonym miejscu. Raz niechcący zająłem cudze miejsce i dostałem od zarządu wspólnoty zdawkowy list z ostrzeżeniem, że podobne naruszenia regulaminu nie będą tolerowane.

W Ballard Court obowiązywało wiele surowych reguł.

Wjechaliśmy windą na piąte piętro. W holu głównym była recepcja i dyżurował portier, ale ponieważ tylko mieszkańcy mieli dostęp do garażu, windy omijały foyer i prowadziły prosto do mieszkań. Po otwarciu drzwi windy oczom pasażerów ukazywał się obszerny hol, wokół którego umieszczono w dość dużej odległości od siebie ponumerowane drzwi z drewna tekowego. Za każdym razem przypominało mi to hotel, a wrażenie to potęgowała jeszcze delikatna woń mięty, która zdawała się zawsze unosić w powietrzu.

Stukając butami na marmurowej posadzce, przeszliśmy korytarzem do mieszkania. Popchnąłem ciężkie drzwi, puszczając Rachel przodem, i pozwoliłem im zamknąć się za nami powoli z cichym kliknięciem. Wyłożony dywanem przedpokój prowadził do ogromnej kuchni ze zwieńczonym łukiem przejściem wprost do jadalni i salonu. Tam podłoga była wyłożona tym samym wygłuszającym dywanem, idealnie uzupełniającym terakotowe płytki w kuchni. Na ścianach wisiały abstrakcyjne obrazy, a sofa obita skórą koloru kawy z mlekiem była tak głęboka, że można było się w niej zatopić. Był to bez dwóch zdań przepiękny apartament, bez porównania ze skromnym mieszkankiem na parterze szeregowca, które do niedawna zajmowałem.

Nie znosiłem tego miejsca.

Jason mi je załatwił. Jego znajomy ze szpitala przenosił się na pół roku do Kanady i nie chciał zostawiać pustego mieszkania. Wolał nie wynajmować go przez agencję, a że ja – niechętnie – rozważałem przeprowadzkę, Jason zasugerował, żebyśmy wzajemnie sobie pomogli. Czynsz miał być absurdalnie niski, a chociaż Jason się wypierał, podejrzewałem, że mógł maczać w tym palce. Nadal nie byłem przekonany, aż w końcu Rachel się wtrąciła. W moim mieszkaniu nie będę bezpieczny, twierdziła ze złością w zielonych oczach. Już raz zostałem tam zaatakowany, niemal zginąłem: czy naprawdę zamierzałem ignorować zalecenia policji i ryzykować życie przez głupi upór i dumę?

Miała trochę racji.

Kilka lat wcześniej niejaka Grace Strachan dźgnęła mnie nożem i zostawiła, żebym się wykrwawił na własnym progu. Ta agresywna psychotyczka, która obwiniała mnie o śmierć swojego brata, zniknęła zaraz po ataku i ślad po niej zaginął. Rany długo się goiły – zwłaszcza te psychiczne – ale stopniowo zacząłem wierzyć, że niebezpieczeństwo minęło. Trudno było mi sobie wyobrazić, żeby tak niestabilna jednostka mogła długo unikać schwytania, na pewno nie bez czyjejś pomocy. Zacząłem myśleć, że albo nie żyje, albo przynajmniej wyjechała z kraju. Tak czy inaczej – że nie stanowi już zagrożenia.

Kiedy jednak na początku roku pracowałem w Essex przy sprawie zabójstwa, ktoś włamał się do mojego mieszkania, a policja znalazła na miejscu odcisk jej palca. Nie dało się ustalić, jak długo ten odcisk się tam znajdował, niewykluczone, że po prostu przegapiono go po tamtej wizycie z nożem. Możliwe jednak, że Grace wróciła dokończyć dzieła.

Mimo to wcale nie uśmiechała mi się wyprowadzka. Nie byłem szczególnie przywiązany do samego mieszkania – dwa główne wspomnienia z tamtego miejsca to zamach Grace na moje życie oraz nieudany związek – ale jeśli miałem się przenieść, chciałem to zrobić na swoich warunkach. A w tej sytuacji czułem się tak, jakbym uciekał.

W końcu przekonała mnie nie policja ani też spóźniony instynkt samozachowawczy. Chodziło o Rachel, która coraz częściej zostawała u mnie na noc.

Ryzykowałem już nie tylko swoje życie.

Przeprowadziłem się więc do Ballard Court, pod adres, który nie widniał w żadnych moich oficjalnych dokumentach, a system ochrony, elektryczne bramy i podziemny garaż uzyskały aprobatę zarówno Rachel, jak i policji. Jeśli Grace Strachan rzeczywiście wróciła, jeśli jakimś sposobem odkryła, że przeżyłem, niełatwo będzie jej się dowiedzieć, gdzie mieszkam, nie mówiąc nawet o zbliżeniu się na odległość ręki uzbrojonej w nóż.

Jednak od czasu znalezienia tego jednego odcisku palca nie było żadnego śladu Grace. Z początku policja obserwowała moje puste mieszkanie: puste, bo nie zamierzałem go sprzedawać ani wynajmować, jeśli istniał choć cień ryzyka, że prześladowczyni wzięła je sobie na cel. Jednak wraz z upływem tygodni patrole coraz bardziej ograniczano. Na tym etapie byłem już przekonany, że cała ta sprawa to był fałszywy alarm, i postanowiłem wrócić do domu, gdy tylko dobiegnie końca okres najmu bezpiecznego, ale i bezdusznego apartamentu w Ballard Court. Jeszcze nie powiedziałem o tym Rachel, bo uznałem, że będzie na to czas. Nie chciałem psuć naszego ostatniego wspólnego wieczoru.

Okazało się jednak, że zrobił to ktoś inny.

Telefon zadzwonił, kiedy szykowaliśmy kolację, oboje uparcie udając, że Rachel wcale nie wyjeżdża następnego ranka. Zachodzące słońce złociło okna, rzucając długie cienie i przypominając nam, że lato dobiegło końca. Zerknąłem na Rachel. Nie spodziewałem się żadnych telefonów i nie przychodził mi do głowy nikt, kto mógłby dzwonić w niedzielny wieczór. Uniosła brew, ale nic nie powiedziała, kiedy wziąłem komórkę do ręki. Na ekranie wyświetlało się nazwisko Sharon Ward.

Odwróciłem się do Rachel.

– Praca. Nie muszę odbierać.

Zmrużyła oczy w uśmiechu, ale zanim się odwróciła, dojrzałem w nich coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować.

– Musisz – odparła.

ROZDZIAŁ 2

Większość ludzi uznałaby mój zawód za dziwaczny. Może nawet makabryczny. Spędzam więcej czasu z martwymi niż z żywymi, badam proces rozkładu oraz towarzyszące mu zmiany, żeby zidentyfikować ludzkie szczątki i zrozumieć, co mogło je doprowadzić do takiego stanu.

To powołanie, profesja często mroczna, ale potrzebna. Kiedy zobaczyłem na wyświetlaczu nazwisko Ward, od razu wiedziałem, co to może oznaczać. Poznaliśmy się po tym, jak ktoś zostawił rozczłonkowane zwłoki dosłownie na moim progu. Wtedy służyła w stopniu komisarza, ale niedawno awansowała i teraz jako nadkomisarz stała na czele jednego z zespołów śledczych londyńskiej policji. Skoro dzwoniła do mnie w niedzielę wieczorem, to raczej nie w celach towarzyskich.

O tym, jak bardzo zobojętniałem, może świadczyć fakt, że ledwie poczułem leciutkie ukłucie niepokoju. To Ward zawiadomiła mnie kilka miesięcy wcześniej, że odcisk palca znaleziony w moim mieszkaniu należał do Grace Strachan. Od tamtej pory utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt – na bieżąco informowała mnie o postępach w poszukiwaniu kobiety, która próbowała mnie zabić. A raczej o ich braku. W tej sytuacji nawet nie brałem pod uwagę możliwości, że jej telefon może mieć związek z czymkolwiek poza pracą.

