Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 519 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zanurzyć się w mrok - Tim Weaver

Siedemnastoletnia Megan Carver, dobra dziewczyna ze szczęśliwej rodziny, nie ma chłopaka ani żadnego innego powodu, żeby uciec z domu. A jednak znika bez śladu, a po prawie siedmiu miesiącach intensywnego i nagłośnionego przez dziennikarzy śledztwa nie zostaje odnaleziona. Dochodzenie utyka w martwym punkcie.

Prywatny detektyw David Raker, specjalizujący się w poszukiwaniu osób zaginionych, doskonale wie, czym jest ból po utracie najbliższej osoby. Niedawno sam musiał się z nim oswoić. Kiedy zrozpaczeni Carverowie proszą go o pomoc w odszukaniu córki, daje im wyraźnie do zrozumienia, że szanse na jej bezpieczny powrót do domu są znikome. Dziewczyna najprawdopodobniej nie żyje. Przyjmując zlecenie, Raker nie wie jeszcze, że poznanie tajemnic Megan może kosztować go życie. Stopniowo
zdaje sobie sprawę, że wszystko, co wiąże się ze sprawą zniknięcia, jest kłamstwem. Osoby blisko związane z Megan zostały zamordowane albo są zbyt przerażone, by mówić. Zmowa milczenia nie przeszkodzi Davidowi w dotarciu do prawdy, doprowadzając go do zrujnowanej fabryki i lasu na peryferiach miasta. Miejsca o przerażającej historii, związanej z seryjnym zabójcą, który przed kilkudziesięcioma laty pogrzebał tam wiele swoich ofiar – młodych kobiet. Okoliczni mieszkańcy nazywają je Torowiskiem Umarłych...

Opinie o ebooku Zanurzyć się w mrok - Tim Weaver

Fragment ebooka Zanurzyć się w mrok - Tim Weaver

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Sie­dem­na­sto­let­nia Me­gan Ca­rver, do­bra dziew­czy­na ze szczę­śli­wej ro­dzi­ny, nie ma chło­pa­ka ani żad­ne­go in­ne­go po­wo­du, żeby uciec z domu. A jed­nak zni­ka bez śla­du, a po pra­wie sied­miu mie­sią­cach in­ten­syw­ne­go i na­gło­śnio­ne­go przez dzien­ni­ka­rzy śledz­twa nie zo­sta­je od­na­le­zio­na. Do­cho­dze­nie uty­ka w mar­twym punk­cie.

Pry­wat­ny de­tek­tyw Da­vid Ra­ker, spe­cja­li­zu­ją­cy się w po­szu­ki­wa­niu osób za­gi­nio­nych, do­sko­na­le wie, czym jest ból po utra­cie naj­bliż­szej oso­by. Nie­daw­no sam mu­siał się z nim oswo­ić. Kie­dy zroz­pa­cze­ni Ca­rve­ro­wie pro­szą go o po­moc w od­szu­ka­niu cór­ki, daje im wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że szan­se na jej bez­piecz­ny po­wrót do domu są zni­ko­me. Dziew­czy­na naj­praw­do­po­dob­niej nie żyje. Przyj­mu­jąc zle­ce­nie, Ra­ker nie wie jesz­cze, że po­zna­nie ta­jem­nic Me­gan może kosz­to­wać go ży­cie. Stop­nio­wo zda­je so­bie spra­wę, że wszyst­ko, co wią­że się ze spra­wą znik­nię­cia, jest kłam­stwem. Oso­by bli­sko zwią­za­ne z Me­gan zo­sta­ły za­mor­do­wa­ne albo są zbyt prze­ra­żo­ne, by mó­wić. Zmo­wa mil­cze­nia nie prze­szko­dzi Da­vi­do­wi w do­tar­ciu do praw­dy, do­pro­wa­dza­jąc go do zruj­no­wa­nej fa­bry­ki i lasu na pe­ry­fe­riach mia­sta. Miej­sca o prze­ra­ża­ją­cej hi­sto­rii, zwią­za­nej z se­ryj­nym za­bój­cą, któ­ry przed kil­ku­dzie­się­cio­ma laty po­grze­bał tam wie­le swo­ich ofiar – mło­dych ko­biet. Oko­licz­ni miesz­kań­cy na­zy­wa­ją je To­ro­wi­skiem Umar­łych…

TIM WE­AVER

Pi­sarz bry­tyj­ski, z za­wo­du dzien­ni­karz. Jako „wol­ny strze­lec” współ­pra­co­wał z wie­lo­ma dzien­ni­ka­mi i cza­so­pi­sma­mi, m.in. „The Gu­ar­dian” i „Sports Il­lu­stra­ted”, pi­su­jąc o fil­mach, te­le­wi­zji, spo­rcie i grach kom­pu­te­ro­wych. Wy­da­nie pierw­szej książ­ki za­ję­ło mu pra­wie 10 lat: po ko­lei od­rzu­ca­li ją wszy­scy wy­daw­cy. We­aver jest au­to­rem czte­rech thril­le­rów o pry­wat­nym de­tek­ty­wie Da­vi­dzie Ra­ke­rze, zaj­mu­ją­cym się po­szu­ki­wa­niem osób za­gi­nio­nych: Ści­ga­jąc umar­łych, Za­nu­rzyć się w mrok, Va­ni­shed Ne­ver i Ne­ver Co­ming Back. Uwiel­bia po­wie­ści Lee Chil­da i Mi­cha­ela Con­nel­ly’ego.

www.tim­we­aver­bo­oks.com

Tego au­to­ra

Da­vid Ra­ker

ŚCI­GA­JĄC UMAR­ŁYCH

ZA­NU­RZYĆ SIĘ W MROK

BEZ OSTRZE­ŻE­NIA

ZNIK­NĘ­LI NA ZA­WSZE

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE DEAD TRACKS

Co­py­ri­ght © Tim We­aver 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew Ko­ściuk 2013

Re­dak­cja: Be­ata Ko­ło­dziej­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: ol­lyy/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-184-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Ma­mie i ta­cie

Przed nim na­ro­dy lęk od­czu­wać będą,

wszyst­kie twa­rze po­bled­ną.

Księ­ga Jo­na­sza 2,6, Bi­blia Ty­siąc­le­cia

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Spo­tka­li­śmy się w re­stau­ra­cji Bo­ne­acres nad Ta­mi­zą. Sie­dzie­li w bok­sie z tyłu sali. Stru­gi desz­czu spły­wa­ły po szy­bach, a oni ga­pi­li się na lu­dzi cze­ka­ją­cych na prze­jażdż­kę lon­dyń­skim Eye, ogrom­nym dia­bel­skim mły­nem. Pierw­sza pod­nio­sła wzrok ko­bie­ta. Ca­ro­li­ne Ca­rver. Za­uwa­ży­łem, że pła­ka­ła. Mia­ła za­czer­wie­nio­ne oczy, a część ma­ki­ja­żu zmy­ły łzy. Była szczu­pła i ele­ganc­ko ubra­na. Mia­ła czter­dzie­ści parę lat, ale po­sta­rza­ła się po­nad swój wiek. Spo­strze­głem zmarszcz­ki, gru­be i ciem­ne, jak­by na­ma­lo­wa­no je olej­ną far­bą albo wy­cię­to skal­pe­lem. Cho­ciaż uśmiech­nę­ła się na mój wi­dok, w wy­ra­zie jej twa­rzy nie było ser­decz­no­ści. Zre­zy­gno­wa­ła z uda­wa­nia, po­dob­nie jak więk­szość ro­dzi­ców, z któ­ry­mi mia­łem do czy­nie­nia. Im dłu­żej ocze­ki­wa­li na po­wrót za­gi­nio­nych dzie­ci, tym grub­sza war­stwa lodu sku­wa­ła ich ser­ce.

Wy­szła z bok­su, żeby uści­snąć mi dłoń, a na­stęp­nie prze­pu­ści­ła mnie, że­bym przy­wi­tał się z jej mę­żem. Ja­mes Ca­rver był po­tęż­nym męż­czy­zną. Przy­po­mi­nał niedź­wie­dzia. Nie pod­niósł się na mój wi­dok, wy­cią­gnął tyl­ko rękę nad sto­łem. Moja dłoń znik­nę­ła w jego łap­sku. Wie­dzia­łem o nich to i owo, głów­nie z te­le­fo­nicz­nej roz­mo­wy, któ­rą od­by­łem z Ca­ro­li­ne kil­ka dni wcze­śniej. Po­wie­dzia­ła, że miesz­ka­ją w sta­rym ko­ście­le prze­ro­bio­nym na dom z czte­re­ma sy­pial­nia­mi. Ca­rver miał tam biu­ro swo­jej fir­my bu­dow­la­nej, któ­rą two­rzył pięt­na­ście lat. Są­dząc po oce­nia­nej na dwa mi­lio­ny fun­tów nie­ru­cho­mo­ści, ciu­chach, któ­re no­si­li, i zna­nej klien­te­li, dzia­łal­ność bu­dow­la­na po­zwa­la­ła im żyć na przy­zwo­itym po­zio­mie.

Ca­rver uśmiech­nął się do mnie bar­dziej szcze­rze od żony i wska­zał miej­sce z dru­giej stro­ny sto­łu. Wśli­zgną­łem się do środ­ka. Przede mną le­ża­ło otwar­te menu. Wi­dząc ceny, ucie­szy­łem się, że to oni za­pro­po­no­wa­li miej­sce spo­tka­nia.

– Dzię­ku­ję, że pan przy­szedł – po­wie­dzia­ła pani Ca­rver.

Ski­ną­łem gło­wą.

– Ład­ny lo­kal.

Ro­zej­rze­li się do­ko­ła, jak­by wcze­śniej o tym nie po­my­śle­li. Ca­rver się uśmiech­nął. Ca­ro­li­ne od­wró­ci­ła wzrok, uda­jąc, że prze­glą­da menu.

– Przy­cho­dzi­li­śmy tu­taj przed ślu­bem – wy­ja­śnił. – Wte­dy ser­wo­wa­li tu ste­ki i owo­ce mo­rza. – Żona spoj­rza­ła na nie­go, a Ca­rver ujął jej dłoń. – Ca­ro­li­ne po­wie­dzia­ła, że był pan kie­dyś dzien­ni­ka­rzem.

– Daw­no temu.

– Pew­nie było to cie­ka­we za­ję­cie.

– Tak, cał­kiem za­baw­ne.

Rzu­cił okiem na moją lewą dłoń. Dwa pa­znok­cie były wklę­słe i po­ła­ma­ne. Środ­kiem płyt­ki bie­gła bia­ła bli­zna – tam, gdzie ro­go­wa war­stwa nig­dy nie od­ro­śnie.

– Wo­jen­ne bli­zny? – spy­tał.

Spoj­rza­łem na pa­znok­cie.

– Nie, te są cał­kiem świe­że.

– Cze­mu pan rzu­cił tę ro­bo­tę?

Po­pa­trzy­łem na nie­go, a póź­niej prze­nio­słem wzrok na Ca­ro­li­ne.

– Moja żona była umie­ra­ją­ca.

Ide­al­ny spo­sób na prze­rwa­nie roz­mo­wy. Prze­su­nę­li się nie­zręcz­nie na krze­słach. Ca­ro­li­ne utkwi­ła wzrok w bla­cie, a póź­niej wzię­ła menu. Ca­rver od­chrząk­nął. Gdy ci­sza sta­ła się zbyt dłu­ga, się­gnął do kie­sze­ni i wy­cią­gnął fo­to­gra­fię. Coś mi­gnę­ło w jego oczach. Fala smut­ku. Od­wró­cił zdję­cie i po­ło­żył przede mną.

– To Me­gan – wy­ja­śnił.

□ □ □

Kie­dy Ca­ro­li­ne za­dzwo­ni­ła pierw­szy raz, wy­ja­śni­łem jej, jak tra­fić do mo­je­go biu­ra. Upar­ła się na spo­tka­nie w bar­dziej neu­tral­nym miej­scu, jak­by zło­że­nie u mnie wi­zy­ty sta­no­wi­ło po­twier­dze­nie fak­tu, że ich cór­ka znik­nę­ła na do­bre. Po usta­le­niu cza­su i miej­sca opo­wie­dzia­ła mi tro­chę o Me­gan. Do­bra dziew­czy­na ze szczę­śli­wej ro­dzi­ny. Nie mia­ła chło­pa­ka ani żad­ne­go po­wo­du, żeby uciec z domu.

Znik­nę­ła nie­mal sie­dem mie­się­cy temu.

Co roku w Wiel­kiej Bry­ta­nii gi­nie bez śla­du dwie­ście ty­się­cy osób. Trzy­dzie­ści ty­się­cy w sa­mym Lon­dy­nie. Oczy­wi­ście, za­gi­nię­cie mło­dej bia­łej dziew­czy­ny z kla­sy śred­niej, ma­ją­cej obo­je ro­dzi­ców, było dla me­diów naj­lep­szą sen­sa­cją. Po­świę­ci­ły spra­wie spo­ro miej­sca – pi­sa­no o niej w pra­sie lo­kal­nej i kra­jo­wej, krót­kie wzmian­ki uka­za­ły się na­wet za gra­ni­cą. Dzien­ni­ka­rze drą­ży­li te­mat ty­go­dnia­mi, za­miesz­cza­jąc je­den na­głó­wek po dru­gim. Przed do­mem Me­gan sta­ły wozy trans­mi­syj­ne wszyst­kich sta­cji te­le­wi­zyj­nych w kra­ju. Po­ru­sze­nie znik­nię­ciem Me­gan i śledz­two pro­wa­dzo­ne w peł­nym świe­tle re­flek­to­rów na­le­ża­ły do spraw okre­śla­nych mia­nem SZBK.

Syn­drom Za­gi­nio­nej Bia­łej Ko­bie­ty.

Na fo­to­gra­fii, któ­rą mi po­ka­za­li, Me­gan sie­dzia­ła z mamą na pla­ży. Pia­sek był bia­ły, usia­ny ma­ły­mi ka­my­ka­mi i ga­łąz­ka­mi, nik­ną­cy w sza­fi­ro­wym mo­rzu. Za ple­ca­mi Ca­ro­li­ne i Me­gan ba­wił się mały chło­piec. Mógł mieć ze czte­ry lata. Był od­wró­co­ny bo­kiem do apa­ra­tu, za­ab­sor­bo­wa­ny ko­pa­niem doł­ka.

– To nasz syn, Le­igh – wy­ja­śnił Ca­rver, wska­zu­jąc chłop­ca. Spoj­rzał na mnie, jak­by wy­czuł, o czym my­ślę. Mię­dzy ich dzieć­mi było trzy­na­ście lat róż­ni­cy. – Le­igh był dla nas. – rzu­cił okiem na żonę – bar­dzo miłą nie­spo­dzian­ką.

– Kie­dy zro­bio­no to zdję­cie?

– Osiem mie­się­cy temu.

– Tuż przed znik­nię­ciem cór­ki?

– Tak, pod­czas na­szych ostat­nich wspól­nych wa­ka­cji na Flo­ry­dzie.

Me­gan była có­recz­ką ta­tu­sia. Po­dob­na twarz, po­dob­ne li­nie wo­kół oczu. Jego bu­do­wy cia­ła, duża, ale nie oty­ła. Atrak­cyj­na sie­dem­na­sto­let­nia dziew­czy­na. Dłu­gie, za­dba­ne ja­sne wło­sy i oliw­ko­wa cera, któ­ra pod wpły­wem słoń­ca na­bra­ła od­cie­nia brą­zu.

