Zanim zgasną gwiazdy - Martyna Senator - ebook + audiobook

Zanim zgasną gwiazdy ebook i audiobook

Martyna Senator

3,6

Opis

Wszystko zaczyna się od pewnego snu. Wojtek spotyka tajemniczą dziewczynkę, która wręcza mu klepsydrę i mówi: „Musisz ją uratować, zanim piasek przestanie się sypać. W przeciwnym razie ona umrze”. Po przebudzeniu Wojtek odkrywa, że znajduje się w szpitalu. Nie pamięta, kim jest ani jak się tam znalazł. Z pomocą przyjaciół próbuje na nowo odtworzyć dwadzieścia lat swojego życia, ale jego wysiłki przynoszą marne rezultaty. Na dodatek wokół Wojtka zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy… Kiedy chłopak jest przekonany, że jego życie nie może się już bardziej skomplikować, poznaje Milenę — dziewczynę, której grozi śmiertelne niebezpieczeństwo…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 20 min

Lektor: Maciej Więckowski

Popularność




Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki i stro­ny ty­tu­ło­wej

Ma­rek J. Piw­ko{mjp}

Fo­to­gra­fia na okład­ce

© Astro­Star / Shut­ter­stock

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Mar­ty­na Mar­szyc­ka

ISBN 978-83-7835-517-5

MOIM KO­CHA­NYM RO­DZI­COM

Dzię­ku­ję za bez­wa­run­ko­wą mi­łość i wspar­cie.

Bez Was to wszyst­ko nie by­ło­by moż­li­we.

Ci, któ­rych ko­cha­my, nie umie­ra­ją, bo mi­łość jest nie­śmier­tel­na.

EMI­LY DIC­KIN­SON

Część pierwsza. TERAZ

Niezwykłe przebudzenie

Za­padł zmrok. Woj­tek jesz­cze raz uważ­nie ro­zej­rzał się po pu­stym pe­ro­nie. Ani ży­wej du­szy. Głu­chą ci­szę prze­ry­wał je­dy­nie chłod­ny po­wiew wia­tru, któ­ry tar­gał stro­ni­ca­mi sta­re­go bru­kow­ca. Ostat­nia z dzia­ła­ją­cych la­tar­ni za­mru­ga­ła nie­spo­koj­nie, by po chwi­li rzu­cić snop męt­ne­go świa­tła na po­bli­skie tory.

W pew­nym mo­men­cie z ciem­nej ot­chła­ni wy­nu­rzył się duży bia­ły kot. Przy­siadł na środ­ku to­rów i utkwił pło­ną­ce oczy w miej­scu, z któ­re­go lada chwi­la po­wi­nien nad­je­chać po­ciąg. Kie­dy gwał­tow­ny po­dmuch wia­tru wzbu­rzył jego sierść, za­strzygł usza­mi, a po­tem znik­nął w gę­stej ciem­no­ści, rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, jak się po­ja­wił.

Na­gle w od­da­li roz­legł się gwizd lo­ko­mo­ty­wy. Woj­tek pod­niósł wzrok i do­strzegł sza­re kłę­by dymu bu­cha­ją­ce z wą­skie­go ko­mi­na. Jesz­cze raz spoj­rzał w miej­sce, gdzie przed chwi­lą sie­dział bia­ły kot, a po­tem wziął głę­bo­ki od­dech i wsiadł do naj­bliż­sze­go wa­go­nu.

Po­ciąg ru­szył.

Ni stąd, ni zo­wąd ogar­nę­ło go dziw­ne uczu­cie. Zmarsz­czył lek­ko brwi i zdez­o­rien­to­wa­ny ro­zej­rzał się do­oko­ła. Nie miał po­ję­cia, kim jest ani jak się tam zna­lazł. Wyj­rzał przez okno, ale na ze­wnątrz pa­no­wał gę­sty mrok.

Woj­tek prze­cze­sał ner­wo­wo wło­sy i tłu­miąc w za­ląż­ku na­gły atak pa­ni­ki, ru­szył przed sie­bie. Pierw­szy prze­dział, do któ­re­go zaj­rzał, oka­zał się pu­sty. Wszedł do środ­ka i opadł bez­wład­nie na sie­dze­nie. „Od­dy­chaj” – po­wta­rzał so­bie w my­ślach.

Wtem drzwi prze­dzia­łu otwo­rzy­ły się i sta­nę­ła w nich mała dziew­czyn­ka. Mia­ła na so­bie czer­wo­ny płaszcz i wy­so­kie, sznu­ro­wa­ne bu­ci­ki. Ja­sne wło­sy, wy­pły­wa­ją­ce spod czar­ne­go me­lo­ni­ka, otu­la­ły jej cia­ło mięk­ki­mi fa­la­mi, a in­ten­syw­ny od­cień ciem­no­nie­bie­skich oczu przy­wo­dził na myśl głę­bię oce­anu.

– Mogę się do­siąść?

– Pro­szę – od­parł, nie­co zmie­sza­ny.

Dziew­czyn­ka otwo­rzy­ła sze­rzej drzwi i we­szła do środ­ka. Usia­dła na wprost Wojt­ka, sta­ran­nie wy­gła­dzi­ła płaszcz, a po­tem spoj­rza­ła mu pro­sto w oczy i po­wie­dzia­ła:

– Przy­szłam tu, bo chcę ci coś dać.

Woj­tek zmarsz­czył brwi, nie ma­jąc po­ję­cia, co to wszyst­ko zna­czy. Tym­cza­sem dziew­czyn­ka się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­ję­ła z niej nie­wiel­ką klep­sy­drę. Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w zło­ci­sty pia­sek spo­czy­wa­ją­cy w dol­nej bań­ce, po czym od­wró­ci­ła klep­sy­drę i po­sta­wi­ła ją na pół­ce.

– Masz mało cza­su – oznaj­mi­ła. – Mu­sisz ją ura­to­wać, za­nim pia­sek prze­sta­nie się sy­pać. W prze­ciw­nym ra­zie ona umrze.

Na­gle w po­cią­gu zga­sło świa­tło. W tej sa­mej chwi­li coś z nie­wy­obra­żal­ną siłą na­par­ło na jego klat­kę pier­sio­wą, po­zba­wia­jąc go tchu. Po­czuł kłu­ją­cy chłód, któ­ry prze­szył jego cia­ło niczym mi­lio­ny ostrych igieł. Wy­ma­chi­wał na oślep rę­ka­mi, pró­bu­jąc uwol­nić się od przy­tła­cza­ją­ce­go cię­ża­ru, ale za­ci­śnię­te pię­ści wciąż tra­fia­ły w pu­stą prze­strzeń. Z jego gar­dła wy­do­był się zdu­szo­ny jęk.

„To ko­niec” – po­my­ślał. W tym sa­mym mo­men­cie za­pa­li­ło się świa­tło. Woj­tek po­czuł, że znów może nor­mal­nie od­dy­chać. Z prze­ra­że­niem ro­zej­rzał się po wnę­trzu prze­dzia­łu. Był zu­peł­nie sam.

„To nie­moż­li­we – my­ślał go­rącz­ko­wo. – Była tu! Na pew­no tu była!”.

Od­wró­cił się gwał­tow­nie i za­marł. Klep­sy­dra sta­ła do­kład­nie tam, gdzie zo­sta­wi­ła ją dziew­czyn­ka, a w gór­nej czę­ści było co­raz mniej pia­sku. Obu­dził go prze­raź­li­wy huk. Uniósł lek­ko gło­wę i ku swe­mu zdzi­wie­niu do­strzegł obcą ko­bie­tę, któ­ra z roz­tar­gnie­niem pró­bo­wa­ła pod­nieść tacę z brud­ny­mi na­czy­nia­mi.

Ode­tchnął z ulgą.

„To tyl­ko zły sen – po­my­ślał. – Nie ma żad­nej dziew­czyn­ki, klep­sy­dry, a ja nie mu­szę ni­ko­go ra­to­wać”.

Usiadł na łóż­ku i marsz­cząc lek­ko brwi, ro­zej­rzał się do­oko­ła. Sześć me­ta­lo­wych łó­żek, bia­ło-zie­lo­ne bar­wy i sto­jak z kro­plów­ką.

Był w szpi­ta­lu – to nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści. Tyl­ko co on tu, u dia­bła, ro­bił?

– O nie… – jęk­nę­ła pie­lę­gniar­ka, spo­strze­gł­szy, że Woj­tek się obu­dził. – Wy­rwa­łam pana ze snu, a le­karz wy­raź­nie pod­kre­ślał, że po­wi­nien pan wy­po­czy­wać.

– Wie pani, dla­cze­go tu je­stem? – za­py­tał, zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Nie pa­mię­ta pan? Miał pan wy­pa­dek.

– Wy­pa­dek?

– Tak. Po­trą­cił pana sa­mo­chód.

– Ni­cze­go nie pa­mię­tam… – wy­znał.

Pie­lę­gniar­ka odło­ży­ła tacę i ob­rzu­ci­ła go bacz­nym spoj­rze­niem.

– Pro­szę się ni­g­dzie nie ru­szać – po­le­ci­ła. – Za­raz za­wo­łam le­ka­rza.

Kil­ka mi­nut póź­niej w sali zja­wił się dok­tor Szew­ski. Był to krę­py męż­czy­zna o buj­nych si­wych wło­sach, lek­ko pod­krę­co­nych wą­sach i nie­zwy­kle po­god­nym uspo­so­bie­niu. Przy­wi­tał Wojt­ka sze­ro­kim uśmie­chem, a po­tem wy­tarł oku­la­ry w far­tuch i roz­po­czął ba­da­nie.

– Wszyst­ko wska­zu­je na to, że cier­pi pan na amne­zję – stwier­dził po krót­kich oglę­dzi­nach.

Woj­tek z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił gło­wą.

– Amne­zję? Ale…?

– Pro­szę za­cho­wać spo­kój. W więk­szo­ści przy­pad­ków pa­mięć szyb­ko wra­ca. Je­stem pe­wien, że z pa­nem bę­dzie tak samo.

Woj­tek zo­rien­to­wał się, że le­karz pró­bu­je go po­cie­szyć, ale jego sło­wa wca­le nie pod­nio­sły go na du­chu. Był do­ro­słym męż­czy­zną, któ­ry nie pa­mię­ta ani jed­ne­go dnia ze swo­jej prze­szło­ści. Niby jak miał za­cho­wać spo­kój?

– Po­wia­do­mi­li­śmy o wy­pad­ku pana współ­lo­ka­to­ra – oznaj­mił Szew­ski. – Nie­ba­wem po­wi­nien się tu zja­wić.

Woj­tek otwo­rzył usta, ale nic nie po­wie­dział. Był zbyt oszo­ło­mio­ny tym, co przed chwi­lą usły­szał. To wszyst­ko przy­po­mi­na­ło ja­kiś kiep­ski sen z mało fan­ta­zyj­ną sce­no­gra­fią.

Le­karz wziął do ręki kar­tę pa­cjen­ta i coś na niej na­ba­zgrał, a po­tem za­wie­sił ją na ra­mie łóż­ka.

– Gdy­by pan cze­goś po­trze­bo­wał, pro­szę we­zwać pie­lę­gniar­kę.

Mó­wiąc to, uśmiech­nął się uprzej­mie i wy­szedł z sali.

Woj­tek od­pro­wa­dził go wzro­kiem, a po­tem wes­tchnął głę­bo­ko i od­rzu­cił koł­drę na bok. Ostroż­nie wstał z łóż­ka i wol­nym kro­kiem udał się do ła­zien­ki. Prze­mył twarz zim­ną wodą i spoj­rzał w lu­stro.

Był mło­dy. Miał ja­sne, lek­ko po­tar­ga­ne wło­sy i nie­bie­skie oczy. Mimo głę­bo­kich cie­ni pod ocza­mi i kil­ku szwów na roz­cię­tej brwi był nie­zwy­kle przy­stoj­ny. Sku­pio­ny wzrok i kil­ku­dnio­wy za­rost tyl­ko do­da­wa­ły mu atrak­cyj­no­ści.

Przez dłuż­szą chwi­lę z uwa­gą przy­glą­dał się swo­je­mu od­bi­ciu, ale mimo wy­sił­ku nie uda­ło mu się od­gad­nąć, kim jest męż­czy­zna miesz­ka­ją­cy w jego cie­le.

Kie­dy wró­cił na salę, jego współ­lo­ka­tor już na nie­go cze­kał.

– Cześć… – za­czął nie­pew­nie. – Le­karz po­wie­dział nam, że mia­łeś wy­pa­dek i ni­cze­go nie pa­mię­tasz.

– Wszyst­ko na to wska­zu­je – od­parł, uśmie­cha­jąc się bla­do.

– Mam na imię Ma­ciek, a to jest Do­mi­ni­ka – moja dziew­czy­na.

– Miło was po­znać.

Cała trój­ka za­śmia­ła się ci­cho, ale nie było w tym dźwię­ku ani odro­bi­ny we­so­ło­ści.

– Jak się czu­jesz? – za­py­ta­ła Do­mi­ni­ka, przy­glą­da­jąc mu się z tro­ską.

– Cał­kiem nie­źle. Ma­rzę o tym, żeby stąd jak naj­szyb­ciej wyjść.

– Bę­dziesz mu­siał tu zo­stać co naj­mniej przez ty­dzień – wy­ja­śnił Ma­ciek. – Chcą ci zro­bić se­rię ba­dań i upew­nić się, że nie masz żad­nych po­waż­niej­szych ura­zów.

Po twa­rzy Wojt­ka prze­mknął wy­raz nie­za­do­wo­le­nia, ale na­wet nie usi­ło­wał pro­te­sto­wać. Usiadł na łóż­ku i jesz­cze raz uważ­nie przyj­rzał się dwój­ce przy­ja­ciół.

Do­mi­ni­ka była szczu­płą bru­net­ką o krót­kich nie­sfor­nych wło­sach, któ­re w za­leż­no­ści od po­go­dy two­rzy­ły mniej lub bar­dziej po­skrę­ca­ne fale. Ma­ciek na­to­miast spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­re­go na­tu­ra ob­da­rzy­ła nie­zwy­kłą po­go­dą du­cha oraz tar­czą zbu­do­wa­ną z kil­ku­na­stu do­dat­ko­wych ki­lo­gra­mów.

– Jak dłu­go się zna­my?

– Wie­my, że masz mnó­stwo py­tań – po­wie­dzia­ła mięk­ko Do­mi­ni­ka – ale le­karz po­pro­sił nas, że­by­śmy nie zdra­dza­li ci zbyt wie­lu szcze­gó­łów. Twier­dzi, że naj­le­piej bę­dzie, je­śli sam so­bie wszyst­ko przy­po­mnisz. W prze­ciw­nym ra­zie może dojść do sy­tu­acji, gdy nie­świa­do­mie za­czniesz za­stę­po­wać praw­dzi­we wspo­mnie­nia ich wy­obra­że­niem.

– Ro­zu­miem – od­parł, pró­bu­jąc ukryć roz­cza­ro­wa­nie, i szyb­ko zmie­nił te­mat: – Czy moi ro­dzi­ce już wie­dzą?

Do­mi­ni­ka spoj­rza­ła nie­pew­nie na Mać­ka, po czym prze­nio­sła wzrok na Wojt­ka i rze­kła:

– Kie­dy się po­zna­li­śmy, po­wie­dzia­łeś nam, że twoi ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym.

Woj­tek przez dłuż­szą chwi­lę mil­czał, przy­glą­da­jąc się im z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Kie­dy w koń­cu się ode­zwał, jego głos był ci­chy i opa­no­wa­ny:

– Ile mia­łem wte­dy lat?

– Dwa – szep­nę­ła. – Wy­cho­wa­ła cię bab­cia.

– Czy ona…? – nie do­koń­czył.

In­stynk­tow­nie wie­dział, jaka jest od­po­wiedź, a skon­ster­no­wa­na mina Do­mi­ni­ki tyl­ko po­twier­dzi­ła jego przy­pusz­cze­nia.

– Przy­kro mi – po­wie­dział Ma­ciek.

Woj­tek wziął głę­bo­ki od­dech i za­my­ślił się na chwi­lę. Zda­wał so­bie spra­wę, że te in­for­ma­cje po­win­ny być dla nie­go bo­le­sne, ale ku swe­mu za­sko­cze­niu nie czuł zu­peł­nie nic. W miej­scu prze­zna­czo­nym na żal i tę­sk­no­tę pa­no­wa­ła kom­plet­na pust­ka.

Prze­mknę­ło mu przez myśl, że jak na ra­zie jego ży­cio­rys nie jawi się w zbyt ja­snych bar­wach. Gdy­by te­raz mu­siał po­wie­dzieć o so­bie parę słów, ogra­ni­czył­by się do jed­ne­go, nie­co pe­sy­mi­stycz­ne­go zda­nia: „Je­stem sie­ro­tą, któ­ry miał wy­pa­dek i cier­pię na amne­zję”. Nie­wie­le, ale prze­cież od cze­goś mu­siał za­cząć.

* * *

Woj­tek co­raz go­rzej ra­dził so­bie z mo­no­to­nią ko­lej­nych dni. Bez­czyn­ność do­pro­wa­dza­ła go do szew­skiej pa­sji, a nie­moż­ność przy­po­mnie­nia so­bie choć­by nie­wiel­kie­go frag­men­tu prze­szło­ści tyl­ko po­gar­sza­ła jego na­strój. Od­no­sił wra­że­nie, że po­byt w szpi­ta­lu jest kom­plet­ną stra­tą cza­su, ale dok­tor Szew­ski ka­zał mu uzbro­ić się w cier­pli­wość.

Po­dob­ne­go zda­nia była Do­mi­ni­ka.

– Za kil­ka dni stąd wyj­dziesz – po­cie­sza­ła go. – Wy­trzy­maj jesz­cze tro­chę.

Woj­tek uniósł ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji i zmie­nił te­mat.

– Mogę cię o coś za­py­tać?

– Oczy­wi­ście.

– O czym był twój naj­dziw­niej­szy sen?

Do­mi­ni­ka spoj­rza­ła na nie­go, lek­ko za­sko­czo­na.

– Czy ja wiem… – za­sta­na­wia­ła się na głos. – Kie­dyś mi się śni­ło, że je­stem mrów­ką, któ­ra jeź­dzi na drew­nia­nej hu­laj­no­dze.

Woj­tek z tru­dem opa­no­wał wy­buch śmie­chu.

– Dla­cze­go o to py­tasz? – za­cie­ka­wi­ła się Do­mi­ni­ka.

– Wczo­raj śni­ło mi się coś bar­dzo dziw­ne­go – wy­znał. – Je­cha­łem po­cią­giem. W pew­nym mo­men­cie do prze­dzia­łu we­szła mała dziew­czyn­ka, wrę­czy­ła mi klep­sy­drę i po­wie­dzia­ła, że mu­szę JĄ ura­to­wać, za­nim pia­sek prze­sta­nie się sy­pać, bo ina­czej ONA umrze.

– Kto umrze?

– No wła­śnie nie wiem.

– To tyl­ko głu­pi sen – po­wie­dzia­ła Do­mi­ni­ka, kła­dąc mu rękę na ra­mie­niu. – Ostat­nio wie­le się wy­da­rzy­ło. Je­steś po pro­stu prze­mę­czo­ny.

Woj­tek uśmiech­nął się bla­do.

– Chy­ba masz ra­cję.

– Oczy­wi­ście, że mam ra­cję! – Za­śmia­ła się. – Nie by­ła­bym sobą, gdy­by było ina­czej.

* * *

Po ty­go­dniu ba­dań i cią­głych ob­ser­wa­cji Woj­tek do­stał zgo­dę na opusz­cze­nie szpi­ta­la. Cie­szył się, że nie bę­dzie mu­siał spę­dzić ko­lej­nej nocy w tym po­nu­rym miej­scu. Miał na­dzie­ję, że le­ka­rze się nie mylą i po­wrót do domu fak­tycz­nie przy­śpie­szy pro­ces od­zy­ski­wa­nia pa­mię­ci.

Za­ło­żył ubra­nie, któ­re przy­niósł mu Ma­ciek, a po­tem udał się do re­je­stra­cji, gdzie cze­ka­li na nie­go przy­ja­cie­le. Wy­peł­nił druk i pod­pi­sał kil­ka do­ku­men­tów, a Do­mi­ni­ka w tym cza­sie po­szła do ap­te­ki po ta­blet­ki, któ­re prze­pi­sał mu dok­tor Szew­ski. Dzie­sięć mi­nut póź­niej cała trój­ka sie­dzia­ła w czer­wo­nej cor­sie. Woj­tek za­jął miej­sce z tyłu i idąc za przy­kła­dem Do­mi­ni­ki, po­słusz­nie za­piął pasy. Po­czuł ogrom­ną ulgę, kie­dy w koń­cu opu­ści­li te­ren szpi­ta­la.

Przez dłuż­szą chwi­lę je­cha­li w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu, słu­cha­jąc pio­se­nek le­cą­cych w ra­diu. Jako pierw­szy ci­szę prze­rwał Woj­tek.

– Po­wiedz­cie mi coś o mnie – po­pro­sił.

Do­mi­ni­ka i Ma­ciek wy­mie­ni­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Było ja­sne, że żad­ne z nich nie chce zła­mać za­le­ceń le­ka­rza.

– Sły­sza­łeś, co po­wie­dział dok­tor Szew­ski – upo­mnia­ła go Do­mi­ni­ka. – Naj­le­piej by­ło­by, gdy­byś sam to so­bie przy­po­mniał.

– To może po­trwać całe wie­ki, a ja po­trze­bu­ję ja­kie­goś punk­tu za­cze­pie­nia. Cho­ciaż kil­ku pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji na swój te­mat.

Do­mi­ni­ka wes­tchnę­ła i przez dłuż­szą chwi­lę w mil­cze­niu wy­glą­da­ła przez bocz­ną szy­bę.

– W po­rząd­ku – ode­zwa­ła się w koń­cu. – Co chciał­byś wie­dzieć?

– Na po­czą­tek coś pro­ste­go. Kim je­stem? Czym się zaj­mu­ję?

– Po­dob­nie jak my masz dwa­dzie­ścia lat i je­steś stu­den­tem.

– To już coś – ucie­szył się Woj­tek. – Co stu­diu­ję?

– In­for­ma­ty­kę i eko­no­me­trię.

– Co ta­kie­go?!

Woj­tek zmarsz­czył brwi, pró­bu­jąc od­na­leźć w pa­mię­ci ja­ką­kol­wiek in­for­ma­cję do­ty­czą­cą któ­rejś z wy­mie­nio­nych dzie­dzin, ale nic kon­kret­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. Ow­szem, wie­dział, jak uru­cho­mić kom­pu­ter, ale szcze­rze wąt­pił, aby to było jed­no z za­gad­nień po­ru­sza­nych na stu­diach. Czy to moż­li­we, że wszyst­ko, cze­go do tej pory się na­uczył, ule­cia­ło wraz z wy­pad­kiem? Wie­dział prze­cież, jak za­pa­rzyć her­ba­tę. Wie­dział też, że Zie­mia krą­ży wo­kół Słoń­ca. Po­tra­fił czy­tać i pi­sać. Nie miał pro­ble­mu z usta­le­niem, że zna an­giel­ski i fran­cu­ski. Dla­cze­go więc jego wła­sne stu­dia wy­da­wa­ły mu się tak obce i nie­do­rzecz­ne?

Wes­tchnął cięż­ko i zre­zy­gno­wa­ny opadł na sie­dze­nie. Stra­cił chęć do za­da­wa­nia dal­szych py­tań. Oba­wiał się, że ko­lej­ne frag­men­ty prze­szło­ści za­miast mu po­móc, wy­wo­ła­ją w jego gło­wie jesz­cze więk­szy za­męt. Dla­te­go po­sta­no­wił, że spu­ści nie­co z tonu i dla od­mia­ny po­słu­cha za­le­ceń le­ka­rza. Przy­naj­mniej do cza­su, aż nie wpad­nie na lep­szy po­mysł.

Po nie­ca­łych trzy­dzie­stu mi­nu­tach do­tar­li na miej­sce. Woj­tek wy­siadł z sa­mo­cho­du i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Rzę­dy ni­skich blo­ków, ską­pe pasy zie­le­ni, plac za­baw i kil­ka osie­dlo­wych skle­pów.

– Wy­glą­da zna­jo­mo? – za­gad­nął Ma­ciek.

Woj­tek jesz­cze raz ob­rzu­cił wzro­kiem oko­li­cę i po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Nie przej­muj się – po­cie­szy­ła go Do­mi­ni­ka. – Wspo­mnie­nia kie­dyś wró­cą. Mu­sisz dać so­bie tro­chę cza­su.

Kie­dy do­tar­li pod miesz­ka­nie nu­mer trzy­na­ście, Woj­tek po­czuł, że jego ser­ce za­czy­na nie­spo­koj­nie ło­mo­tać. Bał się, że miej­sce, w któ­rym spę­dził tyle cza­su, nie przy­wo­ła żad­nych wspo­mnień. W sku­pie­niu przy­glą­dał się, jak Ma­ciek prze­krę­ca klucz w zam­ku i otwie­ra drzwi, a na­stęp­nie od­su­wa się na bok i ge­stem za­pra­sza go do środ­ka. Woj­tek wziął głę­bo­ki od­dech i nie­pew­nie prze­kro­czył próg miesz­ka­nia. Prze­stron­ny przed­po­kój, drzwi do co naj­mniej trzech po­koi, a na ścia­nach abs­trak­cyj­ne ob­ra­zy. Nic, ab­so­lut­nie nic, nie wy­da­wa­ło mu się zna­jo­me.

– Mamy tu mnó­stwo ob­ra­zów – za­uwa­żył, pod­cho­dząc do jed­ne­go z ma­lo­wi­deł. – Wy­glą­da na to, że ktoś jest za­go­rza­łym fa­nem sztu­ki.

Na twa­rzy Do­mi­ni­ki po­ja­wił się lek­ki uśmiech.

– To ty je na­ma­lo­wa­łeś.

Woj­tek od­wró­cił się przez ra­mię i spoj­rzał na nią ze szcze­rym nie­do­wie­rza­niem.

– Ja? Na­praw­dę?

– Nie­daw­no ja­kiś biz­nes­men za­mó­wił u cie­bie kil­ka­na­ście ob­ra­zów, więc ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­dy­wa­łeś w po­ko­ju i ma­lo­wa­łeś – wy­ja­śni­ła. – Ni­g­dy nie spo­tka­łam ko­goś, kto two­rzył­by z taką pa­sją.

Woj­tek jesz­cze raz ob­rzu­cił wzro­kiem wszyst­kie ob­ra­zy, po czym wes­tchnął z re­zy­gna­cją.

– Ni­cze­go nie pa­mię­tam – szep­nął.

– Przy­po­mnisz so­bie. – Ma­ciek pod­szedł do Wojt­ka i po­kle­pał go przy­jaź­nie po ra­mie­niu. – Chodź, po­ka­żę ci twój po­kój.

Po chwi­li cała trój­ka uda­ła się do po­ko­ju na koń­cu ko­ry­ta­rza. Gdy we­szli do środ­ka, Woj­tek uważ­nie ro­zej­rzał się do­oko­ła. Wo­kół pa­no­wał lek­ki pół­mrok. Gra­na­to­we ro­le­ty osła­nia­ły wnę­trze przed ostry­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, bla­do­nie­bie­ska ścia­na dum­nie pre­zen­to­wa­ła sta­ry pla­kat De­pe­cheMode, a pod­ło­ga to­nę­ła w mo­rzu nie­do­koń­czo­nych szki­ców, z któ­rych więk­szość przed­sta­wia­ła dzi­wacz­ne stwo­ry wy­cią­gnię­te z sa­me­go ser­ca fan­ta­sty­ki.

Woj­tek usiadł na łóż­ku i jesz­cze raz ob­rzu­cił wzro­kiem nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie. Niby czuł się tu kom­for­to­wo, ale to nie zmie­nia­ło fak­tu, że w dal­szym cią­gu wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się obce.

– Nie wiem, co mam ro­bić… – szep­nął, po czym spoj­rzał bez­rad­nie na przy­ja­ciół i za­py­tał: – Jaki jest mój plan dnia? Co­dzien­nie ro­bię to samo czy ra­czej sta­wiam na spon­ta­nicz­ność?

Do­mi­ni­ka skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si i opar­ła się o fu­try­nę.

– Jest po­czą­tek se­me­stru, więc w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach praw­do­po­dob­nie prze­sia­dy­wał­byś na uczel­ni – wy­wnio­sko­wa­ła. – Jed­nak bio­rąc pod uwa­gę twój stan zdro­wia i za­le­ce­nia dok­to­ra Szew­skie­go, zde­cy­do­wa­nie ci to od­ra­dzam. Po­wi­nie­neś wy­ko­rzy­stać zwol­nie­nie, któ­re do­sta­łeś, i po­rząd­nie od­po­cząć.

– A jak za­zwy­czaj spę­dza­łem wol­ny czas?

– Trud­no po­wie­dzieć – od­parł Ma­ciek. – Kie­dy chcia­łeś, po­tra­fi­łeś być bar­dzo ta­jem­ni­czy. Cza­sa­mi wy­cho­dzi­łeś bez sło­wa, wsia­da­łeś do sa­mo­cho­du i zni­ka­łeś na kil­ka dni.

– Ostat­nio bar­dzo dużo ma­lo­wa­łeś – do­da­ła Do­mi­ni­ka.

Woj­tek wes­tchnął, po czym oparł łok­cie na ko­la­nach i scho­wał twarz w dło­niach.

Je­śli ży­cie było książ­ką pi­sa­ną ręką cza­su, to w opo­wie­ści Wojt­ka bra­ko­wa­ło kil­ku­na­stu pierw­szych roz­dzia­łów. Wpraw­dzie jego przy­ja­cie­le pró­bo­wa­li stre­ścić mu nie­któ­re z bra­ku­ją­cych frag­men­tów, ale na­wet to nie po­ma­ga­ło mu zro­zu­mieć, o czym tak na­praw­dę jest jego hi­sto­ria.

– Chy­ba ma­cie ra­cję – ode­zwał się po dłuż­szej chwi­li. – Mu­szę dać so­bie tro­chę cza­su.

* * *

Resz­tę wie­czo­ru spę­dził na prze­glą­da­niu swo­ich rze­czy. Każ­de ko­lej­ne od­kry­cie bu­dzi­ło w nim co­raz więk­sze zdzi­wie­nie, ale nie da­wał za wy­gra­ną. Wma­wiał so­bie, że w koń­cu tra­fi na coś, co przy­wo­ła wspo­mnie­nia. Ty­tu­ły ksią­żek sto­ją­cych na re­ga­le nic mu nie mó­wi­ły, no­tat­ki przy­po­mi­na­ły cią­gi skom­pli­ko­wa­nych szy­frów, a szta­lu­ga pre­zen­tu­ją­ca czy­ste płót­no zda­wa­ła się rzu­cać mu wy­zwa­nie.

Je­dy­nym war­to­ścio­wym zna­le­zi­skiem oka­za­ły się do­ku­men­ty z ban­ku, na któ­rych wbrew pa­nu­ją­cym za­sa­dom za­pi­sał iden­ty­fi­ka­tor i ha­sło. Z bra­ku in­nych opcji po­sta­no­wił iść tym tro­pem. Usiadł przy biur­ku, włą­czył lap­top i za­lo­go­wał się na stro­nę ban­ku. Pię­cio­cy­fro­we sal­do na­tych­miast wpra­wi­ło go w osłu­pie­nie. Opadł bez­wład­nie na opar­cie krze­sła i po­tarł dło­nią bro­dę. Skąd, u li­cha, miał tyle pie­nię­dzy?! Bio­rąc pod uwa­gę, że był sie­ro­tą i nie miał żad­nej pra­cy, to wszyst­ko wy­da­wa­ło się nie­wia­ry­god­ne. Wpraw­dzie Do­mi­ni­ka wspo­mi­na­ła coś, że ma­lo­wał na za­mó­wie­nie, ale nie są­dził, żeby sprze­daż ob­ra­zów była aż tak do­cho­do­wa.

Wy­łą­czył kom­pu­ter i pe­łen sprzecz­nych emo­cji wy­szedł na bal­kon.

Pa­mięć nie wra­ca­ła, w jego gło­wie mno­ży­ły się ko­lej­ne py­ta­nia, a od­po­wie­dzi jak na złość nie przy­cho­dzi­ły. Wie­dział, że po­wi­nien pójść za radą przy­ja­ciół i uzbro­ić się w cier­pli­wość, ale z każ­dą chwi­lą co­raz trud­niej zno­sił pust­kę, któ­ra mu to­wa­rzy­szy­ła. Po­trze­bo­wał opar­cia, odro­bi­ny so­lid­ne­go grun­tu pod no­ga­mi, ale wciąż od­no­sił wra­że­nie, że dro­ga, po któ­rej idzie, przy­po­mi­na la­bi­rynt pe­łen śle­pych ko­ry­ta­rzy.

W poszukiwaniu wspomnień

Mi­nę­ła pięt­na­sta. O tej po­rze uli­ce przy­po­mi­na­ły dłu­ga­śne sznu­ry po­plą­ta­nych ko­ra­li z wol­no prze­miesz­cza­ją­cy­mi się pa­cior­ka­mi – róż­nych ma­rek i ko­lo­rów. W pew­nej chwi­li świa­tła zmie­ni­ły się na czer­wo­ne. Kie­row­ca srebr­nej to­yo­ty wci­snął pe­dał ha­mul­ca, spra­wia­jąc, że sa­mo­chód po­słusz­nie za­trzy­mał się przed bia­łą li­nią. Tuż za nim usta­wił się gra­na­to­wy opel. Zda­wać by się mo­gło, że oba sa­mo­cho­dy mają już do­syć cią­głej jaz­dy i lada chwi­la wes­tchną z re­zy­gna­cją albo za­klną – po­dob­nie jak ich wła­ści­cie­le.

Jed­na ze sta­cji ra­dio­wych wła­śnie nada­ła ko­mu­ni­kat: „Kie­row­cy sto­ją­cy w kor­kach czę­ściej mają kło­po­ty z kon­cen­tra­cją…”. W tym sa­mym mo­men­cie tur­ku­so­wy re­nault ude­rzył w tył gra­na­to­we­go opla, a ten z ko­lei, ule­ga­jąc dzia­ła­ją­cej na nie­go sile, stuk­nął srebr­ną to­yo­tę. Za­nim dwaj po­szko­do­wa­ni kie­row­cy zdą­ży­li roz­pę­tać woj­nę, z tur­ku­so­we­go re­naul­ta wy­sko­czy­ła mło­da blon­dyn­ka.

– To chy­ba moja wina – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się słod­ko.

Woj­tek, któ­ry ob­ser­wo­wał całe zaj­ście z ku­chen­ne­go pa­ra­pe­tu, ro­ze­śmiał się w du­chu. Po­dej­rze­wał, że to wła­śnie dzię­ki ta­kim ko­bie­tom ste­reo­typ: „ko­bie­ta za kie­row­ni­cą sta­no­wi za­gro­że­nie” nie umie­ra i ma się za­ska­ku­ją­co do­brze.

Na­gle z ko­ry­ta­rza do­biegł go od­głos zbli­ża­ją­cych się kro­ków. Po chwi­li drzwi otwo­rzy­ły się i w pro­gu sta­nął Ma­ciek.

– Cześć – przy­wi­tał się. – Jak tam sa­mo­po­czu­cie?

– Cał­kiem nie­źle, zwa­żyw­szy na to, że da­lej so­bie ni­cze­go nie przy­po­mnia­łem.

– Za­sta­na­wia­li­śmy się wczo­raj z Do­mi­ni­ką, jak mo­że­my ci po­móc i przy­szedł nam do gło­wy pe­wien po­mysł.

– Za­mie­niam się w słuch.

– Mamy mnó­stwo zdjęć. Może fo­to­gra­fie oka­żą się klu­czem do two­jej pa­mię­ci.

Woj­tek mu­siał przy­znać, że to na­praw­dę ge­nial­ny plan.

– Gdzie są te zdję­cia? – spy­tał, wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny.

– Więk­szość jest w moim kom­pu­te­rze. Mo­że­my za­mó­wić coś do je­dze­nia i je obej­rzeć – za­pro­po­no­wał Ma­ciek. – Wo­lisz piz­zę czy chińsz­czy­znę?

– Ja­dłem kie­dyś chińsz­czy­znę? – za­py­tał nie­pew­nie.

– I to nie raz.

– Co naj­czę­ściej za­ma­wia­łem?

– Kur­cza­ka w so­sie słod­ko-kwa­śnym.

Woj­tek uśmiech­nął się po­god­nie.

– W ta­kim ra­zie dla mnie bę­dzie kur­czak w so­sie słod­ko-kwa­śnym.

* * *

Już od do­brych dwóch go­dzin prze­glą­da­li zdję­cia, ale mimo usil­nych sta­rań Woj­tek nie był w sta­nie do­szu­kać się w nich cze­goś, co od­blo­ko­wa­ło­by mu pa­mięć. Na fo­to­gra­fiach roz­po­zna­wał tyl­ko Mać­ka i Do­mi­ni­kę. Nie miał też po­ję­cia, kto, kie­dy i gdzie wy­ko­nał dane zdję­cie.

– To nie ma sen­su – stwier­dził Woj­tek.

– No cóż, ale nie za­szko­dzi­ło spró­bo­wać.

Na­gle roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

– Otwo­rzę – po­wie­dział Ma­ciek, po czym pod­niósł się z krze­sła i wy­szedł z po­ko­ju.

Po chwi­li na ko­ry­ta­rzu dało się sły­szeć głos Do­mi­ni­ki.

– Cześć. Przy­je­cha­ła­bym wcze­śniej, ale mu­sia­łam za­cze­kać na moją współ­lo­ka­tor­kę, bo za­po­mnia­ła klu­czy. Jak tam Woj­tek?

– Oglą­da­li­śmy zdję­cia.

– No i…?

– Nic z tego.

– Cho­le­ra – wes­tchnę­ła. – By­łam pew­na, że to mu po­mo­że.

Do­mi­ni­ka po­wie­si­ła płaszcz i we­szła do po­ko­ju. Wi­dząc zmar­twio­ną minę Wojt­ka, po­czu­ła na­gły przy­pływ em­pa­tii.

– Jak się czu­jesz? – za­py­ta­ła z tro­ską.

Po twa­rzy Wojt­ka prze­mknął cień uśmie­chu.

– Jak czło­wiek bez prze­szło­ści.

– A wła­śnie! – za­wo­łał Ma­ciek. – Mia­łem ci to wczo­raj dać, ale zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łem. – Się­gnął po nie­wiel­ką pla­sti­ko­wą tor­bę le­żą­cą na ko­mo­dzie i wrę­czył ją Wojt­ko­wi. – To rze­czy, któ­re mia­łeś przy so­bie pod­czas wy­pad­ku. Do­sta­łem je w szpi­ta­lu.

Woj­tek wy­sy­pał za­war­tość tor­by na biur­ko i za­czął ko­lej­no prze­glą­dać wszyst­kie przed­mio­ty. Port­fel, w któ­rym znaj­do­wa­ły się do­ku­men­ty, kar­ta ban­ko­ma­to­wa, le­gi­ty­ma­cja stu­denc­ka i tro­chę pie­nię­dzy. Poza tym był te­le­fon z pęk­nię­tym wy­świe­tla­czem, pacz­ka gum do żu­cia, czar­ny rze­myk z za­wiesz­ką w kształ­cie puz­zla i dwie pary klu­czy. Jed­ne z nich naj­praw­do­po­dob­niej były do miesz­ka­nia, a dru­gie…

– Mam sa­mo­chód? – zdzi­wił się.

– I to nie byle jaki. Chcesz go zo­ba­czyć?

– Nie wiem, czy to do­bry po­mysł… – za­czę­ła Do­mi­ni­ka, ale Woj­tek na­tych­miast wszedł jej w sło­wo.

– Oczy­wi­ście, że chcę!

Kie­dy kil­ka mi­nut póź­niej wy­szli przed blok, Woj­tek sta­nął jak osłu­pia­ły. Logo na klu­czy­ku już wcze­śniej zdra­dzi­ło mu, że jest wła­ści­cie­lem bmw, ale nie są­dził, że na par­kin­gu za­sta­nie taki mo­del. Czar­na spor­to­wa zet czwór­ka za­pie­ra­ła dech w pier­siach. Lśnią­ca ka­ro­se­ria i błysz­czą­ce alu­fel­gi wy­glą­da­ły tak, jak­by sa­mo­chód do­pie­ro co wy­je­chał z sa­lo­nu.

– Jak to moż­li­we, że stać mnie na ta­kie cudo? Prze­cież nie mam ani pra­cy, ani bo­ga­tych ro­dzi­ców…

– Mó­wi­łeś, że bab­cia zo­sta­wi­ła ci w spad­ku spo­rą sumę pie­nię­dzy.

– Czym, u li­cha, zaj­mo­wa­ła się moja bab­cia?! – za­py­tał, wy­raź­nie wstrzą­śnię­ty.

– Nie mam po­ję­cia – za­śmiał się Ma­ciek. – Ale chy­ba po­wi­nie­neś pójść w jej śla­dy.

Woj­tek jesz­cze raz ob­rzu­cił wzro­kiem sa­mo­chód, a po­tem otwo­rzył drzwi i usiadł za kie­row­ni­cą. Jego twarz na­tych­miast po­ja­śnia­ła, zu­peł­nie jak­by za­żył cu­dow­ny elik­sir po­pra­wia­ją­cy hu­mor.

– Po­do­ba ci się?

– „Po­do­ba” to mało po­wie­dzia­ne. Jest wspa­nia­ły! – Woj­tek wło­żył klu­czyk do sta­cyj­ki i spoj­rzał za­dzior­nie na przy­ja­ciół. – Ma­cie ocho­tę na prze­jażdż­kę?

Chy­ba żad­ne z nich nie przy­pusz­cza­ło, że wspól­na jaz­da wkrót­ce prze­ro­dzi się w jed­no­oso­bo­wy wy­ścig. Oczy Wojt­ka błysz­cza­ły z pod­eks­cy­to­wa­nia, kie­dy mknął po wą­skich uli­cach z szyb­ko­ścią bły­ska­wi­cy.

– Zwol­nij! – krzyk­nę­ła Do­mi­ni­ka, ale Woj­tek jej nie po­słu­chał.

Pierw­szy raz, od­kąd wy­szedł ze szpi­ta­la, po­czuł, że ma nad czymś kon­tro­lę. Roz­pę­dzo­na ma­szy­na zda­wa­ła się go ro­zu­mieć jak nikt inny. Do­sko­na­le wie­dział, jak się z nią ob­cho­dzić. Mimo że nie miał przed ocza­mi żad­nych kon­kret­nych ob­ra­zów ani wspo­mnień, ogar­nę­ło go we­wnętrz­ne po­czu­cie, że szyb­ka jaz­da sa­mo­cho­dem to jed­na z rze­czy, któ­re na­praw­dę ko­chał.

Biały kot i czarne dziury

Na­stęp­ne­go dnia, gdy Ma­ciek po­szedł na uczel­nię, Woj­tek wy­brał się na spa­cer. Po­sta­no­wił, że bę­dzie szwen­dał się po mie­ście, do­pó­ki so­bie cze­goś nie przy­po­mni. Prze­mie­rzał ko­lej­ne uli­ce, za­sta­na­wia­jąc się czy kie­dy­kol­wiek od­wie­dził któ­rąś z mi­ja­nych ka­wiar­ni. Oglą­dał wi­try­ny skle­pów, po­dzi­wiał sta­re bu­dow­le, słu­chał ulicz­nych mu­zy­ków i od cza­su do cza­su przy­słu­chi­wał się roz­mo­wom prze­chod­niów.

Po­cząt­ko­wo pod­cho­dził do tego po­my­słu z wy­raź­nym en­tu­zja­zmem, ale po kil­ku go­dzi­nach błą­dze­nia i nie­zli­czo­nej licz­bie prze­by­tych ki­lo­me­trów zu­peł­nie stra­cił za­pał. Nie dość, że nie miał po­ję­cia, gdzie się znaj­du­je, to w do­dat­ku wspo­mnie­nia upar­cie cho­wa­ły się w naj­od­le­glej­szym za­ka­mar­ku jego gło­wy i w ża­den spo­sób nie mógł ich stam­tąd wy­do­stać.

Dość szyb­ko uświa­do­mił so­bie, że pla­nu­jąc swo­ją wy­pra­wę, po­peł­nił dwa za­sad­ni­cze błę­dy. Po pierw­sze: nie za­brał ze sobą te­le­fo­nu. Po dru­gie: nie za­pa­mię­tał swo­je­go ad­re­su. Te­raz nie mógł na­wet za­py­tać ko­goś z prze­chod­niów o dro­gę. Czas mi­jał, a on z każ­dą chwi­lą był co­raz bar­dziej wy­koń­czo­ny i zre­zy­gno­wa­ny. Już miał zgło­sić się na po­li­cję, gdy nie­ocze­ki­wa­nie na jego dro­dze po­ja­wił się mło­dy chło­pak.

– Woj­tek! – za­wo­łał, wy­raź­nie ura­do­wa­ny. – Kopę lat!

Wy­glą­dał na nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat. Miał rude krę­co­ne wło­sy, twarz usia­ną pie­ga­mi i swe­ter z… mar­chew­ką. Woj­tek przy­glą­dał mu się z za­cie­ka­wie­niem, pró­bu­jąc od­gad­nąć, kim jest ów osob­nik i cze­go od nie­go chce.

– Dla­cze­go tak na mnie pa­trzysz? – za­nie­po­ko­ił się chło­pak. – Nie po­zna­jesz mnie? To ja, Ma­rio.

– To two­je praw­dzi­we imię?

Woj­tek zda­wał so­bie spra­wę, że ze wszyst­kich py­tań, ja­kie mógł za­dać, to było naj­mniej istot­ne, ale już było za póź­no, by je cof­nąć.

– Sta­ry, co z tobą? – Ma­rio był wy­raź­nie zdzi­wio­ny za­cho­wa­niem Wojt­ka. – Na­praw­dę mnie nie pa­mię­tasz?

Woj­tek po­ki­wał prze­czą­co gło­wą.

– Na­bi­jasz się ze mnie?

– Nie – od­parł zgod­nie z praw­dą. – Mia­łem wy­pa­dek, cier­pię na amne­zję i nie pa­mię­tam, gdzie miesz­kam.

Ma­rio otwo­rzył usta, ale nic nie po­wie­dział. Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w Wojt­ka, wy­raź­nie oszo­ło­mio­ny, aż w koń­cu po­wie­dział:

– Za ro­giem stoi moja tak­sów­ka. Pod­wio­zę cię.

* * *

Oka­za­ło się, że Ma­rio rów­nież stra­cił ro­dzi­ców w dość mło­dym wie­ku. Jed­nak on, w prze­ci­wień­stwie do Wojt­ka, nie miał ko­cha­ją­cej bab­ci i tra­fił pro­sto do domu dziec­ka. Gdy tyl­ko skoń­czył osiem­na­ście lat, wy­pro­wa­dził się, zro­bił pra­wo jaz­dy i zo­stał tak­sów­ka­rzem.

Po­zna­li się kil­ka lat temu, gdy jesz­cze cho­dzi­li do li­ceum. Sie­dzie­li w jed­nej ław­ce i jak na praw­dzi­wych przy­ja­ciół przy­sta­ło, za­wsze po­ma­ga­li so­bie w po­trze­bie. Woj­tek miał umysł ści­sły, a Ma­rio uwiel­biał przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne. Dla­te­go, gdy je­den nie zdą­żył prze­czy­tać lek­tu­ry, a dru­gi nie ra­dził so­bie z lo­ga­ryt­ma­mi, wza­jem­nie wy­ba­wia­li się z opre­sji.

– Jesz­cze raz dzię­ku­ję – po­wie­dział Woj­tek, gdy roz­kle­ko­ta­na tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się na par­kin­gu, tuż obok spor­to­we­go bmw. – Na­praw­dę mi przy­kro, że cię nie pa­mię­tam.

– Daj spo­kój. Prze­cież to nie two­ja wina. Gdy­byś kie­dyś cze­goś po­trze­bo­wał, to masz mój nu­mer.

Woj­tek uśmiech­nął się ser­decz­nie, po czym wy­siadł z sa­mo­cho­du i ru­szył w stro­nę miesz­ka­nia. Cie­szył się ze spo­tka­nia z Ma­riem, ale jed­no­cze­śnie był na sie­bie wście­kły. Jak mógł wy­brać się do cen­trum mia­sta, nie zna­jąc swo­je­go ad­re­su ani roz­kła­du ulic?! Za­klął pod no­sem, a po­tem skie­ro­wał się w stro­nę po­bli­skie­go kio­sku z za­mia­rem ku­pie­nia po­rząd­nej mapy. Osta­tecz­nie jego li­sta za­ku­pów wy­dłu­ży­ła się o no­tes, kil­ka bi­le­tów au­to­bu­so­wych i zdrap­kę ze sło­niem. Być może nie był to ty­po­wy ekwi­pu­nek czło­wie­ka, któ­ry usi­łu­je od­zy­skać kon­tro­lę nad swo­im ży­ciem, ale Woj­tek od­niósł dziw­ne wra­że­nie, że to nie pierw­szy raz, kie­dy zba­cza z utar­te­go szla­ku i wy­ty­cza swo­ją wła­sną dro­gę.

Woj­tek wszedł na trze­cie pię­tro i ru­szył do miesz­ka­nia nu­mer trzy­na­ście. Le­d­wo prze­kro­czył próg, a z kuch­ni do­biegł go głos Mać­ka:

– No na­resz­cie! Już mie­li­śmy ob­dzwa­niać wszyst­kie szpi­ta­le.

– Gdzie się po­dzie­wa­łeś? – na­sko­czy­ła na nie­go Do­mi­ni­ka.

Woj­tek na­tych­miast za­uwa­żył jej