Zapach prawdy - Iga Karst - ebook + audiobook + książka

Zapach prawdy ebook i audiobook

Iga Karst

4,2

Opis

Ciało Adama Korczyńskiego, profesora Uniwersytetu Wrocławskiego, znanego w całym świecie orchidologa, zostaje znalezione w lesie. Policja stwierdza brutalny mord. W trakcie rutynowych czynności śledczych funkcjonariusze odkrywają tajemniczy zapisek. Ustalają też, że z domu denata zniknął rzadki, XIX-wieczny album botaniczny. Czy jego kradzież jest motywem zbrodni? A może ta wiąże się z cennym okazem storczyka? Sprawa komplikuje się dodatkowo wraz z ogłoszeniem testamentu profesora. Bardzo zaskakującego testamentu…
Oficjalne śledztwo powierzone zostaje komisarzowi Michałowi Orskiemu. Na prośbę wnuka profesora zagadkę morderstwa stara się rozwikłać również mecenas Anita Herbst. W ogrodzie willi naukowca natrafia na szkielet, który znika tuż przed przyjazdem policji...
Jaki rezultat przyniesie podwójne śledztwo?
Pierwsza książka o dociekliwej mecenas Anicie Herbst i komisarzu Orskim z nowej serii kryminalnej Pensjonat Biały Dwór.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 38 min

Lektor: Donata Cieślik

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dywy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Fo­to­gra­fie

© Iron­Fla­me/Shut­ter­stock

Redakcja

Bar­tosz Szpoj­da

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2018

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2017

ISBN 978-83-66201-08-8

Ro­dzi­com

[…] Uczniu Jun­dził­ła! obie­głeś dwa świa­ty,

Aby z zdo­by­czą wró­cić do swych pro­gów

I jak syn wier­ny cza­row­ny­mi kwia­ty

Osy­pać oł­tarz Twych do­mo­wych Bo­gów. […]

To na­sza wia­ra, że nic nie prze­pa­da,

Co jak ofia­ra na oł­tarz się skła­da.

Niech więc kwia­ta­mi pa­mięć syna sły­nie,

Któ­ry port sta­ły zna­lazł w tej dzie­dzi­nie.

W. Pol

PROLOG

Han­na nie mo­gła dłu­żej biec. Mu­sia­ła się za­trzy­mać, żeby zła­pać od­dech. To był je­den z tych mo­men­tów, kie­dy bo­le­śnie od­czu­wa­ła, czym jest sta­rość. Cia­ło co­raz czę­ściej od­ma­wia­ło jej po­słu­szeń­stwa. Za­ci­snę­ła pię­ści, prze­kli­na­jąc wła­sną sła­bość. W od­da­li ma­ja­czył już za­rys wil­li pro­fe­so­ra.

Po chwi­li, sa­piąc z wy­sił­ku, ru­szy­ła przed sie­bie. Z gęst­nie­ją­ce­go mro­ku po­wo­li wy­ło­nił się sza­ry bu­dy­nek. Przed bra­mą wjaz­do­wą stał wy­słu­żo­ny ford.

Nie po­win­no go tu­taj być, po­my­śla­ła.

Mimo to cią­gle mia­ła na­dzie­ję, że nie sta­ło się nic złe­go. Szyb­ko po­de­szła do drzwi i zde­cy­do­wa­nym ru­chem na­ci­snę­ła dzwo­nek.

Mi­nę­ła mi­nu­ta, może dwie, ale nikt nie otwo­rzył.

Nie za­mie­rza­ła dłu­żej cze­kać. Wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki klucz, prze­krę­ci­ła go w zam­ku, po czym wkro­czy­ła do holu. Do­pie­ro wte­dy po­czu­ła się nie­swo­jo. Ogar­nę­ło ją nie­przy­jem­ne wra­że­nie, że ktoś na nią pa­trzy.

– Pro­fe­so­rze, jest pan tu?

Od­po­wie­dzia­ła jej tyl­ko głu­cha ci­sza. Dom wy­da­wał się pu­sty i po­nu­ry. Przez nie­szczel­ne okna cią­gnę­ło wil­got­nym chło­dem sierp­nio­we­go wie­czo­ra. Wnę­trza to­nę­ły w ciem­no­ściach.

Po omac­ku do­tar­ła do sa­lo­nu. Wy­peł­niał go bar­dzo in­ten­syw­ny za­pach. Słod­ki, eg­zo­tycz­ny, mógł ko­ja­rzyć się z kosz­tow­ny­mi per­fu­ma­mi, ale Han­na do­sko­na­le wie­dzia­ła, że z per­fu­ma­mi nie miał nic wspól­ne­go. Wy­dzie­lał go pe­wien stor­czyk z ro­dzi­ny On­ci­dium.

Po­ru­sza­jąc się przy ścia­nie, omi­nę­ła kon­so­le­tę, na któ­rej sta­ła waza z or­chi­deą, a po­tem od­na­la­zła kon­takt. Kie­dy włą­czy­ła świa­tło, na­gle roz­le­gło się gło­śne brzę­cze­nie much. Cały rój tych owa­dów wzbił się do lotu i krą­żył wście­kle wo­kół lam­py.

Han­na spoj­rza­ła na stół. Skrzy­wi­ła się z obrzy­dze­niem. Żeby po­wstrzy­mać od­ruch wy­miot­ny, otwo­rzy­ła okno i wy­sta­wi­ła gło­wę na ze­wnątrz. Zim­ne po­wie­trze po­mo­gło jej dojść do sie­bie.

Na­bra­ła od­wa­gi i raz jesz­cze spoj­rza­ła na stół. Le­ża­ło na nim na­kry­cie z reszt­ka­mi obia­du sprzed kil­ku dni. Mu­chy zro­bi­ły so­bie z nich ucztę. Po­zo­sta­ło­ści po ste­ku, któ­ry w pią­tek oso­bi­ście przy­rzą­dzi­ła pro­fe­so­ro­wi, za­mie­ni­ły się w sie­dli­sko bia­łych larw. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by męż­czy­zna wstał od sto­łu w trak­cie je­dze­nia i już nie wró­cił. Nie po­sprzą­tał po so­bie, cho­ciaż lu­bił przą­dek. Za­zwy­czaj od razu po po­sił­ku wy­no­sił ta­lerz do kuch­ni i zmy­wał. Dla­cze­go tym ra­zem tego nie zro­bił?

Han­na czym prę­dzej opu­ści­ła po­kój. Po­sta­no­wi­ła spraw­dzić pię­tro. Wal­cząc z ro­sną­cym na­pię­ciem, zaj­rza­ła do sy­pial­ni.

Na krze­śle zna­la­zła tor­bę po­dróż­ną. Ostroż­nie od­su­nę­ła za­mek i prze­rzu­ci­ła za­war­tość. Tra­fi­ła tyl­ko na ubra­nia, ko­sme­ty­ki i inne przed­mio­ty, któ­re za­zwy­czaj za­bie­ra się ze sobą w po­dróż. Się­gnę­ła po jed­ną z ko­szul. Przy­ło­ży­ła ją do nosa i wy­czu­ła ostry za­pach mę­skie­go potu. Resz­ta ubrań też była no­szo­na. Ozna­cza­ło to, że pro­fe­sor nie roz­pa­ko­wał tor­by od piąt­ku, czy­li od dnia, kie­dy wró­cił do Sy­co­wa z Wro­cła­wia, gdzie w cią­gu ty­go­dnia pra­co­wał na uni­wer­sy­te­cie.

Sy­tu­acja wy­glą­da­ła po­waż­nie.

Han­na usia­dła na skra­ju łóż­ka. Dy­go­ta­ła ze zde­ner­wo­wa­nia. Pró­bo­wa­ła ze­brać my­śli, ale bez skut­ku. Jed­ne­go tyl­ko była pew­na. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że pro­fe­sor Adam Kor­czyń­ski prze­padł bez śla­du.

1.

List przy­szedł do Sy­co­wa przed po­łu­dniem, ale Mar­ta otwo­rzy­ła go do­pie­ro po obie­dzie.

Po­trze­bo­wa­ła do tego kil­ku chwil ci­szy i spo­ko­ju. Naj­pierw upo­ra­ła się z bie­żą­cy­mi spra­wa­mi zwią­za­ny­mi z pen­sjo­na­tem, któ­ry pro­wa­dzi­ła. Kie­dy wresz­cie zna­la­zła parę mi­nut, za­mknę­ła się w swo­im biu­rze. Chcia­ła mieć pew­ność, że nikt nie bę­dzie jej prze­szka­dzał.

Po­wo­li roz­cię­ła brzeg ko­per­ty. Wy­ję­ła z niej kil­ka sta­ran­nie zło­żo­nych kar­tek i czar­no-bia­łą fo­to­gra­fię.

Wi­dzia­ła już kie­dyś to zdję­cie. Daw­no, bar­dzo daw­no temu. Zro­bio­no je we wcze­snych la­tach sześć­dzie­sią­tych. Przed­sta­wia­ło ra­do­sną parę wpa­trzo­nych w sie­bie lu­dzi. Sie­dzie­li przy sto­le, wzno­sząc kie­lisz­ki do to­a­stu. Wy­glą­da­li na bar­dzo szczę­śli­wych. Nic nie za­po­wia­da­ło tra­ge­dii.

Mar­tę ści­snę­ło w gar­dle. Prze­łknę­ła łzy.

Tak na­praw­dę to nie oni ją in­te­re­so­wa­li. W ka­drze, na dru­gim pla­nie, przy­pad­ko­wo zo­sta­ła uchwy­co­na jesz­cze jed­na oso­ba. Męż­czy­zna. Wi­docz­na była tyl­ko część jego syl­wet­ki i po­ło­wa twa­rzy, jak­by wła­śnie pró­bo­wał od­wró­cić się od obiek­ty­wu.

Za drzwia­mi zro­bił się har­mi­der. Stu­kot kro­ków mie­szał się z od­gło­sa­mi roz­mo­wy.

Mar­ta po­śpiesz­nie roz­ło­ży­ła list i prze­su­nę­ła wzro­kiem po drob­nych li­te­rach. Pi­smo było nie­wy­raź­ne, jak gdy­by ktoś roz­sy­pał na kart­ce mak. Czy­ta­ła je z tru­dem.

Wia­do­mość wła­ści­wie po­twier­dza­ła wszyst­kie jej oba­wy.

Nie spo­dzie­wa­ła się, że tam­ta spra­wa jesz­cze kie­dy­kol­wiek po­wró­ci. Prze­cież ży­cie to­czy­ło się da­lej. Wy­da­wa­ło jej się, że prze­szłość nie ma i już ni­g­dy nie bę­dzie mia­ła zna­cze­nia. Naj­wy­raź­niej się my­li­ła.

Po­sta­no­wi­ła, że jesz­cze dzi­siaj na­pi­sze od­po­wiedź. De­cy­zja ta nie przy­nio­sła jej jed­nak ulgi, a wręcz od­wrot­nie. Mar­ta oba­wia­ła się, co może z tego wy­nik­nąć. Jesz­cze bar­dziej mar­twi­ła się o to, co może się stać, je­że­li nie zro­bi nic.

Z szu­fla­dy biur­ka wy­cią­gnę­ła lupę, żeby przyj­rzeć się fo­to­gra­fii. W tym mo­men­cie usły­sza­ła dźwięk dzwon­ka za­mon­to­wa­ne­go na re­cep­cyj­nym kon­tu­arze.

Wsta­ła z krze­sła, roz­chy­li­ła pal­ca­mi ża­lu­zje i zer­k­nę­ła za okno. Na pod­jeź­dzie za­par­ko­wał je­den z tych nie­du­żych sa­mo­cho­dów, któ­ry­mi lu­bi­li po­dró­żo­wać eme­ry­ci. Obok cze­ka­ły już wy­pa­ko­wa­ne z ba­gaż­ni­ka wa­liz­ki i dwa duże ko­sze na grzy­by.

Mar­ta po­da­ro­wa­ła so­bie jesz­cze tyl­ko krót­ką chwi­lę, żeby ochło­nąć, a po­tem wsu­nę­ła list do kie­sze­ni swe­tra, uzbro­iła się w uśmiech i wy­szła do klien­tów.

2.

Mi­chał Or­ski czuł, że ży­cie wła­śnie wy­sta­wia go na po­waż­ną pró­bę.

Stał opar­ty o fu­try­nę i ob­ser­wo­wał, jak jego syn bez­sku­tecz­nie usi­łu­je za­wią­zać sznu­ro­wa­dła. To­mek co praw­da po­tra­fił uło­żyć koń­ce sznu­rów­ki w dwie pę­tel­ki, ale cią­gle jesz­cze nie da­wał so­bie rady ze zro­bie­niem przy­zwo­ite­go su­pła.

Mi­chał, za­gry­za­jąc zęby, nie­cier­pli­wie zer­kał na ze­ga­rek. Śpie­szył się, ale pię­cio­la­tek nic so­bie z tego nie ro­bił.

– Po­mo­gę ci – za­pro­po­no­wał.

– Chcę sam!

– Na­praw­dę mu­si­my już iść.

To­mek wy­pro­sto­wał się i po­pa­trzył na ojca z nie­za­do­wo­le­niem.

– Mó­wi­łeś, że dzi­siaj masz urlop i bę­dzie­my ra­zem grać w pił­kę.