I rzeczywiście. Na poddaszu opuszczonego szpitala w Blakenheath, w północnym Londynie, znaleziono ciało. Stara lecznica już od wielu lat stała pusta, nawiedzana jedynie przez pijaków, narkomanów i osoby bezdomne. Niezidentyfikowane szczątki sprawiały wrażenie dość starych, a z uwagi na ich kiepski stan potrzebna była konsultacja antropologa kryminalistycznego. Skoro mieszkam w okolicy, to może mógłbym zajrzeć na chwilę?

Mógłbym.

Nie tak wyobrażałem sobie ostatni wieczór z Rachel przed trzymiesięczną rozłąką. Powiedziała mi jednak, że lepiej będzie, jeśli pojadę do pracy, niż żebyśmy snuli się po mieszkaniu przybici zbliżającym się nieuchronnie pożegnaniem. No jedź, powiedziała, czekają na ciebie.

W zapadającym mroku jechałem do Świętego Judy. Nie znałem Blakenheath, ale po ulicach było widać, że dzielnica stanowi typowy tygiel różnych kultur. Karaibskie, azjatyckie i europejskie sklepy i bary z jedzeniem na wynos sąsiadowały z obskurnymi lokalami użytkowymi zamkniętymi na głucho. Liczba tych ostatnich wzrastała, im dalej się zapuszczałem, aż zaczęły mnie otaczać całkowicie wyludnione ulice. W końcu wyrósł przede mną wysoki mur biegnący równolegle do drogi. Kamienna ściana była zwieńczona starymi żelaznymi prętami, przez które wystawały nieprzycinane gałęzie, jakby drzewa próbowały stamtąd uciec. Myślałem, że to park, dopóki nie dotarłem do wejścia. Nad kamiennymi filarami bramy wznosił się zardzewiały łuk z kutego żelaza, na którym widniał wykonany dużymi, zdobnymi literami napis „Szpital Królewski im. Świętego Judy”.

Obok, na murze, wisiał żałosny, oberwany plakat z przejmującym hasłem: „Ratujmy Świętego Judę”.

Przy jednym z filarów stała na straży młoda policjantka. Przedstawiłem się i musiałem zaczekać, aż sprawdzi moje uprawnienia.

– Prosto podjazdem aż do końca – powiedziała.

Kiedy przejechałem przez łukową bramę, reflektory samochodu oświetliły tablicę z mapą szpitala, tak wyblakłą, że praktycznie nieczytelną. Moje początkowe skojarzenie z parkiem nie było zupełnie chybione. Dojrzałe drzewa zasłaniały mur, domyślałem się, że cały teren musiał kiedyś być pełen pawilonów rozrzuconych wśród zieleni. Teraz nie było tu niczego. Po zburzonych budynkach zostały tylko niechlujne sterty cegieł i betonu.

Czułem się, jakbym jechał przez zbombardowane miasto, ciemne i wyludnione. Mrok rozjaśniały jedynie jasne snopy reflektorów auta. Gęste drzewa i wysoki mur skutecznie blokowały dopływ światła z okolicznych ulic, przez co teren zdawał się znacznie silniej odizolowany niż w rzeczywistości. Minąwszy kolejną kupę gruzu, zobaczyłem wreszcie radiowozy i furgonetki policyjne zaparkowane na dziedzińcu przed ocalałym szpitalem. Wiktoriański budynek miał trzy piętra i szerokie schody prowadzące do centralnego portyku w stylu greckim. Zabite deskami okna ziały ślepo w poczerniałych kamiennych ścianach, ale gmach, choć zrujnowany, zachował dawny majestat i wielkość. Gzymsy były bogato rzeźbione, a portyk wspierał się na żłobionych kamiennych kolumnach. Nad wszystkim górowała kanciasta sylwetka wieży zegarowej wznosząca się ze spadzistego dachu – na tle nocnego nieba przypominała surowy, karzący palec.

Znowu podałem swoje dane i wysłano mnie do przyczepy, żebym przebrał się w kombinezon i założył sprzęt ochronny. Na schodach prowadzących do głównego wejścia czekał już na mnie Whelan, który przedstawił się jako zastępca Ward. Wielkie podwójne wrota, pokryte graffiti, zostały otwarte na oścież. Wewnątrz było chłodno i wilgotno. W powietrzu unosiła się ostra woń stęchlizny, pleśni i moczu. W dawnym holu głównym ustawiono lampy, które oświetlały pokryte zaciekami ściany z wybrzuszonym tynkiem i zasypaną gruzem podłogę. Z boku znajdował się przeszklony boks z szyldem „Ambulatorium”.

Walające się wszędzie puszki po piwie i puste butelki, a także zwęglone pozostałości po ogniskach świadczyły jednak, że szpital miewał jeszcze odwiedzających. Moje kroki niosły się głuchym echem, kiedy wdrapywałem się po krętych schodach wokół szybu dawno nieczynnej windy. Reflektory ustawione na podestach oświetlały zakurzone tabliczki wskazujące drogę do pracowni rentgenowskiej, badań endoskopowych, EKG i innych dawno zapomnianych gabinetów.

– Typowy szpital – wydyszał Whelan, kiedy dotarliśmy do szczytu schodów. Choć pokonaliśmy zaledwie trzy piętra, wysokie sufity znacznie wydłużyły drogę. – Jeśli nawet pacjent zgłosiłby się zdrowy, to włażenie po tych schodach by go wykończyło.

Ruszył przed siebie długim korytarzem, wzdłuż którego ustawiono jeszcze więcej lamp. Mijaliśmy opustoszałe sale z zamontowanymi w ciężkich drzwiach małymi szybkami umożliwiającymi zajrzenie w ciemność. Okruchy tynku chrzęściły nam pod butami, a przegniły sufit miejscami całkiem odpadł, odsłaniając gołe drewniane listwy. Tutaj butelek i puszek było znacznie mniej, ale nic dziwnego – po co się wspinać taki kawał drogi, żeby urządzić libację?

Światła doprowadziły nas do rozkładanej aluminiowej drabinki, nowej i błyszczącej, dziwnie kontrastującej z nędzą otoczenia. Drabina wiodła do prostokątnego włazu w suficie, skąd ułożono chodnik z metalowych płytek do miejsca, w którym czekała już Ward z resztą zespołu.

A także ciało.

Teraz znów mu się przyjrzałem, pocierając głowę w miejscu, którym uderzyłem w belkę.

– Właśnie mieliśmy zaczynać – powiedziała Ward. – Zna pan profesora Conrada?

Znałem, choć tylko ze słyszenia. Kiedy zaczynałem karierę antropologa sądowego, on był już uznanym patologiem, budzącym powszechny postrach z powodu swojego wybuchowego temperamentu. Teraz musiał być już sporo po sześćdziesiątce, ale najwyraźniej wcale z wiekiem nie złagodniał. Spoglądał na mnie srogo spod siwych, krzaczastych i surowo zmarszczonych brwi.

– Miło, że zechciał pan do nas dołączyć – rzucił zza maski.

Nie potrafiłem stwierdzić, czy w tym suchym, piskliwym głosie pobrzmiewała przygana. Nagle wydało mi się, że znów kącikiem oka uchwyciłem ruch w cieniu pod dachem, ale i tym razem postanowiłem to zignorować. Wystarczająco już się dziś skompromitowałem.

– Dobrze, skoro już wszyscy jesteśmy – powiedziała Ward, patrząc na mnie z uniesioną brwią – to bierzmy się do roboty. No dalej, ruchy.

Bezceremonialnie szturchnęła stojącego obok technika kryminalistycznego. Zrobiło się małe zamieszanie, wszyscy się przesuwali, żeby zrobić mi miejsce. Aluminiowe płytki ułożono wokół zawiniętych w plastik zwłok, przygotowując platformę roboczą. Między niskim stropem z jednej strony a kominem z drugiej było jednak bardzo ciasno, a lampy grzały niemiłosiernie.