– Pro­szę mi opo­wie­dzieć o dniu, w któ­rym za­gi­nę­ła.

Obo­je ski­nę­li gło­wą, ale żad­ne nie pod­ję­ło wąt­ku. Wie­dzie­li, co to ozna­cza: ból wy­wo­ła­ny wspo­mnie­nia­mi, po­now­ne re­la­cjo­no­wa­nie tych sa­mych zda­rzeń, mó­wie­nie o cór­ce w cza­sie prze­szłym. Wy­cią­gną­łem no­tat­nik i dłu­go­pis, żeby de­li­kat­nie ich przy­na­glić. Ca­rver od­wró­cił się do żony, ale Ca­ro­li­ne dała mu znak, żeby za­brał głos.

– Nie wy­da­rzy­ło się nic szcze­gól­ne­go – po­wie­dział w koń­cu. Po­cząt­ko­wo jego głos był nie­pew­ny, ale po chwi­li na­brał wy­raź­ne­go ryt­mu. – Za­wieź­li­śmy cór­kę do szko­ły, a kie­dy po nią wró­ci­li­śmy, nie było jej. Znik­nę­ła.

– Czy rano za­cho­wy­wa­ła się nor­mal­nie? Wszyst­ko było w po­rząd­ku?

– Tak.

– Nic się nie zda­rzy­ło?

Po­trzą­snął gło­wą.

– Nie.

– Zro­zu­mia­łem, że Me­gan nie mia­ła chło­pa­ka.

– Tak – ucię­ła krót­ko Ca­ro­li­ne.

Ca­rver spoj­rzał na żonę i uści­snął jej dłoń.

– Nie mia­ła chło­pa­ka, a przy­najm­niej nic nam o nim nie po­wie­dzia­ła. Z tego wy­ni­ka, że z ni­kim nie cho­dzi­ła.

– Czy wcze­śniej się z kimś spo­ty­ka­ła?

– Tak. – Ca­ro­li­ne ski­nę­ła gło­wą. – Z pa­ro­ma chłop­ca­mi.

– Po­zna­li ich pań­stwo?

– Bar­dzo po­bież­nie. Po­wta­rza­ła, że kie­dy przy­pro­wa­dzi chło­pa­ka do domu na dłu­żej niż kil­ka mi­nut, bę­dzie to zna­czy­ło, że po­waż­nie trak­tu­je tę re­la­cję. – Uśmiech­nę­ła się z tru­dem. – Miej­my na­dzie­ję, że jesz­cze do­ży­je­my tego dnia. Prze­rwa­łem na chwi­lę, bo Ca­rver przy­su­nął się do żony i ob­jął ją ra­mie­niem. Po­pa­trzył jej w oczy, a póź­niej utkwił wzrok we mnie.

– Nig­dy nie wspo­mi­na­ła, że pra­gnie do­kądś po­je­chać? Choć­by do Lon­dy­nu? – za­py­ta­łem.

Ca­rver po­krę­cił gło­wą.

– Nie, co naj­wy­żej o wy­jeź­dzie na stu­dia.

– A jej przy­ja­ciół­ki? Roz­ma­wia­li pań­stwo z nimi?

– Nie. Nie zro­bi­li­śmy tego oso­bi­ście, ale po­li­cja wszyst­kie prze­słu­cha­ła.

– Czy któ­raś coś wie­dzia­ła?

– Nie.

Pod­nio­słem dłu­go­pis.

– Mimo to chciał­bym za­pi­sać na­zwi­ska i ad­re­sy jej naj­bliż­szych ko­le­ża­nek. War­to po­roz­ma­wiać z nimi jesz­cze raz.

Ca­ro­li­ne się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­ję­ła zie­lo­ny no­tes z ad­re­sa­mi, do­sta­tecz­nie mały, aby mógł zmie­ścić się w kie­sze­ni kurt­ki. Po­da­ła mi go.

– Wszyst­kie ad­re­sy są tu­taj. Tak­że ad­res szko­ły, do któ­rej cho­dzi­ła – wy­ja­śni­ła. – To jej no­tes z ad­re­sa­mi. Na­zy­wa­ła go Księ­gą Ży­cia. Na­zwi­ska, nu­me­ry te­le­fo­nów, za­pi­ski.

Po­dzię­ko­wa­łem ski­nie­niem gło­wy i wzią­łem no­tes.

– Mają pań­stwo kon­takt z po­li­cją?

– Pra­wie żad­ne­go. Roz­ma­wia­my z nimi co dwa ty­go­dnie… – Ca­rver urwał i się wzdry­gnął. Spoj­rzał ner­wo­wo na żonę. – Po­cząt­ko­wo ro­bi­li duże po­stę­py. Po­wie­dzie­li nam, że mają kil­ka in­te­re­su­ją­cych tro­pów. Roz­bu­dzi­li na­sze na­dzie­je.

– Wy­ja­śni­li, o co cho­dzi­ło?

– Nie. Byli w kło­po­tli­wej sy­tu­acji. – Zro­bił krót­ką prze­rwę. – Wy­zna­czy­li­śmy na­gro­dę za in­for­ma­cję o miej­scu po­by­tu cór­ki, więc otrzy­my­wa­li mnó­stwo te­le­fo­nów. Ja­mie Hart stwier­dził, że nie chce nam da­wać fał­szy­wej na­dziei. Po­wie­dział, że on i jego lu­dzie prze­ana­li­zu­ją za­wia­do­mie­nia i od­wa­lą pa­pier­ko­wą ro­bo­tę, a póź­niej do nas wró­cą.

– Czy do­cho­dze­nie pro­wa­dził Ja­mie Hart?

– Tak.

Kie­dy za­pi­sy­wa­łem na­zwi­sko Har­ta, przy sto­li­ku sta­nął kel­ner, żeby przy­jąć za­mó­wie­nie. Sły­sza­łem o Har­cie. Za mo­ich cza­sów w ga­ze­cie kie­ro­wał gru­pą do­cho­dze­nio­wą tro­pią­cą se­ryj­ne­go gwał­ci­cie­la. Wy­cią­gną­łem ma­te­ria­ły z ar­chi­wum „Ti­me­sa” przy oka­zji pro­wa­dze­nia in­nej spra­wy.

– Czy się póź­niej ode­zwał? – spy­ta­łem, gdy kel­ner się od­da­lił.

Ca­rver po­krę­cił gło­wą, sta­ra­jąc się za­prze­czyć w jak naj­bar­dziej dy­plo­ma­tycz­ny spo­sób.

– Nie. Mie­li­śmy na­dzie­ję na coś wię­cej.

– Co to zna­czy?

– Po­cząt­ko­wo wy­dzwa­nia­li co­dzien­nie. Za­da­wa­li py­ta­nia, bra­li róż­ne rze­czy do ana­li­zy. Póź­niej, po kil­ku mie­sią­cach śledz­twa, utknę­li w miej­scu. Prze­sta­li do nas przy­cho­dzić. Te­raz po­wta­rza­ją, że nie mają dla nas żad­nych no­wych wia­do­mo­ści. – Ką­ci­ki jego ust opa­dły, na twa­rzy po­ja­wił się gry­mas bólu. – Chy­ba­by nam po­wie­dzie­li, gdy­by od­kry­li coś istot­ne­go, praw­da?

– Po­win­ni.

Prze­rwał na chwi­lę, się­ga­jąc po drin­ka.

– Kie­dy do­kład­nie znik­nę­ła Me­gan?

– W po­nie­dzia­łek, trze­cie­go kwiet­nia – od­parł Ca­rver.

Był dzie­więt­na­sty paź­dzier­ni­ka. Od stu dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu dni nie mie­li wia­do­mo­ści od cór­ki. Po­li­cja tra­ci za­in­te­re­so­wa­nie spra­wą po upły­wie czter­dzie­stu ośmiu go­dzin od za­gi­nię­cia. Z mo­je­go oso­bi­ste­go do­świad­cze­nia wy­ni­ka, że klu­czo­we zna­cze­nie mają pierw­sze dni. Im dłu­żej trwa­ją po­szu­ki­wa­nia, tym gor­sze są sta­ty­sty­ki. Cza­sa­mi za­gi­nio­ne­go od­naj­du­je się po pię­ciu dniach, ty­go­dniu albo dwóch. Zwy­kle je­śli za­gi­nio­na oso­ba nie znaj­dzie się w cią­gu czter­dzie­stu ośmiu go­dzin, ozna­cza to, że znik­nę­ła na do­bre i nie ma ocho­ty wró­cić do domu – albo jej cia­ło gdzieś leży, cze­ka­jąc, aż zo­sta­nie od­kry­te.

– Kie­dy wi­dzia­no ją ostat­ni raz?

– Trze­cie­go kwiet­nia o trze­ciej po po­łu­dniu – od­po­wie­dział Ca­rver. – Po­szła na pierw­sze za­ję­cia po lun­chu, ale na dru­gie już nie do­tar­ła. Mia­ła się spo­tkać z przy­ja­ciół­ką, Ka­itlin, przy szaf­kach, bo obie cho­dzi­ły na lek­cje bio­lo­gii. Me­gan już się nie po­ja­wi­ła.

– Czy tego dnia za­ję­cia z bio­lo­gii były ostat­nie?

– Tak.

– Czy w szko­le za­in­sta­lo­wa­no ka­me­ry te­le­wi­zji prze­my­sło­wej?

– Tak, ale sys­tem mo­ni­to­rin­gu ma bar­dzo ogra­ni­czo­ny za­sięg. Ja­mie po­wie­dział nam, że spraw­dzi­li na­gra­nia ze wszyst­kich ka­mer, lecz ni­cze­go nie zna­leź­li.

– Po­wie­dzie­li­ście mu o na­szym spo­tka­niu?

Ca­rver po­krę­cił gło­wą.

– Nie.

Po­my­śla­łem, że to do­brze. Naj­le­piej bę­dzie za­te­le­fo­no­wać do Har­ta bez uprze­dze­nia. Po­li­cja ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów nie lubi, żeby obcy dep­ta­li im po pię­tach. Szcze­gól­nie w przy­pad­ku spraw, któ­re nie zo­sta­ły za­mknię­te. Gdy­by wpa­dli na nowy trop, zwar­li­by szy­ki i usta­wi­li wozy w krę­gu tak, że nie zdo­łał­bym się zbli­żyć.

– Co da­lej? – spy­tał Ca­rver.

– Chciał­bym po­mó­wić z pań­stwem w domu. Obej­rzeć sy­pial­nię Me­gan. Nie spo­dzie­wam się zna­leźć ni­cze­go waż­ne­go, ale mu­szę to spraw­dzić.

Przy­tak­nę­li, choć żad­ne się nie ode­zwa­ło.

– Póź­niej za­cznę pra­co­wać nad spra­wą po swo­je­mu – po­wie­dzia­łem, kła­dąc rękę na Księ­dze Ży­cia Me­gan. – Czy po­li­cja przej­rza­ła no­tes?

– Tak – od­parł Ca­rver.

– Zna­leź­li coś?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Od­da­li go.

Za­tem nie zna­leź­li. Chwi­lę póź­niej wró­cił kel­ner z za­mó­wio­nym je­dze­niem.

– Czy jest ja­kaś szan­sa, że jesz­cze żyje? – spy­ta­ła Ca­ro­li­ne, kie­dy kel­ner od­szedł.

Po­pa­trzy­li­śmy na nią z Ca­rve­rem. Od­wró­cił się i lek­ko prze­su­nął, jak­by był za­sko­czo­ny i roz­cza­ro­wa­ny jej py­ta­niem. Może nie za­da­ła go nig­dy wcze­śniej. A może nie chciał znać od­po­wie­dzi.

Po­pa­trzy­łem na nią, a póź­niej na nie­go, by po­now­nie prze­nieść wzrok na Ca­ro­li­ne.

– Szan­sa za­wsze ist­nie­je.

– Tak – od­par­ła. – Są­dzi pan, że ona żyje?

Wbi­łem wzrok w mo­je­go po­ka­wał­ko­wa­ne­go ho­ma­ra, nie chcąc, żeby zdra­dzi­ły mnie oczy. W koń­cu jed­nak mu­sia­łem na nią spoj­rzeć, a gdy to zro­bi­łem, do­my­śli­ła się od­po­wie­dzi, bo wol­no ski­nę­ła gło­wą i za­czę­ła pła­kać.

□ □ □

Kie­dy wy­szli­śmy na uli­cę, Ja­mes Ca­rver uści­snął mi dłoń i obaj pa­trzy­li­śmy, jak jego żona idzie wol­no Na­brze­żem Wik­to­rii, na tle ry­su­ją­ce­go się w od­da­li West­min­ste­ru. Ciem­no­sza­rą Ta­mi­zą su­nę­ły ło­dzie. W koń­cu je­sień dała o so­bie znać, wy­bu­dza­jąc rze­kę ze sta­nu hi­ber­na­cji po upal­nym i par­nym le­cie.

– Ile pan chce za tę ro­bo­tę? – za­py­tał.

– Po­mó­wi­my o tym ju­tro.

Ski­nął gło­wą.

– Będę w domu, ale może pan nie za­stać Ca­ro­li­ne… pra­cu­je w szko­le w So­uth Hack­ney.

– W po­rząd­ku. Po­roz­ma­wiam z nią, kie­dy bę­dzie mia­ła czas.

Ca­rver po­biegł za żoną, do­pę­dził ją i ujął jej dłoń. Za­re­ago­wa­ła chłod­no, jej pal­ce były twar­de i sztyw­ne. Za­czął coś mó­wić, ale ona tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i szła da­lej. Kie­dy do­tar­li do Przy­sta­ni West­min­ster­skiej i prze­szli na dru­gą stro­nę uli­cy, zmie­rza­jąc w kie­run­ku sta­cji me­tra, od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła na mnie. Przez chwi­lę mia­łem wra­że­nie, że za­ta­iła coś pod­czas roz­mo­wy: wy­czu­łem cień skry­wa­nej przed mę­żem ta­jem­ni­cy.

Mu­sia­łem się do­wie­dzieć, o co cho­dzi.

□ □ □

O pią­tej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu za­czę­ło się zmierz­chać. W dro­dze z re­stau­ra­cji zaj­rza­łem do biu­ra. Zo­sta­wi­łem tam no­tat­ki, tak­że te, któ­re rano zro­bi­łem na te­mat Me­gan Ca­rver. Gdy przed siód­mą do­tar­łem do domu, było już ciem­no. Nie włą­czy­łem alar­mu, więc czuj­ni­ki ci­cho pik­nę­ły: naj­pierw w kuch­ni, a póź­niej w sa­lo­nie, głów­nej sy­pial­ni i ko­ry­ta­rzu. Rzu­ci­łem no­tat­ki, wzią­łem prysz­nic i na chwi­lę przy­sia­dłem na kra­wę­dzi łóż­ka, oglą­da­jąc moje zdję­cia z Der­ryn.