– Zga­dza się, mó­wi­łem. Ale cza­sem tak już jest, że wy­da­rzy się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go i trze­ba zmie­nić pla­ny. Nic na to nie po­ra­dzę. Nie­ste­ty je­den z mo­ich ko­le­gów za­cho­ro­wał, dla­te­go szef po­pro­sił, że­bym jed­nak przy­je­chał do pra­cy. Ja też je­stem roz­cza­ro­wa­ny. Obie­cu­ję, że to nad­ro­bi­my. A te­raz le­piej za­łóż ka­lo­sze za­miast tych tram­pek, bo chy­ba bę­dzie pa­da­ło.

To­mek bez sprze­ci­wu wy­ko­nał po­le­ce­nie. Mi­chał po­czuł ulgę, bo wresz­cie mo­gli opu­ścić miesz­ka­nie. Już ob­ró­cił się i chciał wyjść, kie­dy syn po­cią­gnął go za rękę.

– Nie za­bra­łeś bla­chy i gi­we­ry.

– Pro­si­łem, że­byś nie uży­wał sło­wa gi­we­ra, tyl­ko pi­sto­let.

– A to nie to samo?

Or­ski uznał, że nie ma cza­su na wy­ja­śnie­nia. Po­biegł do sy­pial­ni, szyb­ko otwo­rzył sejf i wy­jął z nie­go służ­bo­wą le­gi­ty­ma­cję oraz broń, któ­rą od razu wci­snął do ka­bu­ry. To­mek uważ­nie mu się przy­glą­dał.

– No, te­raz wy­glą­dasz jak praw­dzi­wy po­li­cjant.

Kie­dy wy­szli z blo­ku, ude­rzy­ła w nich let­nia spie­ko­ta. Mi­chał po­czuł się jak kur­czak wrzu­co­ny do roz­grza­ne­go na peł­ną moc pie­kar­ni­ka z ter­mo­obie­giem.

Je­cha­li przez cen­trum, gdy w pew­nym mo­men­cie To­mek za­uwa­żył sto­isko z watą cu­kro­wą. Na­gle za­py­tał:

– Kie­dy wró­ci mama?

Mi­chał ści­snął moc­niej kie­row­ni­cę. Jak po­wie­dzieć pię­cio­lat­ko­wi, że mat­ki nie zo­ba­czy już ni­g­dy? Jak wy­tłu­ma­czyć dziec­ku, czym jest śmierć? Za­sta­na­wiał się nad tym co­dzien­nie od po­nad roku i cią­gle nie po­tra­fił ze­brać się na od­wa­gę, żeby szcze­rze po­roz­ma­wiać z syn­kiem i wy­ja­śnić mu, że jego mat­ka ode­szła na za­wsze. Ża­ło­wał, że nie zro­bił tego jesz­cze przed po­grze­bem Ka­ta­rzy­ny. Wte­dy wy­da­wa­ło mu się jed­nak, że dla Tom­ka bę­dzie le­piej, je­śli przy­naj­mniej przez pe­wien czas uchro­ni go przed złą wia­do­mo­ścią. Psy­cho­log, z któ­rą się wów­czas skon­tak­to­wał, przy­tak­nę­ła mu. Stwier­dzi­ła, że dziec­ko może po­znać praw­dę póź­niej, gdy na­dej­dzie od­po­wied­nia chwi­la. Ale co to zna­czy: od­po­wied­nia chwi­la?

Skrę­cił na par­king. Po­sta­no­wił za­in­te­re­so­wać syna in­nym te­ma­tem.

– Zro­bi­my wie­czo­rem za­wo­dy w je­dze­niu piz­zy?

To­mek mo­men­tal­nie się oży­wił.

– Ha­waj­skiej? – spy­tał.

– Może być.

– Do­bra! A jaka bę­dzie na­gro­da?

– A co byś chciał?

– Po­my­ślę i po­wiem ci, jak przy­je­dziesz ode­brać mnie z przed­szko­la.

– Syn­ku, dzi­siaj od­bie­rze cię pani Do­ro­ta. Ale na pew­no uda mi się zna­leźć ja­kąś cie­ka­wą na­gro­dę.

Był na sie­bie zły. Wie­dział, że po­stę­pu­je nie­wła­ści­wie. To­mek jak naj­szyb­ciej po­wi­nien po­znać praw­dę o mat­ce. Nie moż­na od­wle­kać tego w nie­skoń­czo­ność.

Wy­sie­dli z sa­mo­cho­du i we­szli do przed­szko­la. Na ich wi­dok na­uczy­ciel­ka zro­bi­ła nie­za­do­wo­lo­ną minę. Nie omiesz­ka­ła przy­po­mnieć Mi­cha­ło­wi, że dziec­ko na­le­ży przy­wo­zić na za­ję­cia przed śnia­da­niem, a nie w po­rze obia­do­wej.

– Prze­pra­szam, to się już nie po­wtó­rzy – za­pew­nił. – To wy­jąt­ko­wa sy­tu­acja.

Przez mo­ment pa­trzył jesz­cze, jak syn ra­do­śnie wita się z ko­le­ga­mi i rzu­ca w wir za­ba­wy. Czy To­mek po­zo­sta­nie tym sa­mym bez­tro­skim dziec­kiem, kie­dy do­wie się, że jego mat­ka nie żyje?

Przy­gry­za­jąc po­li­czek, Or­ski od­wró­cił się i ru­szył do wyj­ścia. Pro­wa­dzą­cy na dwór ko­ry­tarz wy­dał mu się wy­jąt­ko­wo dłu­gi i ciem­ny. Za­wie­szo­ne na ścia­nach ry­sun­ki roz­draż­ni­ły go dzie­cię­cą na­iw­no­ścią. Praw­dzi­wy świat nie był tak ko­lo­ro­wy.

Idąc po pół­pię­trze, od­ru­cho­wo uni­kał spo­glą­da­nia w pra­wą stro­nę. Znaj­do­wa­ła się tam ga­blo­ta z pra­ca­mi przy­go­to­wa­ny­mi z oka­zji Dnia Mat­ki. Na dru­giej pół­ce od góry, po­mię­dzy wie­lo­ma in­ny­mi, sta­ła kil­ku­cen­ty­me­tro­wa fi­gur­ka dość nie­udol­nie ule­pio­na z pla­ste­li­ny. Do ręki mia­ła przy­mo­co­wa­ną wiel­ką, bia­łą kulę.

– To jest mama z watą cu­kro­wą – dum­nie wy­ja­śnił To­mek, kie­dy po­ka­zy­wał ojcu wy­sta­wę. Wata cu­kro­wa była jego ulu­bio­nym przy­sma­kiem. Ka­ta­rzy­na czę­sto ku­po­wa­ła mu ją w trak­cie po­po­łu­dnio­wych spa­ce­rów.

Przy­gnę­bia­ją­ce roz­my­śla­nia prze­rwał Mi­cha­ło­wi dźwięk te­le­fo­nu. W słu­chaw­ce roz­legł się głos aspi­rant Pau­li­ny Sie­dlec­kiej.

– Kie­dy do­trzesz do ko­men­dy?

– Za kil­ka mi­nut.

– To do­brze.

– Coś się sta­ło?

– Mamy tu fa­ce­ta, któ­ry chce zło­żyć za­wia­do­mie­nie. My­ślę, że bę­dzie le­piej, je­że­li to ty z nim po­roz­ma­wiasz. Masz więk­sze do­świad­cze­nie ode mnie, a ta spra­wa wy­da­je mi się ja­kaś po­dej­rza­na.

3.

– Dla­cze­go przy­szedł pan do nas do­pie­ro trzy dni po za­gi­nię­ciu ojca?

Ko­mi­sarz Or­ski po­pa­trzył na sie­dzą­ce­go przed nim męż­czy­znę. Piotr Kor­czyń­ski wy­raź­nie ocią­gał się z od­po­wie­dzią.

– Wstyd przy­znać, ale nie mia­łem po­ję­cia, że sta­ło się coś złe­go. Miesz­ka sam. Mama nie żyje. Do­pie­ro wczo­raj wie­czo­rem o ca­łej sy­tu­acji po­wia­do­mi­ła mnie jego go­spo­sia. Mo­głem od razu za­dzwo­nić na po­li­cję, ale nie chcia­łem wsz­czy­nać nie­po­trzeb­ne­go alar­mu. Wsia­dłem do sa­mo­cho­du i po­je­cha­łem do Wro­cła­wia. Oj­ciec już od daw­na po­wi­nien być na eme­ry­tu­rze, ale nie chce zre­zy­gno­wać z pra­cy na uni­wer­sy­te­cie. Jest pro­fe­so­rem bo­ta­ni­ki. Pięć dni w ty­go­dniu spę­dza we Wro­cła­wiu. Ma tam miesz­ka­nie. Na week­en­dy i świę­ta za­zwy­czaj wra­ca do domu w Sy­co­wie.

– Ro­zu­miem, że w ten week­end też był tu, w Sy­co­wie.

– Przy­je­chał w pią­tek póź­nym po­po­łu­dniem.

– A w ubie­głym ty­go­dniu pra­co­wał na uczel­ni?

– Tak.

– W sierp­niu? – do­py­ty­wał Mi­chał zdzi­wio­ny. – Są­dzi­łem, że w wa­ka­cje na Uni­wer­sy­te­cie Wro­cław­skim nie ma ży­we­go du­cha. Na­ukow­com też na­le­ży się urlop.

– Tata ni­g­dy nie od­po­czy­wa dłu­żej niż dwa, trzy dni. Twier­dzi, że bez­czyn­ność go mę­czy. Wiecz­nie ma coś do za­ła­twie­nia. Przy­go­to­wu­je nowe pu­bli­ka­cje, pro­wa­dzi pro­jek­ty ba­daw­cze, or­ga­ni­zu­je eks­pe­dy­cje.

– Wróć­my do piąt­ku.

– Oj­ciec przy­je­chał z Wro­cła­wia póź­nym po­po­łu­dniem. Go­spo­sia po­da­ła mu obiad, a po­tem zo­sta­wi­ła go sa­me­go. W po­nie­dzia­łek, to zna­czy wczo­raj, za­te­le­fo­no­wa­ła do niej asy­stent­ka taty zmar­twio­na tym, że oj­ciec nie do­tarł na uni­wer­sy­tet na eg­za­min ma­gi­ster­ski i nie moż­na się z nim skon­tak­to­wać. Wte­dy go­spo­sia po­szła do nie­go do domu spraw­dzić, co się dzie­je. Ni­ko­go nie za­sta­ła – mó­wił szyb­ko i bez za­jąk­nię­cia Piotr, jak­by opo­wia­dał to już wie­lo­krot­nie.

– Kie­dy po raz ostat­ni pan się z nim kon­tak­to­wał?

– W so­bo­tę oko­ło po­łu­dnia. Wi­dzie­li­śmy się przez chwi­lę tu­taj, w Sy­co­wie.

– Ja­kie pla­ny miał na resz­tę so­bo­ty?

– Nie roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat.

– A co za­zwy­czaj robi w so­bot­nie po­po­łu­dnia i wie­czo­ry?

Zda­niem Pio­tra pro­fe­sor, je­że­li aku­rat nie pra­co­wał i nie zaj­mo­wał się stor­czy­ka­mi, to naj­czę­ściej czy­tał, rza­dziej oglą­dał te­le­wi­zję. Lu­bił sta­re ame­ry­kań­skie fil­my z Ma­ri­lyn Mon­roe.

– Moż­na z tego wy­wnio­sko­wać, że jest sa­mot­ni­kiem – po­wie­dział Mi­chał i cze­kał na re­ak­cję Kor­czyń­skie­go. Przy­szło mu do gło­wy, że pa­trzy na tego czło­wie­ka od do­brych kil­ku mi­nut, a gdy­by mu­siał na­ry­so­wać jego por­tret pa­mię­cio­wy, miał­by z tym po­waż­ny kło­pot. Sie­dział przed nim ktoś, kto do­sko­na­le wto­pił­by się w tłum. Prze­cięt­ny męż­czy­zna po pięć­dzie­siąt­ce. Ani za chu­dy, ani z nad­wa­gą, z kla­sycz­nie ścię­ty­mi, po­pie­la­ty­mi jak mysz wło­sa­mi i rów­nie sza­ry­mi ocza­mi w neu­tral­nej opra­wie. Or­ski po­my­ślał, że Kor­czyń­ski ma twarz ide­al­ną dla ak­to­ra – po­zba­wio­ną ja­kich­kol­wiek szcze­gól­nych cech, ale za­ra­zem taką, któ­ra mo­gła­by za­grać wie­le róż­nych ról.

– Rze­czy­wi­ście, oj­ciec nie jest wy­bit­nie to­wa­rzy­ski – po­twier­dził Kor­czyń­ski. – Cho­ciaż cza­sa­mi zda­rza mu się spo­tkać z któ­rymś z są­sia­dów na par­tyj­ce sza­chów.

Mi­chał był nie­zde­cy­do­wa­ny co do tego, jak po­win­no brzmieć na­stęp­ne py­ta­nie.

– Czy ostat­nio… to zna­czy nie­ko­niecz­nie w trak­cie ostat­nie­go spo­tka­nia, ale w ostat­nim cza­sie, za­uwa­żył pan coś nie­po­ko­ją­ce­go?

Syn pro­fe­so­ra po­ru­szył się na krze­śle.

– Nie­po­ko­ją­ce­go?