– Szpital jest zamknięty od wielu lat, więc bywają tu głównie włóczędzy i ćpuny – mówiła Ward, a ja tymczasem podszedłem bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć. – Jeszcze parę miesięcy temu odchodziła tu też grubsza dilerka, ale potem zaczęły się roboty rozbiórkowe. Możemy mieć do czynienia albo z przedawkowaniem, albo z próbą ukrycia tragicznych skutków ostrej wymiany zdań.

Typowe przyczyny zgonu w każdej melinie. Przyjrzałem się wysuszonemu ciału częściowo zasłoniętemu plastikową płachtą.

– Kto to znalazł, ktoś z ekipy rozbiórkowej?

Ward pokręciła głową.

– Powinni sprawdzić strych, ale wątpię, czy zapuścili się tak daleko. Nie, to był ktoś z towarzystwa ochrony nietoperzy. Przyszedł tu na inspekcję i czekała go przykra niespodzianka.

– Nietoperzy?

– Podobno jest tu kolonia niejakich gacków wielkouchów. – W jej głosie zabrzmiała nutka sarkazmu. – To gatunek pod ochroną, więc musimy uważać, żeby im nie przeszkadzać.

Zerknąłem w ciemność nad głową. A więc te ruchy nie były wytworem mojej wyobraźni.

– Deweloper planuje zrównać wszystkie budynki z ziemią i wybudować w tym miejscu nowy kompleks biurowy – ciągnęła Ward. – Mieszkańcy się zbuntowali, więc sprawa z nietoperzami to kolejna z wielu przyczyn opóźnienia rozbiórki. Protestujący są zachwyceni, bo to oznacza odroczenie egzekucji Świętego Judy, praktycznie w ostatniej chwili. Dopóki nietoperze nie zostaną przesiedlone, czy co tam się z nimi robi, roboty będą stały.

– To niezwykle fascynujące, ale musiałem odwołać umówioną kolację, żeby tu przyjechać – powiedział szorstko Conrad. – Wolałbym nie siedzieć tu do rana.

Ignorując wściekłe spojrzenie, jakim spiorunowała go Ward, patolog przykucnął sztywno obok ciała. Przeszedłem na drugą stronę i też przyklęknąłem. Otoczona aureolą cienkich włosów twarz w plastikowej płachcie była pomarszczona jak pergamin. Ziały w niej puste oczodoły, z nosa i uszu zostały resztki. Pod wszechobecnym na strychu zapachem kurzu i starego drewna dawało się wyczuć inną woń emanującą z wnętrza kokonu, słodką i pylistą.

– Wyraźnie nie żyje już od dłuższego czasu – stwierdził Conrad, jakby rzucał luźną uwagę na temat pogody. – Zwłoki wyglądają na całkowicie zmumifikowane.

Nie do końca, pomyślałem, ale na razie zachowałem to dla siebie.

– Czy to naturalny proces? – zapytała Ward z powątpiewaniem. Patolog albo nie dosłyszał, albo wolał nie odpowiadać.

– Niewykluczone – odparłem zamiast niego. Mumifikacja mogła zachodzić naturalnie z wielu różnych powodów, na kwaśnych torfowiskach czy w ekstremalnie niskich temperaturach. Tutaj jednak mieliśmy do czynienia z czymś innym. Rozejrzałem się po ciemnym strychu i zauważyłem, że wiszące wokół pajęczyny falują lekko, poruszane słabym prądem powietrznym. – Mamy tu praktycznie idealne warunki do mumifikacji. Jest gorąco i na pewno sucho przez cały rok, nawet zimą. Na takim dużym strychu jest świetna wentylacja, więc przepływ powietrza wyciągnie wilgoć.

Tymczasem Conrad powoli rozchylał plastik, odsłaniając ramiona i klatkę piersiową ofiary. Zwłoki leżały na plecach, nieco wykręcone i skulone w objęciach plastikowej płachty jak martwy ptak w gnieździe. Brzuch i dolna część ciała nadal tkwiły w kokonie, ale już teraz było widać, że to nieduża osoba. Na oko wyglądała na nastolatka albo drobnego dorosłego. Miała na sobie złachmanioną żółtą koszulkę poplamioną płynami wydzielanymi w procesie rozkładu. Krótkie rękawki odsłaniały ramiona i dłonie, z których zostały tylko ścięgna i kości obciągnięte suchą, pergaminową skórą, taką jak na twarzy.

– Wygląda na to, że ktoś upozował ręce – powiedziała Ward, przyglądając się szponiastym dłoniom ułożonym na kościstej piersi tak, jakby ciało leżało w trumnie, a nie w plastikowej płachcie. – Poświęcił na to chwilę. To sugeruje skruchę, a przynajmniej szacunek. Może sprawca ją znał.

„Ją”? Spojrzałem na Ward z zaskoczeniem. Nic nie sugerowało, że zwłoki są płci żeńskiej, a biorąc pod uwagę ich stan, ustalenie tego może zająć wiele dni. O ile nie znajdziemy jakiegoś dowodu tożsamości.

– Trochę za wcześnie na żeńskie zaimki, skoro jeszcze nie ustaliliśmy płci, nie sądzi pani? – zauważył Conrad, gromiąc ją wzrokiem.

Nawet na tym małym kawałku twarzy Ward nieschowanym pod maską i kapturem dało się zauważyć rumieniec. Może to zwykłe przejęzyczenie, ale nie powinno się było przytrafić prowadzącej śledztwo.

– Może pan określić, ile czasu w przybliżeniu minęło od zgonu? – zapytała szybko, próbując zatrzeć złe wrażenie po wpadce.

– Nie, nie mogę – odparł patolog, nie podnosząc głowy. – Może pani nie słyszała, ale mówiłem, że zwłoki są zmumifikowane.

Tym razem twarz Ward pociemniała nie ze wstydu, a z wściekłości. Conrad miał jednak rację. Na tym poziomie wysuszenia ciała wszelkie zmiany fizyczne postępowały tak wolno, że praktycznie niezauważalnie. Zdarzało się, że ludzkie szczątki, które uległy naturalnej mumifikacji, zachowywały się na setki lat, a nawet dłużej.

– Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś ukrył tu ciało, kiedy szpital jeszcze normalnie działał – zauważył Whelan, przerywając niezręczną ciszę. – To musiało być już po zamknięciu.

– A kiedy go zamknięto? – zapytałem.

– Jakieś dziesięć, jedenaście lat temu. Wzbudziło to powszechne niezadowolenie.

– No dobra, to górna granica, ale niewiele nam to daje – powiedziała Ward. – Jaki jest najkrótszy czas, w którym ciało mogłoby ulec mumifikacji w takim stopniu? Wystarczyłoby mniej niż dziesięć lat?

– W odpowiednich warunkach owszem – odparłem. – Latem było tu na pewno bardzo gorąco, co przyśpieszyłoby proces. Ale po pobieżnych oględzinach sądzę, że zwłoki przeleżały tu co najmniej dwa sezony letnie. Prawie w ogóle nie śmierdzą, nawet w tym gorącu, co sugeruje, że proces mumifikacji dobiegł końca już jakiś czas temu.

– Świetnie. Czyli czas zgonu ustalamy na między piętnaście–szesnaście miesięcy a dziesięć lat temu. Wąskie okienko, nie ma co.

Niewiele mogłem na to odpowiedzieć, więc nawet nie próbowałem. Conrad dalej odwijał płachtę. Sztywny plastik był brudny, pokryty pyłem cementowym czy gipsowym i smugami niebieskiej farby. Moją uwagę przykuło raczej to, czego brakowało, ale wtedy patolog rozwinął kokon otulający dolną połowę ciała i na chwilę zapomniałem o wszystkim innym.

Nogi były częściowo podkulone, zgięte razem i przechylone na jedną stronę. Zostały z nich głównie skóra i kości pod krótką dżinsową spódniczką pokrytą takimi samymi plamami jak krótka koszulka. Ta zresztą podjechała jeszcze wyżej, zwijając się tuż pod klatką piersiową i odsłaniając brzuch. A raczej to, co z niego zostało. Większość jamy brzuszno-miednicznej, od dolnych żeber do kości łonowej, ziała otworem. Spoczywające w niej resztki narządów wewnętrznych uległy tak daleko posuniętej atrofii i degradacji, że nie dało się ich rozpoznać.