Na sa­mym dole le­ża­ła fo­to­gra­fia zro­bio­na w Im­pe­rial Be­ach, w okrę­gu San Die­go, kie­dy wy­sła­no mnie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, abym śle­dził prze­bieg wy­bo­rów w 2004 roku. Obej­mo­wa­łem ją ra­mie­niem. Mia­łem prze­ciw­sło­necz­ne oku­la­ry i wło­sy wil­got­ne od sur­fo­wa­nia na de­sce. W pian­ce wy­glą­da­łem na bar­czy­ste­go, do­brze zbu­do­wa­ne­go i szczu­płe­go, w każ­dym cen­ty­me­trze mego mie­rzą­ce­go po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt cia­ła. Sto­ją­ca obok Der­ryn wy­da­wa­ła się niż­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści, jak­by się na mnie wspie­ra­ła, szu­ka­jąc ochro­ny przed czymś spo­za ka­dru. Lu­bi­łem to zdję­cie. Dzię­ki nie­mu pa­mię­ta­łem uczu­cie wy­pły­wa­ją­ce z by­cia fa­ce­tem, któ­re­go po­trze­bo­wa­ła.

Ubra­łem się i scho­wa­łem zdję­cia do szaf­ki przy łóż­ku, roz­glą­da­jąc się po po­ko­ju w po­szu­ki­wa­niu rze­czy Der­ryn, któ­re w nim po­zo­sta­ły. Ku­pi­li­śmy ten dom, pla­nu­jąc za­ło­że­nie ro­dzi­ny, ale gdy atra­ment jesz­cze nie wy­sechł na umo­wie, do­wie­dzie­li­śmy się, że ma raka pier­si. Od tego mo­men­tu wszyst­ko po­to­czy­ło się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Wal­czy­ła dwa lata, ale czas, któ­ry wspól­nie prze­ży­li­śmy, był krót­ki.

By­wa­ją dni, kie­dy daję so­bie radę, od­czu­wa­jąc wdzięcz­ność i ce­niąc każ­dą wspól­nie prze­ży­tą chwi­lę. Kie­dy in­dziej czu­ję je­dy­nie sa­mot­ność i gniew z po­wo­du tego, co ją spo­tka­ło. W ta­kie dni sta­ram się stłu­mić bo­le­sne uczu­cia, wy­przeć je ze świa­do­mo­ści. Bo w ro­bo­cie, któ­rą wy­ko­nu­ję, mam do czy­nie­nia z ludź­mi umie­ją­cy­mi wy­ko­rzy­stać każ­dy sła­by punkt.

Zda­rza­ją się rów­nież tacy, któ­rzy kar­mią się sła­bo­ścia­mi in­nych.

2

Dom Ca­rve­rów w Dart­mo­uth Park był prze­ro­bio­nym sta­rym sak­soń­skim ko­ścio­łem z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na Hamp­ste­ad He­ath. W oknach od fron­tu były trzy wi­tra­że i dę­bo­we drzwi zwień­czo­ne ła­god­nym łu­kiem. Pięk­ny bu­dy­nek. Win­na la­to­rośl pię­ła się po sta­lo­wo­sza­rych ce­głach, a dach po­kry­wa­ła ciem­na da­chów­ka i żół­ty mech. Po obu stro­nach drzwi sta­ły dwie jo­dły w do­nicz­kach. Do po­sia­dło­ści pro­wa­dzi­ła im­po­nu­ją­ca bra­ma wjaz­do­wa i ład­ny żwi­ro­wy pod­jazd za­ta­cza­ją­cy krąg do tyl­ne­go ogro­du. W jed­nym ze słu­pów bra­my za­mon­to­wa­no in­ter­kom, ale Ja­mes Ca­rver otwo­rzył ją na oścież, naj­wy­raź­niej spo­dzie­wa­jąc się mo­je­go przy­by­cia.

Usły­szaw­szy zgrzyt kół na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie, Ca­rver pod­niósł gło­wę, gdy mi­ja­łem bra­mę. Stał po­chy­lo­ny nad wia­drem, my­jąc tył czar­ne­go ran­ge­ro­ve­ra sport z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi i nie­ska­zi­tel­ny­mi sta­lo­wy­mi fel­ga­mi. W po­dwój­nym ga­ra­żu za jego ple­ca­mi sta­ła fur­go­net­ka mar­ki Ford z ma­te­ria­ła­mi bu­dow­la­ny­mi na skrzy­ni oraz lśnią­cy czer­wo­ny mo­to­cykl Su­zu­ki.

– Cześć, Da­vi­dzie – przy­wi­tał mnie, wrzu­ca­jąc gąb­kę do ku­bła.

Uści­snę­li­śmy so­bie dło­nie.

– Ład­ny wóz.

Ski­ną­łem gło­wą w kie­run­ku ran­ge­ro­ve­ra ocie­ka­ją­ce­go pia­ną.

Bez sło­wa spoj­rzał na sa­mo­chód. Pew­nie się za­sta­na­wiał, jak osła­bić wy­mo­wę fak­tu, że jego pod­ra­so­wa­na pię­cio­li­tro­wa te­re­nów­ka kosz­to­wa­ła wię­cej niż nie­je­den dom. A może prze­sta­ło się to dla nie­go li­czyć. For­sa tra­ci zna­cze­nie, gdy nie mo­żesz za nią ku­pić je­dy­nej rze­czy, na któ­rej ci za­le­ży.

We­szli­śmy do środ­ka fron­to­wy­mi drzwia­mi.

Dom był ogrom­ny. Dę­bo­we de­ski pod­ło­go­we i gru­be dy­wa­ny. Sa­lon prze­cho­dził w ja­dal­nię, a ja­dal­nia w kuch­nię. Kuch­nia była otwar­tym po­miesz­cze­niem ze sta­li i szkła, o kre­mo­wych ścia­nach. Wy­so­kie strze­li­ste skle­pie­nie i ozdob­na fa­se­ta. W po­przek trzech we­wnętrz­nych ścian biegł bal­kon, do któ­re­go wio­dły scho­dy. Na gó­rze do­strze­głem dwie sy­pial­nie i ła­zien­kę.

– Za­pro­jek­to­wał pan wnę­trze?

Ski­nął gło­wą.

– Bal­kon i po­ko­je na gó­rze. Oczy­wi­ście, ko­ściół jest tu dłu­żej niż kto­kol­wiek z nas.

– Pięk­ny dom.

– Dzię­ku­ję. Mie­li­śmy szczę­ście. – Prze­rwał dla wzmoc­nie­nia efek­tu. – Przy­najm­niej pod pew­nym wzglę­dem.

Ru­szy­łem za nim do kuch­ni.

– Na­pi­je się pan kawy?

– Dzię­ku­ję. Po­pro­szę o czar­ną.

Wy­jął z kre­den­su dwa kub­ki.

– Nie wiem, co pan za­mie­rza – po­wie­dział, na­le­wa­jąc. – Po­kój Me­gan jest na gó­rze. Może pan pójść sam i się ro­zej­rzeć. Je­śli pan woli, mogę pana opro­wa­dzić.

– Sam się ro­zej­rzę – od­po­wie­dzia­łem, bio­rąc ku­bek z kawą – ale wpierw chciał­bym za­dać panu kil­ka py­tań.

– Oczy­wi­ście. – Kie­dy się uśmiech­nął, zro­zu­mia­łem, że to jego me­cha­nizm obron­ny. Me­to­da ukry­cia bólu. – Zro­bię wszyst­ko, co trze­ba.

Prze­szli­śmy do sa­lo­nu. Pod sto­li­kiem z te­le­fo­nem w dru­giej czę­ści po­ko­ju syn Ca­rve­rów, Le­igh, ba­wił się na czwo­ra­kach pla­sti­ko­wym sa­mo­cho­dem. Na nasz wi­dok pod­niósł gło­wę, a kie­dy oj­ciec się z nim przy­wi­tał, mruk­nął coś pod no­sem i wró­cił do prze­rwa­ne­go za­ję­cia.

Wy­ją­łem no­tat­nik i dłu­go­pis.

– Chciał­bym po­roz­ma­wiać o trze­cim kwiet­nia.

– Wte­dy za­gi­nę­ła.

– Wła­śnie. Czy za­wsze od­wo­ził ją pan do szko­ły?

– Zwy­kle tak.

– Ale cza­sa­mi pan tego nie ro­bił?

– Cza­sa­mi pod­wo­zi­ła ją Ca­ro­li­ne. Je­śli mam ro­bo­tę gdzieś da­lej, wolę być na miej­scu przez pierw­sze ty­go­dnie. Póź­niej zo­sta­wiam wszyst­ko bry­ga­dzi­ście i wy­ko­nu­ję pa­pier­ko­wą ro­bo­tę w domu. Wte­dy za­wo­zi­łem… – prze­rwał. – Wte­dy od­wo­żę Me­gan do szko­ły, a Le­igh do przed­szko­la.

– Za­tem trze­cie­go kwiet­nia był pan na bu­do­wie?

– Tak.

– Dla­te­go Ca­ro­li­ne ją od­wio­zła?

– Wła­śnie.

– Czy żona po­je­cha­ła ode­brać cór­kę ze szko­ły?

– Nie, ja to zro­bi­łem.

– I co się sta­ło?

– Za­par­ko­wa­łem sa­mo­chód na ze­wnątrz – wy­ja­śnił. – W tym sa­mym miej­scu co zwy­kle, ale Me­gan nie przy­szła. Po pro­stu się nie zja­wi­ła. Po­szła do szko­ły i nie wró­ci­ła.

Za­pi­sa­łem kil­ka ob­ser­wa­cji.

– Ja­kich przed­mio­tów się uczy­ła?

– In­te­re­so­wa­ły ją na­uki przy­rod­ni­cze. Fi­zy­ka, che­mia, bio­lo­gia.

– Czy roz­ma­wiał pan z jej na­uczy­cie­la­mi?

– Kil­ka­krot­nie.

– Co to za lu­dzie?

– Wy­glą­da­li na sym­pa­tycz­nych. Me­gan była do­brą uczen­ni­cą.

Po­dał mi na­zwi­ska na­uczy­cie­li, a ja za­pi­sa­łem je w no­tat­ni­ku. Po­sta­no­wi­łem zmie­nić kie­ru­nek roz­mo­wy, żeby Ca­rver nie stał się nad­mier­nie emo­cjo­nal­ny.

– Czy Me­gan pra­co­wa­ła gdzieś po szko­le?

– Tak, w skle­pie ze sprzę­tem wi­deo. Co dru­gi ty­dzień.

– Lu­bi­ła tę ro­bo­tę?

– Tak. Mo­gła tro­chę za­ro­bić.

– Kto oprócz niej tam pra­co­wał?

– Pyta pan o na­zwi­ska? Nie mam po­ję­cia. Bę­dzie pan mu­siał tam pójść i za­py­tać.

– W ja­kich miej­scach by­wa­ła?

– Cho­dzi panu o puby i klu­by?

– Wszyst­ko – od­rze­kłem. – Ja­kie miej­sca lu­bi­ła od­wie­dzać?

– Pro­szę spy­tać jej przy­ja­ciół, gdzie się ba­wi­li w week­en­dy. Kie­dy do­sta­wa­li wy­pła­tę, czę­sto szli do mia­sta, ale nie je­stem pe­wien, ja­kie miej­sca od­wie­dza­li.

– A pan do­kąd ją za­bie­rał?

– Zwy­kle jeź­dzi­li­śmy na wieś, do Peak Di­strict, Lake Di­strict i York­shi­re Da­les. Ca­ro­li­ne i ja ko­cha­my tam­tej­sze sze­ro­kie prze­strze­nie. W Lon­dy­nie po ja­kimś cza­sie czło­wiek za­czy­na się du­sić. Za­bie­ra­li­śmy Meg na pół­noc od cza­su, gdy na­uczy­ła się cho­dzić.

– My­śli pan, że mo­gła po­je­chać do któ­re­goś z tych miejsc? Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie wiem, czy mo­gła po­je­chać na pół­noc. Cze­mu mia­ła­by ucie­kać z domu?

Wczo­raj za­py­ta­łem o jej chło­pa­ków, ale chcia­łem to zro­bić jesz­cze raz pod­czas roz­mo­wy w czte­ry oczy. Szu­ka­jąc za­gi­nio­nej oso­by, czło­wiek szyb­ko od­kry­wa, że każ­de mał­żeń­stwo ma swo­je ta­jem­ni­ce, że je­den z mał­żon­ków zwy­kle wie wię­cej od dru­gie­go, szcze­gól­nie na te­mat dzie­ci.

– Wspo­mniał pan, że nie sły­szał, aby mia­ła chło­pa­ka.

– O ile wiem, nie mia­ła.

– A co pod­po­wia­da panu in­stynkt?

– In­stynkt pod­po­wia­da mi, że mo­gła się z kimś spo­ty­kać. – Drgnął na krze­śle, prze­su­wa­jąc się na skraj sie­dzi­ska. – Są­dzi pan, że to na­sza naj­więk­sza na­dzie­ja?

– Trze­ba spraw­dzić ten trop. Dzie­ci w wie­ku Me­gan zni­ka­ją zwy­kle z dwóch po­wo­dów: nie są szczę­śli­we w domu lub z kimś ucie­ka­ją, naj­czę­ściej z oso­bą, któ­rej nie ak­cep­tu­ją ro­dzi­ce. Nic nie wska­zu­je na to, żeby Me­gan była nie­szczę­śli­wa, dla­te­go py­tam o jej chło­pa­ków. Może się oka­zać, że z ni­kim nie ucie­kła… – prze­rwa­łem i spoj­rza­łem mu w oczy – albo że wła­śnie tak się sta­ło.

– Czy nie oglą­da­ła kon­fe­ren­cji pra­so­wych z na­szym udzia­łem, sko­ro z kimś ucie­kła? Me­gan, któ­rą zna­łem, nie zi­gno­ro­wa­ła­by cze­goś ta­kie­go.

Spoj­rza­łem na nie­go i od­wró­ci­łem wzrok, ale do­my­ślił się od­po­wie­dzi. Nie ta­kiej, ja­kiej pra­gnął. Że nie wró­ci do domu żywa.

□ □ □

Po­kój Me­gan był pięk­nie urzą­dzo­ny, pra­wie nie­tknię­ty od cza­su jej znik­nię­cia. Duże wy­ku­szo­we okno wy­cho­dzi­ło na Hamp­ste­ad He­ath, a po obu stro­nach znaj­do­wa­ły się sza­fy. Po pra­wej sta­ła bi­blio­tecz­ka z trze­ma pół­ka­mi, peł­na ksią­żek przy­rod­ni­czych. Na­prze­ciw­ko okna, przy drzwiach, znaj­do­wa­ło się małe biur­ko, na któ­rym stał otwar­ty naj­now­szy mo­del mac­bo­oka. Kom­pu­ter ota­cza­ły fo­to­gra­fie. Me­gan z przy­ja­ciół­mi. Me­gan trzy­ma­ją­ca Le­igh, kie­dy był nie­mow­lę­ciem. Me­gan z mamą i tatą. W rogu po­ko­ju za­uwa­ży­łem bu­ja­ny fo­tel i plu­szo­we za­baw­ki, i pla­kat przed­sta­wia­ją­cy ja­kie­goś hol­ly­wo­odz­kie­go przy­stoj­nia­ka z kwa­dra­to­wą szczę­ką.