– Cho­dzi mi o za­uwa­żal­ną zmia­nę w po­stę­po­wa­niu, sto­sun­ku do pana i ro­dzi­ny…

– Ni­cze­go ta­kie­go so­bie nie przy­po­mi­nam. Oj­ciec nie jest oso­bą wy­lew­ną. Za­wsze sta­ra się być sa­mo­wy­star­czal­ny. Ni­g­dy nie zda­je się na ła­skę in­nych. Jest dum­ny i twier­dzi, że o pew­nych rze­czach się nie roz­ma­wia. Wszyst­kie pro­ble­my dusi w so­bie.

Męż­czy­zna wy­raź­nie sta­rał się po­wścią­gać emo­cje, ale wy­cho­dzi­ło mu to co­raz go­rzej. Ze sku­lo­ny­mi ra­mio­na­mi po­chy­lał się nad biur­kiem. Przy­po­mi­nał czuj­ne, zlęk­nio­ne zwie­rzę, któ­re w każ­dej chwi­li może zo­stać na­pad­nię­te przez dra­pież­ni­ka.

Za­cho­wu­je się tak, jak­by zu­peł­nie nie za­le­ża­ło mu na od­na­le­zie­niu ojca, po­my­ślał Mi­chał. Po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać, cho­ciaż spo­dzie­wał się wy­bu­chu. W po­stę­po­wa­niu jego roz­mów­cy było coś oso­bli­we­go, cze­go nie po­tra­fił na­zwać. Kor­czyń­ski był bar­dziej roz­draż­nio­ny niż zde­ner­wo­wa­ny. Nie sta­rał się mu po­móc. Każ­de py­ta­nie wy­raź­nie od­bie­rał jak atak.

– Ja­kie pro­ble­my?

Kor­czyń­ski spoj­rzał na po­li­cjan­ta z wy­raź­nym nie­za­do­wo­le­niem.

– Żad­ne kon­kret­ne. Mó­wię tak ogól­nie… Przy­kła­do­wo.

– Więc pań­ski oj­ciec nie ma żad­nych pro­ble­mów? – drą­żył Or­ski.

– Chy­ba nie.

– Żad­nych kło­po­tów, wro­gów, kon­flik­tów?

Rap­tem Kor­czyń­ski wy­pro­sto­wał się na krze­śle. Gło­wę uniósł wy­so­ko, a z jego twa­rzy znik­nę­ło na­pię­cie ni­czym z twa­rzy wy­traw­ne­go ne­go­cja­to­ra, któ­ry nie chce zdra­dzić swo­ich my­śli.

– Każ­dy, pro­szę pana, ma ja­kieś pro­ble­my. Oj­ciec też pew­nie ma. Ale ja o nich nic nie wiem. Po­wta­rzam panu jesz­cze raz, że on z ta­ki­mi rze­cza­mi do mnie nie przy­cho­dzi.

Mi­chał wy­cią­gnął stan­dar­do­wy for­mu­larz, któ­ry na­le­ża­ło wy­peł­nić w przy­pad­ku zgło­sze­nia za­gi­nię­cia.

– Bę­dzie po­trzeb­ne ak­tu­al­ne zdję­cie pro­fe­so­ra.

Piotr ski­nął gło­wą.

– Wiem, że ma­cie swo­je pro­ce­du­ry, ale… – za­czął.

– Co ma pan na my­śli?

– Nie roz­po­czy­na­cie po­szu­ki­wań przed upły­wem czter­dzie­stu ośmiu go­dzin.

– To nie jest re­gu­ła. Pana oj­ciec jest oso­bą star­szą, więc zaj­mie­my się tym nie­zwłocz­nie. Naj­pierw jed­nak chciał­bym uzy­skać jesz­cze kil­ka in­for­ma­cji.

Kor­czyń­ski uprze­dził ko­lej­ne py­ta­nie po­li­cjan­ta i sam za­czął wy­ja­śniać:

– Kon­tak­to­wa­łem się już z ro­dzi­ną i zna­jo­my­mi. Nikt nie wie, co się z nim dzie­je.

– Może wy­je­chał? – pod­su­nął Or­ski.

– I ni­ko­go o tym nie za­wia­do­mił? To do nie­go zu­peł­nie nie­po­dob­ne. Jest czło­wie­kiem wy­jąt­ko­wo obo­wiąz­ko­wym. Nie po­rzu­cił­by pra­cy na uczel­ni z dnia na dzień, bez do­peł­nie­nia nie­zbęd­nych for­mal­no­ści. Poza tym wszyst­kie swo­je pla­ny za­wsze kon­sul­to­wał z asy­stent­ką i z pa­nią Han­ną.

– Kim jest pani Han­na?

– Jego go­spo­sią. Na­zy­wa się Bo­ber­ska. – Męż­czy­zna ode­tchnął głę­bo­ko, jak­by cze­kał go ma­ra­ton. – Jak już wspo­mnia­łem oj­ciec jest pro­fe­so­rem bo­ta­ni­ki – za­czął wy­ja­śniać. – Spe­cja­li­zu­je się w or­chi­do­lo­gii, czy­li we wszyst­kim, co jest zwią­za­ne ze stor­czy­ka­mi. W przy­do­mo­wej oran­że­rii zgro­ma­dził wie­le cen­nych ga­tun­ków. Te ro­śli­ny wy­ma­ga­ją bar­dzo skru­pu­lat­nej pie­lę­gna­cji. Nie­któ­rych nie moż­na po­zo­sta­wić bez opie­ki na­wet na kil­ka dni. Kie­dy oj­ciec wy­jeż­dża z Sy­co­wa, jego kwia­ta­mi zaj­mu­je się pani Han­na. Tyl­ko ona wie do­kład­nie, jak po­stę­po­wać z po­szcze­gól­ny­mi eg­zem­pla­rza­mi, i tyl­ko jej oj­ciec po­wie­rza całą swo­ją ko­lek­cję. Pani Han­na za­wsze zna jego pla­ny, żeby wie­dzieć z wy­prze­dze­niem, kie­dy bę­dzie mu­sia­ła za­jąć się ro­śli­na­mi. Poza tym, jak każ­da go­spo­sia, dba o dom i mu go­tu­je. Tym ra­zem nie uprze­dził jej, że do­kądś za­mie­rza po­je­chać. – Zresz­tą… Piotr Kor­czyń­ski za­wa­hał się.

– Pro­szę mó­wić – za­chę­cił go Or­ski. – Każ­dy szcze­gół może być waż­ny.

– My­ślę, że oj­ciec ni­g­dzie się nie wy­bie­rał. Na pod­jeź­dzie stał jego sa­mo­chód, a w sy­pial­ni le­ża­ła nie­roz­pa­ko­wa­na tor­ba po­dróż­na. W sa­lo­nie na na­kry­tym sto­le znaj­do­wa­ła się nie­do­je­dzo­na ko­la­cja. Kie­dy na to pa­trzy­łem, od­nio­słem ta­kie wra­że­nie, jak­by tata w trak­cie po­sił­ku na­gle znik­nął.

Mi­chał nie wie­dział, co o tym my­śleć. Prze­szedł do za­da­wa­nia py­tań z for­mu­la­rza.

Z re­la­cji Pio­tra Kor­czyń­skie­go wy­ni­ka­ło, że pro­fe­sor czuł się do­brze, nie cier­piał na de­pre­sję, za­bu­rze­nia pa­mię­ci, al­zhe­ime­ra czy inne cho­ro­by cha­rak­te­ry­stycz­ne dla po­de­szłe­go wie­ku. Nie miał też dłu­gów, przed któ­ry­mi mógł­by chcieć uciec.

– Czy pana ojcu zda­rzy­ło się to już wcze­śniej?

– Co?

– Na przy­kład na­gły wy­jazd bez po­wia­da­mia­nia naj­bliż­szych, któ­ry z ze­wnątrz mógł­by wy­glą­dać na za­gi­nię­cie.

– Nie, ni­g­dy.

– Jest pan pew­ny, że nie miał żad­ne­go po­wo­du, żeby…

Kor­czyń­ski wszedł Or­skie­mu w sło­wo:

– Czy pan coś in­sy­nu­uje?

– Nie mia­łem ta­kie­go za­mia­ru.

Za­pa­dła ci­sza, bo Mi­chał coś no­to­wał. Ode­zwał się, do­pie­ro kie­dy skoń­czył.

– Czy pro­fe­sor ma te­le­fon ko­mór­ko­wy?

– Tak, ale go, krót­ko mó­wiąc, boj­ko­tu­je. Cią­gle go wy­łą­cza albo o nim za­po­mi­na. Woli uży­wać sta­ro­daw­ne­go apa­ra­tu sta­cjo­nar­ne­go, któ­ry ma na biur­ku w ga­bi­ne­cie.

– A pasz­port?

– Nie wiem, gdzie jest. Nie spraw­dza­łem.

– Ale po­sia­da waż­ny pasz­port, tak?

– Na­tu­ral­nie. Czę­sto lata na róż­ne kon­fe­ren­cje i wy­kła­dy. Za­wsze to­wa­rzy­szy mu wte­dy asy­stent­ka.

– Czy miał­by pan coś prze­ciw­ko temu, że­by­śmy jesz­cze dzi­siaj ro­zej­rze­li się tro­chę w domu pana ojca?

– Oczy­wi­ście, że nie. Dom w każ­dej chwi­li po­zo­sta­je do wa­szej dys­po­zy­cji.

Gdy wresz­cie prze­brnę­li przez for­mal­no­ści, Mi­chał od­pro­wa­dził Kor­czyń­skie­go do wyj­ścia. Po­tem za­pu­kał do po­ko­ju Pau­li­ny.

– Pro­szę.

– Mo­żesz zwo­łać chło­pa­ków na na­ra­dę? – py­tał, sto­jąc w drzwiach.

– W kon­fe­ren­cyj­nej za kwa­drans bę­dzie do­brze?

– Ja­sne, dzię­ku­ję.

Wró­cił do sie­bie i włą­czył kom­pu­ter, żeby wpro­wa­dzić in­for­ma­cje o pro­fe­so­rze do re­je­stru osób za­gi­nio­nych. Ziew­nął sze­ro­ko, aż za­chrzę­ści­ło mu w szczę­ce. Przez zmę­cze­nie miał ocię­ża­ły umysł. Ostat­nio mu­siał zaj­mo­wać się zbyt wie­lo­ma spra­wa­mi na­raz. Po­li­cja cier­pia­ła na chro­nicz­ne bra­ki ka­dro­we i cza­sa­mi miał wra­że­nie, że jest za­trud­nio­ny na trzech eta­tach.

Na­sta­wił wodę na kawę. Po­trze­bo­wał so­lid­nej daw­ki ko­fe­iny. Na­lał wrząt­ku do kub­ka, roz­siadł się za biur­kiem i spoj­rzał na ka­len­darz. Był wto­rek czter­na­ste­go sierp­nia. Czuł, że dzi­siaj pra­cy szyb­ko nie skoń­czy.

4.

Dziec­ko wy­bie­gło wprost przed ma­skę sa­mo­cho­du.

Ani­ta Herbst wci­snę­ła ha­mu­lec, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc za­trzy­mać roz­pę­dzo­ny po­jazd. Do­słow­nie w ostat­nim mo­men­cie chło­piec zro­bił unik i od­sko­czył na bok. Ma­chał rę­ka­mi i krzy­czał coś nie­zro­zu­mia­łe­go. W oczach miał prze­ra­że­nie. Nie było jed­nak spo­wo­do­wa­ne tym, że o mały włos nie do­szło do wy­pad­ku. Wy­raź­nie cho­dzi­ło o coś in­ne­go.

Ani­ta zje­cha­ła na po­bo­cze, włą­czy­ła świa­tła awa­ryj­ne, od­pię­ła pas i wy­sia­dła z sa­mo­cho­du.

– Tam, w le­sie, jest coś dziw­ne­go! – za­wo­łał chło­piec.

– Co ta­kie­go?

– Chy­ba… – Dziec­ko za­cię­ło się. Gło­śno prze­łknę­ło po­wie­trze.

– Ktoś zro­bił ci krzyw­dę?

– Nie, ale Ję­drek ka­zał mi po­biec po ko­goś do­ro­słe­go.

Cze­ka­ła na dal­sze wy­ja­śnie­nia, jed­nak chło­piec za­milkł. Przez chwi­lę mu się przy­pa­try­wa­ła. Do­pie­ro te­raz roz­po­zna­ła w nim wnu­ka Wan­dy Gry­czak, któ­ra była po­ko­jów­ką w pen­sjo­na­cie na­le­żą­cym do jej bab­ki. Miał na imię An­tek. Ję­drek, o ile do­brze pa­mię­ta­ła, to jego star­szy brat.

Po­czu­ła, że dziec­ko cią­gnie ją za rękę.

– Pani Ani­to, chodź­my!

Ant­kiem tar­ga­ły dresz­cze. Trzy­mał ją tak moc­no, że zbie­la­ły mu knyk­cie. Raz po raz po­cią­gał no­sem i szczę­kał zę­ba­mi. Był po­ru­szo­ny. Dzie­się­cio­la­tek nie umiał­by aż tak do­brze uda­wać prze­ję­cia.

Ro­zej­rza­ła się bez­rad­nie. Do­sko­na­le zna­ła oko­li­cę i wie­dzia­ła, że na tym od­lu­dziu nie moż­na li­czyć na szyb­ką po­moc in­ne­go przy­pad­ko­we­go kie­row­cy.

– Gdzie jest Ję­drek?

– Cze­ka na roz­sta­ju dróg! Mu­si­my tam iść jak naj­szyb­ciej!