Ale to nie dlatego wszyscy nagle zamilkli. W brzuchu leżało coś, co przypominało blade gałązki. Na ten widok coś się we mnie skręciło, a Ward tak gwałtownie nabrała powietrza, że nie miałem wątpliwości: ona też je rozpoznała.

– Szczury się do niej dorwały – stwierdził jeden z techników, wyciągając szyję, żeby się lepiej przyjrzeć. – Jeden chyba zdechł w środku.

– Nie wygaduj bzdur. I trochę szacunku – zwrócił mu uwagę Whelan miażdżącym tonem.

– No co? Ja tylko…

– To płód – powiedziała cicho Ward. – Była w ciąży.

Wyglądała na głęboko poruszoną, jakby to odkrycie nadwątliło jej zawodową znieczulicę i obiektywizm. Whelan posłał winowajcy spojrzenie zapowiadające, że jeszcze się policzą, po czym zwrócił się do Ward:

– Czyli miała pani rację, że to kobieta.

Rzeczywiście, choć przecież Ward nie mogła o tym wiedzieć.

– Jaki jest wiek płodu?

– Sądząc po rozmiarze i stopniu rozwoju, jakieś sześć, siedem miesięcy – odparłem.

Conrad nie uczestniczył w rozmowie. Zignorował jamę brzuszną, jakby jej zawartość była zupełnie nieistotna, i skupił się na czymś innym.

– Ciąża pomaga – mruknął, bardziej chyba do siebie niż do kogoś z nas. – Skoro była w wieku rozrodczym, to trochę zawęża krąg poszukiwań. Odzież kompletna, z bielizną włącznie, a więc brak ewidentnych śladów napaści seksualnej. Choć to oczywiście nierozstrzygające.

– Nie jest jednak grubo ubrana. Żadnej kurtki, tylko koszulka i spódnica – dodała Ward. – Bez rajstop, co sugeruje, że mogła umrzeć latem.

Whelan pokiwał głową na boki jak wahadłem.

– Chyba że zabito ją w jakimś ogrzewanym pomieszczeniu, a potem przeniesiono tutaj. Moja żona nawet zimą nie wkłada w domu swetra. Podkręca centralne, a ja mam się martwić o rachunki.

Ward chyba go nie słuchała.

– A co z… z brzuchem? To może być robota szczurów czy raczej jakaś rana?

– Proszę mnie zapytać po sekcji – powiedział Conrad. Potem jednak się zamyślił. – Szczury chętniej dobrałyby się do otwartej rany, więc niewykluczone, że dźgnięto ją nożem. Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków. Zwróćmy uwagę chociażby na brak widocznych plam krwi na ubraniach, co sugeruje, że jeśli doszło do jakiegoś urazu, nie spowodował on obfitego krwotoku.

Miał rację. Łatwo byłoby założyć, że widzimy jakąś straszliwą ranę, ale dobrze wiedziałem, jakie natura zna sztuczki. Na razie mogłem być pewien tylko jednej rzeczy.

– Przemieszczono ją.

Oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Nie zamierzałem walić tak prosto z mostu, ale widok malutkiego szkieletu tkwiącego nadal w łonie matki musiał poruszyć mnie bardziej, niż przypuszczałem.

– Jej ciało było przedtem gdzie indziej – ciągnąłem. – Przyniesiono je tutaj już po mumifikacji.

Conrad sapnął z rozdrażnieniem.

– Tak, ma pan rację.

– Jest pan pewny? – zapytała Ward.

Skinąłem głową.

– Kości płodu nie znajdują się w pozycji anatomicznej. Są pomieszane w znacznie większym stopniu, niż można by się spodziewać, nawet biorąc pod uwagę ewentualne ataki padlinożerców. To wskazuje, że poddano je gwałtownemu ruchowi, kiedy w macicy nie było już wód płodowych, które zamortyzowałyby wstrząsy.

– Ciało było zawinięte w plastik – zauważył Whelan. – Może wtedy do tego doszło?

– Możliwe. Zwłoki nie uległyby mumifikacji, gdyby cały czas były owinięte plandeką. W środku zebrałaby się wilgoć i normalnie by zgniły. Gdyby tak się stało, plastik byłby wysmarowany płynami, tak jak ubrania.

– Czyli najpierw uległy mumifikacji, a potem zostały zawinięte? – upewniła się Ward.

– Najpewniej. No i jeszcze to. – Wskazałem kilka ciemnych, podobnych do ryżu łusek, które tkwiły w fałdach odzieży. – Powinno być tu znacznie więcej powłok poczwarek much plujek. Gdyby denatka leżała tu cały czas, walałyby się dookoła.

– A skąd w ogóle wzięłyby się tu muchy? – Ward zmarszczyła czoło. – Ciemno, choć oko wykol. Nic by nie widziały.

– Nie musiałyby widzieć, prowadziłby je zapach. – Powszechnie zakładało się, że muchy plujki nie latają w ciemności, ale brak światła nie wystarczał, żeby odstraszyć te wytrwałe owady. – To prawdopodobnie powłoczki po plujkach burczało. Jeśli jest za ciemno na latanie, to po prostu podpełzają do ciała.

– Urocza wizja – powiedział Whelan, krzywiąc twarz w grymasie.

Ward zerknęła na niego z irytacją.

– Ale skąd muchy, skoro ciało uległo mumifikacji? To by ich nie zniechęciło?

– Nie, jeśli wcześniej doszło do rozkładu – wyjaśniłem. – Po plamach na odzieży widać, że najpierw ciało zaczęło gnić, dopiero potem wyschło. Muchom więcej nie trzeba.

Plujkowate potrafią wywęszyć gnijące szczątki z odległości ponad kilometra, namierzyć cel i złożyć jaja w oczach, nosie i wszelkich innych dostępnych otworach. Choć brak śladów krwi na ubraniach kobiety sugerował, że raczej nie odniosła poważnych obrażeń, wystarczyłaby nawet mała ranka, żeby przyciągnąć muchy. Nawigacja po strychu zajęła im pewnie trochę czasu, ale i tak zaczęły składać jaja na długo przed przybyciem pierwszego szczura. Po wykluciu żarłoczne larwy zaczęły się żywić martwą tkanką, powiększając pierwotną ranę, a następnie powtarzały cykl reprodukcyjny aż do momentu mumifikacji ciała, które następnie porzuciły.

Ward nadal marszczyła brwi.

– Czyli twierdzicie, że zabito ją gdzie indziej, a potem przyniesiono tutaj?

– Niekoniecznie. – Zerknąłem na Conrada, na wypadek gdyby chciał odpowiedzieć. Patolog jednak znów zajął się dokładnymi oględzinami zwłok. – Gdziekolwiek zwłoki leżały wcześniej, musiało to być w warunkach niemal identycznych z tymi tutaj. Sucho, dobry przewiew i wysoka temperatura, żeby szybko rozpoczął się proces mumifikacji. To dość wyśrubowane wymogi.

– Myśli pan, że leżała tu od początku, tylko przeniesiono ją z innej części strychu? – spytała Ward.

– Na podstawie tego, co tu widzę, mogę stwierdzić, że to możliwe.

– To absurd – zirytował się Whelan. – Jaki w tym sens? Jeśli ktoś się martwił, że ciało zostanie znalezione, to czemu nie przeniósł go gdzie indziej? I po co czekać z przenosinami do mumifikacji?

– Nie wiem – przyznałem. – Ale tak czy inaczej uważam, że powinniście przeszukać cały strych pod kątem powłok poczwarek.

– Dobra, sprawdzimy. – Ward nie odrywała wzroku od patologa. Nie zwracał najmniejszej uwagi na naszą rozmowę, pochylał się do przodu nad splecionymi dłońmi denatki. – Znalazł pan coś jeszcze, profesorze?

