Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 349 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 20 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 20 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Zanim znowu zabiję - Mariusz Czubaj

 

Trzeci kryminał z Rudolfem Heinzem! Piłkarski światek i makabryczne zabójstwa, niezawodny Kastoriadis i przeszłość, która powraca w życiu komisarza...

Warszawa, 10 kwietnia 2010 roku, w okolicach Dworca Wschodniego Jacek Kos rzuca się pod pociąg. W obliczu katastrofy smoleńskiej śmierć piłkarza z polskiej kadry przechodzi bez echa. Dwa tygodnie później do Katowic przybywa Józef Heinz i prosi syna, którego nie widział od wielu lat, by pomógł mu wyjaśnić powody tego samobójstwa. Kierując się względami osobistymi, Rudolf Heinz postanawia przeprowadzić na urlopie drobne dochodzenie. Zagłębiając się w prywatne śledztwo, profiler stopniowo odkrywa powiązania z niewyjaśnionymi zabójstwami nastoletnich chłopców. Sprawie nadano kiedyś kryptonim ZZZ. Nazwa nawiązywała do listu, który pozostawił nieuchwytny morderca.

Tymczasem w długi weekend majowy ze szpitala psychiatrycznego ucieka Inkwizytor, by wyrównać rachunki z Heinzem i resztą świata...

 

Zarówno powieść kryminalna, jak i mecz piłkarski mają formułę zamkniętą: kryminał ciąży ku nieuchronnemu finałowi i rozwiązaniu sprawy, mecz kończy ostatni gwizdek sędziego (jakkolwiek zdarzają się przypadki, że piłkarze pragną wymierzyć sobie sprawiedliwość w drodze do szatni). I kryminał, i futbol mają swoją dramaturgię oraz bohaterów, na których temat prowadzi się zażarte dyskusje. Przede wszystkim bowiem kryminał i piłkę łączy to, że odwołują się do emocji fanowskich: do czystych, bezinteresownych odczuć tych, którzy tracą mnóstwo czasu, by zyskać coś nieuchwytnego: coś, co możemy nazwać suspensem i dreszczykiem przebiegającym po plecach i niedającym spokojnie zasnąć.

Zanim znowu zabiję to taki drybling między zwłokami, sprawami i duchami z przeszłości z futbolem w tle. I jeśli przykuje na kilka godzin waszą uwagę, odwodząc - podobnie jak mecz piłkarski - od codzienności, autorskie zadanie zostanie wykonane. Czego życzę Czytelnikom i samemu sobie.

Mariusz Czubaj

 

Facet ma nazwisko jak keczup, ale za to głowę niczym komputer i mimo ewidentnych ciągot alkoholowych (i co ciekawe, rockowo-karatekowych), jak już zagnie na kogoś parol, to nie popuści.

Bożydar Brakoniecki

Opinie o ebooku Zanim znowu zabiję - Mariusz Czubaj

Cytaty z ebooka Zanim znowu zabiję - Mariusz Czubaj

Każda rozmowa z ojcem kończyła się moim rozdrażnieniem. Widocznie tak miało być. Nie potrafiłem zapanować nad sobą. Wiedziałem, że jego powrót po tylu latach musi na mnie wpłynąć. Ale ja nic nie chciałem zmieniać.
Wytwarzał mężczyzn i kobiety, którzy w każdym wypowiedzianym zdaniu doszukiwali się kłamstwa. Sam zapewne też należałem do tej niewesołej gromady, bo nie do końca wierzyłem w szczerość ludzkich intencji.
Drgnąłem. Przemknęło mi przez głowę coś jeszcze. Jakieś odległe skojarzenie. Coś ważnego. Trwało to ułamek sekundy. Umknęło szybciej niż mijany znak drogowy. Wiedziałem, że będę się męczył, dopóki myśl nie powróci. Lub nie zniknie całkowicie.
Uderzyłem niezbyt czysto, ale po takim dniu trudno było ode mnie oczekiwać pieszczot. A może zwyczajnie wciąż byłem o nią zazdrosny. Nawet o jej romans sprzed wielu lat. Nie potrafiłem tej informacji gładko przełknąć. Czym prędzej odgoniłem tę myśl od siebie.
Cena znacznie różniła się od tej, którą podano na stronie internetowej. Nie dyskutowałem. Nie wykłócałem się o swoje. Najczęściej zresztą nie wypadam dobrze w tej roli. W zwykłych życiowych sytuacjach mój dar przekonywania ludzi sprawdza się tak sobie. Na pierwszym lepszym bazarze by mnie sprzedali i zjedli żywcem.
Miałem świadomość, że chodzę po linie nad przepaścią i że każdy nierozważny ruch może skończyć się katastrofą. Wciąż poruszałem się w sferze przypuszczeń i intuicji, a nie faktów. To była moja słabość. Ale wiedziałem też, co muszę zrobić, by zwiększyć swoje szanse.
Zwrócił oczy ku niebu, jakby stamtąd spodziewał się pocieszenia. A może liczył na to, że ktoś szczególny go wysłucha. Wszystkie spojrzenia musiały być zwrócone na niego. Tak to już jest z ludźmi, którzy kochają samych siebie i uważają się za mistrzów ceremonii.

Fragment ebooka Zanim znowu zabiję - Mariusz Czubaj

MARIUSZ

CZUBAJ

ZANIM ZNOWU ZABIJĘ

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXII

Wydanie II

Warszawa MMXV

Największą siłę na tym świecie stanowi przynęta

Jean-Henri Fabre, Z życia owadów

Pleased to meet you

Hope you guess my name

The Rolling Stones, Sympathy for the Devil

Prolog

Usłyszał kroki, ocknął się z letargu. Wiedział, że znów jest blisko. Przez chwilę, która wydłużała się w nieskończoność, nic się nie działo. A potem szczęknął zamek.

Chłopiec gwałtownie poderwał głowę. Nie pomylił się. W sobie tylko wiadomy sposób odczuwał obecność nieznajomego na długo przedtem, nim ten się zjawiał. Był pewien, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który z takiej odległości słyszy słabe drgania silnika i stłumiony odgłos zamykanych drzwi samochodu. Ostrożnie stawiane kroki wyczuwał niczym Indianie, których podziwiał w westernach. Poznawał ciche skrzypnięcie gumowej podeszwy. Jestem jak wąż, uświadomił sobie, gdy jeszcze miał siłę myśleć. Czytał gdzieś, że te gady odbierają drgania podłoża za pomocą kości szczękowych po łączonych z uchem środkowym, i w ten sposób doskonale słyszą odgłosy innych zwierząt. Kiedyś interesował się wężami i dużo o nich wiedział. Na próżno błagał rodziców, by pozwolili mu mieć w domu terrarium. To było kilka lat temu. Potem pochłonęło go zupełnie coś innego.

