Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Zanim wstanie dla nas słońce ebook

Gabriela Gargaś  

4.43478260869565 (23)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 380 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zanim wstanie dla nas słońce - Gabriela Gargaś

Opowiem ci moją historię. Ale proszę, nie oceniaj mnie. Wiem, co zrobiłam, jednak nie mogę cofnąć czasu.

Stefania jest położną, która kocha swoją pracę. Zawodowe zajęcia angażują ją na tyle mocno, że nawet nie zauważa, kiedy mąż i córka oddalają się od niej. Ona sama z kolei coraz bardziej zbliża się do doktora Wojdara. Romans z lekarzem uruchamia lawinę złych wydarzeń. Gdy córka Stefanii, Liwia, dowiaduje się o romansie matki, wpada we wściekłość i wyjeżdża na wieś. Tam spotyka Filipa, z którym zachodzi w ciążę. Życie Liwii diametralnie się zmienia, a w trudnych chwilach wspiera ją matka. Asystuje przy porodzie córki, popełnia jednak kardynalny błąd, który zaważy na życiu wielu osób…

Niekiedy miłość opowiada nam swoją własną, smutną historię, a płomienny romans, który miał przynieść odmianę, okazuje się iluzją. Jednak za popełnione błędy trzeba zapłacić i choć czasu nie można cofnąć, to jednak przy odrobinie dobrej woli losowi można nadać nowy bieg. Bo przecież na szczęście nigdy nie jest za późno.

Opinie o ebooku Zanim wstanie dla nas słońce - Gabriela Gargaś

Fragment ebooka Zanim wstanie dla nas słońce - Gabriela Gargaś

Ile zdarza się smutku w uśmiechu, radości w miłości,

zapomnienia w namiętności…

Jak wiele padnie czasem niepotrzebnych słów…

A niekiedy ktoś zamilknie, chociaż ty masz nadzieję na

to jedno słowo…

Gabriela Gargaś

mój kochanek wcale nie jest piękny

i charakter ma raczej trudny

ale kto mi umaluje niebo

w ciemny fiolet popołudnia

gdy pozwolę mu odejść i nie wrócić

mój kochanek ma gorące usta

i rząd ostrych zębów, kiedy śmiechem

odpowiada na wyzwanie światu

mój kochanek ma usta, które wschodzą

półksiężycem nad każdą z moich nocy

mój kochanek nie jest czuły jego oczy

w prostokącie ulicy tańczą

zażega w dziewczętach płomień

uczepiona u jego cienia

trzymam miłość moją za włosy

w jego cieniu wątłe źdźbło trawy

w kwietniową jabłoń rozkwita

Halina Poświatowska, *** [mój kochanek…]

PROLOG

Opowiem ci moją historię. Na początku chcę cię prosić o jedno: nie oceniaj mnie już teraz. Przeczytaj. Nie potrzebuję twojej oceny. Wiem, co zrobiłam i czego nie zrobiłam. Powiesz, że miałam wybór. Ty też masz. Każdego dnia stajesz przed wyborem. Ile złych decyzji podjęłaś pod wpływem chwili? Jak wiele złych słów wyrzuciłaś z siebie? Zraniłaś pewnie też niejeden raz. Jesteśmy tylko ludźmi. Każdemu zdarzają się chwile słabości…

Mówią, że to, co się liczy, to teraźniejszość. Przeszłość jest mglistym wspomnieniem, które zostawiamy za sobą. A przyszłość? Przyszłość to tylko marzenia i plany, które tak naprawdę nie istnieją. Usilnie poszukujemy chwil, które dały nam szczęście, albo takich, które je dopiero dadzą. Nie zastanawiamy się nad tym, co jest teraz. Nad naszymi odczuciami, emocjami i tym, co przeżywamy właśnie w tej chwili. Pędzimy… Bez zastanowienia podejmujmy decyzje, których nigdy nie powinniśmy podjąć.

Stefania miała tylko chwilę, by spojrzeć na tamtego chłopca. Niemowlaka, który zakwilił. Nie było czasu na sentymenty. Liwia tyle już przeżyła… Kolejny cios zabiłby ją lub doprowadził do zguby. Ona też więcej by nie zniosła.

Kobieta ruszyła z noworodkiem do sali dla maluchów, Wojdar poszedł za nią. Zobaczył, że na miejscu jest też Alicja z drugim dzieckiem, wnukiem Stefanii.

– Ja się nim zajmę, proszę… – Stefania zjawiła się przy chłopcu.

– Ale…

– To mój wnuk.

Alicja spojrzała na ordynatora.

– Stefania i ja dopilnujemy wszystkiego – zwrócił się do młodszej położnej. – Czekają nas kolejne porody, a stan tych noworodków jest stabilny.

Alicja spojrzała na lekarza, po czym wyszła bez słowa.

Wojdar i Stefania zostali sami. Ordynator w skrócie opowiedział jej przebieg akcji porodowej córki. Kobieta nie mogła złapać oddechu, jej serce biło tak szybko, że myślała, że dostanie zawału.

– Wiesz, z czym to się wiąże? – zapytał.

Oczywiście, że wiedziała. Tak długie niedotlenienie na pewno będzie miało negatywne skutki. Porażenie mózgowe. Stefania w jednej chwili przypomniała sobie wszystko, co wiedziała o dzieciach z porażeniem mózgowym. Jej córka była taka krucha, wrażliwa, tyle w jej życiu było ostatnio tragedii. Nie da sobie rady z kolejnym ciężarem, który miałby na nią spaść. Zbyt wiele łez ostatnio wylała. W dodatku samotna matka…

Stefania miała kuzynkę, która urodziła dziecko z porażeniem mózgowym. Kiedyś często się odwiedzały. Stefa patrzyła z politowaniem na tę kobietę, która po kilku latach wychowywania dziecka zmieniła się we wrak człowieka. Świat zwolnił, a jej się wydawało, że jej dusza uleciała w górę, zostawiając bezwładne ciało. Synek Karoliny wymagał jedynie delikatnego wsparcia oddechowego, jego ogólny stan był dobry.

Liwia nie poradzi sobie z chorym dzieckiem, Stefania wiedziała o tym doskonale. Miała dopiero osiemnaście lat, a zdradzała objawy depresji. I jeszcze to? Stefania nie będzie mogła pomóc jej należycie w opiece nad dzieckiem, ktoś musiał zarabiać na ich utrzymanie.

– To jest synek Liwii. – Wskazała na zdrowego noworodka, syna Karoliny.

– Ale… – Doktor Wojdar był zdenerwowany.

ROZDZIAŁ 1

Nie istnieją kłamstwa, a jedynie kalekie prawdy.

Baruch Spinoza

Stefania podeszła do okna i spojrzała na ogród. Był w pełnym rozkwicie. Wróciła myślą do tych dni, które kiedyś spędziła z doktorem Wojdarem. Od tamtego pamiętnego wyjazdu wszystko się zaczęło. Dzisiaj także padał deszcz, jak wtedy, podczas ich pierwszego wspólnego spaceru.

