Zaopiekuj się mną. Na ratunek śnieżnym panterom - Holly Webb - ebook

Zaopiekuj się mną. Na ratunek śnieżnym panterom ebook

Holly Webb

4,6

Opis

Kolejna książka z serii „Zaopiekuj się mną”, którą uwielbiają wszyscy mali miłośnicy zwierząt.
Tym razem główną bohaterką jest Iza, która niecierpliwie odlicza dni do świąt. Tuż przed świętami dziewczynka i jej rodzina wybierają się na wycieczkę do zoo. Siostra Izy zachwyca się wesołymi pingwinami, tymczasem ona z ogromną uwagą i podziwem obserwuje dostojne pantery śnieżne o wspaniałej cętkowanej srebrno-szarej sierści i długich puszystych ogonach.
Zachwycona i zafascynowana tymi zwierzętami, postanawia dowiedzieć, się, czy istnieje sposób, by jakoś ochronić i uratować ten zagrożony gatunek.
Iza będzie miała szansę spełnić swe marzenie… W magiczny sposób trafia do śnieżniej krainy, gdzie spróbuje pomóc dwóm małym śnieżnym panterom i ich mamie, bo zwierzęta są w niebezpieczeństwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 89

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (29 ocen)
22
5
0
2
0

Popularność




Tytuł oryginału: THE STORM LEOPARD
Przekład: PATRYK DOBROWOLSKI
Redaktor prowadząca: SYLWIA KUREK
Redakcja: TERESA ZIELIŃSKA
Korekta: RENATA FALKOWSKA
Projekt okładki: DOMINIKA KROGULSKA-NOWICKA
Opracowanie graficzne okładki, skład i łamanie: BERNARD PTASZYŃSKI
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2016 Wszystkie prawa zastrzeżone. Text copyright © Holly Webb, 2015 Illustration copyright © Artful Doodlers, 2015 Cover illustration copyright © Simon Mendez, 2015 Zdjęcie copyright © Nigel Bird Ilustracje do serii Mój niesforny szczeniak copyright © Kate Pankhurst
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-257-5
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.
.

Dla Lauren i KatelynHolly Webb

Dla Hannah – ogromne podziękowaniaJo

Iza patrzyła, jak grupka dzieci maszeruje drogą, grzechocząc pełnymi monet puszkami. Chodnik był śliski, pokryty szronem i zamarzniętymi kałużami. Jedna z dziewczynek prawie się przewróciła, dwie koleżanki zdołały ją jednak złapać i wszystkie zachichotały.

„Gdybym została w domu, śpiewałabym teraz kolędy z przyjaciółmi” – pomyślała Iza. Zamknęła frontowe drzwi i oparła się o nie, wzdychając. Niektóre dzieci z jej starej szkoły o tej porze roku wybierały się do domu spokojnej starości. Prawdopodobnie miało się to odbyć właśnie w tym tygodniu. Iza zmrużyła oczy i zerknęła na świąteczne pocztówki zawieszone na sznurku rozciągniętym wzdłuż balustrady. Jedną dostała od Lucynki, drugą od Eli. Były śliczne, pokryte brokatem, zawierały długie wiadomości, w których przyjaciółki pisały, że bardzo tęsknią, a w szkole bez Izy nie jest już tak jak dawniej. Lektura obu pocztówek rozśmieszyła dziewczynkę, która niemal słyszała słowa swoich przyjaciółek. Ale to nie to samo co prawdziwa rozmowa.

Wcześniej, gdy otworzyła drzwi, dostrzegła kilka osób ze swojej nowej klasy. Rozpoznał ją jeden z kolegów i pomachał do niej. To było miłe, choć i tak czuła się wyobcowana. Nikt jej nie zawołał, by dołączyła do grupy. Nikt w szkole nie wiedział, jak bardzo kocha śpiewać.

– Ładnie, prawda? – rzekła z uśmiechem mama dziewczynki, wychodząc z kuchni. Kolędnicy zbierali pieniądze na rzecz dziecięcego oddziału szpitala, a mama właśnie odłożyła na miejsce portfel. – Czuję teraz tę świąteczną atmosferę!

Iza pokiwała głową. Ona też pragnęła ją poczuć, problem w tym, że towarzyszył jej wielki smutek.