Pamiętał, że czerwonoskórzy czasami porywali białych. I tak jak jemu, wiązali z tyłu ręce i mocowali do drzewa albo wbitego w ziemię pala. Ale nigdy nie zakładali opaski na oczy ani nie zaklejali taśmą ust. Nikogo nie zamykali w wilgotnej norze. Dzielni kowboje stali na słońcu, a on czuł stęchliznę butwiejących ubrań, podobną do tej, którą pamiętał z garażu dziadka Pierre’a. Tak było na początku. Później się przyzwyczaił. Sam nie wiedział, kiedy smród zaczął traktować jako coś naturalnego.

Dziadek Pierre. Na pewno go szuka. I rodzice też go poszukują. Ktoś wreszcie go znajdzie i uwolni. A wtedy nieznajomego osądzą i powieszą. Będzie jak na westernach. Szubienicę postawią z pewnością przy beffroi, wieży strażniczej z czerwonej cegły, z której można podziwiać panoramę okolicy. Albo nie. Postawią ją na stadionie. A kat będzie ubrany w koszulkę w czarne i białe pasy. Całe miasto będzie na to patrzeć, a on usiądzie na honorowym miejscu, z którego będzie widział zazdrość kolegów i pełne podziwu spojrzenia dziewczyn. Zwłaszcza tej, która niedawno się wprowadziła do jego kamienicy, ma na imię Marie i mieszka dwa piętra wyżej.

Tak myślał pierwszego i drugiego dnia. Trzeciego zaczął tracić nadzieję. Gdy czwartego dnia znów nie dostał nic do jedzenia, po raz pierwszy pomyślał, że umrze. Zapadł w dziwny półsen i stracił rachubę czasu. Nie wiedział, jak długo przebywa w tej pułapce. Tydzień, dwa tygodnie, miesiąc? Nie mógł odgadnąć, jaka jest pora dnia. Nie potrafił, a może już nie chciał, o własnych siłach wstać z podłogi. Już dawno przestał poruszać nadgarstkami w nadziei, że uwolni się z więzów. Przestał się nawet bać. Powoli zacierały się wspomnienia, a w letargu, w którym trwał, rozmywały się rysy twarzy rodziców i przyjaciół.

Nie potrafił zrozumieć, co właściwie się stało. Jak zwykle wracał z kolegami do domu. Przez ramię miał przewieszoną torbę sportową. Ostatnie kilkaset metrów pokonywał sam. Przy chodniku zatrzymał się samochód i przez uchyloną szybę kierowca o coś zapytał. Głos brzmiał znajomo. Podszedł bliżej i pochylił się. Potem zapadła ciemność. Ocknął się w zimnym lochu, który został jego nowym domem. Nie mógł wiedzieć, że to miejsce miało stać się także jego grobem.

Zgrzyt zamka w drzwiach zabrzmiał niczym wybuch granatu na filmie wojennym. Chłopak ocknął się. Mimo woli uderzył głową o gruby pręt. Przeszywający ból rozchodził się promieniście przez szyję, barki i plecy. O dziwo, wsparty o zimny metal, chłopak uniósł się sam do góry. Drżał. Po raz pierwszy od nie wiadomo jakiego czasu przestraszył się. Czujnie nasłuchiwał. Tym razem nieznajomy zachowywał się inaczej.

Zawsze gdy przychodził, zrywał mu taśmę z ust i dawał wodę do picia. Potem rozwiązywał ręce i żelazny uchwyt, wykluczający wszelki opór, zaciskał się na przedramieniu chłopca. Mężczyzna prowadził go do kubła, by mógł się załatwić. Za pierwszym razem porwany próbował zerwać opaskę z oczu. Zanim to uczynił, został powalony potężnym ciosem. Stracił przytomność. Więcej nie chciał już przeciwstawiać się nieznajomemu.

Za każdym razem powtarzały się te same czynności. Mężczyzna odprowadzał go na miejsce i przywiązywał z powrotem. Zaklejał usta. Przez te wszystkie dni nie odezwał się ani słowem. Chłopiec słyszał świst wydychanego powietrza. Czuł wstrętny nieznany zapach wydobywający się z ust tamtego. Wstrzymywał wówczas oddech, by nie dostać torsji.

Tego dnia było jednak inaczej. Nieznajomy wszedł do środka, ale nie podszedł do porwanego. Potem rozległ się odgłos, jakby mężczyzna postawił coś na podłodze. Chłopiec usłyszał charakterystyczny dźwięk zamka błyskawicznego. Tamten pewnie był w dresie i rozpiął bluzę. Wtedy poczuł zapach, którego nie sposób nie rozpoznać. Frytki. Więc to nie była bluza, ale zamek od torby. Nieznajomy przyniósł jedzenie. Po raz pierwszy. Żołądek porwanego odruchowo skurczył się. Chłopiec poczuł ból oraz mdłości i osunął się z powrotem na podłogę.

Nie mógł widzieć, że nieznajomy wyjął z torby nie tylko biały plastikowy pojemnik, ale i skórzany pasek. Złożył go na pół i zbliżył dwie pięści do siebie, tworząc w ten sposób pętlę. Gwałtownym ruchem odciągnął dłonie. Pętla błyskawicznie spłaszczyła się i pasek strzelił. Rozległ się dźwięk przypominający trzask bicza. Chłopiec drgnął. Mężczyzna zauważył to i uśmiechnął się.

Podszedł do wmurowanego w ziemię pręta i chwycił za sznur krępujący ręce. Wtedy w pomieszczeniu rozległ się czyjś głos. Ktoś śpiewał po angielsku. Nieznajomy znieruchomiał, a potem sięgnął do kieszeni. Przez chwilę stał w miejscu. Chłopiec słyszał jego oddech głośniejszy niż zwykle. Do jego uszu dobiegło chrząknięcie. Mężczyzna jakby się zawahał. A potem szybkie kroki skierowały się w stronę drzwi. Klucz zachrobotał w zamku. Tamten zniknął.

W piwnicy wciąż unosił się zapach frytek. A więc, domyślił się chłopiec, nieznajomy zostawił torbę i pewnie niedługo wróci. Po raz pierwszy od nie wiadomo jak długiego czasu porwanego opuściły halucynacje. Stanął o własnych siłach, a nogi przestały drżeć.

Szarpnął nadgarstkami, przywarł nimi do metalu i powtórzył czynność. Skręcił prawą dłoń i najmniejszym palcem natrafił na pętlę. A przecież próbował uwolnić się dziesiątki razy! Poczuł nagły przypływ sił. Jak wówczas, gdy w ostatniej minucie strzelił bramkę, a w dogrywce dołożył jeszcze jedną i został bohaterem meczu. Cierpliwie rozluźniał pętlę, aż poczuł, że może wcisnąć kolejny palec.

