Zanim umarłam - S.K. Tremayne - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Przeżyła wypadek, ale prawdziwy koszmar miał się dopiero zacząć… Kath nie może się nadziwić swojemu szczęściu – z wypadku, którego nie powinna przeżyć, wyszła lekko poobijana i z tymczasową utratą pamięci. Rodzina nie podziela jej entuzjazmu. Mąż jest oziębły, a córka zachowuje się dziwnie. Kath wciąż zadaje sobie jedno pytanie: o czym jej nie mówią?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 416

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Od Autora

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy towarzyszyli mi w moich poszukiwaniach w Parku Narodowym Dartmoor, a szczególnie Timowi Cummingowi – za inspiracje, i Loicowi Richowi – za towarzystwo. Jestem również niezmiernie wdzięczny personelowi hoteli Two Bridges, White Hart i Gidleigh Park, producentom Plymouth Gin oraz właścicielom browaru Dartmoor Jail; a także moim redaktorom i redaktorkom z „The Times” i „The Sunday Times Travel Magazine” – Jane Knight, Edowi Grenby’emu i Nickowi Redmanowi.

Jak zawsze odczuwam potrzebę podziękowania Jane Johnson, Eugenie Furniss i Sarah Hodgson za ich mądrość, rady i profesjonalizm.

W niniejszej książce Czytelnicy znajdą wiele odniesień do różnych miejsc na terenie Parku Narodowego Dartmoor oraz nazw geograficznych. Niektóre spośród nich zostały przeze mnie zmienione albo wymyślone, chociaż mam nadzieję, że udało mi się wiernie opisać niezwykłe piękno krajobrazów Dartmoor. Biorę całkowitą odpowiedzialność za niezamierzone nieścisłości.

Chciałbym podziękować również Sethowi Lakemanowi za zgodę na cytowanie fragmentów tekstów jego piosenek.

Gwieździe nad Kes Tor

Biedna Kitty Jay,

taka piękność porzucona na odludziu,

cicha modlitwa miała przynieść jej ukojenie w grobie,

jednak coś zakłóciło ten sen.

Seth Lakeman, Kitty Jay

Huckerby Farm

Sobota rano

Martwe ptaki leżą starannie ułożone w rządku. Nie mam pojęcia, dlaczego są martwe. Może wymordował je jakiś kot – w ten okrutny, nieokiełznany koci sposób. Zabijanie dla zabawy. Jednak nie znam nikogo, kto ma kota, przynajmniej w najbliższej okolicy. My na pewno nie mamy kota. Adam woli psy – zwierzęta, które pracują, polują i aportują. Lojalne zwierzęta.

Bardziej prawdopodobne jest to, że te małe ptaszki wyzionęły ducha z powodu mrozu i głodu – długa zima w Dartmoor w tym roku jest ciężka. W ciągu ostatnich kilku tygodni mróz wgryzł się w kwaśną glebę, zdarł korę z powykręcanych drzew i zagnał ludzi do domów – od niewielkiego Christow aż po Tavy Cleave – a wąskie dróżki pośród wrzosowisk zamienił w ślizgawki.

Drżę na tę wciąż powracającą myśl, zaciskając palce na kubku z gorącą kawą i wyglądając przez kuchenne okno. Drogi, oblodzone od jakiegoś czasu, są niebezpieczne. Tak, powinnam była wtedy bardziej uważać, ale czy to naprawdę moja wina? Na chwilę odwróciłam wzrok, coś rozproszyło moją uwagę. A potem to się stało, na ciemnej drodze, która biegnie obok zalewu Burrator.

Jedynie wąski oblodzony pasek… Wystarczyło. Jechałam do domu w ślimaczym tempie i nagle straciłam panowanie nad kierownicą, wpadłam w poślizg, bezskutecznie wciskałam w podłogę pedał hamulca i w chłodnym grudniowym półmroku ześlizgiwałam się coraz szybciej w kierunku tafli wody. Pamiętam jedynie to wszechogarniające poczucie nieuchronności, przekonanie, że w jakiś sposób było mi to pisane – nagła śmierć w wieku trzydziestu siedmiu lat.

Czarna woda na zawsze miała mnie pochłonąć. Zamknięte drzwi auta na zawsze miały mnie uwięzić. Lodowaty płyn w moich płucach na zawsze miał pozbawić mnie ostatniego tchnienia w ten zimny, losowo wybrany grudniowy wieczór, na skraju wrzosowiska, gdzie kościste pagórki i obnażone wzgórza zaczynają powoli opadać w kierunku Plymouth.

A jednak nie zginęłam.

Walczyłam i płynęłam, zalana strumieniami krwi. I przeżyłam. Jakimś sposobem przeżyłam. Wspomnienia nadal są fragmentaryczne, mgliste, ale powracają, a moje ciało dochodzi do siebie. Siniaki już prawie zeszły z twarzy.

Przeżyłam ciężki wypadek, jakimś tylko cudem nie zginęłam, i teraz postanawiam wyliczyć wszystkie błogosławieństwa, jakie mnie w życiu spotkały, niczym mała dziewczynka rachująca coś na paluszkach.

Pierwsze błogosławieństwo: mam męża, którego kocham. Adama Redwaya. On chyba też mnie kocha, i w wieku trzydziestu ośmiu lat wciąż jest bardzo przystojny – z tymi olśniewającymi niebieskimi oczami i kruczoczarnymi włosami. Wiecznie młody, mógłby uchodzić za mężczyznę o dziesięć lat młodszego nawet pomimo ciężkiej pracy, jaką wykonuje. A może właśnie dzięki niej.

Nie zarabia zbyt wiele jako strażnik parku narodowego, ale kocha te wrzosowiska, gdzie się urodził, i kocha swoją pracę – począwszy od naprawiania płotów, żeby kuce z Dartmoor nie zapędziły się zbyt daleko, po zabieranie na wycieczki zastępów uczniów, by mogli obejrzeć żonkile, stojąc na Steps Bridge, oprowadzanie turystów, dla frajdy, przez cały wąwóz Lydford i straszenie ich opowieściami o banitach, którzy mieszkali w jaskiniach, stali się kanibalami i wymarli z powodu endogamii i szaleństwa.

Adam uwielbia to wszystko – kocha baśniowość i surowość tych wrzosowisk. Lubi ich nieprzystępność i osobliwość. Tutaj wyrósł. A wraz z upływem czasu pozwolił mi stać się częścią swojego świata – tworzymy szczęśliwe małżeństwo, przynajmniej szczęśliwsze niż wiele innych par. Oczywiście wkrada się w nie rutyna, zwyczajność, nawet przewidywalność. Podobnie jest z seksem.

Jestem pewna, że moi znajomi z uniwerku wyśmialiby tę bezpretensjonalność, ale mnie daje to oparcie. Świat się zmienia – cyklicznie i nieuchronnie. Pożądam i jestem pożądana. Nie kochamy się zbyt często od wypadku, ale wiem, że to powróci. Zawsze wraca.

Za cóż jeszcze mogę podziękować? Co jeszcze sprawia, że cieszę się z tego, że żyję? Muszę obudzić w sobie wspomnienia. A te bywają nader bolesne.

Dość często cierpię na nagłe przerażające bóle głowy – tak ostre, że aż wyję. Jakby coś zgrzytało mi w głowie, jakby kości ocierały się o moje nerwy.

Tak jak teraz. Krzywię się. Stawiam duży kubek kawy przy zlewie, przykładam dłoń do czoła, do tego wrażliwego miejsca, którym musiałam uderzyć o kierownicę, roztrzaskując na drobne kawałki kości, mózg i wspomnienia z całego ostatniego tygodnia, a także taflę zimowego lodu na powierzchni sztucznego zbiornika wodnego na wrzosowiskach.

Głębokie oddechy. Głębokie, długie oddechy.

Skup się na pozytywnych aspektach, tak powiedział doktor. Codziennie odczuwaj wdzięczność. Dzięki temu szybciej wrócisz do zdrowia. Szybciej odzyskasz pamięć.

Lubię moją pracę w biurze turystycznym Parku Narodowego Dartmoor. Nie zostałam archeolożką, tak jak planowałam, kończąc studia na Uniwersytecie w Exeter. Nie jest to szczyt moich marzeń. Poza tym niezbyt dobrze zarabiam. Ale piszę teksty ulotek, rozmawiam o historii, zarażam entuzjazmem wycieczkowiczów, a władze parku pozwalają mi brać udział w wykopaliskach w sezonie letnim, wkopywać się w torf i odkrywać kurhany z epoki brązu albo megalityczne groby skrzynkowe pełne czaszek, kości udowych i kręgosłupów z epoki neolitu, szczątków ludzi, którzy zamieszkiwali te tereny, kiedy były cieplejsze i suchsze. Bardziej przyjazne do życia.

Nade wszystko jednak kocham dom z granitu, w którym mieszkamy, osiem kilometrów na południe od Princetown, zagubiony pośród wysoko położonych wrzosowisk, oddalony o półtora kilometra od najbliższego zamieszkanego domostwa, gospodarstwa Spaldingów, i o jakieś trzy od najbliższej wioski, w której znajdują się pub i maleńki sklepik, gdzie można kupić szynkę, brykiet drzewny i niewiele więcej.