– Opuszki palców są znacznie uszkodzone. Częściowo może to być robota gryzoni, ale wydaje mi się, że nie tylko.

– Mogę zerknąć? – poprosiłem.

Odsunął się, żebym mógł się zbliżyć. Ze względu na stan, w jakim znajdowały się zwłoki, trudno było ocenić, które urazy nastąpiły przed śmiercią, a które po niej. Kawałki wyschniętych palców zostały obgryzione przez ostre ząbki, a paznokcie zaczęły odpadać na etapie początkowego rozkładu. Jednak same opuszki palców wyglądały na poszarpane, paznokcie zaś były połamane i rozwarstwione, a jednego w ogóle brakowało.

– Wydaje mi się, że nie można tego zrzucić na szczury. Sądzę, że przynajmniej części dokonano jeszcze za jej życia – powiedziałem.

– Macie na myśli tortury?

– Uparcie zadaje pani pytania, na które nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć – odparł kąśliwie Conrad. Podniósł się z klęczek, strzeliło mu w kolanach. – Mnie już wystarczy. Po zabezpieczeniu dłoni proszę przetransportować ciało do kostnicy. Można chyba spokojnie stwierdzić…

Urwał, bo w tym momencie jakiś cień śmignął nam nad głowami z trzepotliwym odgłosem, przypominającym szybkie kartkowanie książki. Lot nietoperza trwał może sekundę, ale zdążył wystraszyć patologa. Conrad zatoczył się do tyłu i zestąpił z prowizorycznego chodnika, gwałtownie wymachując rękami. Jego stopa z suchym trzaskiem przebiła się przez cienki sufit, a kilka warstw brudnego materiału izolacyjnego wzbiło w powietrze tumany kurzu. Whelan zdołał złapać go za nadgarstek, zanim poleciał do tyłu, i przez ułamek sekundy wydawało mi się, że go utrzyma i wszystko skończy się dobrze.

A potem, przy akompaniamencie huku walących się belek i fragmentów tynku, Conrad zniknął – a wraz z nim cały kawał podłogi strychu znajdujący się pod jego stopą.

ROZDZIAŁ 3

Cofnąć się! Wszyscy do tyłu! – wrzasnęła, krztusząc się, Ward.

W powietrzu unosiły się tumany kurzu i błyszczących drobinek wełny szklanej. Wszyscy zanosiliśmy się kaszlem, papierowe maseczki nie zapewniały adekwatnej ochrony przed gęstymi oparami. Z uczuciem piasku w oczach spojrzałem w dziurę ziejącą w podłodze. Jeden z reflektorów spadł razem z metalową płytką i teraz leżał obok niej, posyłając snop światła w ciemność na dole.

– Do pana też mówię – dodała Ward, stając obok mnie. Po rozłożonych płytkach zbliżyła się ostrożnie do dziury. Z krawędzi zwisały podarte pasma materiału izolacyjnego, zaczepione na ostrych końcach połamanych legarów sterczących jak oszczepy.

– Panie profesorze! Nic się panu nie stało? – zawołała.

Bez odzewu. Wiktoriański budynek miał tak wysokie sufity, że upadek groził połamaniem kości, zwłaszcza jeśli spadało się z belkami stropowymi i metalowymi płytami.

– Nie stójcie tu jak kołki, lećcie na dół zobaczyć, co z nim! – warknęła Ward do policjantów stojących najbliżej wyjścia ze strychu.

– Legary pewnie przegniły – stwierdził Whelan, kiedy funkcjonariusze pośpieszyli spełnić polecenie. – Powinna pani…

Pokiwała głową, niechętnie odsuwając się od dziury.

– Dobra, wszyscy won! Powoli, spokojnie, gęsiego, w dużych odstępach. No już, ruchy!

Pokasłując, przemieściliśmy się nierównym rządkiem po metalowych płytkach. Uginały się i prostowały gwałtownie pod naszymi stopami, więc poczułem ulgę, kiedy dotarłem do drabiny. Schodząc z gorącego, dusznego strychu, czułem się tak, jakbym zanurzał się w chłodnej wodzie. Ward i Whelan byli ostatni. Nadkomisarz zsunęła się szybko po drabinie, a za nią zeskoczył jej podwładny.

– Wezwijcie tutaj sanitariuszy, ale już! – zarządziła, przepychając się przez tłum kombinezonów skupionych wokół drabiny. Rozejrzała się za policjantami, których wysłała na pomoc patologowi. – Gdzie Greggs i Patel, do jasnej cholery?

Kawałek dalej na długim szpitalnym korytarzu coś się działo. Z drzwi do jednego z oddziałów wynurzyła się młoda policjantka z latarką i znękanym wyrazem twarzy.

– Jestem, proszę pani.

Ward zignorowała podsuniętą przez kogoś butelkę wody i podeszła do funkcjonariuszki.

– Co z nim?

Młoda kobieta pokręciła głową, nerwowo mrugając.

– Yyy, nie wiem…

– Jak to nie wiesz? Na litość… Z drogi, ale już!

Bezceremonialnie odepchnęła dziewczynę i ruszyła w stronę oddziału za jej plecami.

– Tam go nie ma, proszę pani.

– No to gdzie niby jest?

– Nie… eee, nie możemy go znaleźć.

– Jak to nie możecie go znaleźć? Psiakrew, przecież się nie rozpłynął w powietrzu!

W głębi ciemnego korytarza pojawił się snop światła z latarki. Ward odwróciła się w tamtą stronę. Drugi z policjantów, których wysłała na dół, śpieszył w naszym kierunku.

– Od tego korytarza odchodzą jeszcze inne – wydyszał. – Sprawdziliśmy na sali bezpośrednio pod miejscem, z którego spadł, a ja przed chwilą przeszukałem jeszcze sąsiedni oddział, ale nigdzie go nie ma.

– Przecież po upadku z takiej wysokości nie mógł sobie po prostu wstać i pójść!

– No tak. To znaczy może by i mógł, ale… – Policjant się zawahał, jakby nie był pewny, czy mówić dalej. – Nigdzie nie widzę dziury w suficie.

– No to chyba szukacie w złym miejscu, co nie? Psiakrew, daj mi to. – Ward wyrwała mu latarkę z ręki i zwróciła się do Whelana. – Jack, macie mi przeszukać całe piętro. Każdą salę. I co z tymi sanitariuszami, do jasnej cholery?

– Zaraz będą, proszę pani.

Whelan zaczął rzucać rozkazy, więc ja też wystąpiłem do przodu, ale komisarz pokręcił głową.

– Pan nie, panie doktorze. Z całym szacunkiem, jednego eksperta od kryminalistyki już straciliśmy. Proszę się nigdzie nie ruszać, dopóki się nie upewnimy, że inne piętra się nie zawalą.

Zrozumiałem, że dyskusje nie mają sensu. Mimo frustracji zostałem posłusznie u stóp drabiny, podczas gdy reszta rozbiegła się po piętrze, kreśląc w ciemności zygzaki światłem latarek. Znikali kolejno w przyległych korytarzach i salach. Kiedy ucichły krzyki i tupanie, podniosłem głowę i spojrzałem na wejście na strych. Whelan kazał mi się nie ruszać, ale przecież nie mogłem tak bezczynnie tu tkwić.

Wdrapałem się po drabinie i wetknąłem głowę na poddasze. W powietrzu wciąż wisiała chmura pyłu, w świetle reflektorów wyglądała jak dym. Z dołu dobiegało wołanie policjantów niosące się echem po korytarzu. Z tego, co słyszałem, nie udało im się jeszcze znaleźć patologa, ale teraz na własne oczy przekonałem się, że namierzenie go rzeczywiście mogło nie być takie proste. Drabinę, na której stałem, dzieliło jakieś trzydzieści, czterdzieści metrów od miejsca, gdzie Conrad przeleciał przez sufit, a rozkład piętra poniżej diametralnie różnił się od otwartej przestrzeni pod dachem. Najwyraźniej łatwo można się było zgubić w labiryncie oddziałów, korytarzy, gabinetów i poczekalni, nie mówiąc o ustaleniu, gdzie dokładnie spadł profesor.