Włą­czy­łem mac­bo­oka i spoj­rza­łem na mo­ni­tor. Pul­pit był wła­ści­wie pu­sty, wszyst­kie pli­ki schlud­nie umiesz­czo­no w fol­de­rach. Pra­ce do­mo­we. Do­ku­men­ty pro­gra­mu Word. Pro­spek­ty róż­nych uni­wer­sy­te­tów w for­ma­cie PDF. Klik­ną­łem prze­glą­dar­kę Sa­fa­ri i przej­rza­łem jej ulu­bio­ne stro­ny, hi­sto­rię od­wie­dza­nych wi­tryn, co­okies i pli­ki po­bra­ne z in­ter­ne­tu. Oprócz kil­ku nie­le­gal­nie ścią­gnię­tych pio­se­nek nie za­uwa­ży­łem ni­cze­go po­dej­rza­ne­go. W prze­glą­dar­ce za­uwa­ży­łem link do jej pro­fi­lu na Fa­ce­bo­oku – ad­res e-mail i ha­sło za­ła­do­wa­ły się au­to­ma­tycz­nie – ale je­dy­ną czyn­no­ścią wy­ko­na­ną w cią­gu sied­miu ostat­nich mie­się­cy oka­za­ło się utwo­rze­nie gru­py po­świę­co­nej jej pa­mię­ci. Są­dząc po tre­ści wpi­sów, więk­szość lu­dzi uwa­ża­ła, że już nie wró­ci do domu.

Obie sza­fy były peł­ne ubrań i bu­tów, ale z tyłu dru­giej zna­la­złem kil­ka pla­sti­ko­wych pu­de­łek. Wy­cią­gną­łem jed­no z nich i zdją­łem wie­ko. W środ­ku były zdję­cia. Za­uwa­ży­łem, że jako dziec­ko bar­dziej przy­po­mi­na­ła ojca. Mia­ła nie­co ja­śniej­szą cerę i pięk­ne ja­sne wło­sy. Nie wy­stę­po­wa­ły na nich inne ce­chy po­do­bień­stwa, któ­re ujaw­ni­ły się na bar­dziej ak­tu­al­nych zdję­ciach. Now­sze fo­to­gra­fie były mniej znisz­czo­ne upły­wem cza­su, jej ro­dzi­ce star­si, a na twa­rzy Me­gan za­czę­ły się po­ja­wiać cha­rak­te­ry­stycz­ne rysy ojca.

Otwo­rzy­łem dru­gie pu­deł­ko.

W środ­ku był apa­rat cy­fro­wy. Wy­ją­łem go, włą­czy­łem i za­czą­łem prze­glą­dać zdję­cia. Dwa­dzie­ścia osiem fo­to­gra­fii, głów­nie Le­igh. Na koń­cu było kil­ka fo­to­gra­fii Me­gan z przy­ja­ciół­mi. Na ostat­niej sta­ła przed bu­dyn­kiem przy­po­mi­na­ją­cym blok miesz­kal­ny. Od­na­la­złem zoom i po­więk­szy­łem ob­raz. W wej­ścio­wych drzwiach były szkla­ne pa­ne­le, w któ­rych w sło­necz­nym świe­tle od­bi­ja­ły się dwa kre­mo­we blo­ki i frag­ment ce­gla­ne­go muru po pra­wej stro­nie. Nic wię­cej.

Wró­ci­łem do jej mac­bo­oka i uru­cho­mi­łem pro­gram iPho­to, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­dę po­więk­sze­nie fo­to­gra­fii, ale żad­ne ze zdjęć z kar­ty apa­ra­tu nie zo­sta­ło sko­pio­wa­ne na twar­dy dysk. Nie zdą­ży­ła ich za­ła­do­wać. Spraw­dzi­łem datę wy­ko­na­nia zdję­cia w apa­ra­cie. Szó­sty mar­ca. Zro­bi­ła je dwa­dzie­ścia osiem dni przed za­gi­nię­ciem. Uży­łem zoo­mu i po­now­nie prze­ana­li­zo­wa­łem fo­to­gra­fię, w ja­snym szkla­nym od­bi­ciu szu­ka­jąc wska­zów­ki, gdzie się wów­czas znaj­do­wa­ła. Póź­niej prze­nio­słem wzrok na jej twarz i coś przy­ku­ło moją uwa­gę.

Jej uśmiech.

Uśmiech, ja­kie­go nie wi­dzia­łem na in­nych fo­to­gra­fiach Me­gan. Pierw­szy raz nie wy­glą­da­ła jak dziew­czy­na, ale ko­bie­ta.

Czy dla­te­go, że po­zo­wa­ła ko­muś, kogo lu­bi­ła?

– Zna­lazł pan coś?

Od­wró­ci­łem się. W drzwiach stał Ca­rver.

– Nie je­stem pe­wien – od­po­wie­dzia­łem, pod­no­sząc apa­rat i pu­deł­ko. – Mogę to za­brać?

– Oczy­wi­ście. – Wszedł do po­ko­ju. – Oglą­da­łem te zdję­cia set­ki razy. Po­li­cja też. By­wa­ją dni, kie­dy czło­wiek ma po­czu­cie, że coś prze­oczył. Że coś prze­pu­ścił mię­dzy pal­ca­mi. Póź­niej, kie­dy oglą­da je po­now­nie, oka­zu­je się, że zna­lazł to samo, co po­przed­nio. Z dru­giej stro­ny może trze­ba, żeby ktoś spoj­rzał świe­żym okiem.

Pod­szedł i się­gnął po jed­ną z wcze­snych fo­to­gra­fii Me­gan. Ob­ser­wo­wa­łem go, kie­dy prze­su­wał wzrok po zdję­ciu, przy­wo­łu­jąc daw­ne wspo­mnie­nia. Gdy w koń­cu pod­niósł gło­wę, za­uwa­ży­łem, że z tru­dem po­wstrzy­mu­je łzy.

– Wie pan, gdzie zro­bio­no to zdję­cie? – spy­ta­łem, po­da­jąc mu apa­rat.

Spoj­rzał na nie, zba­dał je uważ­nie i po­trzą­snął gło­wą.

– Nie.

– Pan go nie zro­bił?

– Nie.

– Kto mógł ją sfo­to­gra­fo­wać?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Może jed­na z przy­ja­ció­łek.

Na dole za­dzwo­nił te­le­fon. Ca­rver prze­pro­sił mnie i znik­nął. Przej­rza­łem po­zo­sta­łe pu­deł­ka. Ko­lej­ne zdję­cia, kil­ka li­stów i sta­ra bi­żu­te­ria.

Je­dy­ne śla­dy, ja­kie po­zo­sta­wi­ła po so­bie Me­gan.

□ □ □

Kie­dy opusz­cza­łem dom Ca­rve­rów, do­cho­dzi­ła pora lun­chu. Słoń­ce za­szło za chmu­ra­mi, któ­re roz­pierz­chły się po nie­bie. Od stro­ny mia­sta w od­da­li nad­cią­gał deszcz.

Otwo­rzy­łem swo­je sta­re bmw se­rii 3, rzu­ci­łem no­tat­nik na fo­tel pa­sa­że­ra i od­wró­ci­łem się do Ca­rve­ra, któ­ry mnie od­pro­wa­dził.

– Chciał­bym po­roz­ma­wiać z pań­ską żoną – po­wie­dzia­łem. Sam.

– Oczy­wi­ście. Nie­ste­ty, ju­tro jadę na bu­do­wę…

– Nic nie szko­dzi. Je­śli to moż­li­we, chciał­bym pchnąć spra­wy do przo­du. By­ło­by wspa­nia­le, gdy­by po­wie­dział pan żo­nie, że ju­tro do pań­stwa wpad­nę.

– Ja­sne. Nie ma pro­ble­mu.

Od­jeż­dża­jąc, ob­ser­wo­wa­łem go w lu­ster­ku wstecz­nym, zni­ka­ją­ce­go za bra­mą swo­je­go domu. Wy­glą­dał na za­ła­ma­ne­go. Po­my­śla­łem, że za kil­ka ty­go­dni może wy­glą­dać tak, jak­by wy­dar­to mu ser­ce.

3

Ki­lo­metr za szko­łą Me­gan była ta­nia re­stau­ra­cja. Usia­dłem przy oknie, za­mó­wi­łem ka­nap­kę z be­ko­nem i wy­cią­gną­łem Księ­gę Ży­cia Me­gan. Wczo­raj wie­czo­rem, kie­dy prze­glą­da­łem no­tes, nie mo­głem się w tym wszyst­kim po­ła­pać. Sześć­dzie­siąt kar­tek z po­zor­nie przy­pad­ko­wy­mi za­pi­ska­mi. No­tes był po­dzie­lo­ny na czę­ści we­dług li­ter al­fa­be­tu, ale ża­den z wpi­sów nie pa­so­wał do wy­bra­nej li­te­ry. Tam, gdzie po­win­ny być na­zwi­ska, wpi­sa­no nu­me­ry te­le­fo­nów, a w miej­scu prze­zna­czo­nym na te­le­fo­ny wid­nia­ły na­zwi­ska.

Otwo­rzy­łem pierw­szą stro­nę. Na sa­mym po­cząt­ku skre­śli­ła czer­wo­nym kul­ko­wym pió­rem: Księ­ga Ży­cia Me­gan. Za­dzwoń, je­śli ją zgu­bię! Pod spodem na­gry­zmo­li­ła dwa nu­me­ry: te­le­fo­nu, któ­ry roz­po­zna­łem jako do­mo­wy, i swo­jej ko­mór­ki. Po­li­cja z pew­no­ścią przej­rza­ła nu­me­ry te­le­fo­nów oraz spraw­dzi­ła roz­mo­wy przy­cho­dzą­ce i wy­cho­dzą­ce. Przej­rze­li rów­nież e-ma­ile. Mu­siał­bym użyć swo­ich zna­jo­mo­ści, żeby uzy­skać wy­kaz roz­mów, ale po­li­cja prze­ka­za­ła pocz­tę Me­gan jej ro­dzi­com, przy­pusz­czal­nie na proś­bę Ca­rve­rów. Ci na­to­miast prze­ka­za­li ją mnie. Gdy­by znaj­do­wa­ło się tam coś cen­ne­go, coś waż­ne­go dla śledz­twa, trud­no uwie­rzyć, by po­li­cja prze­ka­za­ła pocz­tę na­wet jej ro­dzi­com, ale – po­dob­nie jak w przy­pad­ku wy­ka­zu roz­mów – cho­dzi­ło o to, żeby od­ha­czyć ko­lej­ny punkt na li­ście.

W po­ło­wie no­te­su spo­strze­głem imię, któ­re wy­da­ło mi się zna­jo­me. Ka­itlin. Dziew­czy­na, z któ­rą Me­gan mia­ła się spo­tkać przed za­ję­cia­mi bio­lo­gii. Tyl­ko że Me­gan się nie po­ja­wi­ła. Imię Ka­itlin oto­czo­no du­żym ser­cem, po­dob­nie jak na­zwi­sko Lind­sey Wat­son. Za­pi­sa­łem ich na­zwi­ska i te­le­fo­ny.

Kie­dy skoń­czy­łem, do sto­li­ka po­de­szła kel­ner­ka o twa­rzy po­chmur­nej jak dzi­siej­sza po­go­da i gło­śno po­sta­wi­ła przede mną ta­lerz, nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem. Ode­szła rów­nież bez sło­wa, a ja ugry­złem ka­wa­łek ka­nap­ki, oglą­da­jąc te­le­wi­zyj­ne wia­do­mo­ści na ekra­nie od­bior­ni­ka umiesz­czo­ne­go w rogu sali. Ka­me­ra prze­su­nę­ła się po Ta­mi­zie, któ­ra przy­po­mi­na­ła port lot­ni­czy Lon­dyn-City.

– …zo­sta­ła prze­wie­zio­na na od­dział in­ten­syw­nej opie­ki me­dycz­nej z po­wo­du hi­po­ter­mii. Jej stan, okre­śla­ny po­cząt­ko­wo jako kry­tycz­ny, stop­nio­wo się po­lep­sza. Per­so­nel szpi­ta­la po­wie­dział re­por­te­ro­wi Sky News, że przy­pusz­czal­nie ju­tro zo­sta­nie wy­pi­sa­na. Po­li­cja nadal nie usta­li­ła toż­sa­mo­ści ko­bie­ty, nasi in­for­ma­to­rzy twier­dzą, że zda­niem śled­czych może ona mieć od czter­dzie­stu pię­ciu do pięć­dzie­się­ciu lat. Za chwi­lę re­por­taż o far­me­rze z…

Do­koń­czy­łem ka­nap­kę i po­now­nie przej­rza­łem no­tes. Było w nim mnó­stwo na­zwisk. Ze trzy­dzie­ści, ale tyl­ko sześć na­zwisk chłop­ców. Do­da­łem je do mo­jej li­sty, a na­stęp­nie za­pła­ci­łem i ru­szy­łem do szko­ły Me­gan.

□ □ □

Szko­ła śred­nia New­cross mie­ści­ła się w ogrom­nym wik­to­riań­skim gma­chu z czer­wo­nej ce­gły, w po­ło­wie dro­gi mię­dzy Tuf­nell Park i Hol­lo­way Road. Za­par­ko­wa­łem przed wej­ściem i ru­szy­łem do drzwi. W środ­ku nie było ni­ko­go. Mi­ną­łem kil­ka klas i za­uwa­ży­łem, że za­ję­cia już się roz­po­czę­ły. W sa­lach sie­dzia­ły dzie­cia­ki, któ­re wy­glą­da­ły tak, jak­by nie pa­ła­ły szcze­gól­nym en­tu­zja­zmem do na­uki. Re­cep­cja znaj­do­wa­ła się na koń­cu dłu­gie­go ko­ry­ta­rza z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na szkol­ne bo­isko do pił­ki noż­nej. Wy­strój wnę­trza spra­wiał wra­że­nie, jak­by czło­wiek cof­nął się w cza­sie do 1974 roku. Kil­ka cien­kich prze­su­wa­nych szkla­nych pa­ne­li na kon­tu­arze z imi­ta­cji gra­ni­tu od­dzie­la­ło trzy se­kre­tar­ki od świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Pa­nie sie­dzia­ły za biur­ka­mi z te­ko­we­go drew­na, na wy­bla­kłych krze­słach bar­wy szpi­tal­nej zie­le­ni.

Za­pu­ka­łem w szyb­kę. Wszyst­kie trzy wy­glą­da­ły groź­nie. Dwie nie zwró­ci­ły na mnie żad­nej uwa­gi, ale trze­cia pod­nio­sła gło­wę. Zmie­rzy­ła mnie wzro­kiem, a na­stęp­nie uzna­ła, że war­to ru­szyć dla mnie ty­łek. Od­su­nę­ła szkla­ny pa­nel i spoj­rza­ła na mój no­tat­nik. Jej oczy – po­dob­nie jak oczy Ca­rve­ra wczo­raj­sze­go dnia – za­trzy­ma­ły się na mo­ich pa­znok­ciach. Żad­ne nie za­uwa­ży­ło in­nych, jesz­cze gor­szych blizn, któ­re po­zo­sta­ły mi po po­przed­niej spra­wie. Cho­ciaż od tam­tej pory mi­nę­ło nie­mal dzie­sięć mie­się­cy i cał­ko­wi­cie po­wró­ci­łem do zdro­wia, cza­sa­mi nadal czu­łem ból w miej­scach, gdzie mnie bito i tor­tu­ro­wa­no. Ple­cy. Dło­nie. Sto­py. Nie wy­klu­cza­łem, że ćmią­cy ból bę­dzie mi to­wa­rzy­szył do koń­ca ży­cia, przy­po­mi­na­jąc, jak nie­wie­le dzie­li­ło mnie od śmier­ci, i skła­nia­jąc, że­bym za­dbał, by taka sy­tu­acja nie po­wtó­rzy­ła się nig­dy wię­cej.

Wy­cią­gną­łem wi­zy­tów­kę i po­ło­ży­łem na bla­cie przed ko­bie­tą.

– Na­zy­wam się Da­vid Ra­ker. Pra­cu­ję na zle­ce­nie ro­dzi­ców Me­gan Ca­rver.

Na­tych­miast roz­po­zna­ła na­zwi­sko. Ko­bie­ty sie­dzą­ce z tyłu pod­nio­sły gło­wy.

– To zna­czy?

– Pró­bu­ję usta­lić, co się z nią sta­ło.

Ski­nę­ły gło­wą, jak na ko­men­dę. W jed­nej chwi­li zdo­by­łem ich uwa­gę.

– Czy mógł­bym po­roz­ma­wiać z dy­rek­to­rem?

– Jest pan umó­wio­ny?

Po­krę­ci­łem gło­wą.

– Nie.

Zmarsz­czy­ła brwi, ale wzmian­ka o Me­gan naj­wy­raź­niej ją udo­bru­cha­ła. Prze­su­nę­ła pal­cem po ka­len­da­rzu sze­fa.

– Pro­szę usiąść. Za­py­tam.

Uśmiech­ną­łem się z wdzięcz­no­ścią i usia­dłem w cia­snej po­cze­kal­ni na pra­wo od re­cep­cji. Ko­lej­ne krze­sła bar­wy szpi­tal­nej zie­le­ni i pla­ka­ty ostrze­ga­ją­ce przed bra­niem nar­ko­ty­ków. Wa­zon ze sztucz­ny­mi nie­bie­ski­mi kwia­ta­mi. Ko­ry­ta­rzem prze­szło kil­ko­ro dzie­ci, z za­cie­ka­wie­niem spo­glą­da­jąc w moją stro­nę. Wszyst­ko wo­kół pach­nia­ło pa­stą do czysz­cze­nia me­bli.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Dłu­gim, nie­prze­rwa­nym sy­gna­łem. Jed­na z re­cep­cjo­ni­stek pod­nio­sła słu­chaw­kę. Szkla­ny pa­nel był za­su­nię­ty, ale pro­wa­dząc roz­mo­wę, spo­glą­da­ła na mnie.

– Ro­zu­miem – po­wtó­rzy­ła kil­ka razy i odło­ży­ła słu­chaw­kę. Po­chy­li­ła się do przo­du i od­su­nę­ła szkla­ną płyt­kę. – Dy­rek­tor przyj­dzie za pięć mi­nut.

Po pięt­na­stu mi­nu­tach w koń­cu się zja­wił.

Ru­szył pro­sto do re­cep­cji z nie­spo­koj­ną, po­czer­wie­nia­łą twa­rzą – jak­by biegł całą dro­gę. Po­dą­żył wzro­kiem w kie­run­ku wska­za­nym przez se­kre­tar­ki, do miej­sca, w któ­rym sie­dzia­łem na koń­cu ko­ry­ta­rza. Pod­szedł do mnie.

– Ste­ven Bo­th­wick.

Wsta­łem i uści­sną­łem mu dłoń.

– Da­vid Ra­ker.

– Miło pana po­znać – po­wie­dział, od­su­wa­jąc wło­sy z twa­rzy. Ły­siał i nie­po­rad­nie pró­bo­wał ukryć ten fakt.

– Przy­sze­dłem do pań­stwa z po­wo­du Me­gan Ca­rver – wy­ja­śni­łem.

– Ro­zu­miem – od­rzekł. – Była wspa­nia­łą dziew­czy­ną.

Wska­zał ręką drzwi, na któ­rych wid­nia­ła ta­blicz­ka z jego na­zwi­skiem. Dy­rek­tor­ski ga­bi­net był mały, za­gra­co­ny książ­ka­mi i tecz­ka­mi. Duże okno za biur­kiem wy­cho­dzi­ło na bo­isko do pił­ki noż­nej. Bo­th­wick przy­su­nął krze­sło spod ścia­ny i usta­wił po dru­giej stro­nie swo­je­go biur­ka.

– Chce się pan cze­goś na­pić?

– Nie, dzię­ku­ję.

Ski­nął gło­wą, od­su­wa­jąc na bok kil­ka te­czek i cho­wa­jąc je pod biur­kiem. Cho­ciaż miał pięć­dzie­siąt kil­ka lat i mie­rzył nie wię­cej niż metr sześć­dzie­siąt pięć wzro­stu, pro­mie­nio­wał siłą i de­ter­mi­na­cją, a jego twarz wy­ra­ża­ła sku­pie­nie i po­wa­gę. Się­gną­łem do kie­sze­ni i po­da­łem mu wi­zy­tów­kę.

– Za­cznę od wy­ja­śnie­nia, że nie je­stem funk­cjo­na­riu­szem po­li­cji. Kie­dyś by­łem dzien­ni­ka­rzem.

Bo­th­wick zmarsz­czył czo­ło.

– Dzien­ni­ka­rzem?

– Tak, wy­ko­ny­wa­łem ten za­wód. Od dwóch lat zaj­mu­ję się po­szu­ki­wa­niem za­gi­nio­nych osób. Taką pra­cę wy­ko­nu­ję obec­nie. Ca­rve­ro­wie zwró­ci­li się do mnie z proś­bą o od­na­le­zie­nie cór­ki.

– Dla­cze­go?

– Bo po­li­cyj­ni śled­czy za­brnę­li w śle­pą ulicz­kę.

Ski­nął gło­wą.

– Żal mi jej ro­dzi­ców. Me­gan była zdol­ną uczen­ni­cą, mia­ła przed sobą wspa­nia­łą przy­szłość. To samo po­wie­dzia­łem po­li­cji. – Pod­niósł moją wi­zy­tów­kę i uważ­nie ją prze­stu­dio­wał. – Zde­cy­do­wał się pan na ra­dy­kal­ny zwrot w ka­rie­rze za­wo­do­wej.

– Nie jest tak duży, jak mo­gło­by się wy­da­wać. – Ob­ser­wo­wa­łem, jak czy­ta wi­zy­tów­kę:

DA­VID RA­KER, PRY­WAT­NY DE­TEK­TYW,

PO­SZU­KI­WA­NIE OSÓB ZA­GI­NIO­NYCH

Spoj­rzał na mnie po­nad biur­kiem.

– Czym mogę słu­żyć? – za­py­tał, od­da­jąc wi­zy­tów­kę.

– Chciał­bym za­dać panu kil­ka py­tań.

– Słu­cham.

Wy­ją­łem no­tat­nik i po­ło­ży­łem na biur­ku.

– Ro­dzi­ce Me­gan po­wie­dzie­li mi, że trze­cie­go kwiet­nia od­wieź­li ją do szko­ły, ale gdy przy­je­cha­li po po­łu­dniu, już jej nie było. Czy ucznio­wie mu­szą się mel­do­wać przed wyj­ściem?

– Tak, spraw­dza­my obec­ność rano i po lun­chu, ale kon­tro­lu­je­my wy­łącz­nie uczniów od siód­mej do je­de­na­stej kla­sy.

– Czy­li od je­de­na­ste­go do szes­na­ste­go roku ży­cia, praw­da?

– Tak.

– Za­tem nie do­ty­czy­ło to Me­gan?

– Tak. Sta­ra­my się trak­to­wać naj­lep­szych uczniów jak do­ro­słych. Za­chę­ca­my ich, żeby przy­cho­dzi­li na za­ję­cia, ale nie od­no­to­wu­je­my nie­obec­no­ści.

– Czy ktoś za­uwa­żył­by, że uczeń opu­ścił kil­ka dni szko­ły? Kto zo­stał­by o tym po­wia­do­mio­ny? Pan?

– Tak. Je­śli uczeń usta­wicz­nie opusz­cza lek­cje, na­uczy­ciel po­wi­nien o tym za­wia­do­mić.

– A kil­ka nie­obec­no­ści…?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mo­gli­by o tym za­wia­do­mić albo nie. To za­le­ży od ucznia. Nie­któ­rzy są tak mało ak­tyw­ni na lek­cji, że ich nie­obec­ność mo­gła­by nie zo­stać do­strze­żo­na. Wów­czas na­uczy­ciel nie zo­rien­to­wał­by się tak szyb­ko, ale Me­gan… od razu by­śmy wie­dzie­li, gdy­by za­czę­ła opusz­czać za­ję­cia.

– Była do­brą uczen­ni­cą?

– Tak, na­le­ża­ła do trzech pro­cent naj­lep­szych uczniów.

– Czy nig­dy nie stwa­rza­ła kło­po­tów wy­cho­waw­czych?

Po­trzą­snął gło­wą.

– Ab­so­lut­nie nie.

– Jak ro­zu­miem, ostat­ni­mi za­ję­cia­mi tam­te­go dnia były fi­zy­ka i bio­lo­gia. Czy po­ja­wi­ła się na fi­zy­ce?

– Tak.

– Czy jej na­uczy­ciel to po­twier­dził?

– Tak. Na­uczy­ciel i pięt­na­stu in­nych uczniów obec­nych na za­ję­ciach.

– Jaka od­le­głość dzie­li pra­cow­nie fi­zycz­ną i bio­lo­gicz­ną?

– Prak­tycz­nie żad­na. Są w tej sa­mej czę­ści bu­dyn­ku. Pra­cow­nia che­micz­na jest na ostat­nim pię­trze, fi­zycz­na na dru­gim, a bio­lo­gicz­na na par­te­rze.

– W tej czę­ści bu­dyn­ku nie ma ka­mer, praw­da?

– Nie­ste­ty, nie. Za­in­sta­lo­wa­li­śmy ka­me­ry, ale nie stać nas na umiesz­cze­nie ich w każ­dym miej­scu. Dys­po­nu­je­my bar­dzo skrom­nym bu­dże­tem. – Od­wró­cił się w fo­te­lu i wska­zał sche­mat na ścia­nie, plan szkol­ne­go kam­pu­su z ma­leń­ki­mi iko­na­mi ozna­cza­ją­cy­mi ka­me­ry. – To je­dy­ne ka­me­ry, któ­re mamy. Jed­na zo­sta­ła za­in­sta­lo­wa­na przy wej­ściu, jed­na na par­kin­gu, jed­na w re­cep­cji, jed­na przed pra­cow­nia­mi ję­zy­ka an­giel­skie­go i ma­te­ma­tycz­ną oraz jed­na na bo­isku.

– Cze­mu tyl­ko przed salą do an­giel­skie­go i ma­te­ma­ty­ki?

– Bo znaj­du­ją się w naj­bar­dziej od­da­lo­nej czę­ści gma­chu.

– Czy szko­ła ma kil­ka wejść?

– Nie, w każ­dym ra­zie nie są to wej­ścia ofi­cjal­ne. Nie­któ­rzy ucznio­wie miesz­ka­ją za bo­iska­mi do pił­ki noż­nej, więc prze­ła­żą przez ogro­dze­nie i wra­ca­ją do domu po­la­mi. Jest też tyl­ny par­king za bu­dyn­kiem szó­ste­go roku, gdzie par­ku­ją nie­któ­rzy ucznio­wie je­de­na­stej i dwu­na­stej kla­sy, je­śli mają szczę­ście po­sia­dać sa­mo­chód. Par­king jest ogro­dzo­ny, ale siat­ka się­ga je­dy­nie do pasa.

– Za­tem gdy­by Me­gan chcia­ła nie­po­strze­że­nie opu­ścić te­ren szko­ły, tak by nie za­re­je­stro­wa­ły jej ka­me­ry te­le­wi­zji prze­my­sło­wej, mo­gła­by prze­sko­czyć tyl­ne ogro­dze­nie par­kin­gu za bu­dyn­kiem szó­ste­go roku.

– Tak. My­ślę, że po­li­cja do­szła do po­dob­ne­go wnio­sku.

Się­gną­łem po Księ­gę Ży­cia Me­gan.

– Czy mógł­bym po­roz­ma­wiać z kil­ko­ma ucznia­mi?

– Przy­ja­ciół­ka­mi Me­gan?

– Tak. – Zaj­rza­łem do no­tat­ni­ka. – Z Lind­sey Wat­son i Ka­itlin De­vo­nish.

Bo­th­wick ski­nął gło­wą, się­gnął po słu­chaw­kę i wpro­wa­dził czte­ro­cy­fro­wy nu­mer. W re­cep­cji po dru­giej stro­nie drzwi roz­legł się dzwo­nek.

– Lin­do, pro­szę, przy­ślij do mnie Lind­sey Wat­son i Ka­itlin De­vo­nish. – Odło­żył słu­chaw­kę. – Chciał­by pan mó­wić z kimś jesz­cze?

Zaj­rza­łem do no­te­su, od­wró­ci­łem go i pod­su­ną­łem Bo­th­wic­ko­wi.

– Sześć na­zwisk u dołu – po­wie­dzia­łem, wska­zu­jąc na­zwi­ska chłop­ców. – Czy któ­ryś z nich cho­dzi do pań­stwa szko­ły?

Wy­jął oku­la­ry z gór­nej kie­szon­ki ma­ry­nar­ki, wsu­nął na nos i przyj­rzał się na­zwi­skom.

– Tak.

– Wszy­scy?

– Z wy­jąt­kiem jed­ne­go.

– Któ­re­go?

– An­tho­ny’ego A.J. Gran­ta.

– Nie przy­po­mi­na pan so­bie tego na­zwi­ska?

– Nie – od­parł, zdej­mu­jąc oku­la­ry. Wstał i pod­szedł do se­gre­ga­to­ra w tyl­nej czę­ści po­ko­ju. Szaf­ka mia­ła trzy szu­fla­dy wy­peł­nio­ne iden­tycz­ny­mi sza­ry­mi tecz­ka­mi z za­kład­ka­mi in­dek­su­ją­cy­mi. Pew­nie lu­bił pro­wa­dzić kar­to­te­kę po sta­re­mu. Do­szedł do li­te­ry G, ale ni­cze­go nie zna­lazł.

– Zde­cy­do­wa­nie nie jest na­szym uczniem.

– Czy każ­dy ma swo­ją tecz­kę?

– Tak, każ­dy obec­ny uczeń.

Przy­su­ną­łem no­tes i umie­ści­łem znak za­py­ta­nia obok A.J. Gran­ta.

– Czy po­zo­sta­li… – po­now­nie pod­su­ną­łem mu no­tat­nik – są z tego sa­me­go roku co Me­gan?

– Tak.

– Czy będę mógł z nimi po­roz­ma­wiać?

– Oczy­wi­ście… ale dziś są tyl­ko Lind­sey i Ka­itlin. Czte­rech chłop­ców wy­je­cha­ło na wy­ciecz­kę szkol­ną do Nor­man­dii. Pią­ty… cóż, szcze­rze mó­wiąc, nie wiem, gdzie jest Char­les Bry­ant. Rok temu zmar­ła jego mat­ka, chło­pak opu­ścił wie­le za­jęć. W tym ty­go­dniu mija pierw­sza rocz­ni­ca jej śmier­ci, więc nie po­ka­zał się w szko­le. Pró­bo­wa­łem się skon­tak­to­wać z jego oj­cem, ale bez po­wo­dze­nia. Wy­sła­łem na­wet na­uczy­cie­la do jego domu, ale ni­ko­go nie za­stał. Nie mam po­ję­cia, gdzie prze­by­wa. Są­dzę, że w tym ty­go­dniu naj­le­piej zo­sta­wić go w spo­ko­ju.

– Czy mógł­bym do­stać jego ad­res?

– Oba­wiam się, że to nie­moż­li­we. Nie je­stem do tego upo­waż­nio­ny.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Bo­th­wick pod­niósł gło­wę.

– Wejść!

Do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra we­szły dwie dziew­czy­ny. Przy­su­nę­ły się bli­żej, szu­ra­jąc bu­ta­mi i po­pa­tru­jąc to na mnie, to na Bo­th­wic­ka. Jed­na była pięk­na, drob­nej bu­do­wy cia­ła, smu­kła i ko­bie­ca, mia­ła de­li­kat­ny ma­ki­jaż. Dru­ga bar­dziej po­spo­li­ta, więk­sza, skrom­niej ubra­na, ale za to uśmiech­nię­ta.

– Ka­itlin, Lind­sey, to pan Ra­ker. Pan Ra­ker zaj­mu­je się spra­wą za­gi­nię­cia Me­gan na proś­bę jej mamy i taty.

Wsta­łem.

– Da­vid.

– Lind­sey. – Twarz więk­szej dziew­czy­ny roz­pro­mie­ni­ła się uśmie­chem.

Dru­ga się za­wa­ha­ła.

– Ka­itlin – po­wie­dzia­ła ci­cho, z wy­raź­nym ak­cen­tem.

Od­wró­ci­łem się do Bo­th­wic­ka.

– Czy mógł­bym je gdzieś za­brać, żeby spo­koj­nie po­roz­ma­wiać?

Wy­da­wał się kom­plet­nie za­sko­czo­ny py­ta­niem, jak­bym za­gro­ził, że pod­pa­lę szko­łę.

– To zna­czy?

– Czy mógł­bym za­pro­sić Ka­itlin i Lind­sey na kawę?

– W ja­kim celu?

– Chciał­bym po­mó­wić z nimi pry­wat­nie.

Spoj­rzał na mnie po­dejrz­li­wie.

– Wo­lał­bym, aby­ście zo­sta­li na te­re­nie szko­ły.

– Oczy­wi­ście. Czy mają pań­stwo po­miesz­cze­nie, w któ­rym nikt nam nie bę­dzie prze­szka­dzał?

– Mo­że­cie iść do sto­łów­ki.

– Nie bę­dzie tam in­nych dzie­ci?

– Mie­li­śmy już lunch.

Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Była dru­ga trzy­dzie­ści.

– Do­brze, pój­dzie­my do sto­łów­ki.

4

Sto­łów­ka była dłu­ga i wą­ska, z pod­ło­gą ze sta­rych drew­nia­nych de­sek. Wy­so­ki rzeź­bio­ny strop po­kry­to bia­łym tyn­kiem. W jed­nej ze ścian znaj­do­wa­ły się czte­ry ogrom­ne okna, przez któ­re wle­wa­ły się do środ­ka pro­mie­nie słoń­ca, cho­ciaż o szy­by za­czę­ły bęb­nić kro­ple desz­czu. Po dru­giej stro­nie, w kuch­ni, ro­słe ko­bie­ty w bia­łych far­tu­chach szo­ro­wa­ły ogrom­ne gary.

W dro­dze do sto­łów­ki Lind­sey bez prze­rwy ga­da­ła. Ostat­ni raz wi­dzia­ła Me­gan przed wy­jaz­dem Ca­rve­rów na Flo­ry­dę.

– Wy­da­wa­ło się, że u niej wszyst­ko w po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła, od­wra­ca­jąc się do przy­ja­ciół­ki. – Praw­da, Kay?

Ka­itlin spoj­rza­ła na mnie i na Lind­sey, a póź­niej ski­nę­ła gło­wą.

– Jak to moż­li­we, że nie wi­dzia­łaś Me­gan od po­wro­tu do jej za­gi­nię­cia? – spy­ta­łem Lind­sey.

– Wy­je­cha­łam do Włoch, w ra­mach pro­gra­mu wy­mia­ny.

– A ty, Ka­itlin?

Ka­itlin rzu­ci­ła mi prze­lot­ne spoj­rze­nie. Spra­wia­ła wra­że­nie po­de­ner­wo­wa­nej, jak­by znaj­do­wa­ła się w kło­po­cie. Po­li­cja była pew­nie w jej domu, za­da­jąc py­ta­nia, sta­ra­jąc się wy­ja­śnić wszyst­kie wąt­pli­wo­ści. Cza­sa­mi przy­no­si to od­wrot­ny sku­tek. Sil­na pre­sja po­wo­du­je, że lu­dzie się za­my­ka­ją, bo czu­ją się nie­przy­dat­ni. Może w ja­kimś sen­sie Ka­itlin czu­ła się win­na, bo gdy­by za­miast przy szaf­kach za­cze­ka­ła na Me­gan przed salą, w któ­rej tam­te­go dnia od­by­wa­ły się przed­ostat­nie za­ję­cia, jej przy­ja­ciół­ka by nie za­gi­nę­ła. Za­miast tego po­że­gna­ła się z nią po lun­chu i nig­dy wię­cej jej nie uj­rza­ła.

– Mo­żesz mi opo­wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło tam­te­go dnia? – za­py­ta­łem, kie­dy usie­dli­śmy.

– Już po­wie­dzia­łam po­li­cji.

– Wiem. Wiem, że bar­dzo im po­mo­głaś. Pró­bu­ję spraw­dzić, czy nie prze­oczy­li ja­kichś szcze­gó­łów. Nie masz żad­nych kło­po­tów. Je­stem tu­taj, aby po­móc ro­dzi­com Me­gan usta­lić, co się z nią sta­ło.

Ski­nę­ła gło­wą, ale wciąż spra­wia­ła wra­że­nie zde­ner­wo­wa­nej. Po­ło­ży­ła dło­nie na ko­la­nach, jed­ną z nich lek­ko po­cie­ra­jąc gór­ną część uda.

– Przy oka­zji, skąd je­steś?

Spoj­rza­ła na mnie, marsz­cząc brwi.

– Z Tuf­nell Park.

– Cho­dzi­ło mi o to, gdzie się uro­dzi­łaś.

Nadal pa­trzy­ła na mnie na­chmu­rzo­na.

– W Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki.

– Tak so­bie po­my­śla­łem. Pięk­ny kraj. Kie­dyś tam miesz­ka­łem.

Po raz pierw­szy do­strze­głem nie­znacz­ną zmia­nę mi­mi­ki: na­pię­cie i bez­ruch za­stą­pi­ło lek­kie roz­luź­nie­nie mię­śni.

– W ja­kiej czę­ści? – spy­ta­ła.

– W Jo­han­nes­bur­gu.

Po­ru­szy­ła gło­wą, ale tym ra­zem nic w jej twa­rzy nie drgnę­ło, jak­by mnie nie słu­cha­ła. Ob­ser­wo­wa­łem ją chwi­lę – wy­raz twa­rzy, rękę na no­dze – za­sta­na­wia­jąc się nad przy­czy­ną jej ma­ło­mów­no­ści. Czy wy­ni­ka­ła z nie­śmia­ło­ści? A może po­wód był cał­kiem inny?

– Ka­itlin?

Od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła mi w oczy.

– Mo­żesz mi opo­wie­dzieć, co się sta­ło tam­te­go dnia?

– Zja­dły­śmy ra­zem lunch – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Póź­niej była pierw­sza lek­cja. Ja mia­łam hi­sto­rię, ona fi­zy­kę. W prze­rwie mię­dzy lek­cja­mi mia­ły­śmy się spo­tkać przy szaf­kach obok pra­cow­ni nauk przy­rod­ni­czych. Cze­ka­łam na nią, ale się nie po­ja­wi­ła.

– Cze­mu umó­wi­ły­ście się przy szaf­kach?

Zmarsz­czy­ła czo­ło i spoj­rza­ła na Lind­sey.

– Za­wsze tak ro­bi­ły­śmy.

– Przed bio­lo­gią?

– Tak. Chy­ba że mia­ły­śmy wol­ną go­dzi­nę. Wte­dy Linds, Meg i ja cho­dzi­ły­śmy do bi­blio­te­ki lub do bu­dyn­ku szó­ste­go roku.

– Czy tam­te­go dnia Me­gan za­cho­wy­wa­ła się nor­mal­nie?

– Tak.

– Nie była czymś po­de­ner­wo­wa­na, nie mar­twi­ła się o coś?

– Nie.

– Była nor­mal­na? Taka jak za­wsze?

– Mniej wię­cej.

Prze­rwa­łem na chwi­lę.

– Mniej wię­cej?

Ka­itlin wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Wspo­mnia­ła, że od kil­ku dni boli ją gło­wa. Po­wie­dzia­łam to po­li­cji. Nic po­waż­ne­go. Po pro­stu ćmią­cy ból gło­wy.

Za­pi­sa­łem jej sło­wa, a póź­niej za­czę­li­śmy roz­ma­wiać o Me­gan. Jaka była, jaki mia­ła cha­rak­ter, dla­cze­go do­sta­ła same piąt­ki na eg­za­mi­nie GCSE. Lind­sey zdo­mi­no­wa­ła roz­mo­wę, ale nie do­wie­dzia­łem się wła­ści­wie ni­cze­go no­we­go. Więk­szość in­for­ma­cji pa­so­wa­ła do tego, co po­wie­dzie­li mi Ca­rve­ro­wie: Me­gan mia­ła po­waż­ny sto­su­nek do na­uki i przy­szłej ka­rie­ry za­wo­do­wej, nie chcia­ła, żeby co­kol­wiek jej w tym prze­szko­dzi­ło. Zu­peł­nie in­a­czej niż ty­po­we dziec­ko, któ­re ucie­ka z domu.

– Jak jej się ukła­da­ło z na­uczy­cie­la­mi?

– Kto się za­da­je z na­uczy­cie­la­mi? – spy­ta­ła Lind­sey.

– Nie była za­przy­jaź­nio­na z któ­rymś z nich?

Lind­sey zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Sta­ram się zna­leźć przy­czy­nę jej znik­nię­cia.

Roz­dzia­wi­ła bu­zię, jak­by na­gle zro­zu­mia­ła, do cze­go zmie­rzam. Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie są­dzę. Poza tym przed­mio­tów przy­rod­ni­czych na­ucza­ją głów­nie ko­bie­ty.

Przy­tak­ną­łem.

– Tata Me­gan po­wie­dział mi, że pra­co­wa­ła w skle­pie ze sprzę­tem wi­deo…

– Tak – po­twier­dzi­ła Lind­sey. – Dwa week­en­dy w mie­sią­cu. My­ślę, że za­mknę­li go do­bre dwa mie­sią­ce temu.

– Ro­zu­miem. Czy spo­ty­ka­ła się z kimś, gdy tam pra­co­wa­ła?

– Nie są­dzę… – Prze­rwa­ła i rzu­ci­ła okiem na Ka­itlin. Gdy nie uzy­ska­ła od niej wspar­cia, od­wró­ci­ła się do mnie po­now­nie. – Z ni­kim oprócz Char­lie­go… ale Char­lie­go zna­ła już wcze­śniej.

– Kim jest Char­lie?

– To Char­lie Bry­ant.

– Char­les Bry­ant?

Lind­sey ski­nę­ła gło­wą.

– Chło­pak, któ­re­mu umar­ła mat­ka?

– Tak.

– Czy Me­gan i Char­lie się przy­jaź­ni­li?

– Ja­kiś czas ze sobą cho­dzi­li.

– Dłu­go?

– Nie mam po­ję­cia… kil­ka mie­się­cy.

– Kie­dy to było?

– Po śmier­ci jego mat­ki.

– Rok temu?

– Tak, ale Char­lie był nie­zno­śny… – Prze­rwa­ła na chwi­lę, jak­by do­pie­ro te­raz zro­zu­mia­ła dla­cze­go. – Wie pan, nie­daw­no stra­cił mat­kę. To zro­zu­mia­łe.

– Czy dla­te­go się roz­sta­li?

– Me­gan po­wie­dzia­ła, że ża­łu­je Char­lie­go, ale prze­sta­ła go lu­bić. Po kil­ku ty­go­dniach z nim ze­rwa­ła.

– Jak to przy­jął?

– Był wście­kły. Bar­dzo ją lu­bił. Ale w koń­cu się po­zbie­rał.

– Czy pra­co­wał w skle­pie wi­deo w cza­sie, gdy Me­gan znik­nę­ła?

– Chy­ba tak.

– Za­tem w dal­szym cią­gu ze sobą roz­ma­wia­li?

– Tak.

– Czy ich sto­sun­ki do­brze się ukła­da­ły?

– Tak, po­wie­dzia­ła­bym, że tak… – Spoj­rza­ła ukrad­kiem na Ka­itlin. – Co my­ślisz, Kay?

Ka­itlin po­pa­trzy­ła na mnie i ski­nę­ła gło­wą. Pod­kre­śli­łem na­zwi­sko Char­le­sa Bry­an­ta.

– Czy mówi wam coś na­zwi­sko A.J. Grant? – Pu­ste spoj­rze­nie po­wie­dzia­ło mi wszyst­ko, co chcia­łem wie­dzieć. Zmie­ni­łem tak­ty­kę. – Mia­ły­ście ulu­bio­ne puby i klu­by, do któ­rych za­glą­da­ły­ście?

– Tiko – od­po­wie­dzia­ła bez chwi­li wa­ha­nia Lind­sey.

– Tak. Tiko na West En­dzie.

Za­pi­sa­łem na­zwę.

– Ja­kieś inne?

Spoj­rza­ły na sie­bie.

– Chy­ba nie – pod­ję­ła Lind­sey. – Wie pan, od­wie­dza­ły­śmy wie­le miejsc, ale w Tiko gra­li naj­lep­szą mu­zy­kę.

Wy­cią­gną­łem apa­rat cy­fro­wy Me­gan i wy­świe­tli­łem zdję­cie, na któ­rym sta­ła przed blo­kiem miesz­kal­nym.

– Czy zro­bi­ła je któ­raś z was?

Lind­sey uję­ła apa­rat i obie przyj­rza­ły się fo­to­gra­fii.

– Co to za miej­sce?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Nie mam po­ję­cia. Roz­po­zna­je­cie je?

– Nie – od­po­wie­dzia­ła Lind­sey, krę­cąc gło­wą.

Ski­ną­łem, od­bie­ra­jąc apa­rat i rzu­ca­jąc prze­lot­ne spoj­rze­nie

Ka­itlin. Od­wró­ci­ła wzrok i po­now­nie sta­ła się chłod­na. Za­mknię­ta.

Coś było wy­raź­nie na rze­czy.

□ □ □

Kie­dy wró­ci­łem, Bo­th­wic­ka nie było w ga­bi­ne­cie. Rzu­ci­łem okiem w kie­run­ku re­cep­cji. Jed­na z se­kre­ta­rek roz­ma­wia­ła przez te­le­fon. Szyb­ko wsze­dłem do jego po­ko­ju, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Mia­łem mało cza­su.