Uwielbiam to dzikie odosobnienie, bezmiar gwieździstego nieba i niczym niezmąconą ciszę. Uwielbiam te rozmarzone, artretyczne, obrośnięte mchem jarzębiny, które rosną wzdłuż wąskich dróżek. Podoba mi się, że miejscowi nazywają je „wyszczerzonymi zębami” albo „zębami wiedźmy”. I uwielbiam historię tych terenów – pełną perturbacji, nieustępliwości, nieugiętości. Huckerby było kiedyś dobrze prosperującym gospodarstwem, zresztą nadal pozostały po nim stodoły i budynki gospodarcze, choć teraz, smagane lokalnymi deszczami, po których w środku lata strzelają w górę chabry i firletki, popadają w ruinę. Jedynym budynkiem nienadgryzionym zębem czasu jest właśnie wynajmowany przez nas tradycyjny długi dom, tak charakterystyczny dla okolicy, który liczy jakieś sześćset lat.

Kiedyś pewnie mieszkała tutaj liczna rodzina: po jednej stronie domu ludzie, a po drugiej – zwierzęta. Bydło dawało mieszkańcom ciepło pod tą strzechą w hrabstwie Devon. Teraz dom został przebudowany, dach pokryty łupkiem kamiennym, a wnętrze unowocześnione. Tak, trudno go ogrzać i nadal nasiąka wilgocią, ale ma swój klimat. Mieszkamy w nim razem z Adamem i naszą córką Lylą oraz dwoma psami, Felixem i Randalem.

Nazwałam psy imionami z jednego z wierszy Gerarda Manleya Hopkinsa. Bo poezję też uwielbiam: czasem piszę wiersze, choć nigdy ich nikomu nie pokazuję. Ukrywam je przed światem, równie wstydliwie jak moja córka skrywa własne sekrety. Podobałoby mi się bycie poetką, tak jak bycie archeolożką. Ale jest dobrze tak, jak jest: jestem szczęśliwa, jak sądzę, a na pewno jestem szczęśliwa, że żyję i mieszkam w domu, który kocham, z mężczyzną, którego kocham, i dwoma psami, które kocham, a najbardziej – że mieszkam z córką, którą po prostu ubóstwiam.

Lyla Redway. Dziewczynka, która lubi układać martwe ptaszki w rzędy i okręgi.

Lyla Redway. Dziewięciolatka, która biega gdzieś po gospodarstwie w niebieskiej wełnianej czapeczce i grubym czarnym anoraku, bawi się sama – jak zawsze – albo z Felixem i Randalem, które zapewne woli od towarzystwa ludzi.

Nie mam nic przeciwko temu. Lyla nie jest typową dziewczynką: jest sobą, bezbronną, ekscentryczną, zabawną, życzliwą, rozkoszną sobą. Które dziecko spędziłoby mroźny styczniowy poranek na układaniu martwych ptaszków?

Czasem układa kamyczki albo gałązki, albo jasnoczerwone borówki. Czasem Adam wraca do domu z prezentami, które znajduje na skalistych wzgórzach, przedmiotami, które jego zdaniem spodobają się córce – miniaturowymi różowymi muszelkami ślimaków i delikatnymi kosteczkami ptaszków czy białymi jak płótno czaszkami żmij – a ona później układa te dość makabryczne skarby wrzosowisk w skomplikowane wzory: mandale, sześciokąty i znaki zodiaku, misterne symbole graficzne zrozumiałe jedynie dla niej, które wprowadzają swego rodzaju poetycki porządek do jej samotnego świata na wrzosowiskach; świata, w którym sama niepodzielnie rządzi.

A czasem nie robi nic. Stoi godzinami, słucha niesłyszalnej muzyki, przygląda się temu, czego inni nie dostrzegają, albo wspomina wydarzenia z bardzo wczesnego dzieciństwa. Przeczytałam, że te osobliwe cechy – wyczulony słuch, zadziwiająca pamięć – stanowią część jej choroby, a właściwie potwierdzenie jej choroby. Jednak odmówiliśmy poddania córki diagnostyce czy badaniom lekarskim poza oceną objawów widocznych gołym okiem.

Adam nie chce jej stygmatyzować ani szufladkować, a ja raczej się z nim zgadzam. Nie zamierzamy ograniczać córki, ponieważ mimo swojego odosobnienia, swojej samotności wydaje się szczęśliwa.

A może dzisiaj nie jest jednak taka szczęśliwa?

Lyla spogląda na leżące ptaszki. Ani drgnie. To dla niej typowe – sprawia wrażenie, jakby nie była zdolna wykonać najzwyklejszego ruchu. Stoi nieruchomo niczym słup soli, tak jak teraz, albo znów tańczy i kręci się w kółko, skacze po skalistych wzgórzach wrzosowisk, macha rączkami, kołysze się i kiwa oraz mówi, mówi, mówi, trajkocze niczym rzeczka Dart przepływająca pod mostem Postbridge, paplając sama do siebie potokiem informacji przechowywanych w mózgu, które pochodzą ze wszystkich przeczytanych przez nią książek.

Hiperleksja, tak się to nazywa. Kolejny objaw. Nadmierne czytanie.

Jakim sposobem to może stanowić problem? Nadmierne czytanie? Pozwalam jej czytać, ile chce. Całe książki w ciągu jednego dnia, tysiące słów na godzinę. Karmienie wygłodniałej duszy. Mam nadzieję, że to mój dar dla niej.

Odziedziczyła urodę po ojcu, prawie kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie, ale po mnie ma miłość do słów. Może pewnego dnia zostanie poetką, którą ja nigdy nie byłam. Może zrobi karierę naukową, której pragnęłam dla siebie. Cieszę się, że odziedziczyła wygląd po tacie, a nie po mnie. Zawsze wyglądałam rozczarowująco: brązowe włosy, brązowe oczy, przeciętny wzrost, przeciętna twarz, nie ma na czym oka zawiesić, to tylko ja, Kath, kobieta poślubiona przez Adama Redwaya, matka dziwacznej córki, robi coś tam dla parku narodowego, mieszka gdzieś tam daleko na pustkowiu, w pobliżu Hexworthy.

Fakt, że otarłam się o śmierć w tamtym zbiorniku wodnym, to zapewne jedyna wyjątkowa rzecz, jaka mnie spotkała w życiu, jedyne wydarzenie, które mogło sprawić, że zostałabym zauważona.

Tyle że ja nie chcę zostać zauważona.

Otworzywszy okno kuchenne na chłodne poranne powietrze, wołam:

– Hej, skarbie, wszystko w porządku? Na pewno jest ci ciepło?

Lyla stoi nieruchomo. Nadal spogląda z marsową miną na martwe ptaszki, niektóre spośród nich ułożone niczym rzędy rytualnych głazów z epoki brązu na wrzosowiskach.

– Skarbie – powtarzam bez cienia zniecierpliwienia. Jestem przyzwyczajona do tego, że muszę jej perswadować różne rzeczy, powtarzać dwa albo trzy razy, kiedy wpada w te swoje silniejsze stany. – Lyla, Jagódko, chcę się upewnić, że nie jest ci zimno, bo na zewnątrz jest mróz. Gdzie są pieski?

Nadal bez odpowiedzi. Mogłabym wyjść na dwór, wziąć jej twarzyczkę w dłonie i odwrócić, żeby na mnie spojrzała, uświadomić jej, że właśnie do niej mówię, że wchodzę z nią w kontakt, że ktoś tu potrzebuje uzyskać odpowiedź.

Otwieram drzwi wejściowe i podchodzę do mojej córki, splatam ramiona na piersiach, osłaniając się przed lodowatym wiatrem.

– Ciekawe, że one wszystkie są martwe, prawda, mamusiu?

Spod błękitnej czapeczki spoglądają niebieskie oczy, po ojcu.

– Słucham, skarbie?

– Wszystkie te ptaszki, tak wiele, wszystkie są martwe. Sprawdziłam. Tak dużo, pewnie ze dwadzieścia.

– Pewnie przez tę zimnicę, Lyla. Mamy srogą zimę, cięższą niż zwykle. – Obejmuję jej szczupłe ramionka.

– Hmm. – Wzrusza ramionami z roztargnieniem, wpatruje się w ptaszki.

Wędruję wzrokiem za jej spojrzeniem, przyglądając się uważnie tym żałosnym drobnym ciałkom. Najwyraźniej zamarzły – mają oszronione dzióbki. Nie wiem, jaki to gatunek. Chyba rozpoznaję drozda i rudzika. Lyla na pewno wie: potrafi rozpoznać każdego ptaka i ssaka, a także większość kwiatów na wrzosowiskach.

– Pomyślałam sobie, że to smutne, mamusiu, smutne, że one wszystkie nie żyją, więc ułożyłam je w specjalny kształt, żeby mogły mieć razem pogrzeb i nie czuły się samotne.

Pochyla się i przesuwa dwa spośród nich, delikatnie je układając. Kiedy widzę, jaka jest w tym dokładna, jaka precyzyjna, czuję niepokój. Układa takie śliczne kształty, ale przecież to w końcu martwe ptaki. Skąd ona je wzięła?

– W porządku, już dobrze, już dobrze… Zjesz lunch?

– Zaczekaj, zaczekaj, mamusiu. Już prawie skończyłam.

Ta misterna zabawa mnie przeraża. Martwe ptaki ułożone w kształt, którego nie jestem w stanie do końca pojąć. Lodowate ptasie ślepka, szereg bliźniaczych czarnych guziczków na zamarzniętym błocie.