Tak czy inaczej, powinni jednak byli już go znaleźć. Przestępowałem z nogi na nogę na drabinie, słuchając, jak funkcjonariusze nawołują się wzajemnie. „Kurczę, dlaczego to tyle trwa?” Od chwili zawalenia się strychu minęło już dobre kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt minut. Jeśli Conrad doznał poważnych obrażeń, to być może się teraz wykrwawia, a wszyscy biegają w tę i we w tę i nie mogą go znaleźć.

– Panie profesorze! – zawołałem.

Odpowiedziała mi głucha cisza. Zacząłem schodzić po drabinie, zdecydowany dołączyć do poszukiwań wbrew ostrzeżeniom Whelana, ale nagle wydało mi się, że coś usłyszałem. Zamarłem i przechyliłem głowę, nasłuchując uważnie. Odgłos się nie powtórzył, ale nie brzmiało mi to jak element akcji poszukiwawczej.

Raczej jak jęk.

– Panie profesorze! Słyszy mnie pan?

Nic. Zagapiłem się na rozległą plamę światła z reflektorów. Kilka miesięcy wcześniej musiałem bezradnie patrzeć na śmierć człowieka. Do dziś myślałem o tym codziennie po przebudzeniu i nie mogłem znieść myśli, że historia może się powtórzyć.

A, do diabła z Whelanem!

Wspiąłem się z powrotem na poddasze. Na wszelki wypadek sprawdzałem każdą płytkę, zanim przeniosłem na nią ciężar całego ciała, ale choć legary pod podłogą uginały się i trzeszczały, sprawiały wrażenie wystarczająco solidnych. Sufit zawalił się dopiero w chwili, gdy Conrad upadł bezpośrednio na deski. O ile się nie przewrócę, wszystko powinno być w porządku.

Taką przynajmniej miałem nadzieję.

Na strychu panowała dość upiorna atmosfera, nawet kiedy był pełny ludzi. Teraz, sam, czułem się jeszcze bardziej nieswojo. Blask świateł ustawionych wzdłuż prowizorycznych chodników sprawiał, że cienie zdawały się głębsze, mroczniejsze. Idąc po uginających się płytkach, rozglądałem się czujnie za nietoperzami, żeby nie zaskoczyły mnie tak jak patologa, jednak nigdzie nie było ani śladu tych nieśmiałych stworzeń. Podejrzewałem, że wystraszyły się hałasu i zamieszania.

Zawinięte w plastik zwłoki leżały dokładnie tam, gdzie je zostawiliśmy. Bez szwanku przetrwały zawalenie się podłogi, co było dużym plusem. Obszedłem bokiem ciało kobiety, czując ukłucie wyrzutów, że zostawiam ją tutaj samą. Teraz musiałem się jednak skupić na pomocy żywemu człowiekowi.

Stąpając uważnie po aluminiowych płytkach, zbliżyłem się do dziury. Nie ufałem stabilności płytek najbliżej krawędzi, więc dla pewności zahaczyłem ręką o belkę dachową i dopiero wtedy wyciągnąłem szyję, żeby zajrzeć do pomieszczenia pod spodem. Drobinki kurzu wirowały powoli w smudze światła z przewróconego reflektora, ale było zbyt ciemno, żeby zobaczyć, co leży na podłodze.

– Panie profesorze!

Cisza. Wygrzebałem telefon spod kombinezonu ochronnego i włączyłem latarkę. Cienie niechętnie się wycofały, ukazując moim oczom bezładną stertę połamanych desek, tynku i izolacji. Nachyliłem się jeszcze dalej, starając się wypatrzyć coś więcej. Światło latarki przemknęło po czymś niebieskim. Cofnąłem rękę, próbując jeszcze raz znaleźć to miejsce. Z początku nie rozumiałem, co widzę, ale potem nagle mnie olśniło.

But w foliowym ochraniaczu wystający spod płachty wełny izolacyjnej.

– Co pan wyprawia, do jasnej cholery?

Mało brakowało, a upuściłbym telefon. Trzymając się mocno belki stropowej, obejrzałem się i zobaczyłem Whelana, który ciężkim krokiem zmierzał do mnie po metalowych płytkach.

– Mówiłem, żeby się pan nie ruszał. Jazda stąd. Już!

– Widać Conrada.

Zawahał się.

– Proszę mi pokazać.

Odsunąłem się.

– Ustaliliście, do której sali spadł?

– Jeszcze nie. Rozkład pomieszczeń na dole jest strasznie chaotyczny. Idzie się korytarzem, potem trzeba zawracać, wszystko podzielone jakimiś ściankami i przepierzeniami. Trudno się połapać.

Nie powinno być to chyba aż tak trudne, pomyślałem, ale najeżona postawa komisarza nie zachęcała do wygłaszania tego typu uwag. Chwycił się mojej belki, nachylił nad dziurą i poświecił latarką w dół.

– Słyszy mnie pan, profesorze? – zawołał.

Nikt nie odpowiedział.

– Widzi go pan? – zapytałem.

– Coś widzę – stęknął, mrużąc oczy, żeby lepiej się przyjrzeć. – Wygląda mi na stopę. Może moglibyśmy…

Odgłos kroków na aluminiowym chodniku uprzedził nas, że zbliża się Ward.

– Jezu, Jack, co wy tu odpieprzacie?

Odwróciliśmy się – wyraźnie wściekła zmierzała w naszą stronę. Dopiero teraz zauważyłem, że w workowatym kombinezonie ochronnym porusza się bardzo niezgrabnie.

– Przepraszam, ja tylko…

– To moja wina – wtrąciłem się. – Wydawało mi się, że słyszę, jak ktoś jęczy.

– Z takiej odległości, naprawdę? – Zmierzyła mnie sceptycznym spojrzeniem. Sam zaczynałem się zastanawiać, czy sobie tego nie wymyśliłem. Ale coś przecież usłyszałem.

– Widać go stąd – dodał Whelan, żebym nie musiał się już tłumaczyć.

– Jasny gwint. – Ward zerknęła na zmumifikowane szczątki, próbując złapać oddech. – Jest przytomny? Błagam, powiedzcie, że oddycha.

– Trudno powiedzieć. Leży zakopany pod połową sufitu i się nie rusza.

– Pokażcie.

– To niebezpieczne, proszę pani – ostrzegł Whelan. – Nie powinna pani była w ogóle tu wchodzić.

Nie wiem, co mnie bardziej zaskoczyło: fakt, że odezwał się tak do zwierzchniczki, czy że Ward w odpowiedzi nie urwała mu głowy.

– Co ty powiesz? – odparła, podchodząc bliżej i łapiąc się po drodze belek stropowych dla utrzymania równowagi. Zatrzymała się przy zwłokach skulonych na środku aluminiowych płytek, nadal dysząc ciężko pod maską. – Straż pożarna już tu jedzie ze sprzętem ratowniczym, karetka, sanitariusze, a my ciągle nie możemy go znaleźć. Chryste Panie, to jakiś absurd!

– Mogę spróbować zejść… – zacząłem.

– Nie! – wrzasnęli Ward i Whelan jednym głosem. Nadkomisarz pokręciła głową. – Strażacy niedługo tu będą z całym sprzętem.

– Przez ten czas on może umrzeć.

– Myśli pan, że nie zdaję sobie z tego sprawy?

Whelan odchrząknął.

– Nie chcę się wtrącać, ale doktor Hunter ma rację, proszę pani. Nie wiemy, w jakim stanie jest Conrad, a straż pożarna musi tu dojechać, a potem jeszcze wtaszczyć cały ten ciężki sprzęt na górę. Mógłbym skoczyć na dół i zrobić mały rekonesans, sprawdzić, na czym stoimy.

Ward przez chwilę wpatrywała się w podłogę, trzymając się pod boki.

– Tak zróbmy.