Jej młodsza siostra Tosia biegała tam i z powrotem korytarzem. Zaśpiewała: „W żłobie leży, cóż pobieży!”, po czym głośno zarżała. Były to słowa jej ulubionej pastorałki, choć czteroletnia Tosia nie pamiętała dalszego ciągu.

– Pamiętaj, śpiewa się: „W żłobie leży, któż pobieży!” – próbowała jej podpowiedzieć Iza, ale mała jej nie słuchała.

– Nawet nie próbuj – szepnęła mama. – Chodź, napij się gorącej czekolady. Kolędy były prześliczne, ale zmarzłam przez to stanie w otwartych drzwiach. Nie zdziwiłabym się, gdyby znowu zaczął padać śnieg. Takie zresztą były prognozy. To jedna z zalet przeprowadzki, prawda? Założę się też, że śnieg jest tu zupełnie inny. Nie będzie się zamieniał w brązowe błoto jak w mieście.

Iza nie odpowiedziała. Nie spodziewała się, by śnieg mógł jej zrekompensować utratę przyjaciół i konieczność oswojenia się w nowej szkole zaledwie kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. Rodzice wytłumaczyli wszystko zarówno jej, jak i Tosi. Dziewczynki musiały zrozumieć, że dzięki przeprowadzce mama i tata będą mogli otworzyć własny sklep i prowadzić własną działalność. To takie fascynujące! Poza tym ich nowy dom znajdował się w pobliżu domu dziadków. Iza musiała przyznać, że to akurat pozytywna wiadomość. To właśnie podczas odwiedzin babci i dziadka rodzice dowiedzieli się, że cukiernia, którą zawsze tak bardzo lubili, jest na sprzedaż. Gdyby tylko tamtego dnia nie przechodzili tamtą ulicą!

Mama Izy postawiła przed córką kubek gorącej czekolady, po czym otoczyła ją ramieniem.

– Wiem, że brakuje ci tego, co robiłaś w starym domu, ale tutaj też dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Jutro w zoo odbędzie się specjalne świąteczne spotkanie i będą tam też renifery, pamiętasz?

Iza pokiwała głową i się uśmiechnęła. Gorąca czekolada smakowała świetnie, była gęsta i słodka. Mama położyła nawet na wierzchu słodkie pianki. Tak bardzo się starała, jednak Izie święta wcale nie wydawały się aż tak świąteczne, mimo zapowiedzi, że wkrótce spadnie śnieg.

Iza zaśmiała się na widok przepływającego pingwina, który z uwagą przyglądał się odwiedzającym przez szklany panel w wielkim akwarium.

Tosia biegała tanecznym krokiem, piszcząc przy tym:

– Widziałaś to, Bell? Widziałaś go? Myślisz, że podoba mu się moja czapka?

Tosia uwielbiała pingwiny. Miała na sobie czapkę i rękawiczki z pingwinami i przez cały dzień nie mogła się doczekać spotkania z nimi, chyba nawet bardziej niż z reniferem Świętego Mikołaja.

Iza musiała skrycie przyznać sama przed sobą, że zoo jest kolejnym pozytywnym aspektem mieszkania w nowym domu. Ogród znajdował się tuż poza miasteczkiem, naprawdę niedaleko. W dodatku zawsze było tam wiele atrakcji i imprez okolicznościowych. Mama obiecała Izie, że będą odwiedzać to miejsce bardzo często.

Tosia stała teraz z nosem przyklejonym do szyby i wraz z mamą i tatą obserwowała pingwiny. Iza też lubiła te zwierzęta, lecz trochę zaczynał ją drażnić roznoszący się po akwarium zapach.

– Mamo – rzekła, dotykając jej ramienia. – Czy mogę sprawdzić, co się dzieje po drugiej stronie ścieżki? Chciałabym obejrzeć ten duży wybieg z drzewami i skałami. Nie oddalę się, obiecuję.

Mama spojrzała ponad wysokim ogrodzeniem na wybieg, który wyglądał tak, jakby został zbudowany na wzgórzu.

– Tylko uważaj na siebie, dobrze? I zostań tam, proszę. Za jakieś pięć minut do ciebie dołączymy.

Iza uznała, że rodzicom za nic w świecie nie uda się nakłonić Tosi w ciągu pięciu minut, aby pożegnała się z ukochanymi pingwinami, ale nie podzieliła się z nimi tą myślą.

– Do zobaczenia za chwilkę – rzuciła do mamy, po czym opuściła akwarium z ulgą, że nie będzie musiała wdychać więcej rybiego zapachu. Pomyślała, że pingwiny mieszkające na biegunie południowym raczej tak nie cuchną. Mroźne powietrze na pewno skutecznie neutralizuje taki smrodek.

Kiedy już kroczyła alejką, poczuła orzeźwiający, chłodny wietrzyk i wzięła głęboki oddech. Może mama miała rację i naprawdę zanosiło się na śnieg? Niebo miało taki ciężki szarożółty odcień.

– Hej, Izo? – odezwał się ktoś tuż za jej plecami, na co zaskoczona dziewczynka się odwróciła. Potrzebowała dłuższej chwili, by rozpoznać dziewczynkę ubraną w ciepłą czapkę i wełniany szalik. Była to jedna z jej nowych koleżanek z klasy.

– Cześć – przywitała się nieśmiało dziewczynka.

Iza nie potrafiła sobie przypomnieć jej imienia. Dorota? Łucja?

– Przyszłaś zobaczyć renifera? – spytała.

Koleżanka pokiwała głową.

– Można tak powiedzieć. Moja szkółka jeździecka pomaga przy świątecznej paradzie, która odbędzie się dziś po południu. No wiesz, ze Świętym Mikołajem na saniach. Szkoła wypożycza wszystkie kucyki. Ja też biorę udział w paradzie. Ogólnie się cieszę, ale będę musiała wystąpić w stroju elfa. Obiecaj, że nie będziesz się ze mnie śmiać!

– Pewnie, że nie będę – zapewniła Iza. – Szczęściara z ciebie, że uczysz się jeździć na koniu. Ja próbowałam tylko kilka razy na wakacjach. W okolicy, z której pochodzę, nie było żadnej stadniny.

– Powinnaś odwiedzić moją stadninę – stwierdziła dziewczynka. – Tam jest fantastycznie. Pierwszy raz mogłabyś pojechać ze mną, żebyś nie czuła się samotna.

– Dorotko! Chodź już! – W stronę dziewczynek machał jakiś mężczyzna, któremu Dorotka posłała promienny uśmiech.

– Muszę już lecieć. Obiecałam tacie, że nie będzie mnie zaledwie chwilkę. Chciałam się tylko przywitać. Do zobaczenia! I pamiętaj: nie śmiej się z mojego kostiumu elfa!

– Jasne! – rzekła Iza i z uśmiechem odprowadziła koleżankę wzrokiem. Stadnina koni w pobliżu! A do tego Dorotka ją tam zaprosiła! Powiedziała to tak, jakby naprawdę jej zależało. Iza podeszła do wybiegu z uśmiechem na twarzy. Dawno nie była w tak dobrym humorze.

Po jakiejś minucie wpatrywania się w gęste drzewa uznała, że jest znacznie szczęśliwsza niż większość osób zebranych przy zabezpieczonej drutem kolczastym barierce. Jedna rodzina oddalała się właśnie z malującym się na twarzach zawodem. Pozostali również sprawiali wrażenie zbitych z tropu. Może mieszkaniec wybiegu nie miał ochoty im się pokazać? Druciane ogrodzenie ciągnęło się dookoła całego ogromnego wybiegu, porośniętego drzewami i krzewami, a pomiędzy ciemnymi skałami przepływał nawet niewielki strumyk. Zwierzę, które go zamieszkiwało, z łatwością mogłoby się ukryć, gdyby chciało.

– Może jest zbyt chłodno, żeby wyszło – wyszeptała pod nosem Iza. Jej to nie przeszkadzało. Mogła wrócić do pingwinów i opowiedzieć mamie o szkole jeździeckiej. Tata wspominał, że byłoby miło, gdyby dziewczynki znalazły sobie jakieś zajęcie, kiedy już się na dobre zadomowią w nowym miejscu.

Kiedy się odwracała, kątem oka uchwyciła jakiś ruch w krzakach. Z zainteresowaniem nachyliła się i wytężyła wzrok, patrząc przez druty ogrodzenia. Cokolwiek to było, miało bladoszarą sierść i wyglądało na dość duże. Iza wstrzymała oddech i patrzyła, jak zwierzę wychodzi z ukrycia i wpatruje się w nią lśniącymi złotozielonymi oczami.

– Pantera... – westchnęła dziewczynka. Nie miała jednak do końca racji. Widziała już pantery na zdjęciach. Były smukłe, miały długie złotawe ciało i krótką jedwabistą sierść. Ten kot natomiast miał małą, kształtną głowę, ale reszta jego ciała była raczej krępa, łapy srebrzyste, a klatka piersiowa dość szeroka. Pantera była nakrapiana czarnymi plamkami, a ogon miała długi i gruby. Machała nim za sobą niczym kosmatym szalikiem.

Kocica spojrzała na dziewczynkę wielkimi okrągłymi oczami przypominającymi szklane kulki. Następnie odwróciła się i z gracją skoczyła między skały. Iza z wrażenia otworzyła szeroko buzię.

– To nie jest zwykła pantera – wyszeptała. Cały czas wpatrywała się w głąb wybiegu, ale srebrnoszary kot gdzieś zniknął. Iza zadrżała, gdy zimny wiatr podwiał jej kurtkę.

– Ciekawe, kim jesteś? – wyszeptała, chowając ręce do kieszeni i pędząc w stronę gabloty stojącej przed wybiegiem. – Aaa, panterą śnieżną! – zawołała. Nawet nie wiedziała, że takie zwierzęta istnieją. Zamyśliła się, marszcząc czoło. Pantery żyją chyba w dżungli? A przynajmniej w lesie? Wydawało jej się, że ich kamuflaż ma za zadanie dawać im schronienie między liśćmi. Iza zachichotała, wyobraziwszy sobie, jak pantera śnieżna próbuje się ukryć w śniegu. Byłoby widać tylko jej cętki...

„Z drugiej strony, przecież śnieg nie zawsze jest całkiem biały – uznała dziewczynka, rozglądając się w zamyśleniu po skalistym wybiegu. – A może te cętki pomagają im się wtopić w otoczenie, jeśli na wolności żyją w takim skalistym terenie?”. Z zaciekawieniem przyglądała się gablotce z fotografiami panter śnieżnych w ich naturalnym środowisku oraz mapą ukazującą rejony świata, w których żyją. Chiny, Rosja, Nepal, Indie.

– Himalaje... To górskie koty.

Iza ponownie zerknęła w stronę skał i wstrzymała oddech. Czyżby spomiędzy gałęzi spoglądał na nią ten sam srebrzysty pysk, czy to tylko jej wyobraźnia?

Wiatr poruszył delikatnie gałęźmi, ale nic więcej tam nie dostrzegła. Chociaż Iza nie widziała pantery, była pewna, że zwierzę cały czas obserwuje ją i nasłuchuje.

– Już wiem, po co ci takie futro – rzekła. – Wygląda na milutkie, idealne na ośnieżone góry. – Wróciła do lektury. Z gabloty dowiedziała się, że pantery śnieżne używają puszystych ogonów do ogrzewania swych nosów, jakby były szalikami. Iza podciągnęła swój szalik nieco wyżej. – Masz dobry plan – szepnęła w stronę pantery.

– Na co tak patrzysz? – Usłyszała za plecami głos mamy i aż podskoczyła.

– O rany! Właśnie czytałam informacje na temat panter śnieżnych. Ta tutaj nazywa się Dara.

– Słodka! – przyznała Tosia, oglądając zdjęcia. – Gdzie ona jest? – spytała, próbując zajrzeć za ogrodzenie i zbliżając się do drutu. – Nie widzę. Chciałabym zobaczyć wielkiego kota!

– Może śpi – wyjaśniła mama, kucając przy małej. – Pantery mają tu jaskinie i nory, w których mogą spać. Wyczytałam to na stronie internetowej ogrodu zoologicznego. Dowiedziałam się, że te zwierzęta są bardzo płochliwe. Czasami po prostu nie chcą być oglądane. Mamy wielkie szczęście, że w naszym zoo możemy sobie na nią popatrzeć. Bardzo rzadko widuje się pantery śnieżne na wolności.

– Chcę, żeby wyszła i popatrzyła na mnie! – oburzyła się Tosia. – To nie w porządku!

– „Na wolności żyje już tylko pięć tysięcy osobników” – odczytał z tabliczki tata dziewczynek.

– Ojej! To zdecydowanie zagrożony gatunek. Ale jest też informacja, że w tym zoo hodują je już od jakiegoś czasu.

Iza pokiwała głową.

– Wygląda na