Lyla przewraca zamarzniętego ptaszka to na jedną, to na drugą stronę.

– Lyla! Proszę, już dosyć.

Prostuje się i posyła mi uśmiech.

– Nie chcesz, żebym spędzała dzień na układaniu martwych ptaszków, tak? Chcesz powiedzieć, że to niewłaściwe zachowanie?

Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć, dopóki nie zdaję sobie sprawy, że moja córka żartuje, że naśmiewa się z moich lęków. Lyla miewa zdumiewające przebłyski dorosłego poczucia humoru, wnikliwego i nieco surrealistycznego, świadczącego o tym, jak bardzo jest świadoma samej siebie. Między innymi dlatego opieramy się diagnozie.

– Nie. Uważam, że doskonale jest układać całe sterty obrzydliwych martwych ptaków w rzędy i okręgi. – Śmieję się i znowu ją przytulam. – A tak w ogóle, co to za ptaki? I jaki wzór z nich układasz, czy to twarz?

Ale ona odwraca głowę i spogląda na drogę prowadzącą do gospodarstwa, poza plantację drzew iglastych, poza las Hobajob, jakby coś słyszała. W oddali. Wiem, że potrafi usłyszeć dźwięk samochodu, na kilka minut nim ten nadjedzie, zanim ktokolwiek go usłyszy.

– Lyla?

Co ona słyszy? Nad naszymi głowami rozlega się krakanie kruka, który zatacza koło po matowoszarym niebie. Jednak Lyla wydaje się skupiać na czymś innym, daleko stąd. Co ona wyczuwa, co zbliża się do nas od strony skalistych wzgórz? Wspomnienia ranią. Czuję kłujący ból głowy.

– Lyla?

Nie odpowiada.

– Lyla, co to jest, co słyszysz?

– Tego człowieka co zwykle, mamusiu, człowieka na wrzosowisku. To wszystko. – Na tym zimnie jej słowa zamieniają się w upiorne opary.

Ma rozpięty anorak i dostrzegam, że pod spód włożyła tylko podkoszulek. Powinna być zmarznięta, a jednak wydaje się, że nigdy nie jest jej zimno: lubi ostre zimy w Dartmoor, podobnie jak jej ojciec. Oboje delektują się zimnem. Śniegiem. Soplami lodu, które zwisają z sypiącej się granitowej ściany.

– Wiesz, mamusiu, że kiedy widzisz mnóstwo kruków, to są gawrony, ale sam gawron należy do krukowatych? Wiedziałaś o tym?

Wyciągam do niej rękę raz jeszcze.

– Lyla.

Wykręca się od mojego dotyku.

– Nie dotykaj mnie, mamusiu. Zostaw mnie.

Warczy. Lyla zachowuje się w taki sposób, kiedy jest zła, przerażona albo nadmiernie podekscytowana. Wtedy warczy, krzywi się i wymachuje rękami. Podobnie robi w szkole: nie może się powstrzymać, choć przez to inne dzieci się z niej naśmiewają albo jej się boją. Ma tak niewielu znajomych… I zapewne żadnego prawdziwego przyjaciela.

– Lyla, przestań.

– Odejdź, wrr…

– Proszę…

– WRRR!

Jestem bezradna. Odsuwam się do tyłu i patrzę, jak moja córka biegnie do ogrodowej furtki, wołając psy: słyszę, jak szczekają, widzę nasze dwa ogromne mieszańce charta z owczarkiem szkockim, które pędzą za nią.

Może jej nie być przez dwie godziny, a nawet przez pół dnia. Będzie biegać po polach, pląsać po lesie Hobajob i szukać tego krzyża saksońskiego wyrzuconego w pokrzywach przez nurt strumienia, z Felixem i Randalem po obu stronach. Adam zapewne kupił te psy dla Lyli, ale kocha je równie mocno jak ona. Polują, jakby były dobrze wyszkolone. Przynoszą martwe króliki ze skręconymi karkami i krwią kapiącą z pyszczków. Adam lubi obdzierać ze skóry gorące, parujące jeszcze zwłoki, i to na oczach Lyli, ucząc ją tradycyjnych, miejscowych zwyczajów i ciskając wygłodniałym psom kawałki surowego mięsa.

– Zjadajcie do końca, zjadajcie wszystko do końca – mawia do nich.

Lyla majaczy mi teraz gdzieś w oddali.

Cóż mogę zrobić?

Pozwolić im się bawić, myślę sobie, puścić ich wolno. Lyla nadal jest przygnębiona moim wypadkiem. Próbowaliśmy z nią o tym rozmawiać, najłagodniej jak się dało. Powiedziałam jej, że samochód wpadł w poślizg na lodzie i wjechałam do głębokiej wody. Oszczędziliśmy jej mnóstwa szczegółów, ale z pewnością usłyszała swoje od dzieciaków w szkole, dowiedziała się z gazet i z internetu. Powiedzieliśmy również Lyli, że na razie mam mgliste wspomnienia, ale że one powrócą. Amnezja wsteczna. Typowa po wypadkach samochodowych, wywołana obijaniem się mózgu wewnątrz czaszki.

Wracam do kuchni, myję w zlewie kubek po kawie i wyglądam przez okno. W oddali słyszę szczekanie, które zbliża się coraz bardziej i jest coraz głośniejsze. Potem wpadają przez drzwi uszczęśliwione, ogromne i warczące. Lyla zatrzymuje się w wejściu, najwyraźniej nieczuła na przenikliwy wiatr, który wieje jej w plecy.

– Tata znowu jest na wrzosowisku.

– Co?

Posyła mi jeden z tych pustych, nieprzeniknionych uśmiechów.

– Znowu tam stoi, jakby nas obserwował, mamusiu. Ale tatuś ma taką pracę, prawda?

– Tak – odpowiadam. – Jest strażnikiem parku narodowego. Musi patrolować całą okolicę i wypatrywać ludzi.

Lyla kiwa głową i wzrusza ramionami, a potem zagania psy do salonu. Odprowadzam ją wzrokiem i zastanawiam się, jakim sposobem widziała ojca. Miał pracować w swoim rewirze, kawał za Postbridge. Co on tutaj robi? Może Lyla po prostu jest zdezorientowana albo przygnębiona. I nie mogę obwiniać jej o tę destabilizację, o ten bezgraniczny zamęt.

W końcu jej matka niemalże zginęła. Mało brakowało, a zostawiłaby ją samą. Na zawsze.

Princetown

Poniedziałek rano

Moja córka milczy, mój mąż też milczy jak grób, ale samochód wydaje z siebie okropny zgrzyt, kiedy Adam zmienia biegi. Nie obchodzi mnie to. Jestem szczęśliwa. Zimowe niebo nad Princetown jest przejrzyste, niczym niezmącone, a ja dzisiaj odzyskuję wolność.

Kupuję samochód, który zastąpi ten wciąż spoczywający na dnie Burratora. Czuję ogromną ulgę. Mieszkanie w Dartmoor – szczególnie w tak odległym miejscu jak farma Huckerby – bez własnego środka transportu jest prawie niemożliwe. Kursuje tu niewiele autobusów. Tory kolejowe zlikwidowano w latach sześćdziesiątych poprzedniego wieku, a bywa, że zimą na mniej uczęszczanych drogach od jednego mroźnego poranka do następnego nie pojawia się żadne auto, więc nawet nie ma co liczyć na podwózkę.

W trakcie mojej rekonwalescencji po wypadku Adam woził mnie swoim starym, zdezelowanym firmowym land roverem, podrzucał do pracy, pomagał w robieniu zakupów, i nieraz stało się to przyczyną nieporozumień między nami. Mówiąc oględnie, Adam bywa małomówny, ale kiedy musiał wieźć mnie kawał drogi do supermarketu Aldi w Tavistock, wyczuwałam w nim tłumioną złość.

Jednak dzisiaj kupuję sobie używanego forda od kuzyna Adama. Wysupłaliśmy trochę gotówki, Bóg wie skąd, jak powiedział Adam w rozmowie z agentami ubezpieczeniowymi. Mój mąż potrafi robić wszystko przy samochodach, silnikach, hydraulice i piecach, a mnie podoba się ten męski sposób, w jaki sobie z tym wszystkim radzi.

Odwracam się na siedzeniu pasażera i spoglądam na Lylę w szaro-białym szkolnym mundurku. Wpatruje się przez okno w monotonną zabudowę przedmieść Princetown.

– Hej, kotku. Znowu będę mogła zawozić cię do szkoły, fajnie, prawda?

Ale ona się nie odzywa. Odwróciła twarz. Lekko bębni paluszkami po szybie. Nie wiem, dlaczego to robi. Może to jeden z tych dźwięków, które lubi. Nazywa je dźwiękami dzyń, dzyń. Grzechot, szczęk, ciche metaliczne brzmienia przypominające brzęk monet albo kluczy.

Kiedyś, gdy stałyśmy na letniej łące nad Buckfast, córka powiedziała mi, że uwielbia odgłos skrzydeł motyli.

Istnieją również takie dźwięki, których nienawidzi. Odgłosy miasta. Ruchu ulicznego. Wycie syren. Rozpychania się ludzi w tłumie. Dlatego między innymi przeprowadziliśmy się do Huckerby, na to pustkowie.

– Lyla?

Odwraca się, ma niebieskie, szeroko otwarte oczy. Nieobecne.

– Mhm?