Zbie­ra­ło się na bu­rzę. Let­nia su­sza przed­wcze­śnie zrzu­ci­ła z drzew część li­ści i te­raz wiatr prze­ta­czał je po as­fal­cie. Nie­bo za­czę­ło za­cho­dzić po­sęp­ny­mi chmu­ra­mi. W każ­dej chwi­li mógł roz­pa­dać się deszcz.

Ani­ta otwo­rzy­ła ba­gaż­nik, wy­cią­gnę­ła blu­zę i okry­ła nią Ant­ka. Wzię­ła chłop­ca za rękę i pie­szo ru­szy­li przed sie­bie.

Po kil­ku mi­nu­tach mar­szu skrę­ci­li z jezd­ni w szu­tro­wy dukt. Po obu stro­nach dro­gi ro­sły roz­ło­ży­ste dęby. Mia­ły ogrom­ne, z pew­no­ścią po­nad stu­let­nie pnie i po­tęż­ne, gó­ru­ją­ce wy­so­ko po­nad gło­wą ga­łę­zie. Ich ko­na­ry spla­ta­ły się, two­rząc zie­lo­ny tu­nel. Ro­bił nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie.

Ani­tę ude­rzy­ło to, że drze­wa wy­glą­da­ły do­kład­nie tak jak wte­dy, gdy cho­dzi­ła do szko­ły pod­sta­wo­wej i przy­jeż­dża­ła tu z dziad­kiem na ro­we­ro­we wy­ciecz­ki. Nic się nie zmie­ni­ły. Dla nich czas zda­wał się stać w miej­scu. Dla niej biegł nie­ubła­ga­nie. Za szyb­ko. Na do­miar złe­go jej ży­cie to­czy­ło się zu­peł­nie ina­czej, niż by tego chcia­ła. Wo­la­ła jed­nak te­raz tego nie roz­wa­żać. Przy­je­cha­ła na urlop, a nie po to, żeby się za­drę­czać.

Ob­jął ich chłód pod­mo­kłe­go lasu. Ro­bi­ło się co­raz wietrz­niej.

An­tek gnał do przo­du jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Co tak prze­ra­zi­ło to dziec­ko? Ani­ta chcia­ła do­wie­dzieć się od nie­go cze­goś wię­cej, ale nie mia­ła po­ję­cia, jak go o to za­py­tać. Na­gle chło­piec sam się ode­zwał:

– Mrów­ki wcho­dzą mu do nosa.

– Komu?

– No, temu tru­po­wi. Ję­drek mnie ode­pchnął, że­bym nie pa­trzył… Ale ja i tak wi­dzia­łem! Na po­cząt­ku my­śla­łem, że ten pan jest cho­ry, ale Ję­drek po­wie­dział, że on nie żyje. Wi­dzia­ła pani kie­dyś ko­goś ta­kie­go? To ja go zna­la­złem. On ma ta­kie fio­le­to­we usta, jak­by zjadł dużo ja­gód. Ję­drek chciał we­zwać po­li­cję, ale pa­dła mu ba­te­ria w ko­mór­ce.

Gdzieś nad nimi do lotu po­de­rwał się ptak. Ani­ta moc­niej ści­snę­ła rękę dziec­ka.

– Gdzie jest ten nie­ży­wy pan?

An­tek wy­raź­nie się ośmie­lił.

– Leży w le­sie. Albo… Chy­ba ra­czej sie­dzi… I pew­nie jest zim­ny. Cio­cia Be­ata kie­dyś mó­wi­ła, że jak ktoś umrze, to jest zim­ny.

– Do­ty­ka­li­ście tego pana?

Chło­piec skrzy­wił się z obrzy­dze­niem.

– Nie, bo jest ohyd­ny i coś mu leci z buzi.

Dę­bo­wa Ale­ja skoń­czy­ła się w miej­scu, gdzie las z jed­nej stro­ny otwie­rał się na łąkę. Ję­drek sie­dział na pniu prze­wró­co­ne­go buka. Zwa­lo­ne przez bu­rzę drze­wo ze ster­czą­cy­mi do góry ko­rze­nia­mi ro­bi­ło upior­ne wra­że­nie. Na­sto­la­tek wzrok miał wbi­ty w zie­mię. Ner­wo­wo ude­rzał nogą o duży ka­mień. Po­de­rwał się do pio­nu, kie­dy zo­ba­czył bra­ta. Na­tych­miast za­gro­dził mu dro­gę.

– Tam. – Ski­nie­niem gło­wy wska­zał Ani­cie kie­ru­nek.

– Za­cze­kaj­cie tu­taj – po­le­ci­ła.

Na roz­wi­dle­niu duk­tów sta­ła ka­plicz­ka ze świąt­kiem. Ko­bie­ta wy­mi­nę­ła ją i ru­szy­ła wzdłuż rowu. Wte­dy mi­gnę­ło jej przed ocza­mi coś nie­po­ko­ją­ce­go. Coś, co nie pa­so­wa­ło do oto­cze­nia. Coś, cze­go ab­so­lut­nie nie po­win­no tu być.

Za­czę­ła po­wo­li iść w głąb sta­ro­drze­wu. Chmu­ry roz­pro­szy­ły się i do lasu wpa­dły smu­gi ra­żą­ce­go świa­tła. Na­gle na­stą­pi­ła ja­kąś ga­łąź, któ­ra pę­kła z do­no­śnym trza­skiem. Ani­ta wzdry­gnę­ła się ze stra­chu. Od­wró­ci­ła gło­wę. Chłop­cy w mil­cze­niu śle­dzi­li każ­dy jej ruch. Da­lej kro­czy­ła uważ­niej, żeby nie po­tknąć się na nie­rów­nym mszy­stym pod­ło­żu. W du­chu pró­bo­wa­ła przy­go­to­wać się na to, co ją za­raz cze­ka.

Kie­dy do­tar­ła do celu, nie od razu zro­zu­mia­ła, co ma przed sobą. Co praw­da spo­dzie­wa­ła się, że zo­ba­czy zwło­ki, ale nie przy­pusz­cza­ła, że będą to zwło­ki czło­wie­ka, któ­ry padł ofia­rą mor­der­stwa. Okrut­ne­go mor­der­stwa. Uświa­do­miw­szy so­bie praw­dę, dy­go­cząc ze zde­ner­wo­wa­nia, wy­cią­gnę­ła te­le­fon i wy­krę­ci­ła nu­mer po­li­cji.

5.

Ko­mi­sa­rza Mi­cha­ła Or­skie­go drę­czy­ło nie­ja­sne prze­czu­cie, że coś prze­oczył.

Jesz­cze raz ro­zej­rzał się po miej­scu zbrod­ni.

Wi­dok, na któ­ry pa­trzył, przed­sta­wiał skraj lasu i przy­wią­za­ne do drze­wa ludz­kie cia­ło. Ręce i nogi tego czło­wie­ka zo­sta­ły spę­ta­ne si­za­lo­wym sznur­kiem. Gło­wa zwi­sa­ła smęt­nie. Prze­rze­dzo­ny­mi, si­wy­mi wło­sa­mi wście­kle tar­gał wiatr. Na tle po­zba­wio­nej wy­ra­zu, sza­ro-żół­tej twa­rzy wy­róż­nia­ły się wy­trzesz­czo­ne gał­ki oczne. Męt­nie­ją­ce spoj­rze­nie nada­wa­ło zwło­kom wy­gląd in­diań­skie­go sza­ma­na w tran­sie. Syl­wet­ka zmar­łe­go męż­czy­zny była drob­na, jak­by skur­czo­na, pal­ce roz­cza­pie­rzo­ne i po­wy­krzy­wia­ne, a skó­ra moc­no po­marsz­czo­na.

Rap­tem Mi­chał zro­zu­miał, co się nie zga­dza­ło. Ten czło­wiek był sta­ry. Bar­dzo sta­ry. Nie­zwy­kle rzad­ko spo­ty­ka się ofia­ry mor­derstw w tym wie­ku. A je­że­li już star­sze oso­by giną na sku­tek za­bój­stwa, naj­czę­ściej dzie­je się to w ich wła­snych do­mach, w efek­cie na­pa­dów ra­bun­ko­wych. Jako ofi­cer po­li­cji do­sko­na­le znał sta­ty­sty­ki prze­stępstw. Wła­ści­wie pierw­szy raz w ży­ciu wi­dział star­ca po­zba­wio­ne­go ży­cia w taki spo­sób.

Za­ło­żył ochra­nia­cze na buty i zbli­żył się do cia­ła. Zza ple­ców usły­szał głos in­spek­to­ra Ro­ber­ta Stel­ma­cha.

– Ma licz­ne za­dra­pa­nia od ga­łę­zi.

– Ktoś wlókł go po zie­mi?

Stel­mach wska­zał na wy­gnie­cio­ne w tra­wie śla­dy.

– Praw­do­po­dob­nie tak, chy­ba tam­tę­dy.

Chciał coś jesz­cze do­dać, ale tego nie zro­bił, bo do­łą­czył do nich le­karz me­dy­cy­ny są­do­wej An­drzej Ro­ma­now­ski.

– Mo­żesz osza­co­wać wiek ofia­ry? – za­py­tał Mi­chał.

– Na oko mię­dzy osiem­dzie­siąt­ką a set­ką.

– Tak to ja też po­tra­fię… – mruk­nął nie­za­do­wo­lo­ny Or­ski. – Może coś uści­ślisz?

– Nie li­cy­tuj się. Wię­cej po­wiem po au­top­sji.

– A przy­czy­na zgo­nu?

An­drzej przy­kuc­nął. De­li­kat­nie od­chy­la­jąc kurt­kę, w któ­rą były ubra­ne zwło­ki, od­sło­nił roz­la­ną na ko­szu­li, bru­nat­ną pla­mę.

– Po­strza­ły z bro­ni pal­nej. Jak się do­my­ślam, z ser­ca zro­bi­ły mu krwa­wą mia­zgę. W klu­czo­wym mo­men­cie wiatr mu­siał od­rzu­cić połę kurt­ki, dla­te­go po­ci­ski jej nie ru­szy­ły. – Ro­ma­now­ski de­mon­stra­cyj­nie zła­pał za brzeg wła­snej wia­trów­ki i nim po­wa­chlo­wał. – Pa­mię­taj, że to na ra­zie tyl­ko do­mnie­ma­na przy­czy­na. Do­pó­ki go nie po­kro­ję, nie bę­dzie­my mieć stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści.

– Zmarł tu­taj, na miej­scu? – py­tał da­lej Mi­chał, bo nie za­mie­rzał dys­ku­to­wać na te­mat oczy­wi­sto­ści.

– Tak są­dzę. Strze­la­no tu­taj. Dwa po­ci­ski prze­szły na wy­lot i utkwi­ły w drze­wie. Śmierć na­stą­pi­ła prak­tycz­nie na­tych­miast.

Or­ski zo­sta­wił ko­le­gów i po­szedł przyj­rzeć się śla­dom w tra­wie, któ­re wska­zał Stel­mach. Cią­gnę­ły się aż do le­śnej dro­gi i tam ury­wa­ły. Dukt był twar­dy, wy­sy­pa­ny moc­no ubi­tym żwi­rem, więc na­wet je­że­li mor­der­ca przy­wiózł tu ofia­rę sa­mo­cho­dem, opo­ny nie od­ci­snę­ły się na na­wierzch­ni.

In­stynk­tow­nie od­su­nął się w cień drzew. Znad pól bił pie­kiel­ny żar. Ko­ni­ki po­lne cy­ka­ły jak osza­la­łe. Ich od­gło­sy prze­ni­ka­ły się z szu­mem po­ru­sza­nych wia­trem zbóż i po­krzy­ki­wa­nia­mi funk­cjo­na­riu­szy.

Po­li­cjan­ci za­bez­pie­cza­ją­cy miej­sce zda­rze­nia mio­ta­li się bez ładu i skła­du. Ca­łość wy­glą­da­ła jak kiep­skie przed­sta­wie­nie szkol­ne­go te­atrzy­ku. Pa­no­wał cha­os. Pod­ko­mi­sarz Hu­bert Jan­son, któ­ry nor­mal­nie od­po­wia­dał za nad­zo­ro­wa­nie dzia­łań eki­py tech­nicz­nej, dzi­siaj miał wol­ne. Za­bra­kło jed­ne­go ogni­wa i to wy­star­czy­ło, żeby roz­sy­pał się usta­lo­ny po­rzą­dek.

Mi­chał miał ocho­tę coś z tym zro­bić, ale nie bar­dzo wie­dział, jak nadać pra­cy tech­ni­ków od­po­wied­ni rytm. Nie znał szcze­gó­ło­wych pro­ce­dur w tym za­kre­sie. Ni­g­dy nie na­le­ża­ło to do jego obo­wiąz­ków. Wo­bec wła­snej bez­sil­no­ści nie­obec­ność Jan­so­na wy­da­ła mu się jesz­cze bar­dziej do­kucz­li­wa. Jak Hu­bert to ro­bił, że w po­dob­nych sy­tu­acjach lu­dzie funk­cjo­no­wa­li ni­czym do­brze na­oli­wio­na ma­szy­na?

Wró­cił do Ro­ber­ta Stel­ma­cha.

– Wie­my, z ja­kiej bro­ni strze­la­no?

– Stan­dard – od­parł in­spek­tor. – Ka­li­ber dzie­więć mi­li­me­trów.

Or­ski ob­szedł cia­ło. Po­tem rzu­cił py­ta­nie, nie kie­ru­jąc go bez­po­śred­nio do żad­nej z ze­bra­nych osób:

– Po co przy­wią­za­no go do drze­wa?

– Naj­wy­raź­niej dla­te­go, że ktoś chciał go za­bić – stwier­dził Ro­ma­now­ski.

– Nie trze­ba przy­wią­zy­wać czło­wie­ka do drze­wa, żeby go za­strze­lić.

– A skąd ten wnio­sek?

– Sko­ro przed mor­der­stwem ktoś cią­gnął go po zie­mi, to pew­nie fa­cet już wte­dy był skrę­po­wa­ny. Wy­star­czy­ło strze­lić i po ro­bo­cie. A jed­nak naj­pierw za­bój­ca przy­wią­zał ofia­rę do drze­wa. Jak­by…

– Jak­by chciał z nie­go coś wy­do­być?

– Być może.

Le­karz za­sta­no­wił się.

– Au­top­sja wy­ka­że, czy był tor­tu­ro­wa­ny.

– Nie mógł­byś, przy­naj­mniej po­bież­nie, spraw­dzić tego te­raz? – za­py­tał Or­ski.

– Po­bież­nie to sam wi­dzisz, jak to wy­glą­da. Fa­cet jest po­dra­pa­ny. Na ra­zie tyle musi ci wy­star­czyć. Resz­ta bę­dzie w pro­to­ko­le po­sek­cyj­nym.

– Nie mogę tak dłu­go cze­kać. Mu­si­my za­cząć coś ro­bić.

– Sko­ro tak ci się spie­szy, to wpad­nij do mnie ju­tro, jak będę miał go na sto­le.

– Toż­sa­mość nie­zna­na – wtrą­cił in­spek­tor Stel­mach, igno­ru­jąc wcze­śniej­szy wą­tek roz­mo­wy. – Nie miał przy so­bie żad­nych do­ku­men­tów. Ale my­ślę, że z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem to pro­fe­sor Kor­czyń­ski.

– Nie są­dzi­łem, że tak szyb­ko go znaj­dzie­my – po­wie­dział Mi­chał. – Trze­ba bę­dzie we­zwać jego syna, żeby zi­den­ty­fi­ko­wał zwło­ki.

– Zaj­mę się tym – za­ofe­ro­wał się po­ste­run­ko­wy Da­mian Jo­dłow­ski.

Na­gle Or­skie­go ogar­nął lęk. Nie mógł po­jąć okru­cień­stwa, z ja­kim za­mor­do­wa­no tego sta­rusz­ka. W spo­łe­czeń­stwie rósł po­ziom agre­sji. Miał wra­że­nie, że z roku na rok mor­der­stwa sta­wa­ły się co­raz mniej zro­zu­mia­łe i trud­niej­sze do wy­ja­śnie­nia. Z czym miał do czy­nie­nia tu­taj?

– Zna­leź­li­ście przy zwło­kach ja­kieś kosz­tow­no­ści? – rzu­cił py­ta­nie, żeby od­su­nąć od sie­bie po­nu­re my­śli.

Jo­dłow­ski zdjął czap­kę i się nią wa­chlo­wał.

– To dość cie­ka­wa spra­wa – po­wie­dział. – Nie od­no­to­wa­no przy nim żad­nych pie­nię­dzy, ale na ręce ma zło­ty ze­ga­rek na skó­rza­nym pa­sku, praw­do­po­dob­nie Pa­tek Phi­lip­pe. Nie znam się na tym, ale An­drzej upie­ra się, że to ja­kaś sno­bi­stycz­na mar­ka.

– Nie wiem, czy sno­bi­stycz­na, ale z całą pew­no­ścią pre­sti­żo­wa. Na­zy­wa­na mar­ką kró­lów, bo cie­szy się po­pu­lar­no­ścią wśród ko­ro­no­wa­nych głów, włącz­nie z pa­pie­ża­mi – po­twier­dził le­karz z wy­raź­ną fa­scy­na­cją te­ma­tem. – Ten ze­ga­rek to dro­ga za­baw­ka jak na prze­cięt­ne­go eme­ry­ta.

– Może to nie był prze­cięt­ny eme­ryt – po­wie­dział Stel­mach, ale nie wy­ja­śnił tego sze­rzej.

– W każ­dym ra­zie mo­tyw ra­bun­ko­wy mo­że­cie wy­klu­czyć – skon­sta­to­wał le­karz.

– Na po­cząt­ku le­piej ni­cze­go nie wy­klu­czać – trzeź­wo za­opo­no­wał Mi­chał. – Za­cznij­my od pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji. Kto ujaw­nił zwło­ki?

Ro­bert Stel­mach ro­zej­rzał się po lu­dziach z eki­py kry­mi­nal­nej, któ­rzy krę­ci­li się po te­re­nie ogro­dzo­nym pla­sti­ko­wą ta­śmą.

– Pau­li­na po­win­na wie­dzieć. Do­tar­ła tu­taj pierw­sza.

Sie­dlec­ka wła­śnie wy­ło­ni­ła się zza po­li­cyj­ne­go pa­ra­wa­nu i po­dą­ża­ła w ich kie­run­ku. W jed­nej ręce trzy­ma­ła te­le­fon, a w dru­giej pa­pie­ro­wy ku­bek z kawą ze sta­cji ben­zy­no­wej. Kie­dy się zbli­ży­ła, Mi­chał po­wtó­rzył po­przed­nie py­ta­nie. Od­po­wie­dzia­ła bez za­sta­no­wie­nia:

– Dzie­cia­ki, któ­re zbie­ra­ły je­ży­ny. Były prze­ra­żo­ne. Ro­dzi­ce już za­bra­li je do domu. Po­sła­łam tam też dy­żur­ne­go psy­cho­lo­ga. To są bra­cia. Po zna­le­zie­niu cia­ła je­den z chłop­ców po­biegł, żeby za­wia­do­mić ko­goś do­ro­słe­go, i za­trzy­mał, wy­obraź­cie so­bie, Ani­tę. Przy­je­cha­ła na wa­ka­cje.

– Ani­tę? – upew­nił się in­spek­tor.

– Mhym – po­twier­dzi­ła mruk­nię­ciem Pau­li­na, upi­ja­jąc łyk kawy.

Mi­chał był zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Zna­cie ją?

– Jej bab­ka jest wła­ści­ciel­ką pen­sjo­na­tu i naj­lep­szej knaj­py w oko­li­cy – wy­ja­śni­ła Sie­dlec­ka. – Nie mów, że nie by­łeś w Bia­łym Dwo­rze!

– Sły­sza­łem o tej re­stau­ra­cji, ale ni­g­dy tam nie ja­dłem.

Stel­mach po­ma­so­wał się po brzu­chu.

– No to ko­niecz­nie mu­sisz to nad­ro­bić. Ni­g­dzie nie dają lep­szych ro­la­dek wo­ło­wych z mo­drą ka­pu­stą.

– Gdzie jest ten Bia­ły Dwór? – za­py­tał Mi­chał.

– Nad za­le­wem w Ko­by­lej Gó­rze. Nie­opo­dal Sy­co­wa.

– Wróć­my do Ani­ty – po­wie­dział Mi­chał. – Czy ta ko­bie­ta ma ja­kieś na­zwi­sko?

– Herbst – od­par­ła Pau­li­na. – To zna­czy… chy­ba Herbst.

– Jak to chy­ba? Nie za­no­to­wa­łaś?

Mi­chał roz­zło­ścił się, ale nie po­ka­zał tego po so­bie. Za­nim prze­pro­wa­dził się do Sy­co­wa, pra­co­wał we Wro­cła­wiu i tam za tego typu błę­dy moż­na było stra­cić etat. Tu­taj wpad­ki naj­czę­ściej ucho­dzi­ły pła­zem.

– Nie po­my­śla­łam, żeby to spraw­dzić – przy­zna­ła Sie­dlec­ka. – Zna­my się od dzie­ciń­stwa. Ani­ta w każ­de wa­ka­cje przy­jeż­dża­ła do Sy­co­wa. Miesz­ka­li tu jej dziad­ko­wie. Do Ko­by­lej Góry prze­pro­wa­dzi­li się, do­pie­ro gdy ku­pi­li Bia­ły Dwór. Kie­dy dzie­cia­ki, te, któ­re zna­la­zły zwło­ki, za­trzy­ma­ły Ani­tę na dro­dze, wła­śnie je­cha­ła do pen­sjo­na­tu. Za­mie­rza spę­dzić tu urlop.

Mi­chał znie­cier­pli­wił się. Czuł, że mar­nu­ją czas.

– A co z tym na­zwi­skiem?

– Je­że­li wy­szła za mąż, to te­raz może na­zy­wać się ina­czej.

– Daj­cie już spo­kój – mruk­nął Stel­mach. – Ani­ta to Ani­ta i już. Tu nie Nowy Jork, nie zgu­bi się w tłu­mie.

– I tak bę­dzie­my mu­sie­li spi­sać jej ze­zna­nia – po­wie­dział Mi­chał.

In­spek­tor klep­nął Mi­cha­ła w ra­mię i się ro­ze­śmiał.

– No to wte­dy po­pro­sisz ją o do­wód i spraw­dzisz na­zwi­sko.

– Rę­czysz za nią?

Stel­mach był co­raz bar­dziej roz­ba­wio­ny.

– Do­brze znam tę ro­dzi­nę. Z jej oj­cem cho­dzi­łem do li­ceum. Nie sa­dzę, żeby pani me­ce­nas za­le­ża­ło na tym, by wcho­dzić w kon­flikt z po­li­cją w tak bła­hej spra­wie.

– Me­ce­nas?

– Tak, Ani­ta jest ad­wo­ka­tem.

Fo­to­graf miał ja­kiś pro­blem z apa­ra­tem, więc Stel­mach do nie­go pod­szedł. Do­łą­czy­li do nich Ro­ma­now­ski i Jo­dłow­ski. Wszy­scy czte­rej za­czę­li maj­stro­wać przy sprzę­cie z mi­na­mi fa­chow­ców od elek­tro­ni­ki. Mi­chał zo­stał sam na sam z Pau­li­ną.

– Prze­pra­szam, za­ga­lo­po­wa­łem się – po­wie­dział. – Chy­ba tro­chę prze­sa­dzi­łem. Nie wiem, co mnie na­pa­dło. Miesz­kam w Sy­co­wie już od po­nad dwóch lat, a cią­gle nie mogę się przy­zwy­cza­ić do tego, że pa­nu­ją tu tro­chę inne zwy­cza­je niż we Wro­cła­wiu. Tam każ­dy czło­wiek jest ano­ni­mo­wy i w kil­ka chwil po­tra­fi prze­paść jak ka­mień w wodę.

– Wy­da­je mi się, że wca­le nie cho­dzi o Ani­tę.

Or­ski spu­ścił wzrok.

– Jak zwy­kle masz ra­cję – przy­znał.

– Mogę ci ja­koś po­móc?

Za­prze­czył ru­chem gło­wy.

– Masz pro­blem z Tom­kiem? – za­gad­nę­ła.

– Ko­lej­ny raz do­py­ty­wał o Ka­ta­rzy­nę.

– Jesz­cze mu nie po­wie­dzia­łeś?

Po­ki­wał gło­wą.

Mil­cze­li.

Mi­chał był wdzięcz­ny Pau­li­nie za to, że w prze­ci­wień­stwie do wie­lu in­nych zna­jo­mych nie za­rzu­ca go wy­ssa­ny­mi z pal­ca po­ra­da­mi i nie ko­men­tu­je jego de­cy­zji, cho­ciaż nie za­wsze były tra­fio­ne. Wie­dział, że za­wsze może na nią li­czyć. Wspie­ra­ła go od pierw­szych chwil, kie­dy zna­lazł się w trud­nej sy­tu­acji. Zresz­tą mu­siał przy­znać, że wszy­scy w ko­mi­sa­ria­cie wy­ka­za­li duże zro­zu­mie­nie dla jego roli sa­mot­ne­go ojca. Czę­sto szli mu na rękę.

Tech­ni­cy prze­cię­li sznur, któ­rym skrę­po­wa­no zwło­ki. Wła­śnie kła­dli cia­ło na fo­lio­wą płach­tę, gdy nad­je­chał wy­po­le­ro­wa­ny, czar­ny peu­ge­ot. Or­skie­mu sko­ja­rzył się z woł­gą wo­żą­cą so­cja­li­stycz­ne­go dy­gni­ta­rza.

W eki­pie za­pa­no­wa­ło po­ru­sze­nie. Lu­dzie na­tych­miast roz­pierz­chli się po te­re­nie, jak­by nad­cią­ga­ła chmu­ra gra­do­wa.

Mi­chał usły­szał pi­skli­wy głos. Na­le­żał do ko­bie­ty, któ­ra wy­sia­dła z sa­mo­cho­du. Mia­ła na so­bie szkar­łat­ny ko­stium, tak ob­ci­sły, że wy­glą­dał na dwa roz­mia­ry za mały, i buty na wy­so­kich ob­ca­sach. W tym nie­zbyt wy­god­nym stro­ju z de­spe­ra­cją za­czę­ła prze­dzie­rać się przez gąszcz traw i krza­ków.

– Ile razy mam po­wta­rzać, że przed przy­jaz­dem pro­ku­ra­to­ra nie wol­no ru­szać zwłok! – krzy­cza­ła. – Na­ucz­cie się wresz­cie pro­ce­dur. To ja pro­wa­dzę śledz­two, a nie po­li­cja. Wy ma­cie tyl­ko wy­ko­ny­wać moje po­le­ce­nia.

Sie­dlec­ka nie mo­gła się po­wstrzy­mać i przy­kry­wa­jąc usta dło­nią, szep­nę­ła:

– Wi­ta­my na­szą ko­cha­ną pa­nią pro­ku­ra­tor.

– Chcia­łaś po­wie­dzieć: wi­ta­my to­tal­ny ka­ta­klizm – mruk­nął Mi­chał.

– Naj­wy­raź­niej ma dzi­siaj zły dzień – po­wie­dział An­drzej, któ­ry ukrył się za przy­sa­dzi­stą syl­wet­ką Stel­ma­cha.

– A kie­dy Ma­rze­na Berg nie ma złe­go dnia? – za­py­tał re­to­rycz­nie in­spek­tor.

Za­pa­dła ci­sza.

Ukrad­kiem spo­glą­da­li, jak Berg w szpil­kach ba­lan­su­je na mięk­kim mchu. Roz­kła­da­jąc ręce, nie­bez­piecz­nie chy­bo­ta­ła się na wszyst­kie stro­ny. Mi­chał miał wra­że­nie, że po­zo­sta­li w na­pię­ciu cze­ka­ją, aż pro­ku­ra­tor wy­lą­du­je przed nimi na ko­la­nach. Nie do­cze­ka­li się. Po­ra­dzi­ła so­bie do­sko­na­le.

Sze­ro­kim łu­kiem omi­nę­ła zwło­ki. Nie po­świę­ci­ła im ani mi­nu­ty. Od nie­chce­nia zer­k­nę­ła na nie z od­le­gło­ści kil­ku­na­stu me­trów, a na­stęp­nie, cał­kiem igno­ru­jąc niż­szych ran­gą po­li­cjan­tów, po­de­szła do in­spek­to­ra. Sta­nę­ła bli­sko nie­go. Od razu od­su­nął się od niej jak od po­krzy­wy.

– Co tam ma­cie dla mnie cie­ka­we­go? – za­py­ta­ła.

Stel­mach stre­ścił in­for­ma­cje, któ­ry­mi dys­po­no­wał. Mó­wił ofi­cjal­nym to­nem. Nie­spo­koj­nym wzro­kiem wo­dził po współ­pra­cow­ni­kach. Szu­kał wspar­cia, ale nikt ze zgro­ma­dzo­nych się do tego nie kwa­pił. Przy­po­mi­nał mu­chę zła­pa­ną w sieć przez czar­ną wdo­wę. Berg na­wet nie pró­bo­wa­ła ukry­wać, że za­gię­ła na nie­go pa­rol. I wca­le nie prze­szka­dza­ło jej to, że in­spek­tor był szczę­śli­wym mę­żem, oj­cem i dziad­kiem, któ­ry na rand­ki uma­wiał się wy­łącz­nie ze swo­imi węd­ka­mi.

Or­ski od­wró­cił się, żeby na to nie pa­trzeć. Na ho­ry­zon­cie do­strzegł kil­ka za­bu­do­wań. Sta­ły wzdłuż dro­gi koń­czą­cej się na le­śnej po­la­nie. Za­no­to­wał w pa­mię­ci, że trze­ba tam wy­słać pa­trol, żeby spraw­dzi­li, czy któ­ryś z miesz­kań­ców tych do­mów nie za­uwa­żył cze­goś nie­po­ko­ją­ce­go.

Tech­ni­cy roz­sta­wi­li pa­ra­wan i za­czę­li roz­bie­rać zwło­ki. Rów­no­cze­śnie ro­bi­li do­ku­men­ta­cję fo­to­gra­ficz­ną i spi­sy­wa­li ra­port z oglę­dzin.

Or­ski za­sta­na­wiał się, kto i dla­cze­go skrzyw­dził tego bez­bron­ne­go czło­wie­ka. Ja­kie mo­ty­wy mo­gły kie­ro­wać mor­der­cą? Gdzie zna­leźć punkt za­cze­pie­nia, któ­ry po­zwo­li roz­po­cząć śledz­two? Był cie­kaw, co w tej chwi­li my­śli Stel­mach, ale nie chciał py­tać go o to przy pani pro­ku­ra­tor.

Do tej pory tech­ni­cy pra­co­wa­li we względ­nej ci­szy, pa­da­ły tyl­ko po­je­dyn­cze sło­wa. Te­raz przy zwło­kach za­pa­no­wa­ło po­ru­sze­nie.

– Mi­chał, po­wi­nie­neś to zo­ba­czyć! – krzyk­nął Jo­dłow­ski, wsu­wa­jąc do wo­recz­ka stru­no­we­go ka­wa­łek kart­ki.

Or­ski pod­szedł do nie­go.

– Gdzie to zna­leź­li­ście?

– Przy ko­rze­niu, w szcze­li­nie kory drze­wa.

– Tego, do któ­re­go przy­wią­za­no ofia­rę?

– Mhym.

– Mo­gło mu to wy­paść z kie­sze­ni?

– Mo­gło.

– Jemu albo za­bój­cy… O ile to nie jest przy­pad­ko­wy śmieć – za­uwa­ży­ła Pau­li­na.

Mi­chał wziął do ręki za­bez­pie­czo­ny do­wód. W fo­lio­wej to­reb­ce znaj­do­wał się wy­dar­ty z ze­szy­tu róg kart­ki z nie­kom­plet­ną no­tat­ką. Za­pi­sa­ne na niej czar­nym atra­men­tem li­te­ry roz­ma­za­ły się pod wpły­wem wil­go­ci.

– Po­de­ślij to za­raz do la­bo­ra­to­rium. Niech jak naj­szyb­ciej od­czy­ta­ją tekst.

6.

Ze wszyst­kich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa naj­bar­dziej żywe były dla Ani­ty te chwi­le, kie­dy od­wie­dza­ła dziad­ków ze stro­ny ojca. Lu­bi­ła spę­dzać u nich wa­ka­cje i fe­rie zi­mo­we. Ko­ja­rzy­ły jej się z cza­sem praw­dzi­wej bez­tro­ski.

Bab­cia z dziad­kiem miesz­ka­li wów­czas w Sy­co­wie, nie­wiel­kim mie­ście na Dol­nym Ślą­sku. Ich dom stał w są­siedz­twie in­nych przed­wo­jen­nych wil­li, przy bru­ko­wa­nej ulicz­ce śle­po za­koń­czo­nej okrą­głym dzie­dziń­cem. Sta­ry i po­nu­ry, ukry­ty za gę­stym ży­wo­pło­tem, z prze­siąk­nię­tym wil­go­cią, za­gra­co­nym stry­chem, dla dziec­ka był wy­ma­rzo­nym pla­cem za­baw.

Z tam­te­go okre­su Ani­ta pa­mię­ta­ła nie­ustan­nie krzą­ta­ją­cą się po kuch­ni bab­cię i aro­mat pysz­nych po­traw, ja­kich nie po­tra­fił przy­go­to­wać nikt inny. Pa­mię­ta­ła dziad­ka pod­le­wa­ją­ce­go ogród w let­nie wie­czo­ry i uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­pach zmo­czo­nej wodą zie­mi.

Dzia­dek Hen­ryk zmarł wie­le lat temu. Do tej pory nie mo­gła się z tym po­go­dzić. Był osto­ją spo­ko­ju i mą­dro­ści. Dzię­ki nie­mu zro­zu­mia­ła, co jest w ży­ciu na­praw­dę waż­ne, a co płyt­kie i po­wierz­chow­ne. Na­uczył ją czer­pać ra­dość z drob­nych przy­jem­no­ści. Mia­ła wra­że­nie, że z roku na rok tę­sk­ni za nim co­raz bar­dziej.

W po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych dziad­ko­wie ku­pi­li dwo­rek po­ło­żo­ny nad Za­le­wem Ble­wąz­ka w Ko­by­lej Gó­rze, za­le­d­wie kil­ka ki­lo­me­trów na wschód od Sy­co­wa. Zde­wa­sto­wa­ny pu­sto­stan na­by­li bar­dzo ta­nio. Gmi­na chcia­ła się go po­zbyć, więc wy­sta­wi­ła na li­cy­ta­cję za śmiesz­nie ni­ską cenę. Za pie­nią­dze ze sprze­da­ży domu grun­tow­nie go wy­re­mon­to­wa­li. Chy­lą­cą się ku upad­ko­wi ru­inę prze­kształ­ci­li w ład­ny pen­sjo­nat z re­stau­ra­cją.

Ani­ta nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy tam wresz­cie do­trze.

Sa­mo­chód po­wo­li to­czył się po wą­skim as­fal­cie. Po­mię­dzy po­sa­dzo­ny­mi wzdłuż po­bo­cza to­po­la­mi mi­go­ta­ło słoń­ce. Po le­wej stro­nie wi­dok otwie­rał się na po­ro­śnię­tą buj­nym la­sem do­li­nę. Wśród wy­so­kich so­sen, w ogra­ni­czo­nej po­tęż­ną tamą niec­ce, kry­ły się wody za­le­wu.

Dro­ga cią­gnę­ła się po­przez ła­god­ne pa­gór­ki z po­la­mi owsa i ku­ku­ry­dzy. Praw­dzi­wą zmo­rą rol­ni­ków były tu nie­uro­dzaj­ne, piasz­czy­ste grun­ty, ale to wła­śnie za ich spra­wą roz­le­wi­sko ota­cza­ły ma­low­ni­cze, żół­te pla­że, a woda była kry­sta­licz­nie czy­sta.

Ży­ją­ce­mu w cią­głym po­śpie­chu miesz­czu­cho­wi, za ja­kie­go uwa­ża­ła się Ani­ta, w pierw­szej chwi­li ten kra­jo­braz wy­da­wał się nie­rze­czy­wi­sty. Draż­nił spo­ko­jem. Za każ­dym ra­zem, kie­dy tu przy­jeż­dża­ła, po­trze­bo­wa­ła kil­ku dni, żeby przy­wyk­nąć do ci­szy i bli­skie­go oto­cze­nia na­tu­ry. Do­pie­ro wte­dy za­czy­na­ła od­po­czy­wać.

Po­grą­żo­na w my­ślach skrę­ci­ła na pod­jazd. Za­trzy­mu­jąc auto, zer­k­nę­ła na pen­sjo­nat. Bia­ła bry­ła dwo­ru to­nę­ła w zie­le­ni.

Ani­ta wyj­mo­wa­ła wa­liz­kę z ba­gaż­ni­ka, gdy po­czu­ła otu­la­ją­ce ją ra­mię bab­ci Mar­ty.

– Moja ko­cha­na wnucz­ka… Na­resz­cie je­steś!

Od­wza­jem­ni­ła uścisk. Przez chwi­lę obie przy­glą­da­ły się so­bie na­wza­jem. Pierw­sza ci­szę prze­rwa­ła bab­cia:

– Nic nie mów, już o wszyst­kim wiem. Przy­kro mi, że spo­tka­ło to aku­rat cie­bie.

– Ja­koś so­bie z tym po­ra­dzę – wy­mam­ro­ta­ła Ani­ta. – Nie ta­kie rze­czy wi­du­ję w ak­tach są­do­wych.

– Co in­ne­go zdję­cia, a co in­ne­go ze­tknąć się z ta­kim czymś na żywo. Zresz­tą te­raz już le­piej o tym nie myśl. Przy­go­to­wa­łam ci twój ulu­bio­ny po­kój na pod­da­szu.

– Dzię­ku­ję.

– Je­steś pew­na, że chcesz tam spać? – Bab­cia spoj­rza­ła na nią spod oka. – Nie je­steś już dziec­kiem, po co bę­dziesz gnieź­dzi­ła się w tej klit­ce ze sko­śnym su­fi­tem? Może wo­la­ła­byś nor­mal­ną sy­pial­nię?

– Będę spa­ła tam, gdzie za­wsze.

– Ale to łóż­ko jest ta­kie wą­skie… – Nie pod­da­wa­ła się bab­cia.

– Wy­star­cza­ją­ce. Chy­ba nie je­stem aż taka gru­ba, żeby się w nim nie zmie­ścić? – za­py­ta­ła za­czep­nie Ani­ta.

– Chu­cher­ko ty moje, ty gru­ba? A w któ­rym miej­scu? Prze­zro­czy­sta taka je­steś, jak­byś mia­ła mi tu za­raz ze­mdleć. Wi­dać, że ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­du­jesz przed kom­pu­te­rem. Ale ja już się tu tobą od­po­wied­nio zaj­mę.

Po­ma­sze­ro­wa­ła w ślad za bab­cią.

W po­ko­ju na pod­da­szu nic nie zmie­ni­ło się od lat. Ja­sne ścia­ny i pro­ste me­ble spra­wia­ły, że po­miesz­cze­nie wy­da­wa­ło się schlud­ne i prze­stron­ne. Je­dy­ną eks­tra­wa­gan­cją była sto­ją­ca na pa­ra­pe­cie, mi­ster­nie wy­ko­na­na, por­ce­la­no­wa fi­gur­ka tan­cer­ki fla­men­co.

– Pięk­nie wy­glą­da­ła­by w re­cep­cji na kon­tu­arze – po­wie­dzia­ła Ani­ta.

– Wo­la­ła­bym, żeby zo­sta­ła tu­taj. Wiesz, że jest dla mnie cen­na… Skar­beń­ku, idź za­raz do re­stau­ra­cji. Bo­że­na zro­bi ci coś do je­dze­nia. Do­łą­czę do was póź­niej, bo na ra­zie mu­szę za­jąć się go­ść­mi – po­wie­dzia­ła Mar­ta i ru­szy­ła w kie­run­ku scho­dów.