Na kra­wę­dzi biur­ka le­ża­ły dwie tecz­ki, tam gdzie je zo­sta­wił. Tecz­ka Ka­itlin i tecz­ka Lind­sey. Zo­sta­wi­łem tecz­kę Lind­sey i otwo­rzy­łem tecz­kę Ka­itlin. Jej szkol­na fo­to­gra­fia, przy­pusz­czal­nie sprzed kil­ku lat. Po­ni­żej wy­kaz przed­mio­tów, któ­re stu­dio­wa­ła, i li­sta obec­no­ści. Na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wy­glą­da­ło pra­wi­dło­wo. Żad­nych dłuż­szych nie­obec­no­ści, żad­nych uwag. Na na­stęp­nej stro­nie wid­niał jej do­mo­wy ad­res w Tuf­nell Park, a na ostat­niej oce­na se­me­stral­na. U dołu do­strze­głem oce­nę bar­dzo do­brą z dra­ma­tu.

Za­tem nie była nie­śmia­ła.

Za­mkną­łem tecz­kę, odło­ży­łem ją na biur­ko i wy­su­ną­łem gór­ną szu­fla­dę szaf­ki na do­ku­men­ty. Tecz­ka Bry­an­ta była ósma z brze­gu. W środ­ku znaj­do­wa­ła się jego fo­to­gra­fia. Ład­ny dzie­ciak. Ciem­ne wło­sy, ja­sne oczy. Miesz­kał z oj­cem w po­bli­żu Hi­gh­ga­te Wood.

Usły­sza­łem kro­ki na ko­ry­ta­rzu.

Bo­th­wick.

Za­mkną­łem tecz­kę, wło­ży­łem ją do szaf­ki i ci­cho wsu­ną­łem szu­fla­dę. Chwi­lę póź­niej dy­rek­tor sta­nął w drzwiach.

– Ach! – po­wie­dział. – Prze­pra­szam, mu­sia­łem wyjść.

– Nic się nie sta­ło.

– Do­stał pan wszyst­ko, cze­go pan po­trze­bo­wał?

Uśmiech­ną­łem się, spo­glą­da­jąc ką­tem oka na tecz­ki, aby upew­nić się, że leżą tam, gdzie je po­zo­sta­wił. Póź­niej uści­sną­łem mu dłoń i przy­tak­ną­łem.

□ □ □

Lind­sey mia­ła ra­cję. Sklep ze sprzę­tem wi­deo, w któ­rym pra­co­wa­ła Me­gan, zo­stał za­mknię­ty. Nie na parę dni, ale na do­bre. Prze­je­cha­łem obok nie­go i skrę­ci­łem w kie­run­ku Hol­lo­way Road. Dom Bry­an­ta w Hi­gh­ga­te oka­zał się trzy­pię­tro­wą miej­ską re­zy­den­cją z po­dwój­nym ga­ra­żem i we­ran­dą z ku­te­go że­la­za.

W środ­ku było ciem­no.

Za­dzwo­ni­łem i cze­ka­łem. Nic. Naj­mniej­sze­go ru­chu.

Naj­słab­sze­go dźwię­ku do­la­tu­ją­ce­go z we­wnątrz. Kie­dy sią­pią­cy deszcz się na­si­lił, zsze­dłem z we­ran­dy i ru­szy­łem bo­kiem. Rów­no­le­gle do nie­ru­cho­mo­ści, za za­mknię­tą furt­ką bie­gła ścież­ka. Do­strze­głem ka­wa­łek ogro­du, ale nic wię­cej. Wy­co­fa­łem się do fron­to­wych drzwi i po­now­nie za­dzwo­ni­łem. Tak­że tym ra­zem nikt nie od­po­wie­dział, więc wró­ci­łem do sa­mo­cho­du w stru­gach desz­czu.

5

Trzy ty­go­dnie po świę­tach Bo­że­go Na­ro­dze­nia przed drzwia­mi zna­la­złem ulot­kę in­for­mu­ją­cą o spo­tka­niach gru­py wspar­cia dla wdów i wdow­ców po­ni­żej czter­dzie­ste­go pią­te­go roku ży­cia. Wąt­pię w prze­zna­cze­nie, a wła­ści­wie w ogó­le nie daję wia­ry ta­kie­mu glę­dze­niu. Z dru­giej stro­ny ro­zu­miem, że lu­dzie mo­gli­by w nie uwie­rzyć, gdy­bym im po­wie­dział o ulot­ce, któ­ra po­ja­wi­ła się na mo­jej wy­cie­racz­ce. W tym cza­sie za­koń­czy­łem spra­wę, któ­rej roz­wią­za­nia omal nie przy­pła­ci­łem ży­ciem, i spę­dza­łem świę­ta sam, oglą­da­jąc sta­re fil­my ze mną i Der­ryn. By­łem w fi­zycz­nym i emo­cjo­nal­nym doł­ku. Chy­ba wła­śnie dla­te­go w dru­gim ty­go­dniu stycz­nia pod wpły­wem im­pul­su po­sta­no­wi­łem pójść na spo­tka­nie, nie spo­dzie­wa­jąc się po nim ni­cze­go wiel­kie­go. Od tego dnia mi­nę­ło dzie­więć mie­się­cy, a ja nadal co ty­dzień cho­dzi­łem na spo­tka­nia.

Od­by­wa­ły się we wtor­ki, naj­czę­ściej w bu­dyn­ku dwu­let­nie­go col­le­ge’u przy­go­to­waw­cze­go, w sali pach­ną­cej zwie­trza­łą kawą. Raz w mie­sią­cu zrzu­ca­li­śmy się i szli­śmy na obiad. Gdy­bym się wcze­śniej nie zgo­dził, pew­nie bym zre­zy­gno­wał, aby skon­cen­tro­wać się na spra­wie Me­gan Ca­rver, ale te­raz było już na to za póź­no. Z domu Bry­an­ta po­je­cha­łem do swo­je­go biu­ra w Ealing, wzią­łem ubra­nie na zmia­nę, dez­odo­rant i wy­ru­szy­łem do re­stau­ra­cji. Do taj­skiej knajp­ki w Kew, w po­bli­żu rze­ki.

Kie­dy wsze­dłem, z kuch­ni do­la­ty­wa­ło skwier­cze­nie, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach ko­ko­sa i sosu so­jo­we­go. Czter­na­ście osób sie­dzia­ło przy wiel­kim sto­le usta­wio­nym obok jed­ne­go z okien. Na­szą gru­pę pro­wa­dzi­ła Jen­ny, ni­ska, przy­sa­dzi­sta trzy­dzie­sto­dwu­lat­ka. Jej mąż do­stał za­wa­łu, bie­gnąc do po­cią­gu na sta­cji King’s Cross. Zo­ba­czy­ła mnie, po­de­szła i cmok­nę­ła w po­li­czek. Po­lu­bi­łem Jen­ny od na­szej pierw­szej roz­mo­wy. Była peł­na ży­cia, in­te­li­gent­na i we­so­ła, zna­ła się też na lu­dziach. Po­tra­fi­ła czy­tać w my­ślach i na­wią­zać oso­bi­sty kon­takt. Po­de­szli­śmy do sto­łu. Prze­pro­si­łem wszyst­kich za spóź­nie­nie, wy­mie­nia­jąc uści­ski dło­ni i po­zdro­wie­nia ze sta­ły­mi by­wal­ca­mi. Dwa miej­sca po­zo­sta­ły pu­ste: jed­no na środ­ku, obok księ­go­we­go imie­niem Ro­ger, któ­ry po kil­ku lamp­kach czer­wo­ne­go wina za­czy­nał opo­wia­dać o po­tęż­nej mocy swo­jej maz­dy RX-8. Dru­gie pu­ste krze­sło znaj­do­wa­ło się po pra­wej, obok dwóch osób, któ­rych wcze­śniej nie wi­dzia­łem.

– Da­vi­dzie, mamy dziś dwie nowe oso­by – wy­ja­śni­ła Jen­ny. Na­chy­li­ła się ku mnie, gdy szli­śmy w ich stro­nę. – Mia­łam na­dzie­ję, że się nimi zaj­miesz w moim za­stęp­stwie.

Jen­ny przed­sta­wi­ła no­wych jako Aro­na Cra­ne’a i Jill Whi­te. Obo­je stra­ci­li ży­cio­wych part­ne­rów i po­zna­li się przy po­ran­nej ka­wie w ka­wiar­ni. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łem, że sta­no­wią parę, ale sie­dzie­li od­dziel­nie i w trak­cie roz­mo­wy wspo­mi­na­li swo­ich zmar­łych part­ne­rów w spo­sób, któ­ry czy­nił oczy­wi­stym, że nie byli ra­zem.

Za­mó­wi­li­śmy je­dze­nie i spę­dzi­li­śmy pół go­dzi­ny na nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej roz­mo­wie o po­go­dzie, miej­skim ru­chu, miej­sco­wym człon­ku par­la­men­tu przy­ła­pa­nym w to­a­le­cie w Bay­swa­ter ze spodnia­mi spusz­czo­ny­mi do ko­stek i mę­ską pro­sty­tut­ką. Obo­je wy­da­wa­li się sym­pa­tycz­ni. Jill była mniej wię­cej w moim wie­ku, po gor­szej stro­nie czter­dziest­ki. Mia­ła ciem­no­nie­bie­skie oczy – o bar­wie mo­rza w wa­ka­cyj­nym miej­scu, na któ­re nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić – drob­ne nie­do­sko­na­ło­ści skó­ry, ta­kie jak bli­zny po trą­dzi­ku, oraz nie­wiel­kie zna­mię po­wy­żej bro­dy. Wi­dać było, że jest bo­le­śnie świa­do­ma tego zna­mie­nia. Kie­dy mó­wi­ła, mi­mo­wol­nie przy­su­wa­ła dło­nie do twa­rzy, umiesz­cza­jąc jed­ną pod bro­dą, a dru­gą krę­cąc ko­smy­ki ja­snych wło­sów za usza­mi.

On miał ze trzy­dzie­ści pięć lat, ciem­no­brą­zo­we wło­sy i oczy tej sa­mej bar­wy oraz lek­ko skrzy­wio­ny nos, jak­by kie­dyś zła­ma­ny i nie­wła­ści­wie na­sta­wio­ny. No­sił skrom­ne ubra­nie – ko­szu­lę z koł­nie­rzy­kiem, sza­re spodnie i pro­stą ma­ry­nar­kę. Gdy­bym miał zga­dy­wać, po­wie­dział­bym, że pra­cu­je w City, pa­ląc ogień w dia­bel­skim pie­cu kie­row­nic­twa śred­nie­go szcze­bla. Miał udrę­czo­ne spoj­rze­nie, jak­by nig­dy nie mógł do koń­ca wy­sta­wić gło­wy nad po­wierzch­nię wody.

– Czym się zaj­mu­jesz, Da­vi­dzie? – za­py­tał, kie­dy przy­nie­sio­no je­dze­nie.

– Od­naj­dy­wa­niem za­gi­nio­nych osób.

– Je­steś kimś w ro­dza­ju śled­cze­go?

– Tak, moż­na tak po­wie­dzieć – od­par­łem z uśmie­chem. – Tyl­ko nie mam od­zna­ki, któ­rą mógł­bym mi­gnąć przed ocza­mi, i nie wy­wa­żam drzwi. In­nych róż­nic nie pa­mię­tam.

Aron wy­buch­nął śmie­chem, ale Jill uśmiech­nę­ła się kwa­śno, jak­bym ją przed chwi­lą ura­ził. Może uwa­gą o po­li­cji.

Aron spoj­rzał na nią, a póź­niej za­trzy­mał wzrok na mnie.

– Mąż Jill był po­li­cjan­tem. On… – Spoj­rzał na nią po­now­nie. Ski­nę­ła gło­wą, zga­dza­jąc się, by kon­ty­nu­ował opo­wieść. – Zgi­nął na służ­bie. Zo­stał po­strze­lo­ny… – Prze­rwał na chwi­lę. – Ona nadal sta­ra się usta­lić, kto to zro­bił.

– Prze­pra­szam. Na­praw­dę mi przy­kro – po­wie­dzia­łem. Unio­sła rękę.

– W po­rząd­ku. Od tego cza­su mi­nął pra­wie rok… po­win­nam le­piej ukry­wać swo­je uczu­cia. – Tym ra­zem uśmiech­nę­ła się na­praw­dę.

Roz­mo­wa prze­szła na bar­dziej ogól­ne te­ma­ty – film, sport i po­now­nie po­go­dę. W koń­cu za­czę­li­śmy roz­ma­wiać o tym, co nas wszyst­kich rzu­ci­ło do Lon­dy­nu. Jill pra­co­wa­ła w mar­ke­tin­gu i nie­daw­no prze­pro­wa­dzi­ła się do mia­sta, kie­dy jej mąż do­stał ro­bo­tę w lon­dyń­skiej po­li­cji. Aron po­twier­dził moje przy­pusz­cze­nia. Pra­co­wał w fi­nan­sach, w ban­ku in­we­sty­cyj­nym ma­ją­cym sie­dzi­bę przy Ca­na­ry Wharf. W koń­cu roz­mo­wa za­to­czy­ła koło i po­wró­ci­ła do mo­je­go za­ję­cia.

– Lu­bisz swo­ją pra­cę? – spy­ta­ła Jill.

– Tak, zwy­kle lu­bię. – Pod­nio­słem lewą dłoń i po­ru­szy­łem pal­ca­mi z uszko­dzo­ny­mi pa­znok­cia­mi. – Cho­ciaż nie za­wsze. Cza­sa­mi po pro­stu spra­wia ból.

– Jak to ro­bisz?

Prze­rwa­łem, przy­glą­da­jąc się swo­im pal­com.

– Nie­któ­rzy lu­dzie wolą po­zo­stać w ukry­ciu – od­par­łem lek­kim to­nem, żeby zbyć ko­lej­ne py­ta­nia.

Po pro­stu tak było ła­twiej.

□ □ □

Kie­dy wy­szli­śmy na ze­wnątrz, a część lu­dzi – w tym Aron – po­zo­sta­ła jesz­cze w środ­ku, by po­dzie­lić się ra­chun­kiem za ko­la­cję, po­ga­da­łem z Jill sam na sam. Noc była chłod­na. Na krót­ką chwi­lę nie­bo się otwo­rzy­ło i uka­zał się księ­życ. Póź­niej znik­nął po­now­nie za za­sło­ną czar­nej chmu­ry.

– Dzię­ku­ję, że do­trzy­ma­łeś nam to­wa­rzy­stwa, Da­vi­dzie – po­wie­dzia­ła. – Do­my­ślam się, że za­ba­wia­nie no­wych nie jest cie­ka­wym za­ję­ciem.

– Cie­szę się, że mo­głem was po­znać.

– A ja się cie­szę, że po­słu­cha­łam Aro­na i tu przy­szłam. Przy­zna­ję, że po­cząt­ko­wo nie wie­dzia­łam, czy po­win­nam to zro­bić. Te­raz wiem, że pod­ję­łam słusz­ną de­cy­zję. Kie­dy zgi­nął Frank, by­li­śmy nowi w mie­ście. Wiesz, mie­li­śmy wie­lu przy­ja­ciół na wsi, ale nie­wie­lu w Lon­dy­nie. Przez ostat­ni rok pra­wie nie wy­cho­dzi­łam z domu.

– To aku­rat każ­dy tu­taj zro­zu­mie. – Spoj­rza­łem na Aro­na, aby po chwi­li po­now­nie prze­nieść wzrok na Jill. – Po pro­stu wpa­dli­ście na sie­bie?

– Wła­ści­wie tak. Aron pija po­ran­ną kawę tam gdzie ja. Któ­re­goś dnia po­wie­dzia­łam „cześć”, a póź­niej za­czę­li­śmy ga­dać i… no i tra­fi­li­śmy tu­taj. – Prze­rwa­ła i spoj­rza­ła na mnie, jak­by przy­szło jej coś do gło­wy. – Pla­no­wa­li­śmy wyj­ście na drin­ka w pią­tek wie­czór. Czuj się za­pro­szo­ny.

Po­pa­trzy­ła na mnie, a w jej oczach za­tań­czy­ły od­bi­te świa­tła re­stau­ra­cji. Zer­k­ną­łem do środ­ka w po­szu­ki­wa­niu Aro­na, któ­ry śmiał się z cze­goś, co po­wie­dzia­ła Jen­ny, a póź­niej spoj­rza­łem na Jill.

– Nie chcę wam prze­szka­dzać…

Po­dą­ży­ła śla­dem mo­je­go wzro­ku.

– Masz na my­śli Aro­na?

Ski­ną­łem gło­wą.

– Ach, nie… je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi. Nie je­stem go­to­wa na nową re­la­cję. – Od­wró­ci­ła wzrok. – Po­daj mi swój nu­mer te­le­fo­nu. Wy­ślę ci SMS-a albo za­dzwo­nię. Do­łą­czysz do nas, je­śli bę­dziesz miał ocho­tę. Bez żad­nych zo­bo­wią­zań.

Po­da­łem jej swój nu­mer. Za­pi­su­jąc go, po­now­nie zaj­rza­ła do lo­ka­lu, szu­ka­jąc Aro­na. Może nie była go­to­wa. Może on też nie był go­tów, ale z pew­no­ścią coś do sie­bie czu­li, na­wet je­śli to je­dy­nie po­wi­no­wac­two dusz. Nie chcia­łem wcho­dzić im w dro­gę, bo wie­dzia­łem, co to za uczu­cie. Wie­dzia­łem, co to zna­czy po­now­nie na­wią­zać re­la­cję i po­zo­sta­wić za sobą mrocz­ne cie­nie.

6

Kie­dy Der­ryn ode­szła, moi ro­dzi­ce nie żyli od trzech lat. Nie mam ro­dzeń­stwa. Po­cząt­ko­wo by­łem zda­ny na przy­ja­ciół, któ­rzy po­ma­ga­li mi, dzie­ląc się obo­wiąz­ka­mi. Póź­niej sy­tu­acja za­czę­ła się stop­nio­wo zmie­niać. Przed śmier­cią Der­ryn żar­to­wa­li­śmy z ko­le­ga­mi, śmia­li­śmy się z sie­bie, pro­wa­dzi­li­śmy pod­sy­ca­ne pi­wem sprzecz­ki o pił­kę noż­ną i kino. Gdy ją po­cho­wa­łem, pił­ka i film prze­sta­ły mieć zna­cze­nie.

Tyl­ko jed­na oso­ba to ro­zu­mia­ła.

Do­tar­łem do domu po je­de­na­stej. Spoj­rza­łem przez ogro­dze­nie na fron­to­wy po­kój są­sied­nie­go domu i uj­rza­łem Liz po­chy­lo­ną nad lap­to­pem. Liz była inna od lu­dzi, któ­rych zna­łem, choć nie wie­dzia­łem dla­cze­go. Wpro­wa­dzi­ła się trzy ty­go­dnie po śmier­ci Der­ryn i w ogó­le mnie nie zna­ła, kie­dy jed­nak za­czę­li­śmy roz­ma­wiać, oka­za­ło się, że po­tra­fi sie­dzieć i słu­chać – noc w noc, ty­dzień w ty­dzień – co­fa­jąc się wraz ze mną do po­cząt­ku mo­je­go mał­żeń­stwa.

Po trzech lub czte­rech mie­sią­cach zo­rien­to­wa­łem się, że coś do mnie czu­je. Cho­ciaż nig­dy tego nie po­wie­dzia­ła ani nie dała do zro­zu­mie­nia, wy­raź­nie to wi­dzia­łem. Mia­łem prze­czu­cie, że gdy będę go­tów, Liz bę­dzie na mnie cze­ka­ła. W ra­zie po­trze­by Liz udzie­la­ła mi tak­że prak­tycz­nej po­mo­cy. Była do­sko­na­łym ad­wo­ka­tem i mia­ła wła­sną kan­ce­la­rię w mie­ście. Kie­dy przed świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia spra­wa, któ­rą się zaj­mo­wa­łem, przy­bra­ła zły ob­rót, Liz sie­dzia­ła ra­zem ze mną w po­li­cyj­nym po­ko­ju prze­słu­chań, gdy śled­czy pró­bo­wa­li usta­lić, co i dla­cze­go się wy­da­rzy­ło. A kie­dy okła­ma­łem po­li­cję, w głę­bi du­szy czu­łem, że Liz o tym wie­dzia­ła. Mimo to nig­dy nie do­pro­wa­dzi­ła do kon­fron­ta­cji ani o tym nie wspo­mnia­ła. Ro­zu­mia­ła, że stra­ta żony wy­war­ła wpływ na moją po­trze­bę zwie­rzeń, i wy­da­wa­ła się go­to­wa prze­cze­kać trud­ny okres.

Wsze­dłem na we­ran­dę, za­pa­li­ło się oświe­tle­nie alar­mo­we. Liz za­uwa­ży­ła ruch. Zmru­ży­ła oczy, a ja wsze­dłem w pole świa­tła. Uśmiech­nę­ła się i wsta­ła od sto­łu, po­zdra­wia­jąc mnie ręką. Ski­ną­łem gło­wą i ru­szy­łem ścież­ką w kie­run­ku drzwi. Były otwar­te, a świa­tło ob­le­wa­ło jej po­stać, gdy szu­ka­ła cze­goś w ku­chen­nym kre­den­sie.

– Wi­taj, Ra­ker – po­wie­dzia­ła, pod­no­sząc gło­wę i wyj­mu­jąc no­wo­cze­sny mły­nek do kawy. Na bla­cie le­ża­ła ziar­ni­sta kawa w srebr­nej fo­lii.

– Jak się masz, Eli­za­beth?

Po­krę­ci­ła gło­wą. Nie lu­bi­ła, gdy ją tak na­zy­wa­no.

– W po­rząd­ku, a ty?

– Uj­dzie. By­łaś dzi­siaj w są­dzie?

– Idę ju­tro.

– Ach! Na pew­no chcesz, że­bym ci prze­szka­dzał?

– Sta­no­wisz miłą od­mia­nę – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

Jej dom był czy­sty, prze­nik­nię­ty taką at­mos­fe­rą, jak­by go­spo­da­rze „do­pie­ro co się wpro­wa­dzi­li”, choć Liz miesz­ka­ła tu nie­mal dwa lata. W sa­lo­nie znaj­do­wał się wspa­nia­ły ko­mi­nek wy­koń­czo­ny czar­nym mar­mu­rem i oto­czo­ny ka­mien­nym mur­kiem. Szcza­py drew­na le­ża­ły we wnę­kach z obu stron, a mały drew­nia­ny anioł z roz­po­star­ty­mi skrzy­dła­mi stał tam, gdzie po­wi­nien pło­nąć ogień. Resz­ta wy­stro­ju po­ko­ju była mi­ni­ma­li­stycz­na. Dwie czar­ne ka­na­py, te­le­wi­zor w rogu i ro­śli­na do­nicz­ko­wa, a pod fron­to­wym oknem apa­ra­tu­ra na­gła­śnia­ją­ca mar­ki De­non. Na je­dy­nej pół­ce wy­so­ko po­nad ka­na­pa­mi sta­ły czte­ry fo­to­gra­fie przed­sta­wia­ją­ce Liz i jej cór­kę. Mło­do wy­szła za mąż, by wkrót­ce uro­dzić cór­kę i się roz­wieść. Cho­ciaż Liz mia­ła za­le­d­wie czter­dzie­ści trzy lata, jej cór­ka Ka­tie była na trze­cim roku uni­wer­sy­te­tu w War­wick.

Usia­dłem w sa­lo­nie. Liz za­mknę­ła mły­nek i włą­czy­ła urzą­dze­nie. Do mo­ich uszu do­le­ciał ha­łas przy­po­mi­na­ją­cy zgrzyt kół trak­to­ra na ka­mie­ni­stej zie­mi i dom wy­peł­ni­ła aro­ma­tycz­na woń kawy. Po chwi­li Liz wy­szła, przy­mknę­ła drzwi do kuch­ni i przy­sia­dła na ka­na­pie na­prze­ciw mnie.

– Gdzie by­łeś?

– Na spo­tka­niu gru­py wspar­cia.

– No tak, dziś wto­rek. Jak było?

– Cał­kiem nie­źle. W tym ty­go­dniu nie sie­dzia­łem obok Ro­ge­ra.

Uśmiech­nę­ła się.

– To ten fa­cet od maz­dy RX-osiem, praw­da?

– Praw­da.

– Do­kąd po­szli­ście?

– Do taj­skiej re­stau­ra­cji w Kew.

– Wiem któ­rej. Raz za­pro­si­łam tam klien­ta. Oskar­żo­no go o na­by­cie skra­dzio­nych to­wa­rów. – Prze­rwa­ła i uśmiech­nę­ła się po­now­nie. – Gość nie bu­dził za­ufa­nia, ale uchro­ni­łam go przed od­siad­ką, a on skom­pen­so­wał to wy­so­kim ra­chun­kiem prze­sła­nym po za­koń­cze­niu pro­ce­su.

– Je­steś dro­ga?

– Gdy­byś wie­dział jak… – Mru­gnę­ła po­ro­zu­mie­waw­czo. – Je­śli znaj­dziesz się w po­sia­da­niu po­dej­rza­nych od­twa­rza­czy DVD, bę­dziesz wie­dział, do kogo się zwró­cić, Da­vi­dzie.

Uśmiech­nę­ła się. Spoj­rze­li­śmy na sie­bie po­now­nie w ci­szy wy­peł­nio­nej szu­mem elek­trycz­ne­go młyn­ka do kawy.

– Masz nową spra­wę?

– Pa­mię­tasz Me­gan Ca­rver?

Za­wa­ha­ła się. Zna­ła na­zwi­sko, ale nie wie­dzia­ła skąd.

– Czy to dziew­czy­na, któ­ra znik­nę­ła w nie­zna­nych oko­licz­no­ściach?

– Tak.

– O rety! Po­waż­na spra­wa.

– Wy­star­cza­ją­co. Pró­bu­ję ją od­na­leźć.

– Je­śli nadal żyje.

– Tak, choć ist­nie­je duże praw­do­po­do­bień­stwo, że jest in­a­czej.

Prze­sta­ła mnie wy­py­ty­wać, choć jej oczy mó­wi­ły, że chcia­ła­by do­wie­dzieć się wię­cej. Nie wy­ni­ka­ło to je­dy­nie z na­tu­ral­nej cie­ka­wo­ści. Cho­ciaż na­sze za­ję­cia były po­dob­ne – obo­je mie­li­śmy do czy­nie­nia z po­szko­do­wa­ny­mi klien­ta­mi, kłam­stwa­mi, pół­praw­da­mi i hi­po­te­za­mi – zda­wa­łem so­bie spra­wę, że kie­ru­ją nią znacz­nie prost­sze mo­ty­wy: chcia­ła wie­dzieć, do­kąd zmie­rza na­sza re­la­cja.

– Ach, nie­mal za­po­mnia­łam – wes­tchnę­ła i po chwi­li znik­nę­ła w ko­ry­ta­rzu.

Pod­nio­słem gło­wę i po­now­nie spoj­rza­łem na jed­ną z fo­to­gra­fii na pół­ce. Liz za­rzu­ci­ła rękę na szy­ję Ka­tie, była ubra­na w spód­ni­cę i bluz­kę. Wy­glą­da­ła fan­ta­stycz­nie. Mia­ła ciem­ne, we­so­łe oczy, dłu­gie wło­sy bar­wy cze­ko­la­dy, smu­kłą, de­li­kat­ną fi­gu­rę. Nig­dy nie roz­ma­wia­li­śmy ojej re­la­cjach z męż­czy­zna­mi, ale wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, aby z ni­kim się nie spo­ty­ka­ła. Była pięk­na, choć nie da­wa­ła od­czuć, że zda­je so­bie z tego spra­wę, co czy­ni­ło ją tym bar­dziej po­cią­ga­ją­cą.

Wró­ci­ła po kil­ku mi­nu­tach z ko­per­tą w dło­ni.

– Masz – po­wie­dzia­ła, po­da­jąc mi ta­jem­ni­czy przed­miot.

– Wy­sta­wi­łaś ra­chu­nek za kawę?

– Ha, ha! Za­baw­ny z cie­bie fa­cet, Ra­ker. Nie, je­den z mo­ich sta­łych klien­tów otwo­rzył nową re­stau­ra­cję. Nic o niej nie wiem, ale któ­re­goś dnia bę­dziesz mógł za­pro­sić kil­ku ko­le­gów z gru­py. Je­stem praw­ni­kiem, więc nie mam przy­ja­ciół, dla­te­go po­my­śla­łam, że bę­dzie le­piej, je­śli od­dam je to­bie.

Uśmie­cha­ła się cza­ru­ją­co.

Zaj­rza­łem do środ­ka. Osiem bo­nów z na­zwą nie­daw­no otwar­tej wło­skiej re­stau­ra­cji w Ac­ton. Za każ­dy mo­głeś do­stać dar­mo głów­ne da­nie.

– Je­steś pew­na? – spy­ta­łem.

– Tak, ab­so­lut­nie.

Spoj­rza­łem na Liz, a póź­niej po­now­nie na bony. Nie za­sta­na­wiaj się. Po pro­stu to zrób. Pod­nio­słem oczy. Zno­wu wpa­try­wa­ła się we mnie z tym sa­mym wy­ra­zem twa­rzy.

– Je­steś wol­na w pią­tek wie­czór?

Mil­cza­ła przez chwi­lę.

– Nie mu­sisz mnie py­tać…

– Za­py­ta­łem, bo tego chcę.

Usia­dła na ka­na­pie i skrzy­żo­wa­ła nogi, a po­tem się uśmiech­nę­ła.

– Tak – od­po­wie­dzia­ła. – Je­stem wol­na.

– Za­tem wy­glą­da na to, że pój­dzie­my coś prze­ką­sić do wło­skiej re­stau­ra­cji.

7

Wsze­dłem do kuch­ni. Na bla­cie nadal sta­ło pla­sti­ko­we pu­dło Me­gan. Za­nio­słem je do sa­lo­nu i usia­dłem przy sto­le, ukła­da­jąc jego za­war­tość na trzy od­dziel­ne kup­ki. Bi­żu­te­ria, li­sty i fo­to­gra­fie.

Naj­pierw przej­rza­łem bi­żu­te­rię. Kil­ka zło­tych łań­cusz­ków. Bran­so­let­ka. Parę pier­ścion­ków. Po­środ­ku tego wszyst­kie­go uj­rza­łem na­szyj­nik. Nie­zwy­kły, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cy do resz­ty. Ka­wa­łek ciem­ne­go szkła, być może ob­sy­dia­nu, za­wie­szo­ny na dłu­gim czar­nym sznur­ku. Przy­su­ną­łem go bli­żej i wol­no od­wró­ci­łem w rę­kach. Z tyłu wy­ry­to ini­cja­ły Me­gan. Odło­ży­łem na­szyj­nik z dala od in­nych przed­mio­tów i się­gną­łem po li­sty.