– Słyszałaś, co powiedziałam?

Potrząsa głową. Częstuje mnie powściągliwym zmarszczeniem brwi – jakbym zrobiła coś złego, ale przez grzeczność mi tego nie mówi. Czuję ukłucie żalu. Moja córka jest dziewięcioletnią dziewczynką, ma swoje kłopoty, sprawy, marzenia i śmiech, którego czasem nie słyszę. Dziewczynką, która ma swoje nazwy na muchy, kamyczki i żaby, która zbiera dzikie lilie i drżące fiołki na Nine Maidens i Seven Lords’ Land, a potem suszy je między kartami książek. Moja dziewczynka, moja jedyna dziewczynka. Sama myśl o tym, że mogłam zginąć i zostawić ją, napawa mnie bezbrzeżnym smutkiem, który sprawia, że łzy cisną mi się do oczu, jednak jakoś tłumię w sobie płacz.

Takie nagłe napady smutku albo złości zdarzają mi się od czasu wypadku, ale naprawdę coraz lepiej sobie z nimi radzę. A dzisiaj jestem bezsprzecznie szczęśliwa. Może nawet więcej niż szczęśliwa. Zdecydowana, żeby myśleć optymistycznie: owszem, mamy jeszcze zimę, ale przecież zima zwiastuje wiosnę.

Samochód warczy.

– Kochanie, powiedziałam, że dzisiaj mamusia kupuje samochód, więc będzie nam łatwiej, a tatuś nie będzie już musiał sam cię odwozić – tłumaczę, a potem zwracam się do męża: – Odetchniesz, prawda, Adamie? Wiem, że nuży cię już to wożenie mnie wszędzie.

Adam kiwa głową bez słowa, siedzi na fotelu kierowcy i skręca w lewo, na główną drogę do Princetown, która opada w dół, dosłownie i w przenośni, od przydrożnych hotelików w stylu georgiańskim i lśniącej nowością siedziby władz parku narodowego do ponurego, czarnego zarysu więzienia, które nawet w promieniach ostrego słońca złowieszczo góruje nad okolicą.

– Proszę bardzo. – Adam gwałtownie hamuje i zatrzymuje się przed szkołą. Odwraca się, ignorując mnie, i odzywa się do Lyli: – Dobrze, Tatełe i Lylunia. Daj buziaka, zanim pójdziesz.

Ale Lyla siedzi bez ruchu.

Adam podejmuje kolejną próbę:

– No dalej, skarbie, daj tatusiowi dużego buziaka.

Potrząsa głową i krzywi się. Nietypowe dla niej zachowanie. Łączą ich bliskie więzi; czasem zazdroszczę im tej relacji, wspólnego odkrywania wrzosowisk, obserwowania drapieżnych ptaków szybujących wraz z ciepłymi prądami powietrza nad Blackslade.

Nagle Lyla otwiera drzwi. Kurczowo przyciska rączkami do klatki piersiowej swoje pudełko na lunch z motywem z Księgi dżungli i tornister.

– Pójdę już – mówi, unikając naszego wzroku, jakby oznajmiała to całemu światu, a nie nam.

– W porządku, skarbie, możesz iść. Wieczorem wypijemy specjalną herbatkę. Z tymi ciasteczkami w kształcie rybek, które tak lubisz.

Z kamienną twarzą kiwa głową. Nawet na nas nie patrzy. Potem odwraca się i idzie w kierunku zielonej bramy szkoły.

Adam chwyta za kluczyk w stacyjce, gotów odjechać, ale kładę dłoń na jego ręce.

– Nie, zaczekaj. Chcę popatrzeć.

– Na co popatrzeć?

– No wiesz… jak to wygląda.

Wzdycha.

– Zawsze to samo… – Ale zdejmuje rękę z kluczyka i oboje obserwujemy, jak Lyla wchodzi przez bramę do szkoły.

Waha się przez mgnienie oka.

Widziałam już wcześniej tę scenę tak wiele razy… Próbuje zachowywać się normalnie. Szykuje się na to, żeby wchodzić w relacje międzyludzkie najlepiej, jak potrafi. Może powoli jej stan się poprawia? W końcu w samochodzie jesteśmy tylko bezsilnymi obserwatorami.

Na szkolnym podwórku jest pełno dzieciaków podekscytowanych pierwszym dniem tygodnia w szkole. Bawią się i sprzeczają, chłopcy i dziewczynki, ciemno- i jasnowłosi. Śmieją się, ganiają, witają się ze sobą, opowiadają historyjki i kawały.

W sam środek tego tłumu wchodzi Lyla. Samotna, niezauważona. Przystaje i rozgląda się dookoła, a na jej ładnej, bladej twarzyczce maluje się niepewność. Wiem, że chce do nich dołączyć, ale jest zbyt nieśmiała, zbyt nieprzystosowana społecznie, by zacząć rozmowę.

Poza tym nie rozumie spontanicznej zabawy.

Podnosi i spuszcza wzrok, bawiąc się uporczywie guzikiem od rozpinanego sweterka. Zapewne ma nadzieję, że ktoś po prostu do niej podejdzie i coś powie. Jednak dzieci przebiegają tuż obok i całkowicie ją ignorują.

– Chryste – mówi cicho Adam.

Lyla podejmuje duży wysiłek: wraca do bramy wejściowej i patrzy prosto i z nadzieją na jakąś wyższą dziewczynkę, która się spóźniła. Chyba ją rozpoznaję. Becky Greenall. Lubiana, dobra w zabawach, w towarzystwie pewna siebie; ma wszystko to, czego brakuje Lyli.

Narasta we mnie żal i lęk. Nie uśmiechaj się w ten sposób, myślę sobie. Proszę, nie uśmiechaj się w ten sposób. Ale Lyla podchodzi bliżej do Becky i na jej twarzy pojawia się oczywiście ten uśmiech, ten dziwny zastygły grymas, ten szczególny, bezgłośny małpi krzyk, który Lyla uważa za uśmiech, choć wcale nim nie jest. Pokazuje Becky kciuk do góry.

Becky Greenall wpatruje się w Lylę i zasłania dłonią usta, próbując powstrzymać śmiech albo szyderczy uśmieszek.

Lyla próbuje raz jeszcze. Skacze, macha rączkami niczym ptaszek.

Jestem jej matką, a mimo to nie mam pojęcia, co ona próbuje zrobić – udaje pustułkę?

Becky teraz otwarcie zanosi się śmiechem, już nie może się powstrzymać; potem odwraca przypadkową osobę i już nie pamięta o mojej córce, tylko woła do jakichś dziewczynek, które w odpowiedzi machają do niej. Zaśmiewając się, idą razem w kierunku wejścia do szkoły.

Rozpoczyna się kolejny dzień. Cała klasa puszcza się biegiem do środka.

Z wyjątkiem Lyli, która jako jedyna zostaje na szkolnym wybiegu.

Samotna i cicha, przygląda się, jak pozostałe dzieci znikają w drzwiach szkoły. Jedynie opuszczone ramiona zdradzają jej emocje. Samotność.

Rozpaczliwie chcę wybiec z samochodu i przytulić ją najmocniej, jak potrafię, żeby to wszystko naprawić, ale nie jestem w stanie, zresztą nie widzę w tym sensu – i tak by mnie odepchnęła. Tymczasem Lyla powoli idzie w kierunku szkoły, a po chwili znika w drzwiach.

– Jezu – mówi Adam. – Jezu Chryste.

Doskonale wiem, co ma na myśli. Gdzieś w głębi serca czuję głęboki smutek i nie znam żadnego sposobu, żeby sobie z nim poradzić. Jestem w stanie dojść do siebie po wypadku samochodowym, mój mózg może się zagoić, ale Lyli nic nie uzdrowi.

Milczymy. Adam odpala samochód, zawraca i jedzie z powrotem jakieś trzysta metrów, w stronę siedziby parku narodowego. Wyłącza silnik, jakby był gotów na rozmowę. Jednak zanim zdąży coś powiedzieć, to ja zaczynam mówić:

– Musimy coś z tym zrobić. Nie może tak dalej być. Jest gorzej niż rok temu.

Adam patrzy przed siebie.

– Ale ona w domu się śmieje. Uwielbia wrzosowiska. I uwielbia psy. Czuje się osamotniona w szkole, tak, ale co z tego? Jest po prostu samotniczką. Zdarza się.

Widzę na jego twarzy ból. Wiem, że Lyla jest całym jego życiem. Zabiłby, żeby ją chronić. Chce dla niej dobrze. A ja zwykle go słucham i chcę wierzyć we wszystko, co mówi. Ale teraz przychodzi mi na myśl Lyla i jej nieufność w samochodzie, to samotne wejście do szkoły, to upokorzenie na dziedzińcu. Wyobrażam ją sobie, jak siedzi sama w ławce, w klasie, z nikim nie rozmawia. Widzę ją w czasie przerw, jak siedzi pod ogrodzeniem na placu zabaw; dziwna, ekscentryczna dziewczynka z upiornym uśmiechem, która mruczy do siebie pod nosem o mrówkach i traszkach, podczas gdy jej koledzy i koleżanki rozmawiają między sobą o selfie i muzyce.

Nie potrafię już dłużej udawać.

– Nie, Adamie. Nie możemy ciągle myśleć, że to trzeba zaakceptować, że ona jest po prostu dziwna, to nie tak.