Gdy sznur opadł na ziemię, chłopiec zerwał taśmę z ust i zdjął opaskę.

Nie rozwarł powiek. Jego ojciec i dziadek byli górnikami, on też urodził się i mieszkał w mieście, które nie przypadkiem Belgowie nazywali Pays Noir1. Podczas obiadów wielokrotnie słyszał o tąpnięciach i wybuchach oraz górnikach uwięzionych pod ziemią, czekających dniami i nocami w zasypanych korytarzach na ratunek. Gdy już cię wydobędą, nie otwieraj oczu. Nie otwieraj oczu. To zdanie, czarodziejskie zaklęcie, słyszał wiele razy.

Ze zmrużonymi powiekami, rękami omiatając przestrzeń wokół, dotarł do drzwi i szarpnął za klamkę. Nie mylił się. Były zamknięte. Tamten wróci, przypomniał sobie. Niedługo wróci. A wtedy...

Poczuł, że paraliżuje go strach. Że zaczyna krępować niczym porzucony na podłodze sznur. Odwrócił się i oparł o drzwi. Spod zmrużonych oczu widział, że po przeciwległej stronie pomieszczenia znajduje się jakieś źródło światła. Ruszył w tamtym kierunku. Potknął się o torbę, pod stopą zachrupały rozgniecione frytki. Dotarł do niewielkiego okna. Pod murem natrafił dłonią na stare rozlatujące się krzesło. Widocznie okno było kiedyś otwierane. Powoli się wspiął. Dawniej nie miałby szans, by się przecisnąć przez ten otwór. Teraz był jednak o wiele chudszy. Zdumiał się, że otworzył okno tak łatwo. Poczuł świeże powietrze. Zakrztusił się.

Tamten wróci, pomyślał z rozpaczą. Może już się zbliża.

Wydostał się na zewnątrz i z wciąż przymkniętymi powiekami zaczął biec. Zatoczył się i upadł.

Ktoś powiadomił policję, że na nabrzeżu, na Quai de Brabant, siedzi chłopiec, który nie odpowiada na żadne pytania. Dwunastolatek w stanie szoku i całkowitego wyczerpania został odwieziony do szpitala.

Policji nie udało się natrafić na ślad tajemniczego kierowcy. Bezskutecznie próbowano ustalić miejsce, w którym przetrzymywano porwanego. Chłopiec milczał. Jakby chciał wyrzucić ze swojego życia koszmar, tak jak usuwa się dane z komputera. W ten sposób opisał jego zachowanie psycholog. Zgłaszali się kolejni świadkowie, ale niewiele wnieśli do sprawy. Ktoś widział go w parku Reine Astrid, pewna starsza kobieta mówiła, że błąkał się po Place du Manège, jakiś starszy mężczyzna wskazywał na okolice hałd.

Tydzień po odnalezieniu chłopca, 19 sierpnia 1996 roku, policja wkroczyła do domu Marca Dutroux, którego dziennikarze nazwali wkrótce Potworem z Charleroi. Uprowadzenie dwunastolatka powiązano z jego czynami.

Od tego dnia już nic w Belgii nie było takie samo jak wcześniej.

Zobaczył nadjeżdżający pociąg i podjął decyzję. Ostatnią w swoim życiu.

Zaraz po południu złapał taksówkę na Powiślu i pojechał na ulicę Kijowską. Gdy wysiadł przed zrujnowaną fasadą Dworca Wschodniego, zaczął siąpić drobny deszcz. Taksówkarz milczał przez całą drogę, wsłuchując się w wiadomości dobiegające z radia. Kilkakrotnie wychwycił spojrzenie kierowcy we wstecznym lusterku. Ciekawe, czy wie, kim jestem, pomyślał.

Taksówkarze na ogół go rozpoznawali. Trzydziestokilkulatek wyróżniał się wzrostem i posturą. Gdy pytali o nazwisko, nie mieli już żadnych wątpliwości. Jacek Kos. Wielokrotny reprezentant Polski. Lewy obrońca. Zaczynał w Warszawie, potem grał na Śląsku, wreszcie wiele ostatnich sezonów spędził w niemieckich klubach. Od dwóch lat pisano o nim mniej. Jego występy nie były komentowane tak jak dawniej. Nawet gdy strzelił niedawno samobójczą bramkę, oszczędzili go klubowi kibice i internetowi frustraci w kraju. Kosa zaczęły nękać kontuzje, usunięto go z pierwszego składu, zmienił drużynę i znów na kilka miesięcy wypadł z gry. Od pewnego czasu nie był już powoływany do reprezentacji. Taka jest kolej rzeczy. Poważnie myślał o zakończeniu kariery, powrocie do Polski i rozkręceniu interesu związanego z futbolem. Może kupi kilka mieszkań, podpisze umowę z którymś z klubów i będzie wynajmował je młodym zawodnikom. Wiedział nawet, kto mu pomoże stawiać pierwsze kroki na grząskim gruncie, opanowanym przez starych wyjadaczy. Z długich rozmów zapamiętał zwłaszcza jedno zdanie. Ten biznes jest jak wieczna gra na obcym boisku, a ci, którzy grają z tobą w drużynie, mogą okazać się najgroźniejszymi przeciwnikami. Podjął już zresztą pierwsze działania, by przygotować się do nowej roli. To wszystko przyjdzie za chwilę. Na razie raz jeszcze spróbuje powrócić do dawnej formy i roześmiać się w twarz tym, którzy postawili na nim krzyżyk.

Tak do niedawna wyobrażał sobie teraźniejszość i przyszłość. Kilka dni temu wszystko się zmieniło. A przed godziną cały świat runął mu na głowę. Wiedział, że musi coś zrobić. Po tym, co usłyszał, nie było już odwrotu.

Zostawił taksówkarzowi napiwek. Łysiejący mężczyzna z sumiastym, kolejarskim wąsem skłonił się.

– Straszne. – Taksówkarz odwrócił się w stronę radia. – Tragedia – dodał zbolałym głosem. – Ciągle nie mogę w to uwierzyć. A pan?

– Tak. Straszne – mruknął pod nosem Kos i wysiadł z samochodu.

Straszne. Miał na myśli coś innego niż kierowca odjeżdżającej taksówki. Zasunął suwak skórzanej kurtki. Tragedia. Tak, to prawda. Tyle że ta, która dotyczyła jego, była na razie dobrze skrywana. Wiedziały o niej trzy osoby na świecie. Od godziny był jedną z nich.

Przyleciał rano samolotem Lufthansy. W zwykłych okolicznościach zdecydowałby się na samochód. Tym razem jednak sytuacja była szczególna. Chciał mieć to spotkanie jak najszybciej za sobą. Tak bardzo pragnął usłyszeć, że zaszła niewyobrażalna pomyłka. Że wszelkie podejrzenia są jedynie wytworem chorej wyobraźni. Na lotnisku w Warszawie zorientował się, że zdarzyło się coś niezwykłego. Przepchnął się przez tłum ludzi wpatrzonych w zawieszony na panelach telewizor. Wzrokiem przebiegł przesuwający się u dołu ekranu pasek z wiadomościami. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie chciał autografu. Nikt nic nie mówił.

Kos przygryzł wargi. Zaczął szybko oceniać sytuację. Nauczył się tego podczas tysięcy godzin spędzonych na boisku. Niespodziewane zdarzenia pociągają za sobą inne, które trudno przewidzieć. To, co się stało, mogło pokrzyżować jego plany.

Sięgnął po telefon. Rozmowa trwała kilka minut. Gdy ją zakończył, odetchnął z ulgą. A jednak się uda. Dopiął swego. Jest jeden argument, pewna siła, której nikt jeszcze się nie oparł. Tak się stało i tym razem.

Teraz było już po wszystkim. Zgarnął krople deszczu z czoła. Czuł się, jakby w jednej chwili postarzał się o dwadzieścia lat. Był skończony i musiał coś z tym zrobić. Wyprostował się i ruszył w stronę ogródków działkowych. W alejce minął się z kobietą, która wyszła na spacer z owczarkiem niemieckim. Pies prowadzony na czerwonej smyczy obwąchał go nieufnie.

Nigdy nie bał się zwierząt. Godzinę temu ten nieustraszony obrońca zaczął bać się ludzi. A właściwie zaczął lękać się jednego przerażającego człowieka.

Skręcił w prawo. Przed sobą widział nasyp kolejowy i wznoszące się nad nim semafory. Bezwiednie ruszył w tamtą stronę. Po lewej zobaczył niski budynek otoczony ogrodzeniem. Na tabliczce znajdował się napis: „Markot”. Przed stróżówką siedział dozorca i palił papierosa. Zza uchylonych drzwi dobiegała muzyka z radia. Kos rozpoznał utwór. Adagio Albinoniego. Kiedyś od jednego z niemieckich kibiców dostał płytę z tym nagraniem. Nie przepadał za muzyką poważną, ale ten utwór z jakiegoś powodu zapamiętał.

„Markot”. Siedlisko bezdomnych. Tych, którzy wypadli ze społeczeństwa. Odpadli, tak jak odpadł tynk z fasady dworca. Nagle poczuł, że jest takim samym wyrzutkiem. Niczym się od nich nie różni.

Zatrzymał się, sięgnął po telefon i zaczął wstukiwać esemesa. Adagio skończyło się, w radiu muzyka organowa przycichła i rozległ się zbolały kobiecy głos. Drżały mu ręce. Nie mógł pisać. Zaklął głośno, a potem wybrał numer telefonu. Po pięciu sygnałach usłyszał komunikat poczty głosowej. Nagrano go najpewniej w trakcie jakiejś imprezy, w tle rozbrzmiewały bowiem śmiechy i brzęk kieliszków.

Pozostawił wiadomość.

– Wiem już wszystko – wydusił przez ściśnięte gardło. – Morderca... Nie daruję...

Chciał powiedzieć więcej, lecz nie miał siły.

Dozorca „Markotu” widział, jak postawny młody mężczyzna o znajomej twarzy wspina się na nasyp. Miał zamiar krzyknąć, podniósł rękę, ale rozmyślił się.

Kos usłyszał cichy świst szyn. W oddali zobaczył światło zbliżającego się pociągu. Przeraźliwy dźwięk sygnału ostrzegawczego narastał, ale zignorował go. Nie widział przerażonych, coraz większych oczu maszynisty, nie słyszał zgrzytu hamulców.

Zanim poczuł uderzenie, po raz ostatni otarł twarz z deszczu. A może po prostu ją zasłonił. Było popołudnie 10 kwietnia 2010 roku. Niespełna sześć godzin wcześniej w Smoleńsku rozbił się prezydencki samolot.

Samobójcza śmierć znanego piłkarza, reprezentanta Polski, w normalnych warunkach byłaby wiadomością dnia. Z oczywistych względów tym razem przeszła niemal niezauważona. Gazety i portale internetowe odnotowały ją w kilku zdaniach i jednym niewiele obszerniejszym wspomnieniu.

Nekrologi, które ukazały się po jego śmierci, znikły wśród innych nazwisk w czarnych ramkach.

Leżał na łóżku, założył ręce pod głowę i wpatrywał się w sufit. Potrafił tak tkwić bez ruchu godzinami. Gdyby ktoś patrzył na niego z boku i widział nieruchome otwarte oczy, mógłby pomyśleć, że nie żyje.

Nic bardziej mylnego. Żył i miał się nieźle.

Cichy jęk przypominał sygnał karetki pędzącej w oddali. Albo skowyt psa. Wiedział jednak, że źródło tego odgłosu jest zupełnie inne. Za chwilę jęk przemieni się w przeciągły szloch, a potem, gdy do akcji wkroczą sanitariusze ze środkami uspokajającymi, ucichnie. Podobnie zachowywał się ten drugi. Ten, który pociął się szkłem. W sumie dobrze, że na nikogo się nie rzucił. Zaczęłyby się dokładniejsze kontrole, a te zawsze zwiastują kłopoty.

A on miał już problem. I ten jeden w zupełności mu wystarczał. Podróżnik więcej nie przyjdzie. Podróżnik nie przyjdzie, powtarzał sobie. Nazwał mężczyznę w taki sposób, bo przecież wkroczył on do dziwnego świata. I zapragnął rozmawiać na egzotyczne tematy, w których pojawiały się rozkładające się ciała i ludzkie kości.

Zawarli umowę. Coś za coś. Opowieść za opowieść. Słuchał więc, co tamten miał do powiedzenia, uśmiechał się łagodnie i odpływał w świat swoich fantazji. Wiedział, że te marzenia prędzej lub później przemieni w rzeczywistość.

Podróżnik więcej nie przyjdzie. Ale nie wiadomo, czy jego śladem nie przyjdą inni. A do tego nie chciał dopuścić.

Jeden, dwa, trzy... Policzył do sześćdziesięciu. Minęła minuta. Jego czas się kończył. Sytuacja skomplikowała się. Nabrała przyspieszenia. Nie może dłużej czekać. Po raz pierwszy od wielu minut poruszył oczami.

Żył i miał się nieźle. Niektórym nie wróżyło to niczego dobrego.

– Po owocach mnie poznacie. Po owocach – wyszeptał i uśmiechnął się szeroko.

Część I

1

Są ludzie, którzy znają się na wszystkim. Takie złote rączki z głowami nie od parady. I są też ponoć sprawy, na których znają się wszyscy. Trudno znaleźć takich, którzy nie mają pojęcia o sporcie, pogodzie i polityce.

Może i trudno, lecz nie jest to niewykonalne. Jak się chce, to można. Sam należałem przecież do tego ekskluzywnego grona. Owszem, z większym lub, częściej, słomianym zapałem trenuję karate u greckiego mistrza, senseia Kastoriadisa. Ale poza tym nie śledzę wyników rozgrywek, z wyjątkiem żużla, nie chodzę na mecze, nie wyrecytuję jednym tchem składów drużyn trzecio- i drugoligowych. Mam ku temu osobiste powody. Tak czy inaczej znam się na piłce nożnej jak Osama bin Laden na pacyfizmie. Z pogodą jest podobnie. Przypominam sobie o jej istnieniu najczęściej wczesną wiosną i późną jesienią, gdy chłód i wilgoć paraliżują mi stawy i unieruchamiają dłonie. Fachowcy nazywają to schorzenie zespołem Raynauda. Poza tym o pogodzie rozmyślam równie często co Amy Winehouse o wizycie w klubie krykieta. Oprócz choroby stawów mam jeszcze jedną przypadłość. Mnożę metafory. Przypadłość ta dopada mnie zwłaszcza wtedy, gdy jestem zmęczony. A tak się czuję prawie zawsze. Świat ludzi przemęczonych jest dość bezbarwny. Więc przynajmniej w taki sposób wzbogacam go sobie. Tyle o tym.

Polityką nie zajmowałem się nigdy, a ona nie zajmowała się mną. W policji polityka dopada tych, którzy są albo znacznie niżej ode mnie i mają nieposkromione ambicje, albo dawno już mnie wyprzedzili i chcą dotrzeć na sam szczyt. Byłem coraz starszym, coraz bardziej korodującym, ale wciąż trwającym w tym samym miejscu środkowym trybem w maszynerii sprawiedliwości. I nigdy nie miałem ambicji, by piąć się w górę. Im wyżej jesteś, tym boleśniej spadasz. Napatrzyłem się trochę na to, kilka razy upadłem i potłukłem się, więc wiem, o czym mówię. Od czasu do czasu widzę gdzieś w internecie nazwiska kilku kolegów, z którymi studiowałem. Garnitury, krawaty, okulary w kosztownych oprawkach mające dodać im powagi. Oraz, nieodłącznie, kilka słów przy nazwisku, wiadomość o tym, w imieniu jakiej partii mówią. Zauważyłem, że informacje te zmieniają się przy ich twarzach dość często. Z głoszonymi przez nich poglądami pewnie jest tak samo. Tymczasem moje nie ulegają zmianie. Ja po prostu nie mam poglądów.

W sobotę 10 kwietnia 2010 roku obudziła mnie melodyjka w telefonie. Jimi Hendrix grał Purple Haze, a mnie wciąż zdawało się, że jestem w wypełnionej zapachem rozlanego piwa sali prób w Sosnowcu, w trzeciej z kolei norze, którą wynajmowaliśmy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Właśnie włączam jeden z moich efektów gitarowych i chropowate dźwięki zaczynają płynąć wartkim strumieniem. Zamykam oczy i wsłuchuję się w linię basu.

Gdy otworzyłem oczy, sala prób znikła. Poczułem ucisk w skroniach. Suchość w moim gardle mogłaby konkurować z wielodniową suszą w Somalii.

Hendrix zagrał introdukcję do Purple Haze od nowa. Sięgnąłem po telefon. Usłyszałem głos Kastoriadisa.

– Już wiesz? – zapytał.

Milczałem, a on powtórzył pytanie.

– O czym? – zachrypiałem.

– Prezydent... Samolot w Smoleńsku rozpieprzył się na kawałki. W drobny mak. Nikt nie przeżył.

Nie wiedziałem, o czym ten szaleniec do mnie mówi. Każde słowo Greka osobno coś znaczyło, lecz z całej wypowiedzi niczego nie zrozumiałem. Pewnie miał jakieś olśnienie, zdarzają mu się takie przebłyski, gdy medytuje. A wczoraj był piątek i może mistrz karate po treningu sobie pofolgował.

– Słuchaj – wychrypiałem – ile piw zrobiłeś wczoraj? Ciekawe, czy tyle co ja. Widzimy się o szóstej, mistrzu. Przypominam ci, że mamy poćwiczyć kawashi i inne uniki przy ataku przeciwnika. A teraz muszę dojść do siebie.

Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłem się.

Zarzuciłem ubranie przesiąknięte papierosowym dymem i powlokłem się do Biedronki. Paliło mnie w gardle, było w nim więcej ognia niż na festynie straży pożarnej. Musiałem go ugasić. Jedno piwo postawi mnie na nogi, pomyślałem. Rudolf Heinz rozpocznie nowy dzień i wkroczy do akcji.

Dopiero w sklepie zorientowałem się, że coś musiało się zdarzyć. Ludzie robili zakupy, ale co chwila rozbrzmiewały dzwonki telefonów. Nigdy w życiu nie widziałem tylu ludzi rozmawiających przez komórki. I pewnie nigdy już nie zobaczę. Nawet na reklamie. Chwytałem strzępy rozmów. Samolot. Prezydent. Smoleńsk. Słowa Kastoriadisa ułożyły się w logiczny ciąg.

Postawiłem piwo na taśmociągu i wychwyciłem spojrzenie kasjerki. Czterdziestoletnia sucha kobieta w fartuchu za dużym o kilka numerów patrzyła na mnie, jakbym zabił jej córkę. I matkę.

– Pić w taki dzień. – Pokręciła głową i przyłożyła puszkę do czytnika.

– Mam jeszcze to – powiedziałem ze skruchą i podałem jej worek z czterema kajzerkami.

Gdy odszedłem od kasy, przekonałem się, że nie wszyscy tego dnia interesowali się katastrofą. Przy filarze sklepu stał szpakowaty mężczyzna w szarym kombinezonie. W dłoni trzymał nóż i z zapałem zeskrobywał ogłoszenia poprzyklejane do muru.

– Joga, kurwa mać... – mruczał pod nosem. – Juju fitness... – to przesylabizował z większym trudem. – Połączenie samoobrony i tańca – czytał kolejne anonse – zajęcia pozaszkolne, balet, kurwa, dla dzieci...

W takim towarzystwie opuściły mnie wszelkie skrupuły. Z trudem przełknąłem ślinę. Czułem się, jakby ktoś przez godzinę tarką skrobał moje podniebienie. Stwierdziłem, że nie ma na co czekać, i sięgnąłem po piwo. Trzask zawleczki był jednym z najpiękniejszych dźwięków, jaki mogłem usłyszeć. Pociągnąłem łyk i odetchnąłem. Wróciłem do mieszkania i zacząłem przeglądać czarno-białe strony w internecie.

Dokończyłem piwo i poczułem, że wracam do świata żywych.

2

O dziewiątej wieczorem, gdy minęła mi ochota na cokolwiek, co nie było kolejnym piwem, znów odezwał się Hendrix.

– Mamy go. – Usłyszałem głos starszego aspiranta Kuleszy. – Adam Szyszko został przywieziony pół godziny temu.

– Przyznał się?

– Nie. Wszystkiemu zaprzecza. Niewinny jak anioł. Wielkie niebieskie oczy jak z japońskiej kreskówki, które pytają: „Czego ode mnie chcecie?”. Pomyślałem, że zechcesz go przesłuchać.

Oczywiście, że chciałem. W takich wypadkach trzeba działać szybko. Zanim minie szok po niespodziewanym zatrzymaniu i podejrzany zdąży oswoić się z nową sytuacją. Włożyłem czysty T-shirt i wysłużoną sztruksową marynarkę. Z kolumn dobiegły pierwsze takty Ain’t No Heaven on the County Road. Z żalem wyłączyłem płytę. Tradycyjny blues przegrał z Suszarkowym Mordercą, jak nazwał go Kulesza.

Uczestniczyłem w dziesiątkach podobnych spraw, w których nie było nic niezwykłego, jednak tym razem coś wykraczało poza rutynę. Jechałem do komendy i raz jeszcze porządkowałem w myślach to, co wiedziałem. Nie, nie mogłem się mylić. Adam Szyszko musiał być tym, kogo szukaliśmy od trzech tygodni.

Było tak: zwłoki Patrycji Jezierskiej znaleziono we wtorkowy wieczór 24 marca. Tego dnia dziewczyna nie pojawiła się w pracy. Wszelki kontakt z nią się urwał. Ciało znajdowało się w wannie wypełnionej wodą. Na jej dnie niczym łódź podwodna pływała podłączona do gniazdka suszarka.

Wypadki się zdarzają. Ktoś odkręci piecyk gazowy, ktoś inny wdepnie w kałużę, w której tkwi kabel elektryczny pod napięciem. Ale tym razem o zwykłym nieszczęściu nie było mowy. Dobrze, mogło ostatecznie zdarzyć się tak, że dziewczyna poślizgnęła się w wannie, upadła, uderzyła się w skroń, a suszarka podłączona do prądu znalazła się w wodzie. Mogło. Ale Patrycja Jezierska nigdy nie suszyła włosów. I wolała szybki prysznic od długich kąpieli. Tyle dowiedzieliśmy się od jej siostry, która znalazła ciało. Aż tyle.

Poinformowano mnie o dochodzeniu dopiero na przełomie marca i kwietnia, kiedy wróciłem z konferencji dla profilerów w Liverpoolu, na której opowiadałem o polskich seryjnych mordercach. Wówczas, gdy śledztwo straciło swój początkowy impet, włączono mnie do sprawy. Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy pojawiają się komplikacje. Tych zaś w sprawie Suszarkowego Mordercy było w nadmiarze.

Zatrzymałem się na światłach. W blasku latarni zobaczyłem starszego mężczyznę, który wspinał się na drabinę opartą o mur kamienicy. W dłoni trzymał biało-czerwoną flagę. Pewnie przed komendą wojewódzką na Lompy flagi spuszczono już do połowy masztu. Nagle pomyślałem o czymś innym. W przyszłym tygodniu mamy grać koncert w Sosnowcu. Wielodniowa żałoba sprawi, że plany wezmą w łeb. Zresztą raz już było podobnie. Chyba cztery lata temu, gdy w „Halembie” zginęli górnicy. Zbliżała się zima, a wraz z nią nadchodził czas naszego debiutu. Mieliśmy wywalić ludziom w twarz całą energię, która zgromadziła się w naszych trzewiach i gitarach. Zamknięto wtedy klub na cztery spusty.

Włączyłem radio. Rozbrzmiewał marsz żałobny Chopina, lektor zaś, nie sposób powiedzieć, który raz tego dnia, odczytywał listę ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. Wcześniej w internecie przeczytałem uważnie spis nazwisk. Chyba nikogo spośród zmarłych nie znałem osobiście. Sięgnąłem do schowka i na chybił trafił wyjąłem płytę. Ballady jazzowe. Trąbka Davisa grającego Round Midnight wypełniła wnętrze samochodu. Około północy, jak dobrze pójdzie, zamkniemy sprawę. Będziemy mieli pewność, kto zamordował Patrycję Jezierską. Dodałem gazu i pomyślałem o rafach, na które natknęliśmy się w śledztwie.

Kłopot pierwszy polegał na tym, że dziewczyna mieszkała w miejscu, gdzie ludzie potykają się o siebie, ale i tak tego nie zauważają, bo traktują to jako normę. Superjednostka. Ta nazwa mówiła wszystko. Kiedyś dowiedziałem się, że mieszkańcy nazywają to potężne blokowisko „szafą”. Jak na mój gust siedemset mieszkań mieszczących ze trzy tysiące lokatorów to zbyt pokaźny i niezbyt przytulny mebel, ale może nie znam się na architekturze. Pracowałem w policji dobre dwadzieścia lat i tylko raz zostałem wezwany do Superjednostki z powodu zabójstwa. Wtedy usłyszałem od pracowników pogotowia, że odwiedzinom w tym mrówkowcu towarzyszy swoista loteria. Zwłoki można uznać za fartowne lub nie. Szczęście sprzyja, gdy ciało znaleziono na parterze albo drugim, piątym, ósmym, jedenastym i przedostatnim, czyli czternastym, piętrze. Tylko na tych kondygnacjach, zgodnie z wizją i kaprysem projektanta budynku, zatrzymują się windy. Oznacza to, że niefartowne ciała trzeba znosić po schodach. Zwłoki Jezierskiej należały do fortunnych, dziewczyna mieszkała na piątym piętrze. Policjantom, którzy rozpytywali mieszkańców, mniej się poszczęściło: nikt niczego nie widział, niczego nie słyszał. Emeryci spali, wynajmujący mieszkania studenci opowiadali o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba.

Jezierska studiowała zaocznie prawo na Uniwersytecie Śląskim i niedawno rozstała się z chłopakiem. I jak to bywa, uwaga skupiła się na młodym człowieku, który ostatecznie ze sprawą miał tyle wspólnego, ile ja z systemem podatkowym w księstwie Monako. Nic tak nie podcina skrzydeł prowadzącym śledztwo jak świadomość, że idealny kandydat na mordercę ma równie idealne alibi wykluczające go z kręgu podejrzanych. W ciągu dnia dziewczyna pracowała w jednej z knajp na Stawowej, ulicy, na której – jak dumnie obwieszczał slogan przesłaniający teren olbrzymiej budowy w centrum Katowic – „zaczyna bić serce naszego miasta”. Mnóstwo gości, kalejdoskop zmieniających się twarzy. Nie, nie zauważyłam, by Patrycja z kimś dłużej rozmawiała w pubie. Nie, nie widziałem, by okazywała komuś zainteresowanie, choć niejeden się narzucał.

Być może największy kłopot polegał na tym, że dziewczyna miała w sobie to coś. Z pewnością nie miała urody rasowych modelek, ale wystarczyło popatrzeć na jej pełne usta naturalnie układające się w drwiący uśmieszek oraz zielone oczy, w których pełna niewinność sąsiadowała z totalną drapieżnością, i człowiek był ugotowany. Przypatrywałem się zdjęciom i nie miałem wątpliwości, że mężczyźni, a może i kobiety, lgnęli do niej jak ćma barowa do darmowego drinka albo jak wisielec do sznura.

W śledztwo włączyłem się na zasadzie gościnnego występu. Magia pierwszych czterdziestu ośmiu godzin dochodzenia, gdy zwykle chwyta się zabójcę, dawno przestała działać. Wpadłem do knajpy na Stawowej, popytałem na uniwersytecie, pokręciłem się dookoła odnawianej Superjednostki. Zagadałem z ekipą remontową. Chłopaki mają oczy wokół głowy, nieraz się o tym przekonałem. No, tak, była taka, z piątego... Ale nawet się nie obejrzała, gdy na nią gwizdaliśmy. Sztywna, wiesz, jak nasze rusztowanie.

Bez większych nadziei wkroczyłem do baru sąsiadującego z blokowiskiem. Tak jak przypuszczałem, stali bywalcy lokalu o wdzięcznej nazwie „Gastromatic” mieli pamięć dobrą, ale wybiórczą.

– U nas takie laski nie przesiadują. – W dłoni pięćdziesięciolatka, który zbliżał się wyglądem do kształtu idealnego, czyli kuli, zabrzęczały monety. Po chwili drobne znikły w czeluściach automatu do gry. – Są tylko takie jak ta za barem, prawda, Kloss? – zwrócił się do kolegi.

Mężczyzna zwany Klossem coś mruknął i potakująco skinął głową. Odwróciłem się i spojrzałem na wysuszoną kobietę przy ladzie. Mogłaby grać w horrorach albo pozować malarzom pragnącym ożywić motyw tańca śmierci.

– Ja pamiętam jedynie tych, co wiszą mi kasę – powiedział Kloss i pacnął dłonią w bok automatu, jakby poklepywał najlepszego kumpla.

Trafiłem nawet do pobliskiej siłowni, ale faceci z rozrośniętymi karkami większą czułością darzyli wyciskane żelastwo niż dziewczynę ze zdjęcia. Słowem nic. W mieszkaniu ofiary także nie natrafiłem na cokolwiek, co mogłoby skierować śledztwo na właściwe tory. Może stało się tak dlatego, że siostra zamordowanej dziewczyny posprzątała tam, gdy tylko nasza ekipa skończyła swoją robotę.

Zanim zaparkowałem przed komendą, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Kupiłem paczkę niebieskich cameli i dwie niepasteryzowane perły. Z ciekawości zerknąłem na płytę zatytułowaną Muzyka do samochodu, wypełnioną ludowymi i biesiadnymi przyśpiewkami. Idealny prezent dla najgorszego wroga. Tak powinni ten szajs reklamować. Flaga przed budynkiem, który dzieliliśmy z dziarskimi chłopcami i dziewczętami z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, smętnie powiewała targana przez wiatr. Na parkingu natknąłem się na dwóch policjantów, których znałem z widzenia. Przywitaliśmy się bez słów. Kolejny raz tamtego dnia zaczęło siąpić. Otarłem krople deszczu z czoła, a policjanci rozpłynęli się w mroku niczym duchy.

Przełom w sprawie nastąpił, gdy ponownie przejrzałem zdjęcia wykonane po zabójstwie. Cholera, oglądałem je po raz trzeci i dopiero zauważyłem to, co powinienem zobaczyć natychmiast. Śledztwo znów ruszyło z impetem. Aspirant Kulesza zachowywał się jak zwierzę, które poczuło krew. Innym także zależało na zamknięciu sprawy. W wydziale zabójstw komendy wojewódzkiej w Katowicach atmosfera poprawiła się, gdy odszedł naczelnik Kościuk. Chuj mu na grób, jak śpiewał jeden z wokalistów rockowych. A już z pewnością nie kwiaty. No właśnie.

Swoją drogą, kto by pomyślał, że egzotyczny bukiet doprowadzi nas do sprawcy.

– Przyznał się? – zapytałem Kuleszę.

– Gdyby tak było, zadzwoniłbym do ciebie. Mógłbyś obserwować, co dzieje się w Smoleńsku. – Aspirant przygryzał końcówkę długopisu.

Na jego głowie pojawiły się pierwsze oznaki siwizny. Wyglądał tak, jakby w krótkim czasie postarzał się o kilka lat. Wolałem nikogo nie pytać, o ile sam się postarzałem w ciągu ostatniego roku. A na mnie czekał niewinny anioł o oczach... Jak to było? O oczach jak z japońskiego filmu.

Gdy wszedłem do pokoju przesłuchań, nawet na mnie nie spojrzał. Siedział zgarbiony, przytrzymując jedną dłonią drugą, zaciśniętą w pięść, jakby przymierzał się do zadania ciosu. Mógł być nieco wyższy ode mnie, ale był znacznie szczuplejszy. Z dokumentów wiedziałem, że studiował w Akademii Górniczo-Hutniczej, ale zawalił ostatni rok i wrócił do Katowic. Utrzymywali go rodzice. To norma w naszych czasach. Sam starałem się uciec z domu najszybciej jak mogłem. Rodzina nie kojarzyła mi się zbyt dobrze.

– Zapalisz? – Wyciągnąłem w jego kierunku camele.

Cisza. Jak podczas kazania w kościele albo w muzeum sztuki nowoczesnej.

Są różne metody przesłuchań. Od kilku lat wszyscy podniecają się techniką wywiadu kognitywnego opracowaną przez speców z FBI. Na każdej policyjnej konferencji nazwiska Ronalda Fishera i tego drugiego, Edwarda Geiselmana, twórców tych czarodziejskich sztuczek, wymieniane są z czcią i stosowną nabożnością. Pobudź pamięć przesłuchiwanego, poproś, by opowiedział to samo, ale od końca, wywołaj skojarzenia z czymś, co zna.

Dobra. Wiem to wszystko. Ale i tak uważam, że najlepsze są stare metody. W muzyce jest blues i niczego lepszego nie wymyślono. A podczas przesłuchania papieros, który pozwala nawiązać kontakt z podejrzanym.

– Bo widzisz – sięgnąłem do kieszeni – ja palę e-papierosa. Ale nie mogę nigdzie kupić smaku, który by mi odpowiadał. Zresztą co to za palenie...

Znów nic.

Brak odzewu.

Przysunąłem sobie krzesło i usiadłem koło chłopaka.

– Była z prostownicą? – zapytałem cicho.

Zaskoczony podniósł głowę, jakby ktoś dźgnął go widelcem podczas proszonej kolacji.

– Że co?

– O, widzę, że jednak umiesz mówić! – Uśmiechnąłem się. – Siedziałeś taki ponury, że pomyślałem sobie, że ty jakieś emo jesteś. – Bawiłem się paczką papierosów. – Moja żona prosiła, bym cię zapytał, czy ta suszarka, którą wrzuciłeś do wanny, była z prostownicą.

Moja żona... Nie wiem, skąd przyszło mi to do głowy. Może i by zapytała, gdyby nie wypadek samochodowy, który zdarzył się prawie dwadzieścia lat temu. Niedługo, myśli przebiegały mi przez głowę, będzie piętnasty i jak każdego miesiąca pojadę złożyć kwiaty. Kilka lat temu oznakowali to miejsce ze względu na dużą liczbę wypadków. Czarny punkt. Gdy zdarzył się wypadek, nikt o tym nie myślał...

– Ja tego nie zrobiłem! – Chłopak podniósł głos. – A pan – spojrzał na moją wymiętą marynarkę z łatami na łokciach – nie wygląda na takiego, co ma żonę! Zresztą pewnie niewiele pan ma... – W jego głosie zabrzmiała nutka szyderstwa.

– Posłuchaj, synku – wycedziłem. – Może i niewiele mam. Za to ty masz cholerne kłopoty. Wdepnąłeś jak śliwka w gówno. Szansa, że poprawisz swoją sytuację, jest bliska zeru. Chyba że się przyznasz.

– Ja tego nie zrobiłem – powtórzył jak katarynka.

– Ależ zrobiłeś. – Odłożyłem camele na stół i sięgnąłem po elektronicznego papierosa. Ciekawe, czy jego też wymyślili Fisher z tym drugim?

– Popełniłeś jednak dwa błędy – ciągnąłem. – Pierwszy polega na tym, że postanowiłeś użyć suszarki. Tymczasem dziewczyna nigdy jej nie używała. Drugi błąd jest poważniejszy. Nie zabrałeś ze sobą kwiatów.

Uniósł głowę i spojrzał mi w oczy.

– W pierwszej chwili, gdy zobaczyłem kwiaty na zdjęciach, zignorowałem ten szczegół. Ale później coś mnie tknęło. Sprawdziliśmy, że dziewczyna nie miała imienin, urodzin, nic szczególnego nie wydarzyło0

się u niej w pracy. Nie dał jej tego bukietu na przeprosiny chłopak, z którym niedawno zerwała. Zresztą to nie były zwykłe kwiaty. Żadne tam róże czy tulipany. To był niezwykły bukiet od niezwykłego młodzieńca dla niezwykłej dziewczyny, prawda?

Zagryzł wargi i zacisnął pięści. Wpatrywał się we mnie w napięciu.

– Cóż więc tam mieliśmy? – Otworzyłem teczkę i wyszukałem odpowiednią notatkę. – Kombinacja protei, liście fatsji i palmy, leukodendron... A, jeszcze anturium Andreego. Swoją drogą – sapnąłem – kto wymyśla te straszne nazwy? Wyszukana kombinacja z Południowej Afryki i Australii. Nie ma co – uniosłem głowę – postarałeś się. Wykosztowałeś się bardziej niż na bilety do multipleksu.

Usta chłopaka drżały. A po chwili zaczęło trząść się jego całe ciało.

– Nie doceniła tego – szepnął. – Ani tego, że protea zaczyna się literą taką samą jak jej imię, a anturium...

– Nie, no chyba nie mówisz poważnie, tak to wymyśliłeś? – Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Ciekawe, jak zareagował Kulesza, który obserwował wszystko zza fenickiego lustra.

Adam Szyszko zerwał się z krzesła. Na twarzy chłopaka pojawiły się rumieńce.

– Nie ma pan prawa się ze mnie śmiać! Przyszedłem do niej z kwiatami, znaliśmy się z widzenia... Popchnąłem ją i wtedy upadła... To był wypadek! Ja naprawdę nie chciałem!

Jak wstał, tak teraz równie gwałtownie usiadł. Zgarbił się i ukrył twarz w dłoniach. Podszedłem do okna. Na parkingu ktoś bez powodzenia próbował odpalić samochód. Po chwili się poddał. Całym ciężarem wsparłem się na poręczy krzesła, aż zaskrzypiało.

– To teraz ja ci opowiem, jak było. – Starałem się pohamować gniew. – Popchnąłeś ją, a gdy upadała, uderzyła o coś głową. Leżała bez oznak życia, a ty zastanawiałeś się, co zrobić. Ludzie w takich razach tracą głowę, ale ty do nich nie należysz. Pomyślałeś, że sprawy zaszły za daleko, że musisz się jakoś ratować, zatrzeć ślady. Przyszła ci na myśl suszarka. Ale u niej w łazience nie mogłeś znaleźć, a czas uciekał...

Sięgnąłem po e-papierosa.

– No więc co robisz? Wracasz do siebie, na siódme piętro, pewnie schodami, bo szybciej, a poza tym nie chcesz ryzykować, że ktoś spotkany w windzie cię zapamięta. Bierzesz suszarkę, zbiegasz na dół. Wypełniasz wannę wodą. Przechylasz ciało nad brzegiem, a przy okazji widzisz, że dziewczyna naprawdę była piękna. Zanurzasz ją... Będzie wyglądało tak, jakby poślizgnęła się podczas suszenia włosów... I co się wtedy stało?

Popatrzył na mnie. Już nie był niewinnym aniołem. Z jego spojrzenia bił chłód, który mógłby zaintrygować speców od reklamy lodówek.

– I gdy ją zanurzasz, a może już wcześniej, czujesz, że Patrycja jednak żyje. Że odzyskuje przytomność. Mogłeś zrobić wszystko, ale nie dałeś jej szansy. Zabiłeś ją z zimną krwią. Tu nie ma mowy o przypadkowej śmierci.