Sie­dząc na łóż­ku, Ani­ta pa­trzy­ła, jak bab­cia zni­ka za drzwia­mi. Mar­ta nie wy­glą­da­ła na swo­je lata. Wciąż po­ru­sza­ła się sprę­ży­stym kro­kiem z ener­gią god­ną czter­dzie­sto­lat­ki, cho­ciaż mia­ła pra­wie dwa razy tyle. Mimo po­de­szłe­go wie­ku za­dzi­wia­ją­co do­brze ra­dzi­ła so­bie z pro­wa­dze­niem pen­sjo­na­tu. Cią­gle nie chcia­ła sły­szeć o przej­ściu na eme­ry­tu­rę.

Ani­ta wzię­ła szyb­ki prysz­nic, za­ło­ży­ła świe­że ubra­nia i po­szła na dół.

Re­stau­ra­cja znaj­do­wa­ła się na par­te­rze pra­we­go skrzy­dła bu­dyn­ku. Z czy­stą bie­lą ścian ład­nie kon­tra­sto­wa­ła tu cie­pła bar­wa mo­drze­wio­wych pod­łóg i be­lek kon­struk­cyj­nych. Wy­so­kie okna wy­cho­dzi­ły wprost na ta­ras, z któ­re­go roz­cią­gał się wi­dok na za­lew.

Ani­ta prze­mknę­ła mię­dzy sto­li­ka­mi i za­raz zna­la­zła się w kuch­ni. Wy­cią­gnę­ła ręce do pulch­nej ko­bie­ty w śred­nim wie­ku, któ­ra wła­śnie kro­iła na­tkę pie­trusz­ki.

– Bo­że­na!

Ku­char­ka odło­ży­ła nóż, otrze­pa­ła ręce z zie­le­ni­ny i uści­ska­ła Ani­tę ser­decz­nie.

– Cie­szę się, że już je­steś!

– Wspa­nia­le wy­glą­dasz! Nic się nie zmie­ni­łaś.

– Nie pleć głu­pot! Cu­dów nie ma! Si­wych wło­sów ni­ko­mu z wie­kiem nie uby­wa – za­śmia­ła się Bo­że­na. – Ba­łam się, że po­li­cja za­trzy­ma cię aż do wie­czo­ra.

– Nie mie­li po­wo­du.

– No to całe szczę­ście!

Ani­ta usia­dła na ta­bo­re­cie, przy bla­cie ro­bo­czym. Ku­char­ka po­sta­wi­ła przed nią ta­lerz z pa­ru­ją­cym obia­dem, ale dziew­czy­na od­su­nę­ła go od sie­bie.

– Na pew­no jest pysz­ne, ale nie dam rady… Wo­la­ła­bym moc­ną kawę.

Mdli­ło ją na samą myśl o je­dze­niu. Po tym, co dzi­siaj wi­dzia­ła, nie prze­łknę­ła­by na­wet jed­ne­go kęsa. Zde­cy­do­wa­nie nie była przy­zwy­cza­jo­na do wi­do­ku roz­kła­da­ją­cych się zwłok. O ile do cze­goś ta­kie­go w ogó­le moż­na przy­wyk­nąć.

Bo­że­na z po­wro­tem po­de­pchnę­ła jej ta­lerz pod nos.

– Kawa za­raz bę­dzie, ale na ra­zie mu­sisz coś prze­ką­sić. Przy­naj­mniej spró­buj – po­wie­dzia­ła i wci­snę­ła jej do ręki wi­de­lec.

Ani­ta wie­dzia­ła, że nie wy­gra. Pod­da­ła się. Skub­nę­ła tro­chę ziem­nia­ka. Uda­ło jej się nie zwy­mio­to­wać, ale do­słow­nie czu­ła, jak je­dze­nie uty­ka jej w gar­dle.

– Prze­pra­szam, nie mogę.

Ku­char­ka po­pa­trzy­ła na nią ze współ­czu­ciem, mach­nę­ła ścier­ką i za­bra­ła po­si­łek.

– Osłab­niesz tyl­ko, a sta­re­mu Kor­czyń­skie­mu i tak już nie po­mo­żesz.

Ani­ta gwał­tow­nie się od­wró­ci­ła.

– Po­wie­dzia­łaś Kor­czyń­skie­mu? Ten w le­sie to…

– Pro­fe­sor Adam Kor­czyń­ski. Przy­naj­mniej tak mó­wi­ła Ade­la Urbań­ska. Ale od kogo się do­wie­dzia­ła, to ja nie mam po­ję­cia.

– Za­po­mnia­łam, że plot­ki szyb­ko się tu roz­cho­dzą.

W wy­obraź­ni Ani­ty znów od­ży­ła sce­na z lasu.

– Ni­g­dy nie po­my­śla­ła­bym, że to on – rzu­ci­ła mi­mo­cho­dem.

Wy­raź­nie za­in­te­re­so­wa­ło to Bo­że­nę.

– Zna­łaś Kor­czyń­skie­go? – za­py­ta­ła.

– Za­nim bab­cia z dziad­kiem prze­pro­wa­dzi­li się do Ko­by­lej Góry, miesz­ka­li w Sy­co­wie.

– No tak.

– Pro­fe­sor miał dom na tej sa­mej uli­cy co oni. W dzie­ciń­stwie cza­sa­mi ba­wi­łam się z jego wnu­kiem.

– Tym… Jak mu tam…

– Se­ba­stia­nem.

– Ano wła­śnie!

– Zda­rza­ło się, że cho­dzi­li­śmy do pro­fe­so­ra na pod­wie­czo­rek, któ­ry przy­go­to­wy­wa­ła go­spo­sia. On opo­wia­dał nam o da­le­kich po­dró­żach i eg­zo­tycz­nych kwia­tach. Za­wsze wy­cho­dzi­łam od nie­go ocza­ro­wa­na wspa­nia­ły­mi or­chi­de­ami, któ­re upra­wiał w przy­do­mo­wej oran­że­rii.

Na chwi­lę za­pa­dła ci­sza.

– Pro­fe­so­ra nie wi­dzia­łam od wie­lu lat – pierw­sza ode­zwa­ła się Ani­ta. – Mu­siał się bar­dzo zmie­nić. Pew­nie dla­te­go dzi­siaj go nie roz­po­zna­łam.

– Utrzy­mu­jesz ja­kiś kon­takt z jego wnu­kiem?

– Nie­ste­ty nie. Spo­tka­łam go przy­pad­kiem rok czy dwa lata temu na sta­cji ben­zy­no­wej, ale spie­szy­łam się, więc nie roz­ma­wia­li­śmy dłu­go.

– Co za tra­ge­dia! W gło­wie się nie mie­ści – mó­wiąc to, Bo­że­na za­czę­ła zdej­mo­wać far­tuch. – Ade­la Urbań­ska…

– To ta, któ­ra ma sklep obok ko­ścio­ła?

Ku­char­ka ski­nę­ła i mó­wi­ła da­lej:

– Ade­la szep­nę­ła mi coś w ta­jem­ni­cy. Ze swo­ich źró­deł wie, że cia­ło było w nie naj­lep­szym sta­nie.

Ani­ta przy­tak­nę­ła jej w du­chu, ale się nie ode­zwa­ła.

– Ten bie­dak po­dob­no nie żyje już przy­naj­mniej od so­bo­ty. – Głos ku­char­ki przy­brał kon­spi­ra­cyj­ny ton. – I po­my­śleć, że w so­bo­tę cała ro­dzi­na ba­wi­ła się w naj­lep­sze, a on może tam, w tym le­sie, do­go­ry­wał.

– Gdzie się ba­wi­li? – za­py­ta­ła Ani­ta nie­co zdez­o­rien­to­wa­na.

– To ty nic nie wiesz? No tak, prze­cież do­pie­ro dzi­siaj przy­je­cha­łaś! Kor­czyń­scy i ze dwu­stu go­ści się tu ba­wi­ło. – Wska­za­ła kciu­kiem na pod­ło­gę. – Wy­na­ję­li cały pen­sjo­nat. Taką galę tu wy­pra­wi­li, że co po­nie­któ­rym w Sy­co­wie to oko zbie­la­ło z za­zdro­ści.

– Z ja­kiej oka­zji zro­bi­li to przy­ję­cie?

– Ju­bi­le­usz dwu­dzie­sto­le­cia za­ło­że­nia fir­my. Zor­ga­ni­zo­wa­li go z ogrom­nym roz­ma­chem. Sto­ły ugi­na­ły się od je­dze­nia. Były i pie­czo­ne pro­sia­ki, i ło­so­sie po­da­wa­ne w ca­ło­ści, i tort bez­owy kry­ty an­giel­skim mar­ce­pa­nem. Na­wet ostry­gi ka­za­li spro­wa­dzić. Co praw­da ja bym tego pa­skudz­twa do ust nie wzię­ła, ale go­ście byli za­chwy­ce­ni. Cho­ciaż mu­szę przy­znać, że ten ich ra­ry­tas na­psuł mi krwi, oj na­psuł! – wes­tchnę­ła z prze­ję­ciem Bo­że­na. – Bo to niby do­star­czy­li te sko­ru­pia­ki świe­że, w pu­dłach z lo­dem, ale że spo­ży­wa się to na su­ro­wo, to za­wsze ry­zy­ko za­tru­cia jest duże. A co my by­śmy zro­bi­li, jak by fama po­szła, że po przy­ję­ciu w na­szym pen­sjo­na­cie lu­dzie się po­cho­ro­wa­li? – Po­pa­trzy­ła przed sie­bie roz­ma­rzo­nym wzro­kiem. – Gdy­byś to wi­dzia­ła… Ta Olga Kor­czyń­ska to świa­to­wa ko­bie­ta – cią­gnę­ła. – Mia­ła gło­wę do tego, jak to wszyst­ko za­pla­no­wać.

– Olga?

– Żona pre­ze­sa.

– Żona Pio­tra Kor­czyń­skie­go?

– Tak. Sy­no­wa pro­fe­so­ra.

– My­śla­łam, że ma na imię Iwo­na.

– Iwo­na jest już nie­ak­tu­al­na. – Ku­char­ka wy­ko­na­ła przy twa­rzy taki ruch ręką, jak­by od­ga­nia­ła osę. – Kor­czyń­ski roz­wiódł się z nią kil­ka lat temu. Te­raz ma dru­gą żonę. Jest chy­ba ze dwa­dzie­ścia lat młod­sza od nie­go. Wy­glą­da jak gwiaz­da fil­mo­wa. Wi­dać, że Kor­czyń­ski jest z niej bar­dzo dum­ny. Wspa­nia­le pre­zen­to­wa­ła się na tej gali. Naj­pierw była w mi­ni­su­kien­ce, ca­łej z ta­kich ce­ki­nów, któ­re mie­ni­ły się jak tę­cza, a po­tem prze­bra­ła się w dłu­gą, po­wiew­ną kre­ację w ko­lo­rze bla­de­go różu.

– Pro­fe­sor też był na tym przy­ję­ciu? – za­py­ta­ła Ani­ta.

– Na po­cząt­ku chy­ba był, a co by go mia­ło nie być. Ale nie je­stem pew­na. Cały wie­czór spę­dzi­łam w kuch­ni. Kor­czyń­ską wi­dzia­łam, bo tu kil­ka razy za­glą­da­ła, żeby do­pil­no­wać szcze­gó­łów.

Wska­zów­ki ze­ga­ra za­wie­szo­ne­go nad drzwia­mi uło­ży­ły się na go­dzi­nie sie­dem­na­stej. Bo­że­na zer­k­nę­ła na nie ner­wo­wo.

– Prze­pra­szam, ale mu­szę za­dzwo­nić do pie­kar­ni, żeby za­mó­wić pie­czy­wo na ju­trzej­sze śnia­da­nie. Za­raz wró­cę.

Po­szła do re­cep­cji, gdzie stał te­le­fon. Ani­ta pod­nio­sła się, żeby za­pa­rzyć im kawę. Nie mo­gła prze­stać my­śleć o pro­fe­so­rze.

7.

Or­ski za­par­ko­wał mię­dzy dwo­ma ra­dio­wo­za­mi. Wy­siadł z sa­mo­cho­du i pę­dem ru­szył przez plac przed ko­mi­sa­ria­tem. Sy­cow­ska po­li­cja urzę­do­wa­ła w nie­du­żym bu­dyn­ku są­sia­du­ją­cym z roz­le­głym te­re­nem par­ku miej­skie­go. Ró­żo­wa­wy ko­lor tyn­ku kłó­cił się z po­wa­gą in­sty­tu­cji. Szpet­ny wy­gląd pod­kre­śla­ła też brą­zo­wa pod­mu­rów­ka i kra­ty w oknach na pierw­szym pię­trze, z któ­rych ca­ły­mi pła­ta­mi ob­ła­zi­ła olej­na far­ba. Na­wet w środ­ku dnia zza szyb bił mdły blask ja­rze­nio­wych lamp.

Mi­chał wpadł na ko­ry­tarz i ci­cho prze­mknął do swo­je­go po­ko­ju, gdzie cze­ka­ła na nie­go Pau­li­na. Nie chciał, żeby wszy­scy w ko­mi­sa­ria­cie wie­dzie­li, że urwał się z pra­cy.

– Za­ła­twi­łeś? – za­py­ta­ła Sie­dlec­ka, kie­dy za­mknął za sobą drzwi.

– Za­ła­twi­łem! Ale To­mek był nie­po­cie­szo­ny… Znów go roz­cza­ro­wa­łem. Co praw­da piz­zę zjadł z ape­ty­tem, ale po­tem rzu­cił mi uszczy­pli­wą uwa­gę na te­mat mo­ich oj­cow­skich obiet­nic. No i co ja mam z tym zro­bić?

– Nic. Jak do­ro­śnie, to sam zro­zu­mie, że masz taką, a nie inną pra­cę. Na pew­no wi­dzi, że się sta­rasz. Za­wio­złeś mu piz­zę, więc speł­ni­łeś przy­naj­mniej część obiet­ni­cy.

Mi­chał ode­tchnął cięż­ko.

– Na dwo­rze jest ist­ne pie­kło – zmie­nił te­mat. – Ale zbie­ra­ją się czar­ne chmu­ry.

– Czar­ne chmu­ry to zbio­rą się nad nami, je­że­li nie ru­szy­my z tym śledz­twem.

– Na ra­zie nie mamy żad­nych wy­tycz­nych od pro­ku­ra­to­ra.

– Stel­mach chce, że­by­śmy dzia­ła­li mimo to. Pro­fe­sor był oso­bą pu­blicz­ną, więc boi się na­ci­sków z góry. Poza tym mu­si­my li­czyć się z tym, że nie­ba­wem bę­dzie­my mieć na kar­ku dzien­ni­ka­rzy. Ta­kie­go te­ma­tu pew­nie nie od­pusz­czą. – Z ulgą zdjął ma­ry­nar­kę. Dusz­kiem wy­pił szklan­kę chłod­nej wody. – Omi­nę­ło mnie coś waż­ne­go? – za­py­tał.

– Jesz­cze w le­sie Piotr Kor­czyń­ski zi­den­ty­fi­ko­wał ojca.

– Jak za­re­ago­wał?

– Za­cho­wy­wał się tak, jak­by to, co się dzia­ło, zu­peł­nie go nie do­ty­czy­ło. Zero emo­cji.

– Może tak re­agu­je na stres?

– Może. Za to jego żona, Olga, wpa­dła w hi­ste­rię. Naj­pierw ze­mdla­ła, a kie­dy się ock­nę­ła, za­czę­ła tak roz­pacz­li­wie pła­kać, że le­karz mu­siał po­dać jej za­strzyk na uspo­ko­je­nie. Pa­trol od­wiózł ich do domu, bo żad­ne z nich nie nada­wa­ło się do pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du.

– Niech Jo­dłow­ski przej­dzie się po naj­bliż­szych do­mach, tam, gdzie zna­le­zio­no cia­ło, i usta­li, czy ktoś nie za­uwa­żył cze­goś nie­po­ko­ją­ce­go – mó­wiąc to, wy­cią­gnął broń z ka­bu­ry i umie­ścił ją w sej­fie.

– Pierw­sze za­bu­do­wa­nia są dość da­le­ko od miej­sca zbrod­ni… No, ale oczy­wi­ście moż­na spró­bo­wać. Wra­ca­jąc do Kor­czyń­skich… Byli w ta­kim sta­nie, że nie moż­na było ich prze­słu­chać, ale uda­ło mi się przy­naj­mniej usta­lić, kie­dy ostat­ni raz wi­dzie­li pro­fe­so­ra ży­we­go. Kor­czyń­ski oświad­czył, że spo­tkał ojca w so­bo­tę oko­ło dwu­na­stej. Roz­ma­wia­li krót­ko o no­wej par­tii stor­czy­ków do sprze­da­ży.

– To samo po­wie­dział mi, zgła­sza­jąc za­gi­nię­cie.

– Za to jego żona naj­pierw ze­zna­ła, że ostat­ni raz spo­tka­ła go na nie­dziel­nym obie­dzie dwa ty­go­dnie wcze­śniej. Wa­ha­ła się, była nie­pew­na. Stel­mach przy­ci­snął ją i wte­dy wy­zna­ła, że była u te­ścia we Wro­cła­wiu w śro­dę. Za­wio­zła mu do­mo­wy obiad i cia­sto.

– Dla­cze­go uda­wa­ła, że tego nie pa­mię­ta? – za­czął drą­żyć Mi­chał. – Bo prze­cież nie mo­gła o tym za­po­mnieć?

– Co chwi­lę zer­ka­ła na Kor­czyń­skie­go, jak­by oba­wia­ła się jego re­ak­cji. Za­ło­żę się, że on nie miał bla­de­go po­ję­cia, że Olga była u jego ojca.

– Prze­cież nie zro­bi­ła ni­cze­go złe­go.

– Nie wia­do­mo, jaki mia­ła in­te­res w wo­że­niu te­ścio­wi obiad­ków – by­stro za­uwa­ży­ła Sie­dlec­ka.

Obo­je zer­k­nę­li za okno, na dwie ko­bie­ty, któ­re dźwi­ga­ły wia­der­ka wy­peł­nio­ne wi­śnia­mi. Mi­chał, ob­ser­wu­jąc je, za­sta­na­wiał się na głos:

– Cie­ka­we, czy już wie­dzą.

– Co?

– Czy one zda­ją so­bie spra­wę z tego, że nie­da­le­ko stąd do­szło do mor­der­stwa?

– Złe wia­do­mo­ści szyb­ko się roz­cho­dzą.

– Nie unik­nie­my tego.

– Nie­ste­ty.

Żeby za­jąć ręce, Pau­li­na za­czę­ła ba­wić się spi­na­czem do pa­pie­ru.

– Szcze­rze mó­wiąc… Po­mi­mo że je­stem po­li­cjant­ką… Skó­ra mi cierp­nie, kie­dy my­ślę o tym, że pro­fe­sor zo­stał za­strze­lo­ny z zim­ną krwią – przy­zna­ła. – Kto chciał śmier­ci ta­kie­go sza­no­wa­ne­go i ce­nio­ne­go czło­wie­ka?

Py­ta­nie za­wi­sło w gę­stym od upa­łu po­wie­trzu.

– Przy­cho­dzi ci do gło­wy, jaki mo­tyw mógł mieć za­bój­ca? – Mi­chał po chwi­li wró­cił do roz­mo­wy.

– Nie. Wy­da­je mi się, że to nie bę­dzie pro­sta spra­wa. Naj­pierw po­win­ni­śmy przyj­rzeć się naj­bliż­szym pro­fe­so­ra. Po­dej­rza­ne jest to, że jego syn tak dłu­go zwle­kał z za­wia­do­mie­niem nas o za­gi­nię­ciu ojca, nie są­dzisz?

Or­ski zmarsz­czył czo­ło.

– Nie wy­cią­gał­bym po­chop­nych wnio­sków. Lu­dzie czę­sto mają opo­ry przed kon­tak­ta­mi z po­li­cją. Na jego miej­scu też naj­pierw spró­bo­wa­ła­bym szu­kać na wła­sną rękę. Poza tym od­nio­słem wra­że­nie, że pa­nów Kor­czyń­skich nie łą­czy­ły zbyt bli­skie re­la­cje. Chy­ba pro­wa­dzi­li od­dziel­ne ży­cia i rzad­ko się ze sobą kon­tak­to­wa­li.

Mi­mo­wol­nie Or­ski przy­wo­łał w my­ślach ob­raz wła­sne­go ojca. Wi­dział go w chłod­nych bar­wach, z twa­rzą ścią­gnię­tą po­wa­gą. Zdy­stan­so­wa­ne­go, nie­do­stęp­ne­go i – nie­za­leż­nie od sy­tu­acji – za­wsze neu­tral­ne­go w uczu­ciach. Tak wy­ma­ga­ją­ce­go, że nie spo­sób było spro­stać jego ocze­ki­wa­niom. Kry­ty­kan­ta, któ­ry z mi­strzow­ską wpra­wą po­słu­gi­wał się na­ga­na­mi, ale nie uzna­wał żad­nych na­gród, na­wet zwy­kłych po­chwał.

Jako stu­dent Mi­chał prze­szedł okres ostre­go bun­tu prze­ciw­ko wszyst­kie­mu, co mu się z oj­cem ko­ja­rzy­ło. Po stu­diach praw­ni­czych wstą­pił do po­li­cji, za­miast pójść w śla­dy ojca i zo­stać pro­ku­ra­to­rem. Wy­brał wła­sną dro­gę i tego nie ża­ło­wał. Oj­ciec do tej pory się z tym nie po­go­dził. Być może czuł się ura­żo­ny. Ale na­wet je­śli tak było, to ni­g­dy tego nie przy­znał.

Te­raz, kie­dy Mi­chał miesz­kał z dala od ro­dzi­ców, jego re­la­cję z oj­cem naj­traf­niej moż­na było na­zwać mia­nem dy­plo­ma­tycz­nej po­praw­no­ści.

Pau­li­na po­ma­cha­ła no­tat­ka­mi, któ­re trzy­ma­ła w ręce.

– Ko­mi­sa­rzu Or­ski, jest pan tu­taj?

– Prze­pra­szam, chy­ba wy­łą­czy­łem się na chwi­lę. Masz jesz­cze coś cie­ka­we­go?

– Nie wiem, czy to jest cie­ka­we, ale ze­bra­łam tro­chę in­for­ma­cji o Kor­czyń­skich. Pro­fe­sor był wdow­cem. Miał tyl­ko jed­no dziec­ko, Pio­tra wła­śnie, któ­ry pro­wa­dzi fir­mę Kor­chid zaj­mu­ją­cą się upra­wą i sprze­da­żą stor­czy­ków. Piotr jest czło­wie­kiem suk­ce­su. Roz­wi­nął cał­kiem do­cho­do­wy biz­nes. Jed­nak z tego, co uda­ło mi się do­wie­dzieć, za­nim się wzbo­ga­cił, kom­plet­nie mu w ży­ciu nie szło. Li­ceum skoń­czył z tru­dem, ale ma­tu­ry nie zdał. Szyb­ko oże­nił się z ko­le­żan­ką z są­siedz­twa. Dość dłu­go byli ra­zem, mają dwój­kę dzie­ci, ale po­dob­no to mał­żeń­stwo od sa­me­go po­cząt­ku było nie­uda­ne. Piotr imał się ja­kichś do­ryw­czych za­jęć. Nie przy­no­sił do domu zbyt wie­le pie­nię­dzy. Z Iwo­ną le­d­wie wią­za­li ko­niec z koń­cem. Za­czę­ło im się le­piej po­wo­dzić, kie­dy pro­fe­sor w dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim roku za­ło­żył fir­mę han­dlu­ją­cą stor­czy­ka­mi i Piotr za­czął mu w tym biz­ne­sie po­ma­gać. – Pau­li­na ode­rwa­ła wzrok od kart­ki i po­pa­trzy­ła na Mi­cha­ła, żeby upew­nić się, że słu­cha. – Co cie­ka­we, w ubie­głą so­bo­tę mi­nę­ło do­kład­nie dwa­dzie­ścia lat od za­ło­że­nia Kor­chi­du. Kor­czyń­scy z tej oka­zji urzą­dzi­li przy­ję­cie w Bia­łym Dwo­rze.

– Cho­dzi o ten sam Bia­ły Dwór na­le­żą­cy do bab­ki tej ko­bie­ty, któ­ra zna­la­zła zwło­ki?

Sie­dlec­ka od­mruk­nę­ła na po­twier­dze­nie i re­fe­ro­wa­ła da­lej:

– Kor­chid przy­no­si chy­ba cał­kiem nie­złe do­cho­dy, bo Piotr Kor­czyń­ski kil­ka lat temu wy­bu­do­wał wspa­nia­łą re­zy­den­cję na obrze­żach mia­sta. Ale pro­fe­sor tam nie miesz­kał. Miał wła­sną wil­lę w in­nej czę­ści Sy­co­wa.

– Ma­jęt­ni lu­dzie.

– Wła­śnie.

– Je­dy­ny mo­tyw za­bój­stwa, któ­ry w tej chwi­li po­ja­wia mi się przed ocza­mi, to kwe­stie fi­nan­so­we. Może po­rwa­nie dla oku­pu?

– Też wzię­łam to pod uwa­gę. Ale wy­da­je mi się ra­czej mało praw­do­po­dob­ne, żeby ktoś po­ry­wał dla oku­pu sta­re­go ojca za­miast żonę albo dziec­ko.

– Na ra­zie nie mamy in­nych tro­pów, więc war­to spraw­dzić ten. Spró­buj usta­lić, czy Pio­tra ktoś nie szan­ta­żo­wał.

Pau­li­na roz­pro­sto­wa­ła spi­nacz, a po­tem pró­bo­wa­ła owi­nąć go wo­kół pal­ca. Mó­wi­ła:

– Je­że­li Piotr pro­wa­dził ja­kieś ne­go­cja­cje z po­ry­wa­cza­mi w celu uwol­nie­nia ojca, to mo­gło­by to tłu­ma­czyć, dla­cze­go zgło­sił się na po­li­cję do­pie­ro dzi­siaj. Być może dzia­łał na wła­sną rękę, bo za­le­ża­ło mu na tym, żeby do­ga­dać się z po­ry­wa­cza­mi i unik­nąć z nami kon­tak­tu.

– Za­łóż­my, że tak fak­tycz­nie było. Dla­cze­go Piotr, kie­dy już dzi­siaj przy­szedł na po­li­cję, nie zgło­sił po­rwa­nia, tyl­ko za­gi­nię­cie? – spy­tał Mi­chał, wła­ści­wie nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. – W każ­dym ra­zie hi­po­te­zę o upro­wa­dze­niu war­to wziąć pod uwa­gę. Orien­tu­jesz się, czy tech­ni­cy są jesz­cze w domu pro­fe­so­ra?