Mięśnie jego szczęki napinają się. Zgrzyta zębami.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Musimy zacząć działać, coś zrobić. Bo moim zdaniem ona wcale nie jest szczęśliwa, w każdym razie nie za bardzo. Któregoś dnia zastałam ją przy układaniu martwych ptaków w jakiś kształt. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Wszystkie te martwe małe ptaszki… Dlaczego?

Adam patrzy przed siebie. Ma na sobie mundur strażnika: zielony polar, zielone spodnie, buty trekkingowe. Większości mężczyzn nie byłoby do twarzy w tym uniformie, ale on wygląda dobrze. Męsko.

Myślę o seksie, którego od jakiegoś czasu nie uprawiamy. Pragnę go znowu, chcę, żeby się odwrócił i mnie pocałował. Czasami to robi, nagle mnie całuje, namiętnie – nachylając się w samochodzie albo kiedy spacerujemy po wrzosowiskach – a ja nadal to uwielbiam. Jednak teraz utkwił swoje przenikliwe niebieskie oczy w odległym horyzoncie, jakby chciał sięgnąć wzrokiem poza to potworne Princetown.

Wyczuwam w nim gwałtowną tęsknotę. Nie pragnie mnie – chce po prostu być gdzie indziej, sam na wzgórzach. Wspinać się na wzniesienia północnych wrzosowisk – stanąć na Great Kneeset, gapić się na High Willhays, Black Tor, Hangingstone Hill, Cut Hill, Fur Tor, Great Mis Tor, miejsca, które kocha, miejsca, które zna, odkąd był chłopcem. Dzieckiem wrzosowisk, podobnie jak jego córka. I w przeciwieństwie do mnie.

– Spójrz na te cholerne domy – mówi.

– Słucham?

Przechyla głowę na bok, patrząc na rząd szarych, ponurych budynków komunalnych – zakwaterowanie dla strażników więziennych.

– Mój tata postawił część tych budynków, kiedy był murarzem. Pomyśl tylko… Wyobrażasz sobie, że to byłoby dzieło twojego życia? Zbudowanie najbrzydszych pieprzonych domów w Wielkiej Brytanii. Nic dziwnego, że zaczął zaglądać do kieliszka.

Jego śmiech jest gorzki. Adam nie ma dobrych relacji z ojcem, który wdawał się w bójki, pił alkohol i uganiał się za spódniczkami, a jego kolejne dzieci wyrastały jak grzyby po deszczu – od Exeter po Okehampton. Adam o wiele bardziej kocha swojego wujka, Eddiego Redwaya, dzierżawcę ziemi nieopodal Chagford. To tam, w niewielkim gospodarstwie rolnym wujka Eddiego, Adam tak naprawdę dorastał, uciekając z domu przed pijackimi awanturami. To właśnie w tym uroczym małym gospodarstwie Adam poznawał i pokochał wrzosowiska, to tam ze swoimi łobuzującymi kuzynami podkradali jabłka w Luscombe i łowili małe pstrągi w Teign.

Rodzina Redwayów mieszka na wrzosowiskach od wielu pokoleń. Pracowali jako dzierżawcy rolni, robotnicy w kamieniołomach i kopacze torfu, odkąd istniał kościół w Sheepstor. Bydło o kudłatej sierści i myszołowy są ich braćmi.

Cieszę się, że moja córka przejęła to dziedzictwo. W przeciwieństwie do mnie może uznawać Dartmoor za swoje korzenie. Jednak dzisiaj to pochodzenie nie ma znaczenia – właśnie teraz moja córka potrzebuje nowoczesnej pomocy terapeutycznej, a ja i Adam musimy porozmawiać na ten temat.

– Adam, proszę. Już najwyższa pora, żebyśmy poszli z Lylą do lekarza. Pozwolili właściwie ją zdiagnozować. Jeśli to naprawdę zespół Aspergera…

– Nie mam zamiaru przyklejać jej cholernej etykietki. Już ci mówiłem.

– Ale ja cały czas szukam informacji, rozmawiam z ludźmi, szperam w internecie. Piszą, że im wcześniej postawi się diagnozę, tym lepiej, im wcześniejsza interwencja, tym lepsze efekty, ponieważ można uzyskać prawdziwą pomoc, terapię umiejętności społecznych.

Potrząsa głową.

– Nie powieszę jej na szyi tabliczki: „Patrzcie, to ja, Lyla Redway, beznadziejny przypadek. Okażcie mi litość”. Do diabła z tym.

Podnoszę głos:

– Dzieci z zespołem Aspergera to nie beznadziejne przypadki! Nie wolno ci tak mówić! To zaburzenie ze spektrum autyzmu, u niej na tyle rozwinięte, że potrzebuje pomocy. Przecież widzisz, że zachowuje się coraz dziwniej… Naprawdę… te ptaszki… są niepokojące. Adam! Posłuchaj mnie, proszę. Jej stan się pogarsza.

Adam prostuje ramiona i kładzie duże dłonie na kierownicy, jakby chciał w pośpiechu odjechać.

– A jak myślisz, Kath, dlaczego tak jest? Hmm?

– Słucham?

Teraz odwraca do mnie twarz – jego niebieskie oczy płoną.

– Dlaczego, do cholery, uważasz, że jej się pogarsza?

– Nie rozumiem… o co ci chodzi? – Plączę się, zaskoczona tą jawną wrogością. – Czy ty mnie oskarżasz? Czyżby to była moja wina? Czy to moja wina, że jej się pogarsza? – Teraz to ja czuję złość. – Na miłość boską, to był wypadek! Niczyja wina. Wpadłam w poślizg na lodzie. – Szukam współczucia na jego twarzy. – Nie rozumiem cię, Adamie… Ty i Lyla powinniście być szczęśliwi, że żyję… o mało nie umarłam… Ale żyję! Poza tym rozmawiamy o naszej córce, nie o mnie. Musimy myśleć o niej.

– O niczym innym nie myślę – odpowiada niskim, gniewnym głosem. – A teraz muszę iść do pracy. Zarobić pieniądze. Dla Lyli. – Bez słowa nachyla się i otwiera drzwi od mojej strony, dając mi do zrozumienia, żebym wysiadła.

Ma kilkudniowy zarost, zaciśnięte szczęki, posępnie zmarszczone brwi. Nie zmieni zdania. Patrzy na mnie w taki sam sposób, jak jeszcze kilka chwil temu Lyla patrzyła na niego. Nieufny. Nieobecny. Ostrożny. Mam poczucie, jakby w naszej kiedyś tak pogodnej rodzinie wszyscy się nawzajem podejrzewali, obwiniali. I nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje.

– Dobrze, Adamie, dobrze… Ale nie odpuszczę. Nie tym razem.

Wysiadam z samochodu z torebką przewieszoną przez ramię i przyglądam się, jak odjeżdża ze zgrzytem skrzyni biegów. Kiedy odwracam się w kierunku siedziby parku narodowego, czuję, jak za plecami góruje nade mną ogromny budynek więzienny.

W Princetown to więzienie nigdy nie daje o sobie zapomnieć.

Poniedziałek po południu

Czternasta? Wpatruję się w zegar na ścianie pomalowanego na kremowo biura parku narodowego z poczuciem przykrej niespodzianki.

Kiedy zleciał cały dzień?

Tracę poczucie czasu, kiedy praca mnie wciąga. Jeśli, powiedzmy, piszę nowe broszury o historii wykopalisk w Parku Narodowym Dartmoor, opisuję nostalgiczny kamienny krąg na Buttern Hill, domek nad Birchy Lake, który zamieszkiwały stare wiedźmy z tuzinem czarnych kotów, słynny grób Kitty Jay, która popełniła samobójstwo z miłości po tym, jak zaszła w ciążę z jakimś nikczemnikiem z wyższych sfer – ten grób, na którym ludzie, wciąż poruszeni, składają kwiaty, te wspaniałe opowieści potrafią tak mnie pochłonąć, że mogę z radością przegapić całe popołudnie.

Podobnie dzieje się w ruchliwe letnie dni w naszych centrach informacji turystycznej w Haytor albo Postbridge, gdzie nie możemy się ruszyć z powodu rubasznych niemieckich właścicieli przyczep kempingowych i zdeterminowanych francuskich amatorów wspinaczki górskiej – wszyscy szukają map, ubikacji, sygnału wi-fi, a wtedy godziny szybko upływają.

Ale teraz mamy środek zimy. Nikt nie przyjeżdża na wrzosowiska w styczniu. Połowa personelu parku narodowego bierze w tym czasie urlop, ponieważ nie ma zbyt wiele do roboty. Poza tym czym ja się właśnie teraz zajmuję… To ciągłe poprawianie tekstów. Wprowadzanie poprawek w oficjalnych ulotkach parku i na stronach internetowych. Aktualizacja polityki dotyczącej psów w herbaciarniach należących do parku narodowego. Śmiertelne nudy. Zajęcia, które w normalnych warunkach sprawiłyby, że czas wlókłby się niemiłosiernie.

A jednak to zadanie całkowicie mnie pochłonęło.

– Co słychać, Kath? Czyżbyś aż za dobrze się bawiła?

To mój szef, Andy. Musiał słyszeć, jak westchnęłam. Miły facet. Blondyn, młodszy ode mnie, jeszcze wciąż nowy, choć pracuje tutaj od dwóch lat. Zastanawiam się czasami, czy powinnam mieć mu za złe, że nie dostałam awansu. Ale nie mam. Lubię to moje bardziej zróżnicowane stanowisko pracy. Zazwyczaj.

– Przepraszam, Andy. Pewnie zbyt głośno westchnęłam?

– Można tak to nazwać.

– Cóż, właśnie aktualizuję informacje dotyczące zasad korzystania z samochodów kempingowych na parkingach poza sezonem. Czy może jestem zbyt podekscytowana?

Słyszę, jak chichocze. Poza mną jest dzisiaj jedyną osobą w ogromnym biurze bez ścianek działowych. Stoi w obramowaniu okna, przez które widać niebo nad Princetown, mroczne i posępne niczym granit z Dartmoor. Zimowe słońce bywa tak boleśnie blade.

– To nade mną powinnaś się litować, Kath. Pracuję nad paragrafem dwieście jedenaście zarządzenia w sprawie ochrony drzew, a to niemal lepsze niż seks. – Klika w coś na ekranie swojego komputera. – Jezu, nienawidzę stycznia. Przydałby się jakiś poważny wypadek, żeby ożywić atmosferę. Powiedzmy… jakiś autobus, który wjechałby do jeziora, za Meldon. To by na pewno pomogło… – Urywa i odwraca się w moim kierunku. – Hej, przepraszam… eh, Kath, ja…

– Nic się nie stało. Chcę, żeby ludzie o tym zapomnieli, Andy. Mam już dość bycia Tą Kobietą, Która Miała Ten Wypadek. – Słucha, więc kontynuuję: – Właściwie to chcę wrócić wkrótce do normalnej pracy, pracować w pełnym wymiarze tak jak przedtem. Chcę przez to powiedzieć, że to miło z twojej strony, że dajesz mi połowę dniówki, pozwalasz pracować z domu, ale ja już się dobrze czuję. Czy możemy wrócić do normalności?

– Oczy-kurwa-wiście! Jeśli naprawdę czujesz, że dasz radę, to wspaniale. W ciągu kilku tygodni wrócisz do pracy w pełnym wymiarze.

Po czym znów zagłębia się w swoją pracę. Przyglądam się, zbieram myśli.

Dlaczego nie pozwala mi wrócić do moich obowiązków już teraz? Czasem mam poczucie, jakby wszyscy chodzili wokół mnie na paluszkach, przerażeni, że mogłabym się rozsypać. Nie traktują mnie jak osoby powracającej do zdrowia, tylko jak dziwoląga. Wyjątkowo wątłego dziwoląga.

Wracam do pracy i przeglądam tekst na ekranie komputera. Oficjalna strona internetowa oddziału Brytyjskiej Organizacji Turystyki w Dartmoor.

Dartmoor stanowi największy obszar granitowych wzniesień w Wielkiej Brytanii, który rozpościera się na przestrzeni 932 kilometrów kwadratowych w środkowej części hrabstwa Devon, tworząc jedyne skupisko prawdziwej dzikiej przyrody w południowej Anglii. Większość tego terenu zajmują bagniste torfowiska w postaci mokradeł albo bagien. Wrzosowiska są usiane wieloma charakterystycznie kopulastymi granitowymi wzniesieniami zwanymi torami (od celtyckiego słowa tor oznaczającego wieżę), które stanowią zróżnicowane środowisko dla rozwoju fauny i flory. Cały obszar obfituje w znaleziska archeologiczne datowane od neolitu aż po epokę wiktoriańską…

Chcę to zredagować, sprawić, żeby tekst płynął bardziej wartko, ożywić go, ale słowa rozmazują mi się przed oczami. Torfowiec… Karboński… Kolędowanie…

Nienawidzę tego stanu ciągłego zamroczenia umysłu, osobliwego wrażenia, które mam od czasu wypadku, że mój umysł stał się jedną z tych przepastnych szuflad w starej kuchni mojej matki, w dużym wiktoriańskim domu na wybrzeżu w Salcombe. Szuflady były zakurzone i zabałaganione, a moja matka, pozująca na hipiskę i nawiedzona na punkcie zdrowej żywności, co tydzień sięgała do nich i znajdowała jakiś słoiczek organicznej musztardy albo miodu Manuka, o którym kompletnie zapomniała, i mówiła: „O rety! Zapomniałam, że to mamy”. Czasem musiała coś wyrzucić, marnując tym samym coraz bardziej topniejącą fortunę Kinnersleyów, a czasem słoiczek lądował z powrotem w szafce tylko po to, żeby znowu zostać zapomnianym, odszukanym i wyrzuconym albo nie, i tak w kółko… I właśnie tak czuje się mój mózg od czasu wypadku. Nie wiem do końca, co tak naprawdę się w nim znajduje, bo kiedy umieszczam tam różne rzeczy, niekiedy przepadają bez wieści, a kiedy znowu je odnajduję, często okazują się bezużyteczne, z przekroczoną datą przydatności do spożycia, mniej lub bardziej nadpsute.

Mój mózg ukrywa przede mną różne rzeczy.

Jest piętnasta piętnaście. Tak ciemno, że w biurze palą się światła.

Próbuję się zrelaksować. Może jestem dla siebie zbyt surowa. Stres związany z Lylą nie pomaga, podobnie jak napięcie między mną i Adamem. Może wszyscy potrzebujemy więcej czasu. Tak od początku powtarzali lekarze: „Proszę być cierpliwą, nie oczekiwać natychmiastowych cudów. I proszę pamiętać, że miała pani sporo szczęścia. Z czasem wróci pani do zdrowia”. Zdiagnozowano u mnie „łagodne urazowe uszkodzenie mózgu”, nic gorszego; najwyraźniej byłam nieprzytomna przez mniej niż sześć godzin. Znalazłam się w przedziale 13–15 punktów w skali Glasgow1.

Gdybym dłużej była nieprzytomna, uzyskałabym mniej punktów i odebraliby mi prawo jazdy, przynajmniej na rok. W pewnym momencie, gdy straciłam przytomność, właściwie umarłam, byłam w stanie śmierci klinicznej przez jakąś minutę, ale aparatura przywróciła mnie do życia. Dlatego zostałam zakwalifikowana do „łagodnych”.

Łagodne urazowe uszkodzenie mózgu.

Jeśli chodzi o moją amnezję wsteczną, to wszystko, czego nie pamiętam sprzed wypadku, ma się pojawić w ciągu najbliższych tygodni – zagubione wspomnienia powrócą niczym „wzgórza wyłaniające się po powodzi”, jak to ujął jeden z psychologów, aż w końcu cały krajobraz odsłoni się, kiedy wody zalewowe wsiąkną w ziemię.

– Hej, czy to twój nowy samochód?

Wyrwana z zamyślenia podnoszę wzrok. Andy gestem wskazuje na okno: widzę kuzyna Adama, Harry’ego, który stoi obok niebieskiego forda fiesty zaparkowanego tuż przed wejściem. Samochód jest nieco sfatygowany, tu i tam porysowany, ale to nic nie szkodzi. Każdy samochód w Dartmoor jest nieco sfatygowany i porysowany. Podobnie jak ja.

Harry macha do mnie. Jest podobny do rodziny Redwayów: przystojny, młodzieńczy. Wszyscy oni tak wyglądają – kuzyni Redwayowie. Te oczy i te kości policzkowe, tak bardzo charakterystyczne. Harry pracuje dorywczo, jeździ po całej okolicy, chyba że zarobi parę funciaków na sprzedaży samochodu. Niezły gagatek.

Ale da się lubić. Przypomina mi młodszą wersję Adama. Choć i sam Adam, kiedy jest w dobrym humorze, przypomina mi młodszego siebie. Dzisiaj pragnę mojego męża tak bardzo jak tamtego popołudnia, kiedy się poznaliśmy.

– Musisz być szczęśliwa, że znowu masz cztery kółka. Nie wiem, jak ty sobie radziłaś bez samochodu… – Posyła mi uśmiech. – No dalej, Kath, idź do niego. Do zobaczenia jutro.

Uprzejmy szef jeszcze bardziej skraca mój i tak już skrócony dzień pracy. Mogę wsiąść do swojego nowego samochodu, odebrać Lylę ze szkoły i pojechać do domu. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze z moim mózgiem. Wszystko będzie dobrze z Lylą.

– Dziękuję – odpowiadam. – Jesteś superbohaterem.

Biorę płaszcz przeciwdeszczowy i wychodzę na chłodne popołudniowe powietrze. Trochę się ociepliło, co oznacza, że zapewne będzie padał deszcz. Podpisujemy z Harrym dokumenty, po czym wręcza mi kluczyki i mówi:

– Nie jest to ferrari, ale posłuży ci dobre kilka lat.

Dziękuję mu, wsiadając do samochodu. A kiedy wolnym krokiem odchodzi w kierunku pubu, siedzę za kierownicą, trzymam zimne twarde kluczyki w dłoni i jestem przerażona. Zdaje mi się, że zapomniałam, jak się prowadzi. Nie robiłam tego od czasu wypadku. Od czasu, gdy mroczne wody zalewu chciały mnie wciągnąć w swe błotne głębiny.

Kluczyk. Wkładasz kluczyk do stacyjki. Przekręcasz. Włącza się silnik. Pamiętasz? Daj spokój, Kath Redway, przecież robiłaś to milion razy. Masz prawo jazdy od dziewiętnastego roku życia. Robiłaś to praktycznie codziennie przez osiemnaście lat. To się nazywa prowadzenie samochodu.

Przekręcam kluczyk. Naciskam stopą pedał. I jadę. Nie uderzam w pub Plume of Feathers. Nie roztrzaskuję na kawałki okien z szybkami w ołowianych ramkach, nie wgniatam strażników więziennych po służbie w stertę barwionego drewna i butelek po piwie. Prowadzę samochód.

Gdy mija lęk, jaki ogarnął mnie tego popołudnia, popadam w coś na kształt euforii. POTRAFIĘ PROWADZIĆ AUTO. Kolejna zmiana nastroju. Teraz często mi się to zdarza. Od czasu wypadku.

Uszczęśliwiona, a nawet lekko oszołomiona, odbieram Lylę ze szkoły. Wygląda na nieco zbitą z tropu: sądziła, że pójdzie na kółko pozalekcyjne, że będzie sama w całkiem nowym miejscu, ale jest także zadowolona, że pojedzie wcześniej do domu, gdzie ludzie będą z nią rozmawiać, gdzie będzie mogła pobawić się z psami przy ognisku.

Albo ułożyć tajemnicze kształty z martwych ptaszków.

POTRAFIĘ PROWADZIĆ AUTO!

Ale kiedy zbliżamy się do skrętu, który prowadzi na otwarty teren wrzosowisk, w dzikie pustkowia, uświadamiam sobie, że zostawiłam torbę w biurze. Byłam taka podekscytowana nowym samochodem, że całkowicie o niej zapomniałam.

Pośpiesznie parkuję raz jeszcze przed siedzibą parku narodowego. Dzień jest chłodny i mglisty, lekka mżawka pokrywa plamkami przednią szybę.

A kiedy otwieram drzwi, Lyla odzywa się niewyraźnym głosem:

– Dokąd idziesz?

– Nigdzie, skarbie. Tylko do biura. Zapomniałam torby.

– Nie! Nie idź!

– Lyla?

Odwracam się zaskoczona, nawet nieco zszokowana. Lyla trzęsie się na tylnym siedzeniu.

– Mamusiu, nie idź! Nie idź…

Dziwne. Lyla niepokoi się z powodu przeróżnych rzeczy: kształtów, dźwięków albo niewłaściwie dobranego gryzącego podkoszulka, ale rzadko reaguje lękiem, kiedy zostaje sama.

– Skarbie…

– Nie! Mamusiu! Możesz więcej nie wrócić! Możesz już nie wrócić!

– Lyla, to niedorzeczne. Nie będzie mnie zaledwie przez chwilkę, naprawdę, obiecuję.

Wyciągam rękę, żeby ją uspokoić, ale opędza się ode mnie, choć zachowuje się jakby nieco spokojniej. Odwraca głowę, wpatruje się w krople deszczu na szybie i czarny kształt więzienia.

Korzystam z okazji. Wylatuję jak strzała z samochodu, wpadam do biura, pędzę obok zaskoczonego szefa.

– Zapomniałam torebki!

Uśmiecha się szeroko.

– Aha.

Porywam torbę i pędzę z powrotem w kierunku samochodu, ale po drodze zauważam coś na biurku Andy’ego. Rządek okrągłych szarych kamieni wielkości dużych piłek golfowych albo dzikich jabłek. Pewnie leżały tam przez cały dzień. W połowie zasłonięte przez jego komputer. I wszystkie one mają otwory.

Widziałam już kiedyś takie same. Znam ten rodzaj kamieni. I właśnie to sprawia, że przechodzą mnie ciarki.

– Słuchaj – pytam, usiłując zapanować nad drżeniem głosu – skąd je masz?

Andy podnosi na mnie wzrok, niebieskawe światło ekranu komputera odbija się w jego okularach.

– Te kamyki? Ach… – Bierze do ręki jeden z nich i obraca go w świetle. – Ktoś je poukładał na gzymsie okna, na zewnątrz, więc zabrałem je do środka. Dziwne, co? Może jakiś turysta sobie nazbierał i zostawił je tutaj w nocy.

– Nie – odpowiadam. – Nie sądzę…

W jego uśmiechu pojawiła się lekka konsternacja.

– Słucham?

– Te nie są żadne stare kamienie.

Nachylam się i biorę do ręki jeden z większych okazów. Zaskakująco ciężki: zapewne ma w środku jakąś rudę metalu. Otwór powstał na skutek wietrzenia skał, co ma kluczowe znaczenie dla określenia źródła pochodzenia danego kamienia. Ale Andy nie zna, oczywiście, ani źródła ich pochodzenia, ani ich znaczenia, ponieważ nie zna folkloru i mitologii Dartmoor. W końcu to ja się tym zajmuję… To ja skończyłam archeologię, to ja przeczytałam książki o folklorze i to ja piszę teksty do wszystkich broszur informacyjnych.

– To kamienie wiedźm.

Uśmiech znika z jego twarzy.

– Że co?

– Kamienie wiedźm.

Czuję nieodparte pragnienie, żeby pozbyć się tego przedmiotu z mojej dłoni. Zabrać je wszystkie i zakopać daleko stąd… w Kornwalii, Irlandii, Ameryce. Próbuję ukryć swój irracjonalny lęk.

– Ludzie z wrzosowisk kładli je na parapetach okien albo wieszali na sznurkach nad drzwiami wejściowymi do domu. Nadal można je zobaczyć w niektórych gospodarstwach w Dartmoor, na prawdziwym pustkowiu. Traktuje się je z przymrużeniem oka, ale podejrzewam, że są jeszcze tacy, którzy w to wszystko wierzą.

Spogląda na mnie, marszcząc brwi.

– Wiedźmy? Stare kobiety?

Obracam kamień w dłoniach i uspokajam samą siebie.

– Nazywano je także kamieniami od złego uroku. Uważano, że mają apotropaiczną moc. – Nie czekam, aż zada pytanie. – Apotropaiczny oznacza, że mają odpędzać zło i odczyniać czarną magię. Umieszczano je w pobliżu okien i drzwi, aby bronić dostępu wiedźmom. – Odkładam kamień, bardzo ostrożnie, obok jego braci i nie mogę się powstrzymać, żeby nie zerknąć na moje biurko. – Albo… żeby nie pozwolić im uciec. Ktoś poukładał te kamienie w rządku na parapecie naszego okna w nocy, tak? To musiało być celowe działanie.

Andy wpatruje się w kamienie. Deszczowy dzień na zewnątrz chyli się ku końcowi. Dostrzegam Lylę na tylnym siedzeniu samochodu. Siedzi sztywno wyprostowana. Wbija we mnie wzrok. I nawet nie mrugnie okiem.

Lych Way

Wtorek rano

Adam od dziesięciu minut szedł drogą, pogrążony w swoich myślach, zanim uświadomił sobie, że to Lych Way. Dawna droga zmarłych. Jej nazwa pochodzi z czasów, gdy mieszkańcy Dartmoor byli zmuszeni nosić trumny ze zmarłymi do kościoła parafialnego, który znajdował się dokładnie po przeciwnej stronie wrzosowisk, w Lydford.

Przystanął w miejscu osłoniętym od przenikliwego wiatru, obok kępy ciemnych sosen, i wyobraził sobie taką właśnie scenę – tuzin wieśniaków w łachmanach dźwiga drewnianą trumnę z Bellever Tor przez potok Cowsic, to wspinając się, to znów schodząc po ponurych gołych wzgórzach Lynch Tor, Baggator Clapper, Cataloo Steps.

A co robili, kiedy stan wody na wysokości Cataloo był wysoki? Musieli brnąć w lodowatej wodzie do pasa, trzymając trumnę nad głowami, zanim ruszyli wzdłuż Corpse Lane do Willsworthy. Wszystko po to, żeby dostarczyć zmarłych do ustalonego dekretem miejsca wiecznego spoczynku.

Nieśli te ciała prawie dwadzieścia kilometrów. Dwadzieścia potwornych kilometrów.

Idąc dalej, Adam lustrował wzrokiem horyzont, wypatrywał dzikich zwierząt, szukał ukojenia w przyrodzie. Kiedy wspiął się na wzniesienie, jego wzrok przykuła pustułka, która zawisła w powietrzu na tle białego zimowego nieba. Zatrzymał się instynktownie, żeby podziwiać niesamowite umiejętności tego ptaka, delikatne trzepotanie skrzydłami, niespotykane, kunsztowne.

„Ujeżdżające wiatr”, tak nazywał te ptaki jego wujek. Bo pustułki tak właśnie wyglądają, kiedy zawisają w powietrzu – jakby ujeżdżały wiatr, brały go w posiadanie, przejmowały nad nim kontrolę, unosiły się na tym nagłym przypływie powietrza – a potem nagle przerażająco ostro pikują, dopadając swoją ofiarę, po czym znikają.

Adam szedł dalej Lych Way, dawną drogą zmarłych, przypuszczając, że ten krzyż musi być gdzieś tutaj, niedaleko, w pobliżu osady z epoki żelaza.

– Widzieliśmy kamienny krzyż, który został zdewastowany, przy drodze obok Sittaford.

Tak właśnie powiedział turysta, który to zgłosił.