Stefanię zawsze rozczulał widok kropel deszczu, które roztrzaskiwały się o szybę, by spłynąć z niej strumieniami. Ostatnio nieustannie wracała myślami do dawnych czasów, zanim jej życie rozsypało się w drobny mak. Oczywiście nie mogła za to obwiniać nikogo oprócz siebie.

Przeszłość bywa piękna we wspomnieniach, ale prawda jest inna. To także ciernie i odłamki szkła. Co ciekawe, czasami sami sięgamy po te odłamki, dziwiąc się potem, czemu kaleczymy się przy tym boleśnie. Kobieta przeżyła więcej lat, niż jej jeszcze zostało, to pewne. Niektóre gdzieś jej umknęły, zwłaszcza te, w których zrezygnowała z pracy położnej. Były jałowe. Czasami wydawało jej się, że ten ostatni czas minął w sposób niezauważalny i tylko niektóre chwile w jej życiu były znaczące, sprawiły, że śmiała się do łez. Po policzkach Stefanii popłynęły łzy. Przez kilka ubiegłych lat dość często płakała…

Zastanawiała się, który moment zapoczątkował lawinę? Czy gdyby nie znajomość z Krzysztofem, jej życie potoczyłoby się inaczej? Może Liwia nie wyjechałaby na wieś? Nie poznała Filipa… Tak, na pewno byłoby inaczej. A więc sympozjum?

A może to zaczęło się dużo wcześniej? Nie na sympozjum? Na pewno wcześniej… Tylko, że oboje (ona i Krzysztof Wojdar) starali się ignorować to, co się między nimi działo. A była to czysta chemia. Spojrzenia, podczas których sypały się iskry.

Praca zbliża ludzi, szczególnie ta pod presją czasu. A na oddziale położniczym jest niezwykła, zwłaszcza wtedy, kiedy chodzi o życie matki i dziecka. Lekarze, inne położne rozumieją cię bardziej niż ktokolwiek z zewnątrz. Pod koniec trudnego dyżuru, pełnego strachu i konieczności szybkiego działania, niekiedy dopada człowieka „głupawka”. Śmiejesz się ze wszystkiego i, o zgrozo, z tego, z czego nigdy byś nie pomyślała, że śmiać się można. Czasami padasz na twarz ze zmęczenia, a mimo wszystko nie zrezygnowałabyś z tej pracy. Bywają ciężkie porody, stresujące chwile, kiedy nerwy masz napięte jak postronki. Wściekasz się i współpracownicy to rozumieją. Czasami milczysz, kiedy coś poszło nie tak, inni na oddziale też milczą i nikt nie pyta, dlaczego jesteś smutna. Nawet najbardziej kochający mąż nigdy tego nie zrozumie. A jego słowa pocieszenia: „Nic nie mogłaś zrobić” wściekle drażnią. Czasami płaczesz w kącie z inną położną. Czasami się wkurwiasz na system i na całą papierologię, która pochłania za dużo czasu. Bo zamiast wypełniać druki, wolałabyś iść do położnic, do noworodków i pomóc im w tych pierwszych wspólnych chwilach. Młode, wyczerpane porodem mamy tak często są zagubione. I tylko druga położna, inny lekarz zrozumie to, co czujesz. Jeśli oczywiście kochają to, co robią. A Stefania kochała swoją pracę. Odkąd skończyła czternaście lat, wiedziała, że chce zostać położną. Nawet nie pamięta, skąd się w niej zrodziło zainteresowanie położnictwem. Po prostu chciała i już.

Ciężarne kobiety, płaczące noworodki, bieganina, nawał obowiązków – to wszystko powodowało, że czuła się spełniona i dumna. Wiedziała, że robi coś ważnego. Wzruszały ją łzy wdzięczności w oczach zmęczonej porodem kobiety, cud narodzin i moment, w którym trzymała w rękach malutkie dziecko. Lubiła szybko działać, kiedy następował krwotok z łożyska i musiała podjąć decyzję, co dalej. I podejmowała słuszne decyzje. Niekiedy asystowała przy cesarskim cięciu podczas porodu w domu, kiedy nie można było dłużej czekać na przyjazd karetki. Działała pod presją. Lubiła te skoki adrenaliny, motywowały ją. Pomagała nie tylko rodzącej, ale i jej rodzinie. Jeśli na sali pojawiała się pierworódka, wiedziała że rodzina trzęsie się ze strachu jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy kobieta rodzi kolejne dzieci. Niektórzy faceci byli bardziej zdenerwowani niż ich żony.

Stefania wyszła z sali operacyjnej i natknęła się na młodego mężczyznę, który chodził w tę i z powrotem.

– Wszystko w porządku? – zapytała łagodnym głosem.

– Nie wiem. Nie wiem… Miałem coś zrobić. I z nerwów zapomniałem.

– Może żona coś od pana chciała?

– Nie, to nie to.

– Kawy?

– Nie. Wypiłem już pięć.

– Hmm…

– Wiem! Eureka! Muszę do toalety.

– A! – Stefania zaśmiała się rozbawiona i skierowała się do sali, gdzie leżały świeżo upieczone mamy.

– No, wreszcie raczyła pani do mnie przyjść. – Młoda mama nie kryła zniecierpliwienia.

– Przepraszam panią, ale mamy dzisiaj ruch jak w ulu – próbowała rozładować napięcie Stefania. Uśmiechnęła się do kobiety, ale tej nie było do śmiechu. Stefania rozumiała, przez co te kobiety przechodziły. Była nie tylko położną, ale i matką. Poród, zmęczenie, cewniki, pierwsze karmienie, wszystko to było nowe, męczące. Jednak czasami chciała, by rodzące wykazały się odrobiną empatii w stosunku do pracy położnej. Kiedy w szpitalu było obłożenie, na jedną położną przypadało piętnaście, niekiedy dwadzieścia kobiet i ich dzieci.

– A ja nie wiem jak nakarmić dziecko! Jak je przystawić do piersi! – W oczach kobiety pojawiły się łzy.

Stefania niekiedy była bezsilna, innym razem ogarniała ją złość na służbę zdrowia.

– No już, kochanieńka – przemówiła do młodej mamy czule.

Wzięła na ręce płaczące dziecko i przyłożyła je do matczynej piersi.

– Przytrzymaj mu wyżej główkę – poinstruowała.

– Dobrze?

– Tak. Teraz dobrze. – Stefania uśmiechnęła się.

Stefania lubiła nocne dyżury. Doktor Wojdar też bywał często nocą w pracy. Niekiedy trafiała im się pacjentka w ciężkim stanie. Oboje wbrew temu, czego nie powinni robić, wiązali się z nią emocjonalnie. Siedzieli na krzesłach obok siebie i monitorowali parametry życiowe chorej.

Z czasem Stefania zauważyła, że pomimo możliwości położenia się spać i przyjścia w razie jej telefonu, gdy stan pacjentki się pogorszy, lekarz zostawał z nią. Siedzieli na niewygodnych taboretach czasem całą noc. Czyżby brak zaufania? A może nie o zaufanie tu chodziło? Chcąc nie chcąc zaczynali ze sobą rozmawiać, początkowo na tematy związane z medycyną. Szybko odkryli jednak, że oprócz tych tematów mają jeszcze dużo innych wspólnych, które chętnie poruszali. Kochali stare kino. A także produkcje węgierskie i czeskie. Rosyjskie też oglądali. Lubili czytać książki Kisielewskiego i słuchać Arethy Franklin.

– A wie pani, że ona swoje pierwsze dziecko urodziła w wieku piętnastu lat?

– Tak? Myślałam, że siedemnastu!

– Gdy miała siedemnaście lat, na świat przyszedł jej drugi syn.

– Dzieci… Pierwszy album nagrany w wieku czternastu lat… Taka młoda…

– Wcale mnie to nie dziwi, z takim głosem. Myślę, że wielu artystom towarzyszy jakiś ból, melancholia, niespełnienie w życiu.

– Bo oni jakby więcej odczuwają. Taka Aretha, która miała dwóch mężów, kilku kochanków. Samotna, niekiedy zależna od swoich partnerów, menadżerów, wyhaftowała swoim głosem, smutkiem i melancholią piękną historię jazzu. Własnymi uczuciami tkała piosenki.

– I mężczyźni za nią szaleli.

– Nie była wampem, seksbombą, a jednak oni chcieli być z nią, przy niej.

– Myśli pan, że ich oczarowała? A może to jej sława i pieniądze były pociągające?

– Nie. – Pokręcił głową. – To kwestia osobowości, skomplikowanej natury… Dlatego do niej lgnęli. Związki Arethy z mężczyznami były z reguły burzliwe, ale krótkie. Były fascynujące, lecz żaden z nich nigdy nie przekształcił się w dojrzałe uczucie.

Szczerze mówiąc, Stefania z czasem zaczęła żyć nadzieją, że trafi na dyżur z doktorem Wojdarem. Starała się tak zamieniać godziny, by pracować właśnie z nim (grafik lekarzy zawsze był dostępny dla personelu). On też pod pretekstem sprawdzenia czegoś patrzył w grafik położnych, żeby dowiedzieć się, kiedy Stefania ma dyżur. Jakoś głupio mu było zapytać ją o to wprost. Kiedy razem pracowali, uśmiechali się do siebie, wymieniali spojrzenia. Chodzili razem na obchody. On z innymi lekarzami, a ona za nimi, z innymi położnymi. Czasem omawiali razem jakąś trudniejszą sytuację, która miała miejsce na sali porodowej.

Niby każdy wykonywał swoje obowiązki, otaczał ich personel, studenci, pacjentki, ale oni widzieli tylko siebie. Bywało tak, że wszyscy razem zamawiali obiad w szpitalnej stołówce. I wtedy Stefania z Wojdarem siadali obok siebie. Niekiedy jedno ramię dotknęło drugie, udo musnęło drugie udo. Nocami pili razem kawę w dyżurce. Wojdar wiedział, jak Stefania wygląda bez makijażu, bo o czwartej nad ranem to w dupie masz, czy eyeliner ci spłynął. Widział ją też z rozczochranymi włosami, kiedy na chwilę przysnęła w fotelu. Podobało mu się to jej rozmemłanie.

Pracownicy jednego szpitala znają siebie doskonale. Wiesz, do kogo nie dzwonić o szesnastej, bo na pewno ma drzemkę, a kto nienawidzi gołąbków. Pozorne, banalne rzeczy, a sprawiają, że czujesz się swobodnie i nie musisz udawać. Teoretycznie jest tak w każdej robocie, ale praca w szpitalu to coś więcej… To wspólnie przepracowane noce, święta, weekendy. Personel niekiedy wspólnymi siłami walczy o życie dziecka lub matki – to nie jest kwestia dotrzymania terminu oddania projektu – to jest żyć albo nie żyć. Dlatego tak ważna jest współpraca, dobre relacje. Relacje, które z czasem wychodzą poza te służbowe.

Wigilia i sylwester, które Wojdar i Stefania razem spędzili na oddziale, zbliżyły ich do siebie jeszcze bardziej. Człowiek w te dni czuje się samotny, musi zostawić rodzinę i iść do pracy. W takich sytuacjach nieświadomie szuka pocieszenia.

Tuż przed północą do dyżurki weszła Alicja, druga położna, i Jasiek, młody anestezjolog. Wojdar i Stefania już tam na nich czekali. Alicja wyciągnęła z szafy bezalkoholowego szampana.

Doktor spojrzał na zegarek.

– Za trzy minuty północ.

– Za dwie.

– Za minutę.

– Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

Równo o północy wystrzelił korek szampana. Jasiek rozlał go do plastikowych kubeczków. Stefania złożyła życzenia Ali i Jaśkowi. Kiedy stanęła naprzeciwko Krzysztofa, poczuła skrępowanie.

– Szczęśliwego Nowego Roku. – Uśmiechnęła się do niego.

– Oby był szczęśliwy. – Kobieta poczuła delikatne muśnięcie jego warg na policzku. Płonęła.

Był pierwszy dzień nowego roku. Rano na porodówkę wszedł świeżo upieczony tatuś. W torbie coś dźwigał. Stefania przystanęła obok, bo była ciekawa, co tam niesie. Może jakiś prezent dla maleństwa i młodej mamy? – zastanawiała się.

– Co tam masz? – zapytała męża kobieta, kiedy stanął przy jej łóżku.

– Ciuchy na wyjście. Powiedziałaś, żebym przywiózł to, co nosiłaś przed porodem.

– No dobrze, dobrze. – Gestem ręki ponagliła męża, by odsunął zamek w torbie.

Świeżo upieczony tatuś odsunął zamek i wyjął z niej długą, czarną, balową suknię.

– A to co? – Żona nie kryła zdziwienia. – Na bal nas zabierasz?

– No przecież… W tej sukience byłaś, kiedy zaczęły się bóle.

– Byłam, ale ją zdjęłam.

– Powiedziałaś dokładnie: „Przywieź to, co miałam na sobie przed porodem”.

Stefania zaśmiała się w duchu i wyszła na korytarz.

– Przepraszam? – Młoda mama z łóżka, które stało koło drzwi, poprosiła Stefanię do siebie.

– Tak?

– Czy nikt nie dokarmiał mojego dziecka?

– Nie. Jest pani cały czas z dzieckiem i to pani je karmiła ostatni raz.

– Tak, wiem, ale czy nikt go nie dokarmiał?

– Kiedy?

– Nie wiem? Jak odwróciłam głowę…

Stefania popatrzyła na młodą, przejętą mamę, uśmiechnęła się do niej i odparła:

– Proszę pani, nikt się nie zakradł do pani łóżka i nie włożył pani dziecku butli do buzi, kiedy pani była odwrócona plecami. Zapewniam panią.

– Ach, to dobrze…

– To dobrze… – Stefania wyszła z sali z uśmiechem na twarzy. Ona rozumiała to, co się dzieje z matkami i z ich mężami w chwili tak wielkiego stresu, jakim był poród. Sama, kiedy rodziła Liwię, była tak spanikowana, że nie pamiętała nic, czego uczyła się w szkole rodzenia.

Opowiedziała o wszystkim doktorowi Wojdarowi, kiedy pili kawę w dyżurce. Oboje się roześmieli.

– To co, może urządzimy tutaj dzisiaj bal? – zaproponował Krzysztof.

– W sumie… Dlaczego nie?

Wojdar podszedł do radia. Włączył odbiornik. Z głośników popłynęła skoczna muzyka. Doktor odstawił kubek na stolik i zaczął podrygiwać w takt muzyki. Stefania roześmiała się i też zaczęła pląsać.

W końcu jest pierwszy dzień nowego roku…

Mimo notorycznego zmęczenia w pracy Stefania czuła się szczęśliwa. To była jej pasja, oddawała tu całą swoją energię. A w domu był czas na regenerowanie sił. Tylko co z Pawłem i Liwią? Co ta praca zrobiła z ich rodziną? Rodziną z pozoru idealną, którą od środka zżerał jednak robak. Czasami czuła się jak na Titanicu. Orkiestra grała, a statek tonął.

Było majowe popołudnie. Doktor Wojdar zadzwonił do szpitala. Odebrała Stefania. Krzysztof przebywał wtedy na zwolnieniu. Angina. Poprosił ją, aby zamówiła kuriera i przesłała mu niebieski segregator z dokumentacją pacjentek.

– Panie doktorze… – Zaśmiała się Stefania. – Powinien pan odpoczywać, a nie pracować.

I on się roześmiał.

Kiedy dyktował adres, Stefania uśmiechnęła się do słuchawki i powiedziała:

– Mieszkam kilka przecznic dalej.

– Cóż za zbieg okoliczności.

Ona powiedziałaby, że raczej przeznaczenie, ale ugryzła się w język.

– Za godzinę kończę dyżur. Przywiozę panu segregator. Sama zdziwiła się, że to zaproponowała.

Półtorej godziny później Stefania zadzwoniła do drzwi doktora Wojdara.

– To co? Kawa? – zaproponował doktor.

– Nie chcę przeszkadzać.

– Wypiję z panią moje ziółka. Proszę wejść. Ciężka noc?

– Masakra.

Uśmiechnął się do niej promiennie.

– W takim razie kawa wskazana.

Stefania weszła do salonu. Przycupnęła nieśmiało na brązowym fotelu. Wojdar zniknął w kuchni, a ona rozejrzała się dookoła. Salon urządzony był tak, jak sobie wyobrażała. Kanapa skórzana, okryta włochatą popielatą narzutą. Poduszki ułożone równiutko, po kilka z każdej strony. Na ścianach zdjęcia i obrazy. Po prawej stronie wielki regał z książkami, głównie o tematyce medycznej. Na środku salonu drewniany, mahoniowy stolik, a na blacie wazon z kwiatami.

Po kilku chwilach doktor wszedł do pokoju. Na stoliku postawił tacę, na której stały dwie filiżanki i talerzyk z ciastkami.

– Jak się pan czuje?

– Zdecydowanie lepiej, ale jeszcze kilka dni temu nie mogłem wydobyć z siebie głosu. – Mleko i dwie łyżeczki cukru? – zapytał.

– Skąd pan wie?

– Widziałem, jaką robi sobie pani kawę, kiedy ma pani dyżur.

– Jest pan dobrym obserwatorem.

– A wie pani, że nie. Szczegóły ulatują mi z pamięci. Tylko niektóre rzeczy są tam… – Dotknął swojej głowy. – Te ważniejsze.

Nalał do kawy mleka i nasypał cukru. Stefania ujęła w dłonie filiżankę. Nie bardzo wiedziała, co miałaby mu odpowiedzieć.

Ich spojrzenia się spotkały i Stefania niemal była pewna, że serce Krzysztofa też zabiło dużo szybciej, podobnie jak jej.

Rozmawiali ponad godzinę na błahe tematy, Stefania wypiła dwie filiżanki kawy. Dopiero gdy po dłuższym czasie wstała z fotela, poczuła, że przez cały ten czas jej ciało było spięte.

– Panie doktorze, niech szybko wraca pan do zdrowia. – Podała mu rękę na pożegnanie.

– Dziękuję.

Wyszła. Była tak roztrzęsiona, jakby przed chwilą zdawała najtrudniejszy egzamin. Co się z nią działo?

Trzy miesiące później Stefania i doktor Wojdar zostali zaproszeni do Sopotu na konferencję szkoleniową, której tematem przewodnim była ginekologia i położnictwo.

– Tegoroczna konferencja jest już trzynastą. Porozmawiamy o najczęstszych problemach, na które możemy trafić podczas procesu diagnostycznego i leczenia naszych pacjentek – rozpoczął przemowę starszy, siwy profesor. – Wykładowcy w swoich prezentacjach na podstawie danych naukowych, ale i własnego bogatego doświadczenia udzielą cennych wskazówek, jak rozwiązywać dylematy kliniczne i unikać niepotrzebnych błędów.

Stefania kątem oka spojrzała na Wojdara, on w tym czasie też na nią zerknął i uśmiechnął się do niej. Był przystojny. Pomimo tego, że nie miał już dwudziestu lat, w jego ruchach, spojrzeniu gromadziły się jeszcze całe pokłady młodości, energii i wigoru. Prawdą było, że dojrzali faceci zyskują na atrakcyjności. Podczas dyżurów zawsze był opanowany i spokojny. To ten spokój, we wszystkim co robił, fascynował ją. Kiedy notował w zeszycie, marszczył lekko brwi. Jego zaabsorbowanie sprawiło, że wydał jej się czarujący. Zerknęła na notatki, ale pisał jak kura pazurem i nie mogła rozszyfrować liter. Typowy lekarz… – Uśmiechnęła się pod nosem. Jego dłonie o długich palcach ściskały pióro. Podobało jej się również to, że pisał piórem, a nie długopisem.

Wykład był naprawdę ciekawy, ale kobieta nie mogła się na nim skupić, tym bardziej że obok niej siedział Krzysztof. W myślach przeszli już ze sobą na „ty”. Spojrzała w okno, niebo było zachmurzone.

– Przepraszam panią. – Doktor Wojdar nachylił się do niej i szepnął. – Nie miałaby pani ochoty się stąd urwać?

Uniosła do góry brwi.

– Źle spałem, potrzebuję dawki kofeiny, bo inaczej tutaj zasnę – kontynuował.

Stefania uśmiechnęła się do niego i szepnęła:

– Kawa zawsze i o każdej porze.

Skierowali się po cichu w stronę wyjścia. Znaleźli niewielką kawiarenkę nad samym morzem, weszli do środka. Knajpka była przytulna, wypełniona zapachem kawy i chilloutowymi dźwiękami. Na stolikach paliły się lampiony, a na ścianach wisiały reprodukcje obrazów.

Wojdar podszedł do baru, a Stefania wpatrywała się w jedno z dzieł malarskich. Według niej było dziwne, przedstawiało kobietę wyglądającą przez okno.

– Podoba się pani? – Za plecami usłyszała głos doktora. Wojdar stał za nią. W rękach trzymał tacę.

– Niespecjalnie.

– To Picasso. To znaczy kopia, nie oryginał.

– Domyśliłam się. – Pokiwała głową.

– Oryginały sprzedają za kilkadziesiąt milionów funtów.

– Nie znam się na sztuce, ale jakoś jego obrazy mnie nie przekonują.

– Mnie też nie.

Uśmiechnęli się do siebie.

– Gdzie siadamy?

– Może na zewnątrz? Powdychamy trochę jodu.

Skinął głową i przepuścił ją przodem. Usiedli przy stoliku zwróconym w stronę morza. Wiatr wiał, podnosząc tumany piasku. Wysoko na niebie przez chmury przebijało się słońce. Mewy skrzeczały. Było wprawdzie wietrznie, ale dość ciepło. Stefania i Krzysztof siedzieli naprzeciwko siebie i popijali mocną kawę.

– Czyli zna się pan na sztuce? – zwróciła się do Wojdara Stefania.

– Niespecjalnie. Czytałem jednak coś nie coś o Picassie. Tylko że bardziej od obrazów interesuje mnie jego życie prywatne, a konkretnie muzy. Najlepsze ceny osiągają obrazy, które przedstawiają jego młodziutką kochankę. On był grubo po czterdziestce, a ona miała zaledwie siedemnaście lat, kiedy się poznali. Picasso zauważył ją pod Galerią Lafayette. Była zima, padał śnieg, dziewczyna stała otulona płaszczem, miała zaróżowione policzki i piękny uśmiech, któremu sam mistrz nie mógł się oprzeć. Pablo ponoć podszedł do niej i powiedział ponoć: „Nazywam się Picasso. Razem dokonamy wielkich rzeczy”.

– I dokonał.

– Miał farta.

– A może talent?

– Polemizowałbym.

Zaczęli się śmiać.

– A ona? Kochanka samego mistrza!

– Chyba nie miała łatwego życia.

– Chyba w ogóle kochanki nie mają łatwego życia.

– Hmm. Chyba tak. Spotykali się w tajemnicy przez wiele lat, trwali w tym romansie. Nieustannie ze sobą zrywali, a po jakimś czasie znowu do siebie wracali. Ponoć nie mogli bez siebie żyć.

– Ze sobą widocznie też nie, skoro tak często się rozchodzili.

– Romanse w ogóle są z natury trudne.

– To po co to wszystko?

Wzruszył ramionami.

– W pożądaniu i namiętności tkwi niewyobrażalna siła. Maria-Thérèse zamieszkała nawet w domu naprzeciw kamienicy swojego kochanka. Urodziła mu córkę, Mayę. Rok później Marie-Thérèse – ta, która była przyczyną zdrady – także została zdradzona. Picasso poznał Dorę Maar i oczywiście zakochał się w niej do szaleństwa. Ani żonom, ani kochankom nie dawał jednego: wiernej miłości.

– Wierna miłość, a naprzeciw pożądanie i chwile szaleństwa. – Stefania uśmiechnęła się do Wojdara. – I one, muzy, na jego obrazach. Przez chwilę były z nim. I zapewne przeżyły bardzo intensywnie ten czas.

– Uważa pani, że lepiej kochać krótko, ale burzliwie?

– Nie wiem. Czasami mi się wydaje, że tak, innym razem, iż ważniejszy jest spokój i harmonia.

Między nimi zapadła cisza. Pili kawę, patrzyli na sinoniebieskie morze.


– Cieszę się, że się urwaliśmy – odezwał się doktor Wojdar.

– Też się cieszę. Nie żeby wykład był nudny…

– Nie, skądże znowu.

Oboje się roześmieli.

– Może przejdziemy na „ty”? – zaproponował.

– Będzie mi bardzo miło. Stefania. – Kobieta uniosła do góry filiżankę.

– Krzysztof.

Znów zapadło milczenie.

– Masz dzieci? – zapytał po chwili Krzysztof.

– Tak, córkę. Ma dziewięć lat. A ty?

– Dwóch synów. Jeden dwadzieścia dwa lata, drugi dziewiętnaście.

– To ile ty masz lat? – Stefania zmrużyła oczy.

– Nie jestem taki stary, po prostu wcześnie zacząłem.

– A ja późno. Urodziłam Liwię, kiedy miałam trzydzieści dwa lata.

– Wojtek pojawił się, gdy ja byłem na pierwszym roku studiów.

– I daliście radę?

– Chyba nie mieliśmy wyjścia. Teraz za to mam spokój…

– Druga młodość.

– Tak jakby. Chociaż tu już mnie coś pobolewa i tam… – Złapał się pod bok.

– O, ciekawe, ja też tak mam.

Oboje się śmiali. Rozmawiali jeszcze chwilę o dzieciach, pogodzie, wakacjach z rodziną. Wojdar opowiadał o swoim dzieciństwie, o tym, jak z trzema braćmi nieźle psocili, a mama musiała się za nich wstydzić, o ciężkiej próbie, jaką były dla niego studia medyczne, o wczesnym rodzicielstwie.

Krzysztof mówił i uważnie przyglądał się Stefanii. Była już dojrzałą kobietą, a mimo to w jej ruchach, sposobie bycia, szerokim uśmiechu wciąż tkwiła energia i witalność charakterystyczna dla młodych dziewczyn. Jej ciemne blond włosy sięgały łopatek. Oczy miały ładny kolor, niebiesko-zielony. Wokół oczu zbierały się już kurze łapki, a mimo to do twarzy jej było z tymi pierwszymi zmarszczkami.

Wypili kawę.

– Masz ochotę na kolejną? – zapytał Wojdar.

– A może przeszlibyśmy się brzegiem morza? – zaproponowała nieśmiało Stefania.

– Z przyjemnością.

Wojdar zapłacił rachunek, po czym ramię w ramię ruszyli przez wydmę w stronę ubitego piasku.

– Dziwnie wyglądamy.

– Ty w garniturze, ja w garsonce.

– Dobrze, że nie włożyłaś szpilek.

– Wolę baleriny od szpilek – powiedziała z uśmiechem.

– Czyli mówisz, że jesteś praktyczna?

– Chyba tak.

– Zawsze tak było?

Skinęła głową.

– Nie powiesz mi, że nie masz ani jednej pary szpilek.

– Mam całe dwie pary. Jedną nawet wzięłam za sobą.

– Czyli musimy wybrać się na kolację.

– Na kolację? – Stefania poczuła, że ogarnia ją lekka panika.

– Żebyś miała gdzie założyć te szpilki.

Zaczęli się śmiać. Powietrze było rześkie i świeże, na niebie kłębiło się coraz więcej chmur.

– Kiedy miałem osiemnaście lat, przyjechałem z moją ówczesną dziewczyną nad morze.

– Z twoją obecną żoną?

– Nie… Z inną.

– Założę się, że nie pamiętasz nawet jej imienia.

– Jakoś nie. – Uśmiechnął się lekko.

Spojrzał na nią, a Stefania poczuła się tak, jakby Wojdar zajrzał do jej wnętrza. Patrzyli na nią różni mężczyźni, nawet jej mąż przecież na nią spoglądał. Ale nie z taką natarczywością, z takim błyskiem w oczach, tak jakby chciał ją prześwietlić. Pod wpływem tego spojrzenia delikatnie poprawiła włosy.

– I co z nią?

– Uciekła ode mnie.

– Dlaczego?

– Właściwie to sam nie wiem, albo jestem taki straszny, albo z nią było coś nie tak. Obraziła się, kiedy uszczypnąłem ją w bok i powiedziałem, że kochanego ciałka nigdy nie za wiele.

– Nie wiesz, że takich rzeczy nie mówi się kobiecie?

– Teraz już wiem. Ale nie sądziłem, że spakuje plecak i wróci pierwszym pociągiem do domu. Zbierałem na ten wyjazd kilka miesięcy, a ona mnie wystawiła.

– W sumie to też bym focha strzeliła. – Stefania uśmiechnęła się do Wojdara.

– Nie, ty taka nie jesteś.

– Nie znasz mnie.

– Zawsze możemy się lepiej poznać.

Stefania odwróciła głowę w stronę coraz bardziej wzburzonego morza.

– Przepraszam, nie miałem złych intencji.

– Nie przepraszaj. Wiem, że nie.

– Zatrzymajmy się na chwilę – zaproponował Krzysztof.

Kilka metrów dalej stała ławka, na której przysiedli. Stefania odchyliła głowę do tyłu i zmrużyła powieki.

– Wiesz, dlaczego ludzie przyjeżdżają nad morze? – zagadnął Krzysztof.

– Żeby powdychać jodu, przejść się po plaży?

– Niektórzy pewnie tak. Inni po to, by na chwilę zapomnieć o otaczającym ich życiu…

Stefania otworzyła oczy i dotknęła obrączki.

– Może masz rację.

– Tak jest.

Przez chwilę obserwowali fale rozbijające się o falochron.

– Jestem głodny jak wilk – stwierdził Krzysztof.

– Ja też.

– Na co masz ochotę?

– Na zapiekankę.

– A wiesz, że pomyślałem o tym samym. O zapiekance i frytkach.

– Koniecznie z takiej przydrożnej budy.

Znaleźli bar z zapiekankami, za rogiem. Wojdar zamówił zapiekanki z podwójną ilością sera i pieczarek, posypane karmelizowaną cebulką. Stefania wzięła kilka serwetek. Usiedli na trawie w pobliskim parku i jedli z apetytem.

– Mhmm.

– Mhmm.

– To jest to.

– Tylko to.

Wybuchnęli śmiechem.

Skończyli niemal w tym samym momencie.

Stefania zauważyła, że Wojdar ma ketchup w kąciku ust. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń i wytarła tę kroplę.

– Dziękuję. – Spojrzał jej w oczy.

Stefania poczuła, jak się rumieni. Odwróciła głowę. Nie wiedzieć czemu pomyślała o mężu. Dwaj mężczyźni, tak różni od siebie. Paweł, oaza spokoju, i Krzysztof, przy którym odczuwała tak wielką beztroskę. Z nim i przy nim miała ochotę nieustannie się śmiać.

Zachmurzyło się jeszcze bardziej.

– Chyba będzie padać.

– Tak, chyba tak.

Szybkim krokiem ruszyli w stronę hotelu. Kilka metrów dzieliło ich od niego, kiedy lunęło jak z cebra. Dotarli do swoich pokojów przemoczeni i zziębnięci.

Stefania powiesiła mokre ubranie na poręczy łóżka i weszła do łazienki. Odkręciła kran z gorącą wodą i szybko stanęła pod prysznicem. Minęło dobrych kilka minut, zanim jej ciało zaczęło się rozgrzewać. Kiedy wyszła z łazienki, od razu wsunęła się pod kołdrę. Była zmęczona, ale nie mogła zasnąć. Nie potrafiła przestać myśleć o Wojdarze, wspólnej kawie i spacerze. Bez końca odtwarzała ich rozmowę. Wspominała spojrzenia, którymi ją obdarzał. Podobał jej się, to było pewne. Szczupły, dość wysoki, o piwnych oczach. Skronie przyprószone siwizną, ale to dodawało mu tylko męskości.

Na śniadanie zeszła o siódmej trzydzieści. Krzysztof siedział przy stoliku i czytał gazetę.

– Mogę? – zapytała, wskazując krzesło obok niego.

– To miejsce było właśnie zarezerwowane dla ciebie.

Stefania uśmiechnęła się do mężczyzny, lekko speszona. On natomiast wstał i odsunął dla niej krzesło.

– Dzisiaj serwują jajecznicę, twarożek z rzodkiewką albo zupę mleczną.

– Skuszę się na twarożek, a ty?

– Nie jadam śniadań.

– Naprawdę?

– Rano zwykle nie jestem głodny.

– Aż trudno uwierzyć, ja gotowa jestem zjeść konia z kopytami.

Stefania nałożyła na talerz twarożek i kilka plasterków wędliny.

– Ja zadowalam się kawą.

– Niezdrowo.

– Bardzo.

Znów się do siebie uśmiechnęli.

Stefania jadła, a Krzysztof ją obserwował. Nie należała do szczupłych kobiet, ale też nie była tęga. Miała ładne, kobiece kształty, duże piersi, które falowały pod jej bluzką, kiedy wzdychała i… najpiękniejszy uśmiech, którym go często obdarzała.

– Nałożę sobie jeszcze. – Stefania była naprawdę głodna, a twarożek kusił smakiem.

– Jedz, nie żałuj sobie.

– Jestem w takim wieku, że nie mam sobie czego żałować.

– Już nie przesadzaj z tym wiekiem.

– Czterdziestka na karku.

– Wtedy dopiero zaczyna się życie.

– Sam wspominałeś, że w kościach cię niekiedy łamie.

– Tylko że ja mam czterdzieści cztery lata. A w tym wieku, jak sama wiesz, każdy rok robi dużą różnicę.

Roześmiali się.

– Jesteś niesamowita.

– Ja? – Stefania dawno nie słyszała z ust mężczyzny takiego komplementu.

– Tak, ty. Co cię tak dziwi?

– Ja matka, żona…

– Kobieta.

– Kobieta… – powtórzyła za nim.

Stefania uświadomiła sobie, że od dwóch dni nie jest sobą. Więcej się śmiała, była bardziej odprężona. Żyła jakby we śnie.

– O której zaczynają się wykłady? – zapytała.

– Za godzinę. Więc może spacer brzegiem morza?

Skinęła głową.

Spacerowali, rozmawiali, śmiali się. I spóźnili na wykład pół godziny.

– Jak tak dalej pójdzie, to nas stąd wyrzucą – szepnęła do Wojdara, kiedy siedzieli już w auli.

Stefania starała się skupić na słowach wykładowcy, jednak czuła na sobie wzrok Krzysztofa. Odwróciła się w jego stronę. Uśmiechnął się do niej. A ona się speszyła. Przyglądał jej się z intensywnością, która wprawia człowieka w zakłopotanie.

Tego wieczoru umówili się na kolację w restauracji hotelowej. Padał deszcz, więc postanowili, że zostaną w hotelu. Dwie godziny przed spotkaniem Stefania nalała do wanny wody i leżała kilka minut w ciepłej kąpieli bez ruchu. Kiedy zniknęły ostatnie bąbelki piany, namydliła się, po czym wypłukała i wyszła z wanny. Wytarła ciało puchatym ręcznikiem. Stanęła przed lustrem i spojrzała na siebie krytycznym wzrokiem. Piersi straciły swoją jędrność, na brzuchu miała kilka rozstępów. Ale nogi wciąż miała niezłe. Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze, a następnie wtarła w ciało balsam. Owinięta szlafrokiem wyszła z łazienki. Otworzyła walizkę. Nie przywiozła ze sobą zbyt wielu rzeczy, ale przezornie zapakowała błękitną sukienkę, która nadawała się na wieczorne wyjście. Najpierw włożyła bieliznę, potem halkę wyszczuplającą i sukienkę. Przyszła kolej na makijaż. Rzadko się malowała, ale dzisiaj chciała pięknie wyglądać i uchodzić w oczach Krzysztofa za atrakcyjną kobietę. Nałożyła podkład. Perłowy cień na powieki. Rzęsy pociągnęła maskarą. Usta pomalowała szminką w kolorze burgundu. Gdy już była gotowa, przeczesała włosy, a na szyję założyła srebrny wisiorek w kształcie czterolistnej koniczynki. Wyszła z pokoju zadowolona z końcowego efektu.

Wojdar czekał na nią przy windzie.

– Wyglądasz pięknie – skomplementował ją.

– Dziękuję. – Stefania poczuła, jak się czerwieni.

Przypatrywali się sobie. Krzysztof również wyglądał przystojnie w stalowej koszuli i spranych dżinsach.

– To co, idziemy? – wskazał ręką w kierunku sali.

– Jasne.

On wybrał stek z warzywami, ona zapiekankę z kurczakiem i sałatką.

– Wino oczywiście też zamawiamy? – zapytał.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się do niego z kokieterią.

Po kilku chwilach stanęła przed nimi butelka chardonnay. Stefania upiła łyk trunku, zadowolona z jego aromatu i smaku trunku. Migotliwy odblask płomieni świec sprawił, że cienie tańczyły wokół nich. Oboje byli lekko speszeni.

– Córka już za mną tęskni – odezwała się Stefania. – Dzwoniła do mnie.

– Też chciałbym, żeby moi synowie za mną tęsknili. Są w takim wieku, że jestem dla nich stetryczałym piernikiem.

– Nie jesteś.

– Brakowałoby mi tego, żebyś jeszcze ty tak sądziła.

Wymienili spojrzenia.

– Na pewno cieszysz się, że pojutrze wyjeżdżamy?

– Tak i nie.

– Tak i nie? – Uniósł do góry jedną brew. – Tak, bo zobaczysz się z córką i mężem, a nie, bo…?

– Bo będziemy musieli się rozstać. – Jej słowa zabrzmiały jakoś rozpaczliwie.

– Dalej będziemy ze sobą pracować.

– Tak, ale… Nie, zresztą już nic. – Machnęła ręką i sięgnęła po kieliszek.

– Ja też nie chciałbym, by to, co tutaj jest między nami… – Zamilkł, bo pojawił się kelner z półmiskami.

– Oboje mamy rodziny – skwitowała Stefania i sięgnęła po widelec.

Jedli w milczeniu.

– Po powrocie spotkamy się na kawie – stwierdził z nadzieją w głosie.

Stefania poczuła, jak krew gwałtowanie napływa jej do twarzy.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł.

– Co jest złego w tym, że dwoje ludzi spotyka się na kawie?

Parsknęła nerwowym śmiechem.

– Jeśli atmosfera wokół tych dwojga jest tak ciężka, że można by ją nożem ciąć, to myślę, że nie jest to najlepszy pomysł.

– Może i masz rację. Dobry ten stek. A jak twoja zapiekanka?

Stefania spojrzała na swoje danie rozgrzebane widelcem. Zmusiła się, aby wziąć kawałek zapiekanki do buzi.

– Mhm – mruknęła.

Unikała wzroku Krzysztofa. Wpatrzona w swój talerz nadziewała na widelec kolejne kawałki zapiekanki.

Mężczyzna widział, że jest zakłopotana. Nim też targały emocje. W pewnej chwili nie mógł już dłużej się powstrzymać, położył dłoń na jej dłoni.

– Przepraszam, jeśli wprawiłem cię w zakłopotanie. Wiesz, ja dawno się tak nie czułem… Jestem człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, a czuję się, jakbym szybował w obłokach.

Ciepło płynące z jego dłoni sprawiło, że Stefania poczuła przeszywające ciarki, które przebiegły po całym jej ciele.

– Ja też dawno się tak nie czułam. Jak na haju. Te dni są takie odrealnione. I najgorsze jest to, że wcale nie chcę powrotu do rzeczywistości.

– Czy czujesz to…

– Krzysztof… Ja…

– Nic nie mów. Lepiej nic nie mów.

– Ale ja chcę powiedzieć.

Zdjął rękę z jej dłoni i potarł skroń.

– Jesteś wspaniałym mężczyzną. Dowcipnym, zabawnym. I myślę, że mogłoby nam się udać, gdybyśmy byli wolni.

– Ja nie proszę cię o to, byś porzucała rodzinę. Sam też mam rodzinę.

– Więc czego ode mnie oczekujesz?

– Nie wiem…

– Takie spotkania na kawę nie wchodzą w rachubę, bo w końcu się w sobie zakochamy.

– Tak, masz rację. Tylko że ludzie czasami się rozstają, by związać się z kimś innym.

– Krzysztof…

– Tak, przepraszam – zreflektował się. – Ta rozmowa jest niepotrzebna.

Wojdar wpatrywał się w Stefanię wzrokiem pełnym pożądania. A nic nie jest tak zgubne, jak pożądanie.

Przez długą chwilę żadne z nich nie wiedziało, jak się zachować, co zrobić. Potem to ona położyła dłoń na jego dłoni i palcem zaczęła wodzić po jego ręce. Krzysztof zamknął oczy. Sprawiło mu to ogromną przyjemność. Kiedy podniósł powieki, zobaczył wpatrzone w niego oczy Stefanii. W jej twarzy wyczytał te wszystkie emocje, które sam odczuwał: nadzieję, obawę, zakochanie, zaprzeczenie, tęsknotę, dystans.

Zamówili kolejną butelkę wina. Stefania wiedziała, że kiedy świat traci kontury, nie powinna więcej pić, a jednak nie chciała przestać. Chciała, by jej świat wirował, tracił ostrość. Chciała czuć się tak, jak właśnie w tym momencie.

Była kobietą na tyle dojrzałą, że wiedziała, co może z tego wyniknąć, a jednak nie miała ochoty tego wieczoru wyznaczać sobie granic.

Nie rozumiała ludzi, którzy chodzili ze sobą do łóżka, wcale się nie znając. Których nic nie łączyło. Jej jedynym i pierwszym mężczyzną był Paweł, jej mąż. Oczywiście wiele razy zastanawiała się, jakby to było z innym, ale to były tylko krótkie przebłyski, za które sama się karciła.

Z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki piosenki. To była Edyta Bartosiewicz ze swoim Ostatnim:

Zatańcz ze mną jeszcze raz

Otul twarzą moją twarz

Co z nami będzie? – Za oknem świt

Tak nam dobrze mogło być.

Gdy ciebie zabraknie i ziemia rozstąpi się

W nicości trwam

Gdy kiedyś odejdziesz

Nas już nie będzie i siebie nie znajdziesz też[1].

Krzysztof wyciągnął dłoń w kierunku Stefanii. Kobieta wstała. Otworzył ramiona, a ona wtuliła się w niego. Kołysali się w takt muzyki. Ciało przy ciele. Oddech przy oddechu. I to jego spojrzenie… Jej serce zaczęło gwałtownie bić.

Cholera! – zaklęła w duchu. Że też nie może się opanować.

Należał do mężczyzn, którzy rozpalają kobietę jednym spojrzeniem. Zrobiło jej się gorąco od tego przeciągłego wejrzenia. Ona też mu się podoba, wiedziała o tym, choć trudno jej było w to uwierzyć.

– Co z nami będzie? – szepnął Krzysztof do jej ucha.

– Nic nie mów, tylko ze mną tańcz… Zatańcz ze mną… Trzymaj w ramionach.

– Trzymam. – Jego oczy spoglądały na nią z czułością.

– „Czy słyszysz, jak tam daleko muzyka gra? Zatańcz ze mną, jeszcze raz”.

Ani na chwilę się od siebie nie odsunęli. Krzysztof przesuwał dłonią po plecach Stefanii, a ona topniała pod wpływem tego dotyku. I nagle jego usta znalazły się na wprost jej ust. Stefania delikatnie rozchyliła wargi. On się nachylił, a ona poczuła smak jego języka. A potem… Potem całowali się jak wariaci, tak jakby ta chwila była ich ostatnią, jakby miała zaraz się skończyć. Byli tylko oni, a świat wokół gdzieś zniknął, rozmazał się we mgle. I wtedy zdarzenia potoczyły się w błyskawicznym tempie. Złapali się za ręce i po schodach pobiegli na górę. Już na korytarzu zaczęli się rozbierać. On nie mógł znaleźć klucza, a suwak od jej sukienki był już rozsunięty do połowy pleców. W końcu udało im się wejść do pokoju. On zdjął z niej sukienkę, a ona się śmiała. Poczuła przeszywające dreszcze, kiedy jego dłoń gładziła jej nagie ciało. Była gotowa już tam, na dole, kiedy tańczyli ciasno objęci. A teraz chciała tylko spełnienia…

Krzysztof obudził się tuż po siódmej. Stefanii już nie było w jego łóżku. Poczuł zawód. Wydawało mu się, że kobieta w nocy płakała. A może to tylko mu się śniło? Wczorajszy wieczór i noc były takie odrealnione, że już sam nie wiedział, co mu się wydawało, a co było prawdą.

Wstał, wypił duszkiem pół butelki wody, po czym wziął prysznic. Ogolił się, ubrał i zszedł na śniadanie. Nie zastał jej w restauracji. Poczuł dziwne ukłucie w sercu. Pospiesznie wypił kawę i udał się na wykład. Tam też jej nie było. Pomyślał, że jest na plaży. Wyszedł z auli i szybkim krokiem poszedł w tym kierunku. Zobaczył Stefanię po kilkunastu minutach marszu. Siedziała na piasku, zapatrzona w bezmiar wód.

– Cześć – odezwał się.

Kobieta otuliła się ciaśniej swetrem.

– Cześć. – Stefania nawet na niego nie spojrzała.

– Wyszłaś z mojego pokoju tak szybko.

– Nie chciałam stawiać cię w niezręcznej sytuacji.

Krzysztof pokręcił gwałtownie głową.

– To nie byłaby niezręczna sytuacja.

Usłyszał urywany oddech kobiety i jak głośno przełyka ślinę. Wiedział, że próbuje się nie rozpłakać.

– Ej. Co się stało?

– Jak to co? – Spojrzała na niego zamglonymi oczami. – To wszystko… – Zatoczyła koło ręką. – Ja i ty… Wylądowaliśmy w łóżku!

– Żałujesz?

– Nie. I właśnie to jest najgorsze, że ja wcale a wcale niczego nie żałuję.

– Ja też nie.

– Ale oboje mamy rodziny.

– Wiem… Smutne to.

– Nie możemy tego ciągnąć.

Krzysztof poczuł się tak, jakby ktoś wbił mu nóż w serce. Zabolało.

– Skoro nie chcesz, nie będziemy…

Kobieta się nie odzywała. Wzięła w dłoń garść piasku i zaczęła ją przesypywać z ręki do ręki.

– Nie chcę, byś była smutna.

– A ja nie chcę, by nasz czas tutaj dobiegł końca.

Wzruszył ramionami. Oboje wiedzieli, że wcześniej czy później każde z nich będzie musiało wrócić do swojego życia.

Krzysztof przytulił Stefanię. A jej było dobrze w jego silnych ramionach. Poczuła mocny zapach wody kolońskiej.

– Może…

– Nie, nic nie mów… – Przytknęła palec do jego ust. Oboje wiedzieli, że słowa są niepotrzebne.

W pociągu milczeli. Kobieta zamknęła oczy i oparła głowę o szybę. Wojdar próbował czytać gazetę, ale nie mógł się skoncentrować.

Wszystko to zostanie w nich na zawsze. Przeżycia, zapachy, czułość wciąż były na dłoniach, ustach Stefanii. Jego myśli też się nią wypełniły. A jednak w ich domach czekał na nich ktoś inny. Ktoś, kto im kiedyś zaufał, komu oni złożyli przysięgę.

[1] Fragment piosenki Edyty Bartosiewicz pt. Ostatni.