Policjanci z piętra niżej, zgodnie z poleceniami wykrzyczanymi ze strychu, szybko podali na górę teleskopową drabinę. Ward wpuściła na poddasze zaledwie kilka osób, żeby nie ryzykować kolejnego wypadku. Z początku nie chciała się zgodzić, żebym został, ale przekonałem ją, że moja wiedza medyczna może się przydać do czasu przyjazdu pogotowia. W całym tym zamieszaniu prawie zapomnieliśmy, skąd w ogóle się tam wszyscy wzięliśmy. Ciała martwej kobiety i jej nienarodzonego dziecka leżały z boku, daleko od dziury, żeby nie ucierpiały w chaotycznej akcji ratowniczej. Na moją prośbę przyniesiono plastikową płachtę i podczas gdy Whelan z pomocą innego funkcjonariusza zajął się opuszczaniem lekkiej drabinki do dziury, ja przykryłem zmumifikowane zwłoki. Ostrożnie rozpostarłem szeleszczący plastik na wysuszonej twarzy o szorstkiej skórze ciasno opinającej kości czaszki. Powinno to zapobiec dalszemu zanieczyszczeniu kurzem i szklanymi włókienkami, chociaż w głębi serca musiałem przyznać, że to niejedyny powód, dla którego chciałem ją przykryć. Leżała tam sama, przez nikogo nieodnaleziona, Bóg wie jak długo.

Nieprzyjemnie by było ją nadal ignorować.

Ku mojej frustracji Ward kazała mi się trzymać z dala od dziury, kiedy Whelan opuszczał drabinę, starając się omijać gruzy, które zakopały patologa. Przestawiono reflektory, tak żeby świeciły w otwór w suficie, ale widoczność utrudniał bardzo niekorzystny kąt. Lampy oświetlały stos drewna i izolacji zakrywający Conrada, ale reszta pomieszczenia tonęła w nieprzeniknionym mroku.

Whelan wolał nie ryzykować, stawiając drabinę przy sypiącej się krawędzi dziury – zamiast tego oparł ją o jedną z belek pod dachem i mocno przywiązał nylonową żyłką. Potrząsnął nią na próbę, sprawdzając stabilność, po czym stanął na szczeblu.

– Uważaj na siebie, Jack – powiedziała Ward.

– To jak mycie okien – zażartował i zaczął schodzić w głąb.

Aluminiowa drabinka zaczęła rytmicznie podskakiwać i trzeszczeć z każdym krokiem Whelana. Trwało to jednak tylko kilka chwil i wkrótce dotarł na dół. Ze swojego miejsca go nie widziałem, ale głos niósł się całkiem dobrze.

– Dobra, jestem na miejscu. Spróbuję pozdejmować z niego ten syf…

Rozległo się stęknięcie, a potem jakieś skrobanie i odgłosy przesuwania. Z dziury uniosła się nowa chmura kurzu – to komisarz zrzucał gruz z nieszczęsnego patologa.

– No, teraz lepiej – wydyszał ciężko. – Jest nieźle poturbowany. Wyczuwam tętno, ale nie wygląda to najlepiej. Jedna noga chyba złamana, poza tym… O rany, strasznie dużo krwi.

– Skąd? – zawołałem. – Tętnicza?

– Nie wiem, nie widzę, skąd leci. Wygląda na to, że z nogi, ale ma ją przywaloną, a nie chcę go ruszać, to za duże ryzyko. Jeśli szybko czegoś nie zrobimy, to możemy go stracić, pani nadkomisarz.

Zwróciłem się do Ward:

– Proszę mi pozwolić, może…

Zniecierpliwiona uciszyła mnie gestem uniesionej dłoni.

– Musimy się tam dostać, Jack. Widzisz jakieś drzwi albo inne wyjście?

– Czekajcie. – Chwila ciszy. – To niezbyt duża sala szpitalna. Są tu jeszcze łóżka i jakieś śmieci, ale żadnych drzwi nie widzę.

– Gdzieś jakieś muszą być.

– Nie, wygląda na to, że ktoś zamurował wyjście i… kurwa!

Nagle rozległ się jakiś łoskot.

– Jack? Jack! Nic ci nie jest?

Whelan odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.

– Nie, tylko… upuściłem latarkę.

Ward rozluźniła się, wyraźnie jej ulżyło.

– Jasna cholera, Jack, co ty odwalasz?

– Przepraszam. Chodzi o te łóżka… – Mówił jak przez ściśnięte gardło. – Leżą w nich ludzie.

ROZDZIAŁ 4

Ward nie chciała mnie puścić do Whelana.

– Nie będę ryzykować już niczyjego życia i zdrowia, dopóki nie zyskamy pewności, co nas tam czeka.

– Wiemy, co na pewno czeka Conrada. Wykrwawi się na śmierć, jeśli mu nie pomożemy.

– Pogotowie i straż pożarna będą tu za pięć minut…

– Możliwe, że nie zostało mu nawet tyle czasu. Błagam, mogę przynajmniej spróbować zatamować krwotok do czasu przyjazdu ratowników!

– Jack jest przeszkolony z pierwszej pomocy…

– A ja jestem lekarzem! Jeśli martwi się pani, że naruszę potencjalne miejsce zbrodni…

– Wcale nie o to chodzi i świetnie pan o tym wie!

– W takim razie proszę mnie tam puścić!

Ward odrzuciła głowę w tył.

– Chryste! Dobrze, niech panu będzie, tylko proszę uważać, na litość boską!

Nie czekałem – wolałem nie ryzykować, że zmieni zdanie. Wskoczyłem na drabinę i zacząłem schodzić. Uginała się i trzeszczała pod moim ciężarem, ale nie zwracałem na to uwagi. Whelan przytrzymał ją, kiedy zbliżyłem się do podłogi.

– Niech pan uważa.

Czułem się tam jak na dnie studni. Przez dziurę w suficie wpadały smugi światła z reflektorów, ale rozjaśniały zaledwie niewielki obszar wokół nas. Reszta pomieszczenia tonęła w głębokim mroku. Whelan siedział w kucki przy kupce pokruszonego tynku i kawałków desek, świecąc latarką na Conrada. Komisarz usunął większość rumowiska – przynajmniej nie było ciężkie – odsłaniając patologa, który leżał na boku jakby w gnieździe z kawałków izolacji. Pod warstwą gipsu i brudu jego twarz była blada i mizerna, lśniąca krew odcinała się ciemnymi plamami. Był nieprzytomny i nie podobał mi się jego oddech.

Najpilniejszej interwencji wymagała rana nogi. Krew utworzyła wokół dolnej połowy ciała sporą kałużę pełną kawałków gipsu i wełny szklanej. Płynęła jednak z nogi, którą Conrad przygniatał całym ciężarem, więc żeby się do niej dostać, trzeba by go było ruszyć. Zrozumiałem, dlaczego Whelan się wahał. Przy takim upadku patolog mógł doznać urazu kręgosłupa, a sądząc po chrapliwym oddechu, podejrzewałem, że żebro przebiło mu jedno z płuc. Potrzebował znacznie więcej pomocy, niż ja mogłem mu zapewnić, ale postanowiłem przynajmniej dopilnować, żeby dotrwał do przyjazdu wykwalifikowanych ratowników medycznych.

– Proszę go trzymać, gdyby zaczął się ruszać – poinstruowałem Whelana, po czym wsunąłem dłonie pod uwięzioną nogę patologa. Starając się nie zmieniać jego pozycji, zacząłem ostrożnie macać w poszukiwaniu źródła krwotoku. Miałem nadzieję nie poczuć ostrego odłamka kości sterczącego z mięśnia. Jeśli to okazałoby się przyczyną krwawienia, nie mógłbym wiele zrobić, zwłaszcza gdyby kość przecięła którąś z tętnic. W takim wypadku Conrad najprawdopodobniej wykrwawiłby się na śmierć, zanim obejrzeliby go sanitariusze.