Jednak trudno było Adamowi skupić się na pracy. Miał nastrój bardziej mroczny niż te sosny. Starał się ze wszystkich sił, ale dzisiaj nie był w stanie zatracić się w krajobrazie Dartmoor. Miał wrażenie, że świat ludzi go osacza… I te narastające, niepohamowane emocje, jakie czuł wobec żony, urazę, którą próbował ukryć w trosce o zdrowie psychiczne, w trosce o córkę. Ale jak miał stłumić takie emocje? To, co zrobiła, co powiedziała i o czym niby przypadkiem zapomniała… Jak miał sobie z tym poradzić i udawać, że to nie ma znaczenia?

Pragnął jedynie żyć swoim życiem i kochać swoją rodzinę, być zadowolony z pracy, doglądać wrzosowisk, naprawiać płoty, pomagać turystom, obserwować myszołowy nad Sourton Down, i zazwyczaj był szczęśliwy. Wszyscy byli tacy szczęśliwi… Jednak teraz jego rodzina się rozpadała.

Zbliżając się do przełazu, Adam przystanął, przeskoczył go i zanim ruszył dalej, zostawiając daleko w tyle kwadratowe plantacje zielonych drzew iglastych, wciągnął głęboko chłodne powietrze. Usiłował nie myśleć o swojej rodzinie, usiłował nie poddać się rozpaczy ani tej narastającej niechęci pomieszanej z poczuciem winy. Kochał swoją żonę, pożądał jej, a jednak czuł coraz bardziej wzbierającą w nim wściekłość.

Lyla.

Jaki wpływ to wszystko miało na Lylę?

Zamknął oczy, żeby ukoić narastające emocje, po czym jeszcze raz powiódł wzrokiem po otaczającym go krajobrazie.

Po lewej stronie zobaczył szmaragdowozielony torf mokradła, nikły poblask namokniętej trawy, migoczącej w przelotnych promieniach zimowego słońca. Powróciły wspomnienia… Miał osiem, może dziewięć lat, razem z wujkiem Eddiem zaczaili się, żeby zobaczyć bekasa, który właśnie w tym miejscu odbywał swoje tańce godowe. Ptak szybko i gwałtownie szybował w górę, po czym nagle pikował z rozczapierzonymi piórami ogona, wibrującymi w powietrzu. Kto raz usłyszał ten dźwięk, nigdy go nie zapomni.

Kiedy wracali do domu w te dni nauki o ptakach, skałach i strumieniach, wujek uczył go starego języka wrzosowisk:

Przyćmieni znaczy zmierzch. Sowi mrok to ciemniejsza jego odmiana. Kopa – sterta kamieni. Ślimaczyć się – obijać się. Pijusek – strzyżyk. Galijski krążek – pierścień elfów.

Wysysacz jabłek to osa. Jakież to piękne słowa, prawda?

Deszczowisko – wiatr i deszcz, które szaleją na wzniesieniach. Suchota – łamliwe drewno. Zmróz – cieniutka warstwa srebrzystego lodu, która pokrywa szronem liście, gałązki i trawę, kiedy po zwodniczej odwilży w Dartmoor nadchodzi ostry mróz, przypominający burzę powodującą gołoledź, tylko nieco łagodniejszy. Do tego stopnia precyzyjnie musieli wyrażać się rolnicy – potrzebowali odpowiednich słów, aby opisać najpiękniejsze i najbardziej niezwykłe postacie mrozu, odwilży i lodu. Nie mieli innego wyjścia, bo od tego zależało ich życie – musieli wiedzieć, kiedy zagonić bydło do zagrody, dać schronienie kucom, doglądać z trudem zdobywanych plonów, zatroszczyć się o młode jagnięta, które ssą mleko matki.

Kolejny, tym razem większy przełaz. Zanim go pokonał, Adam złapał oddech, zatrzymał się i rzucił okiem na horyzont.

Każdy centymetr, każdy kilometr kwadratowy. Widział wszystko tyle razy, a nadal wprawiało go to w zachwyt. Szkocka kuropatwa nad jesiennym Steeperton, żywiąca się wrzosem zwyczajnym i czarnymi jagodami. Polany Deeper Marsh z kruszyną pospolitą, gdzie przylatują na ucztę żółte motyle, obwieszczając początek późnego dartmoorskiego lata. Jaskinie Cuckoo Rock, w których przemytnicy niegdyś ukrywali swoją brandy. I bezkresna pusta przestrzeń Langcombe, po której wędrował w letnie dni: tam, gdzie można było sobie wyobrazić, że jest się jedynym człowiekiem na świecie, pośród nijakich połaci powiewających traw i turzycy, ciągnącej się kilometrami nicości, bez żywej duszy w pobliżu, bez niczego do roboty, podczas gdy żar lał się z nieba, a w powietrzu słychać było tylko brzęczenie i szmer owadów, a oprócz tego chmury cicho płynące po niebie i bicie własnego serca.

Były to chyba najszczęśliwsze chwile jego życia – poza tymi, które spędzał z Lylą, swoją małą córeczką, ucząc ją o krukach i nieckach skalnych, ważkach równoskrzydłych i purpurowych storczykach. Kochała wrzosowiska równie mocno jak swojego ojca. Spędzali razem długie słoneczne godziny, chodzili po Abbot’s Way, w stronę Rundlestone, odnajdywali starą chatę dymarską w pobliżu King’s Oven albo szukali jeżyn przy Dunstone i Shilstone, z ustami i palcami ubrudzonymi na czarno, zębami na jasnoróżowo, i zaśmiewali się – a później, na słodko nużący koniec tych dni, wracali samochodem do Huckerby, odbierali Kath spod supermarketu, po czym siadali szczęśliwi razem w domu, przy herbacie i talerzu z ciastem owocowym. Lyla tworzyła wymyślne kształty z uroczych płatków kwiatów, które zbierała i układała na kuchennym stole. Piękne, misterne wzory, które tylko ona w pełni rozumiała. Albo kształty, które tworzyła specjalnie dla taty.

Kiedyś byli tacy szczęśliwi.

Teraz wszystko się zmieniło. Lyla była speszona, zalękniona i smutna, a często nie pozwalała nawet jemu – swojemu tatusiowi! – przytulić się tak jak dawniej. Teraz Lyla czasem patrzyła na niego, jakby zrobił coś złego. A wszystko przez Kath, przez rodzinę Kinnersleyów. To ich wina. Jednak czasem zdarzało się, że zanim Lyla położyła się do łóżka, zanim poszła spać, przytulała się tak bardzo mocno, tak rozpaczliwie mocno, jakby bała się, że on też zniknie nocą – podobnie jak jej matka.

Nie wyglądało to dobrze. Adam usiłował odpędzić od siebie coraz bardziej natrętne, niepokojące myśli. Tak jakby ich wszystkich wciągnęły dartmoorskie trzęsawiska – Dead Lake, Fox Tor, Honeypool. Im bardziej walczyli, żeby się z nich wydostać, tym bardziej pogrążali się we frustracji i w złości. Najlepiej się uspokoić. Nie pogarszać sytuacji. Nie podejmować żadnych pochopnych kroków.

Adam zobaczył stary krzyż. Wysoki na metr, z pokrytym nalotem i porostami zielonkawoszarym okręgiem z granitu na samym szczycie. Prawdopodobnie anglo-celtycki, zapewne tysiącletni albo i starszy. Ktoś musiał w niego uderzyć, i to dość mocno, bo go przewrócił, zapewne jakiś idiota w SUV-ie, pijany i naćpany, który jeździł po bezdrożach i miał ubaw. Płyta na krzyżu była popękana, zniszczona. Przetrwała tyle wieków, a teraz została uszkodzona, być może nieodwracalnie. Wartościowa rzecz przestała istnieć.

Adam uklęknął obok zabytkowej kamiennej płyty, pogłaskał zimny granit, jakby to była grzywa zranionego źrebaka. Czuł pod palcami szorstkie nierówności porostów. Czuł własną bezradność. Próbował pozbyć się na zawsze tych bezużytecznych emocji. Próbował być praktyczny.

Pocierając szorstkie dłonie jedna o drugą, żeby tylko nie czuć zimowego chłodu, wstał i ruszył w kierunku stojącego w oddali land rovera, a kiedy tak szedł, podjął decyzję w sprawie krzyża. Bez względu na trudności spróbują go naprawić. Na tym przecież polegała jego praca – miał zachować dla potomności to cenne miejsce, od zabytków po krajobraz i ćwierkające kwiczoły w Soussons. Postanowił uratować najwięcej, jak to możliwe, i przekazać to dziedzictwo następnemu pokoleniu… Lyli, jej dzieciom.

Zadzwoni na Wydział Archeologii Uniwersytetu w Exeter i powie im, żeby przysłali eksperta. Tak. Ten krzyż da się uratować.

Gdyby można było to samo powiedzieć o miłości, pomyślał, idąc dalej drogą zmarłych. Gdyby tak można było miłość naprawić, zbudować od nowa, przywrócić. Jednak kiedy zdepcze się lojalność, kochająca rodzina przestaje istnieć, tak to się dzieje, prawda? A co, jeśli miejsce miłości zajęła podejrzliwość, nawet pogarda, co wtedy? Dokąd to prowadzi? W jakim ciemnym, mrocznym lesie się obudzisz? Może ścieżka, którą wybrałeś, powiedzie cię w jeszcze bardziej nieprzeniknioną ciemność.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Skala Glasgow, GCS (ang. Glasgow Coma Scale), jest używana w medycynie i ratownictwie medycznym w celu oceny poziomu przytomności pacjenta (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]