Na szczęście jednak wbrew moim obawom nie trafiłem na złamanie otwarte. W końcu przez cienką warstwę rękawiczek wymacałem rozdarcie w kombinezonie i spodniach na udzie, a pod nim ciepłą lepkość krwi. Spadając z sufitu, Conrad musiał zaczepić nogą o gwóźdź albo złamany legar. Kiepsko, ale była szansa, że tętnice są nienaruszone.

– Uwaga – powiedziałem do Whelana. – Zaczynam uciskać.

Moje rękawiczki zdecydowanie nie były sterylne, ale szczęśliwie nie dotykałem nimi bezpośrednio ciała znalezionego na strychu. W tej sytuacji infekcja była dla patologa zdecydowanie mniej groźna niż wykrwawienie. Polegając wyłącznie na zmyśle dotyku, zebrałem materiał spodni nad raną i mocno przycisnąłem.

Profesor jęknął i próbował się poruszyć.

– Niech pan go trzyma – powiedziałem.

Whelan posłusznie unieruchomił mężczyznę, przygważdżając go całym ciężarem swojego ciała.

– Co tam się dzieje? – Z otworu w suficie dobiegł nas głos Ward. – Nic mu nie jest?

– Ile do przyjazdu ratowników? – odkrzyknąłem.

– Karetka właśnie wjechała przez bramę. Jakieś dwie, trzy minuty.

Każdy czas byłby zbyt długi. Nie odrywając rąk od rany, zmieniłem pozycję na wygodniejszą i upewniłem się, że nadal utrzymuję silny ucisk. Dopiero wtedy rozejrzałem się dookoła.

Było zbyt ciemno, żeby cokolwiek dokładnie zobaczyć. Whelan mówił wcześniej, że to nieduża sala szpitalna, ale poza naszą wyspą światła reszta pomieszczenia tonęła w mroku. Z czasem oczy przyzwyczaiły się do ciemności i dostrzegłem zarysy cegieł nieotynkowanej ściany. Trochę dalej ode mnie, w chmurze pyłu, majaczyła kanciasta rama szpitalnego łóżka. Na łóżku leżała nieruchoma postać, niewielka plama szarości w atramentowym mroku. Zdawało mi się, że za łóżkiem stoi kolejne, chociaż mogło to być złudzenie optyczne, gra cieni.

Przegląd zawartości tajemniczego pomieszczenia musiał jednak poczekać. Starając się z całych sił zignorować coraz bardziej dokuczliwy skurcz w obu przedramionach, uciskałem ranę Conrada i w myślach błagałem sanitariuszy, żeby się pośpieszyli.

Niebo zaczynało już powoli jaśnieć, kiedy podjechałem pod Ballard Court. Czekałem, aż otworzą się automatyczne bramy – pomruk ich napędów stanowił niski, basowy akompaniament do porannego śpiewu ptaków. Wjechałem do garażu podziemnego, zaparkowałem i zgasiłem silnik. Drzwi windy otworzyły się z elektronicznym brzęknięciem, ukazując mojego sąsiada z naprzeciwka. Pełnym dezaprobaty spojrzeniem obrzucił moją sponiewieraną osobę, skinął zdawkowo głową i minął mnie jak powietrze.

– Dzień dobry, dziękuję, również miłego dnia – powiedziałem do pustej kabiny.

Podeszwy moich butów wystukiwały rytmiczną melodię, kiedy szedłem korytarzem do mieszkania. Starałem się jak najciszej otworzyć drzwi, ale zapach smażonego bekonu uświadomił mi, że szkoda mojego zachodu. Rachel stała w kuchni, krojąc pieczarki obok patelni skwierczącej na kuchence. Była już ubrana, wyglądała prześlicznie i znacznie świeżej, niż ja się czułem.

– Cześć – powiedziała, zdejmując patelnię z palnika. Podeszła, objęła mnie i uniosła głowę, nadstawiając twarz do pocałunku. – Świetne wyczucie czasu.

Wciągnąłem zapach jej włosów, ciągle nieco wilgotnych po prysznicu.

– Nie musiałaś tak wcześnie wstawać.

– Musiałam. Chciałam zrobić porządne śniadanie. Wiedziałam, że tobie nie będzie się chciało. Jadłeś w ogóle cokolwiek od wczorajszego obiadu?

Wróciłem myślami do piekielnie mocnej herbaty, którą przyniósł mi jeden z funkcjonariuszy.

– Coś tam się trafiło.

Rachel uniosła sceptycznie brwi, po czym obróciła się z powrotem do kuchenki.

– Zdążysz wziąć prysznic.

Uśmiechnąłem się na tę niezbyt subtelną aluzję: po wielu godzinach pocenia się w kombinezonie rzeczywiście powinienem się umyć.

Mój uśmiech jednak zbladł, kiedy w sypialni zobaczyłem spakowaną walizkę stojącą przy drzwiach. Rachel leciała dopiero przed południem, ale będzie musiała wziąć pod uwagę ruch, korki i ewentualne opóźnienia w drodze na lotnisko. Na samą myśl poczułem dojmującą pustkę w klatce piersiowej.

Nie tak mieliśmy spędzić ostatnią noc razem.

Ratownicy medyczni dotarli na miejsce całkiem szybko, chociaż mnie te kilka minut ciągnęło się w nieskończoność. Z wdzięcznością i ulgą przekazałem Conrada młodej sanitariuszce, która szybko przejęła ode mnie uciskanie rany, podczas gdy jej kolega przygotowywał opatrunki. Odsunąłem się do tyłu, żeby zrobić im miejsce, trzymając zakrwawione ręce daleko od siebie. Teraz, gdy już nie musiałem kucać, miałem okazję lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Światło latarek sanitariuszy wydobyło z mroku trzy łóżka. Najdalsze było puste, ale w pozostałych dwóch leżały nieruchome postaci. Nie podchodziłem bliżej, żeby jeszcze bardziej nie zadeptać miejsca zbrodni. Jeśli jednak miałem wcześniej nikłą nadzieję, że okaże się to głupim żartem, że przed zamknięciem szpitala ktoś zostawił w łóżkach sklepowe manekiny, to szybko straciłem złudzenia. W powietrzu unosiła się charakterystyczna woń, której wcześniej nie wyczułem w ogólnym zamieszaniu. Spod zapachu kurzu i tynku z zawalonego sufitu delikatnie przebijał odrażająco słodki aromat rozkładu. Z tego, co udało mi się wypatrzyć, oba ciała były ubrane, a przez klatki piersiowe i nogi przechodziły im ciemne paski. Z początku nie wiedziałem, co to może być, ale w końcu się domyśliłem.

Przywiązano ich do łóżek.

Ktoś szturchnął mnie w ramię.

– Zróbmy im więcej miejsca – powiedział Whelan. – Proszę.

Podał mi parę czystych rękawiczek nitrylowych. Zastąpiłem nimi poprzednie, już brudne i zużyte, i podszedłem z powrotem do drabiny, a sanitariusze wciąż zajmowali się Conradem. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę, ostatni raz rozglądając się po ciemnej sali. Żadnych drzwi, ani wejścia, ani wyjścia, tak jak mówił Whelan. Tylko ślepa, nieotynkowana ściana majacząca niewyraźnie w ciemności.

Wyprowadzono mnie ze strychu i dalej na parter. Na schodach mijałem ekipy strażaków, odsuwałem się na bok, żeby przepuścić ich ze sprzętem. Z ulgą wyszedłem na chłodne nocne powietrze. Byłem spocony, wszystko mnie swędziało od paprochów z materiału izolacyjnego, chętnie zrzuciłem utytłany, zakrwawiony strój ochronny. Nisko na niebie wisiał sierp księżyca otoczony mlecznym półcieniem. Podziękowałem sympatycznemu policjantowi za herbatę, stanąłem z kubkiem na schodach przed wejściem do szpitala i zanim zdążyłem dopić napój, z budynku wynurzyli się sanitariusze. Nieśli Conrada na sztywnych noszach. Patolog wyglądał bardzo nieciekawie. Miał zakrwawioną twarz, nie odzyskał przytomności, leżał przypięty pasami, a głowę i szyję unieruchamiał kołnierz ortopedyczny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki